FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@JaroCoach Ba! I to jaki silny!? Polecam zapoznać się z przedwojennym polskim sportem, bo warto. Jest troche książek opisujących tamte lata, zresztą w internecie też jest tego nie mało.
5
@JaroCoach To nie był żaden atak! Ja chce wam uświadomić jakich mieliśmy genialnych piłkarzy, zwłaszcza przed wojną. Trzeba o tym pamiętać a młodzi nazywając się polskimi kibicami żyją tylko i wyłącznie teraźniejszością, jakby kiedyś nie istniał wspaniały polski sport...
2
@FCBparasiempre Niewiele brakowało a polskich piłkarzy zabrakłoby w Berlinie. Dwa główne w kraju okręgi, czyli lwowski i krakowski na walnym zgromadzeniu PZPN wyraziły swój sprzeciw wobec planów wyjazdu. Ostatecznie jednak federacja i PKOl podjęły decyzję, że nasi zawodnicy wezmą udział w piłkarskim turnieju. Decyzja zapadła dopiero w maju, a igrzyska rozpocząć się miały na początku sierpnia. Dwumecz z węgierską drużyną Phöbus był ważnym sprawdzianem. Pierwsze spotkanie rozegrano 18 lipca w Warszawie, gdzie wygraliśmy pewnie 3:1. Wodarz miał zagrać w drugim starciu, które zaplanowano dzień później w Łodzi. Odbywał w tym czasie służbę wojskową i na miejsce dotarł dopiero o 2:00 w nocy przed meczem. Nie dość, że byłem niewyspany, to jeszcze musiałem wybić się ponad moje możliwości, gdyż kandydatów na lewoskrzydłowego było więcej, i to takich jak Król, Łyko, Niechcioł, Kisieliński. Byłem w wojsku, więc wiedziałem, co znaczy zacisnąć zęby i starać się – wspominał Wodarz. I faktycznie się postarał. Węgrzy chcieli za wszelką cenę pokazać się z lepszej strony niż w Warszawie. W 32. minucie gry prowadzili już 3:1, a nasza gra nie wyglądała za ciekawie. Wtedy jednak obudził się Wodarz, a najlepiej jego występ podsumował „Przegląd Sportowy”: ,,Przyjechał urlopowany Wodarz i bez cienia przesady mógłby o sobie powiedzieć, że veni, vidi, vici. Był on bohaterem spotkania i faktycznym jego zwycięzcą. Skrzydłowy Ruchu znajduje się w formie, jakiej jeszcze nigdy u niego nie widzieliśmy. Błyskawicznie szybki, technicznie bez zarzutu, nerwowo opanowany, prowadzi piłkę w pełnym gazie krótko przy nodze, wybiega momentalnie na wolną pozycję, cofa się, idzie do przodu, centruje i… strzela, że raduje się serce!”. Wojsko widocznie mu posłużyło. Przestał się bać i z gracza zdanego przedewszystkim na współpracę z innymi stał się samodzielnym inicjatorem wszelkich groźnych akcji. Wyprowadzanie drużyny ze złej sytuacji było prawie jego wyłączną zasługą. Nie to, że sam strzelił trzy bramki, lecz natchnął drużynę bojowym duchem i wzbudził w niej wiarę we własne siły. Wodarz stał się też bohaterem dnia i zdobył sobie przebojem serca widowni. Jeśli utrzyma się w tej formie w Berlinie, będzie jednym z najpewniejszych naszych punktów – pisano. Zapewnił sobie miejsce w kadrze na igrzyska. Tam także błyszczał. W pierwszym spotkaniu z reprezentacją Węgier ustalił wynik spotkania na 3:0. Miał udział też przy pierwszej bramce, bo to jego obroniony strzał dobijał Gad. Prawdziwy koncert dał jednak w ćwierćfinale. Polacy mierzyli się z Wielką Brytanią. To nasi rywale jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Po 10 minutach wyrównał Gad a tuż przed przerwą na 2:1 trafił bohater tekstu. Po przerwie dorzucił jeszcze dwa gole i w dziewięć minut skompletował hat-tricka. Na 5:1 podwyższył Piec i wydawało się, że jest po meczu. Sporego stracha napędzili nam jednak rywale, którzy na 10 minut przed końcem zdobyli kontaktową bramkę. Skończyło się jednak na 5:4. Był to życiowy mecz w mojej karierze piłkarskiej. Drugi raz w biało-czerwonych barwach udało mi się uzyskać „hat-trick”. Pierwszy raz strzeliłem w przedolimpijskiej próbie z Phöbusem, teraz również udało mi się zaskakującymi strzałami trzykrotnie zmusić do kapitulacji angielskiego bramkarza Hilla. Wszystko mi się w tym meczu udawało. Oddawałem centry dokładnie moim kolegom, a dwie bramki strzelone przez mnie po przerwie były, jak to określili obserwatorzy, majstersztykiem – wspominał Wodarz w książce „Wielki finał”. Półfinał był szczytem naszych możliwości. W meczu z Austrią byliśmy faworytem, mieliśmy przewagę, ale nie potrafiliśmy jej udokumentować. Przegraliśmy 1:3. W meczu o brąz naszym rywalem byli Norwegowie. Wodarz już po pięciu minutach dał nam prowadzenie, po czym rywale zdobyli dwie bramki. Z rzutu karnego celnie uderzył Peterek i po ledwie 25 minutach gry było już 2:2. W 67. minucie szczęście było o włos, kiedy piłka po strzale Wodarza trafiła w poprzeczkę. Nie mieliśmy tego dnia szczęścia. Pięć minut przed końcowym gwizdkiem to przeciwnik uderzył w poprzeczkę. Futbolówka odbiła się po tym od pleców naszego bramkarza i wolno wtoczyła do bramki. Wielu fachowców uznało Wodarza za najlepszego lewoskrzydłowego igrzysk. Kiedy wrócił do domu, to zamiast o swoim wyczynie w starciu z Brytyjczykami, wolał opowiadać o fenomenalnym występie czarnoskórego Jessiego Owensa z USA. Swoją czerwoną olimpijską marynarkę tratował jak najlepsze odświętne ubranie. Wyciągał ją z szafy i paradował po mieszkaniu. Kiedy przytył, to nie mógł się dopiąć w piersiach. Oprócz olimpijskiego stroju przywiózł też pamiątkowy medal i znaczek z numerem 5713, który dostawał każdy olimpijczyk. Anglicy byli pod takim wrażeniem jego gry, że zaproponowano mu transfer na Wyspy. Gazety pisały o 10 tys. funtów. Dla Polaków były to pieniądze niewyobrażalne. Łucja Wodarz, żona piłkarza, wspominała po latach, że za taką kwotę można było kupić całą chorzowską ulicę. Mimo to Gerard wolał zostać w Ruchu. W 1937 r. mistrzowską serię Ruchu w lidze przerwała Cracovia, ale hajduccy piłkarze ciągle byli ważnym ogniwem w reprezentacji. Ta szykowała się do meczów z Jugosławią, które miały decydować o awansie na mistrzostwa świata we Francji. Pierwszy zaplanowany był na 10 października 1937 r. w Warszawie. Polacy rozegrali bardzo dobre spotkanie i pewnie wygrali 4:0. Wodarz co prawda bramki nie strzelił, ale był jednym z głównych architektów zwycięstwa. Wodarz był może mniej aktywny niż zazwyczaj, jednak ilekroć wkroczył w akcję pod bramką Jugosłowian, stawało się gorąco – pisano w „Przeglądzie Sportowym” 11 października 1937 r. W rewanżu, który rozegrano w Belgradzie 3 kwietnia 1938 r., nasza reprezentacja przegrała 0:1. Polacy po prostu utrzymali wynik. W linii napadu wśród wyróżniających się zawodników znalazła się hajducka dwójka – Wodarz i Wilimowski. W ostatnim poważnym sprawdzianie przed wyjazdem do Francji Polacy pokonali aż 6:0 Irlandczyków. Wodarz dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i obok Piątka i Wilimowskiego był najlepszy na boisku. O meczu z Brazylią w Strasburgu napisano już chyba wszystko. Błyszczał Wilimowski, ale i Wodarz zaprezentował się całkiem dobrze. Już na początku meczu mógł dać nam prowadzenie. Pewnie egzekwował rzuty wolne, ale brakowało nam szczęścia. Kiedy na początku dogrywki Brazylijczycy wyszli na prowadzenie, podziałało to mobilizująco na nasz zespół. Polacy atakowali z nieprawdopodobną wolą zwycięstwa. Znakomicie w 7. minucie doliczonego czasu uderzył Wodarz, ale piłka po jego strzale trafiła w poprzeczkę. Kto wie jak zakończyłby się ten pojedynek, gdyby lewoskrzydłowy trafił kilka centymetrów niżej… Wodarz był wzorem człowieka na boisku, jak i poza nim. Elegancki i spokojny w grze. Czasem zarzucano mu jednak bojaźliwość. Kiedy kogoś sfaulował, to zawsze kilka razy go przepraszał i upewniał się, czy na pewno nic złego się nie stało. Starał się grać jak najbardziej fair. Nie sztuka wpaść na rywala i go zadeptać. Sztuką jest odebrać mu piłkę tak, żeby się nawet nie zorientował – podkreślał. Kiedy w 1934 r. Ruch po raz drugi zdobywał mistrzostwo, to w „Przeglądzie Sportowym” opublikowano artykuł, w którym krótko przedstawiano każdego z zawodników. O Wodarzu pisano tak: ,,Lewoskrzydłowy Gerard Wodarz, teraźniejszy kapitan, liczący lat 21, jest piłkarzem spokojnym, wzorowym, stroni od częstych w obozie mistrza hulanek, a przez stworzenie ogniska domowego zjednał sobie całą drużynę. Reprezentacyjny i najelegantszy piłkarz nie tylko Śląska, ale bodaj i całej Polski, jest urzędnikiem w Hucie Batorego. Wodarz jest jedynym graczem bez złośliwego przydomka”. W 1930 r. ukończył Koedukacyjną Szkołę Handlową w Wielkich Hajdukach. Jak większość przedwojennych piłkarzy musiał normalnie pracować. Zatrudniony był w hucie jako księgowy. Praca, dopiero później trening. Żona przychylnie patrzyła na pasję męża. ,,Nigdy by mu nie zabroniła grać ani trenować. Zresztą sama też kopała piłkę! – wspominał syn Gerarda, Lucjan. Żonę poznał dzięki Franciszkowi Zarzyckiemu, który też grał w Ruchu. Łucja była jego młodszą siostrą. W 1934 r. Gerard i Łucja stanęli przed ołtarzem. Rano był ślub, a po południu wszyscy udali się na mecz. W klubie panowała wtedy taka tradycja, że kiedy w niedzielę rano któryś z piłkarzy wstępował w związek małżeński, to na popołudniowym meczu jego świeżo upieczona małżonka zasiadała na trybunach w białej sukni. Zwyczaj zapoczątkował Ewald Urban, późnej podtrzymał go Stefan Katzy. Tak samo było też z Wodarzami. Stanowili wzorowe małżeństwo. Gerard nie pił i nie palił. Rodzinę zawsze stawiał na pierwszym miejscu. ,,Ludzie do dziś zatrzymują mnie na ulicy i mówią, że tata tak kochał mamę, że był gotów całować ślady jej stóp” – opowiadał syn. Jego innymi pasjami poza piłką była muzyka i malarstwo. Potrafił grać na akordeonie i skrzypcach, a nawet na cytrze. Kiedy na placu przy ulicy Włodarskiego pojawiał się uliczny muzyk, to Wodarz schodził na dół, podawał mu do ręki złotówkę, siadał na ławce i z szacunkiem słuchał. ,,Z tęsknotą wspominam wigilijne wieczory, gdy muzykowaliśmy całą rodziną. Klatka naszej kamienicy miała świetną akustykę. Ludzie przystawali na schodach i mieli namiastkę koncertu” – mówił Lucjan Wodarz. Oprócz gry na instrumentach lubił także malować. Zastanawiał się nawet nad podjęciem nauki w Akademii Ssztuk Pięknych. Miał fotograficzną pamięć. To, co zobaczył, potrafił z najmniejszymi szczegółami odwzorować na płótnie. Najczęściej malował pejzaże i ludzi, dużo szkicował również ołówkiem. Był idolem i wzorem do naśladowania dla wielu młodych piłkarzy. Jednym z nich był Gerard Cieślik, który w swojej biografii tak mówił o swoim mistrzu: ,,Wodarz imponował mi pod każdym względem. Starałem się go naśladować i na boisku, i poza nim, bo był uczciwy i prostolinijny. Grał wspaniale, a nigdy się tym nie chwalił. To on utwierdzał mnie w przekonaniu, że dom rodzinny i własny klub to najwyższe wartości. Jego rajdy lewą stroną boiska i potężne uderzenia z dystansu siały postrach wśród najlepszych”. Kiedy 1 września niemieckie samoloty zrzucały bomby na Wieluń, a pancernik Schleswig-Holstein ostrzeliwał Westerplatte, Wodarz miał 26 lat. Był więc w najlepszym dla piłkarza wieku. Po cichu pewnie liczył, że największe sukcesy jeszcze przed nim. Z dnia na dzień trzeba było stawić czoła brutalnej rzeczywistości. Pod koniec sierpnia dostał powołanie do wojska. Z tego też powodu nie zagrał w meczu z Węgrami. Służył w 75. Pułku Piechoty. We wrześniu 1939 r. pod Przeworskiem dostał się do niewoli niemieckiej. Udało mu się jednak zbiec z transportu na stacji Kraków-Płaszów. Przez pewien czas się ukrywał, później zatrzymano go w Gliwicach i wreszcie wypuszczono do domu. Kiedy córka zobaczyła wychudzonego, zarośniętego ojca, to uciekła z podwórka z płaczem. Uważano go co prawda za Ślązaka, ale o polskim duchu. Przez ponad rok nie było dla niego pracy. Dostawał tylko dziewięć marek zasiłku tygodniowo. W rodzinie Wodarzów nastały ciężkie czasy. Żeby mieć z czego żyć, małżeństwo musiało sprzedać niektóre rzeczy. Najpierw pozbyli się kupionych pół roku wcześniej mebli, a później efektownego żyrandola. 12 listopada 1939 r. w Bismarckhütte, jak przemianowano Wielkie Hajduki, odbyło się spotkanie założycielskie nowego klubu. Nazwano go Bismarckhütter Sport Vereingung 1899 e.V. Tydzień później BSV rozegrał swój pierwszy mecz z TuS Lipinie, czyli przedwojennym Naprzodem Lipiny. Mimo zmienionych nazw, na boisku pojawili się gracze, którzy rywalizowali ze sobą już od kilku lat. BSV przegrał 1:2 a gola z podania Wodarza strzelił Peterek. Żona Gerarda wspominała, że mąż musiał się zgodzić na grę pod szyldem niemieckiego klubu. Inaczej utraciłby zasiłek i jakiekolwiek szanse na zatrudnienie. Dzięki temu, że grał i to całkiem nieźle, po roku otrzymał upragnioną posadę w hucie. Zarabiał ledwie połowę tego, co „prawdziwi Niemcy”, ale rodzina zyskała w ten sposób stałe źródło utrzymania. W zespole BSV, który obok Germanii był czołowym klubem na Śląsku, grał do końca 1941 r. Wtedy został wcielony do Wehrmachtu. Służył w wojskach lądowych stacjonujących na zachodzie Europy. Początkowo trafił do Pfalzburga w Lotaryngii. Tam jeden z niemieckich oficerów dowiedział się, że przed wojną Wodarz był piłkarzem. Niemiec silnie kopnął go w kolano i powiedział mu: już nigdy nie będziesz grał w piłkę. Po tym zajściu Gerard spędził trzy miesiące w szpitalu, następnie skierowano go do Antwerpii. Tam był członkiem oddziału pod dowództwem generała von Raisensteina. Niemiec cenił jego umiejętności księgowego i uczynił buchalterem oddziału. ,,Wtedy wiodło mu się lepiej, wysyłał nawet co miesiąc do nas, do domu paczkę z żywnością” – opowiadała żona piłkarza. Z Antwerpii trafił do Ostendy, leżącej na wybrzeżu Morza Północnego. W 1944 r. dostał przepustkę i przyjechał w rodzinne strony. BSV grało wtedy prestiżowy mecz z Germanią, który miał zadecydować o mistrzostwie. Razem z Wodarzem na przepustce przebywał inny przedwojenny ligowiec – Andrzejewski. Obaj dali się namówić kolegom na wzięcie udziału w meczu. Mimo takich wzmocnień BSV przegrało 1:2. ,,Mąż przyjechał na urlop, gdy zmarł jego ojczym, Franciszek Samol. Na pogrzeb nie zdążył, ale długo nie dał się namawiać, żeby zagrać z kolegami. Na pewno nie był w formie, bo w wojsku nie grał w piłkę, ani nie trenował” – mówiła Łucja Wodarz. Po powrocie do jednostki trafił na front. Jego kompania została rozbita, a żona otrzymała wiadomość, że Gerard zaginął i nie wiadomo, co się z nim dzieje. ,,Dopiero potem, z listu dowiedziałem się, że cudem uniknął śmierci. W Normandii został zatrzymany, wraz z Serbem i rodowitym Niemcem, przez amerykański patrol. Całą trójkę w niemieckich mundurach od razu postawiono pod ścianę. Gerarda uratowało, że miał w mundurze zaszyty polski paszport i wizę francuską z 1938 roku. Dwaj jego towarzysze zostali bez sądu rozstrzelani” – relacjonowała żona. Francuscy partyzanci oddali go w ręce Amerykanów. Ci z kolei przekazali go Anglikom. To w Anglii spędził ostatnie miesiące wojny. Pracował w obsłudze naziemnej RAF-u. Codziennie rano jako „polski sportowiec” był wyznaczony do prowadzenia gimnastyki. Koledzy namawiali, żeby został. Sam podobno też się nad tym zastanawiał. Zdecydował się wrócić. Wziął swoją walizkę i pieniądze, które zdołał zaoszczędzić. Miały one pomóc w rozpoczęciu nowego życia w nowej Polsce. Niestety w trakcie podróży statkiem został okradziony. Jedyne, co udało mu się ocalić to złote kolczyki, zawieszkę na szyję i pierścionek dla żony. Do kraju powrócił na przełomie 1945 i 1946 roku. Był szczęśliwy, że wreszcie ma przy sobie rodzinę, ale to nie był koniec kłopotów… ,,Pracę w hucie „Batory” dostał dopiero na przełomie kwietnia i maja. Nie chcieli mu dać roboty, bo każdy mówił, że jak przyjechał z Zachodu, to ma dość pieniędzy” – wspominała Łucja Wodarz. Dołączył do Ruchu przed rundą wiosenną sezonu 1945/46. Już w pierwszym swoim spotkaniu wpisał się na listę strzelców. Ruch zremisował na wyjeździe z Siemianowiczanką 3:3. Znowu zachwycał precyzyjnymi dośrodkowaniami. Teraz jednak obsługiwał nimi nie Wilimowskiego, ale Cieślika, który stawał się coraz ważniejszym zawodnikiem w szeregach Ruchu. Wodarz zagrał jeszcze w kolejnym sezonie w mistrzostwach klasy A, gdzie strzelił kilka goli. Pomógł zespołowi zdobyć mistrzostwo Śląska i przejść eliminacje międzyokręgowe o wejście do I ligi. 22 września wystąpił w kwalifikacjach krajowych, w wygranym meczu z Lechią. W ekstraklasie już nie wystąpił. Do ekstraklasy jednak wróci, ale już w innej roli. W połowie 1949 r. zasiadł na ławce Ruchu jako trener. Pod jego wodzą Niebiescy rozegrali 12 spotkań. Wygrali pięć i zremisowali dwa. Ruch zajął w tabeli dopiero ósme miejsce, choć kiedy opiekę nad nim przejmował Wodarz, było jeszcze gorzej. Po sezonie zastąpił go jednak Ryszard Koncewicz. W okresie powojennym piłkarze wielkiego Ruchu z lat 30. nie mieli jednak łatwo. Trudno było im się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Działacze z klubu przy ul. Cichej nie widzieli u siebie miejsca dla Gerarda. Znalazł zatrudnienie w innej śląskiej drużynie. W październiku 1950 r. zasiadł na ławce drugoligowego Górnika Zabrze. Pierwszym jego krokiem w nowej roli było sprowadzenie do Zabrza swojego byłego klubu. 6 grudnia z okazji Barbórki Ruch rozegrał z Górnikiem towarzyskie spotkanie, które wygrał 4:2. To wtedy właśnie zaczęła się pomiędzy klubami rywalizacja, która później będzie znana jako święta wojna i to właśnie ten pojedynek był pierwszym w historii wielkich derbów Śląska. Na zabrzańskiej ławce spędził cztery sezony. Piłkarze garściami czerpali z jego doświadczenia i umiejętności. Warto pamiętać, że to on wprowadzał do dużej piłki takich zawodników jak Antoni Franosz, Ginter Gawlik czy Henryk Czech. Zawsze uczciwie podchodził do powierzonych mu obowiązków. Kiedy jedno z trzecioligowych spotkań Górnika, rozgrywane w Zagłębiu miało być ponoć ustawione, Wodarz nie wybrał się nawet na mecz. Wszystko pewnie by się rozeszło, ale w przedmeczu juniorów rywale młodych górników tak ich skopali, że starsi koledzy postanowili nie puszczać tego płazem. Górnik wygrał 2:0. To pod jego wodzą Górnik po raz pierwszy pokonał Ruch. Stało się to 6 kwietnia 1953 a dochód z meczu miał być przekazany na fundusz budowy nowego śląskiego stadionu. Pod koniec 1954 r. odszedł z Górnika. W klubie następowały zmiany, które miały uczynić go poważnym ekstraklasowym graczem a według działaczy poczciwy i uczciwy trener nie był najlepszym wykonawcą tych ambicji. Zajął się szkoleniem młodzieży, co zajmowało jego czas przez ponad 20 kolejnych lat. Mimo że nie zawsze był dobrze traktowany w klubach, nie stracił pogody ducha. ,,Nigdy nie widziałem, żeby ojciec był zasmucony czy zmęczony. Uśmiechał się 32 godziny na dobę. Gdy komukolwiek robił przysługę, to zawsze za darmo. Przez 30 lat kończył pracę w hucie, wsiadał w PKS czy pociąg i jechał na trening. W klubach pracował za grosze” – opowiadał syn. Nigdy nie chorował i do końca utrzymywał sprawność fizyczną, czym zadziwiał najbliższych. Pewnego dnia wyszedł z domu do dentysty. Skrócił sobie drogę przez cmentarz. Nagle przystanął przy jednym z nagrobków i po chwili upadł. Okazało się, że w tej samej chwili dostał zawału i wylewu. Zmarł 11 listopada 1982 r. Był wielkim patriotą. Pierwsze strony jego albumu z wycinkami prasowymi zdobi polska flaga i wizerunki Józefa Piłsudskiego i Józefa Poniatowskiego. W tym kontekście data jego śmierci nabiera szczególnego znaczenia. Na jego pogrzebie Gerard Cieślik tak mówił o swoim mistrzu: ,,Zmarł największy w historii polskiego piłkarstwa lewoskrzydłowy, jeden z najwybitniejszych w Europie w późnych latach trzydziestych… To był najporządniejszy piłkarz, jakiego kiedykolwiek spotkałem w życiu. Wiedzy o piłce od niego się nauczyłem, techniki i strzału, podpatrując jego uderzenia i zagrania. Niedościgniony w zawodach, błyskawiczny w dryblingach, precyzyjny i sprytny w strzałach i prawdziwy przyjaciel na co dzień”. Stanisław Mielech w swoich wspomnieniach nazywa go ideałem na pozycji lewoskrzydłowego. Trudno znaleźć kogoś, kto mógłby się z nim równać. Nie byłoby bez niego wielkich sukcesów Ruchu w latach 30-tych. Dużo trudniej byłoby o gole Wilimowskiemu czy Peterkowi. Równie dużo dawał reprezentacji. Jeszcze raz możemy westchnąć – gdyby tylko w tamtych latach liczono asysty… Nie dowiemy się, jak wyglądałaby jego kariera, gdyby nie wojna. Mógł zostać za granicą, ale wolał wrócić do kraju, do rodziny i do Ruchu, który zawsze zajmował szczególne miejsce w jego sercu. Był spokojny, uczynny i uczciwy, choć nie zawsze dobrze na tym wychodził. Chciał być jednak wierny wobec ideałów.
10
@FCBparasiempre 10 sierpnia 1913 r. w Chorzowie urodził się Gerard Wodarz – złote skrzydło Ruchu i reprezentacji Polski. Był jednym z najlepszych polskich piłkarzy nie tylko okresu międzywojennego ale również całej w całej historii polskiej piłki nożnej. Najlepsze lata kariery zabrała mu wojna. Już jako nastolatek grał w reprezentacji. Na igrzyskach w Berlinie czarował na lewym skrzydle i strzelił 3 gole w starciu z Wielką Brytanią. Dobrymi występami zyskał uznanie w oczach Anglików i niewiele brakowało a zagrałby w tamtejszej lidze. Pięciokrotnie zdobywał mistrzostwo Polski. Z jego podań dziesiątki goli strzelali Peterek i Wilimowski. Dzisiaj niewielu o nim pamięta, ale dla kibiców chorzowskiego Ruchu Gerard Wodarz jest postacią niemal legendarną. I to w pełni zasłużenie. Igrzyska olimpijskie w Berlinie były pierwszą dużą imprezą, na której zaistniała nasza reprezentacja. Polacy dotarli do półfinałów, gdzie niestety musieli uznać wyższość Austrii. W meczu o trzecie miejsce natomiast pechowo przegraliśmy z Norwegami. Według wielu obserwatorów, to właśnie zespoły, które walczyły o brąz, były najlepszymi w całym turnieju. Nasi zawodnicy pokazali się z dobrej strony i udowodnili, że poziom futbolu nad Wisłą jest coraz wyższy. Niespełna miesiąc po igrzyskach mieli okazję do potwierdzenia swoich umiejętności w starciu z Jugosławią. W Belgradzie polegli jednak aż 3:9. Mimo że mecz odbywał się w trudnych warunkach i duży wpływ na naszą postawę miała kontuzja naszego kapitana Henryka Martyny, to trudno było o optymizm przed zbliżającym się starciem z Niemcami. W niedzielne popołudnie 13 września 1936 r. kibice tłumnie ruszyli na Stadion Wojska Polskiego. Trybuny pękały w szwach a frekwencja wyniosła około 45 tys. Co najmniej kilka tysięcy sympatyków piłki dostało się na stadion nielegalnie dzięki sfałszowanym biletom. PZPN zupełnie nie docenił skali zainteresowania meczem i na związek spadła fala krytyki za fatalną organizację. Zabrakło telefonu dla prasy, policja odnotowała setki kradzieży, pobić i nieszczęśliwych wypadków. Wielu ludzi zostało poturbowanych. Zagrania Polaków często nagradzano gromkimi brawami. Pierwsza połowa była dość wyrównana. Ataki Niemców stawały się coraz bardziej niebezpieczne a akcje Polaków raziły nieskutecznością. Pierwsi na prowadzenie wyszli nasi zachodni sąsiedzi. Już w 19. minucie błąd Wasiewicza wykorzystał Euler, podał do Hohmanna a ten strzałem po ziemi z kilkunastu metrów pokonał Albańskiego. Druga odsłona była już dużo lepsza w naszym wykonaniu. W ataku, w którym Scherfke i Gad nie potrafili znaleźć sposobu na pokonanie Buchloha, odpowiedzialność za zdobywanie goli wziął na siebie Wodarz. W 70. minucie wykorzystał świetne podanie od kolegów i mijając obrońców, strzelił płasko w prawy róg. ,,Z poszczególnych formacji drużyny najbardziej zawiódł napad, który de facto zwalił całą pracę ofensywną na barki świetnego Wodarza. A fakt, że w takich warunkach nasz pilnowany do niemożliwości lewoskrzydłowy potrafił zdobyć bramkę, oraz o włos nie uzyskać drugiej świadczy raz jeszcze o jego nieprzeciętnych walorach”– pisał na łamach Przeglądu Sportowego Jerzy Grabowski 14 września 1936 r. Do końca spotkania wynik nie uległ już dużej zmianie. Wodarz potwierdził swoje znakomite umiejętności, które prezentował już w Berlinie. Polacy po raz pierwszy zremisowali z Niemcami, a wcale dużo nie brakowało, żeby przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Na uwagę zasługuje też postawa kibiców, którzy gorącym dopingiem wspierali swoich ulubieńców. Dobrą grę Polaków w drugiej części gry zauważył też prowadzący zawody Szwed Rudolf Eklöw: ,,Polska była stanowczo bliższa zwycięstwa niż Niemcy. Gdyby zaś na Olimpiadzie z Austrią zagrała na poziomie, jak w drugiej części z Niemcami, byłaby zwyciężyła bardzo lekko”. Gdyby w tamtym meczu zagrali Wilimowski i Peterek, z którymi Wodarz świetnie rozumiał się w Ruchu, może na zwycięstwo nad Niemcami nie musielibyśmy czekać do 2014 r. Zanim jednak Wodarz wraz z kolegami stworzył niezapominane trio, pierwsze swoje piłkarskie kroki stawiał, grając typowe mecze ulica na ulicę, czy osiedle na osiedle. Gerard w swoich wspomnieniach Od szmacianki do olimpiady, które były publikowane w latach 40. na łamach „Sportu”, przyznawał, że nie pamięta, kiedy po raz pierwszy miał kontakt z piłką. Z pewnością należał jednak do drużyny z ulicy Św. Jadwigi, a ich największym rywalem był zespół „Bloków”. W wielu zaciętych spotkaniach tych ulicznych klubów wykuwały się charaktery późniejszych reprezentantów Polski. Razem z Wodarzem swoje umiejętności podnosili wtedy m.in. Teodor Peterek czy Karol Dziwisz. Kto wie, jak potoczyłyby się losy przyszłych reprezentantów, gdyby nie pewien nauczyciel. Zainteresował się on pasją swoich podopiecznych i pomógł im zorganizować mecze na hałdzie Kalina. Nawierzchnia boiska była żużlowo – piaskowa, a dodatkowo pokryta popiołem. Kiedy rozgrywał tam swoje mecze Ruch, to tak się kurzyło, że w przerwie straż pożarna polewała płytę wodą. Młodym chłopakom to jednak nie przeszkadzało. Często wracali do domów z pozdzieranymi kolanami czy rękami, ale cieszyli się, że mieli gdzie grać. Pedagog zadbał również o piłkę. Wodarz z towarzyszami nie musieli już grać szmacianką lub taką o mniejszych rozmiarach, ale jak to określił sam piłkarz oryginalną „kulą”. ,,Była ona co prawda trochę jajowata, ale to nie przeszkadzało wówczas w grze” – wspominał Gerard. Wodarz przyszedł na świat 10 sierpnia 1913 r. w ówczesnym Bismarckhütte. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, miejscowość przemianowano na Wielkie Hajduki. Największym i najsilniejszym klubem w okolicy był Ruch. Gra w tym zespole była marzeniem każdego młodego hajduczanina uganiającego się za piłką. Podobnie było z naszym bohaterem. Wodarz dołączył do juniorskiej drużyny Ruchu w wieku 12 lat. Dwa lata później, czyli w roku 1927 doszło do rozłamu w hajduckiej drużynie. Zawodnicy drużyny rezerw opuścili klub i założyli własny, który nazwali Haller. Wywołało to konieczność utworzenia nowej drużyny rezerwy w Ruchu z dotychczasowych juniorów. W ten sposób mając zaledwie lat czternaście, dostałem się już do rezerwy, gdzie grałem tak jak dziś zawsze na lewym skrzydle, gdyż jestem „mańkutem” – opowiadał Wodarz na łamach „Sportu”. Na zapleczu pierwszej drużyny nie spędził jednak zbyt wiele czasu. W rezerwach prezentował się na tyle dobrze, że już wkrótce dostał szansę debiutu w podstawowym składzie. Pewnej niedzieli przed południem – w tym roku po przydzieleniu do rezerwy – podszedł do mnie w kościele pracownik 1-szej drużyny, oświadczając, iż szuka mnie. Mam natychmiast jechać do Bielska, gdzie Ruch grał, gdyż ich lewoskrzydłowy zachorował. Pojechałem tam jak stałem. Nosiłem jeszcze wówczas krótkie spodnie i koszulę z wyłożonym kołnierzem. Graliśmy z BTS. Pojawienie się moje na boisku w Bielsku wywołało złośliwe uwagi tamtejszych kibiców pod adresem „chłopaczka”. Wkrótce jednak po rozpoczęciu się meczu i strzeleniu przeze mnie nieczęsto widzianej bramki z odległości 30 metrów, zwolennicy tamtejszego Klubu zmienili zdanie: nabrali szacunku dla moich umiejętności. Partnerem moim był wówczas starszy o 10 lat, lecz niższy Sobocik. Słuchałem go jak ojca, on to kierował mną w akcji – opisywał Wodarz swój pierwszy mecz w Ruchu we wspomnieniach „Od szmacianki do olimpiady”. Od czasu tamtego meczu powoli, ale systematycznie robił postępy. Ciężko pracował na treningach i dzięki swojemu zaangażowaniu wkrótce na stałe dołączył do pierwszej drużyny. W cytowanych już wspomnieniach opowiadał o wyjazdowym meczu we Lwowie. W czerwcu 1929 r. Ruch mierzył się z miejscową Pogonią z Kucharem w składzie. Wodarz pojechał tam jako rezerwowy, ale co ciekawe nie jako lewoskrzydłowy. Wystawiono mnie jako rezerwowego bramkarza, gdyż zasadniczo zabrano mnie, abym widział jak lwowiacy grają. Przebrać się przebrałem i stanąłem za bramką, ale jak zobaczyłem tempo gry, to ze strachu serce biło mi jak oszalałe i prosiłem Boga, abym nie musiał czasem bramkarza zastąpić – wspominał. Widoczne jego modlitwy zostały wysłuchane, bo mimo ostrej gry i faktu, że Ruch kończył w dziewiątkę, pierwszy bramkarz wytrwał na posterunku. Niebiescy wygrali 4:3, co było sporą niespodzianką, bo plasowali się wtedy raczej w dolnych rejonach tabeli. Niespełna miesiąc później Wodarz zaliczył swój pierwszy mecz w lidze. 7 lipca na boisku AKS-u w Królewskiej Hucie, Ruch podejmował Warszawiankę. Przed rozpoczęciem spotkania okazało się, że przybyło tylko dziesięciu graczy podstawowego składu – zabrakło Pawła Buchwalda. Jego miejsce na łączniku zajął Karol Frost, który zwykle grał na lewym skrzydle. W ten sposób otworzyła się szansa dla Gerarda. Przepisy stanowiły wtedy, że minimalny wiek dla ligowca to 16 lat. Wodarzowi brakowało kilku tygodni, ale działacze postanowili zaryzykować. W ten sposób nastolatek zaczął pisać nowy rozdział w swojej karierze. W tym samym roku Wodarz razem z Ruchem pojechał na dwutygodniowy turniej do Gdańska. Był to jego pierwszy tak daleki wyjazd. Na razie powoli wchodził do zespołu, ale już w następnym roku miał stać się podstawowym zawodnikiem drużyny. Jako jedyny (!) wystąpił wtedy we wszystkich ligowych meczach i to w wieku tylko 17 lat. 25 maja 1930 r. młody lewoskrzydłowy po raz pierwszy wpisał się do protokołu meczowego, strzelając drugą bramkę w wygranym 2:1 meczu z warszawską Polonią. Stał się tym samym najmłodszym strzelcem bramki w polskiej lidze. Jedynie podkreślić należy grę młodego lewoskrzydłowego Wodarza, który staje się bardzo wydatną podporą ligowej drużyny – chwalono występ Gerarda w Przeglądzie Sportowym z 28 maja 1930 r. Wodarz coraz lepiej spisywał się w lidze. To on najczęściej swoimi podaniami czy dośrodkowaniami otwierał kolegom drogę do bramki lub sam je zdobywał. Zarówno w 1931 r., jak i w 1932 nie opuścił żadnego ligowego spotkania. Jeśli w relacjach prasowych kogoś wyróżniano, to najczęściej był to właśnie Wodarz do spółki z Peterkiem. Dobre występy jednostek nie szły w parze z formą całej drużyny, choć w porównaniu do poprzednich sezonów Ruch piął się w górę. W połowie kwietnia 1931 r. hajduccy piłkarze po raz pierwszy nawet liderowali tabeli. Do podium dalej było jednak daleko, a fakt, że z powodów finansowych klub ciągle musiał sobie radzić bez trenera, na pewno nie pomagał w rywalizacji. Dobre występy Wodarza w lidze nie przeszły niezauważone. Postępy, jakie czynił, zapewniły mu miejsce w reprezentacji okręgu. Wkrótce zwrócił też na siebie uwagę Józefa Kałuży. Kapitan związkowy PZPN zdecydował się powołać młodego zawodnika na towarzyskie spotkanie z Rumunią. Nasi ówcześni sąsiedzi należeli wtedy do europejskiej czołówki. Dobrze radzili sobie w Pucharze Bałkańskim. Byli też równorzędnym rywalem dla tak renomowanych ekip jak: Węgry, Austria czy Czechosłowacja. 2 października 1932 w Bukareszcie górą byli jednak Polacy. Drużyna nasza wygrała wtedy 5:0, ale spotkanie należało mimo wysokiego wyniku do trudnych. Temperatura wynosiła 42oC. Każdy może sobie wyobrazić, jak się gracze pocili. Ja, 18-letni młodzieniec wówczas, miałem do pokonania prócz tych 42 stopni, jeszcze swą „gorączkę” pierwszego oficjalnego występu w reprezentacji Polski – opowiadał po latach o swoim pierwszym meczu w kadrze. W momencie debiutu miał 19 lat i 53 dni. Przed nim koszulkę z białym orłem na piersi zakładało tylko dwóch młodszych graczy. Zaprezentował się na tyle dobrze, że znalazło się dla niego miejsce w zbliżającym się wyjeździe kadry do Włoch. Polska miała zagrać tam trzy oficjalne spotkania, ale skończyło się tylko na dwóch i to nieoficjalnych. Nieznane są przyczyny odwołania oficjalnego charakteru spotkań, ale wiadomo, że przyjęto nas z najwyższymi honorami. Przed oboma spotkaniami odegrano hymny gospodarzy i gości, a także zaproszono neutralnych sędziów. Polacy jednak dwa razy przegrali. W spotkaniu rozgrywanym w Neapolu z reprezentacją Włoch środkowo-południowych było 0:3 a w drugim, które odbyło się w Genui z zespołem północno-zachodnich Włoch aż 1:5. Naszym zawodnikom brakowało szybkości i mieli problemy z utrzymaniem narzuconego tempa. Na dodatek Włosi już wtedy nie przebierali w środkach, co w pierwszym starciu skończyło się dwiema kontuzjami Polaków. Również sędziowie, zwłaszcza w spotkaniu w Genui mogli się spisać lepiej. Za ewidentną rękę nie został podyktowany rzut karny. Prasa włoska jednak zauważała, że Polacy byli lepszym zespołem, niż zakładano. Wygranie meczu na gorącym nie tylko z powodu słońca terenie nie było łatwym, jak o tym prócz nas przekonało się wiele innych drużyn. Przegraliśmy – wspominał Wodarz. W 1933 r. w Ruchu doszło do wielu zmian. Powołano specjalny komitet, którego zdaniem miało być pozyskanie sponsorów klubu. Wybór padł na Hutę Bismarcka. Prezesem klubu został Wilhelm Blacha. Był zdania, że drużynę trzeba budować na lata i opierać ją na zawodnikach pochodzących z Górnego Śląska. Zmiany zaszły również w lidze. Rywalizowano w dwóch grupach – wschodniej i zachodniej. Trzy najlepsze drużyny z każdej z nich w drugiej części sezonu toczyły bój o mistrzostwo. Również w drużynie doszło do przetasowania. Niektórzy zakończyli kariery, inni zmienili barwy klubowe. Już w poprzedniej kampanii ligowej zaistniał 19-letni Edmund Giemza, wkrótce do pierwszej drużyny dołączył też wychowanek Alfred Gwoźdź. To właśnie ci dwaj panowie oraz Teodor Peterek okażą się na koniec sezonu najlepszymi strzelcami klubu. Nie byłoby jednak ich bramek bez znakomitych podań Wodarza. Już w pierwszym meczu piłkarze pokazali, że będą liczącą się siłą, rozbijając 6:0 krakowską Garbarnię. Drużyna Ruchu przedstawiała się jako całość bardzo dobrze, tak pod względem technicznym, jak i taktycznym oraz kondycji fizycznej. Na pierwszy plan wysunął się bezapelacyjnie Wodarz, który bodajże nigdy jeszcze nie był w tak świetnej formie – relacjonował „Przegląd Sportowy” z 5 kwietnia 1933 r. Ruch w grupie grał z drużynami krakowskimi – Podgórzem, Garbarnią, Wisłą i Cracovią oraz z poznańską Wartą. Cracovia broniła tytułu, ale w starciu z hajducką drużyną była bez szans. Niebiescy wygrali aż 4:1. Poważnie zasygnalizowali chęć walki o tytuł. W relacjach prasowych znowu wychwalano lewoskrzydłowego Ruchu: ,,Na czoło wybija się bezapelacyjnie Wodarz, gracz wybitnie inteligentny, dysponujący doskonałą techniką, dużą ambicją, świetnymi podaniami dośrodkowemi i bardzo niebezpiecznym strzałem” – chwalono go w „Przeglądzie Sportowym” z 31 maja 1933 r. Ciągle zbierał pochwały. Był prawdziwym motorem napędowym drużyny. Pierwszy ligowy tytuł Ruch zapewnił sobie po wyjazdowym zwycięstwie w ostatniej kolejce ligowej nad Cracovią. Co ciekawe sympatia krakowskich kibiców w dużej mierze była po stronie gości, bo ich wygrana oznaczała brak tytułu dla lwowskiej Pogoni. O ile mistrzowski tytuł w 1933 r. był dla wielu zaskoczeniem, o tyle rok później jego obrona była już piłkarskim kunsztem. Rozgrywki toczono „normalnie”, czyli 12 drużyn rywalizowało w jednej grupie. Ruch przegrał tylko dwa spotkania. Hajduczanie strzelili w 22 meczach 90 bramek, czyli prawie dwa razy więcej niż druga w tabeli Cracovia! Do zespołu dołączył Wilimowski. On sam zdobył 33 gole, Peterek dorzucił 28, a Wodarz kolejne 10, a gdyby tylko w tamtych czasach liczono asysty… byłby królem tej statystyki. Z takim atakiem musieli wygrać ligę. Sukces powtórzyli w dwóch kolejnych sezonach, choć już bez tak znaczącej przewagi. Na początku grudnia 1934 r. na Śląsk przyjechał wielki Bayern. Niemcy brali udział w turnieju, w którym uczestniczyły jeszcze zespoły Cracovii, Garbarni i Ruchu. Gospodarzem byli Niebiescy. Szkoda, że organizatorzy nie postarali się, żeby mistrz Polski spotkał się z Bayernem dopiero w finale. Oba zespoły starły się już w półfinale, gdzie po dość wyrównanym meczu górą byli goście. Pokonali oni Ruch lepszą organizacją gry i skutecznością. Wodarz znalazł się wśród wyróżniających się graczy Jako jeden z nielicznych starał się jakoś zapanować nad chaotycznymi atakami hajduczan. Na przełomie roku Ruch udał się do Monachium na rewanż. Po kolejnym wyrównanym pojedynku wygrali tym razem Niebiescy. Prasa niemiecka była pod wrażeniem wyszkolenia technicznego i bardzo dobrej taktyki. Podkreślali lepszy start do piłki gości z Polski i ofiarność piłkarzy. Na uroczystej kolacji były przemówienia na cześć zawodników Ruchu i pamiątkowe prezenty. Monachijczycy dostali statuetkę z węgla, a sami przekazali Polakom kufle. Drugi mecz na niemieckiej ziemi zaplanowano na 2 stycznia 1935 r. Ruch miał się zmierzyć z VfB Stuttgart. Pierwszy kwadrans spotkania nie był udany, bo gospodarze prowadzili już 2:0. Wtedy jednak piłkarze Ruchu wzięli się ostro do roboty, strzelili pięć bramek i na przerwę schodzili ze znaczną przewagą. Ruch grał świetne zawody, piłka krążyła jak po sznurku, a zawodnicy starali się kontrolować grę. W drugiej połowie dało o sobie znać zmęczenie i fatalna jakość boiska, wskutek czego gospodarze zdołali strzelić dwie bramki. To było jednak wszystko, na co ich było stać. Atak Ruchu był w stosunku do Monachium nie do poznania. Kombinacyjnie celujący, świetnie dysponowany strzałowo i w doskonałej kondycji fizycznej. Trudno kogoś wyróżnić, bo wszyscy pracowali się bez zarzutu. Jeśli decydujemy się na skrzydłowych, to dlatego, że zdobyli się oni na największy kontrast w stosunku do Monachium. Wodarz był długimi okresami najlepszym graczem na boisku, grał uważnie i miał szczęście w strzelaniu – czytamy w „Przeglądzie Sportowym” z 5 stycznia 1935 r. Trzy gole strzelił Wilimowski, a dwa Wodarz. W nagrodę obaj zawodnicy zostali wyróżnieni przez PZPN srebrnymi odznakami za godną obronę barw Polski w spotkaniach międzypaństwowych. Za kilkanaście miesięcy Polska weźmie udział w igrzyskach w Berlinie ale na niemieckich boiskach zaprezentuje się tylko jeden z tych wspaniałych piłkarzy.
7
Pamietajmy!
Najwybitniejszy skrzydłowy polskiego futbolu:
@Symson
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
0
@Sysia11 Jeśli jeszcze nie czytałaś to bardzo polecam ci książke ,,Garrincha Samotna gwiazda". Kapitalna biografia, opisująca również historie Brazylii i nie tylko.
0
@Eto'o9 R10 Poza tym nie każdy wie że Garrincha urodził się jako kaleka, miał bodaj 3 czy 4 centymetry krutszą jedną z nóg a wyczyniał dryblingi nie z tej ziemi. To prawda, gdyby nie jego nałogi(drugi z nałogów to kobiety) to śmiem twierdzić że byłby jeszcze lepszy niż Messi a z pewnością zdobyłby mase więcej trofeów.
6
Trzeba pamiętać i wiedzieć również o tym, że gdyby nie Garrincha, to Pele nie byłby trzykrotnym mistrzem świata, zresztą sam Pele o tym mówił. Ponadto Garrincha niemal w pojedynke wywalczył mistrzostwo świata(1962), tak jak i Maradona(1986) i w zasadzie tylko(albo aż) odróżnia ich to od Messiego. Można spekulować czy Messi miał lepszych czy gorszych kolegów do pomocy w kadrze aby zdobyć MŚ w odróżnieniu od Maradony czy Garrinchy ale nie ma to większego znaczenia. W zasadzie cała trójka jest dla mnie najlepsza w historii futbolu. To byli(i są) najwięksi artyści piłki nożnej, jacy rodzą się raz na 100 lat a może i więcej...
4
@Arkon Zdecydowanie na pierwszym miejscu egzekwo Messi i Maradona. Natomiast na 3 miejscu egzekwo Manoela Francisco dos Santosa i Edsona Arantesa de Nascimento!
18
Legendy włoskiego futbolu:
9 sierpnia 1973 r. w Piacenzie urodził się Filippo Inzaghi. W klubie z tego miasta rozpoczął piłkarską karierę w sezonie 1991/92, po czym na rok wypożyczony został do trzecioligowego Leffe. Następnie występował w Veronie i ponownie w Piacenzy. W 1995 roku trafił do Parmy, w barwach której zadebiutował w Serie A. Najczęściej jednak zajmował miejsce na ławce rezerwowych, skąd przyglądał się poczynaniom Zoli i Stoiczkowa. Rozegrał zaledwie 15 spotkań strzelając dwie bramki. Latem 1996 roku wypożyczono go do Atalanty Bergamo. To posunięcie okazało się strzałem w dziesiątkę i dla klubu z Lombardii i dla samego snajpera. W barwach Atalanty rozegrał 33 spotkania (nie zagrał tylko w jednym meczu), strzelając 24 gole.
Latem 1997 roku transfer Inzaghiego do Juventusu nie stanowił więc niespodzianki. Bądź co bądź, mistrzowie Włoch kupowali z Atalanty Bergamo piłkarza, który z 24 golami na koncie został królem ligowych strzelców sezonu 1996/97. Działacze Bianconerich każdą bramkę wycenili na pół miliona dolarów. Inzaghi podpisał pięcioletni kontrakt i zarabiał na tamtą chwilę 1,2 miliona dolarów rocznie. Jak sam powiedział: “Gra w Juventusie to spełnienie moich marzeń“. Już w swym pierwszym sezonie spędzonym w Juve grał u boku wielkiego Alessandro Del Piero. Mimo wzajemnej niechęci, która była tajemnica poliszynela, na boisku stworzyli znakomity duet, którego Lippiemu mógł pozazdrościć każdy trener. We dwóch strzelili 39 goli. Mniej bramek niż ta dwójka zdobyli wszyscy piłkarze siedmiu drużyn Serie A, w tym słynnego Milanu. Mimo tak udanego sezonu w Juventusie, w okresie letniego mercato spekulowano, że Inzaghi może przejść do Romy. Miało się tak stać z chwilą sfinalizowania rozmów Juve z Christianem Vierim. Do tego jednak nie doszło. Vieri ostatecznie odszedł do Lazio, a Filippo Inzaghi, ku uciesze wielu fanów, pozostał na Stadio Delle Alpi. Tym samym złamał pewną regułę. Do tej pory od czasu wkroczenia w wiek seniorski co roku zmieniał klubowe barwy. Zaraz po przyjściu do Juve, Inzaghi święcił swój 1 triumf. Był to Superpuchar Włoch rozegrany w 1997 r. Rywalem była Vicenza. Bianconeri wygrali ten mecz 3-0, a autorem dwóch goli był nie kto inny, jak sam Inzaghi (trzecią bramkę dołożył Conte). Kolejny sukces przyszedł za niedługo, bo już w pierwszym sezonie w nowych barwach. Wtedy to Juventus zdominował rywali i zdobył swe 25 scudetto. Jak się jednak później okazało, był to ostatni taki sukces bramkostrzelnego napastnika w barwach Juve. Mógł odczuwać niedosyt, lecz nie z powodu swojej postawy, co z braku większych osiągnięć, w końcu w Turynie spędził 4 lata. W sezonie 1998/1999 Inzaghi nie zawiódł strzelając 12 goli w 28 meczach. Wszystko ułożyłoby się zapewne lepiej, gdyby nie koszmarna kontuzja Del Piero, tuż na początku sezonu. W ostateczności klub z Turynu zakończył ligowe rozgrywki dopiero na 7. miejscu. Również w Lidze Mistrzów Pippo spisywał się na miarę oczekiwań. Otarł się nawet o wielki finał, jednak ostatecznie Juve musiał uznać w półfinale wyższość Manchesteru United. W sezonach 1999/2000 i 2000/2001 wszystko zdawało się wrócić do normy. Inzaghi zachwycał i robił to co do niego należało – strzelał bramki. Zdobył ich odpowiednio 15 i 11. Na niewiele się to zdało, ponieważ Juve dwa razy kończyło rozgrywki ligowe jako wicemistrz. Również w Europie turyński zespół nie zachwycał. Wygrał mało prestiżowe rozgrywki Pucharu Intertotto, by później szybko odpaść z Pucharu UEFA. Sezon później (2000/2001) Juve już w pierwszej fazie grupowej Ligi Mistrzów pożegnało się z rozgrywkami. Inzaghi zdobył 5 goli z 9 strzelonych przez Juve. W meczu z Hamburgerem udało mu się nawet ustrzelić hat-tricka. Już wtedy Filippo Inzaghi czuł na plecach oddech Davida Trezegueta. Jeśli obawiał się o miejsce w podstawowej jedenastce to miał rację, bo działacze Juve zdecydowali się sprzedać Włocha, by zrobić przestrzeń dla kupionego po Euro 2000 Francuza. W 2001 roku Filippo Inzaghi opuścił Turyn przenosząc się do Milanu za 38 milionów dolarów. Szybko się tam zaaklimatyzował i zdobywał dla nowego klubu mnóstwo bramek. W 2007 roku stał się bohaterem całego Mediolanu, gdy jego dwie bramki w finale z Liverpoolem zapewniły Rossonerim wygraną w Lidze Mistrzów. Ogółem w Milanie grał aż do 2012 roku i w 300 meczach strzelił 126 bramki.
Regularnie powoływany do reprezentacji Włoch, w Squadra Azzurra wystąpił trzy razy w finałach mistrzostw świata (1998, 2002, 2006 – na tych ostatnich zdobył złoty medal) oraz na Euro 2000, skąd przywiózł srebro. Podczas 4 sezonów spędzonych na Delle Alpi, Superpippo rozegrał w barwach Juventusu 167 meczy zdobywając aż 91 goli. Bilans naprawdę imponujący, a samego piłkarza na pewno nigdy nie zapomni żaden kibic Juve z tamtych czasów. Po zakończeniu w 2012 roku kariery piłkarskiej Inzaghi postanowił spróbować swoich sił jako trener. Zaczynał od młodzieżowych drużyn Milanu, by w czerwcu 2014 roku zadebiutować w Serie A w nowej roli – trenera Rossonerich. Po pierwszym sezonie został jednak przez klub zwolniony ze względu na niezadowalające wyniki. Poźniej trenował drużynę Venezii, z którą najpierw awansował do Serie B, by sezon później dopiero w play-offach przegrać awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Następnie bez większych sukcesów zasiadał na ławce Bologni, Benevento i Brescii. Od zaledwie miesiąca prowadzi drugoligową Reggine.
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
0
@Pawel13sz Może i masz racje ale jakoś bardzo nie lubie wklejania tutaj tego twitera, zwłaszcza w obcych językach...
2
@Darkin Co to znaczy odklejenie od bazy? Że niby to nie prawda? Właśnie że prawda, tylko nie każdy to dostrzega...
1
@Pawel13sz Po pierwsze nie znam obcych języków(poza kilkoma słowami) a po drugie co to jest ten twitter? bo jakoś nie bardzo mi sie ten wynalazek podoba
15
Hiszpańska federacja przesiąknięta dyktaturą:
9 sierpnia 1978 r. FC Barcelona zatrudniła Alberto Tarantiniego, lecz reżim anulował ten transfer. Lewy obrońca reprezentacji Argentyny był wówczas świeżo upieczonym mistrzem Świata. Alberto rok wcześniej w barwach Boca Juniors zagrał nawet z Blaugraną na Camp Nou w Pucharze Gampera. W sierpniu 1978 r. zaprezentowano go nawet na jednym z treningów w koszulce Barçy ale nie posiadał jeszcze hiszpańskiego obywatelstwa. Jego żoną była hiszpanka, więc wydawało się iż załatwienie formalności potrwa krótko i będzie mógł zagrać już w pierwszym meczu ligowym. Niestety reżim na to nie pozwolił. Machina propagandowa oskarżyła piłkarza między innymi o to, że wziął ślub tylko dla hiszpańskiego paszportu. W końcu Tarantini trafił do Birmingham City, gdzie jednak nie spełnił oczekiwań ze względu na swój porywczy charakter. Jak widać nawet 3 lata po śmierci dyktatora niewiele się właściwie zmieniło. Zresztą do dzisiejszego dnia Real Madryt jest faworyzowany przez władze piłkarskie z Madrytu i to się już chyba nie zmieni…
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Sensible
@DaPidejpi
1
@Pawel13sz Pawełku, dajcie spokój z tymi niebieskimi zagramanicznymi ptaszkami
2
@Tomcio No to super! Zazdroszcze ci, nie powiem...
0
@MesQueUnClub96 Niby dlaczego? Nie widze w tym nic złego ani tym bardziej obraźliwego. Wręcz przeciwnie, uważam to za pochwałe i nic więcej.
1
@Pawel13sz Rashford jak Rashford ale tam w Manchesterze wszystko pierdoli Harry Maguire! Gdyby nie on byłoby lepiej, ale i tak jeszcze nie całkiem dobrze...
16
Duma Katalonii zagościła w Polsce:
8 sierpnia 2000 r. na stadionie im. Henryka Reymana, FC Barcelona pokonała Wisłe Kraków 3:4 w ramach 3 rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Blaugrana grała wówczas w czarnych opaskach z powodu śmierci ojca Javiera Savioli. Spotkanie miało bardzo dramatyczny przebieg. Wisła objęła prowadzenie lecz Rivaldo wyrównał w 31 minucie z rzutu karnego po faulu na Kluivercie. Zaledwie 30 sekund później drugiego gola zdobył Grzegorz Pater, ponownie wyprowadzając ,,Białą Gwiazde” na prowadzenie. Radość gospodarzy nie trwała długo – w 34 minucie Rivaldo znów doprowadził do wyrównania. Szaloną pierwszą połowe golem zamknął Tomasz Frankowski. W drugiej części gry mistrzowie Polski opadli jednak z sił i Patrick Kluivert strzelił najpierw gola a następnie wyłożył piłke Rivaldo, który skompletował hattricka i zapewnił Dumie Katalonii zwycięstwo.
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
0
@Ogorinho1974 Uwierz mi że byli dużo słabsi, zwłaszcza zaraz po II wojnie światowej ale i nie tylko. Van Gaalovi zawdzięczamy wprowadzenie do drużyny Puyola i Xaviego. Van Gaal nie był aż tak złym trenerem jak ci się wydaje ale z pewnością był jednym z najbardziej zarozumiałych trenerów w historii nie tylko FC Barcelony...
10
Wspominamy byłych trenerów Blaugrany:
8 sierpnia 1951 r. urodził się Luis Van Gaal, dwukrotny trener FC Barcelony. W młodości był całkiem niezłym piłkarzem lecz nie przebił się do pierwszej drużyny Ajaxu, gdzie zaczynał jako zawodnik rezerw. Największą karierę zrobił w Sparcie Rotterdam, której barw bronił w latach 1978-86. Kilka lat po zawieszeniu butów na kołku został szkoleniowcem Ajaxu, z którym w latach 1991-97 wygrał aż 11 trofeów, w tym Lige Mistrzów w 1995. Z Amsterdamu trafił na Camp Nou i jego pierwsza przygoda z Dumą Katalonii trwała 3 lata co dało 170 spotkań. Dwa mistrzostwa kraju, Puchar Króla oraz Superpuchar Europy były jednak zbyt słabymi wynikami dla klubu, który chciał błyszczeć w Lidze Mistrzów. Van Gaal odszedł do sztabu reprezentacji Holandii lecz w 2002 r. powrócił do prowadzenia Blaugrany. Tym razem jego przygoda w Katalonii trwała bardzo krótko – został zwolniony po 31 meczach, z których jego zespół przegrał aż 10! Następnie trenował AZ Alkmaar i Bayern Monachium a w 2012 r. ponownie przejął reprezentacje ,,Oranje”.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
1
Visca el Barca, para siempre! I oczywiście Visca el Robert Lewandowski!
1
@Pawel13sz Kurcze, wy to naprawde macie jakieś dziwaczne poczucie humoru :)
1
@Pawel13sz Naprawde? A ponoć od przybytku głowa nie boli!
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
7 sierpnia 1900 r. w Krakowie urodził się Leon Sperling, jedna z legend krakowskiej piłki, związany z Jutrzenką (z której się wywodził) oraz Cracovią, w której święcił największe sukcesy. Pomimo drobnej postury i niskiego wzrostu był jednym z najlepszych skrzydłowych w kraju. Wyróżniała go zwinność i spryt. Wielu uważało go za „czarodzieja piłki”, budził podziw olśniewającą techniką, wspaniałym dryblingiem i znakomitymi dośrodkowaniami. Karierę piłkarską zakończył w 1934 r. Po niej zajął się pracą jako urzędnik bankowy. W barwach Cracovii rozegrał 381 meczów, co plasuje go na 10. miejscu wśród piłkarzy z największą liczbą występów. Z drużyną tą zdobył trzy mistrzostwa kraju oraz Puchar Polski. Poza tym regularnie występował również w reprezentacji narodowej, biorąc udział w igrzyskach olimpijskich w Paryżu. Wystąpił w pierwszym, historycznym meczu naszej reprezentacji. Swojego pierwszego gola zdobył w meczu z Turcją 2 października 1925 r. Ostatni raz nasz kraj reprezentował w 1930 r. w pojedynku ze Szwecją. Wybuch wojny zmusił go do opuszczenia Krakowa z obawy przed holokaustem. Zamieszkał we Lwowie, gdzie pracował jako trener. Niestety niedługo później naziści przejęli okupowane przez sowietów miasto, a Sperling trafił do getta. Podobnie jak Steuermann i wielu innych piłkarzy żydowskiego pochodzenia wziął udział w wygranym meczu przeciwko drużynie żołnierzy niemieckich, co przypłacił życiem. W Reprezentacji rozegrał 16 meczów, strzelając 2 gole.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Sensible
1
Nie no! Co za idiotyczne posunięcie zarządu!? Sprzedawać jednego z najlepszych bramkarzy w Hiszpanii! I teraz kto zastąpi ter Stegena? Bramkarz z Primera RFEF? Żałosne...
3
Lionel Andres Messi i Robert Lewandowski. Zobaczyć ich w ,,naszej" Barcie to byłaby bardzo ciekawa sprawa. Natomiast zobaczyć ich triumfujących w Lidze Mistrzów... bezcenne!
8
Historia nowożytna:
7 sierpnia 2003 r. Carles Puyol przemówił: ,,Jeżeli to ma pomóc odejde”. W 2003 r. Duma Katalonii znajdowała się w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Nowe władze wykazały że klub posiada rekordowy deficyt(164 miliony euro) oraz dług(218 milionów). Jednym z powodów tak fatalnych wyników były niespodziewane wydatki- wypożyczenia Mendiety i Sorina, zwolnienie Van Gaala i zatrudnienie Anticia, które w sumie złożyły się na kwote 27 milionów euro. Manchester United znając problemy finansowe Katalończyków, złożył oficjalne zapytanie w sprawie Puyola. Obrońca w wywiadzie zgodził się na ewentualny transfer gdyby wymagała tego sytuacja: ,,Jeżeli ktoś się po mnie zgłosi i Barça zaakceptuje te ofertę, to zgodzę się na transfer. Nie pójdę jednak do władz i nie powiem że chce odejść. Chciałbym wygrać jakiś tytuł, jestem to winny kibicom”- oznajmił popularny ,,Tarzan”. Na szczęście działacze postawili na cięcie kosztów w innych miejscach. Puyol został w Blaugranie aż do zakończenia swojej kariery. Niewiele brakowało a Joanowi Gaspartowi, który mocno zadłużył klub, zawdzięczalibyśmy sprzedaż ,,Tarzana”…
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@patataj
@Pawel13sz
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
5
@FCBparasiempre Mário Coluna. To on zaopiekował się młodym Eusébio, kiedy ten trafił do Europy, a dzięki swoim umiejętnościom świetnie dyrygował grą partnerów zarówno w klubie, jak i w reprezentacji. Był jednym z najlepszych pomocników swoich czasów. Położona przy południowo-wschodnim wybrzeżu Afryki wyspa Inhaca (port. Ihla da Inhaca) po raz pierwszy w świadomości Europejczyków zaistniała w połowie XV w. Wtedy to portugalski kupiec Lourenço Marques penetrował tereny przy ujściu rzeki Maputo, gdzie dziś leży stolica Mozambiku o tej samej nazwie. Niedługo później powstała w tym miejscu osada, którą na cześć kupca nazwano jego imieniem, podobnie jak zatokę, nad którą leżała. Po drugiej stronie tej niewielkiej zatoki położona jest właśnie wspomniana wyspa, która swoją nazwę zawdzięcza z kolei wodzowi ludu Tsonga o imieniu Nhaca. Nie wchodząc w historyczne szczegóły, przez kolejne lata na okolicznych terenach kwitł handel niewolnikami i kością słoniową, a pod koniec XIX w. na wyspie zbudowano latarnię morską. Od początku XX stulecia w portugalskich posiadłościach w Afryce nasilał się proces systematycznego ograniczania praw tubylców i ich marginalizacja na rzecz Portugalczyków. W końcu w 1930 r. wszedł w życie Akt kolonialny, który przekształcił tereny dzisiejszego Mozambiku w posiadłość zarządzaną przez metropolię (tak określano centralne terytorium imperium kolonialnego). Pięć lat po tym wydarzeniu na świat przyszedł Mário Esteves Coluna. Urodził się 6 sierpnia 1935 r. właśnie na wyspie Inhaca w osadzie o tej samej nazwie. Pochodził z mieszanej rodziny. Jego ojciec José Maria Coluna był Portugalczykiem i pochodził z regionu Beira w centralnej Portugalii a matka Lúcia Chibure wywodziła się z okolic miasta Machanga w środkowym Mozambiku. Mały Mário od najmłodszych lat z upodobaniem spędzał czas na aktywności fizycznej. Już jako dziecko potrafił wspinać się na drzewa mango i nerkowca, nie robiąc sobie przy tym nic z zakazów rodziców. Dorastał w bardzo skromnych warunkach na przedmieściach Lourenço Marques w dzielnicy Alto Maé. W tej samej okolicy wychowywali się także Hilário da Conceição i Vicente Lucas, którzy będą ważnymi częściami portugalskiej reprezentacji w 1966 r., a także znakomity Matateu (prywatnie brat Vicente Lucasa), który przecierał szlaki mozambijskim piłkarzom w Portugalii na początku lat 50. Mimo że dorastał w biedzie, to rodzice zadbali o to, żeby zaszczepić w nim odpowiednie wartości. Jako nastolatek Mário był dość grzeczny i zdyscyplinowany, potrafił się ładnie wypowiadać i szybko nauczył się czytać, co nie było wówczas tak oczywiste, jak dzisiaj. Wcześnie też musiał zacząć pracować, żeby pomóc rodzinie. Nie zapominał przy tym jednak o sporcie. Bardzo dobrze radził sobie w boksie, a kiedy zainteresował się lekkoatletyką, nie potrzebował wiele czasu, żeby pobić rekord kraju w skoku wzwyż. Wynik 1,82 m pozwalał nawet marzyć o występie na igrzyskach olimpijskich (w Helsinkach w 1952 r. rezultat ten dałby mu miejsce pod koniec drugiej dziesiątki). Na szczęście dla całego piłkarskiego świata bardzo dobrze czuł się też na boisku, kopiąc piłkę. To w futbolu właśnie dostrzegł szansę wyrwania się z biedy i marazmu i postanowił ją wykorzystać. Porzucił marzenia o zawodzie mechanika samochodowego i coraz bardziej skupiał się na futbolu. Początkowo grywał w małych klubach, takich jak Clube Desportivo João Albasini i Clube Ferroviário de Lourenço Marques. Jednym z największych klubów w stolicy kolonii był założony w 1921 r. Grupo Desportivo de Lourenço Marques. Z uwagi na rasowe uprzedzenia dla Coluny drzwi tego klubu były przez pewien czas zamknięte. Nie pomógł w tym nawet fakt, że w zakładaniu klubu pomagał jego ojciec, który zaliczył w zespole nawet epizod jako bramkarz. Dopiero kiedy Mário udowodnił swoją wartość, grając dla Ferroviário, sytuacja uległa zmianie. Lokalny potentat nie mógł sobie pozwolić na stratę utalentowanego nastolatka i w 1951 r. Coluna został zawodnikiem Grupo Desportivo. Na starcie swojego pobytu w klubie próbował swoich sił również jako koszykarz. Na parkiecie umiejętności wystarczało mu jednak tylko na występy w drużynie rezerw, więc wkrótce w całości poświęcił się piłce nożnej. Szybko wywalczył sobie miejsce w składzie i dał się poznać jako bardzo skuteczny napastnik. W Portugalskiej Afryce Wschodniej, którą od 1952 r. przemianowano na Mozambik, nie było wówczas ogólnokrajowej ligi. Kluby piłkarskie rywalizowały w rozgrywkach lokalnych. Najwyższy poziom sportowy był naturalnie w rejonie stolicy i to właśnie w mistrzostwach dystryktu Lourenço Marques zaczynała błyszczeć gwiazda Coluny. Ferroviário trzykrotnie z rzędu zdobywało tytuł mistrzowski w latach 1949-51, ale kiedy Coluna przeniósł się do Grupo Desportivo, to w 1952 r. ta drużyna mogła cieszyć się z triumfu. Nasz bohater miał wówczas ledwie 17 lat, ale z roku na roku wchodził na coraz wyższy poziom. O jego talencie i umiejętnościach robiło się coraz głośniej i kwestią czasu było, aż zwróci na siebie uwagę klubów z Portugalii. Zanim jednak trafił do Europy, zdążył się dać we znaki sąsiadom z południa. Sukces, jakim dla Grupo Desportivo była wygrana w lokalnych rozgrywkach, a także stabilna i dobra forma całego zespołu nie pozostały niezauważone. Pewnego dnia do klubu wpłynęła propozycja rozegrania towarzyskiego spotkania w Związku Południowej Afryki. Niestety z uwagi na fakt, że w tym ówczesnym brytyjskim dominium nasilała się w tamtych latach polityka apartheidu, Coluna jako ciemnoskóry nie mógł wziąć udziału w tym meczu. Mozambijski klub złożony w całości z białych graczy przegrał tamto spotkanie 1:2. Jednak w rewanżu, który odbył się w Lourenço Marques, nic nie stało na przeszkodzie, żeby Coluna wystąpił od pierwszych minut. Gospodarze roznieśli w pył zawodników ze Związku Południowej Afryki, wygrywając aż 7:0. Zaledwie 17-letni Mário dał tamtego dnia prawdziwy popis swoich strzeleckich umiejętności, stając się autorem wszystkich siedmiu trafień. Nastoletni Coluna miał już wówczas w Mozambiku status gwiazdy. Mimo młodego wieku imponował przeglądem pola i zaczynał wykazywać coraz więcej cech przywódczych. Aktywność ruchowa od najmłodszych lat w późniejszym wieku zaowocowała znakomitym przygotowaniem fizycznym. Do tego trzeba doliczyć skuteczność pod bramką rywali, a także ogromną ambicję i zaangażowanie w grę. Wkrótce największe portugalskie kluby rozpoczęły między sobą wyścig o pozyskanie wielce utalentowanego młodzieńca. Jako pierwsi do konkretów przeszli działacze FC Porto, ale spotkali się z odmową. Niepowodzeniem zakończyła się też próba pozyskania Coluny przez Sporting, który podwoił złożoną przez Smoki ofertę. Grupo Desportivo de Lourenço Marques było satelickim klubem Benfiki i ojciec Mário cierpliwie i z nadzieją czekał na ruch przedstawicieli Orłów. Dopiero kiedy ci złożyli ofertę, Coluna otrzymał zgodę na odejście z klubu. Do Lizbony przeniósł się w 1954 r. Miał wówczas 19 lat i z optymizmem zapatrywał się na swoją przyszłość w zespole. Benfica wkraczała wówczas w swój najlepszy w historii okres. W 1952 r. prezydentem klubu został Joaquim Ferreira Bogalho, który miał ambicję zbudować prawdziwie profesjonalny klub. W tym celu podjęto decyzję o budowie nowego stadionu. Prace przy budowie oficjalnie rozpoczęto 14 czerwca 1953 r., a już 1 grudnia 1954 r. (w dniu narodowego święta) nowo wybudowane Estádio da Luz było areną prestiżowego pojedynku z FC Porto. Do dyspozycji graczy oddano także nowe centrum treningowe, które określano mianem Lar do Jogador (w dosłownym tłumaczeniu „dom graczy”). W tym samym czasie, co Coluna, do klubu dołączyli też ściągnięty z Ferroviário bramkarz Alberto da Costa Pereira i mający za sobą pracę w Vasco da Gama brazylijski trener Otto Glória. Benfica stanie się dla Coluny domem na kolejne kilkanaście lat, ale początki pobytu w Europie wcale nie były dla młodego zawodnika łatwe. Po trwającej 34 godziny podróży z Mozambiku został tymczasowo zakwaterowany w ośrodku treningowym, gdyż klub nie zdążył mu jeszcze zorganizować stałego lokum w Lizbonie. Musiał też szybko przystosować się do europejskiego, wielkomiejskiego życia, co w nowym otoczeniu z pewnością nie było łatwe. Samo wejście do drużyny też nie było dla urodzonego w Mozambiku piłkarza łatwe. Pierwszy raz czerwoną koszulkę Benfiki założył w sparingowym starciu z FC Porto. Debiut ligowy z kolei zaliczył w wygranym 5:0 meczu z Vitórią Setúbal. Od razu przy tym zabrał się za przekonywanie do siebie kibiców, strzelając dwie bramki. Brazylijski szkoleniowiec Otto Glória miał zamiar grać popularnym wówczas w swojej ojczyźnie ustawieniem 4-2-4. W Benfice stosował je jednak dość elastycznie, uwzględniając przy tym klasę rywala i umiejętności własnych podopiecznych. Mimo że Coluna przyjechał do Lizbony z etykietą skutecznego snajpera, to trener potrzebował trochę czasu, żeby znaleźć mu miejsce na boisku. W ataku niepodważalną pozycję miał wówczas pochodzący z Angoli José Águas. Coluna początkowo był ustawiany obok niego, potem został przesunięty bliżej lewej strony, ale swoją postawą na boisku nie do końca potrafił przekonać do siebie sztab szkoleniowy. Nie był pierwszym wyborem brazylijskiego trenera i nie zawsze pojawiał się na murawie. Co zrozumiałe, samemu piłkarzowi rola rezerwowego też nie odpowiadała i w tym trudnym dla siebie czasie przez moment nosił się z zamiarem opuszczenia klubu. Na szczęście Glória postanowił spróbować przesunąć go bliżej środka boiska. Dostrzegł w nim naturalne predyspozycje do roli rozgrywającego. Widział, że młokos ma bardzo dobry przegląd pola i dobrze potrafi obsłużyć podaniem kolegów, więc zaryzykował. Decyzja ta okazała się strzałem w dziesiątkę i przez kolejne lata Coluna dzielił i rządził w środku pola Benfiki. Dzięki swojej sile, umiejętnościom technicznym, a przede wszystkim dzięki wizji gry bardzo szybko stał się jednym z kluczowych graczy lizbońskiej drużyny. Mimo trudnych początków swój debiutancki sezon w stolicy Portugalii zakończył z 14 golami na koncie, pokazując, że potrafi też bardzo dobrze uderzyć z dystansu. Miał w ten sposób swój niemały udział w zdobycie przez klub mistrzostwa kraju i przerwaniu tym samym czteroletniej dominacji Sportingu. Co ciekawe losy tytułu ważyły się do ostatniej kolejki. Benfica swój mecz wygrała, ale to wcale nie gwarantowało jej jeszcze mistrzostwa. Kluczowy był wynik meczu pomiędzy Sportingiem a trzecim wielkim klubem z Lizbony, czyli Belenenses. To ta ekipa, w której grał świetny Mateteu, miała tytuł na wyciągnięcie ręki. Prowadzili 2:1 i już powoli szykowali się do świętowania, ale stracona bramka w samej końcówce przekreśliła marzenia o sukcesie i ze swojego ósmego mistrzostwa w historii mogła cieszyć się ekipa Águias. W kolejnym sezonie wystartowała inauguracyjna edycja Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Mimo że Benfica była mistrzem Portugalii, to francuski magazyn piłkarski L’Equipe do udziału zaprosił Sporting, który cieszył się wówczas w Europie większym uznaniem. Na swój debiut na europejskich salonach Coluna musiał więc jeszcze poczekać. Ta nadarzyła się w sezonie 1957/58. Po zdobyciu kolejnego mistrzostwa w 1957 r. Benfica na starcie Pucharu Mistrzów trafiła na hiszpańską Sevillę. Debiut nie okazał się jednak udany. Porażka 1:3 na wyjeździe i bezbramkowy remis u siebie oznaczały koniec przygody z pucharami. Jesienne niepowodzenie nie oznaczało, że Coluna z kolegami są za słabi na rywalizację z najlepszymi. W lipcu tego samego roku z dobrej strony pokazali się w Pucharze Łacińskim. W półfinale pokonali francuskie AS Saint-Étienne, a w finałowym pojedynku okazali się tylko minimalnie gorsi od wielkiego wówczas Realu Madryt, przegrywając 0:1. Swoją klasę potwierdzali też na krajowym podwórku. Oprócz dwóch tytułów w 1955 i 1957 r. dorzucili w tych samych latach po Pucharze Portugalii. W 1959 r. Coluna po raz trzeci w karierze mógł wznieść to trofeum. Tym razem dubletu nie udało się ustrzelić, gdyż w ligowej tabeli Benfikę dzięki lepszej różnicy bramek wyprzedziło FC Porto. Po tamtym sezonie z klubem pożegnał się Otto Glória, który przeniósł się do Belenenses. Miesiąc po jego odejściu w klubie zjawił się inny wielki trener z wizją, pod którego wodzą Benfica osiągnęła największe sukcesy w historii. Tym kimś był oczywiście Béla Guttmann. Węgierski szkoleniowiec już w pierwszym roku swojego pobytu w klubie doprowadził zespół do mistrzostwa (dla niego osobiście było to drugie mistrzostwo z rzędu, bo to on był trenerem FC Porto, które rok wcześniej sprzątnęło Benfice tytuł sprzed nosa). Dzięki temu dla Coluny i kolegów stworzyła się kolejna szansa pokazania się w Europie. Guttmann wiedział jednak, że jeśli jego podopieczni mają osiągnąć sukces, to muszą na bok odłożyć swoje indywidualne zapędy i stworzyć drużynę, gdzie na pierwszym miejscu będzie dobro wspólne całego zespołu.
JESIENIĄ 1960, BENFICA BYŁA JUŻ INNĄ DRUŻYNĄ NIŻ W CZASIE DEBIUTU W EUROPEJSKICH ROZGRYWKACH PUCHAROWYCH. LEPSZĄ, ROZUMIEJĄCĄ ZASADY NOWOCZESNEGO FUTBOLU, PEŁNĄ AMBICJI ODEGRANIA NIEPOŚLEDNIEJ ROLI – PISAŁ O PRZEMIANIE LIZBOŃSKIEJ EKIPY JANUSZ DOBRZYŃSKI.
Coluna był jednym z kluczowych elementów układanki węgierskiego szkoleniowca i jednym z tych piłkarzy, od których Guttmann rozpoczynał ustalanie składu. Pierwszym rywalem po powrocie na europejskie salony było szkockie Heart of Midlothian. Portugalska ekipa nie miała z przeciwnikami większych kłopotów i pewnie wygrała oba mecze. Następni w kolejce czekali już Węgrzy z Újpesti Dózsa. Jeśli ktoś miał wątpliwości co do tego, która z drużyn jest lepsza, to zostały one rozwiane po pierwszym starciu na Estadio da Luz. Benfica rozbiła mistrzów Węgier aż 6:2, a tym, który rozpoczął kanonadę, był nie kto inny, jak Coluna. Wobec tak wysokiej wygranej rewanż był już tylko formalnością i Benfica zameldowała się w ćwierćfinale. Tutaj czekało ich starcie z duńskim AGF. Amatorzy z Aarhus nie byli jednak w stanie nawiązać równorzędnej walki z maszyną z Lizbony i w dwumeczu przegrali 2:7. Na drodze do wielkiego finału stał jeszcze wiedeński Rapid. Austriacka ekipa również musiała w Lizbonie przełknąć gorycz porażki i przegrała 0:3. Coluna znowu był tym, który otwierał wynik spotkania. W rewanżu długo utrzymywał się korzystny dla lizbończyków remis 1:1. Bardzo nie podobało się to wiedeńskiej publiczności, która na parę minut przed końcem wszczęła burdy, w wyniku których poszkodowane zostały aż 63 osoby. Parę dni po meczu UEFA zweryfikowała jego wynik jako walkower dla Benfiki. W ten sposób Portugalczycy znaleźli się w wielkim finale, gdzie naprzeciw im stanęła FC Barcelona. Katalońska drużyna w pokonanym polu zostawiła m.in. Real Madryt i HSV z Uwe Seelerem w składzie. W rozgrywanym na berneńskim stadionie Wankdorf finale to właśnie Blaugrana jako pierwsza wyszła na prowadzenie. Cieszyła się z niego tylko 10 minut. Po tym czasie Benfica wyrównała, a chwilę później wyszła na prowadzenie. Raz jeszcze zacytujmy tutaj Janusza Dobrzyńskiego:
DEFENSORZY BENFIKI DOSKONALE KRYLI GROŹNYCH NAPASTNIKÓW KATALOŃSKICH, UTRUDNIAJĄC IM BUDOWANIE AKCJI. ATAK PORTUGALSKI UMIEJĘTNIE ROZCIĄGAŁ GRĘ, WYKORZYSTUJĄC SWOICH SZYBKICH SKRZYDŁOWYCH. BENFICA BYĆ MOŻE MIAŁA TROCHĘ SZCZĘŚCIE PRZED PRZERWĄ, GDY SŁOŃCE ŚWIECIŁO W OCZY ANTONIA RAMALLETSA, KTÓRY OŚLEPIONY JEGO PROMIENIAMI NAJPIERW PRZEPUŚCIŁ STRZAŁ JOSÉ ÁGUASA, A W MINUTĘ PÓŹNIEJ CHYBA SAM WEPCHNĄŁ PIŁKĘ DO SIATKI PO PŁASKIM DOŚRODKOWANIU JOAQUIMA SANTANY (NIEKTÓRE ŹRÓDŁA PODAJĄ TU ÁGUASA). PO PRZERWIE ZNAKOMITY MÁRIO COLUNA PODWYŻSZYŁ NA 3:1 WSPANIAŁYM STRZAŁEM Z 18 METRÓW, ODDANYM W PEŁNYM BIEGU W LEWY RÓG BRAMKI. SYTUACJI NIE BYŁA JUŻ W STANIE ZMIENIĆ [BRAMKA] ZDOBYTA DLA BARCELONY PRZEZ DRUGIEGO WĘGRA W DRUŻYNIE – ZOLTANA CZIBORA, CHOĆ NALEŻY ZAZNACZYĆ, ŻE WCZEŚNIEJ DWA RAZY POPRZECZKA I TYLEŻ RAZ SŁUPKI UCHRONIŁY PORTUGALCZYKÓW OD UTARTY GOLA. PUCHAR DLA BENFIKI, DRUGIEGO ZESPOŁU NA HONOROWEJ LIŚCIE ZDOBYWCÓW PEMK.
Prasa pisała o piłkarskim cudzie na Tagiem i że Benfica upaja jak porto. Portugalczycy o grze swoich ulubieńców potrafili mówić godzinami i był to główny temat rozmów w kawiarniach, restauracjach i tramwajach. W Bernie narodziła się wówczas wielka europejska drużyna. W klubie był już wówczas pewien młody, niesamowicie zdolny młodzieniec. Żeby dołączyć do drużyny, musiał pokonać równie długą drogę, co Coluna. W podróż do Lizbony wyruszał podobnie jak jego starszy kolega, z dalekiego Mozambiku. Jego matka, bojąc się zagrożeń, jakie mogą na niego czyhać w wielkomiejskim świecie, przed wyjazdem włożyła mu do kieszeni list, którego adresatem był Mário Coluna. Kobieta prosiła w nim, żeby starszy i bardziej doświadczony piłkarz zaopiekował się jej synem i wziął go pod swoje skrzydła. Jako że obie rodziny znały się jeszcze z czasów, kiedy Mário mieszkał w Lourenço Marques, to Coluna nie wahał się ani chwili i spełnił prośbę kobiety, którą była Elisa Anissabeni. Owym młodzieńcem, dla którego Coluna stał się starszym bratem i dobrym wujkiem w jednej osobie, był Eusébio da Silva Ferreira. Obaj panowie bardzo szybko znaleźli ze sobą wspólny język i już rok po wygranej w Bernie poprowadzili Benfikę do drugiego Pucharu Europy z rzędu.
6
Wybitne legendy futbolu:
W sukcesach portugalskiego futbolu lat 60. wielki udział miało dwóch zawodników pochodzących z dzisiejszego Mozambiku. Tym, który pierwszy przychodzi na myśl, jest oczywiście król strzelców mistrzostw świata z 1966 r., czyli znakomity Eusébio. Równie wielki wpływ na grę reprezentacji i Benfiki miał też jego starszy kolega, którym był operujący w środku pola…(czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz)
@Sensible
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Symson
@DaPidejpi