0

@agaFCB Jak to dlaczego nie będzie?

1

@denks1984 To tak jakbyśmy razem oglądali i razem zachwycali się tym samym zawodnikiem. Od przybycia kochanego murzynka Samuela pokochałem Barcunie na amen!

11

@FCBparasiempre 3 października 1950 r. w Gdańsku urodził się Andrzej Szarmach, napastnik. ,,Zawsze drugi. Całe życie ciągle drugi. Nawet jak gdzieś pierwszy byłem, czułem się jak drugi”. Czy jest lepszy cytat do opisu kariery Szarmacha? Ciągła pogoń za złotem a mimo to ciężko mówić o jakimś niespełnieniu. W końcu mowa o 2-krotnym medaliście MŚ i wicemistrzu olimpijsku. W Górniku Zabrze przyszło mu zastąpić kontuzjowanego Lubańskiego i w nim następcę słynnego napastnika dostrzegł też selekcjoner reprezentacji Polski. Trzema golami strzelonymi w towarzyskich starciach z Haiti ostatecznie przekonał Kazimierza Górskiego do nominacji mundialowej. Niewiele jednak zabrakło by trener został zmuszony do radzenia sobie bez niego. W ostatnim kwietniowym meczu ligowym Szarmach doznał poważnej kontuzji kostki i musiał zejść z boiska. Nie pojawił się już na boisku aż do mundialu. Wcześniej też mierzył się z innymi urazem i stracił prawie całą wiosne, strzelając w niej tylko jednego gola. Mimo to w Niemczech Górski z szerokiego grona napastników postawił właśnie na niego, choć wcześniej zdawało się że przegrywa rywalizacje z Domarskim. W towarzyskich starciach przewyższał jednak swych konkurentów. ,,W roli środkowego napastnika najlepiej spisał się Szarmach. Już przed paroma dniami w meczu krakowskim wykazał on dużą dojrzałość piłkarską.”- pisał ,,Dziennik Polski” po sparingu kadry z Malagą. Szarmach na mundialu stał się jedną z największych gwiazd. Strzelił gola po pięknej podcince z Argentyną, w starciu z Haiti stał się drugim polskim piłkarzem w historii mundiali z hat-trickiem na koncie(po Erneście Wilimowskim) a na zakończenie fazy grupowej pokonał bramkarza Włochów po świetnym strzale głową nad bezradnie interweniującym Dino Zoffem. Mógł nawet powiększyć swój dorobek bo z Argentyńczykami zaliczył słupek. Dodatkowo wywalczył karnego na wage zwycięstwa z Jugosławią. Z dorobkiem 5 goli przewodził klasyfikacji strzelców MŚ jeszcze na tym etapie rozgrywek. Dopiero na finiszu wyprzedził go Grzegorz Lato. Wpływ na to miała kontuzja, jaka odniósł w starciu z Jugosławią. Przez stłuczenie mięśnia nie mógł wystąpić z RFN. Temu Górski przypisywał jedyną porażke poniesioną na tym turnieju. Ostatecznie Szarmachowi pozostał tytuł wicekróla strzelców. Drużynowo wywalczył zaś srebro, przyznawane za 3. Miejsce na świecie. ,,Zrobiliśmy dużo ale mogliśmy zajść jeszcze wyżej – mówił sam po powrocie. Agencja UPI dała go jako rezerwowego w najlepszej jedenastce turnieju. Podobnie ustawił go News of the World. Podczas MŚ cieszył się olbrzymią sympatią widzów i nie wiadomo co bardziej pociągało trybuny – wąsik, szybkie i celne strzały czy też autentyczny wdzięk piłkarski tego zawodnika?”- zastanawiał się ,,Dziennik Polski”. T o właśnie wtedy narodziło się słynne powiedzenie że ,,Szarmach wsadza głowe tam, gdzie inni boją się wsadzać noge”. Jak w starciu z Haitańczykami, gdy jego czupryna dwukrotnie znalazła się między bezradnie interweniującymi defensorami z Karaibów. Jego największym atutem była jednak skuteczność. Miłośnik statystyki komputerowej Jacek Gmoch mierzył kiedyś za pomocą nowoczesnych technologii kontakty z piłką swoich zawodników podczas meczu. Wynik Szarmacha był prawie nieprawdopodobny. Środkowy napastnik przez 90 minut nie zanotował nawet dwucyfrowej liczby w tej klasyfikacji. Nie przeszkodziło mu to strzelić w tym meczu 2 goli… Przyzwyczajony przez większość meczu Szarmach, gdy tylko piłka znajdowała się w polu karnym, stanowił ogromne zagrożenie. Wykorzystywał większość nadarzających mu się sytuacji w meczu. Od linii 16 metra piłka niemal sama go szukała. Stąd wiele razy wychodził ,,sam na sam” z bramkarzami, co prawie z automatu oznaczało gola… Łącznie strzelił w ciągu 8 lat gry na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce aż 109 goli. Średnio daje to nieco ponad 12 goli na sezon. Przez ten czas tylko raz jego dorobek spadł poniżej dwucyfrówki w rozgrywkach. Przy 207 rozegranych meczach daje to przeciętnie 0,53 gola na mecz. Dwukrotnie był wicekrólem strzelców. Pozostaje też, a jakże, drugim najlepszym strzelcem w historii występów Stali Mielec w Ekstraklasie. Tylko on oraz Tomasz Frankowski w całej historii rozgrywek strzelili co najmniej po 45 goli w lidze dla więcej niż jednego klubu. Szarmach strzelał je dla dwóch czołowych ekip Ekstraklasy lat 70-tych – Górnika Zabrze oraz Stali Mielec. Gra w żadnym z nich nie dała mu jednak tytułu mistrza Polski! Do obu tych drużyn trafiał w sezonie następującym po zdobyciu złota. Z Górnikiem najdalej doszedł do srebra, ze Stalą Mielec do brązu. Z tą drugą drużyną mierzył się też w słynnych bojach z Realem Madryt w Pucharze Mistrzów. Swoja jedyną korone króla strzelców(poza 2 ligą) wywalczył na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu. Tu jednak z kolei drugie miejsce przyplątało się do niego w rankingu zespołowym. Polacy wyjechali z Kanady ze srebrem po porażce w finale z NRD, co w kraju przyjęto raczej z niedosytem. Szarmach pozostał natomiast bez wywalczonego tytułu drużynowego i nie zdobył go już do końca kariery. Razem z Latą, Kusto i Żmudą stanowi natomiast jedyny kwartet podwójnych medalistów MŚ w historii polskiej piłki. Oprócz srebra zdobytego za 3. Miejsce z drużyną Górskiego w 1974, znaleźli się oni też w zespole Piechniczka 8 lat później. W przypadku Szarmacha trudno żeby było inaczej, skoro swoim golem przyczynił się do wygranej w eliminacjach z NRD w Lipsku 3:2. Na mindialu trener trzymał go jednak w rezerwie. Wpuścił go na zmiane za Andrzeja Iwana w meczu z Kamerunem. Na kolejny występ musiał czekać do starcia o 3. Miejsce z Francją, choć wcześniej prasa głośno domagała się jego udziału w meczu z Włochami, gdy z powodu nadmiaru kartek nie mógł zagrać Boniek. Piechniczek ostatecznie postawił na Pałasza, co jak sam przyznał było jego największym błędem w karierze. Selekcjoner uprzedził się do niego po bardzo słabym występie z Kamerunem. Wtedy wprost powiedział: ,,Szarmach nie jest w formie”. Dość ostro krytykował go też legendarny komentator Jan Ciszewski, twierdząc że napastnik jest zbyt powolny i grzeszy nieskutecznością. W medalowym meczu Szarmach zagrał jednak od początku i zdobył wyrównującego gola po pięknym strzale z dość ostrego kąta. Do historii przeszła chyba jednak scena następująca bezpośrednio po trafieniu. Szarmacha zaczął wyściskiwać Boniek. Napastnik jednak nie okazał żadnej radości, tylko posłał groźne spojrzenie w kierunku selekcjonera… Ciszewski zaś zaniemówił przed mikrofonem z wrażenia po tej akcji. Sam strzelec podkreślał że gol go cieszy ale głównie dlatego że zdobył go w starciu z Francją a był już wówczas piłkarzem klubu z tego kraju. Dokonał tego w swym ostatnim meczu w reprezentacji. Jego dorobek wyniósł 62 mecze i 32 gole. Trafiał więc do siatek rywali średnio w co drugim meczu. Z liczbą 7 goli jest też drugim po Lacie najlepszym strzelcem Polski na MŚ. Tylko tych dwóch piłkarzy w historii biało-czerwonych potrafiło pokonywać bramkarzy rywali na 3 mundialach. Oprócz dwóch medalowych MŚ, uczestniczył też w turnieju tej rangi w 1978, gdzie uzyskał gola na wage wygranej 1:0. ,,Rozłozone ręce Szarmacha, mina zdobywcy po strzeleniu gola i malujący się na ustach okrzyk: To jest to! – to rzeczywiście najradośniejszy i zarazem pozytywny koniec konfrontacji z Peru.”- pisała ,,Trybuna Śląska”. Trener Gmoch w eliminacjach do tego turnieju miał dość specyficzny pomysł na wykorzystanie Szarmacha, stawiając go w drugiej linii, co przy braku dynamiki obniżało jego ocene. Zresztą często pojawiały się glosy że Szarmach już obniżył loty. Być może było to też odium afery z Gorgoniem, gdy wdali się w sprzeczke z obsługą pociągu. Jego odpowiedzią na takie głosy były jednak wybitne mecze, jak w eliminacjach ME z Holandią, w którym strzelił 2 gole. Spotkanie z ówczesnymi wicemistrzami świata uznawane jest za jedno z najlepszych w historii reprezentacji Polski. Po Stali Mielec wyjechał do Francji. Nad Sekwaną dla Auxerre strzelił 91 goli w pierwszej lidze francuskiej, co do dziś jest jednym z najlepszych wyników tego klubu. Dwukrotnie został uznany przez ,,France Football” najlepszym obcokrajowcem ligi francuskiej. Kres kariery piłkarskiej zbiegł się z początkiem pracy trenerskiej. W Ekstraklasie prowadził Zagłębie Lubin. Obecnie zajmuje się działalnością menadżerską. Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Sklasyfikowany został na 7.miejscu na liście najlepszych polskich piłkarzy w historii ,,Magazynu Futbol”.


10

12

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

3 października 1913 r. w Königshütte(Chorzów) urodził się Leonard Piątek, świetnie wyszkolony technicznie napastnik, który świetnie odnajdywał się w grze kombinacyjnej i imponował silnym strzałem. Swoją przygodę z piłką zaczynał w barwach AKS-u, do którego zapisał się jako 13-latek. Debiut w lidze zaliczył 11 kwietnia 1937 r. W derbowym pojedynek u z Ruchem strzelił jedną z bramek, a jego zespół wygrał 3:1. We wrześniu w ligowym starciu z Wisłą strzelił swojego pierwszego hat-tricka w elicie. W swoim premierowym sezonie w ekstraklasie uzbierał 10 bramek, czym znacząco pomógł swojej drużynie, która na finiszu zajęła drugie miejsce w tabeli. Jego strzelecka forma eksplodowała jednak rok później. Wielu zachwycało się wówczas snajperskim popisami Peterka i Wilimowskiego, ale w całych rozgrywkach Piątek obu panom ustąpił tylko o jedną bramkę. Od maja do lipca trafiał w sześciu kolejnych meczach, a 2 października w meczu ze Śmigłym Wilno drugi raz w karierze strzelił trzy bramki w jednym meczu ligowym. Kolejne dwa hat-tricki ustrzelił w kolejnym sezonie – z Polonią i z Union-Touring. W sumie w lidze strzelił dla AKS-u 41 goli w 43 meczach. W kadrze zadebiutował w meczu z Łotwą 6 września 1936 r. W Rydze grała wówczas de facto druga reprezentacja, ale mecz jest uznawany za w pełni oficjalny. Warto zaznaczyć, że AKS-u nie było wówczas w pierwszej lidze, a mimo to Piątek swoimi umiejętnościami zwrócił uwagę Józefa Kałuży.

Skutecznością imponował nie tylko w klubie, bo już w drugim meczu w biało-czerwonych barwach trafił przeciwko Szwecji, a w kolejnym do kapitulacji zmusił golkipera z Rumunii. W starciu z Jugosławią, z którą walczyliśmy o awans na francuskie mistrzostwa, to właśnie Piątek strzelił dwa pierwsze gole, dzięki czemu polski zespół mógł grać spokojniej i kontrolować przebieg spotkania, zwyciężając ostatecznie 4:0 i przesądzając praktycznie sprawy awansu. Wystąpił w słynnym meczu z Brazylią. W czerwcu 1939 r. strzelił gola w zremisowanym 1:1 meczu ze Szwajcarami, a dwa miesiące później wyprowadził nasz zespół na prowadzenie w ostatnim meczu przed wojną, pewnie wykorzystując rzut karny. Był nominowany do olimpijskiej kadry, która miała nas reprezentować na igrzyskach w Helsinkach w 1940 r. Był piłkarzem bardzo uniwersalnym, można powiedzieć, że już przed wojną prezentował to, co później nazwano futbolem totalnym. W czasie okupacji był ochraniany przez niemieckie władze i cztery lata grał dla zespołu Germania, ale w końcu został wcielony do Wehrmachtu i szybko odniósł rany na polu walki. Do Polski wrócił pod koniec 1945 r. ale doznał w kraju wielu przykrości. Mało kto pamiętał, że to jemu Kałuża w czasie okupacji powiedział, że Ślązacy winni grać, bo będą jeszcze Polsce potrzebni. Po wojnie nie chciano go jego macierzystym klubie, więc karierę kończył w katowickiej Pogoni, gdzie był grającym trenerem i kapitanem. W Reprezentacji rozegrał 17 meczów, strzelając 11 goli.

@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Symson
@patataj
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@Sensible

12

Barça w europejskich pucharach:

3 października 1983 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou 1:4 z FC Metz w ramach 1/16 Pucharu Zdobywców Pucharów. Barça Terry’ego Venablesa w pierwszym sezonie wszystko robiła efektownie. W La Liga wygrywała wszystkie mecze a w Pucharze Zdobywców Pucharów odpadła z rozgrywek w równie ,,efektowny” sposób. Po zwycięstwie w Metz 2:4 droga do awansu wydawała się otwarta, zwłaszcza że w 33 minucie meczu rewanżowego Blaugrana objęła prowadzenie. W dotychczasowych 4 meczach ligowych Katalończycy dali sobie strzelić tylko jednego gola. W takiej sytuacji strata 4 goli u siebie, potrzebnych przeciętnej francuskiej drużynie do awansu, wydawała się niemożliwa. Barça stosowała w tym meczu taktykę wymuszania spalonych wymyśloną przez Menottiego, polegającą na ustawianiu wysuniętej linii obrony, co Metz wykorzystało dwukrotnie w ciągu 2 minut, jeszcze w pierwszej połowie. W przerwie meczu nawet prezydent Metz nie wierzył w niespodziankę: ,,Sanchez(gracz Barçy, zdobywca samobójczego gola) dał nam prezent ale potrzebujemy jeszcze kilku aby zrekompensować nasze cztery podarunki z pierwszego meczu”. W drugiej połowie kolejne niemal identyczne zagrania za plecy stoperów zakończyły się trzecią i czwartą decydującą bramką dla gości . Wiceprezydent Joan Gaspart nie przebierał w słowach: ,,Proszę mnie nie pytać o naszych zawodników, bo mogę powiedzieć coś obraźliwego. Takie rzeczy dzieją się raz na tysiąc lat!”.

@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Ogorinho1974

7

@FCBparasiempre 2 października 1935 r. urodził się Omar Sivori, argentyński pomocnik i napastnik, Zdobywca Copa America-1957 ; Zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’ z 1961 roku oraz 3-krotny Mistrz Włoch. Z Argentyny do Włoch kilka tysięcy kilometrów. Kiedy jednak zajrzeć do kronik "calcio" można dojść do wniosku, że oba kraje dzieli miedza a w dodatku przechodzić można wyłącznie w jedną stronę, z Argentyny do Italii. Orsi, Monti, Libonatti, Demaria, Montuori, Cesarini, Lojacano, Ricagni, Angelillo, Maschio, Martino, Peasaola, Pucirelli czy Scopelli, to tylko nieliczni z najwybitniejszych graczy, którzy przewędrowali z Argentyny na Półwysep Apeniński. Jedni przyjechali do Europy pragnąc znaleźć się w kraju swoich przodków, drugich skusiła wizja solidnych zarobków. I chyba nie będziemy w błędzie twierdząc, iż ten drugi aspekt miał istotniejsze znaczenie, bowiem Argentyńczycy pojawili się również w Hiszpanii (di Stefano) czy Francji. Zbliżonym szlakiem podążył najlepszy piłkarz Europy 1961 roku, Omar Sivori. Urodził się w San Nicolas, kilkunastotysięcznym mieście w prowincji Buenos Aires, nad Paraną. W przeciwieństwie do wielu sławnych piłkarzy, których biografie rozpisano niemal na dni, od czasów chłopięcych począwszy, niewiele wiemy o początkach jego przygody z futbolem. Dopiero jako siedemnastolatka, identyfikuje go nam River Plate, chociaż wedle innych źródeł grę w tym klubie rozpoczął mając dziewiętnaście lat. Zresztą rozbieżności w interpretacji argentyńskiego fragmentu życiorysu Sivoriego, bez liku. Pozostaje wszak niepodważalne, iż w 1955 roku był już gwiazdą River. Miał szczęście doskonalić swój talent u boku takich znakomitości jak Labruna, Loustau czy Nestor Rossi. Ale rychło uczeń przerósł mistrzów. Oto w 1955 i 1956 roku Omar Sivori był najskuteczniejszym zawodnikiem "milionerów". Wprawdzie jego osiągnięcia: 10 i 11 bramek, wyglądają dosyć skromnie przy zdobyczach Labruny, Ferreyry, Moreno, Artime, Masa czy Morete, ale przecież "ważyły swoje".


Nieprzeciętny talent zjednał mu uznanie opiekunów reprezentacji, budujących kadrę na mistrzostwa świata w Szwecji. Nazwisko Sivoriego znajdujemy w składzie drużyny narodowej, która triumfowała w XXV Mistrzostwach Ameryki Południowej, rozgrywanych na peruwiańskich boiskach w 1957 roku. Doskonale spisywała się w Peru środkowa trójka napadu: Maschio, Angelillo, Sivori. Jednak nadzieje Argentyńczyków na zmontowanie silnej reprezentacji prysnęły niczym bańka mydlana. Angelillo znalazł się w Interze, Maschio w Bolonii, zaś Sivori - za 180 milionów lirów - w Juventusie! Argentyński Związek Piłkarski (AFA) uznał, że "synowie marnotrawni" niegodni są występów w MŚ. Trener Guillermo Stabile, "król strzelców" I światowego championatu, musiał z nich zrezygnować.


Wejście Sivoriego do Juventusu okazało się imponujące. Wraz z Walijczykiem Charlesem stworzył wyśmienity tandem, wspomagany przez Włocha Bonipertiego. W sezonie 1957/58 turyńczycy sięgnęli po prymat z przewagą ośmiu punktów nad Fiorentiną. Charles z 29 golami wygrał rywalizację strzelców, Sivori zajął w tej konkurencji trzecią pozycję z 22 trafieniami. W 1960 i 1961 Juventus znów był najlepszy we Włoszech, a prym w drużynie nadal wiodła trójka: Charles, Sivori i Boniperti, lecz w dorobku bramkowych Argentyńczyk zdecydowanie przodował. Zwyciężył w konkurencji "kanonierów" ligi w 1960 - 27 bramek, w następnym był drugi - 25, zaś w 1963 trzeci - 16. W tym czasie zespołowi, finansowanemu przez koncern "Fiata", dwukrotnie przypadł Puchar Italii. Sivori grał w Juventusie przez osiem sezonów, potem jeszcze cztery - do 1969 - w Napoli. Podczas występów na włoskich stadionach zdążył strzelić 188 goli, co dało mu eksponowaną lokatę wśród najskuteczniejszych zawodników historii "calcio". Swoją grą w turyńskiej armadzie zyskał europejską sławę. Synonim niedoścignionego kunsztu technicznego - pisano - czarował publiczność i fachowców niepowtarzalnym dryblingiem, bajecznym panowaniem nad piłką, instynktem rasowego strzelca. Wielka ruchliwość, iście południowy temperament oraz wyjątkowa zwinność, sprawiły iż przylgnął doń przydomek: "Scioattolo della Juve" (wiewiórka z Juve).


Gdzie indziej charakteryzowano odmienne oblicze piłkarza: " Sivori był przez parę ładnych lat bożyszczem włoskich kibiców, nie tylko ze względu na wysokie umiejętności piłkarskie, lecz również z powodu malowniczego sposobu zachowywania się na boisku. Niemal w każdym meczu popadał w konflikt z sędzią a raz dopuścił nawet do bójki z trenerem drużyny... rywali. Charakter miał ogromnie wybuchowy. Pewien dziennikarz nazwał go aniołem i demonem "calcio". Omar Sivori lubił też popisywać się nieprawdopodobnymi sztuczkami. W czasach występów w Argentynie doprowadził do rozpaczy Chilijczyków. Otrzymawszy piłkę wpadł w istny trans. Minął w niewiarygodnym pląsie szesnastu (!) atakujących go przeciwników i by nie pozostawić wątpliwości, że jest panem sytuacji, uwieńczył "kiwkę" bramką. Ponoć do dziś mówi się o tym trafieniu - "gol Ameryki". Albo trenując w Juventusie przepadał za "przekomarzaniem" się z Charlesem. Kiedyś 20 razy zagrał mu piłkę między nogami co w piłkarski żargonie zowie się "założeniem siatki", innym razem przez godzinę podbijał nogą piłeczkę... ping-pongową, wygrywając zakład z Walijczykiem.Po trzech latach pobytu na Półwyspie Apenińskim, otrzymał obywatelstwo włoskie i mógł kandydować do reprezentacji Italii. Zadebiutował w niej potyczką z Irlandią Północną, 25 kwietnia 1961, strzelając jedną z trzech (3:2) bramek. 15 czerwca, na stadionie Comunale we Florencji gościli Argentyńczycy. Włosi zdeklasowali przybyszów 4:1, a dwoma trafieniami popisał się "oriundi" - Sivori. Ale prawdziwy koncert zaprezentował w eliminacyjnym spotkaniu mistrzostw świata z Izraelem (6:0), czterokrotnie pokonując bramkarza Hodorova. Ciekawe, że partnerował mu w ataku... Angelillo (Roma) a w następnym meczu, w maju 1962 roku z Francją... Maschio (Atalanta). Przyjaciele z reprezentacji Argentyny spotkali się w teamie Italii! "Wiewiórka z Juve" pojechała na MŚ do Chile, ale popisywała się tylko w meczach z RFN (0:0) i Szwajcarią (3:0). Dalszych okazji nie było, ponieważ po przegranej z Chile Włosi zostali wyeliminowani z turnieju. Gra przeciw Szwajcarom - 7 czerwca 1962 roku - stała się zarazem ostatnią, dziewiątą w reprezentacji Włoch. Wcześniej, 26-letni Sivori odniósł ogromny sukces. Oto wychowanek River Plate, zawodnik Juventusu wybrany został piłkarzem numer 1 Starego kontynentu za 1961 rok, w plebiscycie "France Football". Sivori z 46 punktami wyprzedził Luisa Suareza - 40, Anglika Haynesa - 22, Jaszyna - 21, Puskasa - 16, Di Stefano i Seelera po 13. W ogóle przedziwny był to plebiscyt. Eksperci zgłosili nazwiska aż 43 zawodników, skąd Sivoriemu wystarczyła do zwycięstwa skromna ilość punktów. Ani we wcześniejszych, ani późniejszych wydaniach plebiscytów "FF" pierwszeństwo laureata nie wyglądało tak mało przekonujące. Po kilkunastu latach flirtu z "calcio" i europejskim futbolem, Włoch Omar Enrique Sivori, odnalazł w sobie argentyńską duszę i wrócił do ojczystego kraju. Pracował troche jako przedstawiciel "Fiata", ale przecież bardziej pociągała go piłka. Zajął się tedy botą Argentinos Juniros, lecz w klubie nie działał długo. Wzuwało go wyższe cele. Prowadził najpierw młodzieżówkę, a niebawem powierzono mu ster pierwszej reprezentacji, po rezygnacji Pizuttiego. Sivori zabrał się z pasją do wykonywania nowej funkcji. Przyświecało mu ambitne zadanie - stworzenie zespołu, który awansuje do finału MŚ w RFN i odegra w nich niepoślednią rolę. Odmłodził drużynę i aby ją scementować wyruszył na europejsko-azjatyckie tournee. 14 lutego 1973 na stadionie olimpijskim w Monachium doszło do super sensacji. Team Sivoriego zwyciężył mistrzów Europy, zespół RFN - 3:2. "Argentyna będzie mistrzem świata!" - miał podobno powiedzieć po tym spotkaniu. Nadeszły eliminacyjne mecze MŚ z Boliwią i Paragwajem, ale też pojawiły się charakterystyczne kłopoty. Koncepcje Sivoriego nie zjednywały mu sympatyków w Argentyńskim Związku Piłki Nożnej. Działacze AFA nie chcieli przystać na propozycję comiesięcznych zgrupowań kadry. Ponadto jego współpracownicy nie zawsze nadążali za tokiem myślenia szefa. Za Sivorim musiał sie nawet ujmować ówczesny prezydent Argentyny - Juan Peron. Głośnym echem odbyła się scysja Sivoriego z Miguelem Ignomierielo. Otóż przed meczem z Boliwią, wysłano tam wcześniej rezerwy by przekonać się jak zawodnicy zareagują na specyficzne warunki - stolica Boliwii leży na wysokości 3800 metrów nad poziomem morza. Drużynie "duchów" towarzyszył Ignomierielo. Kiedy Sivori przybył do La Paz z zasadniczymi siłami, Ignomierielo oświadczył, że powinni wystąpił jego podopieczni. Ostatecznie w zwycięskim 1:0 uczestniczyło tylko czterech zawodników spośród wybrańców Sivoriego. Sukces z Paragwajem (3:1) przypieczętował awans Argentyńczyków do finałów MŚ. "Zrobiłem co do mnie należało - powiedział "directore tecnico" - moja misja skończona. Rezygnuję." Goryczy Sivoriego dopełniły odejścia najlepszych zawodników stworzonego przezeń zespołu do drużyn europejskich, Carnavaliego, Ayali i Gueriniego do Hiszpanii, Bargasa do Francji, partykularne interesy argentyńskich potentatów klubowych. Uznał, iż przy tych przeciwstawnościach nurtująca go wizja - Puchar Świata dla Argentyny! - nie może się ziścić.


Kiedy we Frankfurcie n/Menem odbywało się losowanie MŚ, a fortuna skojarzyła w jednej grupie Argentynę, Haiti, Włochy i Polskę, nominację na opiekuna "azul y biano" miał w kieszeni Vladislao Cap.



6

0

@Janiama Wiem miałem to właśnie napisać, to było 30 grudnia 1991 r. jeśli się nie myle?

0

@Messibestplayerintheworld To nie znaczy że dzisiaj nie strzeli gola...

0

@MarioVeB! Wyznacznik że strzeli przynajmniej jednego gola ale niekoniecznie wyznacznik wygranej Realu...

6

Ostatni raz Osasuna Pampeluna wygrała na Bernabeu z Realem prawie 18 lat temu, kiedy mistrzostwo Hiszpanii zgarneła... CF Valencia. No raczej nie zanosi się dzisiaj na strate punktów przez ,,Królewskich", zwłaszcza że już zagra Benzema!

8

Legendy, nie tylko Widzewa:

2 października 1955 r. w Gdyni urodził się Mirosław Tłokiński, występujący na pozycji napastnika, jak i obrońcy-stopera. Karierę zawodniczą rozpoczął we Flocie Gdynia (1969–1973). W latach 1973–1975 występował w Arce Gdynia. Następnie reprezentował barwy Lechii Gdańsk (w sezonie 1975/1976), Widzewa Łódź (w latach 1976–1983), RC Lens (1983–1985), CS Chênois (1985–1987), Vevey Sports (1987–1988), Stade Rennais FC (1988–1989), FC Onex (1990–1993) i Urania Genève Sport (1993). Największym sukcesem w karierze Tłokińskiego był awans z drużyną Widzewa Łódź do półfinału Pucharu Europy Mistrzów Klubowych (1982/1983) (obecnie Liga Mistrzów UEFA), a także dwukrotne zdobycie z tą drużyną mistrzostwa Polski (1981 i 1982) oraz zdobycie w 1983 roku tytułu króla strzelców polskiej ekstraklasy.

@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman

8

@FCBparasiempre Wywodzący się z zamożnej rodziny John był niewątpliwym skarbem ówczesnego futbolu. Jako młody chłopiec otrzymał bogate wykształcenie i biegle władał pięcioma językami (angielskim, francuskim, włoskim, niemieckim i hiszpańskim). Nie muszę chyba wspominać, jak olbrzymi wpływ miało to na sędziowane przez niego zawody. Wszystkie swoje mecze prowadził ubrany w koszulę z krawatem, marynarkę i szorty, co w połączeniu ze wzrostem (190 cm) przysparzało mu szacunek zarówno wśród piłkarzy, jak i kibiców. Niejednokrotnie pisał też relacje prasowe ze spotkań, które sędziował. A początki wcale nie były takie łatwe…

Jak każde dziecko marzył o tym, żeby zostać piłkarzem. Grywał nawet w lokalnym klubie w Antwerpii, jednak kontuzja kolana przerwała marzenia o światowej karierze. To właśnie wtedy podjął decyzję o zostaniu sędzią piłkarskim. Przepisów uczył się z krótkiej, specjalnie dedykowanej temu ulotki. Swój pierwszy egzamin oblał, ponieważ nie znał odpowiedzi na pytania, co zrobić, gdy piłka uderzy w nisko lecący samolot i jak przekonać bramkarza, żeby nie siedział na poprzeczce. Drugie podejście sprawiło, że został członkiem Królewskiego Belgijskiego Związku Piłki Nożnej i dostał uprawnienia arbitra. Początki w roli boiskowego rozjemcy były bardzo kiepskie i nie raz wątpił w zasadność kontynuowania tego zajęcia. Na zawody chodził pieszo, często przez miejsca, które przypominały dojścia do stadionu w Chrząstawie. Podczas pewnego meczu dostał piłką w brzuch, wtedy też nadszedł największy kryzys jego wiary. Innym razem niezadowoleni kibice obrzucili go cegłówkami, a jego gapiostwo spowodowało zgubienie zegarka, który został porwany przez wiatr. Zresztą to nie był jego jedyny problem z mierzeniem czasu. Prowadząc zawody pomiędzy Brukselą a Brugią, otrzymał od angielskiego piłkarza grającego w drużynie z Brukseli nowoczesny chronometr. Wszystko po to, by jeszcze dokładniej wyliczyć 45 minut gry. O pomyłce nie mogło być mowy. Wystarczyło tylko włączyć urządzenie. No właśnie… Langenus z kamienną twarzą dokończył zawody, czas odmierzając na przysłowiowe oko.

W 1920 roku zadebiutował jako sędzia międzynarodowy, prowadząc mecz w Paryżu, podczas którego spotkali się żołnierze Anglii i Francji. W tym samym roku został zawieszony, ponieważ odmówił prowadzenia meczu igrzysk olimpijskich, który miał się odbyć w Brukseli, a nie jego rodzinnym mieście Antwerpii, która była gospodarzem ówczesnych zawodów. Co oczywiste, często podróżował. Z każdego wyjazdu poza granice swojej ojczyzny starał się wydobyć jak najwięcej. Dużo zwiedzał i podziwiał miejscową kulturę i architekturę. Swoje wrażenia opisywał, dzięki czemu w 1942 roku wydał książkę „Whistling though the World”. Przeczytać w niej można choćby o 20 godzinnej podróży na mecz, a także słynnych osobach, które poznał dzięki funkcji arbitra. A było ich niemało. Wśród tego grona warto wymienić dyktatora Włoch – Benito Mussoliniego, który podarował mu zdjęcie z własnym autografem czy królów Szwecji, Hiszpanii, Belgii, a także … papieża. W sumie prowadził siedem spotkań na trzech kolejnych mistrzostwach świata i dwie gry podczas igrzysk olimpijskich w Amsterdamie, w tym pogrom w meczu o brązowy medal, gdzie Włosi wygrali 11:3 z Egiptem. Jednak najwięcej wspomnień ma z premierowych mistrzostw świata w Urugwaju. Podczas półfinałowej rywalizacji Argentyny ze Stanami Zjednoczonymi był świadkiem nietypowego zdarzenia. Trener reprezentacji USA, który chciał pomóc kontuzjowanemu zawodnikowi, upuścił torbę medyczną, w której pękła butelka zawierająca chloroform. Po nawdychaniu się oparów – stracił przytomność i zamiast pomóc, musiał zostać wyniesiony z placu gry. Zdarzenie niecodzienne, jak cały turniej o pierwsze mistrzostwo świata. Trzy dni później odbywał się wielki finał, a Langenus został wyznaczony do jego sędziowania. FIFA tą decyzją przysporzyła mu sporo problemów, ponieważ w czasie rozpoczęcia meczu miał odpływać statek, którym Belg chciał powrócić do Europy. W akcie desperacji podjął negocjacje z kapitanem, prosząc o późniejsze wypłynięcie z portu. Pozostało mu tylko czekać na zgodę rodzimej federacji, która przyszła dopiero kilka godzin przed finałem. Prawdopodobnie wpływ na takie opóźnienie miała obawa o zdrowie sędziego, ponieważ rywalizacja Argentyny z Urugwajem była swoistym meczem wysokiego ryzyka. Langenus wspominał, że przed starciem przeszukano ponad 60 tysięcy widzów i skonfiskowano około 1600 pistoletów. Obydwa kraje przesiąkała szowinistyczna i prowokująca kampania. I to właśnie w tym meczu belgijski sędzia podjął decyzję, która pamiętana jest po dziś. Zarówno Nazassi, jak i Fereyra chcieli decydującą grę rozegrać tylko swoją piłką. Na szczęście zgodzili się na salomonowe rozwiązanie zaproponowane przez Johna, aby każdą połowę meczu rozegrać inną futbolówką. Rzut monetą zdecydował, że mecz rozpoczęto piłką z Argentyny. Czy miało to jakiś wpływ na grę? Niekoniecznie, lecz warto nadmienić, że do przerwy to drużyna gości prowadziła 2:1. W drugiej połowie to Urugwaj odmienił losy spotkania i po zwycięstwie 4:2 został pierwszym w historii mistrzem świata. John Langenus sędziował jeszcze turnieje w 1934, gdzie protest Włochów wykluczył go z finału (twierdzili, że może on faworyzować Czechosłowację, choć przez cały okres swojej kariery nigdy nie posądzono go o stronniczość) i w 1938. Mistrzostwa z Włoch opisywał później jako największe sportowe fiasko wszech czasów. Turniej we Francji zapisał się w jego pamięci z powodu jedynego w karierze międzynarodowej wykluczenia z meczu. W szóstej minucie dogrywki w spotkaniu Szwajcaria – Niemcy, usunął z boiska z niemieckiego piłkarza Hansa Pessera. Ostatnim meczem na Pucharze Świata było starcie o brązowy medal pomiędzy Brazylią a Szwecją. Swoje ostatnie międzynarodowe spotkanie poprowadził w czerwcu 1939 a w lidze belgijskiej był aktywny do roku 1944.


10

7

@FCBparasiempre Oto przed wami historia przypominająca scenariusz filmu sensacyjnego. Trudno uwierzyć, że piłkarze mogli w taki sposób potraktować swój klub. W rolach głównych wystąpili Sandy Turnbull i Billy Meredith. Aż żal, że pierwsza gala Oscarów miała miejsce 20 lat po tym feralnym wydarzeniu, bo mieliśmy tu do czynienia z doskonałą kreacją czarnych bohaterów.

Było ciepłe wiosenne popołudnie w cuchnącym dymem Manchesterze, kiedy grupa zawodników United udała się do biura na Bank Street. Zamierzali tam porozmawiać z Johnem Henrym Daviesem o zawieszeniu, które spotkało ich ze strony szefa na wniosek angielskiej federacji piłkarskiej. Małej rewolucji przewodził Sandy Turnbull, czyli ten, który dołączył do czerwonych z niebieskiej części miasta. Tuż za nim szedł kapitan zespołu Charlie Roberts, a obok kolejny wygnaniec z City – Billy Meredith. Piłkarze mieli pecha. Jedyną osobą, którą zastali w gabinecie był młody, przestraszony stróż. ,,Trzeba coś z tym zrobić” – rzucił Sandy Turnbull ściągając ze ściany obraz i chowając go pod pachę. Inni poszli tym samym tropem i zaczęli zagarniać pamiątki. Ginęło dosłownie wszystko. Od szczotki do włosów, na okularach kończąc. Najcenniejszy łup padł jednak udziałem Turnbulla. Zabrał on stojący w klubowej gablocie… Puchar Anglii. Trofeum, które sobie przywłaszczył… United zdobyli dzięki niemu (zdobył decydującego gola w finale przeciwko Bristol City), jednak to zachowanie nie tłumaczyło w żaden sposób Sandy’ego. Piłkarze zdecydowali się sprzedać pamiątki w wyprzedaży ulicznej dosłownie kilkaset metrów od siedziby klubu. Puchar jeszcze tego samego dnia trafił na półkę strzelca finałowego gola. Później skruszony Charlie Roberts zorganizował zwrot skradzionych przedmiotów, lecz nie pomogło to zbyt wiele, a piłkarze zostali „wygnańcami”, trenując poza organizacją. A cała historia ma swój początek dwa lata wcześniej.

W 1907 roku w Londynie doszło do spotkania zbulwersowanych swoimi zarobkami piłkarzy. Porywali tłumy, zdobyli najważniejsze trofea, a w dalszym ciągu w ich mniemaniu zarabiali za mało. Federacja angielska wyznaczała wtedy pułap płacowy, który wynosił 4 funty, a także nie przewidywała odszkodowań za kontuzje. Zawodnicy co prawda nie musieli pracować w kopalniach czy fabrykach i mogli skupić się tylko na futbolu, jednak w dalszym ciągu czuli się zbyt mało wyróżnieni. Przecież stadiony w trakcie ich spotkań pękały w szwach, a kibice gotowi byli płacić niemałe sumy, żeby zobaczyć w akcji swoich ulubieńców. I właśnie dlatego, chcąc dochodzić swoich praw, Billy Meredith i spółka założyli Związek Profesjonalnych Piłkarzy. Pierwszym jego przewodniczącym został właśnie „Walijski czarodziej”, który jak warto pamiętać, był zawieszony przez federację za aferę korupcyjną. Najważniejszymi postulatami, jakich spełnienia żądali, było oczywiście sprawiedliwe dzielenie majątku, a także coś na kształt zabezpieczenia stałego etatu. Nietrudno się domyślić, że despotycznych włodarzy federacji angielskiej z Arthurem Fitzgeraldem na czele, podejście to wyprowadziło z równowagi. Uważając, że organizacja ta podważa ich autorytet, rozesłali pisma do każdego z klubów, nakazując zawieszać piłkarzy, którzy nie wystąpią ze Związku. Sporo się ugięło, jednak nie piłkarze United. W odpowiedzi na wniosek FA John Henry Davies zawiesił graczy, a także nie wypłacił im pensji. Na domiar złego, o wszystkim dowiedzieli się z lokalnej prasy. I właśnie wtedy zdecydowali się na męską rozmowę z prezesem.


8

Jak piłkarze Manchesteru okradli własny klub(ta frapująca historia w odpowiedzi na mój komentarz):
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@patataj
@DaPidejpi
@Sensible
@Symson
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96

2

@MAGNETO Bardzo ładnie i trafnie napisane. Szacuneczek użytkowniku i pozdrowionka :)

11

Pasja milionów:

Panie i Panowie, 2 października 1921 r. na Estadio Sportivo Barracas w Buenos Aires, od meczu Argentyna-Brazylia rozpoczęła się 5 edycja turnieju Copa America. W meczu otwarcia Argentyna pokonała Brazylię 1:0 po golu Libonattiego. Wprawdzie w turnieju zabrakło Chilijczyków, których zatrzymały wewnętrzne konflikty i rozdarcia, lecz w ich miejsce pojawił się nowy uczestnik ,,Copy” a mianowicie Paragwaj. Paragwajczycy wprowadzili wiele ożywienia i świeżej krwi w dotychczasowy układ sił. Powszechny podziw budziła ich niezwykła zaciętość i bezgraniczne poświęcenie. Byli oni bardzo szybcy, sprawni i wytrzymali, potrafili również zaimponować walorami, cechującymi wyższą szkołe piłkarskiej jazdy. Kolejnym uczestnikiem turnieju był jak zawsze silny Urugwaj. Wprawdzie zabrakło w ekipie ,,Celestes” legendarnego Gradina i Hectora Scarone, lecz to nie tłumaczy ich sensacyjnej porażki właśnie z Paragwajem 2:1. Paragwajscy Indianie dosłownie zabiegali ,,urusów”. Tak jak i w poprzednich edycjach Copa America, tak i teraz każdy z zespołów grał z każdym po jednym meczu. Gospodarze nie przegapili życiowej szansy, wygrywając wszystkie 3 spotkania, w tym ostatnie(de facto finałowe) z Urugwajem 1:0, jednocześnie sięgając po pierwsze w historii trofeum Copa America. Argentyna długo i namiętnie napawała się pierwszym w historii tryumfem. Co prawda najlepszym zawodnikiem turnieju wybrano Argentyńskiego bramkarza Tresoriere, to wypada również wspomnieć o jednej z pierwszych w historii ,,Albicelestes” gwiazd a mianowicie o napastniku Julio Libonattim. W tym turnieju był nie do zatrzymania, niczym zaprogramowana maszyna, w każdym meczu strzelając akurat tego decydującego gola, co dało mu tytuł ,,goleadora” turnieju z dorobkiem 3 goli. Nie zapominajmy też, że Libonatti był pierwszym w historii tzw. ,,oriundi”, który wyjechał do Włoch by grać dla słonecznej Italii i AC Torino.

@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Symson
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB

10

Był sobie piłkarz….

2 października 1917 r. urodził się João Ramos do Nascimento.

2:00 w nocy. Ktoś Ciebie, drogi czytelniku, budzi gwałtownie i rzuca hasło: Pele. W amoku spowodowanym taką pobudką, pewnie i tak byłbyś w stanie wydusić kilka słów o Brazylijczyku. Kim był João Ramos, zwany potocznie Dondinho? Istnieje cień szansy, że gdzieś błysnął Ci przed oczami, podczas lektury tekstów o legendarnym Pele. Mianowicie był jego ojcem. Jeśli ktoś zastanawia się, po kim ikona brazylijskiej piłki odziedziczyła talent, to już zna odpowiedź. João Ramos był piłkarzem niezwykle uzdolnionym, a co najważniejsze piekielnie skutecznym. Podczas swojej kariery występował w kilku mniejszych klubach, miał też okazję zakładać trykot Atletico Mineiro. Niestety Dondinho nie udało się zaimponować właścicielom klubu. W szeregach ,,Alvinegro” spędził zaledwie dwa lata. W późniejszym okresie grał między innymi dla Sao Lourenco czy pochodzącego z tej samej miejscowości Vasco. Swoją kanonadę strzelecką rozpoczął w 1946 roku, kiedy trafił do Bauru. Począwszy od 1946, do 1952 roku, grając dla tego klubu, zdobył 460 goli w 500 spotkaniach. Niestety jego kariera została przerwana na skutek uszkodzenia więzadeł i nigdy więcej nie wrócił już do piłki. Po częściowym wyleczeniu urazu, został sprzątaczem w lokalnym szpitalu. Wedle wyliczeń, w całej swojej karierze zdobył 893 gole w 775 meczach(!) a podczas jednego z nich popisał się nie lada wyczynem. W ciągu jednego meczu zdobył pięć bramek, niby nic wyjątkowego, gdyby nie to, że wszystkie strzelił głową.

@NaFazieHitman
@Symson
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible

14

Oficjalny debiut ,,Tarzana”:

2 października 1999 r. Carles Puyol zadebiutował w meczu o punkty. Premierowy występ w pierwszej drużynie zaliczył przeciwko Realowi Valladolid. Wszedł w drugiej połowie za Simão Sabrose i był obok Kluiverta najlepszy na boisku. Właściwie było to spotkanie bez historii, w którym Barça pewnie zwyciężyła 2:0. Tydzień później wobec absencji Franka de Boera i Bogarde, Puyol pojawił się na boisku jako pierwszy rezerwowy w El Clasico i również tym razem należał do najlepszych graczy na placu. W ten sposób na stałe wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce.

@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@patataj
@DaPidejpi

1

@Janiama Dzięki śliczne za gratki. No cóż, ten mecz wyglądał... jak wyglądał. Jednak pamiętajmy o kontuzjach i zmęczeniu po przerwie na reprezentacje. W takim wypadku te 3 punkty mogą okazać się bezcenne w walce o majstra. Skoro trafiłem naszą Barcunie, to poszłem za ciosem i postawiłem przed chwilą w Sts-ie na zwycięstwo Osasuny i to na Santiago Bernabeu! A co jak się bawić to się bawić, w końcu tylko za 2 zł.

2

@Janiama No ja uważam że Barca wygra 0:1

10

Pozdrawiam wszystkich ,,Czerwonoarmistów”

WIELKI WIDZEW:

1 października 1980 r. Widzew Łódź remisuje na stadionie ŁKS-u z Manchesterem United w rewanżowym meczu I rundy Pucharu UEFA. Tego dnia Widzew sprawił wręcz sensacje na ówczesne Polskie realia i zadziwił piłkarską Europę, eliminując w pierwszej rundzie Pucharu UEFA, Manchester United! W Anglii podopieczni Jacka Machcińskiego zremisowali 1:1. W rewanżu do awansu wystarczył bezbramkowy remis. „Jak spadać, to z wysokiego konia” - z takiego założenia wychodzili widzewiacy przed losowaniem europejskich pucharów. ,,Nie chcieliśmy jechać do Europy Wschodniej. Po pierwsze szaro, co dobrze znaliśmy, a po drugie zespoły ze Związku Radzieckiego czy Bułgarii grały bardzo brutalnie. Manchester to był wymarzony kierunek. Również, że tak powiem, pod względem turystycznym” – wspominał Marek Pięta w książce „Wielki Widzew”.

Sezon 1980/81 Widzew rozpoczynał ze znacznie wzmocnioną defensywą. Z Odry Opole pozyskano Józefa Młynarczyka, ze Śląska Wrocław przyszedł brązowy medalista Mistrzostw Świata 1974 oraz wicemistrz olimpijski z Montrealu (1976), Władysław Żmuda. W meczu z wicemistrzami Anglii nowa widzewska defensywa przeszła najpoważniejszy z dotychczasowych testów. 17 września 1980 roku na stadionie Old Trafford angielscy kibice przeżyli szok. Gospodarze prowadzili co prawda od 4. minuty, gdy sposób na Młynarczyka znalazł reprezentant Irlandii Północnej, Sammy McIlroy, ale już 120 sekund później do remisu kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego doprowadził niezawodny Krzysztof Surlit. Legendarny pomocnik mógł w tym meczu powtórzyć swój wyczyn, lecz Gary Bailey zdołał obronić jego drugą „bombę” z dystansu. Doskonale ustawiony taktycznie Widzew nie pozwolił pograć angielskim skrzydłowym, zatem wytrącił United największą broń – dośrodkowania w pole karne. Po meczu w Manchesterze nawet Anglicy uważali, że to widzewiacy byli bliżsi zwycięstwa. Przed rewanżowym spotkaniem na stadionie przy alei Unii, na trybunach zasiadł komplet widzów. Na parkingu przed stadionem – samochody z rejestracjami z całej Polski. Kibice mieli w pamięci zwycięskie boje z Manchesterem City sprzed trzech lat i liczyli na powtórkę. Wszak przed pierwszym gwizdkiem arbitra to Widzew był w korzystniejszej sytuacji. Trener gości, Dave Sexton mógł skorzystać z najgroźniejszego napastnika, Joe Jordana, który nie grał w pierwszym spotkaniu. Wielkim Szkotem skutecznie zaopiekował się Andrzej Grębosz. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem, choć oba zespoły były bliskie szczęścia – słupki „ostemplowali” Steve Coppell i Zbigniew Boniek. Ostatecznie widzewiacy dowieźli cenny remis do ostatniego gwizdka arbitra i niecierpliwie czekali na losowanie drugiej rundy. Los postawił przed ekipą Machcińskiego kolejne wielkie wyzwanie, bowiem Widzew trafił na Juventus Turyn ale o tym wspomnę 22 października, w rocznice tego meczu.

@NaFazieHitman
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi

2

@Medium Przecież to jest kawał bandyty! Wystarczy na niego spojrzeć. Ja bym go osobiście zdyskwalifikował na 5 lat...

3

My chcemy gola! Kolejorz! My chcemy gola! Kolejorz! Kolejorz!

8

Zapomniane legendy Dumy Katalonii:

Julio César Benítez Amoedo urodził się 1 października 1940 r. w Montevideo. Urugwajczyk swój pierwszy kontakt z piłką zaliczył na ulicach miasta a następnie jako piętnastolatek, w 1955 roku zaczął występować w młodzieżowych sekcjach Racingu Club de Montevideo – zespołu, z którym pozostał aż do przejścia do Valladolid w 1959 roku, kiedy to zauważył go ówczesny trener tej ekipy - Luis Saso podczas odbywania swojego tournée po Ameryce Południowej. W Valladolid spędził rok a następnie przeniósł się do Saragossy, gdzie również występował tylko przez jeden sezon. Jego znakomite występy, w trakcie tych dwóch pierwszych lat spędzonych w Hiszpanii, spowodowały że zawodnikiem zainteresowała się sama FC Barcelona. Ostatecznie Benítez zdecydował się na przejście do tego katalońskiego klubu w 1961 roku za osiem milionów peset. Benítez był piłkarzem kompletnym, potrafiącym oddawać strzały obiema nogami, co sprawiało że znacznie wyróżniał się nad resztą zawodników z swojego zespołu. Benítez wyróżniał się jednak nie tylko formą fizyczną. Jego łatwość wykonywania rzutów wolnych, pozwalała klubowi na zdobywanie większej ilości bramek. Jego potężne strzały sprawiały, ze obrona nie miała żadnych szans, gdy Urugwajczyk podchodził do piłki. Niestety niespodziewana śmierć piłkarza zakończyła jego bardzo obiecującą karierę. Jak się później okazało jej przyczyną było najprawdopodobniej spożycie owoców morza (małży), które nie były w najlepszym stanie. Niektórzy uważają, że piłkarz stał się ofiarą celowego otrucia.

@Symson
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sensible
@patataj
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96

12

,,Dzieciństwo” Blaugrany:

30 września 1906 r. przerwano mecz FC Barcelony z powodu… zapadających ciemności. Spotkanie z FC Catala stanowiące część Copa Salut, przerwano w 65 minucie z powodu braku odpowiedniej widoczności i dokończono po tygodniu. W finale tych rozgrywek Barça spotkała się z Club X(taką nazwą posługiwał się Espanyol do roku 1909). Przy prowadzeniu 3:1 przeciwnicy zrezygnowali z dalszej gry. Cały turniej rozgrywano w dziewięcioosobowych składach. Takie to były romantyczne, pionierskie czasy futbolu w Barcelonie.

@Symson
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi

12

Feliz cumpleaños panie Frank! Z okazji 60-tych urodzin oczywiście. 30 września 1962 r. urodził się Frank Rijkaard, znakomity piłkarz oraz były już trener ,,naszej” Dumy Katalonii. Ja jako cule, dziękuje ci z całego serca że mogłem kochać i cieszyć się jak małe dziecko z mojego ukochanego klubu.

@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@patataj
@DaPidejpi

2

@Lionel_Messi10 Czyli jest: The Best! No to akurat słowo po angielsko to chyba każdy zna? :)

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?