FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Pamiętajmy o wybitnych legendach polskiego futbolu:
113 lat temu(7.11.1910) w Świętochłowicach urodził się Teodor Peterek, jeden z najwybitniejszych polskich napastników w historii, ikona Ruchu Chorzów. Teodor Peterek, cóż to był za napastnik! W oficjalnych meczach ligowych z eRką na koszulce zanotował na swoim koncie 192 mecze ligowe, w których strzelił 157 goli. Uwaga! Od 3 października 1937(od meczu z Pogonią Lwów) Peterek strzelał gole w kolejnych 16 meczach ligowych z rzędu! Wówczas był to rekord świata, który przetrwał aż do 2013 r. kiedy to pobił go nie kto inny jak sam Messi, który strzelał gole w 21 meczach z rzędu! W koszulce reprezentacji Polski zagrał w oficjalnych 9 meczach, w których strzelił 6 goli. Zdobył również 10 goli! w oficjalnym meczu pucharowym(Ruch - Śląsk Siemianowice, wygrany15:1). Do tego niezliczone mecze i gole w meczach towarzyskich, w reprezentacji Ligi czy reprezentacji Śląska zaliczają go do najlepszych strzelców przedwojennych. Nie da się nawet pobieżnie zliczyć jego osiągnięć. Można tylko się opierać na wycinkach prasowych z tego okresu, jak bramkostrzelnym piłkarzem był Teodor Peterek. Kiedy w 1934 roku Ruch Wielkie Hajduki wygrał ligę bez najmniejszych problemów, Peterek, król wykonywanych skutecznie rzutów karnych, nie mógł przeboleć, że w tym sezonie zdobył 28 goli i nie został królem strzelców. Taki właśnie był ,,Mietlorz” jak go nazywano.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
15
Duchowe wspomnienie:
7 listopada 1982 r. Papież Jan Paweł II odprawił mszę świętą na murawie Camp Nou w jednym z ostatnich dni swojej pielgrzymki do Hiszpanii. Pomimo ulewnego deszczu na Camp Nou zebrało się 120 tys. ludzi a wśród nich prezydent Generalitat Jordi Pujol, burmistrz Barcelony Narcis Serra a także prezydent klubu Josep Lluis Nuñez z żoną. Po uroczystości Nuñez zaprosił polskiego papieża do pomieszczeń klubowych i wręczył mu karnet socio o numerze 108 000.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
9
Legendarna golleada:
7 listopada 1915 r. FC Barcelona rozgromiła Universitari S.C. 12:2(!) w ramach 3 kolejki mistrzostw Katalonii. Warto wspomnieć że aż 6(!) goli w tym meczu ustrzelił genialny snajper Paulino Alcantara, który został królem strzelców mistrzostw Katalonii edycji 1915/16 z dorobkiem 23 goli.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
13
Sebastian Mila ,,załadował!”:
6 listopada 2003 r. Manchester City zremisował z Groclin Dyskobolia Grodzisk Wlkp. 1:1 w ramach drugiej rundy Pucharu UEFA. Piękny sen trwał nadal. Po wyeliminowaniu Herthy BSC Berlin o klubie z niewielkiego Grodziska Wielkopolskiego pierwszy raz usłyszeli kibice w Europie. Piłkarze Groclinu Dyskobolii podkreślali jednak, że po dwumeczu z ekipą z Bundesligi nie można już było liczyć na to, że ktoś ich zlekceważy. Druga runda przyniosła kolejne wielkie wyzwanie, któremu podopieczni Dušana Radolský’ego postanowili sprostać. Na City of Manchester Stadium stoczyli otwarty bój z faworyzowanym rywalem i mimo, że to „The Citizens” stworzyli więcej dogodnych okazji, goście kilkukrotnie im się rewanżowali. Do historii polskiego, klubowego futbolu przeszedł też efektowny gol Sebastiana Mili z rzutu wolnego, który jak się później okazało, był kluczowy w kwestii awansu do trzeciej rundy Pucharu UEFA.
,,Jestem rozczarowany wynikiem, choć wcześniej ostrzegałem zawodników, że wicemistrzowie Polski nie będą się tylko i wyłącznie bronić. Że lubią grać ofensywnie. Uważam remis za wynik sprawiedliwy”- pomeczowa wypowiedź trenera Manchesteru City Kevin Keegan.
,,Zagraliśmy bardzo dobrze taktycznie. Remis w Manchesterze nie oznacza wcale, że jesteśmy w trzeciej rundzie Pucharu UEFA. Przed nami ciężki mecz rewanżowy i ostrzę sobie apetyt na awans”- pomeczowa wypowiedź trenera Groclinu Dušan Radolský
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
2
Wczoraj ledwo, ledwo obejrzałem do końca mecz Realu Madryt z Rayo Vallecano i musze się przyznać iż jestem zadowolony z remisu w tym meczu. Powiem więcej, jestem jeszcze bardziej zadowolony że to nie ,,Królewscy" a FC Girona jest na czele tabeli La Liga. Trzeba sie cieszyć, w końcu to katalońska ekipa.
Visca el Barca, Visca Catalonia!
10
Przełomowe wydarzenia w historii Dumy Katalonii:
6 listopada 1991 r. Jose Maria Bakero strzelił słynnego gola w Kaiserslautern. Do 89 minuty Barça była za burtą rozgrywek Pucharu Europy. Przegrywała 3:0 z mistrzem Niemiec i nic nie wskazywało na to iż może strzelić upragnionego gola, który da awans do fazy grupowej. Niestety dla gospodarzy niemiecki pomocnik Haber w niegroźnej sytuacji sfaulował obrońcę Blaugrany Miguela Nadala. Wówczas Koeman wstrzelił piłke w pole karne, gdzie niski ale świetnie grający głową Bakero wyskoczył pomiędzy obrońcami Kaiserslautern i skierował piłke do siatki. Jeszcze w doliczonym czasie gry Niemcy mieli szanse na odwrócenie losów dwumeczu, lecz Zubizarreta obronił strzał głową Habera. FC Barcelona dzięki awansowi do pierwszej w historii fazy grupowej Pucharu Europy uczyniła pierwszy krok ku zdobyciu tego trofeum. ,,Bez pomocy Boga nie dojdzie się do niczego. Graliśmy najgorsze spotkanie w tym sezonie ale szczęście było przy nas. Teraz wierzę w zdobycie Pucharu Europy”- powiedział po meczu szczęśliwy Cruijff. Ja jeszcze tylko przypomnę że w tamtym sezonie debiutował w europejskich pucharach meczem z Hansą Rostock Josep Guardiola.
Kultowy gol:
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
@FCBparasiempre
Co ciekawego można robić we własne urodziny? Można na przykład urządzić imprezę dla przyjaciół, wybrać się w ciekawą podróż czy skoczyć na bungee. A gdy jest się piłkarzem? W sumie to samo (może poza skokiem), ale oprócz tego np. uczcić ten dzień strzelonym golem w ważnym meczu. Ewentualnie zdobyć cztery gole w jednym spotkaniu Ligi Mistrzów. Tak właśnie zrobił 20 lat temu Dado Pršo. 5 listopada 2003 roku, czwarta kolejka Champions League. W najciekawszym (przynajmniej teoretycznie) meczu tego dnia Bayern gra w Monachium z Olympique Lyon. Spotkanie dość niespodziewanie wygrywa drużyna gości. Jak się jednak okazuje to nie o „olimpijczykach” będzie się mówiło najwięcej tego wieczoru. Inny zespół reprezentujący Francję – AS Monaco rozgrywa w tym czasie mecz z Deportivo La Coruña. W składzie drużyny z księstwa brakuje największej gwiazdy, Fernando Morientesa. Szansę gry w podstawowym składzie otrzymuje niezbyt znany Chorwat Dado Pršo. Tak się składa, że tego dnia napastnik świętuje swoje 29. urodziny. Już w 2. minucie Monaco wychodzi na prowadzenie dzięki bramce Jerome’a Rothena, a w minucie 11. na 2:0 podwyższa Ludovic Giuly. Wreszcie w 26. minucie po rzucie rożnym bramkę głową zdobywa Pršo. Po czterech minutach Chorwat (znów głową) strzela kolejnego gola. Przed przerwą dorzuca jeszcze jedną bramkę, a zaraz po przerwie kolejną. Jubilat schodzi z boiska w 75. minucie żegnany burzą braw. Jego miejsce zajmuje Emmanuel Adebayor. Mecz kończy się niespotykanym i rekordowym, pod względem liczby bramek w jednym spotkaniu, wynikiem 8:3, a chorwacki napastnik przechodzi do historii Ligi Mistrzów. Przed nim cztery gole w jednym spotkaniu udało się zdobyć tylko dwóm piłkarzom, Marco van Bastenowi i Simone Inzaghiemu. Sezon 2003/2004 jest udany nie tylko dla Pršo, ale dla całego zespołu AS Monaco. Choć w Ligue 1 nie udaje się przerwać hegemonii Lyonu (Monaco ląduje ostatecznie na trzecim miejscu) to w Champions League piłkarze ze Stade Louis II robią prawdziwą furorę. Z grupy wychodzą z pierwszego miejsca, a później eliminując kolejną Lokomotiw Moskwa, Real Madryt i Chelsea Londyn, dochodzą do finału. Tam lepsze okazuje się FC Porto, prowadzone przez Jose Mourinho. Jednak to klub w charakterystycznych biało-czerwonych koszulkach zdobywa sympatię wśród kibiców w całej Europie. Na skrzydłach szaleją Ludovic Giuly i Jerome Rothen, w ataku Fernando Morientes, a rewanżowe meczu z Realem i Chelsea przechodzą z czasem do prawdziwej klasyki Ligi Mistrzów. Pršo nie udaje się już powtórzyć swojego wyczynu, ale dorzuca dwie bramki w drodze do finału (w sumie w całym sezonie zdobywa ich siedem). Zanim jednak długowłosy Chorwat zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach Champions League, jego kariera piłkarska nie była usłana różami. Urodzony 5 listopada 1974 roku w Zadarze (wówczas Jugosławia) zawodnik, swoje pierwsze kroki w futbolu stawiał w rodzinnym mieście, trenując najpierw w NK Bagat, a później w NK Zadar. W wieku 12 lat Miladin (to jego prawdziwe imię) trafił do Hajduka Split. Płynnie przechodził przez wszystkie drużyny juniorskie Hajduka aż do roku 1991. Mając wówczas 17 lat został poddany rutynowanej kontroli lekarskiej, która wykazała u niego nieregularne bicie serca. Medycy sądzili, że ta zdrowotna dolegliwość uniemożliwi mu profesjonalne uprawianie sportu, dlatego też działacze Hajduka rozstali się z młodym napastnikiem. Co ciekawe, od tego czasu u Pršo nie odnotowano nigdy żadnych śladów tej wady. Po wyrzuceniu z Hajduka napastnikowi udało się znaleźć angaż w NK Pazinka. Klub grał w najwyższej klasie rozgrywkowej świeżo utworzonej ligi chorwackiej. Dado Pršo miał zaledwie 18 lat, ale zdołał wystąpić w 26 meczach i strzelić 2 gole. Sezon 1992/1993 był jedynym w całej karierze zawodnika, w którym grał w ekstraklasie chorwackiej. Występy w barwach klubu z miasta Pazin łączył z pracą mechanika samochodowego. Nie była to jednak największa przeszkoda w piłkarskim rozwoju wciąż nastoletniego gracza. Na początku lat 90. na Bałkanach toczyła się krwawa wojna, z powodu której wielu mieszkańców postanowiło uciekać do państw Europy Zachodniej. Dado Pršo również podjął taką decyzję. Los rzucił go do francuskiej Normandii. Początki na francuskiej ziemi były trudne i zniechęcające. Pršo trafił do klubu FC Rouen, ale w ciągu dwóch lat zagrał tam w zaledwie 10 (według niektórych źródeł w 12) meczach. W poszukiwaniu pracy ruszył na południe Francji. Na Lazurowym Wybrzeżu, w miejscowości Saint-Raphaël otrzymał pracę mechanika, a raz w tygodniu grał w tamtejszym klubie. Po pracy zazwyczaj spędzał czas w kasynach i barach, trwoniąc zarobione w ciągu dnia pieniądze. Jego życie odmieniło się po spotkaniu z kobietą, która później została jego żoną. Carole namówiła go, aby na poważnie wziął się za swoją karierę piłkarską.
Gdy latem 1996 roku jego zespół rozgrywał sparing z AS Monaco Pršo został uznany za najlepszego piłkarza meczu. Klub z księstwa zaoferował mu kontrakt, który Chorwat zaakceptował. W drużynie prowadzonej przez Jeana Tiganę nie było łatwo o miejsce w składzie. Thierry Henry, Victor Ikpeba, Sonny Anderson, David Trezeguet – przy takich rywalach do gry w ataku Pršo nie zdołał zadebiutować w pierwszej drużynie. Dobrze za to radził sobie w czwartoligowych rezerwach ASM. Na kolejne dwa sezony został wypożyczony do Ajaccio AC. Pomógł klubowi z Korsyki awansować z trzeciej do drugiej ligi i całkiem nieźle prezentował się na zapleczu francuskiej ekstraklasy (w sezonie 1998/1999 zdobył 13 bramek). Rozgrywki 1999/2000 rozpoczął znów w barwach Monaco. Konkurencja nadal była ogromna, ale Pršo występował stosunkowo często (20 meczy i 2 bramki), zazwyczaj wchodząc z ławki rezerwowych. Kampania zakończyła się wielkim sukcesem klubu – wywalczonym w znakomitym stylu mistrzostwem Francji. W kolejnych dwóch sezonach zespół nie zachwycał, ale Pršo nadal był najwyżej pierwszym rezerwowym. Cztery lub dwie bramki w sezonie to dla napastnika wynik raczej katastrofalny. Pewnym usprawiedliwieniem dla chorwackiego wieżowca (190 cm wzrostu) były częste problemy z kolanami. Wszystko zmieniło się w sezonie 2002/2003. Didier Deschamps, trener Monaco dysponował wówczas młodym składem uzupełnionym kilkoma doświadczonymi zawodnikami (m.in. Marco Simone czy Vladimir Jugović). W ataku DD odważnie postawił na duet Dado Pršo – Shabani Nonda. Ten pierwszy zdobył 12 bramek, a drugi aż 26 i został królem strzelców ligi. Monaco wywalczyło wicemistrzostwo. Mistrzem został oczywiście Olympique Lyon. O kolejnej kampanii (2003/2004) w wykonaniu AS Monaco napisano już wiele, nie tylko w tym artykule. Po jej zakończeniu Pršo pojechał na EURO 2004. Reprezentacja Chorwacji, w której zadebiutował dopiero w 2003 roku, nie zdołała wyjść z trudnej grupy z Anglią, Francją i Szwajcarią. Dla porządku dodajmy, że Pršo zakończył turniej z jedną bramką. Kolejny sezon rozpoczął już w nowych klubowych barwach. Były to ciemnoniebieskie koszulki, białe spodenki i czerwono-czarne skarpety Glasgow Rangers. Jeden z najbardziej utytułowanych klubów Europy, niemający (poza Celticiem) poważnego konkurenta na krajowym podwórku, pozyskał bramkostrzelnego Chorwata na zasadzie wolnego transferu. Pierwszy sezon był fantastyczny w wykonaniu Pršo – 18 ligowych goli i wywalczone mistrzostwo Szkocji. Swego rodzaju paradoksem było to, że pochodzący z tradycyjnie katolickiej Chorwacji Dado stał się ulubieńcem protestanckich i często zaciekle antykatolickich kibiców Rangersów. Następne dwa sezony nie były już tak dobre. 9 i 4 – to dorobek bramkowy Chorwata w kampaniach, kolejno 2005/2006 i 2006/2007. Znów usprawiedliwiając gorszą skuteczność Pršo trzeba wspomnieć o jego problemach z kolanami. W pewnym momencie po każdym spotkaniu puchły do tego stopnia, że uniemożliwiały mu wzięcie udziału w treningu, nie mówiąc już o grze w meczu. W 2007 roku długowłosy mechanik z Zadaru zakończył swoją futbolową karierę. Pożegnanie z Ibrox kosztowało go sporo emocji. Gdy miesiąc po sezonie umówił się na wywiad z jednym z lokalnych dziennikarzy, przyznawał z sentymentem: ,,Nawet rozglądanie się po stadionie, kiedy jest pusty, sprawia, że jestem smutny, wiem, że to już koniec dla mnie i nie będę więcej grał na Ibrox”. Mimo że Dado Pršo największe sukcesy święcił z AS Monaco, z reprezentacją grał na Euro 2004 i Mistrzostwach Świata w 2006 roku, to zdecydowanie najlepiej wspomina czas spędzony w Szkocji. Na swoim koncie na Twitterze najwięcej miejsca poświęca właśnie drużynie Glasgow Rangers, zamieszczając często archiwalne fragmenty meczy i zdjęcia z okresu gry na Ibrox. Zapytany przez dziennikarza z Glasgow, co zmieniłby w swojej karierze, gdyby miał taką możliwość, odpowiedział: ,,Najbardziej żałuję, że nie przyjechałem tu wcześniej, bardzo byłbym zadowolony, gdybym tu przyjechał mając 26 lat zamiast 29”.
5
Długowłosy mechanik z Zadaru:
@Symson
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
10
@FCBparasiempre
5 listopada 1952 r. urodził się Oleh Błochin, ukraiński skrzydłowy i napastnik; 2-krotny Zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów-1975 i 1986; 2-krotny Zdobywca Superpucharu Europy-1975 i 1986 oraz zdobywca Złotej Piłki France Football-1976
Starsi kibice wciąż mają przed oczyma cudowne rajdy po lewym skrzydle tego zawodnika Dynama Kijów. Nie pędził na zabój, nigdy nie tracił orientacji, widział piłkę, rywali i kolegów z drużyny. Piłkę trzymał krótko przy nodze, rozglądał się, szukał miejsca, przygotowywał plan. A potem ruszał ze zwodem w lewo lub prawo, gubił przeciwników, znakomicie dryblował i zakładał siatki przeciwnikom. Miał swój ulubiony trick-piłkę puszczał w lewo, obiegał obrońcę po prawej i błyskawicznie doganiał futbolówkę. Biegał przecież setkę po niżej 11 sekund i mało kto potrafił go doścignąć. Uwikłany w drybling wpadał między kilku rywali i kiedy wydawało się że już się nie wymknie nagle składał się do uderzenia i piłka leciała jak pocisk a odpowiednio nadana rotacja powodowała iż wpadała prosto w okienko. Bramkarze przeważnie bezradnie rozkładali ręce. Nad rozentuzjazmowanymi trybunami stadionu w Kijowie roznosił się chóralny krzyk: ,,Mołodiec’’. Taki był Błochin-piłkarski internacjonał, bohater ukraiński i posiadacz tytułu Zasłużonego Mistrza Sportu ZSRR. Na piłkę nożną skazał go nie przypadek ale rodzony ojciec, który był najpierw piłkarzem a potem trenerem i działaczem piłkarskim. Zapisał 10-letniego Olega do szkółki przy Dynamie Kijów. Tam szlifowano talent szczupłego, szybkiego jak gazela chłopca z Kijowa. Dynamo było wówczas kuźnią talentów i renomowaną firmą, która jako jedyna z terenu Ukraińskiej Republiki brylowała w radzieckiej lidze gromiąc najlepsze rosyjskie kluby z Moskwy. Oleg zadebiutował w Dynamie jako 17-latek! w 1969 r. i grał w tym klubie nieprzerwanie 19 lat do 1988 r. Był ulubieńcem słynnego ukraińskiego trenera Walerego Łobanowskiego. Dla Dynama strzelił 211 goli i zdobył 8 tytułów mistrza ZSRR oraz pięciokrotnie zostawał królem strzelców. Jednak nie spełnił swoich ambicji grając w reprezentacji ponieważ w owych czasach drużyna radziecka zdobyła zaledwie 2 brązowe medale na igrzyskach olimpijskich. Świat zakochał się w Błochinie w sezonie 1974/75 uznanym potem za najlepszy w jego karierze. Wówczas w finale Pucharu Zdobywców Pucharów Dynamo grało z budapesztańskim Ferencvarosem a Oleg od pierwszej minuty błyszczał jak brylant. Organizował ataki, pomagał w obronie, dyrygował kolegami. Węgrzy zostali zepchnięci do defensywy i Dynamo cały czas przeważało. W 18 minucie po akcji Błochina gola zdobył Oniszczenko. Ten sam zawodnik poprawił w 39 minucie a kropkę nad ,,i’’ postawił sam Oleg po pięknej akcji lewą stroną gdy huknął nie do obrony w 67 minucie. Piłkarska Europa bagatelizowała ten finał. Ot dwie drużyny zza żelaznej kurtyny stoczyły bratobójczy pojedynek. Komentowano wówczas że ekipa Dynama w Meczach o Superpuchar Europy z najeżonym gwiazdami zdobywcą Pucharu Mistrzów Bayernem Monachium będzie bez szans. Już pierwsze spotkanie w Monachium pozbawiło Niemców złudzeń. Błochin osobiście załatwił sprawę i po jego golu goście wygrali 1-0. Na rewanż w Kijowie Bayern przyjechał w najsilniejszym składzie, nastawiony bojowo ale miny niemieckich gwiazd nieco zrzedły na widok pełnych trybun kijowskiego stadionu. Zasiadało tam wówczas 100 tys. kibiców w szarych smutnych ubraniach ale fanatycznie zaangażowanych w doping swojej drużyny. Idolem trybun był rzecz jasna Oleg Błochin. Pięknie podziękował kibicom za składane mu hołdy strzelając 2 gole w tym rewanżu i tryumfując z Superpucharem Europy. Po meczu trener Bayernu stwierdził iż Błochin jest najlepszym lewoskrzydłowym na świecie. Tę opinię potwierdzili uczestnicy plebiscytu ,,France Football’’ przyznając ukraińskiemu piłkarzowi tytuł najlepszego na Starym Kontynencie i Złotą Piłkę za 1975 r. Jak smakuje Puchar Zdobywców Pucharów jeszcze raz skosztował Oleg w 1986 gdy jego Dynamo wygrało w Lyonie z Atletico Madryt 3:0. Mecz był wyrównany do 86 minuty. Co prawda Dynamo po golu Zawarowa z 4 minuty prowadziło ale Atletico cały czas niebezpiecznie atakowało i co chwila groźba strzelenia bramki wisiała w powietrzu ale do momentu, kiedy Błochin w swoim stylu zwiódł obrońców i strzelił gola. 2 minuty później poprawił jeszcze Jewtuszenko i było po zawodach.
Dwa lata później Oleg jako pierwszy piłkarz ZSRR dostał zgodę na wyjazd do zagranicznego klubu. Gdyby stało się to kilka lat wcześniej to miałby otwartą drogę do najlepszych europejskich firm lecz w wieku 34 lat był już u schyłku kariery i dobre piłkarskie marki już się o niego nie biły. Trafił do Austriackiego Vorvarts Steyr a piłkarską karierę zakończył w cypryjskim Arisie Limmasol w 1990 r. Na kilka lat przeniósł się do Grecji gdzie pracował jako trener w Pireusie(Olympiacos i Ionocos) i Salonikach(PAOK). W 2003 roku Błochin został trenerem reprezentacji Ukrainy i na mistrzostwach świata w Niemczech doprowadził swoich podopiecznych do ćwierćfinału. Jednak w 2007 roku po nieudanych eliminacjach do mistrzostw Europy podał się do dymisji. W kwietniu 2011 r. ponownie powołano go na selekcjonera narodowej reprezentacji. Ukraina jako współgospodarz Euro 2012 nie zdołała wyjść z bardzo silnej grupy i po mimo jednego zwycięstwa odpadła po fazie grupowej jednak Błochina nie zwolniono z tego powodu. 25 września 2012 r. Oleg Błochin został trenerem swojego Dynama po czym w październiku 2012 przestał pełnić funkcję selekcjonera reprezentacji Ukrainy. Ukraiński bohater, słynny ,,mołodiec’’ bez wątpienia przeszedł do historii futbolu jako jeden z najlepszych skrzydłowych świata a kto wie czy nie najlepszy?
7
Legendy europejskiego futbolu:
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
10
Na wstępie chciałbym pozdrowić gorąco wszystkich sympatyków Widzewa, zwłaszcza WIELKIEGO WIDZEWA, który współtworzył największe sukcesy polskiego futbolu:
5 listopada 1980 r. Widzew Łódź wyeliminował Juventus Turyn! Po dramatycznym rewanżu i konkursie rzutów karnych czerwono-biało-czerwoni awansowali do kolejnej rundy Pucharu UEFA kosztem Juventusu Turyn. Dwa tygodnie wcześniej widzewiacy zszokowali piłkarski świat, pokonując u siebie wielki, naszpikowany gwiazdami Juventus Turyn 3:1. To była dopiero trzecia kampania europejska czerwono-biało-czerwonych i choć Widzew dwa lata wcześniej w pierwszej rundzie Pucharu UEFA wyeliminował po dwóch remisach Manchester City, tak spektakularnego i pewnego zwycięstwa na arenie międzynarodowej jeszcze nie odniósł. Oczywiście zwycięstwo w pierwszym meczu nie dawało jeszcze awansu, ale łodzianie mogli poważnie myśleć o tym, żeby wyeliminować europejskiego giganta. - Wiedzieliśmy, że będzie ciężko. W Juventusie grała wówczas połowa reprezentacji Włoch. Ale mieliśmy świadomość, że możemy coś ugrać - wspomina po latach nastroje zespołu przed rewanżem Andrzej Grębosz, strzelec pierwszego gola w Łodzi. - Gdybym nie wierzył w sukces, poprosiłbym trenera o niewystawienie mnie do gry - powiedział włoskiej telewizji Zbigniew Boniek, cytowany również przez "Sport". Od początku meczu w Turynie emocji nie brakowało. Obie drużyny miały swoje okazje, choć to gospodarze byli bliżej zdobycia bramki. Obili nawet poprzeczkę bramki strzeżonej przez Józefa Młynarczyka. Mocno dawał się łodzianom we znaki Marco Tardelli. I to właśnie on, tuż przed przerwą, otworzył wynik. Mało tego. Zaraz po zmianie stron turyńczycy prowadzili już 2:0, a w kolejnych minutach mogli nawet wyżej! Nadzieję gościom dała dwójkowa akcja Bońka i Marka Pięty zakończona golem tego drugiego. Odpowiedź Włochów przyszła już dwie minuty później. Wynik na 3:1 ustalił w 61. minucie Liam Brady. Do końca regulaminowego czasu gry rezultat meczu nie uległ zmianie, co oznaczało dogrywkę. W niej Juventus dominował, ale nie przełożył tego na kolejne trafienia. O awansie do 1/16 finału Pucharu UEFA zadecydować miał konkurs rzutów karnych. Jego bohaterem okazał się Młynarczyk, który wybronił dwie pierwsze "jedenastki" Starej Damy. Jego koledzy, strzelcy nie mylili się i ostatecznie po pewnym trafieniu Bońka łodzianie wygrali 4:1 i dopełnili sensacji, eliminując z dalszej gry Juventus.
- Oprócz rywala była jeszcze jedna mała przeszkoda - w postaci sędziego. Nie uznał nam prawidłowo bramki, przez cały mecz delikatnie faworyzował gospodarzy. Nie było łatwo - przypomina wizytę w Turynie Grębosz. Jakby na potwierdzenie jego słów po meczu Gaetano Scirea przyznał kolegom w szatni, że w pierwszej połowie faulował w polu karnym Bońka, na co arbiter pozostał niewzruszony. Żadne przeciwności losu nie przeszkodziły jednak Widzewowi w odniesieniu jednego z największych triumfów w historii polskiej piłki klubowej.
– W tamtych czasach ograć Juventus to była nie lada sztuka, a my tego dokonaliśmy. Mieliśmy wielki zespół z charakterem, indywidualności, przed nikim nie klękaliśmy, to wszystko dało nam ten sukces – podkreśla dziś Młynarczyk.
Strzelcy rzutów karnych: Mirosław Tłokiński, Franco Causio (pudło), Andrzej Grębosz, Antonio Cabrini (pudło), Włodzimierz Smolarek, Liam Brady, Zbigniew Boniek.
Juventus Turyn: Dino Zoff - Antonio Cabrini, Claudio Gentile, Gaetano Scirea, Antonello Cuccureddu, Marco Tardelli, Liam Brady, Pietro Fanna (91’ Vinicio Verza), Giuseppe Furino, (46’ Cesare Prandelli), Franco Causio, Roberto Bettega. Trener: Giovanni Trapattoni
Widzew Łódź: Józef Młynarczyk, Bogusław Plich (93’ Jan Jeżewski), Andrzej Grębosz, Władysław Żmuda, Andrzej Możejko, Mirosław Tłokiński, Zdzisław Rozborski, Zbigniew Boniek, Krzysztof Surlit, Marek Pięta, Włodzimierz Smolarek. Trener: Jacek Machciński
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
8
Blaugrana w europejskich pucharach:
5 listopada 1980 r. FC Barcelona poległa na Camp Nou 0:4(!) z 1. FC Köln w rewanżowym starciu 2 rundy Pucharu UEFA i odpadła z rozgrywek. Barça mimo zwycięstwa 0:1 na wyjeździe, w rewanżu u siebie doznała kompromitującej porażki. Kontuzje Sancheza i Migueliego na początku meczu kompletnie rozbiły drużynę Blaugrany. Legendarny ,,Tarzan” wrócił jeszcze na chwile na boisko jako… napastnik. Quini przeniósł się do pomocy, Asensi trafił na pozycje Alexanco a ten zastąpił… Migueliego w obronie! Kilka minut później padł pierwszy gol dla gości a Migueli chwile później ostatecznie opuścił plac gry. Przegrana kosztowała Kubale posade trenera, natomiast FC Barcelona po sezonie sprowadziła z FC Köln Schustera aby wyprowadził drużynę z kryzysu. No cóż, jak się nie raz już przekonaliśmy, nie każdy genialny piłkarz może bez problemu parać się trenerką.
@Arkon @AssisMoreira @Lionel_Messi10 @Mixtape @Monix10 @Ogorinho1974 @Pawel13sz @patataj @Sensible @Symson
1
No fajnie że wczoraj wygraliśmy z Realem Sociedad. Ale powiem szczerze że taki fart i wygrywanie różnicą jednej bramki nie bedzie trwało do końca sezonu. Nie wspominając już o stylu gry. Oj Xavi, quo vadis...?
7
Panie i Panowie! Sympatycy futbolu latynoamerykańskiego i nie tylko. Przed nami 64 finał prestiżowych rozgrywek Copa Libertadores a w nim Fluminense FC zmierzy się na słynnej Maracanã z CA Boca Juniors. Będzie to już rekordowy(12-sty) finał dla Boca Juniors. Z kolei Fluminense zagra w finale po raz drugi. Przypomne tylko iż ,,moja” Boca sześciokrotnie zdobywała to trofeum. Taki finał trzeba obejrzeć, transmisja na Polsat News. Jeśli ktoś jest zainteresowany historią Copa Libertadores to zapraszam do takiego artykułu: https://rfbl.pl/jak-sen-wyzwolicieli-ogarnial-miliony/
A od siebie dodam tylko: Vamos ,,Xeneizes”, Vamos a ganar!
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
8
Czy pamiętamy że:
4 listopada 2010 r. Lech Poznań pokonał Manchester City 3-1 w fazie grupowej Ligi Europy. Gole zdobyli: Dimitrije Injac 31', Manuel Arboleda 86', Mateusz Możdżeń 90' oraz Emmanuel Adebayor 51'. „Dzisiaj Poznań na pewno wcześnie, po takim wyniku, po takim meczu, nie położy się spać. Piękny wieczór przy Bułgarskiej”– tymi słowami zakończył telewizyjną transmisję komentujący spotkanie na antenach Polsatu, Mateusz Borek. I rzeczywiście, po niespodziewanym, by nie powiedzieć sensacyjnym ograniu angielskiego giganta, fanom Lecha z pewnością niespieszno było do łóżek. Po takim występie kibice Kolejorza jeszcze długo pozostawali na stadionie i oklaskiwali swoich ulubieńców. Debiutujący w roli trenera poznaniaków José Mari Bakero, który dzień wcześniej zastąpił na tym stanowisku Jacka Zielińskiego, o lepszym starcie w nowych barwach nie mógł marzyć. Lechici rozstrzygnęli spotkanie w samej końcówce, gdy do siatki Manchesteru City trafiali Manuel Arboleda i Mateusz Możdżeń. Bramka zdobyta przez 19-latka była ozdobą tego meczu. Wygrana pozwoliła poznaniakom powrócić na 1. miejsce w tabeli grupy A Ligi Europy. Konfrontacja z The Citizens jest po dziś dzień miło wspominana przez sympatyków Kolejorza.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
6
Wybitne legendy rodzimego futbolu:
4 listopada 1925 r. urodził się Teodor Anioła, napastnik. Już od najmłodszych lat przejawiał wielki talent piłkarski. Potrafił znaleźć się w sytuacjach podbramkowych, co więcej miał niesamowitą skuteczność, można powiedzieć, że strzelał więcej goli niż miał okazji. Jego kariera tak naprawdę rozpoczęła się po zakończeniu II wojny światowej. Jako 20-latek trafił do Kolejowego KS, czyli obecnego Lecha. Do dzisiaj żaden z Lechitów nie jest w stanie nawet nawiązać do jego bramkowych zdobyczy. Świetnie przywitał się z poznańską publicznością, zdobywając hat-tricka w swoim debiucie. Podczas całej swej kariery w Poznaniu strzelił 138 goli! Obecnie jest ósmym snajperem w całej historii naszej rodzimej ligi oraz trzykrotnym jej królem strzelców. Ustanowił rekord, którego do dziś nikt nie pobił. W wygranym meczu 11:1 z Szombierkami Bytom strzelił 6 goli. W okresie powojennym liga nie funkcjonowała. Lech był uznaną marką tylko na szczeblu regionalnym, w tym czasie prym wiódł inny klub z Poznania – Warta. Dopiero w 1948 roku PZPN zdecydował się na przeprowadzenie eliminacji do nowo założonych rozgrywek. W nich Anioła potwierdził swój instynkt strzelecki, w 15 występach strzelił 23 gole, które dały upragniony awans do pierwszej ligi ,,Kolejorzowi”! W swoim pierwszym sezonie na najwyższym szczeblu rozgrywek Lech zajął bezpieczną szóstą pozycje a Teodor został najlepszym strzelcem drużyny z dorobkiem 12 goli. Jego talent eksplodował jednak w kolejnych latach. Jako 24 letni zawodnik mógł pochwalić się już tytułem króla strzelców polskiej ligi. W następnych rozgrywkach powtórzył wyczyn, a jego wkład w sukces drużyny był kluczowy. Dzięki wspomnianemu wcześniej Tercetowi ABC, Lech walczył o najwyższe lokaty, znajdując się na podium tabeli, co zaowocowało brązowymi medalami. Ostatni swój tytuł strzelecki zdobył w 1951 roku, następnie Lech widocznie osłabł, stając się drużyną tylko środka tabeli. Anioła nie zdobył już żadnego indywidualnego wyróżnienia, miał silną konkurencję w lidze w postaci Pohla czy Cieślika, którzy dominowali. Mimo to, w kolejnych latach był najlepszym strzelcem swojego zespołu.
,,Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że należał do tych piłkarzy, którzy urodzili się zdecydowanie za wcześnie”– pisze Rędzioch na łamach czasopisma „Hej Lech”. – Grając dziś zyskałby z pewnością status gwiazdy i niemałe profity z tego płynące. Jedną z ciekawych sytuacji było to, że w latach 1953-1955 z wyjątkiem meczu z AKS Chorzów, żaden inny piłkarz Lecha nie potrafił strzelić gola. A trwało to aż… 596 dni! Widać, jak bezcennym piłkarzem był Anioła. Wystąpił tylko w siedmiu meczach z orzełkiem na piersi, zdobywając jedynie dwa gole w spotkaniu z NRD. Ponoć nie mógł rozwinąć skrzydeł, był stłamszony i nie mógł wpasować się w ówczesną reprezentację. Rozegrał także siedem meczów w kadrze B. W pozytywnych słowach wypowiadał się o nim Jan Rędzioch, historyk poznańskiego klubu. W 1959 roku namówiony przez działaczy Warty Poznań, zdecydował się opuścić II ligowego Lecha. Wywołał ogromny skandal, przechodząc do rywala zza miedzy. Został zdyskwalifikowany na pół roku, w tym czasie nie grał w piłkę. Klub odebrał mu mieszkanie, więc w ostatecznym rozrachunku do przenosin nie doszło. Wraz z końcem roku wrócił do Lecha. Rok później pomógł swoimi trafieniami awansować do Ekstraklasy swojemu klubowi, jednak po powrocie do niej, rozegrał tylko jeden mecz, który był pożegnalnym. Jego karierę zakończyła kontuzja, miał wówczas 36 lat. Na piłkarskiej emeryturze, próbował swoich sił jako trener rezerw w Poznaniu, równocześnie pracował jako urzędnik kolejowy. Lech w kolejnych latach nie mógł poszczycić się sukcesami a tym bardziej wyborowym strzelcem. Jego godnym następcą był Mirosław Okoński, niestety Teodor nie doczekał już czasów lubianego dzisiaj przez wszystkich „Reksia”. Zmarł 10 listopada 1993 roku. Ku pamięci Anioły, od połowy lat dziewięćdziesiątych rozgrywany jest coroczny memoriał jego imienia.
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
9
Ruch Hajduki Wielkie przypieczętowuje mistrzostwo Polski:
4 listopada 1934 r. ,,Niebiescy” zmierzyli się z nieistniejącą już Warszawianką w Warszawie w ostatnim meczu ligowym. Ruch pomimo zapewnionego już mistrzostwa zagrał ambitnie, skutecznie i ładnie dla oka. ,,Przegląd Sportowy” napisał: ,,7:1. Warszawianka została formalnie ,,znokautowana” przez mistrza Polski, który podkreślił wyraźnie, jaka różnica dzieli go od innych zespołów ligowych”. Z twierdzeniem warszawskiej gazety trzeba się zgodzić. Ruch był bezapelacyjnie najrówniejszą oraz najbardziej bramkostrzelną drużyną w sezonie ligowym 1934. W meczu z Warszawianką, który był pięknym epilogiem całorocznego występu ,,Niebieskich”, aż 4 gole strzelił genialny Ernest Wilimowski a po jednej Wodarz, Kubisz i Peterek. To był czwarty mecz w sezonie Wilimowskiego, w którym strzelał co najmniej 4 gole(!) a przecież tym sezonem debiutował w naszej ekstraklasie. Łącznie w swoim debiutanckim sezonie nastrzelał aż 34 gole(!), co dało mu tytuł króla strzelców. Mówimy tutaj o piłkarzu, który w czerwcu tamtego roku skończył zaledwie 18 lat…
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
8
Czy tego chcemy czy nie:
Luis Figo kończy dzisiaj 51 lat. Oczywiście wszyscy wiemy jak zachował się wobec ,,naszego” klubu, jednak nie wszyscy pamiętają że miał bardzo duży wkład w zdobycie 2 mistrzostw Hiszpanii, 2 Pucharów Króla oraz Pucharu Zdobywców Pucharów, będąc kapitanem Blaugrany. Mało tego, Figo miał również bardzo pozytywny wpływ na rozwój kariery zarówno Puyola jak i Xaviego, którzy debiutowali w barwach Blaugrany u boku Portugalczyka. Zresztą Puyol sam się o tym wypowiadał w swojej autobiografii.
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
8
Niechlubne potyczki Blaugrany w Lidze Mistrzów:
4 listopada 1992 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou 2:3 z CSKA Moskwa w rewanżowym meczu 2 rundy Ligi Mistrzów i odpadła z rozgrywek. Blaugrana wywiozła z Moskwy remis 1:1 a wynik mógłby być jeszcze lepszy, gdyby nie błąd Guardioli w 16 minucie, po którym zdenerwowany Cruijff zdjął go z boiska. W rewanżu Katalończycy za sprawą Nadala oraz Beguiristaina szybko objeli dwubramkowe prowadzenie i byli bliscy podwyższenia rezultatu(Ferrer trafił w słupek). Gol dla gości w 44 minucie zaskoczył gospodarzy, lecz nie zapowiadał katastrofy. W drugiej połowie w przeciągu 5 minut ekipa CSKA wyszła na prowadzenie 2:3 i kontrolowała przebieg spotkania. Po raz pierwszy w historii Barça odpadła w Pucharze Europy przed półfinałami i dopiero drugi raz za kadencji trenerskiej Cruijffa nie doszła do finału europejskich pucharów. Holender stwierdził że ,,dla niego jest to jedna z tych historycznych klęsk Blaugrany, kiedy wydawało się że przeżywa wspaniałe momenty a w jednej chwili trafiła z nieba do piekła”. Dodał też: ,,Miałem wrażenie iż jesteśmy w stanie się przełamać ale tak się nie stało”. CSKA miało młody zespół ale żaden z piłkarzy nie zrobił wielkiej międzynarodowej kariery. Po wyeliminowaniu Barçy moskwianie trafili do rundy grupowej pierwszej edycji Ligi Mistrzów, gdzie zdobyli jedynie 2 punkty w sześciu spotkaniach. Co poszło nie tak w ekipie obrońców Pucharu Europy?
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
12
Czy wiecie że:
120 lat temu został założony argentyński klub Newell's Old Boys Rosario. Historia Newell's wywodzi się od postaci Anglika Izaaka Newella, urodzonego 24 kwietnia 1853 roku. Opętany duchem przygód i fanatykiem piłki nożnej, w wieku 16 lat opuścił ojczyznę na pokładzie statku płynącego do Argentyny. W 1884 roku założył „Colégio Comercial Anglicana”, instytucję, która później dała początek klubowi. W tym samym roku przywiózł z Anglii do Argentyny pierwszą skórzaną piłkę i pierwsze oficjalne zasady gry w piłkę nożną i wtedy szkoła zaczęła na przemian uczyć się piłki nożnej. W 1900 roku chory Izaak przekazał kierownictwo szkoły swojemu najstarszemu synowi, Cláudio. Newell's Old Boys” została założona 3 listopada 1903 roku. Głównym promotorem był Claudio Newell, który do stworzenia oficjalnego zapisu zaprosił uczniów i byłych uczniów założonej przez jego ojca szkoły. Podczas ceremonii wybrano nazwę „Club Atlético Newell's Old Boys”, honorującą życie i twórczość Isaaca. Dzięki połączeniu barw flag Anglii (kraju Izaaka) i Niemiec (ojczyzny jego żony Anny), czerwieni i czerni, uczniu tej szkoły Ernestowi Edwardsowi powierzono zadanie zaprojektowania pierwszego munduru drużyny. Przez cały czas swojego udziału w oficjalnych turniejach Newell's spadł z ligi tylko raz: było to w sezonie 1960.
Pamiętajmy też że wychowankiem Newell’s jest Lionel Messi, który występował tam w zespole juniorskim.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
11
Żywe legendy polskiego futbolu:
3 listopada 1970 r. urodził się Andrzej Juskowiak, napastnik. Tylko Jugosławii Polska ustępuje pod względem liczby królów strzelców piłkarskich turniejów olimpijskich. To zasługa dwóch czołowych piłkarzy lat 70-tych: Deyny oraz Szarmacha a także urodzonego 2 lata przed zlotem Polaków na igrzyskach w Monachium – Juskowiaka. ,,Jusko” okazał się najskuteczniejszym zawodnikiem IO w Barcelonie, skąd przywiózł, poza koroną indywidualną, także srebrny medal. To właśnie on był centralną postacią zespołu Janusza Wójcika. W stolicy Katalonii 2 razy wpisał się na liste strzelców z Kuwejtem, po razie z Włochami i USA a także zanotował hat-trick w półfinale przeciwko Australii. Lepszy wynik poprzednio od niego na turnieju olimpijskim zanotował… Deyna. Osiągnięcie Juskowiaka przebił zaś dopiero Carlos Tevez w Atenach w 2004. Hiszpańscy dziennikarze na konferencjach prasowych zasypywali trenera Wójcika pytaniami o tego piłkarza i jednocześnie dziwili się na łamach swych gazet, dlaczego nie sięgnęła po niego jeszcze żadna hiszpańska drużyna. Żadnego gola nie udało mu się zdobyć tylko w ćwierćfinale z Katarem oraz w samym finale przeciwko gospodarzom. ,,To był mój najsłabszy występ na turnieju. Od 70 m. zaczęliśmy gwałtownie tracic siły. Mimo wszystko chyba trochę dobrego dla polskiej piłki zrobiliśmy. Chciałbym przynajmniej przez tydzień wypocząć.”- skomentował sam zawodnik. Skutecznością ,,Jusko” błyszczał od najmłodszych lat. Lech Poznań zaczął na niego stawiać, jeszcze nim zawodnik ten mógł odebrać dowód osobisty. Wraz z Lubańskim, Wilimowskim oraz Kapką tworzył kwartet jedynych królów strzelców Ekstraklasy, którzy zwyciężyli w klasyfikacji przed 20-tymi urodzinami. Takie wyniki nie dziwią. Predestynowała do nich go już… data urodzenia. Juskowiak urodził się 3 listopada. Tego samego dnia na świat przyszli też dwaj inni królowie strzelców Ekstraklasy: Bogusław Cygan oraz wielki Ernest Pohl. W sezonie 1989/90 strzelił 18 goli. Ta skuteczność pozwoliła mu zwyciężyć indywidualnie a Lechowi dała mistrzostwo Polski. To właśnie on strzelił gola na wage ,,zwycięskiego’ remisu w ostatniej kolejce z Legią Warszawa. Z Kolejorzem został też mistrzem kraju w edycji poprzedzającej igrzyska olimpijskie.
Nim wyruszył poza granice kraju, miał już na koncie 43 gole w niespełna 100 meczach. Legitymował się więc średnią 0,45 na mecz. Do tego wywalczył Superpuchar Polski. To on był strzelcem gola decydującego o zwycięstwie z Olimique Marsylia w eliminacjach Pucharu Mistrzów. Indywidualnie Juskowiak 3-krotnie był Piłkarzem Roku w plebiscycie katowickiego ,,Sportu”, w tym dwa razy jeszcze podczas gry w Ekstraklasie(w 1991 i 1992 r.). Ten drugi triumf przedzielony jest już jednak na pół z okresem występów w Sportingu Lizbona, dokąd wyjechał. Razem ze Sporingiem wywalczył puchar Portugalii, wicemistrzostwo i dwukrotnie brązowy medal. Z Olympiakosem Pireus był z kolei 3 w lidze greckiej. W Niemczech zaś występował w Borussi Mönchengladbach, VFL Volfsuburg, Enegrie Cottbus oraz w FC Erzgebirge Aue. Był swego czasu najlepszym strzelcem Wolfsburga w Bundeslidze, obecnie znajduje się na 4 pozycji w tej klasyfikacji. Jest też na 3 miejscu za Lewandowskim i Furtokiem w zestawieniu najskuteczniejszych Polaków w Bundeslidze. Krótko grał też w USA. W reprezentacji Polski turniej olimpijski był jego jedynym występem na wielkiej imprezie. ,,Jusko” znalazł się w kręgu zainteresowań Jerzego Engela. Grywał nawet w eliminacjach zakończonych awansem do MŚ 2002. Starcie przeciwko Armebii z tej kampanii było jednak jego ostatnim z 39 występów w biało-czerwonej koszulce. Łącznie strzelił w nich 13 goli, co daje średnią 0,33 gola na mecz. Zapisał m.in. drugim po Edwardzie Jankowskim z 1957 r., wyjazdowym hat-trickiem reprezentacji Polski w eliminacjach MŚ, gdy 3 razy pokonał bramkarza Mołdawian. Kariere zakończył w 2007 r. Obecnie często grywa w drużynach oldbojów, Jest też komentatorem telewizyjnym oraz prezesem szkółki piłkarskiej. Był wiceprezesem Lechii Gdańsk oraz trenerem napastników w Lechu. Taką samą funkcje sprawował w młodzieżowej reprezentacji Polski.
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
8
Legendy światowego futbolu:
3 listopada 1945 r. urodził się Gerd Müller, znakomity niemiecki napastnik, Mistrz Świata-1974; Mistrz Europy-1972; 3-krotny Zdobywca Pucharu Mistrzów-1974,1975 i 1976(z Bayernem Monachium); Zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów-1967(z Bayernem Monachium); Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1976(z Bayernem Monachium) oraz Zdobywca Złotej Piłki France Football-1970. Symbol Bayernu, zwany Bomber der Nation! Uznano go najlepszym piłkarzem w dziejach Bundesligi z okazji 40-lecia jej istnienia. Przez większość swojej kariery związany był z bawarską drużyną, w której rozegrał 427 spotkań. Urodził się 3 listopada 1945 r. w Nördlingen, gdzie zaczynał karierę. Od początku gry Bayernu w Bundeslidze aż do końca kariery w bawarskim klubie w 1978 r. był najlepszym strzelcem klubu. Sześć sezonów kończył z koroną króla strzelców ligi. I pomyśleć, że na początku jego kariery nie poznał się na nim wybitny trener Bayernu Čajkovski. ,,Kleines dickes Müller”- mówił o nim, twierdząc, że ten mały, pulchny człowieczek to nie piłkarz a raczej zapaśnik. Potem przepraszał za swoją pomyłkę. 365 goli, jakie zdobył dla Bayernu, to najlepszy i niedościgniony wynik w historii klubu. Drugi w tej klasyfikacji Karl-Heinz Rummenigge ma 200 bramek mniej na swoim koncie. To i tak kiepska średnia jak na Müllera, który w kadrze narodowej zdobywał ponad jedną bramkę na mecz. W 62 meczach w barwach RFN strzelił 69 goli a w 13 meczach, jakie zagrał na mundialach w 1970 i 1974 r. wbił rywalom 14 bramek. Był to rekord mistrzostw świata aż do 2006 r., gdy w meczu Brazylia-Ghana pobił go Ronaldo. Wśród tych goli była pamiętna bramka w meczu z Polską we Frankfurcie w 1974 r. Wtedy Müller został mistrzem świata, ale to na mundialu w Meksyku w 1970 r. wywalczył tytuł króla strzelców (Bułgarom i Peruwiańczykom fundował hat-tricki).
Finał mundialu w 1974 r. z Holandią i decydujący o triumfie Niemiec gol był jego ostatnim występem w kadrze RFN. Müller miał niewiarygodny wręcz instynkt strzelecki, dużą zwrotność i przyspieszenie. Niewysoki, wręcz niepozorny, nie sprawiał wrażenia gracza, którego należałoby się na boisku obawiać. ,,Rozmawiał z nami, poklepywał i nagle? urywał się obrońcom i strzelał gola’’-wspominali go polscy piłkarze, którzy grali przeciw niemu w 1974 r. Samotny, opuszczony przez żonę, uwikłany w problemy osobiste popadł w alkoholizm. Kiedy wydawało się, że skończy na dnie, rękę wyciągnął do niego Bayern Monachium. Stali za tym jego dawni koledzy Beckenbauer, Rummenigge i Breitner. W 1992 r. zaproponowano mu pracę w sztabie trenerskim z zespołami młodzieżowymi. Müller rzucił nałóg i zaangażował się w nową pracę. ,,Być znowu w Bayernie, to najlepsze dla mnie lekarstwo’’- stwierdził. Odnosił sukcesy z juniorami klubu, wreszcie ukończył nawet kurs trenerski w szkole w Kolonii.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
6
@FCBparasiempre
3 listopada 1932 r. urodził się Ernest Pohl. Snajper nad snajperami. Jego futbolowy los nie ograniczał się jednak tylko do pobytu na polu karnym przeciwników. Pohl miał zmysł do ukochanej dyscypliny, jak może nikt przed nim a ni po nim w Polsce. Dziś najbardziej znany jest chyba ze swojego rekordu wszechczasów w liczbie strzelonych goli w Ekstraklasie. Pohl aż 186 razy pokonał bramkarzy przeciwników w pierwszej lidze. Dokonał tego w zaledwie 264 meczach, co daje mu wybitną średnią 0,7 gola na mecz. Na pozycji lidera gości w klasyfikacji strzeleckiej nieprzerwanie od 1965 roku, gdy wyprzedził Cieślika. Jeden raz strzelił w meczu ligowym 6 goli, co stanowi najlepsze indywidualne osiągnięcie w powojennych rozgrywkach. Dwukrotnie notował po 5 goli i aż 6-krotnie po 4 gole. Jeden z ,,pięciopaków” uzyskał w barwach Legii. W ten sposób przyczynił się do najwyższego zwycięstwa w polskiej lidze w powojennej historii(12:0!). Pozostałe wyniki strzeleckie takiego kalibru miały miejsce już w Górniku Zabrze. Jest więc jedynym piłkarzem, który w 2 różnych klubach w Ekstraklasie zdobył w jednym meczu co najmniej po 5 goli. W 8 sezonach z rzędu legitymował się dwucyfrową liczbą trafień. Żaden inny zawodnik nie miał takiego osiągnięcia w swoim dorobku. Ponadto tylko jemu oraz Henrykowi Reymanowi w dziejach ligi udało się dwukrotnie w karierze strzelić hat-tricki w dwóch kolejkach z rzędu. Swoimi umiejętnościami popisywał się nie tylko w lidze. W reprezentacji od 1961 do 1973 roku był rekordzistą w liczbie strzelonych goli. Potem wyprzedził go Lubański a po nim jedynie Deyna, Lato, no i rzecz jasna ,,Lewy”. Żaden z tych znakomitych zawodników nie osiągnął jednak takiej średniej jak Pohl. 39 goli w 47 meczach daje mu imponujący rezultat – 0,85 na mecz! W tej liczbie znajdują się m.in. hat-tricki przeciwko Danii i Finlandii, 4 gole przeciwko Norwegii a przede wszystkim 5 goli w starciu z Tunezją podczas Igrzysk Olimpijskich. Do dziś jest rekord goli w jednym meczu polskiej kadry wyrównany potem tylko przez Lubańskiego. ,,W czasie meczu z Tunezją dziennikarze zagraniczni żywo zaczęli się interesować zabrzaninem , zasypując swoich kolegów z Polski pytaniami dotyczącymi jego osoby. Pełna uznania dla gry Pohla jest również prasa włoska.”- pisał ,,Dziennik Łódzki” o tym wielkim meczu Pohla. Wraz z Sophusem Nielsenem, Gottfriedem Fuchsem, Herbertem Carlssonem, Teodoro Fernandezem, Ferencem Bene i Nilsem Petersenem, jest jednym z siedmiu piłkarzy, którzy w turnieju olimpijskim w jednym meczu strzelili co najmniej 5 goli. Tylko on, Bene oraz Petersen dokonali tego już po II wojnie światowej. Dzięki temu na IO w Rzymie zajął 3 miejsce w klasyfikacji strzelców, choć Polska odpadła z rozgrywek już po fazie grupowej. Na najniższym stopniu podium uplasował się w zestawieniu klasyfikacji strzelców w Pucharze Mistrzów w edycji 1966/67, choć był to już jego ostatni sezon w wyczynowym futbolu. Strzelił wtedy 5 goli. Łącznie jego bilans w tych rozgrywkach wyniósł 19 meczów i 11 goli. W lidze polskie 3-krotnie był królem strzelców(raz w Legii i dwukrotnie w Górniku). Skuteczność nie była jednak jego jedyną charakterystyczną cechą. Przede wszystkim wykazywał się znakomitą techniką i wszechstronnością oraz wielką inteligencją boiskową. Potrafił zaskoczyć bramkarzy na wiele sposobów. Bardzo dobrze współpracował ze swoimi partnerami z ataku. ,,Podawał nam na nos. Miał jeszcze jedną niezwykłą umiejętność. Patrzył w lewo ale podawał w prawo albo odwrotnie. Przeciwnicy nie mogli się w tym połapać. W czasie meczu potrafił mi wyłożyć trzy, cztery razy piłke marzenie. Był piłkarskim fenomenem.”- stwierdził sam Lubański. Kiedyś Pohla wstawiono do składu pomimo kontuzji, po to tylko by absorbował uwagę przeciwników. Stało się to w meczu na szczycie Górnik-Legia. On(choć nie sprawny) strzelił w tym meczu stołecznej drużynie aż 4 gole! Może z tego powodu również(grający w tym meczu Gmoch) uważa go za najlepszego polskiego piłkarza wszechczasów. Na premierze swej książki stwierdził że nie było możliwości go przewrócić. Zdanie to podziela Hubert Kostka. Według innego ze słynnych kolegów klubowych, Stanisława Oślizły, ma on z kolei miejsce w piątce najwybitniejszych zawodników w historii naszego kraju: ,,Poza szybkością był piłkarzem doskonałym”- dodawał. Sukcesy indywidualne szły w parze ze zdobyczami drużynowymi. Do dziś nikt nie pobił rekordu Polski w liczbie zdobytych mistrzostw Polski. Jako jedyny legitymuje się w tej klasyfikacji dwucyfrowym wynikiem. Dwukrotnie sięgał po to trofeum z Legią i 8-krotnie z Górnikiem. Wystąpił w sumie w 14-tu sezonach Ekstraklasy i tylko w pierwszym z nich nie stanął na podium ze swoja drużyną. Od 1995 do 1966 roku zawsze więc kończył z medalem. Jego dorobek zamknął się na 10 złotach, jednym srebrze i dwóch brązach. Trenerzy mieli do niego pretensje o nie zawsze sportowe podejście do futbolu. Lubański wspominał iż to Pohl był autorem jego chrztu w klubie, gdy kazał 16-latkowi oraz niewiele starszemu Waldemarowi Słomianemu przynieść wódke. Na nazbyt natarczywe przypomnienie o zdrowym trybie życia odpowiadał jednak: ,,Ernest pije ale Ernest gro.” Po czym wychodził na boisko i znów zadziwiał publiczność. Po zakończeniu kariery pracował jako asystent w Górniku Zabrze. Po upadku komuny powrócił do swojego rodowego nazwiska Pohl, na czas kariery zmienionego na ,,Pol”. W latach 90-tych wyjechał do córek mieszkających w Niemczech, gdzie zmarł w 1995 r. Jego imię nosi stadion Górnika.
7
Wybitne legendy polskiego futbolu:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
1
Naprzód Hurkaczu! Naprzód po zwycięstwo!
0
@MesQueUnClub96 W takim razie nic z tego nie rozumiem!
12
Przypadki niejakiego… Josepa Guardioli:
3 listopada 2008 r. Pep Guardiola wprowadza nowe punkty regulaminu obowiązującego zawodników. Pierwsze miesiące Pepa na stanowisku trenera przyniosły zmiany nie tylko na polu sportowym ale miały one również kształtować charakter graczy. Szkoleniowiec wprowadził twarde zasady- spóźnienie na trening choćby o minute kosztowało każdego zawodnika 6 tys. euro i brak możliwości odbycia zajęć z drużyną. Guardiola zarządził również obowiązkowe wspólne śniadania, na które również nie wolno było przybyć po czasie(kara- 500 EURO). Najbardziej kontrowersyjna zasada dotyczyła zachowania piłkarzy poza godzinami pobytu w klubie. Pep kontrolnie dzwonił do domów piłkarzy po północy i wywołany zawodnik musiał odebrać telefon. Brak odpowiedzi kosztował każdego gracza aż 2 tys. euro. Po latach okazało się że piłkarzy inwigilowano również w inny sposób. Guardiola w czasie prowadzenia Barcelony miał obsesyjnie pilnować swoich piłkarzy i szukać tych, którzy zbyt wiele czasu spędzają w nocnych klubach. Pep miał szpiegować piłkarzy posiłkując się agencją detektywistyczną Method 3, dlatego, jeśli wierzyć hiszpańskim mediom, szkoleniowiec kazał śledzić niektórych ze swoich podopiecznych. Wśród inwigilowanych miał być Gerard Pique, Eto’o czy nawet Messi. No cóż, ,,nasz ubóstwiany” Pepito miał obsesje i zdecydowanie przesadził, jednak koniec końców nie ma tego złego…
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
0
@MesQueUnClub96 A coż to znaczy jakieś ,,clutch"? Nie można pisać po polsku tylko po chińsku?
1
@Stinger_ No to witaj w klubie! Gdyż kochany murzynek Samuel też jest moim ulubionym napastnikiem obok Davida Villi, ale pierwszym był Eto'o...
10
@FCBparasiempre
2 listopada 1928 r. na terenie obecnej Chorwacji urodził się najlepszy bramkarz w… historii futbolu? Był nim Vladimir Beara. Lew Jaszyn, jako jedyny golkiper, ma na swoim koncie Złotą Piłkę. W dodatku otrzymał ją w czasach, w których wybierano naprawdę najlepszego piłkarza na świecie, bez względu na jego medialność. Nikt nie ma wątpliwości, że był arcymistrzem w swoim fachu. Gdy jednak w 1963 roku odbierał statuetkę, z rozbrajającą szczerością wyznał: „Dziękuję za wyróżnienie, ale tu powinien stać Beara. To on jest najlepszym bramkarzem na świecie”. Jakim bramkarzem musiał być zatem Vladimir Beara, że w takich słowach wypowiadał się o nim wielki Jaszyn? Vladimir od małego wykazywał ogromne zamiłowanie do sportu i z wielką przyjemnością uprawiał wiele dyscyplin, zarówno tych drużynowych, jak i indywidualnych. Co ciekawe i mocno niepopularne, patrząc na kariery byłych piłkarzy, najwięcej czasu poświęcał na balet. Tańczył nie tylko podczas zajęć, ale i w trakcie codziennych obowiązków, na przykład podczas pilnowania kóz. Miał 13 lat, gdy jego rodzinny dom został spalony przez chorwackich Ustaszy. Rodzina Beary miała zatem sporo szczęścia, że w ogóle uszła z życiem. Po utracie dorobku przeprowadziła się do Splitu i tam młody tancerz z ogromnym zaciekawieniem przyglądał się treningom Hajduka. Miejska legenda głosi, że podczas jednego z nich rozgrywana była gierka wewnętrzna, podczas której kontuzji doznał jeden z bramkarzy. Musiał zejść z boiska, a wówczas Jozo Matošić, najbardziej szanowany zawodnik drużyny i jej przyszły trener, wskazał palcem na Bearę i powiedział: „Malutki, stań na chwilę na bramce”. Ten wykonał jego polecenie, a nieco później oczarował wszystkich swoją postawą. Nie pełnił roli statysty, popisał się kilkoma interwencjami, za które otrzymał gromkie brawa.Tuż po zajęciach usłyszał: “Wiesz co, przyjdź jutro na trening”. Oczywiście przyszedł i już po kilku dniach było pewne, że zostanie wyśmienitym golkiperem. Umiejętności nabyte podczas lekcji baletu oraz tysięcy godzin uprawiania sportu nie poszły w las, a wręcz przeciwnie – stanowiły dla niego przeolbrzymi handicap. Zdecydowanie przewyższał swoich konkurentów pod względem refleksu, elastyczności, gibkości czy wytrzymałości. Ponadto imponował wszystkim skokiem dosiężnym, godnym najlepszych skoczków narciarskich. Szybko, bo w wieku niespełna 19 lat, zadebiutował w oficjalnym meczu pierwszej drużyny. Beara rozegrał tyle fantastycznych meczów, wybronił tyle zmierzających do jego świątyni piłek, że nie sposób wszystkich zliczyć. Napastnikom rywali często odbierał ochotę do gry. „Moją pewność w bramce, sposób, w jaki byłem w stanie łatwo złapać piłkę i moją technikę oswajania uderzeń zawdzięczam treningom u Barby Luki. Wymyślił proste ćwiczenie, które często wykonywaliśmy. Zmuszał mnie do łapania małej piłki wielkości piłki bejsbolowej. Dzięki temu później znacznie łatwiej było mi złapać piłkę normalnych rozmiarów”. Barba Luka, o którym wspomniał Beara, to jego trener w Hajduku, Luka Kaliterna. W ekipie z nadmorskiego miasta nasz bohater rozegrał 308 spotkań, z czego 136 na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Jugosławii. W tych 136 meczach dał się pokonać zaledwie 139 razy. Jak na te czasy, czyli lata 50. poprzedniego stulecia, jest to fantastyczna statystyka. Miejmy na uwadze, że wówczas padało bardzo dużo goli, a wyniki, które dziś określilibyśmy mianem hokejowych, były w piłce nożnej na porządku dziennym. Jego znakomita postawa walnie przyczyniła się do sukcesów chorwackiej ekipy. Hajduk z Bearą w bramce trzykrotnie sięgał po Mistrzostwo Jugosławii. Czy jednak przez wszystkich ludzi związanych z tym klubem był należycie szanowany? Niestety nie. Jak powiedziałem na wstępie, pochodził z rodziny Serbów zamieszkujących chorwackie tereny. Choć sam w spisie powszechnym uznał się za Chorwata, nie brakowało tych, którzy wypominali mu pochodzenie. Wiadomo, jak napięte stosunki międzyludzkie panowały w byłej Jugosławii. Przecież nawet dziś, pomimo podziału na niepodległe państwa, gdzieniegdzie na Bałkanach wciąż bywa gorąco. A Beara grał tuż po II Wojnie Światowej, więc łatwo sobie wyobrazić, jak świeże były rany po krwawych wspomnieniach. Sam zapewne miał w głowie obraz swojego spalonego domu. Niektórzy, nawet z najbliższego otoczenia Hajduka, mówili na niego z pogardą Vlaj. W maju 1955 roku wystąpił w wygranym 4:0 meczu Jugosławii z Włochami. Po powrocie do kraju został trafiony w twarz kawałkiem węgla wystrzelonym przypadkiem z lokomotywy, przez co wylądował w szpitalu w Sarajewie. Spędził w nim kilkanaście dni, podczas których jego koledzy z Hajduka zgotowali sobie emocje w końcówce sezonu, przegrywając dwa z trzech ostatnich meczów. Beary w szpitalu nikt z klubu ze Splitu wówczas nie odwiedził… Tuż po opuszczeniu szpitalnych murów na własną odpowiedzialność wystąpił w starciu ostatniej kolejki rozgrywek, które Hajduk musiał wygrać, chcąc zapewnić sobie Mistrzostwo Jugosławii. Wygrał 5:1 z FK Radnički. Był to ostatni mecz naszego bohatera w barwach Białych. Na posezonowej ceremonii prezes Marko Markovina podziękował osobiście niemal wszystkim swoim zawodnikom. Niemal wszystkim, bo pominął Bearę. To nie był pierwszy raz, gdy golkiper został przez niego niezauważony. Sam doskonale zdawał sobie sprawę, że jego dyspozycja przyniosła drużynie wiele punktów, więc i jemu należą się podziękowania. Nie wytrzymał i zapytał wprost:
-Dlaczego po raz kolejny mnie ignorujesz?
-Jesteś tylko zwykłym bramkarzem. Takich jak ty mamy tu wielu. Gdybyś nagle przestał grać, nikt by za tobą nie tęsknił.
Beara nie mógł znieść tego upokorzenia. Szybko spakował manatki i dołączył, wbijając jednocześnie szpilkę swoim byłym pracodawcom, do Crvenej zvezdy. Z klubem z Belgradu świętował jeszcze więcej sukcesów niż w Hajduku – cztery mistrzostwa i dwa puchary kraju. Z czerwoną gwiazdą na piersi wystąpił w sumie 174 razy, w tym 83-krotnie w meczach ligowych, a w nich raptem 81 razy nie był w stanie zastopować piłki po strzałach rywali. Na własne żądanie, nigdy nie pojechał jednak z Czerwoną Gwiazdą na mecz do Splitu. Czy wynikało to ze strachu przed podrażnionymi kibicami? Absolutnie nie. Powód jego decyzji podam w dalszej części tekstu. Teraz, w ramach ciekawostki dodam, że w lutym 1958 roku wystąpił w ćwierćfinałowym starciu Pucharu Europy przeciwko Manchesterowi United. Crvena zremisowała z ekipą Matta Busby’ego 3:3, a o tym, że odpadła z rozgrywek zadecydował wynik pierwszego meczu, wygranego przez Anglików 2:1. Dzień po rewanżu w Monachium miała miejsce katastrofa samolotu British European Airways 609, lecącego z Belgradu do Manchesteru z międzylądowaniem w stolicy Bawarii, w wyniku której śmierć poniosły 23 osoby, w tym ośmiu piłkarzy Czerwonych Diabłów. Czy, jak prorokował to Markovina, po Bearze w Hajduku rzeczywiście nikt nie tęsknił? Tęskniono i to bardzo. Bez niego na kolejne krajowe mistrzostwo czekano w Splicie przez 16 lat. Myślę, że nikomu nie trzeba tłumaczyć, że odpowiednie ustawienie muru przed egzekwowaniem przez rywali rzutu wolnego często jest kluczem do zapobiegnięcia utraty bramki. Wielu było takich, którzy z niego rezygnowali, po czym szybko ukrywali twarz w dłoniach, a następnie pokornie wyciągali piłkę z siatki. Beara twierdził, że mur mu przeszkadza, bo w ten sposób koledzy zasłaniają mu piłkę, zatem nakazywał im się rozejść i pilnować w tym czasie zawodników drużyny przeciwnej. Dzięki swojemu nadludzkiemu refleksowi i skoczności mógł sobie na to pozwolić. Nie sprawiało mu różnicy, z jakiej odległości egzekwowany był stały fragment gry. Znakomite występy w klubowych barwach były oczywiście dla Beary przepustką do reprezentacji Jugosławii. Zadebiutował w niej w 1950 roku, a już w trzecim swoim występie oczarował cały piłkarski świat. 22 listopada 1950 roku był najmłodszym zawodnikiem, który wybiegł na murawę stadionu Highbury na mecz Anglia – Jugosławia. Zdecydowanym faworytem tej potyczki byli oczywiście Synowie Albionu, którzy do tej pory na własnej ziemi zawsze wygrywali z ekipami z kontynentalnej części Europy. Niemal 61,5 tys. kibiców zgromadzonych na obiekcie Arsenalu było zatem świadkami historycznego spotkania, bowiem ich ulubieńcy zaledwie zremisowali 2:2. Największe wrażenie na nich, na dziennikarzach i samych brytyjskich piłkarzach, zrobił Vladimir Beara. Bez niego ekipa Jugosławii zapewne wracałaby do domu z bagażem kilku goli. Posłuchajcie fragmentów relacji Mike’a Payne’a: „Kibiców ogarnęło fałszywe poczucie bezpieczeństwa, gdy po 35 minutach Anglia powadziła przekonująco 2:0. Bramkarz Jugosławii, Beara, niegdyś tancerz baletowy, wkrótce pokazał swoją zwinność. Po stracie gola w 41. minucie na 2:1, Anglia desperacko próbowała potwierdzić swoją wyższość w pierwszej połowie i gdyby nie występ Beary w bramce, to by to zrobiła. Trzy razy w ciągu trzech minut fruwał w bramce po uderzeniach Wilfa Manniona oraz główce Johnny’ego Hancocksa. Próby ataków w drugiej części meczu też nie przynosiły skutków. Na pół godziny przed końcowym gwizdkiem drużyna Anglii zanikła. Zainspirowana postawą Beary Jugosławia nagle przejęła inicjatywę. W 78. minucie ostatecznie doprowadziła do zasłużonego wyrównania. Pod koniec spotkania na jej bramkę znów sunęły ataki angielskich zawodników, którzy jednak udawali się pod pole karne przeciwnika tylko po to, by podziwiać kolejne fantastyczne interwencje najlepszego piłkarza tego spotkania”. W brytyjskich gazetach można było doszukać się wielu podobnie brzmiących relacji. Beara zrobił wrażenie na absolutnie wszystkich oglądających jego show, podczas którego w bramce dokonywał nadludzkich rzeczy. Obronił trzynaście strzałów określonych mianem groźnych oraz sześć takich, po których piłka nieuchronnie zmierzała do siatki. Napotkała jednak na swojej drodze golkipera nie z tej planety. Z uwagi na tak niebywały występ nadano mu nawet pseudonim Vladimir the Great, czyli Włodzimierz Wielki. Beara był uczestnikiem trzech Mundiali. Co prawda w 1950 roku musiał pogodzić się z rolą zmiennika bardziej doświadczonego Srdana Mrkušicia i mecze oglądał z perspektywy ławki rezerwowych, jednak cztery i osiem lat później miał już status niepodważalnej gwiazdy swojej ekipy. Największy sukces w narodowych barwach świętował na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach w 1952 roku. Jugosławia dotarła do finału, w którym musiała uznać wyższość Złotej Jedenastki reprezentacji Węgier, przegrywając 0:2. Po latach Beara, zapytany o najwspanialsze wspomnienie ze swojej kariery, wskazał właśnie na ten mecz. Przy stanie 0:0 obronił rzut karny wykonywany przez wielkiego Ferenca Puskasa. A przecież Galopujący Major nie zwykł marnować jedenastek…
„Do piłki podszedł Węgier. Przez głowę przeszła mi tylko jedna myśl – to koniec. Ferenc popatrzył w mój lewy róg, ja wychyliłem się w tę stronę, po czym bez zastanowienia rzuciłem się w prawy. Dotknąłem piłki dłonią, co wystarczyło. Obroniłem karnego samego Puskasa!”- wspominał Beara. Inne starcie przeciwko Węgrom, przegrane przez Jugosławię 2:4, rozegrane 11 października 1959 roku, było ostatnim meczem Beary w kadrze narodowej. Nie zrezygnowano wówczas z niego ze względów sportowych. Główną rolę odegrała polityka. Bramkarz skorzystał z możliwości wyjazdu do klubu zagranicznego, czym zamknął sobie drogę do kadry. Wyjechał do Niemiec, gdzie w ciągu pięciu lat reprezentował barwy Alemannii Aachen, Viktorii Koeln oraz Freiburgera FC. Jego reprezentacyjny licznik zatrzymał się na 59 występach. Jego życie po życiu, jak często mówi się o czasach po zakończeniu przez zawodników piłkarskiej kariery, również kręciło się wokół piłki. Został trenerem i pracował w klubach w Niemczech, Holandii, Austrii i oczywiście Jugosławii. W latach 1973-75 pełnił funkcję szkoleniowca reprezentacji Kamerunu. Później na stałe osiadł w Splicie, mieście, które z całego serca uwielbiał, a które na to uczucie odpowiadało z jednej strony miłością, a z drugiej nienawiścią. Miłością, bo pamiętano, jakie cuda przed laty wyprawiał w bramce Hajduka. Nienawiścią, gdy wypominano mu serbskie pochodzenie oraz fakt zamienienia Hajduka na Crvenę Zvezdę. „Hajduk to moja największa miłość, miłość, która, jak każda prawdziwa i szczera, ma wiele pięknych, ale i mniej pięknych chwil. Miłość, która przyspiesza bicie serca, ale także zaciska się boleśnie w skurczu”- podsumował Beara. To właśnie ze względu na miłość do Hajduka, zawsze odmawiał gry przeciwko niemu. Będąc nawet po pięćdziesiątce, przychodził na treningi swojego ukochanego klubu i zakładał się z bramkarzami o to, że obroni więcej rzutów karnych niż oni. Rzadko przegrywał. Podczas wojny na Bałkanach w latach 90-tych poprzedniego stulecia, znów doświadczył tego, co kilkadziesiąt lat wcześniej. Ponownie w wyniku zbrojnych działań spłonął jego dom. Z pomocą przyszli kibice Hajduka. Zorganizowali zbiórkę, a następnie odbudowali budynek. W wywiadach o czasach minionych często ubolewał nad tym, jak bardzo zmieniła się piłka: „Mój czas był czasem romantycznej piłki nożnej. Czasem dryblingu i atrakcyjnych bramek. Taktyka wciąż nie jadła piłki nożnej. To styl gry na mundialu w 1962 roku, a następnie w Anglii w 1966 roku zapoczątkował nową erę w piłce nożnej. Teraz piłka nie jest już najważniejszą rzeczą w grze”. Na krótko przed śmiercią przebył kilka udarów. Zmarł w nocy z 10 na 11 sierpnia 2014 roku w wieku niespełna 86 lat. Jego pogrzeb, a raczej miejsce pochówku, wywołało niemały skandal. Beara, wedle życzenia swojej żony Jadranki, spoczywa na cmentarzu katolickim Lovrinac w Splicie. Problem w tym, że były bramkarz był zagorzałym i praktykującym wyznawcą prawosławia. Często pielgrzymował do prawosławnych świątyń, a gdy na rok przed swoją śmiercią otrzymał od jednego z arcykapłanów dyptyk, stwierdził, że to najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek został mu podarowany. Po ceremonii pogrzebowej pojawiły się głosy, że jego ciało powinno zostać przeniesione na cmentarz prawosławny. Dyskusję zakończyły słowa prawosławnego arcykapłana Slavoljuba Knezevicia: „Pewne jest, że Vladimir chciałby zostać pochowany zgodnie ze swoimi zwyczajami. Ale teraz nie ma sensu przeszukiwać jego kości. Ważne, aby po prostu spoczywał w pokoju”.