FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Debiuty legend FCB:
5 maja 1957 r. w meczu towarzyskim z SV Saarbrücken zadebiutował i strzelił jednego z goli w barwach Blaugrany znakomity brazylijski snajper Evaristo de Macedo. FC Barcelona wygrała to spotkanie 4:1.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
15
Czy wiemy(pamiętamy?) że…
5 maja 1971 r. reprezentacja Polski rozegrała pierwszy mecz pod wodzą Kazimierza Górskiego. W grudniu 1970 roku Kazimierz Górski samodzielnie objął reprezentację Polski. Po sześciu miesiącach przyszło biało-czerwonym rozegrać pierwszy mecz pod jego wodzą. To że Kazimierz Górski wcześniej czy później poprowadzi reprezentację Polski mogło być dla większości oczywiste. Miał z nią już krótki epizod w 1966 roku, gdy wraz z Klemensem Nowakiem i Antonim Brzeżańczykiem współprowadził drużynę. Pracował także wielokrotnie w roli asystenta oraz szkoleniowca młodzieżowych ekip. W końcu otrzymał szansę na samodzielne pokierowanie seniorską reprezentacją. Choć zespół był naszpikowany znakomitymi nazwiskami jak Robert Gadocha, Kazimierz Deyna czy Włodzimierz Lubański, to ciągle mu czegoś brakowało. Minimalnie przegrał rywalizację o awans na Mundial w 1970 roku. Z kolei wcześniej w Polsce musiano się również pogodzić z brakiem kwalifikacji na mistrzostwa Europy 1968. Choć Górski miał już pewną renomę (był znakomitym piłkarzem i miał za sobą już m.in. wicemistrzostwo Polski z Legią Warszawa), to prawdopodobnie mało kto spodziewał się, że z reprezentacją wypracuje potem znakomite wyniki. Już jako trener 5 maja 1971 roku po ponad 30 latach przyszło rozegrać Polsce mecz towarzyski ze Szwajcarią. Wygraliśmy w Lozannie 4:2. Początki nie były łatwe, bo to gospodarze prowadzili po golu Friedricha Künzliego, etatowego reprezentanta i ówczesnego zawodnika FC Zurich. Pod koniec pierwszej połowy biało-czerwoni ruszyli do odrabiania strat. Kwadrans przed końcem prowadzili już 4:1. Szansę na debiut dostał wtedy Antoni Trzaskowski. Co ciekawe był to jedyny występ obrońcy w reprezentacji, późniejszej legendy Legii Warszawa.
05.05.1971, Lozanna, mecz towarzyski
Szwajcaria – Polska 2:4
22’ Friedrich Künzli, 78’ Jakob Kuhn – 38′ Zygfryd Szołtysik, 53′ Jan Banaś, 72′ Kazimierz Deyna, 74′ Włodzimierz Lubański
Polsce potem nie udało się zakwalifikować do kolejnych mistrzostw Europy, w 1972 roku. W grupie mieli jednak silnego rywala – RFN. Późniejszych mistrzów. Za to historyczne sukcesy udało się osiągnąć w kolejnych latach: Monachium 1972 – złoty medal igrzysk olimpijskich, RFN 1974 – srebrny medal mistrzostw świata (mecz o trzecie miejsce z Brazylią odbył się na Stadionie Olimpijskim w Monachium), Montreal 1976 – srebrny medal igrzysk olimpijskich. Co ciekawe – ten ostatni rezultat potraktowano w kraju jako porażkę. Górski podał się zatem do dymisji. Wyobrażacie sobie to teraz? Gdy od lat mamy problemy z kwalifikacją na IO. To tylko pokazuje jak ówczesne rezultaty rozbudziły apetyty wśród kibiców i pokazywały siłę reprezentacji.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@LAMC_10 No ale z razu bije sie w pierś że to nie są moje autorskie teksty. Ten akurat pochodzi z internetu. Przedewszystkim liczy się pamięć o tych wspaniałych, wyjatkowych piłkarzach. Suma sumarum bardzo dziękuje za te słowa uznania od ciebie i pozdrawiam.
10
@FCBparasiempre
4 maja 1935 r. urodził się Jose Francisco Sanfilippo, napastnik. „W historii piłki nożnej było czterech naprawdę wielkich zawodników: Pele, Garrincha, Maradona i Messi ale tylko jeden prawdziwy skurwysyn – Sanfilippo”. Czym fenomenalny Jose Sanfilippo zasłużył sobie na miano największego piłkarskiego skurwysyna w historii? Nazwisko Sanfilippo nie jest znane szerszemu gronu piłkarskich kibiców w Europie a szkoda. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Jednym z nich jest fakt, że przyszedł na świat 4 maja 1935 roku, zatem już od dawna nie był aktywnym zawodnikiem, gdy Argentyna świętowała największe sukcesy, czyli oczywiście Mistrzostwo Świata w 1978 i 1986 roku. Poza tym jego kariera przypada na czasy, w których transfery międzykontynentalne były rzadkością, zatem grywał jedynie w klubach z Argentyny, Urugwaju oraz Brazylii. Wywodzi się z biednej, ale bardzo pracowitej rodziny. Od dziecka był wielkim kibicem San Lorenzo. Jak w wielu podobnych przypadkach, marzył, że kiedyś zostanie piłkarzem tego klubu, dzięki czemu wyrwie swoich bliskich z ubóstwa. Codziennie budził się i zasypiał z tą myślą. W międzyczasie nie próżnował. Nie mógł sobie pozwolić na piłkę z prawdziwego zdarzenia, zatem zlepił ją z plastiku oraz gumy i bardzo rzadko się z nią rozstawał. Z uwagi na niezbyt imponujący wzrost nosił pseudonim El Nene, czyli dzieciak. Z seniorami z San Lorenzo trenował już w wieku 16 lat, a swój pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał dwa lata później. Bardzo szybko doczekał się debiutu oraz dziewiczych trafień w pierwszym zespole, jednak prawdziwe możliwości zaprezentował w 1955 roku, strzelając dla swojego ukochanego klubu 15 goli. To wtedy został ulubieńcem kibiców, którzy doceniali jego kunszt i niezwykłą łatwość w odnajdywaniu się w polu karnym oraz prawdziwą miłość do barw. Jego znakomita technika użytkowa, walory motoryczne i wytrzymałościowe nie wzięły się oczywiście znikąd. Od początku swojej przygody z piłką rozumiał to, czym w jego czasach mało kto się przejmował. Można śmiało powiedzieć, że zdecydowanie wyprzedził swoją epokę, bo bardzo szybko odkrył, że aby być doskonałym piłkarzem, nie wystarczy tylko i wyłącznie dobrze panować nad futbolówką. Zdawał sobie sprawę z faktu, że kariera zawodnicza jest niezwykle krótka, zatem postanowił wycisnąć z niej maksimum. Trenował więcej niż inni, dbał o długość oraz jakość snu i nie miał problemu z tym, by kolegów z drużyny publicznie nazywać kłamcami i pijakami, bo dają się porwać nocnym pokusom, a później na treningach nieudolnie ukrywają ich konsekwencje. Prowadził się według reguł, o których mówi także dzisiaj, będąc staruszkiem przed 90-tką. Młodym zawodnikom podpowiada: „Po pierwsze, dyscyplina. Po drugie, odpowiedni odpoczynek i regeneracja. Po trzecie, wartościowe jedzenie. Po czwarte uporządkowane życie seksualne. Nie chodzi o to, żeby mieć wszystko, chcieć tego i nie stawiać granic. Ty wybierasz: albo sport, albo kurwy”. Podczas zajęć najwięcej wymagał oczywiście od siebie, jednak szczerze nienawidził pozorantów. Mocno się denerwował, gdy ktoś obok nie przykładał się do pracy. W tym aspekcie był pierwowzorem Zlatana Ibrahimovicia, o którego sposobach motywacji zapewne niejednokrotnie słyszeliście. W rozmowie przeprowadzonej przez Jonathana Wilsona Sanfilippo powiedział: „Jeśli masz wypoczęte ciało i dobrze się odżywiasz, podczas treningu jesteś jak nowo narodzony. Jeśli masz zdrową wątrobę, to masz energię na boisku. Jeśli brakuje ci dyscypliny, niczego nie osiągniesz”. Do treningów wymyślił pewną popularną do dzisiaj maszynę, zwaną, oczywiście w nawiązaniu do jego nazwiska, Sanfigolem. Jest to powierzchnia o wymiarach piłkarskiej bramki, zazwyczaj w formie płaskiej ściany lub kraty, na której umieszcza się lub po prostu rysuje kwadraty o boku długości 80 cm. Celem ćwiczeń jest oczywiście takie kopnięcie piłki, by trafić w wyznaczone prostokąty. Sanfilippo słusznie stwierdził, że z perspektywy napastnika najbardziej efektywnymi częściami bramki są jej dolne rogi, zatem kwadraty najczęściej ustawiał tuż przy słupkach na wysokości ziemi. Nazywał je mysimi dziurami. Zauważył, że bramkarze mają większe problemy z obroną piłek posłanych w te obszary swych świątyni niż nawet z tymi celowanymi w okienka. Zazwyczaj trenował z piłką będącą w ruchu, bo doskonale wiedział, że sytuacje boiskowe praktycznie nie wymagają od zawodników strzału z martwej piłki. Uderzenia, a co za tym idzie skuteczność, opanował niemal do perfekcji, co później przekładało się na jego imponujące statystyki. Chciał potajemnie odpowiadać za taktykę, uważał, że zna się na piłce tak jak nikt inny. Nie starał się oszukiwać samego siebie, zdawał sobie sprawę ze swoich niedoskonałości. Z uwagi na mizerny wzrost – zaledwie 163 cm – miał marne szanse w pojedynkach powietrznych z rosłymi obrońcami. Choć po strzałach głową strzelił niejednego gola, to wręcz wymuszał na swoich kolegach, by zagrywali mu piłki tylko i wyłącznie po ziemi. Ponadto bardzo rzadko wchodził w dryblingi. Pamiętajmy, że grał w czasach, w których kartki nie obowiązywały, przez co piłkarscy wirtuozi nie mieli lekkiego życia przy boiskowych brutalach a tych wówczas nie brakowało.
Argentyńczyk uważał ponadto, i przy dłuższym zastanowieniu nie sposób nie przyznać mu racji, że dryblingi są przede wszystkim dla tych, którzy w momencie otrzymania piłki nie mają pojęcia co z nią zrobić, przez co muszą wchodzić w pojedynki jeden na jeden. „Moim interesem było strzelanie goli. Jeszcze przed otrzymaniem piłki miałem w głowie co najmniej dwa rozwiązania, co z nią później zrobić. Zawsze wybierałem najlepsze”. Sanfilippo poprowadził San Lorenzo do Mistrzostwa Argentyny w 1959 roku a w latach 1958-1961 zdobył aż 119 ligowych goli i cztery razy z rzędu sięgnął po koronę króla strzelców krajowych rozgrywek. Jego rekord po obecne czasy nie został poprawiony. Po takich sukcesach klub, którego kibicem jest m.in. papież Franciszek, stawał się dla wyborowego strzelca zbyt ciasny. Ponadto dość mocno skonfliktował się z działaczami. W sezonie 1962 miał olbrzymią szansę na zostanie piąty raz z kolei najlepszym ligowym snajperem, jednak na dwie kolejki przed końcem zmagań został zawieszony i odstawiony od składu. Wersja klubowych włodarzy? El Nene publicznie narzekał na organizację klubu. Wersja zawodnika? „Przed sezonem ustaliliśmy, że jeśli znów okażę się najlepszym strzelcem w całych rozgrywkach, klub wypłaci mi pokaźną premię finansową. Jak zawsze szedłem jak burza, choć po piętach skutecznie deptał mi Luis Artime. Działacze, chcąc wykręcić się ze złożonej obietnicy, postanowili mnie zawiesić. Przez to Artime ostatecznie okazał się ode mnie lepszy o dwa trafienia”. Kibice stanęli po stronie swojego największego idola, a nieporozumienia na linii zawodnik – klub skrzętnie wykorzystała Boca Juniors, wykupując napastnika za rekordowe na te czasy 25 milionów pesos. Dla panujących Mistrzów Argentyny celem numer jeden w sezonie 1963 był triumf w Copa Libertadores. Triumfalny marsz został zastopowany dopiero w finale, gdzie w dwumeczu nie dali rady najlepszej wówczas drużynie na świecie, Santosowi, któremu przewodził sam Pele. Sanfilippo zdobył w rozgrywkach 7 bramek, co pozwoliło mu przywdziać koronę króla strzelców. Gdy wydawało się, że szybko zadomowił się w ekipie z La Bombonery, nieoczekiwanie nastał jego koniec. Na przełomie marca i kwietnia 1964 roku rozegrany został towarzyski i niezwykle dziwaczny turniej Copa Jorge Newbery. Dziwaczny, bo udział w nim wzięło zaledwie sześć drużyn, a finalnie tylko jedna – San Lorenzo – rozegrała komplet 5 meczów. Reszta od jednego do czterech. Pod koniec marca doszło do starcia San Lorenzo – Boca Juniors. Raczej nie trzeba nikomu tłumaczyć, jakie znaczenie miało ono dla Sanfilippo. Tymczasem trener Aristóbulo Deambrossi pozostawił swojego napastnika na ławce rezerwowych. Ówczesne przepisy mówiły, że w trakcie gry można dokonać tylko jednej zmiany, w dodatku jedynie w pierwszej połowie i tylko w przypadku kontuzji któregoś zawodników. Tę bardzo łatwo można było zasymulować, więc Sanfilippo był pewny, że przed upływem pierwszych 45 minut zostanie wprowadzony na murawę przy aplauzie uwielbiających go kibiców, dla których miał status piłkarskiego boga. W okolicach 40. minuty starcia trener nakazał mu się rozgrzewać, co dla zawodnika oznaczało wyraźny sygnał potwierdzający ten scenariusz. Tymczasem El Nene wcale nie doczekał się zmiany, co na stadionie wywołało potężną salwę gwizdów. Gdy sędzia zaprosił zawodników na przerwę, Sanfilippo ruszył do Deambrossiego z uzasadnionymi pretensjami: -Dlaczego mi to zrobiłeś? -Bo trenerzy mogą robić wszystko to, na co tylko mają ochotę. Krewki Argentyńczyk nie wytrzymał i na oczach zgromadzonej publiczności wymierzył szkoleniowcowi cios prosto w szczękę, po czym dodał: „Będziesz mógł pochwalić się swoim wnukom, że uderzył cię wielki Jose Sanfilippo”. Był tak rozwścieczony, że niewykluczone, że ktoś jeszcze zaliczyłby KO po spotkaniu z jego pięścią. Został jednak w pokojowy sposób poskromiony przez dwóch byłych kolegów z San Lorenzo i odprowadzony do szatni. Konsekwencja takiego zachowania mogła być tylko jedna – nazajutrz został dyscyplinarnie wyrzucony z klubu. Z Buenos Aires przedostał się przez La Platę do Montevideo i zasilił tamtejszy Nacional. W Urugwaju również imponował swoją zabójczą skutecznością. W 21 występach zdobył aż 25 bramek. Ta stosunkowo krótka, aczkolwiek bardzo intensywna przygoda narobiła mu wielu wrogów w postaci towarzyszy z szatni oraz samych pracodawców. Na obczyźnie z równie wielką łatwością przychodziło mu krytykowanie zawodników swojej ekipy oraz podważanie decyzji organizacyjnych działaczy. Piłkarsko był jednak tak dobry, że fani go uwielbiali.
Gdy w 1964 roku doznał paskudnego złamania nogi, które na ponad 12 miesięcy wykluczyło go z gry, przypuszczano, że jego kariera została zakończona. Tymczasem już w pierwszym meczu po powrocie na boisko popisał się hat-trickiem. Niewiele później popadł w otwarty i publiczny konflikt z prezesem Nacionalu. Eduardo Pons Echeverry ukarał zawodnika pokaźną karą finansową za to, że ten bezwzględnie wykorzystuje każdą okazję do skrytykowania sposobu zarządzania i funkcjonowania klubu. W odpowiedzi Sanfilippo wysłał do wszystkich urugwajskich gazet sportowych list, w którym opisał kulisy, jego zdaniem, nieudolnej pracy zarządu. Panowie przez kilka tygodni, m.in. właśnie na łamach pracy, obrzucali się błotem, a ta medialna przepychanka trwała do momentu aż Echeverry zastosował wobec napastnika karne obniżenie pensji. Po tym wszystkim El Nene wrócił do ojczyzny, by reprezentować barwy Banfield, a później wyjechał do Brazylii, gdzie przywdziewał koszulki Bangu oraz EC Bahia. Na ostatni sezon w karierze zrobił wielki come back do swojego domu, do San Lorenzo. Z piłkarskiej sceny zszedł tuż po wywalczeniu drugiego w swoim dorobku tytułu Mistrza Argentyny. Sanfilippo był oczywiście stale powoływany do reprezentacji. Wystąpił m.in. na Mundialach w 1958 i 1962 roku. Były to dwa pierwsze globalne turnieje Albicelestes po zakończeniu II Wojny Światowej i oba zakończyły się niepowodzeniami. Co ważne, dla argentyńskich kibiców były to niespodziewane niepowodzenia, bowiem stojący na czele kraju w latach 1946-1955 Juan Peron wykorzystywał piłkę nożną w celu propagowania swoich idei, więc każde zwycięstwo drużyny narodowej było hucznie ogłaszanym wydarzeniem, a porażki zamiatane pod dywan. I to jest też powód dlaczego zabrakło jej na Mundialach w 1950 i 1954 roku. Brak wywalczenia czołowych lokat dałby przecież ludziom odpowiedź, czy ich zespół rzeczywiście nie ma sobie równych. Po obaleniu prezydenta kadra wyjechała na czempionaty a te były dla niej swoistym zderzeniem ze ścianą. Występ w 1958 roku wciąż jest określany w Argentynie mianem „szwedzkiej katastrofy”. Zawodnicy z Ameryki Południowej przegrali najpierw z Republiką Federalną Niemiec 1:3, później pokonali Irlandię Północną 2:1, by w starciu, którego stawką był awans do fazy pucharowej polec 1:6 z Czechosłowacją. „El Nene” w Szwecji nawet nie powąchał murawy a po powrocie do ojczyzny udzielił wywiadu, w którym powiedział: „Za klęskę na Mistrzostwach odpowiada trener Guillermo Stábile. Niczego nas nie nauczył, nie potrafi zarządzać grupą. Mnie nie wystawiał, bo jest cholernym zazdrośnikiem. Nie chce, bym miał w reprezentacji więcej goli od niego”. Cztery lata później w Chile było tylko nieco lepiej. Argentyńczycy w grupie wygrali 1:0 z Bułgarią, przegrali 1:3 z Anglią i zremisowali bezbramkowo z Węgrami. Na tej fazie znów zakończyli jednak swój udział w turnieju. W meczu przeciwko Synom Albionu „El Nene” wpisał się na listę strzelców. Znacznie lepiej Argentyńczykom poszło na Copa America w 1957 roku. Sięgnęli po złoto. Sanfilippo pełnił na tym turnieju funkcję rezerwowego, rozegrał 172 minuty i strzelił jednego gola. Dwa lata później, z sześcioma trafieniami na koncie, został najlepszym strzelcem południowoamerykańskich rozgrywek, a jego ekipa wywalczyła wicemistrzostwo kontynentu. W ramach ciekawostki dodam, że w 1959 roku odbyły się dwa turnieje Copa America. W marcu w Argentynie wygrali gospodarze, w grudniu w Ekwadorze triumfował Urugwaj. Nasz bohater wziął udział w drugim nich. Na najwyższym poziomie ligowym utrzymał się niemal przez 20 lat, co było niespotykane w jego czasach. Absolutnym kluczem do tej długowieczności było dbanie o zdrowie i regenerację, o czym wspomniałem kilka minut temu. Z 217 trafieniami wciąż jest najskuteczniejszym zawodnikiem w historii San Lorenzo. W narodowych barwach zaliczył 29 występów, w których 21 razy wpisał się na listę strzelców. Póki co tylko on i Leo Messi legitymują się hat-trickiem strzelonym przeciwko Brazylii. Wcześniej, w kontekście wymagania od swoich kolegów, porównałem go do Ibahimovicia. Szwed może mu jednak czyścić buty jeśli chodzi o arogancję i egocentryzm. A sami przyznacie, że to wielki wyczyn. Sanfilippo nie gryzie się w język, gdy opowiada, że był fenomenem swoich czasów. Bez żadnych hamulców stwierdził: „Ze wszystkich trenerów, dla których grałem, żaden niczego mnie nie nauczył”. Po jednym ze zwycięstw San Lorenzo kibice zgromadzili się pod jego domem, by na jego cześć śpiewać pochwalne przyśpiewki. Sanfilippo wyszedł na balkon, uniósł ręce do góry i krzyknął w ich kierunku: „Dobrze, już dobrze! Wracajcie do domu odpocząć, bo jutro musicie iść do pracy”. Niedługo po zawieszeniu butów na kołku zajął się trenerką. Przejął stery w Deportivo Español. Jego charakter i impulsywność szybko dały o sobie znać. Podczas jednego z meczów tak mocno zirytowały go decyzje sędziego, że nie wytrzymał i znów wcielił się w rolę boksera. W kolejnych latach bardzo często zapraszano go do programów telewizyjnych, by używał swojego ciętego języka przy ocenie piłkarskich wydarzeń. Jose Sanfilippo jest w Argentynie wspominany tak, jak w Polsce Gerard Cieślik czy Ernest Pohl. Jako wybitny zawodnik, niepodważalna legenda jednego klubu, która nie miała szans na wielki sukces z reprezentacją. Oczywiście ktoś mógłby mi teraz zarzucić, że „El Nene” ma przecież na koncie mistrzostwo i wicemistrzostwo Ameryki Południowej. Weźmy jednak pod uwagę, że w jego czasach Albicelestes mieli monopol na wygrywanie lub co najmniej zajmowanie czołowych miejsc w rozgrywkach Copa America. Poza tym w całej historii żadna inna ekipa nie zajmowała miejsca na podium częściej niż Argentyńczycy, więc nie ma co się dziwić, że prawdziwymi piłkarskimi bohaterami są jedynie ci, którzy przywieźli złoto z Mistrzostw Świata. No i oczywiście Leo Messi. Charakter, zażartość i nieustępliwość Sanfilippo z jednej strony przysporzyły mu masę wrogów ale z drugiej można się zastanawiać, czy bez nich byłby w stanie osiągnąć to, co osiągnął. I nie oszukujmy się, jako fani piłki nożnej kochamy przecież zawodników wyrazistych, mających coś do powiedzenia, wręcz bezczelnych a tych którzy jednocześnie czarują lub wykręcają okazałe statystyki na boisku, wręcz uwielbiamy. Właśnie dlatego warto znać historię argentyńskiego bohatera…
9
Wyjątkowe i wspaniałe legendy argentyńskiego futbolu(przeczytajcie prosze w odpowiedzi na mój komentarz):
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
11
Legendy peruwiańskiego futbolu:
4 maja 1926 r. urodził się Valeriano López Mendiola, napastnik nazywanym ,,Tanque de Casma”. Uznawany za jednego z najważniejszych piłkarzy Peru, był wszechstronnym napastnikiem z doskonałym wykończeniem, pozycjonowaniem i umiejętnościami główkowania. W latach 1946–1960 rozegrał 207 meczów, aż do przejścia na emeryturę. Kariera Lópeza rozpoczęła się w peruwiańskim klubie Sport Boys w wieku 20 lat. Stał się bardzo skutecznym napastnikiem, zdobywając tytuł najlepszego strzelca ligi peruwiańskiej w trzech pierwszych sezonach (1946, 1947 i 1948) z 62 golami strzelonymi w 54 meczach! Po udanym początku w Peru, w 1949 roku López przeniósł się do kolumbijskiego klubu Deportivo Cali i pozostaje jednym z najbardziej kultowych piłkarzy tego klubu.
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
15
Wybitne legendy futbolu:
4 maja 1925 r. urodził się Jenő Buzánszky, jeden z najlepszych defensorów w dziejach futbolu. Buzánszky w wielkim stylu przyczynił się do największych sukcesów węgierskiej piłki nożnej w XX wieku - do zdobycia olimpijskiego złota w 1952 r. w Helsinkach, do wielkiego zwycięstwa nad Wielka Brytanią w 1953 r. w Londynie i do zdobycia wicemistrzostwa na mistrzostwach świata w Szwajcarii w 1954 r. Wystąpił w 274 meczach ligowych, 48 razy był reprezentantem kraju. Po zakończeniu kariery był trenerem wielu zespołów, ale nigdy nie przyjął propozycji zza granicy. W 1996 r. został wiceprezesem Węgierskiej Federacji Piłkarskiej (odpowiednik polskiego PZPN-u). Należał do najpopularniejszych węgierskich sportowców XX wieku. W 2011 r. otrzymał tytuł „Sportowca Narodu", a dwa miesiące przed śmiercią wybrano go na członka Związku Nieśmiertelnych Sportowców Węgierskich.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik
10
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
4 maja 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Birmingham City FC 4:1 w finałowym dwumeczu(pierwszy mecz rozegrano 29 marca) Pucharu Miast Targowych. Gole dla Barçy zdobyli: Eulogio Martinez, Zoltan Czibor(2) oraz Luis Coll. To był drugi z rzędu wywalczony Puchar M. T. Puchar Miast Targowych został założony 18 kwietnia 1955 roku, dwa miesiące po utworzeniu Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Początkowo zawody nazywały się Puchar Targów a ich ideą było, aby drużyny z miast, w których odbywają się targi międzynarodowe, rywalizowały ze sobą w zawodach trwających trzy lata: Barcelona, Bazylea, Birmingham, Kopenhaga, Frankfurt nad Menem, Lozanna, Lipsk, Londyn, Mediolan i Zagrzeb. Chociaż początkowy zamysł zakładał, że w zawodach wezmą udział drużyny miejskie a nie kluby z tych miast, to rzeczywistość od początku była odwrotna. Już w pierwszej edycji Barcelona wystąpiła z piłkarzami wyłącznie z FC Barcelony i to w niebiesko-bordowym stroju. W większości pozostałych miast reprezentowały je główne drużyny miejskie a nie wybrane zróżnicowane drużyny. Mistrzem pierwszej edycji została Blaugrana, która pokonała londyńską drużynę w dwumeczu 8-2. W drugim wydaniu wprowadzono zmiany. Zaplanowano turniej trwający krócej, dwa lata( 1958-1960 ), w którym drużyny rywalizowałyby ze sobą w rundach eliminacyjnych, w drodze losowania, rozgrywając mecze u siebie i na wyjeździe . Uczestnikami nadal musiały być drużyny z miast, w których odbywały się targi, ale nie musiały to być już drużyny miejskie, lecz kluby. Od trzeciej edycji ( 1961 ) zawody stały się coroczne a liczba uczestniczących drużyn w ostatnich edycjach przekroczyła 60. Ostatnia edycja Pucharu Miast Targowych odbyła się w 1971 roku, w kolejnym roku zmieniła format i nazwę. Przez pierwsze kilka lat w Pucharze Miast Targowych dominowały drużyny hiszpańskie i włoskie. FC Barcelona wygrała trzy edycje a Valencia CF – dwie. Dopiero w 1968 roku trofeum zdobyła drużyna z północnej Europy, angielski klub Leeds United FC, chociaż w ostatnich trzech edycjach puchar ten zdobywały drużyny angielskie.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
0
@Gary A ja akurat lubiłem jak gra Cesc i to pomimo tego że nie mogłem go oglądać na codzień(Premier Lig) tylko w Lidze Mistrzów. Przedewszystkim to on nie powinien odchodzić z naszej Barcuni tylko stworzyć trio z Xavim i Iniestą w środku pola. Nie dziwie się Guardioli że generalnie na początku go chciał, gdyż Cesc był jednym z najlepszych rozgrywających na świecie. On najzwyczajniej w świecie jak już miał wrócić to wrócił przynajmniej o rok za późno a efektem tego było to co zakończyłem w swoim komentarzu: Gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść...!
12
Feliz cumpleaños panie Francescu!
Fabregas kończy dzisiaj 39 lat. Cesc odchodził z Barçy w 2003 r. jako 16-latek i najlepszy z ówczesnej generacji jej wychowanków. W drużynie rocznika 1987 był gwiazdą numer jeden i to Messi krążył wówczas wokół niego a nie na odwrót. Władze klubu nie zaproponowały jednak jemu na czas odpowiedniego kontraktu i jego rodzice dali się namówić na wyjazd z synem do Arsenalu. Notabene to właśnie ta nauczka oraz odejście w podobnych okolicznościach Pique do Manchesteru United sprawiły iż odpowiednio zajęto się Messim. Powrotny transfer Cesca z Arsenalu do FC Barcelony przypominał klasyczną telenowele. Ciągnął się aż przez dwa letnie okna transferowe. W 2010 r. wydawało się że wszystko zmierza w dobrym kierunku ale ostatecznie kluby nie osiągnęły porozumienia w sprawach finansowych. Podobnie było rok później, Barça dawała 25 milionów euro, Arsenal chciał więcej bo Real Madryt, do którego oczywiście piłkarz nie zamierzał się przenosić, oferował za gwiazde nawet 50 milionów. Decydująca była rozmowa, którą Fabregas odbył z Wengerem. Według relacji piłkarza obaj mieli łzy w oczach. Francuz zrozumiał w końcu że musi się zgodzić na odejście ukochanego dziecka bo niestety jest ono tylko adoptowane a teraz chcą je z powrotem jego naturalni rodzice i ku nim wyrywa się jego serce. Gdy powiedział sakramentalne ,,tak”, szefowie Kanonierów dali zielone światło i Fabregas wrócił do Barcelony kupiony za 34 miliony funtów. Guardiola upierał się na Cesca gdyż doskonale go pamiętał z zespołów juniorskich Barçy. Z kolei dla Fabregasa Guardiola był idolem. Pewnego razu Pep ofiarował chłopcu swoją koszulke z numerem 4 i napisał na niej: ,,Kiedyś ty będziesz tutaj numerem 4”. Dziś z perspektywy czasu można gorzko zauważyć iż żaden z nich nie wiedział że owa dedykacja nabierze całkiem niespodziewanego sensu, gdy obaj zaczną współpracować. Otóż u Pepa i jego następców Fabregas stał się czwartym pomocnikiem Blaugrany.
Niestety, ta formacja liczyła w zespole zawsze tylko trzech piłkarzy. Cesc grał w Barcelonie przez 3 sezony, lecz nigdy nie wyszedł poza status ekskluzywnego rezerwowego. Co prawda bardzo często grał w wyjściowym składzie ale kiedy wszyscy byli zdrowi i trzeba było ustalić jedenastke na ważny mecz w sztandarowej taktyce 4:3:3, zawsze wybiegali w nim jako ofensywni pomocnicy Xavi oraz Iniesta(Busquets na pivocie), zaś Fabregas albo siadał na ławce, albo był ustawiany w ataku. Tragizm jego położenia polegał na tym że będąc trzecim najlepszym playmakerem na świecie, grał w tym samym zespole, co dwaj wybitniejsi od niego. Zrozumiałe iż taka sytuacja wpędzała go w frustacje. Starał się ją w sobie tłumić, trenerzy i koledzy przekonywali go że jest ważnym członkiem drużyny, jednak fakt pozostawał faktem. Wybitny piłkarz musi zawsze w podstawowej jedenastce w kluczowych meczach, inaczej zawsze będzie nieszczęśliwy i nie ma na to żadnego lekarstwa. Zdołowany, przygnębiony a przy tym przez wszystkich prawdziwie ceniony i lubiany kolega siłą rzeczy psuje atmosferę w szatni bo nigdy nie cieszy się sukcesami tak samo jak inni. Wobec tego na usta ciśnie się fundamentalne pytanie: czy jest czystym przypadkiem że w trakcie trzech sezonów spędzonych przez Fabregasa na Camp Nou Barça ani razu nie wygrała Ligi mistrzów, natomiast uczyniła to zarówno rok przed jego przybyciem, jak i rok po jego odejściu? Ponoć gdzie kucharek sześć……
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@FcPortoFan1999 A co sie stało? bo ja meczu z Motorem nie oglądałem...
10
Legendy argentyńskiego futbolu:
3 maja 1949 r. urodził się Leopoldo Luque. Urodzony w Santa Fe napastnik na początku swojej kariery wędrował od klubu do klubu i nigdzie nie potrafił na dłużej się zadomowić. Sytuacja ta zmieniła się dopiero w 1975 r., kiedy został zawodnikiem wielkiego River Plate. Już w swoim debiucie w prestiżowym pojedynku z Boca Juniors zdołał przekonać do siebie kibiców, zdobywając gola na wagę zwycięstwa. 22 lutego 1976 r. River Plate rozbiło 5:1 zespół San Lorenzo a Luque zapisał się tego dnia w kronikach, strzelając dla swojej ekipy wszystkie pięć goli! W drużynie Los Millonarios spędził w sumie pięć lat i w tym czasie pięć razy cieszył się ze zdobytego mistrzostwa. Rozegrał dla klubu 176 spotkań i strzelił 75 bramek. Jego strzeleckie umiejętności nie umknęły uwadze selekcjonera narodowej reprezentacji. César Luis Menotti dał Luque szansę pokazania się w Copa América w 1975 r., a napastnik jej nie zaprzepaścił. Podczas mundialu w 1978 r. był podstawowym zawodnikiem. W pierwszym meczu z Węgrami Luque strzelił wyrównującego gola, a w drugim grupowym starciu przeciwko Francji jego trafienie dało Argentynie wygraną. W czasie gry doznał urazu łokcia i powinien opuścić plac gry, ale limit zmian Argentyńczycy zdążyli już wykorzystać. Luque został więc opatrzony poza boiskiem i z zabandażowanym ramieniem wrócił na ostatnie kilka minut gry. W tym samym dniu w wypadku samochodowym zginął brat. Luque kiedy się o tym dowiedział, opuścił zgrupowanie reprezentacji, żeby wspomóc rodzinę w tym tragicznym czasie i pożegnać brata. Zabrakło go więc w kończącym grupowe zmagania pojedynku z Włochami, ale wrócił na najważniejsze starcie drugiej rundy, jakim dla Argentyńczyków był mecz z Brazylijczykami. Wynik 0:0 bardziej pasował drużynie Albicelestes, która na koniec mierzyła się z Peru, podczas gdy Brazylię czekał jeszcze mecz z Polską. Peruwiańczycy zgodnie z oczekiwaniami gładko przegrali 0:6, co oznaczało, że to Argentyna zagra w finale. Luque zaaplikował drużynie Peru dwie bramki i w czterech meczach turnieju miał już na koncie cztery trafienia.
Liczył, że poprawi ten dorobek w wielkim finale ale Holandia postawiła bardzo twarde warunki. Po 90 minutach gry był remis 1:1 i gospodarze dopiero w dogrywce zdołali przechylić szalę wygranej na swoją korzyść. Dwie bramki w finale strzelił Mario Kempes, który z sześcioma golami został królem strzelców turnieju. Luque, który zaliczył przecież bardzo dobre występy, pozostawał przez to nieco w cieniu reprezentacyjnego kolegi. Po odejściu z River Plate grywał w zespołach Racingu i Unión de Santa Fe. Zaliczył też krótki epizod w brazylijskim Santosie. Znowu jednak nigdzie nie zadomowił się na dłużej. Nigdy też nie próbował szczęścia w którejś z europejskich lig. Karierę zawodniczą zakończył w 1985 r. a jego strzelecki dorobek w argentyńskiej Primera División zamyka się okrągłą liczbą 100 trafień. W 2007 r. przeszedł zawał serca, po którym jednak zdołał wrócić do zdrowia. Pod koniec 2020 r. z objawami COVID-19 trafił do szpitala. Początkowo obyło się bez komplikacji ale po paru dniach jego stan się pogorszył i trzeba go było podłączyć do respiratora. Swój ostatni mecz jednak przegrał i zmarł 15 lutego w wieku 71 lat.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@Ogorinho1974 Akurat uważam że to mało istotne w kontekście jakim był piłkarzem i co osiągnął...
12
Zapomniane i niedoceniane legendy futbolu:
3 maja 1925 r. urodził się Robert Jonquet, francuski obrońca. Dzięki doskonałemu występowi przeciwko Anglii w 1951 roku zyskał przydomek „Bohater z Highbury”. Przez niemal całą swoją karierę reprezentował barwy Stade de Reims (502 mecze i dziewięć goli), nic więc dziwnego, że jeszcze za życia jego imieniem nazwano jedną z trybun na stadionie tej drużyny. Razem z Reims sięgnął po pięć tytułów mistrzowskich i wystąpił w dwóch finałach Pucharu Mistrzów. Jonquet świetnie radził sobie również w reprezentacji Francji (58 meczów). Do legendy przeszedł jego występ w półfinałowym spotkaniu mistrzostw świata w Szwecji, kiedy ze złamaną nogą stawiał czoła Brazylijczykom. Zmiany, ze względów regulaminowych, nie mogły być wówczas przeprowadzane, dlatego też Trójkolorowi ostatecznie polegli 2:5. Większość obserwatorów była jednak zgodna, że Francuzi wygraliby ten mecz, gdyby nie fatalna kontuzja Jonqueta.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik
13
Legendy polskiego futbolu:
3 maja 1947 r. urodził się Lesław Ćmikiewicz. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał jako trzynastolatek w Lotniku Wrocław ale po pięciu latach przeniósł się do Śląska Wrocław. Występował w nim w latach 1965-1970. W sumie rozegrał z nim 76 meczów i strzelił cztery gole. Był bardzo wszechstronnym zawodnikiem. Początkowo grał jako obrońca, ale później został przesunięty do linii pomocy. Najwyższy poziom piłkarski osiągnął w latach gry w Legii Warszawa, do której trafił w wieku 23 lat, i spędził dziewięć kolejnych. Co ciekawe, jego transfer nie był związany z powołaniem do wojska, jak miało to miejsce w wielu innych przypadkach tamtych lat. Ćmikiewicz był cywilem i nigdy nie został zawodowym żołnierzem. To z Legią świętował największe sukcesy klubowe. Dwukrotnie stawał na podium mistrzostw Polski (srebro w 1971 r. i brąz w 1972 r,), dwa razy zdobył też Puchar Polski (w latach 1973 i 1980). Po mistrzostwach świata w 1974 r. kusił go Górnik Zabrze, który oferował lukratywne jak na tamte czasy warunki. Ćmikiewicz nie zdecydował się jednak na zmianę klubu i pozostał w stolicy. Czuł się tam dobrze, a i koledzy darzyli go dużą sympatią. W 1971 r. Ćmikiewicz dotarł z Legią do ćwierćfinału Pucharu Europy, gdzie zagrał w dwumeczu przeciw Atletico Madryt ze słynnym Luisem Aragonesem. Warszawski zespół stoczył zacięty bój, ale odpadł po porażce 0:1 na wyjeździe i… zwycięstwie w rewanżu na swoim stadionie 2:1. Ćmikiewicz jako defensywny pomocnik grał w tym okresie w środku pola obok Kazimierza Deyny, a ich współpraca układała się znakomicie. W Legii Ćmikiewicz pełnił też funkcję kapitana drużyny, a odszedł z niej jesienią 1979 r. po niemal dekadzie gry. Następnie występował w amerykańskich klubach New York Arrow(1980) i Chicago Horizon(1980-1981). Łącznie w latach 1965-1979 w Ekstraklasie rozegrał dla Śląska Wrocław i Legii Warszawa 306 meczów, strzelając 18 goli.
Lesław Ćmikiewicz może pochwalić się bardzo dużym dorobkiem w reprezentacji Polski. W latach 1970/1979 rozegrał w niej 57 meczów, a w 2014 r. został włączony do Klubu Wybitnego Reprezentanta. Lata występów Ćmikiewicza w reprezentacji pokryły się z okresem gry w Legii Warszawa. W koszulce z białym orłem na piersi zadebiutował za kadencji Ryszarda Koncewicza w 1970 r., choć akurat wtedy był jeszcze piłkarzem Śląska Wrocław. Zagrał w przegranym 0:2 towarzyskim meczu z Węgrami w Budapeszcie. Najwyższą formę prezentował w czasach, gdy kadrę przejął legendarny szkoleniowiec Kazimierz Górski. W 1972 r. Ćmikiewicz pojechał na igrzyska olimpijskie do Monachium i zagrał w sześciu meczach, włącznie z finałem z Węgrami, zakończonym wygraną Polaków 2:1 i zdobyciem złotego medalu olimpijskiego. Jak się później okazało, ten spektakularny sukces stał się tylko preludium do kolejnych wyczynów Biało-Czerwonych. Ćmikiewicz miał wtedy 25 lat, a już imponował wszechstronnością – mógł występować zarówno jako obrońca, jak i defensywny pomocnik. W 1973 r. Ćmikiewicz był ważną postacią drużyny, która wywalczyła awans na mistrzostwa świata w RFN. W rewanżowym meczu z Walią w Chorzowie Polska wygrała 3:0 po golach Roberta Gadochy, Grzegorza Laty i Jana Domarskiego, ale to Ćmikiewicz był cichym bohaterem tego spotkania. Jako defensywny pomocnik zostawił na boisku dużo zdrowia i wykonał kawał „czarnej roboty”. W ocenie Kazimierza Górskiego był człowiekiem od zadań specjalnych, świetnie asekurował kolegów z linii obrony. Jego zadania były mało widowiskowe, ale bardzo doceniane przez trenerów. Umiał skutecznie przerywać akcje rywala i przetrzymać piłkę, dając kolegom czas na ustawienie szyków obronnych. Ćmikiewicza rozegrał też w pełnym wymiarze czasowym oba mecze z Anglią – zarówno ten zwycięski z Chorzowa (2:0), jak i owiany sławą mecz na Wembley (1:1), gdzie wspomógł obrońców w walce z licznymi atakami Brytyjczyków. Następnie pomocnik Legii uczestniczył w finałach mistrzostw świata w RFN, gdzie drużyna Kazimierza Górskiego wywalczyła trzecie miejsce. Na mundialu zaczynał spotkania na ławce rezerwowych, ale trener aż sześć razy zdecydował się wpuścić go na boisko jako zmiennika. W tym okresie większe uznanie w oczach Górskiego miał Zygmunt Maszczyk. Dwa lata później Ćmikiewicz do kolekcji medalowej dołożył kolejny krążek – za wicemistrzostwo olimpijskie w Montrealu, gdzie rozegrał trzy mecze. Ostatni raz w reprezentacji Polski wystąpił w 1980 r. w spotkaniu eliminacji mistrzostw Europy z NRD, przegranym 1:2. W 1981 r. Ćmikiewicz rozpoczął karierę trenerską, którą zakończył 25 lat później. Zaczynał jako asystent trenera Legii Warszawa Kazimierza Górskiego, a później prowadził m.in. takie kluby jak Motor Lublin, Stal Rzeszów, Górnik Zabrze, Pogoń Szczecin czy Gwardię Warszawa. Pełnił też rolę asystenta trenera w Amice Wronki oraz Cracovii. Jest jedynym zawodnikiem z drużyny „Orłów Górskiego”, który miał okazję poprowadzić reprezentację Polski. W latach 1989-1993 pełnił rolę asystenta selekcjonera Andrzeja Strejlaua a po jego dymisji samodzielnie poprowadził naszą drużynę narodową w trzech spotkaniach. Jego następcą został Henryk Apostel. W latach 1999-2001 Ćmikiewicz był selekcjonerem reprezentacji Polski U-21. W 2001 r. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a w 2011 r. Złotą Odznaką Polskiego Związku Piłki Nożnej.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
2
12
Wybitne legendy polskiego futbolu:
Jedyny piłkarz w polskiej historii, który wystąpił w dwóch finałach igrzysk. Przez pełne 90 minut. Zygmunt Maszczyk zawsze był w cieniu najjaśniejszych polskich gwiazd. 51 lat temu, 10 września, zdobył pierwszy polski złoty medal olimpijski w piłce nożnej. Zygmunt Maszczyk urodził się 3 maja 1945 roku w Siemianowicach Śląskich. W piłkę zaczął grać w szkole podstawowej. Został zauważony przez trenerów lokalnej Siemianowiczanki. Występował w klubie od 10. do 17. roku życia. W 1960 roku mistrzem Polski został Ruch Chorzów. W następnych latach nie wiodło mu się najlepiej. Zaczęto poszukiwania nowych piłkarzy. Trzy lata później sprowadzono na ulicę Cichą Maszczyka. „W drużynie niebieskich zaczynał w ataku, u boku Eugeniusza Fabera. Szybko jednak znalazł miejsce w drugiej linii, choć często grywał też jako obrońca, a podczas ligowego meczu z Górnikiem przez całe trzy minuty stał w bramce, zastępując kontuzjowanego bramkarza. Zawsze jednak walczył przez 90 minut o każdy metr boiska, dzięki temu zaś pełnym blaskiem mogły świecić gwiazdy Bronisława Buli w Ruchu czy Kazimierza Deyny w reprezentacji” czytamy o nim w monografii klubu z Chorzowa, autorstwa Andrzeja Gowarzewskiego i Joachima Waloszka. W Ruchu grał przez czternaście lat. W barwach klubu z ulicy Cichej strzelił 41 goli w ponad 300 występach. Zdobył trzy mistrzostwa i jeden Puchar Polski. Jego postawa na boisku nie uszła uwadze trenera Tysiąclecia Kazimierza Górskiego. ,,Gdy pierwszy raz spotkałem go na zgrupowaniu, nie miałem wątpliwości, że trafiłem na piłkarza dużego formatu, choć inni byli na pierwszym planie” - mówił Jerzy Kraska w wywiadzie Antoniego Bugajskiego w Przeglądzie Sportowym.
Maszczyk został powołany na Igrzyska Olimpijskie w Monachium w 1972 roku. Polska reprezentacja pojechała do Niemiec po naukę. Wywalczyliśmy najlepszy wynik w historii. Tak się zaczął złoty okres w polskiej piłce nożnej. W fazie grupowej wygraliśmy wszystkie trzy mecze. Drugą fazę rozpoczęliśmy od remisu z Danią 1:1. Pokonaliśmy ZSRR oraz Maroko. 10 września 1972 roku, 48 lat temu odbył się historyczny finał z Węgrami. Po pierwszej połowie przegrywaliśmy 0:1. W drugiej swoim talentem błysnął Kazimierz Deyna, strzelając dwie bramki w 47. i 66. minucie. Przy drugim golu bardzo duży udział miał Maszczyk. Zacentrował w pole karne. Lubański lekko zbił piłkę głową do Deyny, a ten wykończył całą akcję. Mecz zakończył się zwycięstwem 2:1. Zdobyliśmy jedyny złoty medal olimpijski dla Polski w piłki nożnej. W 1976 roku pojechaliśmy już jako faworyt na igrzyska do Montrealu. W eliminacjach zremisowaliśmy jeden mecz z Kubą. Resztę wygraliśmy. W finale zmierzyliśmy się z Niemiecką Republiką Demokratyczną. Bramkarz Jan Tomaszewski na początku meczu popełnił dwa kardynalne błędy. Nasz przeciwnik już po 14 minutach prowadził 0:2. W 59. minucie kontaktowego gola zdobył Grzegorz Lato. Niestety, NRD w 84. podwyższyło na 1:3. Tak zakończył się mecz. Wywalczyliśmy srebrny medal. Na obu olimpiadach wystąpiło tylko 7 piłkarzy. Są oni jedynymi sportowcami posiadającymi medale złote i srebrne w sportach zespołowych, w całej historii występów Polaków na igrzyskach. Tylko jeden z nich, Zygmunt Maszczyk, zagrał w obu tych finałach przez pełne 90 minut. Kazimierz Deyna w meczu finałowym z Węgrami, w Monachium, zszedł w 77. minucie. W Montrealu zagrał cały mecz. Jerzy Gorgoń i Lesław Ćmikiewicz rozegrali całe spotkanie z Węgrami. Nie pojawili się na boisku w finale igrzysk w Ameryce Północnej. Antoni Szymanowski, Kazimierz Kmiecik oraz Grzegorz Lato wystąpili tylko w meczu z NRD w Kanadzie. Pomiędzy obu tymi olimpiadami Zygmunt Maszczyk wystąpił w polskiej reprezentacji na mistrzostwach świata w Niemczech. W meczu o trzecie miejsce z Brazylią także grał przez 90 minut. We wszystkich meczach na obu igrzyskach oraz na mundialu opuścił tylko jeden mecz w grupie w 1972 roku z NRD.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@FcPortoFan1999 Ty powinieneś się nazywać najszybszym użytkownikiem na tej stronie, który daje zielone herby. Albo coś w tym rodzaju :) A nie jakiś somsiad wymyślony przez redakcje...
11
Ręczna robota Jana Furtoka:
Ponad dziesięć tysięcy sympatyków futbolu na trybunach stadionu łódzkiego Widzewa, znakomicie zorganizowane grupy kibiców, powiewają biało-czerwone flagi, gorący doping i jedno jedyne pytanie, jakie zadają sobie wszyscy: Ile bramek drużyna Strejlaua strzeli słabeuszowi z San Marino?”- Tak rozpoczynał telewizyjną transmisję komentator meczu Polska – San Marino w 1993. Rzeczywistość pomeczowa była jednak brutalna, a pytanie „ile?” zastąpiło niestety wszechobecne „jak?”. Kwiecień 1993. Reprezentacja Polski szykuje się do meczu z europejskim kopciuszkiem. Zanim jednak doszło do spotkania z San Marino, kadra rozegrała dwa spotkania eliminacyjne do amerykańskiego mundialu. Najpierw ograła Turcję w Poznaniu, by następnie zremisować dwa do dwóch z niedawnymi mistrzami Europy – reprezentacją Holandii. Zresztą spotkanie z Oranje jest uważane za jedno z najlepszych za czasów trenera Strejlaua. Naprawdę trzeba przyznać, że Polacy postawili twarde warunki drużynie mającej w składzie między innymi: Koemana, Rijkarda, Bergampa oraz aktualnego zdobywcę Złotej Piłki – Van Bastena. Przed meczem panował więc niepohamowany optymizm. Budzące się z marazmu lat osiemdziesiątych społeczeństwo wierzyło w sukces nowej generacji piłkarzy. Podstawy do wiary były solidne, wszak reprezentacja nie tylko remisowała z mistrzami Europy, ale i sama zdobywała trofea. W składzie na San Marino pojawiło się bowiem aż pięciu srebrnych medalistów z igrzysk w Barcelonie, z Brzęczkiem i Juskowiakiem na czele. Pozostało tylko wyjść na boisko i zacząć posyłać piłki w stronę bramki rywala. Proste. Przed spotkaniem selekcjoner nie powołał między innymi bramkarzy: Józefa Wandzika (Panathinaikos) oraz Jarosława Bako (Besiktas). Strejlau chciał bowiem oszczędzić ich na kolejne batalie eliminacyjne. Należy dodać, że wówczas przepisy odnośnie zwalniania zawodników na mecze reprezentacji były bardziej przychylne klubom. Dlatego też do końca nie był pewny występ Jana Furtoka, którego HSV wolało zatrzymać u siebie. Na szczęście dla nas (jak się dopiero później okazało) Furtok przyjechał na zgrupowanie. Kadra w kompletnym szesnastoosobowym składzie stawiła się do dyspozycji trenera. Krótkie zgrupowanie miało miejsce w – pobliskich Łodzi – Pabianicach. Kadra stacjonowała w bardzo dobrych jak na tamte czasy warunkach. Gościli bowiem w ośrodku właścicieli miejscowego Włókniarza, który był jednym z najlepszych w kraju. Reprezentanci nie mogli narzekać na brak wygód, podobno właściciele specjalnie dla Jana Furtoka zainstalowali telewizję satelitarną, aby ten mógł obejrzeć mecz Bundesligi. Narzekać mógł tylko Andrzej Strejlau, bowiem kadra była w komplecie trochę później niż się tego spodziewał. Wynikało to znów z niechętnego zwalniania zawodników na mecze reprezentacji, przez co niektórzy piłkarze pojawiali się na miejscu dopiero 48 godzin przed meczem. Wreszcie 28 kwietnia drużyna narodowa wychodzi na płytę stadionu witana przez około 20 tys. kibiców. Pewni siebie Polacy przystępują do kolejnych ataków. Gra płynie powoli a zawodnicy w biało-czerwonych koszulkach próbują dość nieudolnie zdobyć bramkę. Po kilkudziesięciu minutach ku zdumieniu publiczności, ale i samych zawodników na tablicy wyników utrzymuje się wciąż wynik 0:0. Wreszcie do głosu dochodzą amatorzy z San Marino, którzy o mało nie zdobywają bramki. Po strzale głową jednego z nich na bramkę Kłaka, naszą drużynę ratuje Juskowiak, wybijając piłkę z linii bramkowej. Polacy jakby podrażnieni odpowiadają dobrą akcją w wykonaniu duetu Juskowiak-Furtok, po której pada bramka… niestety nieuznana z powodu spalonego. Pierwsza połowa dobiega końca. Po przerwie obraz gry nie ulega zmianie. Coraz bardziej sfrustrowani Polacy raz po raz posyłają piłkę w trybuny. Na domiar złego o mały włos San Marino nie wychodzi na prowadzenie, po tym jak jeden z napastników urwał się obrońcom i w sytuacji sam na sam z Kłakiem, lobem zamiast do bramki trafia w bandy reklamowe. Strejlau dokonuje jednej zmiany, zdejmując z boiska Juskowiaka. Tak po latach podsumowuje tę decyzję: „Ściągnąłem Andrzeja z boiska, bo biegał nie w tę stronę”.
Wreszcie przychodzi upragniona chwila – gol. Kibice podskakują żwawo z krzesełek. Furtok pędzi do narożnika w stronę Koseckiego, by po chwili zniknąć w objęciach kolegów. Jednak euforia wśród kibiców zgromadzonych przed telewizorami gaśnie już w drugiej powtórce. Obserwują oni najpierw twardą walkę Koseckiego z obrońcą gości, następnie świetny zwód naszego reprezentanta wyprowadzający w pole Sanmaryńczyka. Po chwili Kosecki dośrodkowuje na głowę rozpędzonego Furtoka i… „Aj Jezus Maria” mógłby krzyknąć Dariusz Szpakowski gdyby tylko był wtedy przy mikrofonie. Na powtórce wyraźnie widać jak napastnik HSV nachyla głowę i nie mogąc sięgnąć piłki, odbija ją lewą ręką. Sędzia nakazuje rozpocząć grę od środka, 1:0 dla Polski. Co ciekawe komentator tego meczu po trzech powtórkach nie dostrzega ręki i nawet o niej nie wspomina w dalszej transmisji, ale nie był on jedyny. Ręki nie zauważa ani selekcjoner Strejlau, ani większość widowni z niektórymi dziennikarzami włącznie: „Ja byłem na tym meczu (…) wtedy pracowałem w „Życiu Warszawy”. Robiłem sprawozdanie do gazety i, prawdę mówiąc, nie napisałem, że Furtok zdobył bramkę ręką, bo mi się wydawało, że to była bramka zdobyta prawidłowo” – opowiadał w materiale TVP Sport Stefan Szczepłek. Selekcjoner dowiaduje się o ręce późno po meczu, około godziny 22. Na nieszczęście drużyny i przede wszystkim Furtoka mecz kończy się wynikiem 1:0. „Czy strzeliłem ręką? specjalnie tego nie zrobiłem. To był takich odruch, bo byłem wkurzony tym, że ciągle jest 0:0, presja rośnie, a my ciągle nie strzelamy bramki. Tak wyszło.” – tłumaczy się przy każdej okazji Furtok. Wybitny jak na tamte czasy napastnik niestety już zawsze będzie się kojarzył z tym niechlubnym epizodem. Jednak to na całą drużynę spada ciężar tego blamażu, bo tak trzeba nazwać zwycięstwo po zagraniu ręką z San Marino. Po latach na antenie ,,WeszłoFm” do sprawy powrócił Andrzej Strejlau, który przyznał, że nie był w stanie namówić zawodników do poważnego potraktowania meczu. Na koniec trener dodał: „Dziękuję wam, dokonaliśmy wielkiej rzeczy, to jest blamaż kompletny i wasz i mój”. W rewanżu rozgrywanym w maju, reprezentacja po kolejnych męczarniach do przerwy, zwyciężyła z drużyną z malutkiej republiki 3:0. Niestety zwycięstwo to było ostatnim w tych eliminacjach a zarazem ostatnim za kadencji Strejlaua. Trener zrezygnował po dwóch porażkach z Norwegią oraz Anglią gdy drużyna straciła już szanse na awans. Trzeba przyznać, że ten mecz nie jest najgorszym, co przytrafiło się polskiej piłce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Problemem była nijaka drużyna narodowa niepotrafiąca przekuć sukcesu olimpijskiego na osiągnięcia w dorosłej reprezentacji. Polska nie zakwalifikowała się na żaden turniej w tym czasie, polscy ligowcy wciągani byli w bagno korupcji, godło narodowe doszywano w dzień meczu do biało-czerwonych koszulek losowej firmy, stadiony powoli się rozpadały a kibice prowadzili regularną wojnę. Ta przeklęta ręka Furtoka była chyba próbą jakiejś opatrzności na polepszenie sytuacji i humorów kibicom a o ironio stała się symbolem piłkarskiej bylejakości tamtych czasów.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
12
Duma Katalonii w Pucharze Mistrzów:
3 maja 1961 r. Barça po raz pierwszy w historii awansowała do finału Pucharu Mistrzów. Stało się to dzięki zwycięstwu w trzecim, dodatkowym spotkaniu z HSV Hamburg. Po zwycięskich dwumeczach z Koninklijke Lierse, Realem Madryt oraz Hradec Kralove na drodze do finału w Bernie stanęli mistrzowie Niemiec. Blaugrana wygrała w pierwszym spotkaniu u siebie 1:0 po golu Evaristo ale w rewanżu przegrywała 0:2 i dopiero trafienie Sandora Kocsisa w ostatniej minucie doprowadziło do wyrównania stanu rywalizacji. W tamtych czasach nie obowiązywała zasada iż gole na wyjeździe liczą się podwójnie. O awansie miał rozstrzygnąć dodatkowy pojedynek na Brukselskim Heysel(brak rozstrzygnięcia mógł skutkować rzutem monetą). Jednak Duma Katalonii wygrała 1:0 po golu Evaristo i awansowała do finału, w którym przegrała niestety ze słynną Benficą 2:3.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
3
@Marusek Nie uwierzysz ale wracając z kościoła zaśpiewałem właśnie fragment tej piosenki żonie żeby zgadła jaki "Antoś" ma dzisiaj urodziny :)
12
Panie i Panowie, 84 lata kończy dziś Antoni Piechniczek! Panie Antoni, zdrowia szczęścia i słodyczy cała sportowa Polska panu życzy.
"Brałem dwa razy udział w mistrzostwach świata, byłem na igrzyskach olimpijskich z reprezentacją Tunezji, pracowałem na trzech kontynentach. To była fantastyczna przygoda” – powiedział były trener polskich piłkarzy Antoni Piechniczek. Piechniczek dwukrotnie wprowadził polską reprezentację do mundialu a w 1982 w Hiszpanii zajął z nią trzecie miejsce. „Gdybym powiedział, że nie mam satysfakcji, byłoby to bluźnierstwo. Zjeździłem świat, pięć razy grałem w eliminacjach MŚ. Czego można żądać więcej?”– dodał Piechniczek, który pracował też z reprezentacjami Tunezji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przyznał, że podobnie jak polscy piłkarze, wiedział, czym dla kibiców( także w sensie pozasportowym) były sukcesy kadry w latach 80-tych. „Kiedy jechaliśmy na MŚ w Hiszpanii, wiedząc w jakim stanie wyjeżdżamy z kraju (trwał stan wojenny), chcieliśmy kibicom, a także, jeśli tak można powiedzieć – narodowi – zafundować fantastyczny serial, składający się z siedmiu meczów. By to zrealizować, trzeba było się dostać do strefy medalowej. I to się nam udało. Satysfakcję mam olbrzymią”- stwierdził Piechniczek, który biało-czerwonych poprowadził w sumie w 11 spotkaniach podczas finałów MŚ. „Tym nie może się(jak na razie) poszczycić żaden polski trener”- podkreślił Piechniczek, który po zakończeniu pracy trenera był m.in. wiceprezesem PZPN. W latach 2007-2011 zasiadał w Senacie RP. Łącznie pod jego kierunkiem biało-czerwoni rozegrali 74 spotkania, 26 wygrywając, 21 remisując i 27 przegrywając. Od wielu lat mieszka w Wiśle.
@Symson
@Szalik
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
8
Blaugrana w Copa del Rey:
3 maja 1925 r. FC Barcelona pokonała w Saragossie Atletico Madryt 2:1 w ramach półfinału Pucharu Króla. To był trzeci dodatkowy mecz, który wyłonił finaliste Copa del Rey. Barça miała szczęście ponieważ w pierwszym meczu wygrała tylko 3:2 a w rewanżu przegrała 2:1, jednak wówczas nie brano pod uwagę goli strzelonych na wyjeździe i w efekcie doszło do trzeciego starcia. Gole dla Blaugrany strzelili Patricio Arnau oraz Emilio Sagi Barba.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
11
Mecze, które wstrząsnęły światem:
2 maja 1962 r. Benfika Lizbona pokonała Real Madryt 5:3. Ten mecz uchodził przez lata za najlepszy w historii finałów Pucharu Mistrzów. Było w nim to wszystko, co decyduje o atrakcyjności widowiska: zwroty akcji, gole, gwiazdy i niezwykła atmosfera stadionu w Amsterdamie. Niemniej ważny był fakt iż finał rozgrywek o Puchar Mistrzów pierwszy raz transmitowały stacje telewizyjne w całej Europie. Wśród nich Telewizja Polska i wszystkie kraje socjalistyczne zgrupowane w Interwizji. Zobaczyliśmy wreszcie na własne oczy to, o czym dotychczas tylko słyszeliśmy. Real wciąż był wielki, chociaż znalazł się ktoś, kto zakończył serie jego 5 pucharowych zwycięstw. W dodatku była to drużyna z Katalonii. W sezonie 1960/61 Real rozpoczynał rozgrywki od drugiej rundy, wylosował Barçe i został wyeliminowany. Z punktu widzenia Europy to była sensacja ale nie w Hiszpanii. Atak Blaugrany: Kubala, Kocsis, Evaristo, Luis Suarez i Czibor był porównywalny z napadem Realu. Zbudowany 3 lata wcześniej Camp Nou świadczył o wielkich aspiracjach klubu. O awansie Barçy zadecydował jeden gol(2:2 w Madrycie i 2:1 w Barcelonie). Emocje związane ze starciami Realu i Dumy Katalonii nie są niczym nowym. Zmieniają się tylko piłkarze. Katalończycy dotarli wówczas do finału, w którym nieoczekiwanie ulegli teoretycznie słabszej Benfice 2:3.
Kiedy więc w następnym sezonie w finale Benfica spotkała się z Realem, powszechnie uznano że wszystko wróciło do normy. W Realu wciąż świeciły największe gwiazdy: Di Stefano, Puskas, Santamaria, Gento, del Sol a trenował go nadal Miguel Muñoz. Benfica wystawiła jedenastke bardzo podobną do tej zwycięskiej sprzed roku, z wyjątkiem jednej zmiany w pomocy i dwóch w napadzie. Na skrzydle zagrał 19-letni Antonio Simoes, który rok wcześniej zdobył mistrzostwo Europy juniorów. Portugalia pokonała wtedy w finale Polske. Drugim nowym napastnikiem był 20-letni Eusebio. Finał w Amsterdamie rozpoczął się po myśli Realu. W 17 minucie di Stefano zobaczył iż obrońcy Benfiki ustawili się w jednej linii blisko połowy boiska a Puskas stoi prawie równo z nimi. Podał więc mu prostopadłą piłke, Węgier przejął ją jeszcze w kole środkowym i biegł sam na bramke Costy Pereiry. Ludzie na stadionie wstali a w domach przed telewizorami również. Puskas ścigany przez obrońców pokonał około 40 metrów, podbił sobie jeszcze piłke udem żeby lepiej ułożyć ją do strzału i kopnął z odległości około 13 metrów lewą nogą w lewy dolny róg. Pięć minut później Węgier otrzymał piłke na środku boiska, około 25 metrów od bramki. Nikogo przy nim nie było, więc znowu kropnął lewą nogą. Piłka odbiła się jeszcze od murawy i wpadła ponownie w ten sam róg bramki. Real prowadził więc 2:0. Jednak Benfica nie rezygnowała i 2 minuty później zdobyła pierwszego gola. Z rzutu wolnego Eusebio trafił w słupek a odbitą piłke kopnął do bramki Aguas. Na 2:2 wyrównał Cavem strzałem w okienko zza pola karnego. Jeszcze przed przerwą Puskas znowu dał prowadzenie Realowi. Tym razem strzelił z linii pola karnego, oczywiście lewą nogą. Na przerwę w lepszych humorach schodzili Hiszpanie. Trener Benfiki, Bela Gutmann nie wyglądał jednak na zmartwionego, Miał podobno powiedzieć swoim zawodnikom: ,,Nie przejmujcie się. Teraz ich mamy. Oni już oddychają rękawami. Jeśli ruszycie na nich od pierwszej minuty to już się nie pozbierają”. Gutmann wiedział co mówi. Di Stefano miał już 36 lat, Puskas 35, środkowy obrońca Santamaria 33 a skrzydłowy Gento 29 lat. Pięć minut po przerwie główny rozgrywający Benfiki, Mario Coluna trafił do bramki niemal z tego samego miejsca co Puskas przy drugim golu. Trener miał racje, Hiszpanie nie nadążali za przeciwnikami i zaczeli się gubić. Eusebio miał teraz swoje pięć minut. Najpierw wykorzystał rzut karny, potem rzut wolny i w 60 minucie było po meczu, mimo że przez ostatnich 20 minut nikt się nie oszczędzał.
Eusebio stał się symbolem tego zwycięstwa. Grał znakomicie, był młody, szybki i wspaniale zbudowany. Stał się pierwszym piłkarzem z Afryki, który robił prawdziwą światową karierę. Dwa lata po 1960 roku jego pojawienie się na futbolowych salonach nabierało dodatkowego znaczenia. Tym bardziej że w zespole Benfiki wystąpiło 4 piłkarzy pochodzących z krajów afrykańskich. Eusebio, Coluna i bramkarz Pereira byli Mozambijczykami a napastnik Aguas i rezerwowy Santana to Angolańczycy. Dziś obecność afrykańskich zawodników w najlepszych europejskich klubach jest normą, wtedy to było coś nowego. Benfika najprawdopodobniej nie zdobywałaby przez 2 lata z rzędu Pucharu Mistrzów, gdyby nie miał wyjątkowego trenera, Węgra Beli Gutmanna. Tuż po drugim z rzędu zwycięstwie Benfiki w europejskich pucharach Gutmann wyjechał z Lizbony. W nagrodę za zdobycie Pucharu Mistrzów otrzymał w Benfice premię o 4 tys. dolarów mniejszą niż za mistrzostwo Portugalii a ponieważ umiał liczyć, ruszył dalej w świat. Pracy nie musiał szukać; przestrzegał zasady że trzeci rok w pracy trenera bywa najgorszy i trzeba uciekać z klubu po dwóch, zwłaszcza kiedy się osiągneło sukces. Prowadził więc w swojej 40-letniej karierze ponad 20 różnych klubów. Kłótnie z prezesami stanowiły jego hobby. Milan zwolnił go w trakcie sezonu, mimo iż drużyna zajmowała pierwsze miejsce w lidze. Zdobywał tytuły mistrza Węgier, Portugalii, Urugwaju i stanu São Paulo. Kiedy Benfika wygrywała z Realem w Amsterdamie, Bela Gutmann miał 62 lata.
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
10
Pierwszy mecz piłkarski transmitowany w radiu w Hiszpanii:
Do tej pory uważaliśmy, że pierwszym meczem piłkarskim transmitowanym w Hiszpanii był finał Pucharu Świata rozegrany w Saragossie, na boisku Torrero, 15 maja 1927 roku, pomiędzy Real Unión de Irún i Arenas Club de Guecho. Jednakże w oparciu o serię ostatnich dochodzeń możemy potwierdzić, że przed tym finałem odbył się co najmniej jeden mecz transmitowany. Miało to miejsce w ramach tych samych rozgrywek, Mistrzostw Hiszpanii, w ćwierćfinałowym meczu rozgrywanym na boisku „Chamartín” w Madrycie, pomiędzy FC Barcelona i Real Betis Balompié, 2 maja 1927 r., czyli 13 dni przed wielkim finałem w Saragossie. Barcelona i Betis przystąpiły do tego meczu po zwycięstwach każdej z drużyn na własnych boiskach: Blaugrana 4-1 na stadionie „Les Corts” w pierwszym meczu rozegranym 17 kwietnia i „Verdiblancos” 1-0 na stadionie „Patronato” w rewanżu, który odbył się 24 kwietnia. Ponieważ w tamtym czasie różnica bramek nie była brana pod uwagę, mecz rozstrzygający musiał zostać rozegrany na neutralnym boisku. Aby ustalić miejsce, 28 kwietnia odbyło się losowanie w Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej, ponieważ w Madrycie musiał zostać rozegrany mecz dogrywki między Arenasem a Celtą. Losowanie ustaliło, że te dwie drużyny zagrają w niedzielę 1 maja na stadionie Metropolitano, a FC Barcelona i Betis w poniedziałek 2 maja na stadionie Santiago Bernabéu. Oczekiwanie na to spotkanie w Sewilli było ogromne. Zorganizowano nawet specjalny pociąg, który miał przewieźć kibiców na mecz, a także specjalnych korespondentów sewilskich gazet. W niedzielę 1 maja prasa sewilska opublikowała typową ówcześnie reklamę, zapowiadającą program lokalnej stacji radiowej EAJ-17, powiązanej z Unión Radio, i ostrzegającą, że w poniedziałek 2 maja o godzinie 18:00 podane zostaną informacje na temat meczu, który miał się odbyć w Madrycie pomiędzy Barceloną i Betisem.
Później, 3 maja, wraz ze szczegółowym sprawozdaniem z meczu pełnego incydentów, w którym kataloński klub wygrał 1:0, dodano kolejną wiadomość dotyczącą transmisji radiowej, autorstwa „spikera” Celestino Horacio, redaktora sportowego agencji „Febus”. Również notatka umieszczona w prasie przez klub Real Betis Balompié, w której kibice zostali zachęceni do powitania ekipy Betisu powracającej z Madrytu tego samego wieczoru na dworcu kolejowym Plaza de Armas, jasno wskazuje od samego początku, że mecz był transmitowany i słuchany w Sewilli. Nie jest jasne, czy ta audycja radiowa była również przeznaczona dla Barcelony, ponieważ jak dotąd nie znaleziono po niej śladu w prasie barcelońskiej. Czy mogła być nadawana tylko dla Sewilli, biorąc pod uwagę zainteresowanie, jakie wzbudziła w tym mieście?
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
2
@kamyk_23 No to już żałuje że ja nie pracowałem w jakimś zakładzie, który organizował takie wyjazdy na mecz...
1
@kamyk_23 O prosze! No to musi być super wspomnienie! Jeszcze Jasio Tomaszewski na bramce, bodaj jego ostatni występ w reprezentacji? Jesteś ze Śląska jeśli można wiedzieć? Czy też specjalnie jechałeś na ten mecz z daleka?
13
Polska! Białoczerwoni!
2 maja 1979 r. Polska pokonała Holandie na ,,Śląskim” 2:0 w eliminacjach do mistrzostw Europy. ,,Nie pomogły Johany, zwiędły tulipany"– śpiewali kibice na Stadionie Śląskim, gdy Zbigniew Boniek i Włodzimierz Mazur strzelali gole a Polska pokonywała wielką Holandię, ówczesnych wicemistrzów świata. Niecałe cztery lata wcześniej reprezentacja Polski rozegrała prawdopodobnie najlepszy mecz w historii. 10 września 1975 roku na Stadion Śląski zawitali wicemistrzowie świata Holendrzy i... dostali prawdziwą lekcję futbolu od biało-czerwonych, którzy wygrali 4:1. Także i tym razem ,,Oranje” przyjechali do Chorzowa w roli drugiej drużyny na świecie i... kolejny raz musieli uznać wyższość Polaków. Skończyło się wynikiem 2:0. Co ciekawe, Holandia trzeci raz gościła w słynnym „Kotle czarownic” i poniosła trzecią porażkę.
@Szalik
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
6
@FCBparasiempre
DRUGA RUNDA ELIMINACYJNA ZAWODÓW MADRYT 1902:
VIZCAYA BILBAO - NEW FC (MADRYT) 8-1 MADRYT: HIPÓDROMO (3000) 14.05.1902;Sędzia: James Morris (FC Barcelona). Gole: ? /Montojo.
Mecz ten nie przyniósł zbyt wielu emocji, gdyż Bilbao, grając w niebiesko-czerwonych koszulkach i niebieskich spodenkach (według jednego z doniesień), zdominowało New FC, które grało w czerwonych koszulkach i niebieskich spodenkach. Jedynym pocieszeniem dla drużyny z Madrytu był gol honorowy. Bramki zwycięskiej drużyny nie zostały uznane. Bardziej interesujące były argumenty Bilbao, które próbowało przełożyć finał o jeden dzień.
KONKURS FINAŁOWY W MADRYCIE 1902:
VIZCAYA BILBAO – FC BARCELONA 2:1 MADRYT: HIPÓDROMO 15.05.1902;Sędzia: Carlos Padrós. 1-0 (10') Astorquia. 2-0 (20') Cazeaux. 2-1 (75') Parsonsa
Vizcaya Bilbao: Luis Arana (Bilbao FC); Enrique Careaga (Bilbao FC), Pedro de Larrañaga (klub lekkoatletyczny); Luis Silva (klub lekkoatletyczny), Amador Arana (klub lekkoatletyczny), Enrique Goiri (klub lekkoatletyczny); Cazeaux (Bilbao FC/Francja), Juan De Astorquia – kapitan- (Athletic Club), L Dyer (Bilbao FC/Anglia), Ramón Silva (Athletic Club), Walter Evans (Bilbao FC/Anglia).
FC Barcelona: Samuel Morris (Hispania AC/Anglia); L Pamies, George Meyer (Szwajcaria); James Morris (Hispania AC/Anglia), Arthur Witty (Anglia), Miguel Valdés; John Parsons (Anglia), Hans Gamper -kapitan- (Szwajcaria), Udo Steinberg (Niemcy), Henry Morris (Hispania AC/Anglia), Alfonso Albéniz.
Dwaj rywale w końcu stanęli naprzeciw siebie. Stawką był nie tylko Srebrny Puchar Rady Miasta Madrytu, ale także prestiż bycia koronowanym na najlepszą drużynę w Hiszpanii, zgodnie z wyzwaniem wydanym przez francuski dziennik sportowy L'Auto-Vélo. Zaangażowanie w to wyzwanie oznaczało, że Bilbao wystawiło lokalną drużynę gwiazd zamiast któregokolwiek z dwóch klubów, które istniały w tamtym czasie a FC Barcelona zaprosiła trzech zagranicznych piłkarzy, którzy reprezentowali wicemistrza miasta, Hispania AC. Krótko mówiąc, Vizcaya nie była klubem, ale połączoną drużyną a FC Barcelona wydawała się wzmocniona, wykorzystując fakt, że turniej był meczem towarzyskim bez żadnego oficjalnego nadzoru. I tak narodził się pierwszy poważny spór w hiszpańskim futbolu: Vizcaya odmówiła rozegrania finału w zaplanowanym terminie, argumentując, że rozegrali już dwa mecze a także trzeci, będący treningiem, po przyjeździe do Madrytu. FC Barcelona sprzeciwiła się temu, ponieważ wielu jej zawodników musiało jak najszybciej wrócić do domów. Jury, odpowiedzialne za podjęcie decyzji, spotkało się z presją ze strony Bilbao, które zagroziło wycofaniem się, jeśli ich żądania nie zostaną spełnione. Ostatecznie, na wspólnym spotkaniu organizatorów z zawodnikami obu klubów, postanowiono, że finał odbędzie się po południu. Prawdziwym powodem tego zamieszania, prawdą stojącą za tym wszystkim, było to, że Vizcaya czekała na Enrique Careagę. Obawiając się, że nie dotrze na czas na mecz rano, udało im się przełożyć go na czwartą po południu, co pozwoliło im wystawić obrońcę Bilbao FC. Mecz rozpoczął się o godzinie 16:00. Vizcaya wystąpiła w białych koszulkach i niebieskich spodenkach a FC Barcelona w swoich standardowych strojach. Relacje opisują mecz jako zacięty i wysokiej jakości. Drużyna z Bilbao strzeliła dwa gole w pierwszej połowie, zmuszając FC Barcelonę do utrzymywania ofensywnej presji przez całą drugą połowę. Po zmniejszeniu strat, bezlitośnie atakowała bramkę Vizcaya a mecz zakończył się natarciem FC Barcelony w celu wyrównania. Vizcaya wywalczył dwa rzuty rożne przeciwko 10 zawodnikom FC Barcelony. Według niektórych komentatorów mecz trwał 75 minut. Niektórzy dziennikarze uważali, że Vizcaya zagrała godnie, choć FC Barcelona okazała się znacznie silniejsza. Hans Gamper wysłał do Barcelony telegram o 22:25: „Vizcaya”, z drużyną złożoną z najlepszych zawodników Bilbao, wygrała 2:1. Bardzo zacięty mecz. Liczna i entuzjastyczna publiczność. Dotrzemy w sobotę późno”. Tymczasem „El Liberal de Bilbao” donosił, że kibice i przyjaciele powitali zawodników orkiestrą dętą i ogromnym pokazem fajerwerków. Według „Heraldo del Sport” piłkarze byli oklaskiwani aż do siedziby Athletic Club przy Calle Nueva, gdzie entuzjastyczne okrzyki trwały nadal, gdy orkiestra zagrała „Gernikako Arbola”.
Stowarzyszenie „Gran Peña de Madrid”, zachęcone sukcesem, jaki odniosła organizacja Konkursu Rady Miasta, ufundowało kolejną nagrodę, która decydowała o drugim miejscu w Konkursie. Uzasadnienie wycofania się FC Barcelony jest dość osobliwe: FC Barcelona i Club Español de Football miały grać 14-go. Ponieważ Espanyol nie mógł wystawić pełnego składu w oczekiwaniu na posiłki, Blaugrana z rozwagą zdecydowała się nie grać i przełożyć mecz na późniejszy termin. Według wersji wydarzeń przedstawionej przez FC Barcelonę, Club Español de Football zażądał, aby Real Madryt i FC Barcelona zmierzyły się ze sobą 16 października, zgodnie z terminarzem turnieju, nie odwzajemniając gestu, jaki wcześniej wykonała FC Barcelona. Blaugrana, która udała się do Madrytu głównie po to, by zagrać z Athletic Bilbao, uznała postawę Espanyolu za lekceważącą i zdecydowała się wycofać z rozgrywek, podobnie jak wcześniej zrobił New FC, być może zdemoralizowany wynikiem meczu z Vizcaya. Pozostało im jednak przekonanie, że gdyby FC Barcelona odwołała się do jury w sprawie swoich praw, zostałaby wysłuchana i prawie na pewno zdobyłaby to trofeum, ponieważ udowodniła, że jest lepsza od rywali. Wersja podana w „Los Deportes” ma jeden punkt, który nie do końca się zgadza: skoro turniej jest przeznaczony dla drużyn wyeliminowanych, jak mecz może zostać zaplanowany na 14. kolejkę, skoro FC Barcelona wciąż musi rozegrać finał? Było wysoce nieprawdopodobne, aby ten mecz się odbył, ponieważ FC Barcelona jeszcze nie rozegrała finału a jej szanse na wygranie rozgrywek wciąż istniały. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Enrique Goiri z Vizcaya zauważa w liście do Los Deportes, że gdyby FC Barcelona rozegrała ten mecz z Club Español, drużyna z Bilbao nie wnioskowałaby o przełożenie finału, ponieważ obie drużyny byłyby na równych prawach, po rozegraniu dwóch meczów. Sugeruje to, że mecz FC Barcelona – Club Español rzeczywiście został zaplanowany, co podważa istotę „Gran Peña Cup”. Gdyby Puchar „Gran Peña” miał decydować o drugim miejscu w rozgrywkach, oczywiste jest, że skoro New FC się wycofał, powinien zostać rozegrany między trzema pozostałymi drużynami. Zdarzyło się tak, że rozegranie meczu FC Barcelona dzień po finale mogłoby zostać uznane za niesprawiedliwe wobec katalońskiego klubu, stąd decyzja o wycofaniu się. Należy jednak zauważyć, że FC Barcelona odmówiła przełożenia finału o jeden dzień z powodu konieczności powrotu do Barcelony, więc najwyraźniej umówiła się już na podróż powrotną na wieczór 15. W rezultacie w rywalizacji pozostały tylko zdeterminowane kluby Madrid FC i Español de Football, przy czym ten drugi zaprosił trzech lub czterech dodatkowych zawodników z Barcelony do gry w finale turnieju. W rezultacie Puchar „Gran Peña” został skrócony do jednego meczu, który miał wyłonić wicemistrza rozgrywek.
FINAL COPA GRAN PEÑA 1902:
MADRYT FC - CLUB ESPAÑOL (BARCELONA) 3-2 MADRYT: LAS VENTAS 16.05.1902
Enrique Goiri, zawodnik Athletic Club i członek Vizcaya, wysłał list do dziennika sportowego Los Deportes, w którym skarżył się na komentarze opublikowane w barcelońskim czasopiśmie, które były nieco nieścisłe. Zauważył na przykład, że Vizcaya nie otrzymał żadnych rzutów karnych w pierwszym meczu. Potwierdził, że bracia Silva odnieśli kontuzję na meczu treningowym, dlatego tylko jeden z nich mógł zagrać. Uzasadnił również odmowę rozegrania finału przez swoją drużynę z powodu zmęczenia – nie wspominając o oczekiwaniu na Careagę – i skrytykował FC Barcelonę za to, że nie zagrała z Club Español 14 lipca – co, jak stwierdził, potwierdziło niepewność związaną z regulaminem „Gran Peña Cup”. Skomentował również, że gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni w decydującym meczu, piłka toczyła się w strefie obronnej FC Barcelony. Przyznał, że FC Barcelona wykazała się większą determinacją i siłą przeciwko młodszej(a zatem mniej doświadczonej) drużynie Bilbao, która była znacznie bardziej zmęczona. Na koniec zauważa, że podczas gdy Vizcaya składała się z najlepszych piłkarzy z Bilbao, FC Barcelona wystawiła najlepszych z Katalonii, nie zapominając o uwzględnieniu trzech angielskich piłkarzy z Hispania AC. No cóż, jeśli jedna grupa wysłała zespół, druga grupa też powinna. Ale kiedy przychodzi do gloryfikowania sukcesu, kibice szaleją i depczą prawdę. W Bilbao o Vizcaya mówi się, jakby to był pełnoprawny klub, pomijając jego naturę reprezentacji narodowej. Niemniej jednak podkreślają nieobecność niektórych zawodników, którzy nie mogli podróżować. Przypisują to brakowi przygotowania – zapominając, że 31 kwietnia rozegrali swój drugi mecz międzynarodowy przeciwko Burdigalii. Aby uniknąć kwestii Careagi, upierają się przy wykazywaniu, że ich drużyna przyjechała wyczerpana na finał – zaliczając trening po przyjeździe do Madrytu jako mecz – i w ten sposób uzasadniają swoje naleganie na przełożenie meczu. I wreszcie, należy podkreślić niedogodności, jakie musieli pokonać w starciu z przeciwnikiem, który przybył do Madrytu z 20 rezerwowymi – dwiema delegacjami Barcelony, według doniesień „El Imparcial” – w porównaniu z zaledwie dwiema z nich, a także z licznymi wzmocnieniami. FC Barcelona jest nawet nazywana połączoną drużyną Barcelona-Hispania. Dla przykładu, komentują nawet strój drużyny przeciwnej, zauważając, że nosili nakolanniki, aby uniknąć kontuzji spowodowanych upadkami. Jako uzasadnienie wyniku meczu twierdzą, że w pierwszej połowie zdominowali Barcelonę, ale w drugiej połowie słońce przeszkadzało piłkarzom Bilbao – ale komu przeszkadzało słońce w pierwszej połowie? Na koniec opisują to jako „ogromną porażkę FC Barcelony”. To jest epickie: 2:1 to nie pogrom. W „El Liberal” z Bilbao, pod publikacją Cyrano, tytuł Mistrza Hiszpanii przyznano Vizcaya. Ciekawe stwierdzenie, które w kontekście euforii i pasji jest nawet akceptowalne, skoro Vizcaya zdobyła pierwsze trofeum, o które rywalizowali reprezentanci kilku miast. Nie zapominajmy przecież, że mieszkańcy Bilbao i Barcelony chcieli udowodnić, kto jest najlepszy w Hiszpanii w tych rozgrywkach. Problem tkwi w oficjalnym zaakceptowaniu tego stwierdzenia. Szczegółowo przeanalizowaliśmy wszystkie wydarzenia związane z Turniejem w Madrycie. Fascynujący i bardzo ważny turniej, godny szczególnej uwagi i należnego mu miejsca. Umieszczenie go na liście zwycięzców Mistrzostw Hiszpanii jest absurdalne, podobnie jak absurdalnie znalazł się na koszulkach Athletic Club w niedawnym finale Pucharu Króla w Walencji w 2009 roku. Turniej w Madrycie nie miał nic wspólnego z Mistrzostwami Hiszpanii. Podczas jego trwania widoczne było jedynie zainteresowanie piłką nożną, ogromna chęć rywalizacji między drużynami z różnych części Hiszpanii i potrzeba zorganizowania naprawdę poważnych rozgrywek. Zawody w Madrycie były zatem turniejem towarzyskim. Juan Padrós zorganizował je w rekordowym czasie i dzięki temu mógł powiedzieć: skoro udało się zorganizować te zawody, to z rocznym wyprzedzeniem Mistrzostwa Hiszpanii z pewnością się odbędą. Jasne stały się dwa pomysły: stworzenie podmiotu, który zrzeszałby wszystkie kluby piłkarskie, oraz przyznanie tej instytucji wszelkich uprawnień i kompetencji do organizowania hiszpańskiej ekstraklasy, wraz z gwarancjami. I na koniec jedna uwaga. Skoro trofeum zdobyła reprezentacja narodowa a nie Athletic Club, słuszne jest, aby Puchar był eksponowany w gablotach podmiotu, który faktycznie odziedziczył tę pierwotną reprezentację, czyli Biskajskiej Federacji Piłkarskiej, ponieważ trofea reprezentacji narodowych są przechowywane pod opieką odpowiednich federacji.
10
@FCBparasiempre
Mineło prawie 125 lat od tego wydarzenia a ono znów trafia na pierwsze strony gazet. Zarząd Athletic Club zdecydował o umieszczeniu trofeum Copa del Rey z 1902 roku na oficjalnej koszulce finału Mistrzostw Hiszpanii w 2009 roku, traktując go jak inauguracyjną edycję rozgrywek. Królewski Hiszpański Związek Piłki Nożnej (RFEF) oświadczył już, że nie uznaje trofeum i dlatego nie wpisał go do oficjalnego rejestru turnieju. Ten incydent po raz kolejny pokazuje, że wydarzenia sprzed około 100 lat wciąż budzą kontrowersje a wobec braku poważnego i dogłębnego śledztwa, osoby mające w tym interesy manipulują faktami, by służyły ich własnym celom. Czy Athletic Club lub RFEF (Królewski Hiszpański Związek Piłki Nożnej) zadały sobie trud opublikowania pełnego i wyczerpującego sprawozdania z tego, czym tak naprawdę był Puchar Hiszpanii z 1902 roku? Która strona ma rację? Zanurzymy się w prawdziwie wciągającą historię, w której bohaterowie tak głęboko się zaangażowali, że wydarzenia te stały się legendą. I jak w każdej legendzie, epicka narracja przesłoniła prawdę. Dlatego niektórzy uważają to za pierwsze Mistrzostwa Hiszpanii w historii, podczas gdy inni postrzegają je jako towarzyskie rozgrywki – w zależności od tego, czy opierają się na legendzie, czy na historycznej dokładności. W 1900 roku doszło do rozłamu w madryckim klubie Sky FC, na którego czele stał Julián Palacios. Ci dysydenci byli prekursorami oficjalnego powstania klubu Madrid FC. Odpowiadali za promocję piłki nożnej w całym Madrycie. Jednak do czasu zaangażowania Juana Padrósa, obecność tego sportu w Madrycie praktycznie nie istniała. Juan Padrós wkroczył na scenę w 1902 roku. Czuł silną potrzebę sformalizowania wszystkich swoich działań, świadomy, że historia będzie go tego później wymagać. Czuł, że obchody przysięgi Alfonsa XIII mogą być dobrą okazją do promocji piłki nożnej zarówno w Madrycie, jak i w Hiszpanii – było jasne, że doskonale rozumiał futbol rozgrywany w Barcelonie i Bilbao, prawdopodobnie dzięki ówczesnym publikacjom. Jeśli chciał być oficjalnie słyszany, musiał reprezentować oficjalnie ustanowione stowarzyszenie. Sprawy potoczyły się błyskawicznie: 6 marca Juan Padrós objął stanowisko prezesa klubu piłkarskiego Madrid FC, mając na celu prawne utworzenie spółki, która wystąpi do Rady Miasta Madrytu z wnioskiem o organizację zawodów. Oficjalne dokumenty przedstawiono 18 kwietnia a 22 kwietnia tego samego miesiąca oficjalnie ogłoszono powstanie spółki Madrid FC, której prezesem został Juan Padrós. Juan Padrós, nowo wybrany prezes stowarzyszenia, włożył cały swój entuzjazm w zorganizowanie „zawodów piłkarskich” korzystając z majowych uroczystości w stolicy, Madrycie, które tym razem zbiegły się z historycznym wydarzeniem: przysięgą na Konstytucję Hiszpańską złożoną przez Alfonsa XIII z okazji osiągnięcia pełnoletności. Rzeczywiście, Hiszpania znalazła się w dziwnej sytuacji po śmierci Alfonsa XII, ponieważ jego następca tronu jeszcze się nie narodził. Królowa, mianowana regentką, wypełniała obowiązki monarchii. 17 maja 1886 roku urodziła Alfonsa, który był królem Hiszpanii od momentu narodzin. Jednak aby Alfons mógł oficjalnie rządzić, musiał najpierw osiągnąć pełnoletność, która, decyzją Kongresu, wynosiła 16 lat. Protokół wymagał od króla złożenia przysięgi na wierność Konstytucji, co zostało zorganizowane na królewskie urodziny. Madryt został przyozdobiony światłami i gośćmi, a wszystkie gazety relacjonowały to historyczne wydarzenie. Akt przysięgi na wierność był równoważny ceremonii koronacyjnej innych monarchii, dlatego wielu nazywało to wydarzenie uroczystościami koronacyjnymi Alfonsa XIII. Negocjacje postępowały szybko, ponieważ „Konkurs” musiał być w pełni regulowany zaplanowanymi terminami. Mieli niewiele ponad półtora miesiąca na jego zorganizowanie i przygotowanie drużyny do godnej rywalizacji. Rada Miasta Madrytu z zadowoleniem przyjęła propozycję Padrósa. Sam burmistrz Alberto Aguilera bezpośrednio poparł organizację wydarzenia. Zawody były częścią uroczystości ale klub Madrid FC odpowiadał za wszystkie szczegóły organizacyjne: opracowanie regulaminu, znalezienie trofeum, zaproszenie uczestników, przygotowanie boiska… tysiąc rzeczy w czasach, gdy wszystko załatwiano telegraficznie. Niewątpliwie, bez nieocenionej współpracy z nowo powstałym madryckim czasopismem sportowym „El Heraldo del Sport” zasięg turnieju i wywołane przez niego oczekiwania nie byłyby takie same. Wkrótce opublikowano regulamin „Rozgrywek Związku Piłki Nożnej”, w których nagrodą był srebrny puchar ufundowany przez Radę Miasta Madrytu: regulamin rozgrywek piłkarskich organizowanych przez Madrid FC:
1. W Konkursie mogą wziąć udział wszystkie stowarzyszenia Hiszpańskiej Federacji Piłki Nożnej, rejestrując się do 1 maja. W tej sprawie należy skontaktować się z Prezesem Stowarzyszenia „Madrid FC”, Calle de Alcalá, 48, Madryt.
2. Po rejestracji Stowarzyszenie prześle listę drużyny z nieograniczoną liczbą zawodników rezerwowych.
3. Nagroda stanie się prawowitą własnością Stowarzyszenia, które ją otrzyma.
4. Mecze będą rozgrywane w seriach, drużyny będą losowane dwójkami a zwycięzcą zostanie drużyna, która wygra ostatnią serię.
5. W przypadku remisu sędzia może przedłużyć mecz o 15 minut.
6. Mecze zostaną rozegrane w dowolnym terminie, chyba że kapitanowie ustalą inaczej.
7. Sędziowie zostaną wyznaczeni za obopólną zgodą przez kapitanów rywalizujących drużyn. W przypadku braku porozumienia, Jury dokona wyboru. Sędzia ma obowiązek sporządzić protokół dla Jury, podpisany przez niego i obu kapitanów a po upływie 48 godzin żadne roszczenia nie będą uwzględniane.
8. Wszelkie różnice i roszczenia muszą zostać zgłoszone w formie pisemnej Jury, które zastrzega sobie prawo do ich rozstrzygnięcia.
Zasady opublikowano w różnych ówczesnych czasopismach sportowych. Wiemy, że sam Juan Padrós wysłał kopię do klubów Barcelony, które brały udział w Pucharze Macaya. W międzyczasie klub otrzymuje od najznakomitszego burmistrza srebrne trofeum, które przechodzi ostateczne wykończenie w prestiżowych warsztatach pana Marabiniego, odpowiedzialnego za jego wykonanie. A tor wyścigowy jako boisko! Książę Sesto, jako prezes Towarzystwa Promocji Hodowli Koni, uzyskał prawo użytkowania toru od Towarzystwa Wyścigów Konnych i Polo oraz Ministerstwa Rolnictwa. Mając zaledwie kilka dni do stracenia, znaleźli dobrze zlokalizowane i łatwo dostępne miejsce na „Paseo de la Castellana”(w obszarze znanym obecnie jako „Nuevos Ministerios”) ale w nie najlepszym stanie. Teren miał dwie trybuny po jednej stronie, naprzeciwko której znajdowało się główne wejście dla większości publiczności. Obwód centralnego owalu wynosił 1400 metrów, pozostawiając wymiary 110 m x 90 m do gry w piłkę nożną. Zawodnicy narzekali na tak szerokie boisko. Środek toru, tępy jak na trawę, był żyzny od obornika ze stajni. Trzeba było włożyć mnóstwo pracy w jego oczyszczenie a dodatkowo przygotowano szczepionki przeciw tężcowi. Pesymiści, czyli przeciwnicy tego sportu natychmiast przedstawili swoją wersję wydarzeń: „Te dzieci ryzykują życie”. Wszystko było gotowe. Na dzień 2 maja zarejestrowani uczestnicy to: Z Madrytu: Madrid FC i New FC. Z Barcelony: FC Barcelona i Club Español de Football. Z Bilbao: Vizcaya. Dotarła również notatka z Universitari SC de Barcelona, usprawiedliwiająca nieobecność, której termin pokrywał się z terminami egzaminów końcowych, co miało wpływ na całą kadrę składającą się ze studentów. Reprezentacje Madrytu przybyły do turnieju bardzo słabo przygotowane. W swojej historii rozgrywały jedynie krótkie mecze między sobą, nie umawiając się na mecze z innymi drużynami. Jest to dość dziwne, ponieważ zarówno Madryt FC, jak i New FC grały w piłkę nożną wyłącznie dla przyjemności, bez ducha rywalizacji. Wreszcie, gdy turniej był już w pełni zorganizowany, prezydenci, Juan Padrós i Ángel Mayora, zorganizowali mecz towarzyski. Miał to być pierwszy mniej lub bardziej poważny mecz w historii Madrytu. Wykorzystali święto 2 maja, aby sprawdzić swoje siły i przygotować się do rozgrywek.
MADRYT FC - NOWY FC 1-1 HIPÓDROMO 02.05.1902. Sędzia: Juan Padrós. Bramki: 0-1 Vallarino. 1:1 Sáinz de los Terreros.
Wynik końcowy odzwierciedla wyrównany poziom obu drużyn. Vallarino strzelił gola dla New FC w pierwszej połowie a Sáinz de los Terreros wyrównał w drugiej. Sędzią był Juan Padrós. Nie ma wątpliwości, że obie drużyny pokazały, że są bardzo niedoświadczone i nie dały poważnych gwarancji zwycięstwa rywalom, którzy zapowiedzieli swoją obecność. Największą zaletą była frekwencja, która wyniosła ok. 1000 osób. Apel z madryckich rozgrywek pojawia się w momencie, gdy piłka nożna w Bilbao rozszerza swój zasięg międzynarodowy. Dwa kluby współistnieją i to w bardzo pozytywny sposób: Athletic Club i Bilbao FC. Wczesną wiosną 1902 roku Ricardo Ugalde zdołał zorganizować dwa mecze towarzyskie z francuskimi sąsiadami w Bordeaux. Przeciwnikiem był jeden z lokalnych klubów, Burdigalia, zrzeszony w „USFSA”. Na potrzeby tych podwójnych międzynarodowych zawodów, drużyny z Bilbao postanowiły połączyć swoje składy w jedną drużynę o nazwie Vizcaya. Zespół odniósł dwa ważne zwycięstwa, zdobywając tytuł „najlepszej drużyny w Hiszpanii”, jak donosi reporter L'Auto-Vélo. Nie ma wątpliwości, że drużyna z Bilbao miała ogromny potencjał, ponieważ składała się z zawodników z bogatym doświadczeniem sportowym: Alejandro de la Sota grał w Plymouth, Pedro de Larrañaga w Newcastle, a ich gwiazda, Juan de Astorquia, grał przez cztery lata w Anglii. W swoich szeregach mieli również kilku angielskich piłkarzy.
VIZCAYA BILBAO - BURDIGALIA BORDEAUX 7-0 BILBAO: 31.04.1902
Zwycięstwo nad Burdigalią było miażdżące i napełniło drużynę z Bilbao pewnością siebie. Otrzymawszy zaproszenie z Madrytu, nie dali przekonującej odpowiedzi dotyczącej frekwencji. Wydawało się, że Athletic Club rzeczywiście jest chętny ale brakowało mu gwarancji. W końcu, wzmocnieni dwoma zwycięstwami, postanowili zreformować drużynę i zarejestrowali się jako Vizcaya. Niektóre media określały ich mianem Vizcaya-Athletic. Po przybyciu do Madrytu drużyna z Bilbao postanowiła trenować na Hipodromie, aby zapoznać się z boiskiem. Rozegrali mecz towarzyski, w którym bracia Silva doznali kontuzji w wyniku przypadkowego zderzenia. Ramón doznał rozcięcia języka i nie mógł zagrać w pierwszym meczu. Ten trening i kontuzja zawodnika powróciły później, gdy relacjonowali wydarzenia z turnieju.
FC Barcelona właśnie zdobyła Puchar Macaya – w tamtych latach turnieje nazywano według stawek: puchar, medal… a nie, jak teraz, według systemu rozgrywek: liga, puchar. To były najważniejsze rozgrywki w mieście. Przytłoczyli rywali wysokimi wynikami. W ataku znaleźli się John Parsons (Anglik), Hans Gamper (Szwajcar), Udo Steinberg (Niemiec), Joaquín C. García (Hiszpan, który grał w Plymouth) i Gustavo Green (urodzony w Maladze i z angielskim obywatelstwem). Reakcją w Barcelonie, gdy L'Auto-Vélo ogłosiło Vizcaya najlepszą drużyną w Hiszpanii, a drużyna z Bilbao się z tym zgodziła, było przyjęcie wyzwania. Zaproszenie do gry w rozgrywkach w Madrycie było darem niebios, ponieważ byli gotowi znaleźć terminy podróży do Bilbao a następnie podjąć rywali w Barcelonie. Nie musieli tego robić. Problemem dla FC Barcelony była organizacja wyjazdu do Madrytu. Nie mogli liczyć na wszystkich zawodników pierwszego zespołu i musieli włączyć do składu zawodników rezerw, takich jak Luis Puelles, José Llobet i Alfonso Albéniz, choć ten ostatni rozegrał już kilka meczów w pierwszym zespole. Niezadowolony z liczby zawodników, których mógł sprowadzić, poprosił o wzmocnienie w postaci trzech braci Morris z Hispania AC, drużyny, która nie zamierzała grać. W ten sposób Anglicy Samuel (bramkarz, który miał już 35 lat), James i Henry Morris dołączyli do FC Barcelona. Ci piłkarze byli dobrze znani w Barcelonie, ponieważ należą do grona postaci historycznych, które wprowadziły piłkę nożną w 1894 roku, kiedy to barcelońskie „Towarzystwo Piłkarskie” rozgrywało mecze z Torrelló FC. Bracia Parsons, John i Williams, oraz Szwajcar Udo Steinberg, współzałożyciele FC Barcelony, również byli obecni na tych meczach. W skład ekspedycji FC Barcelony wchodziło 18 członków: Castellví, Pamies, S. Morris, Meyer, J. Morris, Gamper, H. Morris, Llobet, Witty, Terradas, Parsons, Valdés, Steinberg, Albéniz, O. Maier, P. Haas, Montañés i Chown. Luis Puelles nie jest wymieniony na oficjalnej liście, chociaż w pierwszym meczu zagrał w bramce zamiast Samuela Morrisa. Z kolei Club Español de Football, dzięki skoordynowanemu wysiłkowi swojej drużyny, zdołał zgromadzić niemal wszystkich zawodników wyjściowych, z dwoma wyjątkami, i wystawił jedenastu zawodników na mecz w Madrycie, który uznał za historyczny. Należy zauważyć, że Club Español de Football wybrał tę nazwę w opozycji do FC Barcelony, ponieważ jego szeregi składały się wyłącznie z piłkarzy hiszpańskich, w przeciwieństwie do międzynarodowej kadry Blaugrany. Z Barcelony wynika, że oba kluby zabrały do Madrytu „4 nowe i wspaniałe piłki Valdés-Swift(złota jaskółka), które bez wątpienia przyciągnęły uwagę kibiców”. Mogła powstać trzecia drużyna FC Barcelony, Universitari SC, ale jak już wspomnieliśmy, terminy nie były idealne dla drużyny studenckiej. Egzaminy końcowe sprawiły, że ich zawodnicy nie mogli podróżować z jakąkolwiek pewnością. W następujący sposób tygodnik „Los Deportes de Barcelona” komentował ogólną atmosferę Konkursu w swoim numerze 19 z 18 maja 1902 r.: „Hipodrom Castellana prezentował we wtorek rano wspaniały widok. Cały tor wypełniony był potrójnymi rzędami krzesełek, całkowicie zajętych przez widzów, w tym znaczną liczbą kobiet. Na pozostałych odcinkach toru, w umiarkowanych ilościach, również jeźdźcy i powozy. Podobno tłumy, które przybyły na mecze piłki nożnej, znacznie przewyższyły te na zawodach jeździeckich. Oczekiwania były ogromne, ponieważ wielu nie znało tej dyscypliny. Wśród uczestniczących klubów były „Madryt” i „Nowa” ze stolicy, „Vizcaya” z Bilbao oraz „Barcelona” i „Español” z Barcelony. Faworytami, od których oczekiwano najlepszej i najbardziej decydującej walki, były Bilbao i „Barcelona”. Mecz został dobrze przyjęty, z aplauzem za punkty i dobrą grę; zwycięzcy byli oklaskiwani a sesje były bardzo emocjonujące.” Jak głosi historia, atmosfera była spektakularna. Bilety rozdawano za pośrednictwem współpracowników, na zaproszenie członków Madrid FC. New FC również otrzymało sporą liczbę biletów. Zapotrzebowanie na bilety na finał było tak duże, że niektóre źródła podają nawet, że były one sprzedawane po cenie: 0,25 pesety za trybuny i 0,10 pesety za bilety wstępu.
PIERWSZA RUNDA ELIMINACYJNA ZAWODÓW MADRYT 1902:
VIZCAYA BILBAO - CLUB ESPAÑOL (BARCELONA) 5-1 MADRYT: HIPÓDROMO (2500) 13.05.1902;Sędzia: Samuel Morris (FC Barcelona). 0-1 (¿?') Ponz. 1-1 (¿?') Evansa. A potem Evans 2, Dyer, Astorquia.
FC BARCELONA – MADRYT FC 3-1 MADRYT: HIPÓDROMO (2500) 13.05.1902;Arb: Luis Arana (Vizcaya). 1-0 (?') Steinberg. 2-0 (?') Steinberg. 2-1 (?') Johnson. 3-1 (?') H Morris.
FC Barcelona: Luis Puelles; José Llobet, Arthur Witty -kapitan- (Anglia); Bartolomé Terradas, George Meyer (Szwajcaria), Miguel Valdés; John Parsons (Anglia), Hans Gamper (Szwajcaria), Henry Morris (Hispania AC/Anglia), Udo Steinberg (Niemcy), Alfonso Albéniz.
Madryt FC: Juan Sevilla; Rafael Molera, Mario Giralt; José Góngora, Álvaro Spottorno, José Palacios; Arthur Johnson (Anglia), José Giralt, Antonio Sánchez Neyra, Armando Giralt, Eustaquio Celada.
W obu meczach zwyciężyła logika i faworyci. Pierwszy mecz rozpoczął się o 9:00 rano. Vizcaya została zaskoczona bramką Espanyolu, ale potem zareagowała i wyraźnie ograła swoich przeciwników. Oprócz czterech bramek w drugiej połowie, doniesienia wskazują, że Vizcaya miała rzut karny, który nie został wykorzystany. Należy również zauważyć, że składy były już mylące, ponieważ udział braci Arana został potwierdzony dopiero w ostatniej chwili. Plotka głosiła, że zderzyli się na treningu i odnieśli kontuzje — później plotka przeszła na braci Silva. Ciekawostką było również to, że obie drużyny miały na sobie te same stroje, oba w kolorze białym, więc Club Español de Football zgodził się nosić czerwoną opaskę po tym, jak drużyna z Bilbao odmówiła zmiany swojej. Następnie, o godzinie 11:00 w obecności burmistrza Madrytu rozpoczął się drugi mecz. Real Madryt wyszedł na boisko w białych barwach z czerwonymi i żółtymi pasami, mierząc się z FC Barceloną w niebiesko-czerwonych pasach i białych spodenkach. Drużyna Barcelony wykazała się większym doświadczeniem i sprawnością, pokonując drużynę z Madrytu, która odpowiedziała z zaangażowaniem i determinacją. Zderzenie jednego z braci Giralt, José, z bramkarzem Barcelony doprowadziło do pierwszej kontuzji w turnieju – piłkarza Realu Madryt, który na szczęście wrócił do gry po opatrzeniu. Publiczność okazywała niezachwiane wsparcie dla swojej drużyny, nieustannie bijąc im brawo. Rozległy się również gwizdy skierowane do zagranicznych piłkarzy FC Barcelony… ponieważ drużyna gości wystawiła sześciu reprezentantów kraju. Co ciekawe, madrycki dziennik „El Imparcial ” również opublikował relacje z obu meczów. W żadnym z nich składy wyjściowe nie były identyczne a gazeta podała również, że FC Barcelona wystawiła 20 rezerwowych a Real Madryt 37. Nie mieli oni zbyt dużej wiedzy na ten temat.