11

Wybitny, genialny, po prostu „Kici”:

13 czerwca 1934 r. urodził się legendarny polski napastnik- Lucjan Brychczy. Gdyby Lucjan Brychczy urodził się pięćdziesiąt lat później, zapewne byłby gwiazdą światowego futbolu. Zamiast tego jest legendą Łazienkowskiej 3, choć wcale nie jest powiedziane, że mu to przeszkadza… Popularny „Kici” barw Legii Warszawa bronił nieprzerwanie od 1954 roku. Oczywiście najpierw jako piłkarz (grał tam do 38 roku życia), później jako trener. Niewykluczone, że gdyby nie jego służba wojskowa, jego kariera w zespole ze stolicy byłaby dużo krótsza. Jednak jako wojskowy nie mógł sobie pozwolić na wyjazd, dlatego też smakiem musiały obejść się kluby belgijskie czy francuskie, a także Real Madryt, gdzie widział go Helenio Herrera. Jednak zanim do tego doszło, Kici większość swojej młodości spędził na Śląsku. Urodził się w Nowym Bytomiu jako syn powstańca i przedwojennego oficera Wojska Polskiego. Pierwsze piłkarskie szlify zbierał w miejscowej Pogoni, a także w gliwickim ŁTS Łabędy. Pierwsze rozczarowanie przyszło, podczas testów w ukochanym Ruchu Chorzów, które nie przyniosły mu miejsca w zespole. Warto dodać, że przed grą treningową, celowo dano mu wtedy za duże buty, by nie wypadł za dobrze. Kto wie, czy przez ten incydent Niebiescy nie stracili następcy Ernesta Wilimowskiego i godnego partnera dla Gerarda Cieślika. Gdyby nie ojciec piłkarza, prawdopodobnie zostałby bokserem, gdyż takżę i do tego sportu przejawiał spory talent. Jednak pod zarzutami, że dyscyplina ta ogłupia, zakazał synowi bokserskich treningów. I dzięki temu Kici został na stałe z futbolem. W ówczesnych czasach trenerem Legii Warszawa był Węgier Janos Steiner. Z nim też wiążę się ciekawa historia. Mianowicie w każdy poniedziałek rano, kupował „Przegląd Sportowy”, a jako że nie znał języka polskiego, prosił Ernesta Pola, żeby tłumaczył mu go na niemiecki, ze szczególnym uwzględnieniem wyróżniających się zawodników. Później przygotowywał notatkę z nazwiskami piłkarzy z dopiskiem „Proszę ich sprowadzić do CWKS”. Kiedy trener znad Balatonu ujrzał Lucjana Brychczego, zażądał natychmiastowego sprowadzenia go do Legii. Młody Ślązak dostał więc powołanie do wojska pół roku przed terminem! A skąd wziął się pseudonim Brychczego? To jego trener wymyślił pseudonim, który przylgnął do niego na zawsze. Kici po węgiersku znaczy mały(Brychczy miał 166 cm wzrostu). – Kici das ist Kici – mawiał Steiner – szibkie labda, dużo rucha, gut spielt, dobra robi gol. Węgier chciał uczynić z Legii klub wojskowy na kształt Honvedu Budapest, gdzie wraz z powołaniem do wojska przychodzili czołowi węgierscy zawodnicy, których po zakończeniu służby namawiano do pozostania. I to dzięki niemu piłkarze z Łazienkowskiej mieli okazję poznać wicemistrzów świata. ,,Kilka miesięcy później, Steiner zabrał nas na obóz na Węgry. To była zima 1955 roku. Trenowaliśmy z Honvedem. Było się od kogo uczyć. Puskas, Bozsik, Kocsis – te nazwiska powalały z nóg. Oni byli wicemistrzami świata a powinni być mistrzami. Oglądaliśmy razem ten film z finału i widzieliśmy, że strzelili prawidłową bramkę. To była drużyna nie z tej ziemi. I właśnie na koniec tamtego zgrupowania graliśmy z nimi. Ludzie mówili: „Po co wam to, 10:0 wam wrzucą i tylko się zdołujecie”. A my nawet prowadziliśmy 2:1, ja strzeliłem oba gole, Szymkowiak obronił karnego Puskasowi. W końcu przegraliśmy 2:3 ale zobaczyliśmy, że nie jesteśmy tacy słabi”– Lucjan Brychczy, podczas wywiadu z Markiem Wawrzynowskim. Już sezon po przyjściu do Legii zaczął z nią święcić triumfy jako podstawowy zawodnik. W sezonach 1955 i 1956 zdobył zarówno mistrzostwo, jak i Puchar Polski. Był już wtedy reprezentantem kraju. Jako członek drużyny miasta Warszawy uczestniczył w premierowym meczu na Camp Nou. Otrzymał za to 20 dolarów, co było znaczną kwotą dla mieszkańca PRL-u. Kiedy jego służba wojskowa dobiegła końca, władze musiały solidnie się napracować, by przekonać go do pozostania w stolicy. Z jednej strony najlepsza drużyna w kraju, w której barwach Brychczy bardzo się rozwinął, z drugiej jednak żona, która mieszkała na Śląsku, a także koledzy: Ernest Pol i Edmund Kowal, którzy namawiali Kiciego do gry w Górniku Zabrze. Warto też dodać, że w tamtych czasach mało kto mógł finansowo konkurować z bogatymi klubami wspieranymi przez kopalnie. Chytry plan miał na celu przekonanie Małgorzaty do przyjazdu do Warszawy. Prawdopodobnie największą zasługę w powodzeniu misji trzeba przypisać ojcu piłkarza, który miał wielki posłuch u małżonków. Zamieszkali przy Świętokrzyskiej i tak pozostaje do dziś.

W reprezentacji też grał pierwsze skrzypce. Był jej kapitanem, a także wystąpił z nią na Igrzyskach Olimpijskich w Rzymie. W sumie w barwach narodowych rozegrał 58. spotkań, ale jednym z najważniejszych było to rozegrane na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Wtedy to swoim fenomenalnym trafieniem piętą oczarował rywali, w których barwach grały takie tuzy jak Alfredo Di Stefano czy Francisco Gento. To właśnie po tym meczu zaczęto mówić o zainteresowaniu jego osobą przez wielki Real Madryt. A podpułkownik Kici grał jednak dla Legii. I to jak grał! Delikatny kryzys dopadł go po przyjściu do klubu czeskiego szkoleniowca Jaroslava Vejvody, który swoim podopiecznym fundował ciężki trening zwany bombonami. 32 letni Brychczy nie był w stanie osiągać wymaganych rezultatów i został przez to nawet wyrzucony z treningu. Doszli jednak do porozumienia, by zawodnik nie kończył kariery, chociażby po to, by pod jego okiem rozkwitał wielki talent Kazimierz Deyna. Była to świetna decyzja. Kici dalej czarował i doprowadził Legię do kolejnych dwóch mistrzostw i Pucharów Polski a także półfinału Pucharu Mistrzów. Warto zauważyć, że wszystkie gole w ćwierćfinałowej rywalizacji z Galatasaray zdobył właśnie On (1:1 w Stambule, 2:0 w Warszawie). Gdy kończył karierę, wśród gości na pożegnalnym meczu był nawet słynny Wacław Kuchar. Dziś jest członkiem sztabu szkoleniowego Legii i synonimem jej sukcesów. Podczas jego obecności na Łazienkowskiej Wojskowi zdobyli dziesięć mistrzostw kraju i siedemnaście Pucharów Polski, czyli wszystkie, jakie mają w swojej kolekcji.

Osiągnięcia klubowe:

Legia Warszawa:

4 x mistrzostwo Polski (1955, 1956, 1969, 1970)

4 x Puchar Polski (1955, 1956, 1964, 1966)

1 x Półfinał Pucharu Mistrzów (1970)

3 x Król strzelców I ligi (1957, 1964, 1965)

Osiągnięcia reprezentacyjne:

występ na IO (1960)

Osiągnięcia trenerskie

Legia Warszawa:

3 x Puchar Polski (1973, 1980, 1990)

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

5

@FCBparasiempre
Wracając do turnieju. Obok Polski do kolejnej fazy awansowała Argentyna, NRD, RFN, Jugosławia, Brazylia, Holandia i Szwecja. Z barwnych sytuacji z pozostałych spotkań należy odnotować przede wszystkim futbol totalny Holendrów. Oranje zaprezentowali najbardziej wybiegany, ofensywny futbol w historii. Bez dwóch zdań najpiękniejszy w tych czasach i jeden z najpiękniejszych kiedykolwiek. Jugosławia poprawiła wynik Polaków z Haiti, ogrywając Zair 9:0. Przy wyniku 3:0 doszło do pierwszej w dziejach mundiali zmiany bramkarza. Mwamba Kazadi został zastąpiony przez Dimbiego Tubilandu. Liczby pokazują, że nie było to zbyt dobre posunięcie. W drugiej fazie rozgrywek Biało-Czerwoni wylądowali w grupie B ze Szwecją, Jugosławią i RFN. Drugą czwórkę tworzyły ekipy Holandii, Brazylii, NRD i Argentyny. Na dwa dni przed starciem ze Skandynawami trener Górski dał swoim zawodnikom i współpracownikom wolny wieczór. Mogli robić to, na co mają ochotę, przy jednym warunku – muszą wrócić do hotelu najpóźniej o 23:00. Jacek Gmoch udał się z Henrykiem Loską na pieszą wycieczkę po okolicy. Biało-Czerwoni byli objawieniem mundialu, stąd nie dziwne, że stali się obiektem zainteresowań mieszkańców Murrhardt. Spacerujących Polaków zauważyła pewna para i od razu udała się w ich kierunku. Dziewczyna poprosiła Gmocha o autograf. Ten oczywiście się zgodził, jednak wielkie było jego zaskoczenie, gdy ta rozpięła bluzkę i jako miejsce złożenia podpisu wskazała swój biust. Trener z uśmiechem na ustach złożył sygnaturkę. Chłopak poszedł jeszcze o krok dalej. Rozpiął spodnie i… wypiął w kierunku Gmocha goły pośladek. Jak wspomina Loska: „Myślałem, że Jacek go w ten tyłek kopnie, a on, w swoim stylu, złożył autograf!” Andrzej Strejlau również chciał przejść się na wieczorny spacer. Powstrzymał go sam Kazimierz Górski, mówiąc tajemniczo, że „dziś będą się tu działy ciekawe rzeczy”. W tym momencie mamy do czynienia z początkiem pewnej strategicznej zagrywki naszego trenera. Kazimierz Deyna, Zygmunt Kalinowski, Mirosław Bulzacki, Jerzy Gorgoń i Adam Musiał wrócili do hotelu pół godziny po wyznaczonej godzinie. Przy recepcji czekał na nich Górski. W polemikę z trenerem wdał się jedynie Musiał, reszta grzecznie uciekła do swoich pokojów. Nazajutrz sternik naszej kadry ogłosił, że Musiał złamał regulamin i zostaje odesłany do domu. Pozostali zawodnicy zaczęli prosić o zmianę decyzji. Trener tysiąclecia postawił sprawę jasno – jeśli wygracie mecz ze Szwecją, pozwolę Musiałowi zostać, jeśli nie wygracie, jedzie do Polski. Wygrali 1:0 po bramce Laty. Warto podkreślić, że Jan Tomaszewski obronił rzut karny wykonywany przez Jana Tappera. Na czym polegała zagrywka Górskiego? Pan Kazimierz doskonale zdawał sobie sprawę, że najtrudniejszym meczem na turnieju jest mecz numer cztery. Mówiło i mówi o tym wielu byłych szkoleniowców i piłkarzy. Nasz rodak nie chciał, by w szeregach jego drużyny pojawiło się rozluźnienie po wygraniu grupy śmierci, o co zadbał zawieszając Musiała. Zawodnicy stanęli na rzęsach, by przywrócić go do zespołu i pokonali, w wielkich trudach, przeciwników ze Skandynawii. Zawodnik wrócił do składu i rozegrał resztę turnieju w pełnym wymiarze czasowym. Mecz z Jugosławią miał być z pozoru najłatwiejszym starciem tej fazy rozgrywek. Zwycięstwo 2:1, po bramkach Deyny i Laty, przyszło, dosłownie i w przenośni, w ogromnych bólach. Nasz kapitan trafił z rzutu karnego podyktowanego za faul Karasiego na Szarmachu. Faul miał wielkie znaczenie w perspektywie kolejnych wydarzeń. Diabeł doznał bolesnej kontuzji uda, na którym pojawił się krwawy guz wielkości piłki tenisowej. Sztab medyczny nie wiedział, co zrobić. Pojawiły się pomysły włożenia nogi do gipsu. Na szczęście znalazł się niemiecki lekarz z Murrhardt, zamroził ranę naszego napastnika, a następnie solidnie rozmasował. Krwiak ustąpił, ból niestety nie. Szarmach walczył z czasem, by wykurować się na starcie z gospodarzami, Zachodnimi Niemcami, mające de facto rangę półfinału. Niestety, przegrał tę walkę i w przedostatnim meczu turnieju nie był do dyspozycji trenera. 3 lipca 1974 roku. Frankfurt, Waldstadion. Starcie RFN z Polską było bojem o finał Mistrzostw Świata. Obfite opady deszczu spowodowały, że murawa stadionu wyglądała jak zalane pastwisko. Pojawiło się duże prawdopodobieństwo, że mecz zostanie przełożony, za czym optowała cała nasza załoga. Odmiennego zdania byli niestety Niemcy. Rywale doskonale zdawali sobie sprawę, że taka aura jest ich przywilejem i zwiększa szansę pokonania Polaków.

Po pierwsze – nie było wątpliwości, że to nasi piłkarze znacznie lepiej operują piłką po ziemi. Po drugie – niezwykle efektowne rajdy skrzydłem Gadochy eliminowały wodne zastoiska. Po trzecie – w szeregach Górskiego brakowało Szarmacha, zawodnika niezwykle dobrze grającego głową, który w takich warunkach mógłby być zabójczą bronią. Sędzia uznał, nieco pod presją gospodarzy, że mecz może zostać rozegrany. „To były zawody kajakowe, można było się popluskać, pobawić w wodzie, ale nie grać w piłkę”. Powyższe słowa Grzegorza Laty nie pozostawiają żadnych złudzeń. Boisko nie pozwalało na stworzenie dobrego widowiska, pomimo faktu, że biegali po nim jedni z najlepszych piłkarzy na świecie. O Meczu na wodzie powiedziano już właściwie wszystko, przez dziesięciolecia był wspominany i analizowany przez wielu fachowców. Odnotujmy, że Tomaszewski obronił jedenastkę wykonywaną przez Uliego Hoenessa, dzięki czemu został pierwszym golkiperem w dziejach światowego czempionatu, który na jednym turnieju dwukrotnie zatrzymał strzały z wapna. Nie był jednak w stanie uchronić drużyny przed porażką. Obustronna wymiana ciosów padła łupem gospodarzy. Nasi zawodnicy nie znaleźli sposobu na świetnie dysponowanego Seppa Maiera. Jedyną bramkę zdobył legendarny Gerd Muller, zapewniając Niemcom trzeci finał Mistrzostw Świata. Grupę A wygrała tymczasem fenomenalna Holandia a drugie miejsce zajęli Brazylijczycy. Właśnie z aktualnymi Mistrzami Świata przyszło zmierzyć się zawodnikom Kazimierza Górskiego o srebrny medal. Tuż po wodnym starciu z RFN pojawiło się trochę luzu w szeregach ekipy, co jeszcze bardziej spotęgowała możliwość sprowadzenia do hotelu jednej osoby przez każdego z polskich bohaterów. Do większości piłkarzy przyjechały żony lub partnerki, do części jeden z rodziców. Luz bardzo dobrze zadziałał na głowy Polaków. Zupełnie odmienna atmosfera panowała w ekipie Canarinhos. Z uwagi na brak obrony tytułu, w swoim kraju zostali już przeklęci. Chcieli za wszelką cenę udowodnić swoją wyższość w małym finale. Na mecz z naszą drużyną wyszli bardzo zmotywowani. Można powiedzieć, że wręcz przemotywowani. Zdecydowanie więcej samby zaprezentowali Biało-Czerwoni. Prawdziwym maestro został Grzegorz Lato, autor ponad 50-metrowego rajdu, zakończonego jedynym w tym meczu trafieniem, zapewniającym naszym zawodnikom trzecie miejsce na świecie. Cała polska załoga została w Niemczech aż do wielkiego finału, który oglądała z perspektywy trybun. Niestety, nie wszyscy dotarli na to spotkanie. Część działaczy postanowiła zarobić i przehandlowała swoje bilety. Na boisku w Monachium miała miejsce swoista powtórka finału sprzed dwudziestu lat. Oranje, podobnie jak Węgrzy w Bernie, szybko wyszli na prowadzenie za sprawą karnego Neeskensa. Piłkarsko byli znacznie lepsi od Niemców. Ci jednak wygrali wyrachowaniem, ponownie odwracając losy Mistrzostwa Świata. Trafienia Breitnera i Mullera spowodowały, że zawodnicy Helmuta Schona mogli na oczach własnego kraju świętować drugi tytuł mistrzowski. Franz Beckenbauer spełnił obietnicę złożoną swojemu ojcu 20 lat wcześniej i wzniósł do góry Puchar Świata. Jak smakował drugi triumf Niemiec Zachodnich w ich kraju? Słodko-gorzko. Niby była euforia, ale nie taka jak po pierwszym Mistrzostwie Świata, a nawet nie taka jak dwa lata wcześniej, gdy RFN okazała się najlepszą drużyną w Europie. Poza tym wiele osób nie mogło wybaczyć swoim zawodnikom porażki 0:1 z NRD, poniesionej w swoim pierwszym turniejowym meczu. Holandia z 1974 roku bije się w opowiadaniach i wspomnieniach z Węgrami z 1954 roku o miano najpiękniejszych przegranych w historii. Główny dowódca pomarańczowej bandy, Johan Cruijff, wspominał w swojej biografii: „Nasze występy wywołały na całym świecie pozytywne reakcje i wzbudziły podziw dla naszej gry, a to było znacznie ważniejsze. Daliśmy nadzieję wszystkim zawodnikom, którzy, jak ja, nie byli wielcy ani silni. Podczas tego turnieju w pewnym sensie zmieniła się cała filozofia gry w piłkę. Owa filozofia była w gruncie rzeczy bardzo prosta i pozostaje taka do dziś. Oto piłka i albo wy ją macie, albo oni ją mają. Jeśli jest w waszym posiadaniu, oni nie zdobędą bramki. Jeśli zrobicie z piłki odpowiedni użytek, zyskujecie większą szansę na dobry wynik”.

Królem strzelców futbolowych zmagań w RFN został strzelec 7 goli, Grzegorz Lato. Drugą strzelbą, z pięcioma trafieniami, dysponowali Johan Neeskens i Andrzej Szarmach. Po powrocie naszych piłkarzy do Polski, rozpoczęło się istne szaleństwo. Ponad 100 tysięcy Warszawiaków wyszło na ulice stolicy, by oglądać ich przejazd autokarem z otwartym dachem. Zawodnicy niemal utracili życie prywatne. Gdzie tylko się pojawili, tam momentalnie otaczał ich tłum w celu zrobienia zdjęcia, zdobycia autografu, samej rozmowy. W corocznym plebiscycie Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca roku aż trzy z pięciu czołowych lokat zajęli srebrni medaliści Mistrzostw Świata. Deyna był drugi, Lato czwarty, a Gadocha piąty. Wymiar pierwszego wielkiego sukcesu polskiej piłki nożnej znakomicie opisał Kazimierz Górski: „Zaczęło się od głodu sukcesu. W społeczeństwie biednym, któremu wmawiano, że jest dobrze, mamiono wielkomocarstwowymi obietnicami lub statystykami, sport spełniał rolę szczególną. Był uśmiechem, czymś dobrym i pięknym. Wszyscy byliśmy spragnieni osiągnięć drużyny narodowej”. Jan Tomaszewski w książce Karoliny Apiecionek ,,Mundial 1974. Dogrywka” wspominał: „Pan Kazimierz Górski był dla mnie papieżem polskiej piłki. Jako szkoleniowiec był bardzo dobry, jako człowiek – fenomenalny! Wszyscy mówią: miał zawodników. Nie, cały czas szukał! Bulzacki, bohater z Wembley nie gra, wchodzi jakiś gówniarz Żmuda. Strzelec złotej bramki, Jasiu Domarski, nie gra, wchodzi jakiś młokos Szarmach. Leszek Ćmikiewicz nie gra, wchodzi jakiś Ślązak Zygmunt Maszczyk i co się okazuje? Ta drużyna zdobywa trzecie miejsce na świecie! To jest po prostu niemożliwe! A jednak pan Kazimierz tego dokonał”.

7

@FCBparasiempre
Jeśli zapytamy przeciętnego Polaka, z czym kojarzy mu się 1974 rok, to bez wątpienia, nieważne czy zna się na piłce nożnej czy nie, wskaże na trzecie miejsce naszych rodaków na Mistrzostwach Świata, wywalczone w Republice Federalnej Niemiec. W związku z tym przedstawię przede wszystkim kulisy wspaniałego występu podopiecznych trenera tysiąclecia, Kazimierza Górskiego. Niemcy Zachodnie miały sporo czasu na solidne zorganizowanie jubileuszowego, 10. turnieju Mistrzostw Świata. Organizacja została im powierzona niemal 10 lat przed jego rozpoczęciem. Po tym jak Puchar Rimeta trafił na własność Brazylijczyków, ogłoszono plebiscyt na nowy puchar dla zwycięzcy. Spośród zgłoszeń wybrano dzieło włoskiego rzeźbiarza, Silvio Gazzanigi. Oryginał został wykonany z 18-karatowego złota, waży 6,175 kg przy 36 cm wysokości. Tym razem ustalono, że w żadnym przypadku nie trafi do jakiejkolwiek krajowej federacji, bez względu na liczbę triumfów na największej piłkarskiej imprezie na świecie. Każdy zwycięzca otrzyma pozłacaną replikę i musi pocieszyć się tym, że zostanie wygrawerowany na spodzie oryginalnego trofeum, które na co dzień znajduje się w siedzibie FIFA. Co ciekawe, po Mundialu w 2038 roku nie będzie już miejsca na kolejnego triumfatora. Do eliminacji zgłosiło się 99 drużyn. Siedem z nich (Filipiny, Gabon, Indie, Jamajka, Madagaskar, Sri Lanka i Wenezuela) wycofało się przed startem. Polska wylądowała w piątej grupie strefy europejskiej wraz z wyspiarskim towarzystwem, Anglią i Walią. Nie ma wątpliwości, że zdecydowanym faworytem byli Mistrzowie Świata z 1966 roku. Biało-Czerwoni tworzyli młodą, zdolną drużynę, scementowaną triumfem na Igrzyskach Olimpijskich w 1972 roku. Kwalifikacje do mundialu rozpoczęliśmy fatalnie, przegrywając na wyjeździe z Walią 0:2. Tylko cud na Stadionie Śląskim mógł przedłużyć nasze nadzieje na awans. I cud się wydarzył, po bramkach Gadochy i Lubańskiego pokonaliśmy Anglię 2:0. Niestety, strzelec drugiej bramki świętował przez łzy. Po starciu z McFarlandem doznał paskudnej kontuzji, po której przeszedł dwie nieudane operacje. Całe nieszczęście na długo wyeliminowało go z gry w piłkę. Nasz najlepszy napastnik tamtych czasów wspominał tę sytuację w książce ,,Życie jak dobry mecz”: „Nie zapomnę tego do końca życia. Oprócz strasznego bólu, który wydawał mi się nie do wytrzymania, była jeszcze jedna rzecz, bardzo mnie niepokojąca – niesamowity trzask, który usłyszałem. To był trzask kosteczki, która się odrywała od ścięgna”. Już bez Lubańskiego Polacy wygrali z Walią 3:0 a następnie pojechali na Wembley stoczyć bezpośrednie starcie z Synami Albionu o bilety do RFN. Pozycję wyjściową mieli ciut lepszą, bo wystarczał im remis. W pierwszej połowie dzielnie i heroicznie odbierali ataki gospodarzy a dwanaście minut po wznowieniu gry wyszli na prowadzenie za sprawą trafienia Jana Domarskiego. Nie cieszyli się z niego zbyt długo, bo już kilkaset sekund później z rzutu karnego wyrównał Allan Clarke. Wynik 1:1 utrzymał się do końcowego gwizdka, co oznaczało pierwszy od 1938 roku awans na piłkarskie Mistrzostwa Świata. Sam mecz urósł do miana legendy, tak jak m. in. interwencje Jana Tomaszewskiego, którego przed meczem Brytyjczycy porównywali do clowna i sama bramka Domarskiego, do dzisiaj kojarzonego przede wszystkim z tym dokonaniem. Na karty pod autografy wkradł się jednak mały chochlik. Władze kraju i działacze Polskiego Związku Piłki Nożnej zakładały, że złoty remis na Wembley i pierwszy po II Wojnie Światowej awans na Mistrzostwa Świata jest szczytem możliwości podopiecznych Kazimierza Górskiego: „Jedziemy, bo jedziemy, ale nie stawiamy przed wami żadnych celów. Po prostu nie przynieście nam wstydu. Tam będą grały największe gwiazdy światowej piłki”. Takie podejście drażniło złotych medalistów Igrzysk Olimpijskich z 1972 roku w Monachium. Wyrażało totalny brak wiary w samych zawodników i trenera. Kazimierz Górski zabrał na mundial następujących zawodników: Jan Tomaszewski, Andrzej Fischer, Zygmunt Kalinowski, Antoni Szymanowski, Zbigniew Gut, Jerzy Gorgoń, Henryk Wieczorek, Mirosław Bulzacki, Władysław Żmuda, Adam Musiał, Lesław Ćmikiewicz, Kazimierz Deyna, Henryk Kasperczak, Zygmunt Maszczak, Roman Jakóbczyk, Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, Robert Gadocha, Jan Domarski, Zdzisław Kapka, Kazimierz Kmiecik, Marek Kusto. Asystentami szkoleniowca byli Jacek Gmoch i Andrzej Strejlau, którzy niespecjalnie za sobą przepadali. Mistrzostwa Świata rozegrano w dniach 13 czerwca – 7 lipca 1974 roku na stadionach w dziewięciu miastach: Monachium, Berlin, Stuttgart, Gelsenkirchen, Düsseldorf, Frankfurt, Hamburg, Hannover i Dortmund. Na długo przed rozpoczęciem zawodów zastanawiano się nad opcją zwiększenia liczby finalistów. Finalnie zrezygnowano z pomysłu i w Niemczech wystąpiło 16 drużyn: Republika Federalna Niemiec (gospodarz), Brazylia (mistrz), Polska, Bułgaria, NRD, Włochy, Holandia, Szkocja, Szwecja, Jugosławia, Argentyna, Chile, Urugwaj, Haiti, Australia i Zair. Wprowadzono natomiast nowy format rozgrywek, mający zwiększyć liczbę meczów. Trzeba przyznać, że uatrakcyjnił zawody i bardzo dobrze zdał egzamin. Zrezygnowano z fazy pucharowej, zastępując ją drugą fazą grupową. Zestawienie pierwszej rundy:

Grupa 1: Australia, Chile, NRD, RFN

Grupa 2: Brazylia, Jugosławia, Szkocja, Zair

Grupa 3: Bułgaria, Holandia, Szwecja, Urugwaj

Grupa 4: Argentyna, Haiti, Polska, Włochy

Dwie najlepsze drużyny z każdej z grup zapewniało sobie awans do najlepszej ósemki zawodów, podzielonej na dwie grupy. I tutaj każdy grał z każdym. Zwycięzcy drugich grup awansowali do wielkiego finału, a wiceliderzy rozgrywali między sobą mecz o 3. miejsce. Co ważne, od tego turnieju aż po mundial we Francji w 1998 roku, nagradzano wszystkich “półfinalistów”. Za pierwsze miejsce przyznawano złote medale, za drugie srebrne pozłacane, za trzecie srebrne, a za czwarte brązowe. Przed bezbramkowym meczem otwarcia we Frankfurcie, rozegranym między Brazylią a Jugosławią, piosenkę Futbol odśpiewała Maryla Rodowicz. Reprezentacja Polski rozpoczęła swoje zmagania trzeciego dnia turnieju. Wydawało się, że, wobec kontuzji Włodzimierza Lubańskiego, podstawowym napastnikiem będzie bohater z Wembley, Jan Domarski. Górski postawił tymczasem na zawodnika, który na szczeblu reprezentacyjnym ogrywał się głównie w młodzieżówce prowadzonej przez Andrzeja Strejlaua. Wielu miało wątpliwości co do wyboru Andrzeja Szarmacha. Sam zainteresowany był zaniepokojony, co wyraził w swojej biografii ,,Diabeł nie anioł”: „Jak to ja? Nie Domarski? Pełne zaskoczenie i dla mnie, i dla kolegów z drużyny. W głowie gonitwa myśli. Noc długa i prawie nieprzespana. I pytana: Co robić? Jak grać? Czy dam radę?” Zdecydowanie dał radę. W pierwszym meczu z Argentyną już w ósmej minucie zamknął usta krytykantom i uciszył swoje czarne myśli. W tym momencie Biało-Czerwoni prowadzili już 2:0, bowiem chwilę wcześniej trafił Lato. Na kontaktową bramkę Heredii z 60. minuty momentalnie odpowiedział Lato. Na nic zdał się gol Babingtona na 3:2. Mecz zakończył się właśnie takim rezultatem. Piłkarski świat w szoku, Polacy nie dowierzali. W Murrhardt, malowniczym miasteczku goszczącym naszą reprezentację, zapanowała wielka radość. Mieszkańcy w momencie pokochali zawodników znad Wisły i wspierali ich równie mocno jak swoją drużynę. Trener i jego podopieczni zaczęli otrzymywać listy z gratulacjami z całej Polski, co trwało aż do zakończenia turnieju. Ponadto do Laty, Szarmacha, Deyny i spółki zaczęli przybliżać się przedstawiciele zachodnich klubów, kusząc dużymi pieniędzy. Sytuacja polityczna w kraju cały czas była zła, zawodnicy mieli zakaz zagranicznych transferów aż do ukończenia 30. roku życia. Pozostanie na zachodzie było równoważne z ucieczką. Drugą przeszkodą było starcie z egzotyczną reprezentacją Haiti. Było jasne, że rywale są o klasę gorsi od naszych zawodników, choć w kwietniu przed mundialem okazali się górą w bezpośrednim meczu towarzyskim, wygrywając 2:1. Na turnieju Polacy nie pozostawili żadnych złudzeń. Kanonada strzelecka, 7:0, jedno z najwyższych zwycięstw w historii Mistrzostw Świata. Łupem bramkowym podzielili się Lato x2, Deyna, Szarmach x3 i Gorgoń. Tym samym Orły Górskiego zapewniły sobie awans do drugiej rundy grupowej. Wcześniej trzeba było jeszcze rozegrać ostatnie starcie pierwszej fazy. Przed meczem z Włochami rozpoczęły się próby “motywacji” Polaków. Biało-Czerwoni awans mieli już w kieszeni, zatem było pewne, że jedna z ekip, wymienianych przed turniejem w gronie faworytów do zwycięstwa, niebawem pojedzie do domu. Włoska federacja obiecała swoim piłkarzom po 30 tys. dolarów premii za awans do czołowej ósemki. Ci postanowili zaproponować 10% swojego wynagrodzenia piłkarzom Górskiego. 3 tys. dolarów było sumą, za którą w ówczesnej Polsce można było kupić samochód z górnej półki. Ostatecznie przybyszom z Półwyspu Apenińskiemu nie udało się dotrzeć do naszych zawodników i przekazać ustalonej przez siebie sumy. Polacy znów dali popis swoich umiejętności, wygrywając z Włochami 2:1 po golach Szarmacha i Deyny. Koniec tematu? Otóż nie. Ponad osiem lat później Grzegorz Lato trafił do meksykańskiego Atlante, gdzie spotkał argentyńskiego piłkarza, Rubena Ayalę. Ten powiedział mu, że przed starciem Polski z Włochami wraz z kolegami z drużyny zebrał 22 tys. dolarów, z czego 18 tys. zostało przekazane żonie jednego z Polaków wraz z apelem o zwycięstwo z bezpośrednim przeciwnikiem do awansu. Niczego nieświadomi piłkarze Górskiego, no może poza jednym wyjątkiem, wygrali. Argentyna w tym samym czasie pokonała Haiti 4:1, zatem z perspektywy przybyszy z Ameryki Południowej wydawało się, że wszystko poszło zgodnie z ustalonym planem. Lato przekazał informację kolegom z drużyny i rozpoczęło się poszukiwanie piłkarza, który bez wiedzy pozostałych przytulił 18 tys. dolarów. Bez skutku. Po latach milczenie przerwał Iggy Boćwiński, Argentyńczyk polskiego pochodzenia, który stwierdził, że to on przekazał pieniądze, a odbiorcą była żona Roberta Gadochy. „Robert zachował pieniądze dla siebie. Zresztą zaskoczył mnie tym zupełnie. Zapytałem, jak zamierza podzielić kasę. Wtedy powiedział: . Byłem bardzo zaskoczony taką postawą Gadochy”. Orły Górskiego przeklęły byłego zawodnika Legii Warszawa. W gruncie rzeczy nie ma co się dziwić – za wygranie mundialowego meczu dostawali raptem po… 40 dolarów. Po wyjściu na jaw całej sprawy, Gadocha praktycznie odizolował się od świata. Do sytuacji odniósł się dopiero w 2013 roku, zapewniając, że żadnych pieniędzy nie przyjął.

12

Cules nie zapominają o pierwszych legendach FC Barcelony:

13 czerwca 1877 r. w Berlinie urodził się Udo Steinberg niemiecki inżynier, sportowiec oraz działacz sportowy i pierwszy Niemiec w Dumie Katalonii. W 1902 roku zdobył dwa pierwsze gole przeciwko Realowi Madryt(ówcześnie FC Madrid) jako zawodnik FC Barcelony w pierwszej edycji Pucharu Króla, co czyni go pierwszym strzelcem w El Clásico. Steinberg pracował między innymi w sporcie-piłki nożnej, lekkoatletyki, krykieta, tenisa, kolarstwa, boksie i dyscyplinach alpejskich, pracował również jako redaktor sportowy. Od 1901 do 1910 Udo Steinberg był aktywnym piłkarzem Blaugrany. W 1902 roku założył klubową szkołę piłkarską, poprzedniczkę „La Masii”, którą kierował do 1916 roku. Od 1906 r. pisał jako redaktor w gazecie sportowej „El Mundo Deportivo”. W tym samym roku objął przewodnictwo w „Związku Klubów Piłkarskich Barcelony”, które później przekształciło się w Kataloński Związek Piłki Nożnej. Oprócz swojej pasji do piłki nożnej, był również entuzjastą lekkoatletyki, krykieta, tenisa, piłki rowerowej(gymkhana) i hokeja, udzielał się również jako sędzia. W owym czasie Steinberg był uważany za najskuteczniejszego napastnika FC Barcelony z ponad 60 golami. W 1910 roku zakończył aktywną karierę jako regularny zawodnik Blaugrany z powodów zawodowych.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

13

Dyktatura Franco wobec Dumy Katalonii:

13 czerwca 1943 r. doszło do skandalu na Estadio Chamartin w Madrycie. FC Barcelona przegrała 11:1 z Realem Madryt w rewanżowym półfinale Copa del Generalismo. W pierwszym spotkaniu na Camp Nou Blaugrana wygrała pewnie 3:0 i na trybunach po raz pierwszy w Hiszpanii dało się słyszeć gwizdy przeciwko dyktaturze Franco. Ruszyła wtedy machina propagandowa przeciwko Dumie Katalonii i jej graczom. Cegiełkę dołożył Real, który do każdego biletu na mecz rewanżowy dołączał gwizdek, którego kibice mieli używać, gdy jakikolwiek gracz Barçy dojdzie do piłki. Gracze gości dostali w szatni ,,instrukcje” przekazane przez Dyrektora Generalnego ds. Bezpieczeństwa Narodowego aby swoją grą nie wzburzać tłumu a niektórym graczom takim jak Escola, Balmanya i Raich przypomniano iż reżim odpuścił im wcześniejsze winy za wspieranie przeciwnych władzy frakcji w czasie wojny domowej. Podobne zalecenia dał tuż przed meczem arbiter spotkania Celestino Rodriguez. Spotkanie było jednostronne, kibice obrzucali bramke Blaugrany kamieniami i monetami, które dawno wycofano z obiegu. Bramkarz stał więc przy linii pola karnego, co ułatwiało Realowi zdobywanie goli. Prawda jest taka że piłkarze Barçy byli w szatni zastraszani a nawet grożono im śmiercią. To była typowa ustawka reżimu Franco. Po meczu gości z niezrozumiałych powodów ukarano za zamieszki razem z gospodarzami a prezydenci obu klubów ustąpili ze stanowiska. Ze strony FC Barcelony był to Enrique Piñeyro, członek reżimu ale jednocześnie człowiek honorowy, który złożył oficjalny protest i poparł go swoją rezygnacją. W Realu Madryt nowym prezydentem został Santiago Bernabeu.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

@FCBparasiempre
W historii piłkarskich mistrzostw świata znajdziemy wiele dramatycznych spotkań. Niespodziewane zwroty akcji, wspaniałe bramki, czy indywidualne popisy zawodników na długo zapadają kibicom w pamięć. Podobnie jest z hitami, które obfitują w wiele ostrych, czy nierzadko wręcz brutalnych starć. W wielu turniejach sympatycy futbolu byli świadkami pojedynków, które przeszły do historii jako „bitwy”. Bitwa o Norymbergę z 2006 r., bitwa o Santiago z 1962 r., czy bitwa o Berno z 1954 r. to najsłynniejsze z nich. Również przed wojną zawodnicy nie przebierali w środkach, żeby przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Do historii przeszło spotkanie Brazylii z Czechosłowacją z 1938 r., które określa się jako bitwę o Bordeaux. Dla Brazylii był to trzeci występ w mistrzostwach świata. Podczas turniejów w Urugwaju i Włoszech kończyli swój udział na pierwszej rundzie. Tym razem miało być jednak inaczej. Kiedy piłkarze pojechali do Francji, cały kraj ogarnął niespotykany wcześniej entuzjazm. Według dziennikarzy liderami zespołu mieli być Domingos da Guia i Leônidas da Silva. Pierwszy trzymał w ryzach formację obronną a Alex Bellos pisał o nim, że miał taki spokój i siłę charakteru, że potrafił dryblingiem wyjść nawet z najgorszej sytuacji. Drugi był błyskotliwym środkowym napastnikiem, a o jego technice, kociej zwinności i zaskakujących strzałach krążyły już legendy. Dzięki swoim akrobatycznym popisom w polu karnym rywali zyskał przezwisko człowiek guma. Nasi południowi sąsiedzi jechali do Francji jako wicemistrzowie świata. We Włoszech dali rady pokonać jedenastki gospodarzy, która wspierana była przez szwedzkiego sędziego Eklinda. Mimo porażki po powrocie witały ich tysiące kibiców. Reprezentacja była oparta o piłkarzy praskich Sparty i Slavii, jedynie paru zawodników występowało w innych klubach. Niekwestionowaną gwiazdą był František Plánička, którego obok Ricardo Zamory i Rudiego Hidena zestawiano jako jednego z najlepszych bramkarzy lat 30. Nie bał się ryzyka i często odważnie rzucał się pod nogi napastników. Dzięki swojej zwinności zyskał przydomek kot z Pragi. W ataku brylował król strzelców poprzednich mistrzostw Oldřich Nejedlý, a wspierał go Antonín Puč, który jest najskuteczniejszym strzelcem w historii reprezentacji Czechosłowacji. W drodze do ćwierćfinału Brazylijczycy musieli wcześniej uporać się z Polską. Mecz przeszedł do historii. Wynik 6:5 przez wiele lat był rekordem w liczbie strzelonych bramek w jednym meczu. Osiągniecie Wilimowskiego, który strzelił cztery gole, wyrównał dopiero 28 lat później Eusébio. Do legendy przeszedł też występ Leônidasa, który miał podobno grać… na bosaka, ale to oczywiście nieprawda. Chociaż chciał i odrzucił nawet buty w kierunku ławki rezerwowych, jednak Ivan Eklind nie pozwolił mu na kontynuowanie gry. Prawdą jest natomiast, że gola strzelił bosą nogą, gdyż chwilę wcześniej jego but ugrzązł w błotnistej murawie. Szerzej o tamtym spotkaniu pisał Bartek Matulewicz w tym miejscu. Również Czechosłowacy nie zdołali rozstrzygnąć swojego pierwszego meczu na francuskich mistrzostwach w ciągu 90 minut. W Le Havre na stadionie Cavee Verte mierzyli się z Holendrami, którzy nie należeli wtedy do gigantów europejskiego futbolu. Mimo to po ostatnim gwizdku utrzymywał się bezbramkowy remis. Dopiero w dogrywce Josef Košťálek po zamieszaniu w polu karnym zdołał pokonać Adriaana van Male. Holendrzy zerwali się do kontrataków, ale Plánička był tego dnia świetnie dysponowany. Podbudowani strzeleniem pierwszej bramki gracze Czechosłowacji jeszcze dwukrotnie trafili do siatki rywali i spotkanie zakończyło się ich wyraźnym zwycięstwem. 40 tys. zgromadzonych na trybunach kibiców przyszło na Stade du Parc Lescure w Bordeaux, żeby oglądać wielkie widowisko. Naprzeciw siebie stanęli przecież finezyjni i znakomici technicznie Brazylijczycy, którzy wielu oczarowali swoją grą w meczu z Polską i jedna z najlepszych drużyn świata – Czechosłowacja. Płonne niestety były ich nadzieje. Mecz zapewne na długo pozostał w ich pamięci, ale bynajmniej nie z powodów sportowych.

Pewni siebie Brazylijczycy spodziewali się dość łatwej przeprawy. Sądzili, że skoro potrafili wygrać w takich okolicznościach z Polską, to poradzą sobie też z naszymi południowymi sąsiadami. Tymczasem Czechosłowacy od początku grali bardzo uważnie i ostrożnie, nie pozwalali wirtuozom z Ameryki Południowej na zbyt wiele. Być może niespodziewane trudności w rozegraniu piłki sprawiły, że ekipa Brazylii zaczęła tracić opanowanie i coraz trudniej było im utrzymać nerwy na wodzy. Pierwszym, który nie wytrzymał był Zezé Procópio. Po około kwadransie gry, za bezmyślne kopnięcie w brzuch Oldřicha Nejedlego, sędzia Pál von Hertzka z Węgier wyrzucił go z boiska. Od tej chwili gra się zaostrzyła, choć wcześniej też nie brakowało fauli. Pierwsi przepisy przekroczyli co prawda Czesi, ale było to w normalnej, sportowej walce, bez złośliwości. Co chwilę ktoś zwijał się z bólu na murawie. Raz jedni, raz drudzy, częściej faulowali jednak przybysze zza oceanu. „Przegląd Sportowy” określił mecz mianem mordowni i pisał, że Brazylijczycy pokazali „pazurki”. Dziennikarze w pomeczowych relacjach nie mogli się nadziwić, co stało się z naszymi niedawnymi rywalami, którzy przecież w walce z Polską starali się być dżentelmenami. Przewaga była po stronie Brazylijczyków. Znakomite zawody rozgrywał znowu Leônidas, na skrzydle świetnie dysponowany był Lopes, a Domingos da Guia stanowił w obronie mur nie do przejścia. Za wszelką cenę chcieli zdobyć bramkę i nie przebierali w środkach. Wreszcie ich starania przyniosły skutek. W 30. minucie gry Leônidas świetnie przyjął piłkę tuż przed polem karnym, zwiódł defensywę i strzelił nie do obrony. Plánička nie próbował nawet interweniować. Brazylia grała w osłabieniu, ale prowadziła. Powinna raczej uspokoić grę i kontrolować jej przebieg. Gorący południowy temperament znów jednak dał o sobie znać. Jeszcze przed końcem pierwszej odsłony Machado w ordynarny sposób kopnął Jana Říhę. Czech nie pozostał dłużny i po wymianie ciosów obaj musieli udać się do szatni. Na początku drugiej połowy tego wątpliwej urody spektaklu przewaga zarysowała się po stronie Czechosłowaków. Nie potrafili jej jednak udokumentować. Atak ich był powolny i nieskuteczny, popełniali proste błędy. Brakowało kogoś, kto potrafiłby wziąć ciężar gry na siebie i swoimi indywidualnymi umiejętnościami przechylić szalę zwycięstwa. Szczęście uśmiechnęło się do nich w 65 minucie. Po zagraniu piłki ręką w polu karnym Brazylii rzut karny na bramkę zamienił Nejedlý. Wkrótce potem czechosłowacki snajper po jednym z ostrych starć musiał opuścić boisko. Jak się później okazało, złamał on nogę i ta kontuzja praktycznie zakończyła jego międzynarodową karierę. Siły się wyrównały. Obie drużyny musiały radzić sobie w dziewiątkę. Brazylijczycy byli szybsi, lepsi technicznie i przeważali w środku pola, gdzie świetnie radził sobie kapitan Martim. W dogrywce role się odwróciły. Więcej sił zachowali nasi sąsiedzi. Brazylia grała jednak na czas i wyraźnie dążyła do utrzymania wyniku, który oznaczał powtórzenie meczu. Cel osiągnęli. Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1. Bitwa o Bordeaux zakończyła się usunięciem z boiska trzech piłkarzy, co było swoistym rekordem mistrzostw. Lekkich urazów doznali Leônidas i Perácio. W starciu z tym drugim wielkiego pecha miał Plánička. W końcówce odważnie rzucił się Brazylijczykowi pod nogi, ale w chwilę później zwijał się z bólu. Dzięki zabiegom medycznym zdołał wrócić na boisko i obronił jeszcze parę groźnych strzałów. Wydawało się, że niedyspozycja była tylko chwilowa, ale wieczorne prześwietlenie potwierdziło najgorsze obawy. Okazało się, że czeski bramkarz złamał rękę i turniej właśnie się dla niego zakończył. To był jego ostatni, 73. występ w narodowych barwach. Oprócz połamanych Plánički i Nejedlego, do grona kontuzjowanych w ekipie Czechosłowacji dołączył Josef Košťálek, który doznał poważnego urazu żołądka. To była prawdziwa rzeźnia, jak pisano w prasie.

Do powtórzonego meczu doszło dwa dni później. Brazylijczycy wymienili prawie cały skład. Zostawili tylko Leônidasa i bramkarza Waltera. Byli tak pewni zwycięstwa, że większość z nich jeszcze przed rozpoczęciem spotkania udała się do Marsylii, gdzie miał odbyć się półfinał, w którym czekali już Włosi. Czesi przeprowadzili sześć zmian. W bramce zagrał Karel Burkert, który godnie zastąpił kota z Pragi. W ataku miejsce Nejedlego zajął Vlastimil Kopecký. To właśnie on wyprowadził europejski zespół na prowadzenie. Niedługo później doznał kontuzji i musiał opuścić boisko. Wrócił co prawda po przerwie, ale wtedy już rywale zaczynali kontrolować przebieg gry. Na drugą odsłonę reprezentanci Brazylii wyszli niesamowicie zdeterminowani. Grali znakomicie. Tuż przed upływem godziny gry wyrównał niezawodny Leônidas. Czechosłowacy zerwali się jeszcze do ataku i przeprowadzili akcję, po której wydawało się, że znowu wyjdą na prowadzenie. Strzelał Karel Senecký, którego po pierwszym meczu w trybie pilnym ściągnięto z Pragi, a piłkę z linii… albo już zza linii, o czym nie sposób dziś rozsądzić, zdołał wygarnąć Walter. Faktem jest jednak, że sędzia Georges Capdeville gola nie uznał. Wynik strzałem głową ustalił w 62. minucie Roberto. Brazylijczycy mogli szykować się do półfinałowego występu. Grając bez Leônidasa, musieli jednak uznać wyższość Włochów, którzy zmierzali po drugi tytuł mistrza świata. W meczu o trzecie miejsce Brazylia zdołała jednak pokonać Szwecję i po raz pierwszy tak wyraźnie zaznaczyła swoją obecność na mistrzostwach świata. Już wtedy mieli w składzie wielkie gwiazdy, które w kraju chciały podziwiać dziesiątki tysięcy kibiców. Nie tworzyli jednak jeszcze drużyny, odstawali od europejskich drużyn pod względem taktycznym, a na dodatek, o czym dobitnie przekonali się Czesi, grali bardzo brutalnie. Nasi południowi sąsiedzi marzenia o sferze medalowej musieli odłożyć do 1962 r. Tam po raz kolejny mieli okazję spotkać się z… Brazylią ale to już temat na inną opowieść.

12

Żywe legendy rodzimego futbolu:

12 czerwca 1971 r. w Słupsku urodził się Tomasz Iwan, pomocnik. Klubową karierę rozpoczynał w Jantarze Ustka(1988 r.) Na najwyższym poziomie rozgrywkowym debiutował w Olimpii Poznań. W sezonie 1991/92 trafił do ŁKS-u Łódź. Rok później wrócił do Wielkopolski. Grał w poznańskiej Warcie. W 1994 r. Tomasz Iwan podpisał kontrakt z holenderską Rodą JC Kerkrade. Dobre występy zaowocowały transferem do Feyenoordu Rotterdam. Największe sukcesy Tomasz Iwan odnosił jednak z PSV Eindhoven. W klubie z południowej Holandii grał przez 4 sezony (1997-2001). Dwukrotnie zdobywał z drużyną mistrzostwo kraju. Od 2001 r. występował w klubach austriackich (Austria Wiedeń, Admira Wacker Mödling). W 2005 roku wrócił do Polski. Grał w Lechu Poznań. Z powodu kontuzji, po sezonie zakończył karierę. Tomasz Iwan debiutował w kadrze meczem Polska - Francja(Paryż, 1:1). Wraz z kolegami, wywalczył awans na mundial 2002, w Korei i Japonii. Decyzją trenera Jerzego Engela, nie znalazł się w kadrze na MŚ w Azji. Jego nieobecność w kadrze na Mistrzostwa Świata w Korei i Japonii zszokowała nawet samych reprezentantów Polski, którzy protestowali u trenera Engela i bezskutecznie domagali się powołania swojego kolegi. Kolegi, który wystąpił w pięciu meczach eliminacyjnych i był ważną częścią grupy odpowiedzialnej za atmosferę w zespole. Na brak powołania urażony Iwan odpowiedział rezygnacją z dalszej gry w narodowych barwach. Iwan rozegrał w biało-czerwonych barwach 40 spotkań, strzelając 4 gole.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

13

Pierwsza sensacja w pierwszym w historii sezonie ligowym:

12 czerwca 1927 r. Warta Poznań poległa na własnym stadionie z Ruchem Wielkie Hajduki 1:4! Zwycięstwo Ruchu nad Wartą na jej boisku było dużą sensacją, nawet biorąc pod uwagę iż poznaniacy zagrali w osłabieniu(Spoida był chory, Śmiglak odsługujący powinność wojskową). Na błotnistym, fatalnym boisku Ruch wygrał zasłużenie. Śląski klub uznawany początkowo za jeden z najsłabszych w ligowej rywalizacji, pozostawał niepokonany od początku maja, notując już siódmy kolejny mecz bez porażki. Zarazem czwarte z rzędu zwycięstwo Ruchu na wyjeździe to rekord, który nie został pobity aż do końca sezonu. Dało to zaskakujący awans z ostatniego miejsca w tabeli, jakie Ruch zajmował w końcu kwietnia, na wysoką piątą lokate w połowie czerwca. Zadziwiająca metamorfoza zaskoczyła wszystkich. Z pozycji outsajdera rozgrywek ,,Niebiescy” stali się nagle jednym z czołowych zespołów ekstraklasy.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@NeroTFP1
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360

10

Debiut wyjątkowej legendy FC Barcelony:

12 czerwca 1958 r. w barwach Dumy Katalonii zadebiutował genialny węgierski napastnik Sandor Kocsis. Debiut przypadł na towarzyski mecz z SC Preußen Münster, wygrany przez FC Barcelone 5:2. Co prawda przeciwnik nie był z najwyższej półki, jednak Kocsis zdołał strzelić 2 gole w tym meczu a więc debiut należy uznać za bardzo udany.

@Adran360
@Bernard777
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

„Copa Martini Rossi”:

12 czerwca 1949 r. FC Barcelona pokonała FC Porto 3:1 w meczu o Puchar Martini Rossi. To było piłkarskie trofeum, którym ta sama firma handlowa nagradzała zwycięzcę kilku meczów towarzyskich organizowanych przez FC Barcelona w latach 40. i 50., w których Barça mierzyła się z wieloma znanymi europejskimi klubami. Spotkania odbywały się na legendarnym stadionie „Camp de Les Corts” w Barcelonie, zazwyczaj jako mecz kończący sezon, aby oddać hołd piłkarzom przechodzącym na emeryturę. W tym wypadku hołd został oddany legendarnemu Josepowi Escoli. Zwycięzca tych meczów otrzymywał puchar ufundowany przez włoską firmę produkującą napoje Martini Rossi.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Ciężkie czasy reżimu:

12 czerwca 1940 r. ustalono pierwszy statut FC Barcelony po wojnie domowej. Po raz pierwszy klub przyjął nazwę hiszpańską(Club de Futbol Barcelona) a nowym prezydentem został Frankista Enrique Piñeyro Queralt, który nie posiadał karty socio i nigdy nie był na żadnym meczu piłki nożnej. Artykuł nr. 3 statutu przewidywał że na koszulce znajdą się ,,dwa czerwone paski na żółtym tle” zamiast flagi Katalońskiej. Inny z punktów mówił że klub może zostać w każdej chwili rozwiązany, lecz leży to w gestii Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

1

@chavez Co prawda, to prawda!

4

Przychodze z roboty i co widze!? Ten cholerny mafiozo Probierz podał się do dymisji!? No kto by się spodziewał!? Nie no nie wierze że ten wredny cwaniaczek sam z siebie podał sie do dymisji. Coś mi sie wydaje że następny mafiozo Kulesza zmusił go do takiej decyzji. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze żeby ten cwaniaczek Kulesza podał się do dymisji!

2

@Safrani No to jest mi niezmiernie miło z tego powodu. Dzięki śliczne :)

9

Brazylijska „Joga Bonito”:


11 czerwca 1997 r. Paragwaj pokonał Chile 1:0 po golu Acuñii, w meczu otwierającym 38 edycje Copa America. W edycji tej po raz kolejny zmieniono zasady. 12 zespołów podzielonych zostało na 3 grupy. Do kolejnego etapu awansowały dwie najlepsze drużyny z każdej grupy, oraz dwie najlepsze z 3 miejsc. Następnie rozegrane zostały ćwierćfinały, półfinały, finał, oraz mecz o 3 miejsce. Za wygraną przyznawane były 3 punkty a za remis jeden. Boliwia ponownie otrzymała Copa América w 1997 roku. Lokalizacja(a przede wszystkim wysokość) była kluczowa, aby ,,Zieloni” stali się rewelacją rozgrywek, docierając do finału, w którym przegrali z Brazylią. Ronaldo, jedna z ówczesnych postaci światowego futbolu, został najlepszym zawodnikiem turnieju. Wśród najbardziej zaskakujących wyników w historii Copa América jest pogrom Peru przez Brazylie 7:0 w półfinale tych rozgrywek. Boliwia, która wszystkie swoje mecze rozgrywała na wysokości La Paz, triumfowała we wszystkich trzech meczach grupowych oraz w ćwierćfinale i półfinale. Jednak w meczu finałowym potęga Brazylii, ówczesnych mistrzów świata, wystarczyła, by zwyciężyć 3:1. Obie drużyny zakwalifikowały się do Pucharu Konfederacji. Na podium stanął także gościnnie Meksyk, który pokonał Peru. Gola zdobył Meksykanin Luis Hernández. Brazylia wygrała wszystkie 6 meczów strzelając 22 gole. Najszybszego gola strzelił Brazylijczyk Denílson w wygranym 0:7 meczu z Peru(1 minuta). Mecze rozgrywane były na stadionie w Sucre, La Paz, Oruro, Cochabamba i Santa Cruz. Mecze oglądało łącznie około 510 000 osób(średnio 19 615 na mecz). Najwięcej przyszło na starcie Brazylii z Boliwią (46 000). Najlepszym zawodnikiem turnieju wybrany został Brazylijczyk Luis Nazario de Lima. Najwyższy wynik padł w półfinałowym meczu pomiędzy Peru a Brazylią 0:7. Natomiast Luis Hernández w meczu Meksyk – Kostaryka(1:1), strzelił 2000 gola w historii turnieju.


@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

3

@FCBparasiempre
Piłkarze zdołali się jeszcze zmobilizować na kolejny mecz, w którym 3:0 wygrali z Club Atlético Lanús, ale porażki poniesione w kolejnych dwóch starciach – z River Plate (2:5) i z Racingiem (1:4) – ostatecznie przekreśliły marzenia o tytule. Zawodnicy i kibice uważali, że zostali obrabowani przez dwóch arbitrów i trudno choć w części nie przyznać im racji. Hirschlowi i jego podopiecznym na pocieszenie pozostał fakt, że zespół strzelił najwięcej bramek w lidze (90), a Arturo Naón został wicekrólem strzelców. Za kulisami mówiło się, że Wielka Piątka, czyli Boca Juniors, Independiente, Racing, River Plate i San Lorenzo, jest zbyt mocna, żeby na stałe jej zagrozić. Nie tylko ze względu na liczebność i gwałtowność stojących za nią kibiców, ale też z uwagi na zaplecze polityczne, dzięki któremu możliwe było wywieranie nacisków na arbitrów. Cytowany wcześniej Guttmann przekonywał jednak, że Hirschl i jego podopieczni też nie byli do końca uczciwi. ,,Miał pewien sławny, albo raczej niesławny trick. Jego piłkarze trenowali z ciężkimi piłkami, takimi jak te używane w Anglii. W tamtych czasach w Ameryce Południowej panował zwyczaj grania piłką gospodarzy w pierwszej połowie i gości w drugiej ale Hirschl wpadł na pewien pomysł: dawał bramkarzowi kolczasty pierścień, żeby przebić piłkę rywali a potem grać już tą cięższą, do której Gimnasia była przyzwyczajona. Mówię wam: to był kawał skurczybyka”– opowiadał Guttmann. Ofensywny styl, jaki prezentował zespół Hirschla, otworzył mu drzwi do największych argentyńskich klubów. W 1934 r. po węgierskiego fachowca zgłosiło się River Plate. Początki nie były jednak łatwe. Zawodnicy lepsze występy przeplatali gorszymi. Potrafili rozbić 6:1 San Lorenzo, żeby miesiąc później ulec Estudiantes La Plata 0:3. Już w drugiej kolejce Hirschl zmierzył się ze swoim byłym klubem, a mecz zakończył się remisem. Pierwszy jego sezon w klubie zakończył się zajęciem przez River trochę rozczarowującego, czwartego miejsca. Węgier nie zrażał się jednak niepowodzeniami i konsekwentnie wcielał w życie swoje pomysły taktyczne. Od początku swojej przygody z Los Millonarios, stopniowo ustawiał defensywę w literę M. Cofnął jednego ze środkowych pomocników do tyłu, tak by pełnił rolę cofniętego rozgrywającego. Piłkarz grający na tej pozycji miał uczestniczyć w grze obronnej, ale jednocześnie od niego miało zaczynać się budowanie akcji, to on miał kreować grę z głębi pola. W drugim sezonie swojego pobytu w River sprowadził do klubu José Maríę Minellę i to jemu powierzył tę rolę. Hirschl odważnie też stawiał na młodych zawodników. To właśnie u niego w 1935 r. w wieku 16 lat zadebiutował Adolfo Pedernera. W tym samym sezonie regularne występy w pierwszej jedenastce notował nastoletni José Manuel Moreno. Obaj już niedługo mieli stanowić o sile ofensywy zespołu. Wielką gwiazdą drużyny był z kolei Bernabé Fereyra, który młodszym kolegom zawsze służył dobrą radą i chętnie dzielił się doświadczeniem. Mieszanka rutyny z młodością przyniosła rezultaty w 1936 r. Sezon był wówczas podzielony na dwa puchary – Copa de Honor Municipalidad de Buenos Aires i Copa Campeonato. Zwycięzcy każdego z nich spotkali się na koniec sezonu w Copa de Oro. W pierwszym z turniejów, który de facto był pierwszą rundą ligowych rozgrywek, River zajęło szóste miejsce. Podopieczni Hirschla prawdziwą klasę pokazali w Copa Campeonato. Przegrali tylko dwa mecze i dzięki serii ośmiu zwycięstw z rzędu zajęli pierwsze miejsce z czteropunktową przewagą nad San Lorezno. Znakomicie spisywał się duet Moreno i Fereyra. Pierwszy z nich był najlepszym strzelcem klubu w Copa de Honor, gdzie zdobył 13 bramek, a drugi imponował skutecznością w Copa Campeonato, strzelając 15 goli w 17 starciach. Swoją dominację potwierdzili 20 grudnia w starciu o Copa de Oro, w którym pokonali San Lorenzo 4:2. Rok później system rozgrywek wrócił do normy i o mistrzostwie decydowała tabela końcowa po dwóch rundach spotkań. River praktycznie nie miało sobie równych. Zespół triumfował w 27 spotkaniach, zremisował cztery, a przegrał w zaledwie trzech. Zawodnicy zdobyli 106 bramek – najwięcej w lidze obok Independiente. Chyba tylko ta drużyna ze wspaniałym Arsenio Erico w składzie mogła nawiązać walkę z maszyną stworzoną przez Hirschla, choć w obu bezpośrednich spotkaniach górą było River. Mając już zapewniony tytuł, postawili kropkę nad i, zwyciężając 3:2 w brzydkim, pełnym awantur meczu z Boca Juniors, rewanżując się tym samym za wcześniejsze porażki. ,,Żadna z drużyn nie wychodziła na murawę tak świetnie przygotowana, jak wybitne River Plate. Żadna z drużyn nie mogła się z nią równać choćby pod względem kondycji fizycznej”– pisano w ,,El Gráfico”, podkreślając rolę Hirschla w sukcesie.

Hirschl stworzył dobrze funkcjonujący mechanizm, który również w przyszłym roku walczył o tytuł. Tym razem jednak lepsi okazali się rywale z Independiente. River przegrał mistrzostwo o dwa punkty, a decydująca jak się później okazało, była porażka 1:2 z Ferro Carril Oeste. Po zdobyciu wicemistrzostwa w 1938 r. Hirschl odszedł z klubu. Wrócił na krótko do Gimnasii, a potem zaczął pracę w Rosario Central. 20 sierpnia 1939 r. jego podopieczni przegrali z River aż 0:6, a Węgier mówił, że tak dobra postawa Los Millonarios to efekt jego pracy. ,,Przybyłem osobiście, by zebrać owoce mojego nauczania. Tych sześć goli strzelili przecież moi chłopcy”– mówił po meczu szkoleniowiec. Później pracował z San Lorenzo, z którym też plasował się w czołówce, a także Banfield. W 1944 r. jego kariera trenerska została dość nagle przerwana. 13 stycznia odbyło się posiedzenie komisji dyscyplinarnej AFA. W protokole zapisano, że prezydent Banfield Forencio Sola usiłował przekupić bramkarza Ferro Carril Oeste Sebastiána Gualco przed meczem Banfield z Ferro. Spotkanie odbyło się we wrześniu i zakończyło się remisem 1:1, a bramkarz ostatecznie w nim nie zagrał. Wśród osób, które miały brać udział w tym procederze, był wymieniony również Hirschl, który zaangażował się w próbę przekupienia zawodnika Gualco kwotą dwóch tysięcy peso. Węgierski szkoleniowiec znalazł się w gronie dziewięciu osób, które skazano za sportową niemoralność i dożywotnio pozbawiono go możliwości prowadzenia jakiejkolwiek działalności w AFA lub w klubach przy niej afiliowanych. Co prawda Generalny Inspektorat Sprawiedliwości 10 maja karę anulował, ale związana z nią niesława pozostała. Warto jednak wspomnieć, że kiedy Hirschl wyjeżdżał z Węgier, to jego ówczesna drużyna Húsos FC była też była zamieszana w ustawianie meczów. Szkoleniowiec wyjechał do Brazylii. Dzięki sukcesom odniesionym w Argentynie cieszył się opinią jednego z najlepszych specjalistów na kontynencie. Znalazł zatrudnienie w Porto Alegre, gdzie na początku 1945 r. został trenerem Cruzeiro de Rio Grande do Sul. Sprowadził do klubu dwóch argentyńskich napastników – Alejandro Lombardiniego i mającego za sobą występy w rzymskim Lazio Enrique Flaminiego. Hirschl odpowiednio poukładał i umotywował zespół. Cruzeiro potrafiło bić się jak równy z równym z innymi wielkimi klubami z miasta – Grêmio i Internacional. W 1947 r. zespół pokonał lokalnych rywali i zwyciężył w premierowych rozgrywkach o Taça Cidade de Porto Alegre. Hirschla jednak już wtedy nie było w klubie. W połowie 1946 r. wykupił swój kontrakt i wyjechał szukać szczęścia do Meksyku. Tam przez dwa lata prowadził Club Deportivo Marte, ale bez szczególnych sukcesów. Po przygodzie w Meksyku na krótko jeszcze zawitał do Gimansii, aż w końcu wiosną 1949 r. objął posadę trenera Peñarolu. Urugwajski klub stawał dopiero na nogi po kilku chudych latach. Poprzednikiem Hirschla był Anglik Randolph Galloway, który usiłował nauczyć piłkarzy gry w systemie WM. Udawało mu się to z różnym skutkiem. Dopiero Hirschl potrafił wszystko odpowiednio poukładać i otworzył Urugwajczykom oczy na wiele nowych aspektów. Na pierwszym prowadzonym przez niego treningu zgromadziło się 1,5 tys. kibiców. Nie zamierzał nikogo skreślać i każdemu chciał dać szansę pokazania się, dlatego też w pierwszych zajęciach wzięli udział również piłkarze rezerw. W sumie ponad 40 zawodników. ,,Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłem tablicę. Węgrzy zaprezentowali nowe systemy gry, pokazali nowe formy i kierunki szkolenia, które przyniosły rewolucję”– wspominał Alcides Ghiggia. Po tygodniu od pierwszego treningu przyszła pora na wybranie składu. Kiedy Hirschl wymieniał nazwiska zawodników z obrony i pomocy, nie było większych zaskoczeń. Kiedy jednak trzeba było wskazać prawego skrzydłowego, to spojrzał w kierunku Alcidesa Ghiggi i powiedział do niego, że to on zagra na tej pozycji. Liderzy zespołu próbowali wpłynąć na jego decyzję i starali się argumentować, że w zespole są przecież Julio César Britos i Solito Ortiz, którzy byli reprezentantami kraju, ale Hirschl był nieugięty. Oprócz Ghiggi w ataku mieli zagrać jeszcze Juan Eduardo Hohberg, Omar Óscar Míguez, Juan Alberto Schiaffino i Ernesto Vidal. Już wkrótce każdy kibic w kraju potrafił bez zająknięcia wymienić skład formacji ofensywnej Peñarolu. Prowadzony przez Węgra zespół zdominował rozgrywki. W lidze zdobyli 52 punkty na 54 możliwych. Strzelił najwięcej bramek – 62. Stracili najmniej – tylko 17. Wygrali wszystkie trzy derbowe pojedynki z Nacionalem. Zdobyli pierwsze od czterech lat mistrzostwo. Piłkarze grali bardziej zespołowo, nie wdawali się w niepotrzebne dryblingi, przez które tracili siły, nie bawili się piłką. Na pierwszym miejscu zawsze było dobro drużyny. ,,Hirschl dogadywał się z każdym. Był nie tylko dostępny dla wszystkich, ale był też przyjacielem graczy. To najlepszy trener, jakiego miałem. Najbardziej podobała mi się przyjaźń, jaką natychmiast nawiązał ze wszystkimi graczami. Często z nami żartował”– wspominał Węgra Ghiggia. Piłkarze Peñarolu stanowili trzon urugwajskiej reprezentacji, która w 1950 r. upokorzyła Brazylię. W tym samym roku w lidze musieli jednak uznać wyższość Nacionalu, od którego okazali się gorsi o dwa punkty. Rok później Hirschl i jego chłopcy wrócili na tron, a Węgier opuścił zespół w glorii zwycięzcy po wygaśnięciu kontraktu. Wrócił jeszcze w 1956 r., ale nie na długo.

Nie będzie przesadą, jeśli uznamy, że Hirschl był wizjonerem. Wyprzedzał swoją epokę o całe lata, indywidualizował treningi, doceniał znaczenie odpowiedniej regeneracji. Dysponował znakomitym zmysłem taktycznym i potrafił sprawić, że to, co rysował piłkarzom kredą na tablicy, ci świetnie umieli przełożyć na sytuacje na boisku. Miał nosa do młodych talentów i nie bał się odważnie na nich stawiać. Stworzył podwaliny ,,La Máquiny” w River Plate i to pod jego okiem skrzydła rozwijała ,,Escuadrilla de la muerte”, czyli słynna eskadra śmierci w Peñarolu. Zmarł 23 września 1973 r. w Buenos Aires i to tam jest zdecydowanie bardziej pamiętany niż nad Dunajem. Nie powinno to dziwić, bo to on argentyńską i urugwajską taktykę wprowadził w czasy nowożytne. Nie bez powodu w Ameryce Południowej nazywa się go ,,El Mago”.

8

@FCBparasiempre
Na rozwój futbolu szczególny wpływ miało kilka nacji. Anglicy stworzyli jego podwaliny a w dużej mierze dzięki Francuzom możemy emocjonować się rozgrywkami międzynarodowymi. Swój wkład w rozwój tej dyscypliny wnieśli też Włosi, Niemcy, czy Holendrzy. Nie można jednak zapominać o mniejszych krajach jak Austria czy Węgry. Węgierscy trenerzy z powodzeniem radzili sobie nie tylko u nas w kraju, ale też w wielu innych zakątkach świata. Jednym z nich był Imre Hirschl, który w latach 30-tych i 40-tych XX w. zmienił podejście do futbolu w Argentynie. Hirschl był postacią tyleż ciekawą, co tajemniczą. W jego życiorysie jest sporo nieścisłości i znaków zapytania. Raczej prawdą jest, że urodził się 11 czerwca 1900 roku w Apostag, niewielkiej wsi położonej 80 km na południe od Budapesztu. Nie ma jednak wielu informacji na temat okresu jego dorastania i młodości. Jego córka Gabriela, która pracuje w Buenos Aires jako psychoanalityczka, wspominała, że ojciec rzadko opowiadał o przeszłości. W czasie pierwszej wojny światowej miał wyjechać za braćmi do Palestyny. Tam zataił swój wiek i zaciągnął się do brytyjskiej armii. Po wojnie został na tych terenach i wraz z żydowskimi nacjonalistami walczył z chylącym się ku upadkowi Imperium Osmańskim. Pamiątkami po pobycie na Bliskim Wschodzie miała być blizna na biodrze, będąca wynikiem wybuchu granatu i ślad na nadgarstku pozostawiony przez kulę karabinu. W wielu źródłach znajdziemy informację, że Hirschl jako piłkarz występował w barwach Ferencvárosu. Według niektórych miał być nawet w składzie zespołu podczas tournée po Ameryce Południowej w 1929 r. Niewiele ma to jednak wspólnego z prawdą. Próżno szukać jego nazwiska w relacjach prasowych Nemzeti Sport. Na żadną wzmiankę o nim nie natrafimy też w klubowym muzeum. Wśród wielu prasowych wycinków, które zgromadziła w swojej kolekcji córka Hirschla, można wyczytać, że grał w Athletic Club Budapeszt. Z niektórych z kolei wynika, że był graczem Hakoah Wiedeń i Hakoah Nowy Jork. Pojawiają się też informacje o jego rzekomych związkach z paryskim Racingiem. ,,Studiowałem na uniwersytecie w Budapeszcie, grałem w tamtejszej drużynie i odkryłem, że mam smykałkę do trenerki. Najpierw związałem się z Athletic club Budapeszt. Zanim zadebiutowałem jako trener, przez lata podróżowałem po świecie jako piłkarz, odwiedziłem takie kraje jak Czechosłowacja, Indie, Afryka, Anglia, Francja i Niemcy; byłem też w Paryżu, w tamtejszym Racing Club. To stamtąd przeniosłem się do Stanów Zjednoczonych, gdzie doskonaliłem swój fach w drużynie Hakoah”– mówił w wywiadzie dla ,,La Tribuna” w 1939 r. Jedynym jednak zespołem, w którego archiwach odnajdziemy jego nazwisko, jest budapesztański Húsos FC. Hirschl występował tam w 1920 r., ale na tym informacje o jego zawodniczej karierze się kończą. Inny węgierski trener Béla Guttmann twierdził, że nie powinno to nikogo dziwić, bo głównym zajęciem Hirschla miała być praca w rzeźni. Nie zgadza się z tym jednak córka Hirschla. Wspominała ona, że ojciec potrafił oporządzić krowę i robił znakomite kiełbaski, ale takie umiejętności były w tamtych czasach czymś zupełnie normalnym, a poza tym rodzina Hirschlów była zbyt zamożna, żeby ktokolwiek z nich musiał pracować w rzeźni. Jak więc ten człowiek znikąd znalazł się w Argentynie i stał się jednym z najlepszych szkoleniowców swoich czasów? W dużej mierze przez przypadek. W 1929 r. Hirschl przebywał w Paryżu, gdzie starał się uzyskać amerykańską wizję. Spotkał tam brazylijskiego biznesmena hrabiego Matarazzo. Był on prezesem klubu Palestra Italia, który dzisiaj znamy jako Palmeiras. Hirschl dzięki swojej charyzmie, wiedzy i elokwencji zdołał przekonać Brazylijczyka, żeby ten powierzył mu funkcję trenera. Początkowo Węgier był asystentem Eugenio Medgyesyego, ale sam miał też poprowadzić zespół w dwóch spotkaniach. Latem 1930 r. w São Paulo przebywała żydowska drużyna Hakoah New York. Piłkarze podróżowali po kontynencie amerykańskim, propagując idee usportowionego judaizmu. Wśród zawodników znalazło się kilku Węgrów, w tym słynny później Béla Guttmann. Hirschl dzięki znajomości języka, łatwości nawiązywania kontaktów i posiadanej charyzmie wkrótce dołączył do żydowskiego zespołu. Nie był jednak piłkarzem, ale został masażystą.

,,Powiedział, że byłby wdzięczny, gdyby mógł dołączyć do zespołu jako masażysta, bo ma silne ręce i mocny uchwyt. Postanowiłem sprawdzić go od razu i powiadam wam: miał cholernie dobry masaż”– opowiadał Guttmann. Jego przygoda z Hakoah nie trwała jednak długo. Towarzyszył drużynie przez kolejny miesiąc, ale wkrótce zespołowi zaczęło brakować pieniędzy i, jak relacjonował Guttmann, w Buenos Aires podziękowano Hirschlowi za współpracę. Późniejszy trener Benfiki mówił też, że kiedy już wyjechali z miasta, to jego rodak zaczął rozpowiadać, że w Hakoah był asystentem trenera. Często widywano go z drużyną, więc opowieść brzmiała wiarygodnie. Jonathan Wilson, który w swojej książce „Aniołowie o brudnych twarzach” przybliża postać Hirschla, zaznacza jednak, że raczej nie powinno się ślepo wierzyć relacjom Guttmanna. ,,Guttmann również często zmyślał, ile wlezie, a co ważniejsze: był kimś, kto bez przerwy wchodził z innymi w konflikty i pozwalał, by osobiste antypatie miały wpływ na jego anegdoty”– pisał brytyjski dziennikarz. Hirschl wkrótce znalazł zatrudnienie w klubie Gimnasia y Esgrima La Plata. Przed rozpoczęciem pracy obejrzał trzy mecze zespołu i powiedział włodarzom, że widzi w drużynie potencjał. Nie potrzebował pieniędzy na transfery i obiecał, że w 1933 r. klub będzie walczył o mistrzostwo kraju. Sezon 1932 Gimnasia rozpoczęła pod jego kierownictwem. Początki nie były jednak różowe. Pierwsze trzy spotkania były rozczarowaniem i zakończyły się porażką a rywale zaaplikowali Gimnasii łącznie 12 goli. Po rozegraniu 16 spotkań zespół prowadzony przez Węgra miał na koncie ledwie trzy zwycięstwa. Druga część sezonu była już jednak zdecydowanie lepsza. Gimnasia potrafiła wygrać 4:3 z River Plate, czy rozbić 6:2 Boca Juniors. Rozgrywki zwieńczyli serią siedmiu meczów bez porażki i ostatecznie uplasowali się na siódmym miejscu w tabeli. ,,Moje pierwsze zadanie polegało na postawieniu drużyny na nogi pod względem przygotowania fizycznego. Piłkarze musieli być w dobrej formie. Ażeby osiągnąć ten cel, musiałem rozważyć, jakiego rodzaju ćwiczeń potrzebuje każdy z zawodników i jak ciężko powinien trenować. Nie można wymagać od jedenastu ludzi, by robili dokładnie to samo: dla jednych będzie to w sam raz, dla innych zaś za mało lub zbyt wiele. Intensywność zajęć zależy od ich terminu. Pracujemy ciężej przed rozpoczęciem rozgrywek i lżej w ich trakcie”– mówił o swoich początkach w klubie. Pamiętajmy, że cały czas mowa o początku lat 30-tych ubiegłego wieku. Mało kto wówczas myślał o indywidualizacji treningu, co dziś jest rzeczą niemal powszechną. Hirschl, którego imię w Argentynie zostało ,,zhispanizowane” z Imre na Emérico, wprowadził do treningów elementy amerykańskiej i szwedzkiej gimnastyki, która opiera się na powolnych, harmonijnych ruchach bez użycia przyrządów. Oprócz tego w przygotowaniu biegowym stosował mieszkankę sprintów i biegów długodystansowych, a na zajęciach pojawiały się nawet elementy koszykówki. Niektórym z podstawowych zawodników odpuszczał treningi, a ich przygotowanie meczowe ograniczał się do ciepłych kąpieli i masaży. Hirschl na początku swojej pracy dostał sporo swobody. Jednym z jego warunków było to, że nikt nie będzie mu się wtykał w robotę. Węgier postanowił solidnie zamieszać w składzie. Podstawowi zawodnicy zespołu zostali odstawieni na boczny tor, a w ich miejsce desygnował do gry tych, którzy zwykle byli rezerwowymi. Doszło wtedy do napięć na linii trener – zarząd, bo włodarze uważali, że piłkarze, na których uparcie chciał stawiać szkoleniowiec, są bezużyteczni. Dzięki zapisom w kontrakcie Hirschl postawił jednak na swoim. Tymi beznadziejnymi w opinii zarządu piłkarzami byli Arturo Naón, który do dzisiaj jest najskuteczniejszym strzelcem w historii klubu, prawy łącznik Alberto Palomino, prawy pomocnik Oscar Montañez i bramkarz Atillo Herrera. To oni stworzyli trzon zespołu, który wkrótce zaczęto nazywać El Expreso. Jednak sercem i największą gwiazdą drużyny był José María Minella, który, kiedy został przesunięty z ataku do pomocy, to odmienił pozycję środkowego pomocnika. Kampanię ligową w 1933 r. zespół zaczął z wysokiego c. Piłkarze zwyciężyli w pierwszych pięciu spotkaniach, w których strzelili aż 19 bramek, tracąc przy tym ledwie pięć. Wygrywali mecz za meczem i coraz częściej zaczynano ich wymieniać w gronie faworytów do mistrzostwa. Znakomita postawa drużyny zwróciła uwagę dziennikarzy, którzy starali się odnaleźć przyczyny tak dobrych wyników Gimnasii. ,,To, co dzieje się w Gimnasii, jest zdumiewające. Zawodnicy nie mogą zmienić aż tyle sami z siebie, jego wpływ jest oczywisty”– pisano o Hirschlu w „El Gráfico” w maju 1933 r.

Szkoleniowiec jednak zachowywał dystans do tych pochwał i podkreślał, że dobre wyniki drużyny, to zasługa przede wszystkim znakomitych piłkarzy. ,,Po pierwsze, nie uczę futbolu. Byłoby czymś dziwacznym próbować uczyć futbolu w kraju, gdzie gra się najlepszy futbol. Takich piłkarzy, jak w Argentynie, nie ma nigdzie na świecie. ,,Criollos” mają potencjał i jedyne, co mi pozostaje, to go wykorzystać”– komentował Węgier. Hirschl pozwolił uwierzyć zawodnikom w swoje umiejętności i w to, że są w stanie spełnić swoje marzenia. Dominował nad swoimi podopiecznymi nie tylko z uwagi na swój wzrost (196 cm), ale też dlatego, że piłkarze spijali z jego ust każde słowo. Był znakomitym motywatorem. Wielu, którzy mieli z nim styczność, podkreśla ogromną charyzmę, jaka go otaczała. Córka wspominała, że ojciec w bankach, sklepach czy na dworcach przyciągał uwagę i gromadził wokół siebie ludzi samym tylko sposobem mówienia. ,,Piłkarzom zaoferowałem przyjaźń, więc mogliśmy lepiej dzielić się odpowiedzialnością. Skoro widziałem, że wszystko idzie zgodnie z planem, nie musiałem sięgać po argumenty siłowe. Owszem, nałożyłem kilka kar, ale tylko z początku. Przez kolejne pół roku piłkarze nie zapłacili marnych pięciu peso. ,,Criollo”, o których braku dyscypliny tyle się opowiada, przystosowali się naprawdę łatwo. Wszystko opiera się na jasnym tłumaczeniu i na podchodzeniu do piłkarzy z uczuciem. Jeśli mówisz do nich we właściwy sposób, jest ci o wiele łatwiej”– opowiadał Hirschl. Potrafił wpłynąć na kierownictwo klubu, żeby każdemu zawodnikowi płacono pensję w tej samej wysokości. Miało to pomóc w wytworzeniu w drużynie wspólnego poczucia poświęcenia. Oprócz podstawowego wynagrodzenia wyjściowa jedenastka otrzymywała też pewien procent ze sprzedaży biletów, dzięki czemu piłkarze i trener mogli dużo więcej zarobić. Drużyna grała bardzo dobrze. Zawodnicy imponowali skutecznością i zewsząd zbierali pochwały za miły dla oka, ofensywny styl gry. Po 25. kolejkach mieli na koncie 17 zwycięstw, trzy remisy i pięć porażek. Liderowali stawce z przewagą dwóch punktów nad Boca Juniors. To właśnie z tym zespołem mieli zmierzyć się 24 września. Ewentualne zwycięstwo bardzo by ich przybliżyło do końcowego triumfu i pozwoliłoby odskoczyć rywalom na bezpieczną odległość. Gracze Gimnasii przystępowali do tamtego spotkania w dobrych nastrojach. W poprzedniej kolejce rozbili 7:1 Talleres Remedios de Escalada, a Arturo Naón aż pięciokrotnie wpisał się listę strzelców. Mecz rozpoczął się po myśli podopiecznych Hirschla. Już w 13. minucie wynik spotkania otworzył Ismael Morgada, a dziesięć minut później Juan Echevarrieta podwyższył na 2:0. Boca jednak nie miało zamiaru składać broni i już w 25. minucie Delfín Benítez Cáceres strzelił gola kontaktowego. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie. Kilkanaście minut po wznowieniu gry sędzia Angel De Dominicis podyktował bardzo wątpliwego karnego dla gospodarzy, którego wykorzystał Francisco Varallo. Kika minut później arbiter po raz kolejny wystąpił w głównej roli. Miguel Angel Nardini zdobył trzecią bramkę dla Boca, tyle tylko, że zrobił to z pozycji spalonej, ale sędziemu nie przeszkodziło to w uznaniu gola. Piłkarze Gimnasii byli wściekli. Nad występem De Dominicisa pochyliły się władze ligi i usunęły go z grona arbitrów, niejako przyznając rację zawodnikom Gimnasii. Wynik jednak nie został zmieniony. Niepowodzenie zespół Hirschla powetował sobie tydzień później, pokonując 2:1 Independiente. Prawdziwy dramat rozegrał się jednak 8 października. Gimnasia grała wtedy na wyjeździe z San Lorenzo de Almagro. Przy stanie 2:1 dla gospodarzy wydawało się, że sędzia Alberto Rojo Miró przyzna gościom rzut karny. Ostatecznie jednak uznał, że przewinienie miało miejsce przed polem karnym. Kilka chwil później uznał bramkę, którą zdobyli gospodarze, choć piłka, jak przekonywał bramkarz Gimnasii, nie przekroczyła linii bramkowej. Zrozpaczeni zawodnicy w ramach protestu usiedli na murawie, nie mając chęci brać dalej udziału w tym wątpliwej urody widowisku. Gospodarze strzelili jeszcze cztery bramki, zanim Rojo Miró zakończył mecz w 78. minucie.

11

Po raz pierwszy w historii „Copa de La Liga”:

11 czerwca 1986 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy mecz Pucharu Ligi z Realem Betis Sevilla. Rozgrywki Copa de La Liga dla drużyn z ekstraklasy hiszpańskiej organizowane były w latach 1982-86. Pomysłodawcą tych rozgrywek był prezydent Barçy Josep Luis Nuñez, który liczył na dodatkowe pieniądze w klubowej kasie. Rozegrano cztery edycje, w których zwyciężali kolejno: FC Barcelona, Real Valladolid, Real Madryt i ponownie Katalończycy. Grano systemem pucharowym, zawsze rozgrywając cztery rundy i dwumecz finałowy. 11 czerwca 1985 r. Blaugrana przegrała z Betisem 1:0, lecz w rewanżu na Camp Nou okazała się lepsza i wygrała 2:0 po golach Amarilla i Alexanco i sięgnęła po Puchar Ligi. Pod naciskiem większości klubów zrezygnowano z kolejnej edycji z powodu przeładowania kalendarza(w La Liga wprowadzono podział na grupy po zakończeniu sezonu zasadniczego) oraz fiaska finansowego rozgrywek(rewanż z Betisem oglądało zaledwie 20 tys. widzów).

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Zapomniane i niedoceniane legendy Katalońskiej Dumy:

11 czerwca 1903 r. w Barcelonie urodził się Vicente Piera Pañella, jeden z najwybitniejszych prawoskrzydłowych w dziejach klubu. Posiadał niebywałe umiejętności, których nie jeden mógł mu pozazdrościć: technika, elegancki styl gry, szybkość, gra głową i perfekcyjne dośrodkowania. Te cechy sprawiły iż Katalończyk był uznawany za idealnego skrzydłowego. Był jednym z filarów Dumy Katalonii lat 20-tych i większość sukcesów z tego okresu jest zasługą właśnie Piery. Z Blaugraną zdobył pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii(1929), 4 Puchary Króla(1922,1925,1926 i 1928) oraz 10 mistrzostw Katalonii!

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

2

Kulesza i Probierz, dwaj gangsterzy niczym Boni i Klajd, Hańbią polski futbol. Należy natychmiast ich zlikwidować! Tylko kto jest w stanie to zrobić...?

11

Żywe postacie futbolu:

10 czerwca 1959 r. urodził się Carlo Acelotti, były włoski piłkarz, a obecnie trener piłkarski, uznawany za jednego z najlepszych i najbardziej utytłanych szkoleniowców na świecie – aktualnie związany z Realem Madryt. W trakcie sportowej kariery zdobywał mistrzostwo Włoch w barwach takich klubów jak m.in. AS Roma czy AC Milan. Z kolei zasiadając na ławce trenerskiej, sięgał m.in. po mistrzostwo Włoch, Anglii, Francji, Niemiec oraz Hiszpanii, trenując AC Milan, Chelsea Londyn, PSG, Bayern Monachium i Real Madryt. Jako szkoleniowiec Królewskich trzykrotnie i jako trener Rossonerich dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

1

@Lionel_Messi10 To ty znajesz fiński jazyk? Ja pierdykam!

0

@Lionel_Messi10 Ty już całkiem po chińsku gadasz!? Ja pie..

9

W końcu efektowne zwycięstwo:

10 czerwca 1978 r. reprezentacja Polski pokonała Meksyk 3:1 w trzecim meczu fazy grupowej mundialu w Argentynie. Selekcjoner Jacek Gmoch po spotkaniu z Tunezyjczykami zapowiadał zmiany w zespole. Nie wystawił w składzie Nawałki, Henryka Maculewicza, Szarmacha i Lubańskiego. Po raz pierwszy na mundialu w Argentynie w podstawowej jedenastce wybiegł Boniek. Oprócz niego nieobecnych zastąpili: Żmuda, Wojciech Rudy i Bogdan Masztaler. Meksykanie od początku przejęli inicjatywę i atakowali – groźnie i minimalnie niecelnie głową uderzał Hugo Sánchez. Chwilę później do Jana Tomaszewskiego znów uśmiechnęło się szczęście. Między 23. a 25. minutą kotłowało się pod naszą bramką, „El Tri” bili dwa kornery, w końcu nasz bramkarz pewną interwencją zażegnał niebezpieczeństwo. Polacy powoli opanowywali sytuację na boisku, byli coraz aktywniejsi i pewniejsi siebie. Meksykański bramkarz stanął na wysokości zadania po uderzeniu Andrzeja Iwana. W 43. minucie Soto nie miał już nic do powiedzenia. Po akcji Kazimierza Deyny z Grzegorzem Latą piłka dotarła do Bońka. „Zibi” nie kalkulował, tylko huknął pod poprzeczkę. Golkiper z Meksyku nawet nie drgnął. Polska prowadziła 1:0. Druga połowa rozpoczęła się dość niespodziewanie – gdy Meksykanie wyprowadzili kontratak, nasi obrońcy zdrzemnęli się nieco i Victor Rangel dość przypadkowo pokonał Tomaszewskiego. W 57. minucie przypomniał o sobie Deyna, który przejął piłkę wybitą przez rywali i uderzył mocno z 20. metrów. Futbolówka wpadła w okienko meksykańskiej bramki. Któż wówczas przypuszczał, że był to ostatni gol „Kaki” w koszulce z orłem na piersi?! Polacy przyspieszyli, pod bramką Soto kilka razy zrobiło się gorąco, ale Meksykanie dzielnie walczyli o punkt. Szczęścia próbowali Sánchez i Leonardo Cuéllar, jednak Tomaszewski przerzucał ich strzały nad poprzeczką. Rywale tracili siły i impet. Polacy chcieli dobić przeciwników i ta sztuka udała im się w 83. minucie – po podaniu rezerwowego Lubańskiego piłkę na 30. metrze otrzymał Boniek. Strzelił mocno i zaskakująco, a futbolówka poszybowała tam, gdzie bramkarzowi sięgnąć ją najtrudniej – w okolice „okienka”. „No i kto powiedział, że Boniek nie może grać razem z Deyną?!” – żachnął się na koniec transmisji telewizyjnej legendarny komentator TVP Jan Ciszewski. Było to trzecie w historii spotkanie Polski z Meksykiem i trzecie zwycięskie. Polacy wygrali swoją grupę i awansowali do kolejnej fazy. W drugiej rundzie grało osiem najlepszych drużyn. Polacy trafili do grupy „południowoamerykańskiej” razem z Brazylią, Argentyną i Peru. W pierwszej grupie grały RFN, Włochy, Austria i Holandia.

Polska: Jan Tomaszewski – Antoni Szymanowski, Jerzy Gorgoń, Władysław Żmuda, Wojciech Rudy (85. Henryk Maculewicz) – Henryk Kasperczak, Kazimierz Deyna, Zbigniew Boniek, Bogdan Masztaler – Andrzej Iwan (76. Włodzimierz Lubański), Grzegorz Lato.

Meksyk: Pedro Soto – Ignacio Flores, Carlos Gómez, Rigoberto Cisneros, Arturo Vázquez – Leonardo Cuéllar, Antonio de la Torre, Javier Cárdenas (46. Guillermo Mendizábal) – Cristóbal Ortega, Victor Rangel, Hugo Sánchez.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

12

Zasłużone postacie futbolu:


10 czerwca 1853 r. w Glasgow urodził się Alexander Watson Hutton, szkocki nauczyciel, działacz piłkarski uważany za "ojca argentyńskiej piłki nożnej". Urodzony w 1853 r. Hutton już jako młody chłopiec stracił oboje rodziców. Później trafił pod opiekę swojej babci, następnie pod szkolną opiekę Daniela Stewarta. W 1881 ukończył filozofię na Uniwersytecie w Edynburskim. W lutym 1882 wyemigrował do Argentyny, gdzie podjął pracę w szkole „Saint Andrew's Scotch”. W 1884 założył szkołę „Buenos Aires English High School”, która uczestniczyła w rozgrywkach klubowych. W 1886 urodził mu się syn Arnold, reprezentant Argentyny. 21 lutego 1893 stał się założycielem AFA, którego był prezesem przez trzy lata. Zmarł w 1936 i został pochowany na brytyjskim cmentarzu Chacarita. Jego imię nosi biblioteka argentyńskiego związku piłki nożnej.


@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Sysia11

12

Prawdziwi cules nigdy nie zapominają!


10 czerwca 1927 r. w Budapeszcie urodził się Laszlo Kubala Stecs, Węgierski napastnik, wielka legenda FC Barcelony. Hiszpański odpowiednik jego imienia to Ladislao, natomiast Polski- Włodzisław. Jego matka miała polsko-węgiersko-słowackie korzenie a ojciec należał do mniejszości słowackiej na Węgrzech. Po rozpoczęciu kariery w budapesztańskim Ferencvarosi, przeniósł się do Czechosłowacji w celu uniknięcia służby wojskowej i rozegrał jeden sezon w Slovanie Bratysława. Tam poznał i poślubił Annę Viole Daučik, córkę trenera reprezentacji Czechosłowacji Ferdinanda Daučika. W 1948 r. powrócił na Węgry i grał kilka miesięcy w Vasas Budapeszt. W styczniu 1948 r. uciekł przed komunistami i trafił do Włoch, gdzie zaliczył epizod w drużynie Pro Patria. Podobno miał zgodzić się na udział w towarzyskim meczu z Benfiką w Lizbonie w barwach najsilniejszego wówczas we Włoszech(a być może i na całym świecie) AC Torino, lecz w ostatniej chwili zrezygnował ze względu na chorobę syna. Wszyscy piłkarze Torino wracający z Lizbony zgineli 4 maja 1949 r. w katastrofie lotniczej. W 1950 r. Kubala wszedł w skład drużyny uchodźców z Europy Środkowo-Wschodniej prowadzonej przez wspomnianego przeze mnie Ferdinanda Daučika i przybył do Hiszpanii na serie spotkań towarzyskich. Podczas jednego z nich zauważyli go skauci Realu Madryt oraz legendarny Josep Samitier, wyszukujący talenty dla Blaugrany. W międzyczasie do gry wkroczył Real Madryt, który zaoferował Węgrowi kontrakt, lecz Samitier przekonał go do związania się z Barça. 15 czerwca 1950 r. Kubala stał się zawodnikiem FC Barcelony a Ferdinand Daučik objął posade trenera. Węgierski Związek Piłki Nożnej złożył w międzyczasie zażalenie do FIFA ze względu na bezprawną ich zdaniem ucieczkę Kubali a światowa federacja ukarała go rocznym wykluczeniem, przez które nie zagrał w Primera Division aż do 1951 r. Wystąpił jednak w rozgrywkach Copa del Generalismo, które Barça wygrała głównie dzięki niemu. W swoim pierwszym sezonie w La Liga strzelił 26 goli w 19 meczach(!) w tym 7(co jest rekordem klubu w La Liga) ze Sportingiem Gijon i 5 z Celtą Vigo. Tak zaczęła się jego wspaniała kariera w Dumie Katalonii, której pomógł zdobyć 14 pucharów. To był geniusz, jego występy chciały oglądać tłumy i z czasem stadion „Camp de Les Corts” stał się za mały, więc to właśnie osoba Kubali stała się inspiracją dla budowy Camp Nou, stąd też jego pomnik stoi od 2009 r. przed tym stadionem. Przez 10 lat gry w Blaugranie Kubala rozegrał 329 spotkań strzelając 270 goli. Na stulecie klubu Ladislao Kubala został wybrany najlepszym piłkarzem w historii FC Barcelony.


@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

9

Zapomniane legendy Blaugrany:

10 czerwca 1912 r. urodził się Enrique Fernandez Viola. Pochodzący z Urugwaju trener FC Barcelony w latach 1947-50 jest jedynym obok Radomira Anticia szkoleniowcem, który prowadził zarówno Barçe, jak i Real i jedynym, który z obiema drużynami sięgał po mistrzostwo Hiszpanii. W latach 1935-36 Viola był napastnikiem Blaugrany i zdobył z nią dwukrotnie mistrzostwo Katalonii.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?