6

@FCBparasiempre
Na niwie futbolowej obaj mieli ten sam cel - zostać największym magnatem Europejskiej piłki. Dlatego potyczka ich drużyn była dla nich tak bardzo prestiżowa. Gdy Tapie zapowiedział piłkarzom Premium w wysokości 200 000 dolarów na głowę za wygranie meczu, Berlusconi od razu podbił stawkę. Za faworyta uważano Milan i to pomimo kiepskiej postawy tej drużyny na ligowym finiszu, która jednak nie mogła pozbawić zespołu tytułu mistrza Włoch. Mediolańczycy mieli de facto scudetto w garści już na półmetku rozgrywek odsadziwszy Inter na 8 punktów (za zwycięstwo przyznawano wtedy dwa punkty). ,,Rossonerii” śpiewająco, z kompletem zwycięstw przeszli też przez fazę grupową Ligi Mistrzów a ponadto napędzała ich żądza zemsty wobec UEFA za wykluczenie klubu z europejskich rozgrywek w sezonie 1991/92. Warto przypomnieć okoliczności tego wydarzenia. Otóż piłkarze Milanu za podszeptem kogoś ,, z góry" postanowili przed czasem opuścić boisko podczas spotkania z om, w proteście przeciwko decyzjom sędziego. To tylko dodawało smaczków finałowej rywalizacji. Milan na początku lat 90 to była prawdziwie Galaktyczna drużyna. Szatnia pełna gwiazd stanowiła zresztą dla młodego wówczas trenera Fabio Capello wielki kłopot. Żalił się mediom że częściej niż trenerem przychodzi mu być psychologiem, gdyż co chwila musi jakiemuś gwiazdorowi komunikować że nie wystąpi w danym meczu. ,, Nie można narażać gwiazd na częste, przymusowe przerwy w karierze"- stwierdził pewnego razu tłumacząc dlaczego tak mocno rotuje składem w Lidze Mistrzów. Do finału zagrało w niej aż 23 piłkarzy. Tak więc często zdarzało się że Włoch posyłał do boju 11 nieoptymalną, tylko wykoncypowaną. Miał w kadrze aż sześciu obcokrajowców, gdyż do słynnego tercetu Holendrów dokupiono mu latem 1992 roku oprócz Papina także Dejana Sawicevicia, Zvonimir Boban zaś wrócił z Bari a przecież cały czas obowiązywał limit trzech zawodników z zagranicy na boisku. Do tego doszło jeszcze dwóch najzdolniejszych włoskich piłkarzy młodego pokolenia: Lentini oraz Eranio. Trzeba jednak zauważyć że Cappello żonglował swymi asami znakomicie, żaden z nich nie mógł czuć się zbytnio pokrzywdzony. Szkoleniowiec Milanu nie miał zresztą innego wyjścia niż prowadzić z ręczną politykę personalną, wszak jego Boss jasno powiedział co sądzi o oskarżeniach że wpakował do tego barszczu zbyt wiele grzybów: ,,To sprawa trenera żeby w drużynie nie było kwasów". Swoją drogą Capello miał do swego ,,cappo” równie nabożny stosunek jak Goethals do swojego. Gdy Milan nie przegrał 41 kolejnego meczu w lidze i pobił rekord Fiorentiny rzekł: ,,Ten sukces dedykujemy naszemu prezydentowi". W zespole z Lombardii w finale nie mogli zagrać Ruud Gullit, Dejan Sawicevič i Zvonimir Boban, co tylko ułatwiło trenerowi ustalenie składu. Mimo to Papin zajął miejsce zaledwie na ławce rezerwowych. Co do Gullita, plotkowano że wcale nie był kontuzjowany, lecz decyzję o odsunięciu go od gry podjął sam Silvio Berlusconi, gdyż zawodnik nie chciał przyjąć zaproponowanych mu warunków przedłużenia kontraktu. Zresztą nie tylko on, także Frank Rijkaard nosił się z zamiarem opuszczenia klubu. Miląc znajdował się w centrum uwagi ale zawodnicy om mieli przekonanie że to oni wygrają. ,,Przegraliśmy finał 2 lata temu, choć byliśmy lepsi, teraz Bóg musi nam go oddać. Po tylu trudnościach na drodze nie możemy doznać kolejnej porażki"- tak można streścić kilka przedmeczowych wypowiedzi Abediego Pele dla francuskich mediów. Koledzy zaś musieli ufać gwieździe zespołu. Zaproponowany przez Goethalsa skład Olympique został zatwierdzony przez Tapiego. Nie wiadomo czy prezydent wprowadził do tym razem jakieś zmiany, w trakcie meczu natomiast kilka razy sięgał po krótkofalówkę a w tym samym czasie na ławce podnosił ją któryś z członków sztabu. Czy Tapie domagał się korekty taktyki w trakcie meczu i żądał zmian personalnych? Nie wiemy, na pewno jednak nie pytał trenerów o samopoczucie... Początek meczu zdecydowanie należał do ekipy z Włoch. Milan przyciskał marsylię, lecz Marco van Basten i Daniele Massaro zmarnowali dogodne okazje. W zespole z Francji największą ochotę do walki i prowadzenie ataków przejawiał po jego Szarży w ostatniej minucie gry przed przerwą francuski zespół wywalczy rzut rożny, gdyż dośrodkowanie gańczyka w ostatniej chwili zablokował wcześniej prześcignięty przezeń Paulo Maldini. Sam Pele dokładnie zacentrował na głowę Bazyla Bolliego, który mocne uderzeniem umieścił piłkę w siatce. To był dopiero drugi gol stracony przez Milan w tej edycji Ligi Mistrzów ale właśnie to trafienie przesądziło o porażce Włochów. Aedi Pele zdradził po latach kulisy zdobycia Tego gola w wywiadzie dla „Sport-avenir.com”: ,,Zauważyłem że przy rzutach rożnych drużyna Milanu ustawia się dosyć głęboko. Dlatego wieczorem w pokoju hotelowym powiedziałem do Bolly’ego i Anglomy żeby przy każdym kornerze dla nas jeden z nich atakował bliższy słupek A ja tam spróbuję dograć". W przerwie na stadionie olimpijskim rządzili kibice Milanu, lekceważący to, co się stało. Wielki Milan nie mógł przecież w taki sposób wypuścić z rąk trofeum. Równo z rozpoczynającym drugą odsłonę spotkania gwizdkiem sędziego istotnie zaczął się szturm Van Bastena i kolegów. Na boisku zameldował się Papin, przywitany przez kibiców om straszliwymi gwizdami i okrzykami zdrajca. Zaraz po wejściu mógł wyrównać ale i jego zawiodła skuteczność. Z każdą minutą napór mediolańczyków słabo, podobnie jak doping ich kibiców, tymczasem coraz głośniejsi byli fani OM, którzy zaczynali wierzyć że marzenie może się ziścić. W końcu sędzia zakończył zawody. ,,Zagraliśmy kompletny mecz. To było zwycięstwo nasze, piłkarzy ale zarazem wielki sukces z całej Francji"- skomentował po latach Rudi Voller w rozmowie z rp-online.de.

Pozostaje pytanie dlaczego w końcówce wyraźnie więcej sił mieli zawodnicy mistrza Francji, którzy dzięki temu pewnie doholowali zwycięstwo do końca? Oto co na ten temat powiedział w 2006 roku w wywiadzie dla ,,L'Equipe" ich pomocnik Jean Jacques Eydelie: ,, Przed finałem Kazano nam ustawić się w rządku i każdy dostał zastrzyk. Odmówił tylko Rudi Voller. Podczas gry czułem niezwykłą suchość w ustach. Moje ciało reagowało inaczej niż zwykle". Czy om wygrało mecz, bo jego piłkarzom podano doping? Czy może, jak tłumaczono w klubie były to wyłącznie dozwolone środki? Żaden z pozostałych zawodników nie potwierdził rewelacji kolegi. ,,To co mówi Eydelie jest całkowicie niewiarygodne. Nie przypominam sobie widoku któregokolwiek piłkarza OM dostającego podejrzany zastrzyk"- powiedział Völler. „Nasze zwycięstwo w Monachium było absolutnie czyste"- stwierdził Marcel Desailly. ,,Mieliśmy tak silny skład że nie było potrzeby się dopingować"- dodał asystent trenera Goethalsa Jean Fernandez. No właśnie, jak silny skład posiadała Francuska drużyna? Wielu kibiców OM uważa że o wiele mocniejsza była ekipa z 1991 roku, ta, która przegrała finał z Crveną Zvezdą. Najlepiej znający zagadnienie, gdyż najdłużej grający w klubie obrońca Eric de Meco po latach powiedział tak: ,,Najmocniejsza to była drużyna z 1990 roku, która z Pucharu Europy odpadła w półfinale po meczu z Benfiką i golu strzelonym dla niej ręką przez watę. Enzo Francescoli, Chris Waddle, Karl-Heinz Forster, Moser, Manu Amoros! Cóż to była za moc!". No ale zespołowi temu zabrakło szczęścia i determinacji a ekip jest 1993 roku- nie. Obraz odbierający trofeum piłkarzy OM i smutno siedzących w kącie boiska graczy Milanu utkwił w pamięci wielu obserwatorów. Sytuacja wzbudziła pewne zażenowanie, UEFA zaczęła więc rozmyślać nad tym by za nim zwycięzcy odbiorą puchar, wręczać pokonanym medale za dotarcie do finału, co było bardzo ludzkim pomysłem, który niebawem wprowadzono w życie. W Monachium graczy Marsylii oraz Bernarda Tapiego opanowało szaleństwo. Wspólna noc była bardzo długa. Na imprezie zabrakło tylko jednego człowieka- trenera Goethalsa. On świętował największy sukces w karierze po swojemu: wypalając na balkonie hotelowego pokoju kilka papierosów, które przez całe życie były najwierniejszym druhem. ,,Gdy następnie jego dnia wróciliśmy do Marsylii od wczoraj kibiców"- opowiadał po latach rudy Voller. Piłkarze nie mogli się do nich przyłączyć, gdyż niebawem czekał ich kolejny arcyważny mecz. Wielka feta odbyła się na Stade Velodrom 3 dni później, 29 maja. Tak się złożyło że Olimpic grał tego dnia w lidze z depczącym mu po piętach PSG. Miał dwa punkty przewagi, więc zwycięstwo przesądzało sprawę tytułu mistrzowskiego. Kibice chcieli świętować podwójnie i otrzymali ku temu okazję, bo choć goście wyszli na prowadzenie w Siódmej minucie Marsylia wygrała 3:1. Nikogo nie obchodziło że mecz był brzydki czy pełen fauli. Bohaterowie zostali nagrodzeni, choć nie poszło gładko, ponieważ kibice ze stolicy nie zamierzali, oczywiście klaskać wielkiemu rywalowi. Rzucali na boisko race a ostatecznie pobili się z policją. To była chyba jedyna w historii Ligi Mistrzów feta Zwycięzców przebiegająca w takiej atmosferze. Fabian Bartez powiedział jednak po niej: ,, granie w takim klubie jak Olympic Marsylia, z takimi kibicami, to najwspanialsza rzecz jaka możesz spotkać piłkarza". Bernard Tapie też wypinał pierś do orderów. Nawet jeśli już nie ingerował w zwycięską taktykę i w skład (albo robił to w umiarkowanym stopniu) to przecież Olimpiq był jego tworem, powstał i funkcjonował za jego pieniądze ,,To był po prostu klub należący do jednego człowieka, który podejmował tam wszystkie ważne decyzje"- powiedział po latach Angloma. Od 1986 roku ta pije, nie licząc się z pieniędzmi, kupował wszystkich tych znakomitych piłkarzy, którzy umknęli uwagę szefów klubów potężnych wtedy serie A. Zatrudniał wybitnych trenerów, przed Goethalsem jego zespół prowadzili między innymi Michelle Hidalgo oraz Franz Beckenbauer. Nie zrezygnował z marzeń o triumfie ani po porażce w Bari, ani po wyeliminowaniu w kolejnej edycji 1991-92 przez Spartę Praga jeszcze przed fazą grupową. Zemścił się jednak za to ostatnie na piłkarzach w charakterystyczny dla siebie sposób: przez cały następny sezon dostawali wypłaty z opóźnieniem. Gdy latem 1992 roku Milan zagiął parol na gwiazdę zespołu Jean Pierre Papina, nie zatrzymywał napastnika na siłę, lecz sprzedał go sprowadzając w zamian dwóch kapitalnych atakujących: Vollera oraz Boksicia. Pierwsze zdobycie Pucharu Europy przez klub z kraju pomysłodawców europejskich rozgrywek traktował jako swoje powołanie, dziejową misję. Gdy wyczarterowany samolot ze zdobywcami i trofeum na pokładzie lądował w Marsylii, Tapie przeżył być może najszczęśliwszy dzień życia. Nie wiedział jeszcze wtedy że wejście na szczyt skończy się upadkiem. Cytując Bułhakowa: ,,Annuszka już wylała olej". Pięć dni przed starciem z Milanem Marsylia rozgrywała ligowy mecz z Valencienneem. Do końca sezonu pozostały trzy kolejki, zespół literował w tabeli lig 1 i miał cztery punkty przewagi na PSG. W poprzedniej serii OM wysoko pokonał Lille, tymczasem rywal znajdował się w strefie spadkowej, dostał ostatnio lanie od Nantes i wyglądał na słabowitego. Federacja piłkarska, chcąc pomóc marsylczykom przed finałowym starciem z Milanem wyznaczyła potyczkę na piątek. Co podkusiło Tapiego żeby kupować akurat ten mecz? Takie działanie ocierało się o absurd. Magnat wyszedł jednak z założenia że trzeba wspomóc piłkarzy, który głowy będą już zaprzątnięte meczem w Monachium. Poprzez swoich ludzi dotarł więc do kilku zawodników Valenciennes i zapłacił im by Nie stawiali przesadnego oporu jego pupilom ale Boksić strzelił gola w 21 minucie a potem zaczął się kabaret, jak w meczu z Brugge (ale wtedy nikomu niczego nie udowodniono; być może ten mecz z belgami tak rozzuchwalił Tapiego?). Po kilku dniach jednego z graczy Valenciennes, obrońcę i Jackuesa Glassmanna ruszyło sumienie (albo zmotywowało go coś innego) i zawodnik ujawnił całą sprawę. Jego rewelacje potwierdził kapitan zespołu Christopher Robert, który przyznał że to do niego zgłosił się z propozycją korupcyjną jeden z graczy om - Jean Jacques Eydelie. Afera z początku śmieszne, wkrótce stała się poważna. UEFA zaczęła naciskać by ją wyjaśnić. Sama wzięła pod lupę mecz om z... CSKA (6:0), gdyż trener Rosjan Kostyliew doniósł że próbowano go przekupić ale Europejska Federacja niczego nie wytropiła. Dopiero po kilku latach o złożonej i im propozycji korupcyjnej donieśli trener Glasgow Rangers Walter Smith oraz piłkarz Mark Hatelley. Być może więc OM przebyło nieuczciwie całą drogę do finału Ligi Mistrzów.

Niewykluczone że Francja w 1993 roku dłużej i zacieklej broniła swej chluby ale przecież za kilka lat miał się tam odbyć mundial, więc skaza na wizerunku kraju była i jej niepotrzebna. Om szybciutko zaczęto wykluczać z kolejnych rozgrywek sezonów 1993 94: Puchar Francji (Ostatecznie w nim zagrał), superpucharu Europy i pucharu interkontynentalnego. W końcu klub został wyrzucony także z Ligi Mistrzów. Czołowi zawodnicy natychmiast zgłosili chęć rozwiązania kontraktów. Tapie krzyczę o włoskiej mafii, która chce Zemsty za odebranie serię a Pucharu Europy ale nikt go już nie słuchał. Tak upadło jego imperium. Sam szef najpierw zasłaniał się menadżerem OM Barnesem ale ostatecznie okazało się że od początku o wszystkim wiedział. W końcu w 1996 roku, w wieku 53 lat Bernard Tapie trafił do więzienia. Znalazł się w nim w ciekawych okolicznościach. Gdy otrzymał wyrok 24 miesięcy pozbawienia wolności, z czego 16 w zawieszeniu, nie udało się go osadzić za kratkami, gdyż adwokaci potrafili go wybronić ale chcąc złożyć odwołanie musiał pozwolić się zamknąć chociaż na jeden dzień, gdyż tak stanowi francuskie prawo. Tak więc udał się w wyznaczone miejsce do paryskiego więzienia La Sante, lecz sąd kasacyjny nie znalazł podstaw do wszczęcia postępowania odwoławczego i biznesmen pozostał w celi. Niebawem jednak adwokaci podjęli starania zmierzające do tego by ich klient był wolny w dzień a w zakładzie zamkniętym spędzał tylko noce. Ostatecznie to w tym trybie odbył karę. Mecz z PSG był przedostatnim w karierze Goethalsa. Po ostatnim ligowym meczu sezonu z Toulouse zmęczony szkoleniowiec odszedł na emeryturę (by jeszcze na chwilę wrócić z niej w 1995 roku i objąć Anderlecht). Jako futbolista grał na bramce. Jako trener przez wiele lat przysparzał chwały belgijskiemu futbolowi, pracując w tym że Anderlechcie oraz standardzie Liege, wówczas czołowych ekip Europy. Za granicą przed objęciem Marsylii w 1991 roku prowadził Bordeaux, Sao Paulo FC, Vitorię ponownie Bordeaux. Z reprezentacją Czerwonych Diabłów dotarł do najlepszej czwórki Mistrzostw Europy w 1972 roku. Uchodził on za mistrza taktyki, Nazywano go nawet z tego powodu naukowcem a ponieważ często wygrywał z silniejszymi, także czasami czarodziejem. Wolał jednak raczej bronić niż atakować kropkę to on wprowadzał do Europejskiego futbolu nowinki służące po prawie gry defensywnej: agresywny pressing i strefowe krycie. Właśnie tymi elementami imponował grający najczęściej w ustawieniu 5-2-3 zespół (choć akurat na finał Belg wybrał inny system: 4 3 1 2). Przez wiele lat nikt nie stosował potem 1 z tych ustawień, odeszło ono w zapomnienie, po wielu latach zostało jednak odkurzone przez reprezentację Kostaryki na mundialu w 2014 roku, która właśnie dzięki oryginalnej taktyce wyszła z grupy, mimo że Rywalizowała w niej z Anglią, Włochami i Urugwajem, po czym dotarła do ćwierćfinałów imprezy. Jego dziedzictwo nie zostało więc całkowicie zaprzepaszczone. Wkładem om w rozwój futbolu było udowodnienie jak świetnie rezultaty może przynieść wdrożenie defensywnych rygorów do zespołu składającego się z wybitnych futbolistów. Taka idea była też bliska Bernardowi Tapiemu, który w 2018 roku powiedział: ,, część zawodników woli mecz przegrany 3-4, w którym strzeli trzy gole, niż zwycięstwo 1:0 bez swojego udziału. Tymczasem piłka nożna opiera się poświęceniu dla innych. Jeśli w zespole nie ma altruizmu jest on skazany na porażkę". W istocie rzeczy wszyscy trenerzy silnych zespołów stawiający na defensywę, w tym Jose Mourinho są uczniami Goethelsa ale oczywiście dziś nikt do takiego źródła inspiracji nie zamierza się przyznawać. Goathels dostał dożywotni zakaz pracy trenerskiej w Belgii, więc jeśli temida nie okazała się całkiem ślepa nie był o niczym nie wiedzącym niewiniątkiem. Tapie doskonale wiedział kogo zatrudniał. Po aferze w Belgii trenera nie dopadły Zresztą wyrzuty sumienia. Po krótkim epizodzie w Guimaraes objął posadę dyrektora sportowego w drugoligowym Racingu Yet z rodzinnej Brukseli. Oczywiście był de facto trenerem tego zespołu, który ekspresowo wywalczył awans do ekstraklasy. W Marsylii dostał od prezydenta Tapiego zespół z mnóstwem gwiazd. Nie ze wszystkimi udało mu się dogadać. Tylko rok wytrzymał z nim Eric Cantone. Gdy pewnego razu piłkarz powiedział że nie podoba mu się rola rezerwowego i nie zasiądzie na ławce trener polecił mu zająć miejsce rząd za nią gracze bardzo go cenili. ,, szanuję go oczywiście ze względu na wiek ale także doświadczenie i klasą trenerską. Dopiero on zrobił z nas stuprocentową ekipę"- powiedział Basile Boli. Goethals wygrał Ligę Mistrzów mając 72 lata. Do dziś nie dokonał tego nikt starszy.

9

„Les Olympiens” zdobywają najcenniejszy puchar w cieniu korupcji:
Pierwszy w dziejach finał Ligi Mistrzów pomiędzy Olympique Marsylia a AC Milan był starciem Tapiego z Berlusconim, dwóch ludzi o bardzo podobnej drodze życiowej, związanej z show-biznesem, wielkimi interesami i polityką oraz o równie okazałych ambicjach. O kulisach tego finału zapraszam do odpowiedzi na mój komentarz.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360

9

Derby Chorzowa:

W czwartek 26 maja 1938 r. w święto Wniebowstąpienia Pańskiego a więc w dzień wolny od pracy na stadionie w Wielkich Hajdukach stanęły naprzeciwko siebie drużyny ruchu i AKS-u. W mecz 6-tej kolejki ligowej lepiej weszli piłkarze z Chorzowa i pierwsze 10 minut przebiegało pod ich dyktandem. Niebiescy stopniowo jednak zaczęli przejmować kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Pierwszego gola dla ruchu w 21 minucie spotkania strzelił głową Peterek wykorzystując doskonałą centrę Kruka Jak napisał dziennikarz „Śląskiego Kurjera Porannego": Peterek strzelił bramkę, która nadawałaby się na taśmę filmu olimpijskiego. Kilka minut później po dwójkowej akcji z włodarzem do siatki trafił Wilmowski i wynik brzmiał 2:0 dla Ruchu. 35 minucie w zamieszaniu podbramkowym najprzytomniej odnalazł się ponownie ,,Ezi" podwyższając prowadzenie niebieskich na 3.0. Według prasy ten zabójczy kwadrans doskonałej gry gospodarze wykorzystali w 100%. Zamieniając swoje sytuacje na gole. Potem znów do głosu doszli goście z Chorzowa. Pierwszą bramkę dla ,, zielono-białych" z rzutu karnego po faulu Broma zdobył Leonard Piątek i wynik do przerwy brzmiał 3:1. Komentatorzy pisali o bardzo wysokim poziomie obydwu zespołów, przy czym AKS grał a Ruch strzelał gole. W drugiej części spotkania początkowo zaatakowali Niebiescy chcąc ,, zamknąć ten mecz". Jednak zryw gospodarzy trwał tylko kilka minut, w tym czasie dwukrotnie Wilmowski niepokoił bramkarza AKS-u. Później napór drużyny gości stawał się coraz większy. Niebiescy słabli z każdą minutą ale bronili się z dużą determinacją i szczęściem. Doszło do sytuacji że nawet Wilimowski cofnął się do linii pomocy pilnując Piątka. Na kwadrans przed końcem drugiego gola strzelił właśnie Piątek. Wynik 3:2 pomimo frontalnych ataków gości nie uległ już zmianie i Ruch wygrał derby. Po tym zwycięstwie Ruch umocnił się na pozycji lidera rozgrywek ligowych mając dwa punkty przewagi nad drugą w tabeli Warszawianką.

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

W pogoni za historycznym mistrzostwem:

26 maja 1929 r. FC Barcelona zdecydowanie pokonuje Atletico Madryt 4:0 na „Estadio Montjuïc” w 14 kolejce Primera Division, umacniając się na prowadzeniu z dwupunktową przewagą nad Realem Madrid. Blaugrana już do końca rozgrywek nie odda prowadzenia, czego efektem było pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii! Gole przeciwko Atletico strzelali: Josep Sastre(10 m.), Josep Samitier(43 i 61 m.) oraz niemiecki prawy obrońca Emil Walter(47 m.).

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Astad
@AssisMoreira
@Adran360

8

Wiekopomny triumf w Copa Del Rey:

26 maja 1910 roku FC Barcelona pokonała na „Estadio Tiro del Pichon” Espanyol de Madrid 3:2 w finale Pucharu Króla i po raz pierwszy w dziejach sięgnęła po ten puchar. Gole zdobywali: Charles Wallace, Carles Commamala i Jose Rodriguez dla Blaugrany oraz dwa Buylla dla Espanyolu. Ekipa Blaugrany wystawiła w tamtym finale następujący skład: Sola, Bru, Peris, Grau, Forns, Jose Rodriguez, bracia Wallace i Commamala a także Amechazurra, który był pierwszym zawodowym piłkarzem klubu. Po powrocie do Barcelony drużyna została powitana przez rozentuzjazmowany tłum, który zgromadził się na przystanku przy „Passeig de Gracia” żeby zobaczyć swoich mistrzów. Następnie piłkarze, szefowie klubu i władze miasta pojechali do „Cafe Torino” aby wygłosić tam tradycyjne przemowy i świętować zwycięstwo jak należy przy kieliszku wina. Wśród przybyłych na celebracje zwracała uwagę obecność najważniejszej osoby klubu, ówczesnego prezydenta Otto Gmelina, znanego jako „Wielki Otto” ze względu na potężną sylwetke.

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@FcPortoFan1999 Dopiero z roboty wróciłem i co widze? A no że wygrała! Bravo Igunia i do przodu!

4

@FCBparasiempre
W półfinale Włosi musieli się zmierzyć z CSKA Sofia. Bułgarzy w 1/8 wyeliminowali mistrza Polski Górnika Zabrze (4:0 w Sofii i 0:3 w Zabrzu – Górnik prowadził już do przerwy 3:0, a po zmianie stron karnego nie wykorzystał Ernest Pohl), w ćwierćfinale byli górą w starciu z Linfield Belfast (2:2 w Irlandii Północnej i 1:0 w Sofii). Byli prawdziwą rewelacją tej edycji Pucharu Mistrzów i o mały włos nie dotarli do finału. Po remisie 1:1 w Mediolanie dokładnie taki sam wynik padł w Sofii. Dopiero w trzecim meczu na „neutralnym” stadionie w Bolonii (wybór tego miejsca nie był zbyt fortunny) Włosi zapewnili sobie awans do finału po bramce niezawodnego Renato Cappelliniego w 12. minucie. Potem zastawili słynny „rygiel” i udało się „dowieźć” 1:0 do końca meczu. Krąży legenda, że paragwajski trener Juventusu Heriberto Herrera (zbieżność nazwisk z Helenio przypadkowa) przed finałem zaprosił do Turynu Jocka Steina, aby dokładnie wyjaśnić mu sposób gry Interu. Nawet i bez tego trener „Celtów” wiedział jednak, czego może się spodziewać. Mimo tego został zaskoczony. Pierwsze minuty meczu finałowego należały zdecydowanie do zawodników z Półwyspu Apenińskiego. Już w 7. minucie James Craig sfaulował w polu karnym Renato Cappelliniego, a legendarny Sandro Mazzola pewnie wykorzystał jedenastkę. Spotkanie ułożyło się więc dla Interu wyśmienicie i mógł on przyjąć ulubioną taktykę – „rygiel”, utrzymywanie piłki na własnej połowie i sporadyczne kontry. Wyszło jednak na to, że Inter objął prowadzenie zbyt wcześnie. Świetnie przygotowany fizycznie Celtic stosował – używając dzisiejszej terminologii – wysoki pressing, i z każdą minutą Szkoci coraz bardziej tłamsili rywala. Szybko też neutralna publiczność portugalska (Włochów i Szkotów było po ok. 12 tysięcy) opowiedziała się po stronie Wyspiarzy, ponieważ ich ofensywny styl był po prostu przyjemniejszy dla oka. Inter dzielnie bronił się do 63 minuty. Wtedy Tommy Gemmel uderzył z linii pola karnego w „same widły”, a strzegący bramki Interu Giuliano Sarti nawet się nie ruszył. Napór Celticu rósł i druga bramka wisiała w powietrzu. Inter padł ostatecznie w 84. minucie – Stevie Chalmers zmienił kierunek lotu piłki wstrzelonej w pole karne i znalazła ona drogę do siatki. Pozostawało jeszcze sześć minut na odrobienie strat, ale Inter nie był już w stanie nic zrobić. Puchar trafił w ręce niesamowitych chłopaków z Glasgow. Ponieważ rok wcześniej Real wywalczył puchar na własność, UEFA ufundowała nowy, nieco inny, ten sam, o który walczy się do dziś. I właśnie ten puchar odebrał z rąk prezydenta UEFA, Szwajcara Gustava Wiederkehra i prezydenta Portugalii America Thomaza – Billy McNeill, jako kapitan pierwszej zwycięskiej drużyny z Wysp Brytyjskich. Dwa tygodnie później Celtic zaproszony został przez Real Madryt do rozegrania na Estadio Bernabeu pokazowego meczu na cześć żegnającego się z boiskiem Alfreda di Stefano. Ówczesny trener Liverpoolu Bill Shankly (autor wielu słynnych cytatów), starszy o dziewięć lat od Jocka Steina, powiedział do niego po finale w Lizbonie: „Jock, teraz jesteś nieśmiertelny!”. W następnym sezonie Celtic wywalczył mistrzostwo i Puchar Ligi Szkockiej, potem znowu ugrał potrójną koronę. W 1970 r. „The Boys” jeszcze raz dotarli do finału Pucharu Europy, ale tym razem musieli uznać wyższość nowej jakości w europejskim futbolu – holenderskiego futbolu totalnego. Przegrali z Feyenoordem Rotterdam 1:2. Jock Stein prowadził „Celtów” do 1978 r. Następnie zaliczył krótki epizod w Leeds United i przejął obowiązki selekcjonera reprezentacji Szkocji, którą poprowadził w finałach MŚ w Hiszpanii w 1982 r. Umarł tak jak żył – 10 września 1985 r. dostał zawału serca podczas meczu wyjazdowego z Walią w eliminacjach MŚ. Na śmierć swojego mistrza patrzył bezradnie Alex Ferguson, zdolny szkocki trener młodszego pokolenia i ówczesny asystent Jocka Steina. Celtic FC zdobył po 1967 r. wiele tytułów, w 2003 r. dotarł nawet do finału Pucharu UEFA, jednak żadna drużyna nie może się równać z „Lwami z Lizbony” Jocka Steina. Razem z nim na nieśmiertelność zasłużyła cała jedenastka, która 25 maja 1967 r. zdobyła najcenniejsze klubowe trofeum.

9

@FCBparasiempre
25 maja 1967 na Estádio Nacional w Lizbonie CELTIC Glasgow pokonuje INTER Mediolan 2:1(0:1) w finale Pucharu Mistrzów. Dzisiaj drużyny walczące o triumf w Lidze Mistrzów to zbiory najlepszych piłkarzy z całego świata. Był jednak piękny czas, kiedy to grupa kolegów z osiedla potrafiła pokonać wszystkich. W 1967 r. Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych wywalczył Celtic Glasgow a wszyscy ówcześni zawodnicy „The Bhoys” urodzili się w promieniu 30 mil od Glasgow. Tę wspaniałą drużynę trenował Jock Stein i przeszła ona do historii jako „Lwy z Lizbony”, ponieważ właśnie w słonecznej Portugalii Celtic FC pokonał w finale Pucharu Mistrzów Inter Mediolan. Każdego wieczora tuż przed snem, klęcząc przed figurką Matki Boskiej, razem z bratem modliłem się o zdrowie dla mamy i taty, dla Grana McKenny oraz dla Grana McCabe’a a także dla wszystkich naszych ciotek i wujków. „Módlcie się także za Jocka Steina” – przypominał nam ojciec. Kilka lat później było u nas kilku wujków i ksiądz, który tłumaczył, dlaczego Jock Stein powinien zostać świętym. Co prawda nie był katolikiem ale w 1967 r. za jego sprawą stał się cud – pisał w „The Guardian” szkocki dziennikarz Kevin McKenna. „Lwy z Lizbony” (Lisbon Lions) to zwycięzcy finału Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych, który odbył się na Stadionie Narodowym w Lizbonie 25 maja 1967 r. Celtic Glasgow pokonał tego dnia Inter Mediolan 2:1, zdobywając jako pierwszy klub z północy kontynentu najcenniejsze klubowe trofeum. Było to zwieńczenie najlepszego sezonu w 130-letniej historii „The Bhoys”. Celtic FC w sezonie 1966/1967 zdobył mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, no i przede wszystkim Puchar Europy. Dokonała tego drużyna będąca mieszanką rutyny z młodością, prowadzona przez legendę szkockiej piłki Jocka Steina. Jego „Lwy z Lizbony” już kilka lat przed erą Ajaxu Amsterdam i genialnego Rinusa Michelsa prezentowały futbol totalny. ,,To niemożliwe, nikt tak nie gra, w zespole szkockim jest ośmiu napastników!” – krzyczał szwajcarski komentator w drugiej połowie finałowego meczu z Interem. Jednocześnie był to zespół złożony z chłopaków niemal z jednego osiedla, wszyscy poza Bobbym Lennoxem urodzili się w promieniu 10 mil od stadionu Celtic Park. Zresztą nawet i sam Lennox pochodził z miasteczka Saltcoasts, leżącego zaledwie 30 mil od największego szkockiego miasta (jako jedyny nie-glasgowczyk określał sam siebie mianem outsidera). Historia „Lwów z Lizbony” to coś niemożliwego w erze modern football, dlatego ma w sobie tyle romantyzmu. Zwłaszcza że była to naprawdę świetna drużyna. Celtic Football Club został oficjalnie założony 6 listopada 1887 r. przez irlandzkich imigrantów w Glasgow. Celem miała być walka z biedą wśród miejscowych Irlandczyków, a zaczęło się to wszystko w sali katolickiego kościoła św. Marii (katolicyzm od samego początku był jednym z symboli „The Bhoys”). Na klubowym herbie widnieje jednak rok 1888, ponieważ dokładnie 28 maja tego roku „Celtowie” zagrali pierwszy oficjalny mecz. Ich rywalem – a to niespodzianka! – byli Glasgow Rangers. Pierwsze Old Firm Derby zakończyły się zwycięstwem Celticu 5:2. Już w 1889 r. „The Bhoys” dotarli do finału Pucharu Szkocji, w 1892 r. zdobyli to trofeum, a po roku dorzucili do tego pierwszy tytuł mistrza Szkocji. Wystarczyło więc zaledwie kilka lat istnienia, aby Celtic stał się czołowym klubem w kraju. W 1964 r. klub po raz pierwszy pokazał się na arenie międzynarodowej, docierając do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów (zlikwidowany w 1999 r.). Po imponującym zwycięstwie u siebie z MTK Budapeszt 3:0, na wyjeździe „Celtowie” roztrwonili przewagę i przegrali aż 0:4. Była to jednak zapowiedź złotej ery Celticu, która miała się zacząć wraz z przyjściem trenera Jocka Steina. Oficjalnie został on ogłoszony menedżerem Celticu 31 stycznia 1965 r. Umówił się jednak z władzami klubu, że pozostanie w Hibernanie, dopóki nie znajdą tam jego następcy. Ostatecznie więc zawitał na dobrze sobie znany Celtic Park w marcu, zastępując pracującego tam od 20 lat Jimmy’ego McGrory’ego (ten w uznaniu zasług otrzymał posadę dyrektora PR). Jock Stein urodził się 5 października 1922 r. w Hamilton oddalonym o 12 mil od Glasgow i był zawodnikiem Celtic FC w latach 1951-1956. Przychodził z walijskiego Llanelli AFC raczej jako uzupełnienie, ale udało mu się wywalczyć stałe miejsce na środku obrony, z czasem zasłużył nawet na opaskę kapitana. Karierę musiał zakończyć w wieku 34 lat z powodu uciążliwej kontuzji kostki.

Przydzielono mu do trenowania drużyny juniorskie oraz rezerwy. Po nieco ponad trzech latach takiej pracy postanowił rozpocząć działalność na własną rękę i przeszedł do Dunfermline Athletic. W momencie rozpoczęcia pracy (14 marca 1960 r.) miał zaledwie dwa punkty przewagi nad ostatnią drużyną w tabeli. Utrzymał zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej, a już w następnym sezonie wywalczył Puchar Szkocji. Dało to prawo gry w Pucharze Zdobywców Pucharów, gdzie w sezonie 1961/1962 Dunfermline dotarł do ćwierćfinału. Te osiągnięcia poskutkowały ofertą z Hibernianu Edynburg, do którego Jock Stein przeniósł się w marcu 1964 r. (to był ulubiony przez Steina miesiąc do zmian miejsca pracy). Przez rok pobytu w stolicy Szkocji zdołał wygrać Summer Cup czy pokonać w meczu towarzyskim Real Madryt. To wystarczyło, aby dostać ofertę z Celticu i w marcu 1965 r. Jock Stein rozpoczął swoją najpiękniejszą życiową przygodę. Jego następcą w Hibernianie został Bob Shankly, starszy brat legendarnego Billa. Do dzisiaj Stein pozostaje najlepszym menedżerem Hibernianiu w historii, w ciągu roku jego pracy współczynnik zwycięstw drużyny wynosił 62%. Zatrudnienie Jocka Steina na stanowisku pierwszego trenera Celtic FC było przełamaniem swego rodzaju tabu, ponieważ był on pierwszym protestanckim menedżerem w historii klubu. Zastał drużyną przygotowującą się do rozegrania półfinałów Pucharu Szkocji. Udzielił swoim nowym podopiecznym wskazówek taktycznych na poziomie, z jakim wcześniej nie mieli do czynienia. Rozprawili się w półfinale z Motherwell, a w finale pokonali Dunfermline. Po dwóch miesiącach pracy na Celtic Park Jock Stein miał już swój pierwszy „skalp” – „The Bhoys” wygrali Puchar po raz pierwszy od jedenastu lat. W przerwie letniej ściągnął najlepszego strzelca Motherwell Joe McBride’a. W pierwszym pełnym sezonie pod wodzą Steina (1965/1966) „The Bhoys” zdobyli Puchar Ligi Szkockiej i dotarli do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Byli bardzo bliscy historycznego występu w finale europejskich rozgrywek – przegrali w dwumeczu z Liverpoolem 1:2, a w meczu na Anfield sędzia nie uznał dającej „Celtom” awans bramki Bobby’ego Lennoxa (wątpliwy spalony). Co się jednak odwlecze… Potem Celtic przegrał w finale Pucharu Szkocji z Rangersami, ale powetował to sobie w lidze, zdobywając pierwsze od dwunastu latu mistrzostwo Szkocji. Imponujące pasmo sukcesów w ciągu zaledwie dwóch lat, ale najlepsze dopiero się zbliżało. Przed startem sezonu 1966/1967 Jock Stein właśnie tak powiedział do swoich piłkarzy. Faktycznie, był to najbardziej magiczny, cudowny i niezapomniany sezon w historii klubu z katolickiej części Glasgow. Mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, Glasgow Cup i Puchar Europy – w drodze do tych trofeów „The Bhoys” strzelili łącznie 196 goli. Już letnie mecze towarzyskie zapowiadały coś wielkiego – Celtic pokonał m.in. Manchester United 4:1 (tzw. „dzieci Busby’ego”, które w 1968 r. zdobyły Puchar Europy) oraz 1:0 Real Madryt na Estadio Santiago Bernabéu. Ligę ekipa Jocka Steina rozpoczęła od fenomenalnej serii ośmiu kolejnych zwycięstw. Dopiero w dziewiątej kolejce rozpędzonych „Celtów” na ich boisku powstrzymała drużyna St Mirren, remisując 1:1 (5 listopada 1966 r.). W tym czasie Jock Stein i spółka mieli już na koncie pierwszy triumf – 29 października w finale Pucharu Ligi Szkockiej pokonali Glasgow Rangers 1:0 po golu Bobby’ego Lennoxa. Spotkanie na Hampden Park oglądało 94,5 tys. widzów. Wpadkę z 5 listopada z St Mirren „The Bhoys” szybko sobie powetowali zwycięstwem w finale Pucharu Glasgow (7 listopada) nad Patrick Thistle FC 4:0 (znowu na Hampden Park, tym razem jednak „tylko” 31 tys. widzów – mniejsza ranga rozgrywek i rywala). Oprócz finalistów udział w Glasgow Cup brały jeszcze Queens Park FC oraz oczywiście Rangersi. Potem przyszła seria trzech kolejnych ligowych zwycięstw, bezbramkowy remis w Kilmarnock i znowu dwie wygrane. Jedynie w okresie świątecznym „Celtów” dopadła lekka zadyszka – w wigilię zremisowali z Aberdeen 1:1, a w sylwestra 1966 po raz pierwszy przegrali w lidze (2:3 na wyjeździe z Dundee United). Był to tylko wypadek przy pracy, ponieważ w 13 kolejnych meczach Celtic wygrał aż 12 razy, notując w międzyczasie jeden remis. Chłopcom Jocka Steina wyraźnie jednak nie leżały Aberdeen i Dundee United, ponieważ w rewanżach padły niemal identyczne wyniki – bezbramkowy remis z Aberdeen (19 kwietnia) i porażka 2:3 z Dundee na Celtic Park (3 maja). To sprawiło, że w przedostatniej kolejce (6 maja – Old Firm Derby) Rangersi wciąż mieli szansę na prześcignięcie rywala z katolickiej części Glasgow. Padł jednak remis 2:2 i „Celtowie” mogli świętować kolejne mistrzostwo Szkocji. Tytuł przypieczętowany na Ibrox Park smakował szczególnie. Był to już czwarty „skalp” Jocka Steina i spółki, bo 29 kwietnia w finale Pucharu Szkocji pokonali Aberdeen 2:0 (z którym nie mogli sobie poradzić w lidze) po dwóch bramkach Williego Wallace’a. Sezon wspaniały, ale każde z tych czterech trofeów Celtic zdobywał już wielokrotnie. Jednak o wyjątkowości sezonu 1966/1967 stanowi Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych.

„The Bhoys” mogli wystartować w tych rozgrywkach dzięki pierwszemu od dwunastu lat tytułowi mistrza Szkocji, a stało się to już w pierwszym pełnym sezonie pracy Jocka Steina. Do Lizbony wiodła jednak dość długa droga. W pierwszej rundzie Celtowie trafili na FC Zurich. 28 września 1966 r. zwyciężyli na Celtic Park 2:0 po golach Gemmella i McBride’a. W rewanżu 5 października (dzień 44. urodzin Jocka Steina) Gemell trafił dwa razy, jednego gola dołożył Stevie Chalmers i Celtic pewnie przeszedł do kolejnej rundy. Przejście Szwajcarów okazało się bułką z masłem, a w drugiej czekał zespół FC Nantes, mistrz Francji. Rywal był jednak słabszy niż sądzono i sprawa rozstrzygnęła się już praktycznie w pierwszym meczu, wygranym przez „Celtów” na wyjeździe 3:1. 30 listopada 1966 r. w Nantes bramki strzelali McBride, Lennox i Chalmers. Identycznym wynikiem zakończył się rewanż w Glasgow, rozegrany 7 grudnia (Johnstone, Chalmers, Lennox). Kolejne mecze odbyły się dopiero w marcu następnego roku. Tu zaczęły się schody, bo 1 marca 1967 r. w Nowym Sadzie Celtic przegrał z Vojvodiną 0:1. Jock Stein bał się tego meczu. Rok wcześniej oglądał bowiem inny, w którym Partizan Belgrad grał z Manchesterem United na tyle skutecznie, by wyeliminować go z rozgrywek. Teraz Vojvodina była mistrzem i ona stanęła na drodze Szkotów. Jej podstawowym atutem miał okazać się bramkarz Ilija Pantelič. Ale nie tylko on. Zespół z Nowego Sadu wygrał 1:0 i miał prawo jechać na rewanż w niezłych nastrojach. Serbowie w Glasgow musieli się jednak zmierzyć nie tylko z rywalem, ale także z 70-tysięcznią widownią na Celtic Park. 8 marca 1967 r. gospodarze wyrównali stan rywalizacji w 58. minucie po golu Steviego Chalmersa. Kiedy zanosiło się na dogrywkę, awans dał w ostatniej minucie meczu stoper Billy McNeill po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Charliego Gallaghera. Na drodze do finału stała potem już tylko jedna drużyna – praska Dukla. Półfinał Pucharu Mistrzów był jednak przekleństwem Brytyjczyków. Do tej pory na tym szczeblu zespoły w Wysp grały aż osiem razy i nigdy nie dotarły do finału. W pierwszym meczu w Glasgow (12 kwietnia) gospodarze zwyciężyli 3:1 po dwóch golach Williego Wallace’a i jednym Jimmy’ego Johnstone’a. W rewanżu 25 kwietnia mistrzowie Czechosłowacji wcale jednak nie stali na straconej pozycji, poczynaniami zespołu z Dukli kierował wciąż będący w wysokiej formie 36-letni wicemistrz świata z 1962 r. Josef Masopust. Bohaterem okazał się jednak starszy o cztery miesiące bramkarz „Celtów” Ronnie Simpson, który zachował czyste konto. Bezbramkowy remis w pełni satysfakcjonował Szkotów. To był w ogóle magiczny czas dla weterana, który pomiędzy dwoma meczami z Duklą zadebiutował w reprezentacji Szkocji. I co to był za debiut – Szkocja pokonała na Wembley aktualnych mistrzów świata 3:2! Skład Anglików w tym meczu (15 kwietnia 1967 r.) był niemal identyczny jak w finale MŚ z Niemcami Zachodnimi, jedynie Jimmy Greaves zastąpił Rogera Hunta. Pod koniec kwietnia „The Boys” zapewnili sobie jeszcze Puchar Szkocji, na początku maja przypieczętowali mistrzostwo, więc całe swoje siły mogli skupić na finale Pucharu Mistrzów. O ile droga do finału była stosunkowo łatwa (raczej żaden z wyeliminowanych klubów nigdy nie należał do potentatów europejskiej piłki), o tyle w finale czekał wielki Inter Mediolan pod wodzą Helenio Herrery, triumfator PEMK z 1964 i 1965 roku. Jedenaście edycji rozgrywek o Puchar Mistrzów i tyleż zwycięstw drużyn z południa kontynentu! Posrebrzane trofeum nie opuszczało dwóch półwyspów i tylko trzech miast. Jak nie Półwysep Iberyjski, to Apeniński. Jak nie Madryt – to Lizbona. Jak nie Lizbona – to Mediolan. I tylko cztery kluby – sześciokrotnie Real, po dwa razy Benfica oraz Inter i raz Milan. Drużyna z północnych Włoch miała też dużo trudniejszą drogę do finału w Lizbonie. Początek dość lekki, bo w pierwszej rundzie wyeliminowali Torpedo Moskwa. Było to klasyczne zwycięstwo w preferowanym przez Inter stylu catenaccio – 1:0 u siebie po samobójczej bramce Woronina i dające awans 0:0 na wyjeździe. Czyli zgodnie z podobną filozofią, wyznawaną wiele lat później np. przez José Mourinho – przede wszystkim nie stracić bramki, a z przodu zawsze coś wpadnie (choćby po samobójczym trafieniu rywala). Dużo bardziej przekonujące było zwycięstwo w 1/8 finału z Vasasem Budapeszt (2:1 w Mediolanie i 2:0 w stolicy Węgier). Jednak w ćwierćfinale na podopiecznych Helenio Herrery czekała przeszkoda najtrudniejsza z możliwych. Real Madryt w 1966 r. wygrał PEMK po raz szósty i stawał do rozprawy z triumfatorem z dwóch poprzednich lat. Był to także rewanż za półfinał sprzed roku, kiedy to górą okazał się Real. W pierwszym meczu w Mediolanie Inter wygrał 1:0. Taktyka na rewanż była więc prosta: „zaryglować” bramkę, a z przodu może coś wpadnie. I tak też się stało – w 23. minucie trafił do siatki gospodarzy Renato Cappellini (strzelec gola także w pierwszym spotkaniu), a „Królewskich” pogrążył w 57. minucie ich własny obrońca Zoco, strzelając „samobója”. Była to dopiero druga porażka Realu na własnym stadionie w europejskich pucharach (wcześniej w 1962 r. wygrał tam 1:0 Juventus), ale pierwsza decydująca o odpadnięciu.

9

0

@FcPortoFan1999 A kiedy będzie coś wiadomo(?) przecież już jutro gra...

0

@Matiasio Dzięki śliczne. Szkoda że nie po południu bo do 15-tej pracuje ale może następny mecz będzie później....

0

@FcPortoFan1999 No a kiedy nasza kochana Igunia gra i z kim?

0

@FcPortoFan1999 To już dzisiaj french Open wystartował!? W niedziele? Co to za komedie?

8

Zapomniane, acz wspaniałe legendy hiszpańskiego futbolu:

25 maja 1912 r. urodził się wybitny napastnik Isidro Langara. Isidro był postacią absolutnie wyjątkową. Podczas gdy większość zawodników wyjeżdżało z Ameryki Południowej do Europy, on postąpił odwrotnie. Urodzony w miejscowości Pasaia zawodnik zaczynał i kończył swoją karierę w Realu Oviedo (142 mecze i 165 goli!), lecz wojna domowa w Hiszpanii skłoniła go do wyjazdu za ocean. Tam Langara przez cztery lata zakładał koszulkę argentyńskiego San Lorenzo de Almagro (121 meczów i 110 goli) oraz meksykańskiego Real Club España(68 występów i 105 goli). Fenomenalną skuteczność potwierdził również w kadrze Hiszpanii (12 gier i 17 goli!) oraz w reprezentacji Kraju Basków (osiem gier i 17 trafień). ,,Jako piłkarz Isidro Langara wsławił się jako doskonały atleta oraz jako autor „niemożliwych goli”, które często zdobywał po strzałach z dystansu. Jednym z pamiętnych jego występów był pojedynek otwierający sezon 1933/34, kiedy jego Oviedo wygrało z FC Barceloną 7:3! Tego dnia Langara strzelił dwa gole ze stałych fragmentów z odległości około 50 metrów! Zauważył to bramkarz Espanyolu, Lazaro Florenza, jednak kilka tygodni później i on stał się ofiarą podobnego rzutu wolnego, wykonywanego przez Langarę. Jego doskonałe warunki fizyczne zostały też zauważone przez kolegów z drużyny CA San Lorenzo del Almagro, kiedy na pierwszym treningu mieli oni zapytać, czy Langara jest piłkarzem, czy może zapaśnikiem. W San Lorenzo również został zapamiętany ze względu na ekstremalnie silne strzały, oddawane bardzo często z dużego dystansu”– czytamy w wikipedii.

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

@FCBparasiempre
Po niesatysfakcjonujących pod względem sukcesów latach 60-tych, w 1971 roku w Juventusie rządy objął Giampiero Boniperti. Nowy prezydent odkrył młodych, zdolnych zawodników oraz trenera Trapattoniego, dzięki którym nastała druga złota era klubu. W historycznej drużynie, która zdobyła między innymi Puchar Europy, obok Platiniego, Bońka czy Rossiego grał Gaetano Scirea, wielka legenda Juventusu, która w wieku 36 lat zginęła… w Polsce. Włoch urodził się 25 maja 1953 roku w Cernusco sul Naviglio. Swoją piłkarską przygodę zaczął w Atalancie Bergamo, początkowo grając jako pomocnik. W Serie A zadebiutował 24 września 1972 roku w wieku 19 lat w meczu z Calgiari. W sezonie rozegrał 20 meczów, jednak Nerazzurri zajęli dopiero odległe 14 miejsce w tabeli i spadli do Serie B, gdzie Gaetano ostatni rok reprezentował ich barwy. Jak to jest wrócić po roku do najwyższej klasy rozgrywkowej i od razu zdobyć Scudetto? Ba, zdobyć je będąc podstawowym zawodnikiem czołowego klubu we Włoszech, a nie jakimś tam rezerwowym wchodzącym na ostatnie minuty meczu. A to dopiero przedsmak tego, co miał osiągnąć w biało- czarnej koszulce. W Juventusie grał na pozycji libero z „szóstką” na plecach. Po odejściu Dino Zoffa przejął opaskę kapitana. Profesjonalizm i skuteczność na boisku przekładały się na sukcesy w kraju i Europie. Był (wraz z Marco Tardellim) pierwszym piłkarzem, który zdobył wszystkie cztery najważniejsze europejskie klubowe puchary. Do tego siedem razy został mistrzem kraju i zdobył 2 puchary Włoch. Po boisku poruszał się elegancko, z gracją. Umiejętnie łączył rolę obrońcy z ofensywnymi zapędami pod bramkę rywala. Najlepiej Grę Scirei obrazują słowa Bońka: ,,Blok defensywny stanowił najsilniejszą formację Juventusu. Całością poczynań obronnych kierował kapitan drużyny Gaetano Scirea, w mojej opinii najlepszy libero na świecie. Uważam, że od czasów Beckenbauera, Scirea nie miał konkurenta. Doskonale grał głową, dzięki czemu zdobywał sporo bramek. Silny, waleczny”. Skoro mówimy już o waleczności, Giuseppe Furino – boiskowy kolega wspomina Włocha w jednej z rozmów: ,,Pamiętam historię, gdy Gaetano doznał kontuzji stopy. Zamiast poprosić o zmianę, rozegrał całe spotkanie, używając tylko lewej nogi do kopania piłki. Byliśmy zszokowani, gdy dowiedzieliśmy się o tym po meczu i zaczęliśmy podziwiać go jeszcze bardziej. Kiedy przybył do klubu, był jeszcze młody, ale już wtedy nie było takiego drugiego”. Scirea do końca swojej kariery został w Turynie, przez 14 lat rozgrywając 552 mecze, rekord, który dopiero po 20 latach pobił Alessandro Del Piero. Z reprezentacją pojechał na trzy mundiale. W Argentynie Włosi zajęli 4 miejsce a Scirea grał w każdym spotkaniu. Swoją pierwszą bramkę dla Italii zdobył w meczu towarzyskim z Polską tuż przed euro ‘80, gdzie Azzurri znów zajęli miejsce za podium. Mistrzostwa Świata w Hiszpanii ’82 rozpoczęli słabo. Ledwo przebrnęli przez pierwszą rundę, nie wygrywając ani jednego meczu! W drugiej zaś czekali Argentyńczycy i zachwycający grą Brazylijczycy. Pokonanie Argentyny oznaczało walkę z drużyną Tele Santany o pierwsze miejsce w grupie. Powstrzymanie ich było nie lada wyzwaniem jednak formacja obronna Włoch z Gaetano Scireą w szeregach, znalazła na Canarinhos sposób. Wygrana 3:2 dała awans do najlepszej czwórki turnieju, gdzie po pokonaniu Polaków, ekipa Enzo Bearzota w finale rozprawiła się z Niemcami 3:1. Dzięki swojej fantastycznej grze Scirea trafił do jedenastki turnieju i w dużej mierze pomógł reprezentacji zdobyć trzeci już tytuł mistrza świata. Zakończył karierę reprezentacyjną po mundialu w Meksyku w 1986 roku. Mecz z Francją, po którym Włosi odpadli z turnieju był jego 78. W Juventusie, jak i w reprezentacji kolegą Gaetano był Claudio Gentile. Ci panowie często byli razem przedstawiani, ponieważ ich styl gry znacząco ze sobą kontrastował. Mówiono, że Scirea jest aniołem środka defensywy natomiast kolega z drużyny diabłem wcielonym. Podczas gdy Gentile uważał, że futbol nie jest dla baletnic, priorytetem Scirei była gra fair play, co zaowocowało brakiem czerwonej kartki w całej jego karierze. Świetnie sprawdzał się w roli kapitana. To on podczas tragedii na Heysel starał się uspokoić tysiące ludzi na trybunach. Zawsze też był gotowy podać pomocną dłoń kolegom z drużyny. Kiedy Stefano Tacconi przeżywał kryzys po trafieniu na ławkę rezerwowych, ten motywował go, by walczył o ponowne miejsce w podstawowej jedenastce. Poza boiskiem był uczciwy i skromny, nie szukał rozgłosu. Po śmierci jego żona odkryła, że wspierał finansowo kilka instytutów i biednych rodzin.

Kiedy zawiesił buty na kołku, Boniperti wpadł na pomysł, aby dwaj przyjaciele z boiska poprowadzili Juventus z ławki trenerskiej. Tak więc Scirea – drugi trener i asystent Dino Zoffa, pojechał do Polski, aby zebrać informacje o Górniku Zabrze, przyszłym rywalu w Pucharze UEFA. Przed meczem zawitał w Wadowicach, by zwiedzić miasto Papieża. Podczas pobytu w Polsce dowiedział się o tragicznej śmierci Kazimierza Deyny w wypadku samochodowym. 3 września 1989 roku wracał fiatem 125p do Warszawy wraz z kierowcą, tłumaczką i działaczem Górnika. W okolicy Babska można było napotkać na roboty drogowe. Prowadzący auto nie zachował wystarczającej ostrożności, by dowieźć wszystkich bezpiecznie do celu. W trakcie wyprzedzania zderzył się z żukiem jadącym z naprzeciwka. Prawdopodobnie wszyscy by przeżyli wypadek, gdyby nie fakt, iż wybuchły wiezione kanistry z benzyną. Czy mogło być jeszcze gorzej? Niestety okazuje się, że mogło. Trzy z czterech drzwi zablokowały się, uniemożliwiając ucieczkę. Oprócz działacza Górnika, który uratował się przez sprawne drzwi, wszyscy spłonęli żywcem. Policjanci przybyli na miejsce zdarzenia, kilka godzin identyfikowali ciała. Po całej tragedii, w Polsce można było usłyszeć jedynie krótki komunikat: ,,Na trasie z Katowic do Warszawy, w miejscowości Babsk doszło do tragicznego wypadku. Zginęli tłumaczka Barbara Januszkiewicz, kierowca Henryk Pająk oraz były reprezentant Włoch w piłce nożnej, a potem drugi trener Juventusu Gaetano Scirea”. Dino Zoff o śmierci przyjaciela dowiedział się w drodze powrotnej z meczu ligowego. Bardzo boleśnie to przeżył, tak samo, jak członkowie rodziny zmarłego. Ojciec Scirei nie mógł się pogodzić z utratą syna i po kilku dniach sam zmarł na zawał. Po śmierci Gaetano, żona Mariella została dosłownie zasypana listami od kibiców i znajomych. Otrzymała siedem tysięcy telegramów i dwa tysiące pięćset listów – wszystkie zaadresowane do męża jakby mógł je przeczytać i odpowiedzieć. Włochy okryły się żałobą. W pogrzebie uczestniczyło ponad 20 tysięcy osób. Rok później nadal pamiętano o włoskim piłkarzu. Kiedy Pani Scirea, wraz z drużyną Juventusu odwiedziła Jana Pawła II, papież trzymając ją za rękę, powiedział: „ Wiem, że Pani mąż zginął na mojej ziemi i bardzo nad tym boleję. Będę o nim i o pani synu pamiętać w moich modlitwach”. Upamiętniając legendę Juventusu trybuna, na której przebywali najwierniejsi kibice Juve, otrzymała nazwisko Scirei, natomiast do głównego wejścia Juventus Stadium prowadzi ulica jego imienia. Co roku jest rozgrywany turniej dla młodzieży na jego cześć i przyznawana nagroda dla najlepszej publiczności Serie A. Kiedyś Marco Tardelli powiedział: ,,On był jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, ale był zbyt skromny, by to stwierdzić, czy nawet o tym pomyśleć. W sercach zawodników i fanów zawsze będzie wielkim piłkarzem i człowiekiem, którego skromność i życzliwość była po prostu niespotykana. Czapki z głów Panie Scirea”.

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Juventus Turyn

1x Puchar Europy (1985)

1x Superpuchar UEFA (1984)

1x Puchar UEFA (1977)

1x Puchar Zdobywców Pucharów (1984)

1x Puchar Interkontynentalny (1985)

7x mistrzostwo Włoch (1975, 1977, 1978, 1981, 1982, 1984, 1986)

2x Puchar Włoch (1979, 1983)

Reprezentacja:

1x Mistrzostwo Świata (1982)

8

To był dobry człowiek i wielce zasłużony piłkarz. Wielkim grzechem byłoby o nim zapomnieć:

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360

8

Wybitne legendy futbolu:

25 maja 1953 r. w Chacabuco urodził się Daniel Passarella, środkowy obrońca; Mistrz Świata z 1978 i 1986(jako rezerwowy) oraz 5-krotny Mistrz Argentyny. Fruwający „Gran Capitan”-tak go nazywano. Szybki i zwinny, był stoperem prawie nie do przejścia. Lecz prawdziwych cudów dokonywał w powietrzu. Nawet wyżsi o głowę rywale nie mieli tam cienia szans! W roku 1974 w Argentynie na Estadio Monumental miał się rozpocząć mecz na szczycie-słynne El Classico pomiędzy River Plate a Boca Juniors. Tymczasem w szatni River rozgrywała się scena, która do siebie siedzącego w kącie niewysokiego, szczupłego chłopaczka i zaszczycił go pytaniem, o jakim tylko marzyć mogłyby setki jego rówieśników: ,,Czy miałbyś odwagę zagrać tego wieczoru przeciwko Boca?’’ ,,Tak jeśli dopisze panu odwaga, by mnie wystawić’’-brzmiała zuchwała odpowiedź. Szatnia zamarła. Wszystkich poraził niebywały tupet smarkacza. Sam Rossi poczuł się lekko dotknięty ale przypomniał sobie siebie sprzed półwiecza i pomyślał że ten chłopak musi mieć charakter nie lada i osobowość niepowszednią. Nestor Rossi nie miał syna. I kiedy tak spoglądał na młodego zuchwalca, dostrzegł w jego wzroku hardość. I pokochał go właśnie od tego pierwszego wejrzenia miłościa niemal ojcowską. Podją decyzję: tak, sprawdzę go! I nie pomylił się. A tym chłopcem był Daniel Alberto Passarella, późniejszy mistrz świata, wielki kapitan reprezentacji, najlepszy argentyński obrońca wszechczasów! Daniel pierwsze kroki stawiał w amatorskim Argentino Chacabuco, marząc o karierze w którejś ze słynnych drużyn stołecznych. Jednak ojciec poradził mu by wcześniej przetarł szlaki na nieco skromniejszym poziomie. I tak w wieku 18 lat trafił do trzecioligowego Sarmiento Junin, gdzie grał do 1973 roku. Tam właśnie wypatrzyli go wszędobylscy szperacze River Plate. Oficjalny debiut ligowy Passarelli nastąpił 14 kwietnia 1974 roku w wyjazdowym meczu z Rosario Central, przegranym 0-1. Niebawem nastąpiła w River zmiana trenera. Funkcję obją Angel Labruna, podobnie jak Rossi jedna z legend klubu i argentyńskiej piłki. Początkowo nie doceniał on Passarelli wystawiając go na lewej obronie, gdyż etatową parę stoperów stanowili Perfumo i Artico. Dopiero kontuzja jednego z nich otworzyła prowincjuszowi drogę do pełnej kariery. Daniel robił ogromne postępy. Zwrócił na niego uwagę kolejny wybitny trener-Cesar Luis Menotti powołując go do młodzieżowej drużyny na turniej w Tulonie w 1975r. Argentyna wygrała tę imprezę a rej wodzili w niej Passarella,Tarantini, Gallego,Trobbiani,Valencia i Valdano; jak się niebawem okazało przyszli mistrzowie świata. Passarella zadebiutował w reprezentacji w zwycięskim meczu z ZSRR 1-0 w Kijowie. Menotti wiedział że ma w ręku prawdziwy skarb. W 1978 Argentyna zdobyła mistrzostwo świata, zaś do pierwszego takiego tryumfu w historii poprowadził ją właśnie Passarella-najlepszy obrońca turnieju, kapitan zespołu i jego absolutny lider. To wtedy zrodził się ów przydomek: ,,Gran Capitan’’ czyli Wielki Kapitan. Był natchnieniem drużyny, jej moralną ostoją i niekwestionowanym przywódcą. Wszyscy nawet Kempes i Ardiles jego polecenia wykonywali bez szemrania. To on w momentach trudnych krzepił ducha, podnosił morale i zagrzewał do walki. Przy wzroście zaledwie 173 cm odznaczał się niepospolitą siłą i stalową twardością. Brzmi to niewiarygodnie ale nigdy nie przegrał z nikim pojedynku główkowego! Przed nim tak sprężyście skakali chyba tylko dwaj inni fenomenalni zawodnicy-paragwajczyk Erico oraz węgier Kocsis. Daniel nie tylko niezawodnie bronił ale równie skutecznie atakował. Oprócz zabójczych główek dysponował potwornie silnym uderzeniem z obu nóg. Bezbłędnie wykonywał rzuty karne i wolne ale strzelał też przy każdej okazji nieraz z 30-40 metrów a i tak piłka wyłamywała bramkarzowi ręce! Dla River w 258 spotkaniach zdobył 99 goli co stanowi niepobity rekord wszechczasów! W barwach tego klubu był pięciokrotnym mistrzem kraju. W 1982r. Za kwotę 2,5 mln dolarów przeniósł się do włoskiej Fiorentiny, w której rozegrał 109 spotkań strzelając 22 gole. Natomiast w 1986r. zawitał do mediolańskiego Interu(44 spotkania i 9 goli). W 1988r.wrócił na stare śmieci do River i tam zakończył swoją karierę piłkarza.

W reprezentacji rozegrał 77 spotkań zdobywając w niej 22 gole. W 1982r. Argentyna nie zdołała obronić tytułu ponieważ odpadła w ćwiećfinale mimo iż Passarella grał dobrze na tym turnieju zdobywając nawet 2 gole. W 1986r. mógł zostać podwójnym mistrzem świata. Nowy trener Carlos Bilardo widział go w wyjściowym składzie ale w Meksyku stoper rozchorował się i nie mógł wystąpić w żadnym meczu. Przestał też być kapitanem ponieważ Bilardo przyznał tę funkcję Maradonie i nie wpłyneło to najlepiej na wzajemne relacje obu piłkarzy. W roku 1989 Passarella został trenerem River Plate, którego poprowadził do sukcesów m.i. do pięciokrotnego mistrzostwa Argentyny. W 1994 powierzono mu już reprezentację Argentyny a rok później wygrał igrzyska panamerykańskie i wszystko zdawało się iść jak po maśle lecz raptem w wypadku zginął jego syn Sebastian i tragedia ta odcisneła piętno na psychice Daniela. Stał się jeszcze bardziej nieprzejednany i zacięty aż w końcu zamknął się w sobie. Zawodników traktował szorstko, wprowadził nerwową atmosferę i swojego najlepszego gracza, pomocnika Redondo wyrzucił z kadry za noszenie zbyt długich włosów. Na mistrzostwach świata w 1998r. doszła ledwie do ćwiercfinału choć uchodziła za faworyta czego efektem była rezygnacja Passarelli jako selekcjonera. Potem układało się różnie. Z reprezentacją Urugwaju nie odniósł sukcesów, podobnie jak z brazylijskim Corinthians czy włoską Parmą ale z drużyną Monterrey zdobył mistrzostwo Meksyku. Bez powodzenia prowadził też swój River Plate, w którym został nawet prezesem. Wydawało się to godnym uwieńczeniem kariery, jednak błędna polityka transferowa sprawiła iż 33-krotny mistrz Argentyny po raz pierwszy w dziejach spadł do 2 ligi. Była to klęska bezprzykładna. Wściekli kibice wylegli na ulice Buenos Aires, zdemolowali stadion a na prezesa posypały się złorzeczenia. Jak widać Danielowi wiodło się bardzo różnie zatem niech pozostanie w naszej pamięci przede wszystkim jako wielki wojownik, żelazny obrońca fruwający na wysokości pierwszego piętra oraz charyzmatyczny lider drużyny mistrzów świata- po prostu „Gran Capitan”.

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

0

@FCBparasiempre
Górnicy pierwszymi mistrzami świata:

Kiedy ktoś pyta nas o pierwszy piłkarski mundial, to myślimy od razu o 1930 roku. Urugwajczycy pokonali w finale Argentynę 4:2, zostając debiutanckim, historycznym mistrzem świata. Niewielu pasjonatów futbolu wie jednak o zmaganiach, które miały miejsce w 1909 roku w Turynie. Rozegrano tam nieoficjalny mundial. Szczególnie interesujące jest to, że główną rolę odegrała w nim pewna… amatorska drużyna górników. Nie doszłoby do tych rozgrywek, gdyby nie Sir Thomas Lipton. Przyszedł on na świat w Gorbals w 1850 roku. W wieku 10 lat opuścił szkołę, a pięć lat później wylądował w Ameryce. Początkowo pracował jako robotnik rolny w Wirginii i Południowej Karolinie, a później zatrudnił się w sklepie spożywczym w Nowym Jorku. Na amerykańskiej ziemi zrodziła się w nim smykałka do biznesu. Po kilku latach powrócił do Glasgow, gdzie otworzył własny sklep, który zaczął przynosić mu spore zyski. W ciągu 10 lat Lipton stał się milionerem, kupując zakłady przetwórstwa mięsnego w Ameryce i plantacje herbaty w Sri Lance (jeżeli do tej pory nie powiązaliście nazwiska postaci z tym napojem, to teraz wasze wątpliwości zostały rozwiane). Był on niezwykle innowacyjny w branży herbacianej. Sprzedawał różne mieszanki tego produktu do wielu krajów. Używał specjalnych pojemników, dzięki czemu herbaty zachowywały świeżość. Jego firma podchwyciła też pomysł, który zrodził się w 1904 roku w głowie kupca, Thomasa Sullivana. Przebywał on wtedy w Nowym Jorku i postanowił pakować herbatę w pojedyncze jedwabne torebeczki, żeby stały się próbkami dla klientów. Dzięki temu dzisiaj parzymy herbatę w podobny sposób. Motto filozofii biznesowej Liptona brzmiało: ,,Pracuj ciężko, postępuj uczciwie, bądź przedsiębiorczy, sprawuj ostrożny osąd, reklamuj się swobodnie, ale rozsądnie.” Lipton był pasjonatem sportu. W 1909 roku otrzymał od włoskiego ambasadora bardzo ciekawą propozycję. Poproszono go, aby wsparł organizację turnieju, w którym wzięłyby udział zespoły pochodzące z różnych krajów. Milioner oczywiście opowiedział się za tym pomysłem, a wiosną tego samego roku w Turynie odbył się piłkarski turniej.

W mistrzostwach rozegranych w stolicy Piemontu nie wzięły jednak udziału reprezentacje narodowe, a kluby. Byli to mistrzowie Niemiec – Stuttgarter Sportfreunde, mistrzowie Szwajcarii – FC Winterthur, włoska drużyna określana jako Torino XI (stworzyli ją najlepsi zawodnicy Juventusu i Torino) oraz piłkarze, którzy przybyli z Wielkiej Brytanii. Okoliczności wyboru drużyny z Wysp nie są do końca jasne. Jedna z teorii zakłada, że Lipton kazał zaprosić do Turynu Woolwich Arsenal FC, czyli dzisiejszy Arsenal. Ostatecznie doszło jednak do pomyłki i do Włoch udali się piłkarze West Auckland FC. Tłumaczy się to identycznymi skrótami nazw obu ekip – WAFC. Przybycie West Auckland do Włoch było bardzo zaskakujące, ponieważ drużynę tworzyli amatorzy, którzy na co dzień pracowali jako górnicy. Startujące w turnieju drużyny musiały same pokryć koszty podróży, sprzętu sportowego itp. To w jaki sposób zarabiający grosze brytyjscy górnicy zdołali dotrzeć do stolicy Piemontu? Prawdopodobnie musieli wydać wszystkie zarobione w życiu pieniądze. Część z nich zmuszona była dać pod zastaw własne domy. Cztery drużyny rozpoczęły więc walkę o trofeum imienia Liptona, który ufundował puchar. 11 kwietnia 1909 roku i pierwsza seria spotkań: West Auckland pokonali niespodziewanie Stuttgarter Sportfreunde 2:0. W drugim starciu Torino XI przegrało z FC Winterthur 1:2. Gospodarze pokonali Niemców w meczu o trzecie miejsce. Górnicy z Wysp sprawili w finale kolejną niespodziankę, pokonując rywali ze Szwajcarii 2:0. W ten sposób zostali oni pierwszymi nieoficjalnymi mistrzami świata i to nawet nie tracąc bramki! Warto zwrócić uwagę, że rezerwowym piłkarzem Auckland był wtedy Jack Greenwell, który grał i trenował później w Barcelonie. Na ławce trenerskiej ustanowił rekord, który później pobity został dopiero przez Johanna Cruyffa. Greenwell prowadził Blaugranę przez siedem sezonów z rzędu. W tym czasie sięgnął po pięć mistrzostw i dwa puchary kraju.



Pełny skład West Auckland FC z mundialu 1909 roku: Jimmy Dickinson, Rob Gill, Jack Greenwell, Rob Jones, Tom Gill, Charlie „Dirty” Hogg, Ben Whittingham, Douglas Crawford, Bob Guthrie, Alf „Tot” Gubbins, Jock Jones, David „Ticer” Thomas, Tucker Gill (Skład pochodzi z książki „The History of the English Football League: Part One–1888-1930”). Drugi turniej o puchar Liptona rozegrano w Turynie dwa lata później. Podobnie jak w 1909 roku, zmierzyły się ze sobą cztery drużyny. Były to: West Auckland FC, FC Zurich, Juventus i FC Torino. W pierwszym meczu górnicy znów pokonali Szwajcarów 2:0, a Juventus poradził sobie ze swoim lokalnym rywalem. W finale za faworytów uznawano oczywiście piłkarzy Starej Damy. Doszło jednak do jeszcze większej sensacji niż w 1909 roku. West Auckland rozbił przeciwników aż 6:1. Później zdecydowano, że był to ostatni turniej o trofeum Liptona, dlatego puchar trafił na stałe do klubu górników. Krótko potem drużyna popadła w ogromne kłopoty finansowe i musiała prosić o pomoc właścicielkę miejscowego hotelu Wheatsheaf, który służył jako główna kwatera klubu. Pani Lancaster w zastaw wzięła… puchar Liptona. Długi udało się spłacić dopiero w 1960 roku. Owa Pani wciąż znajdowała się w świetnej kondycji fizycznej. Miała twardą rękę do interesów, wobec czego właściciele klubu musieli zapłacić wyższą kwotę od tej, która została ustalona w 1911 roku. Niestety trofeum zostało skradzione w 1994 roku. Pomimo starań policji i wyznaczonej nagrody za znalezienie pucharu, już nigdy nie udało się go odzyskać. Dzisiaj w klubowej gablocie znaleźć można jedynie replikę. Widnieje ona również w herbie klubu. Trofeum udało się odtworzyć na podstawie zachowanych zdjęć i materiałów wideo.

,,Związek z wygranymi mistrzostwami świata z pewnością dodaje trochę prestiżu dla naszego klubu. Wszyscy w wiosce wciąż o tym mówią i przypominają mi każdego dnia kiedy tu przyjeżdżam. Jest to genialne i powinno być świętowane, ale teraz chcemy napisać własną historię” – mówił w 2014 roku właściciel klubu Peter Dixon. Pełny skład West Auckland FC z 1911 roku: J Robinson, Tom Wilson, Charlie Cassidy, Andy „Chips” Appleby, Michael Alderson, Bob „Drol” Moore, Fred Dunn, Joes Recastle, Bob Jones, Bob Guthrie, Charlie „Dirty” Hogg, T Riley, John Warick. Oczywiście turniej rozegrany w 1909 roku miał jedynie nieoficjalny charakter. Nie każdy ma odwagę, żeby tyle poświęcić dla sławy (nawet jeśli kończy się ona kłopotami finansowymi). Jestem przekonany, że z historią turnieju z 1909 roku powinni zapoznać się wszyscy, którzy kochają niesamowite futbolowe opowieści. Jeśli ktoś z was znajdzie się kiedyś przypadkowo we wsi West Auckland w hrabstwie Durham, to spytajcie koniecznie lokalnych mieszkańców – kto był pierwszym piłkarskim mistrzem świata. Z pewnością nie usłyszycie, że Urugwaj. Mieszkańcy West Auckland z wielką pewnością siebie i dumą przekonują wszystkich, że mistrzostwo świata wygrane w 1966 roku przez Anglię wcale nie jest najważniejszym osiągnięciem narodowego futbolu. W 1982 roku powstał film ,,The World Cup: A Captain’s Tale”, który opowiada o zmaganiach dzielnych górników z 1909 i 1911 roku.

0

@Bernard777 przeczytaj w odpowiedzi na mój komentarz.

9

,,Ostatnie tango” Pepa Guardioli:

25 maja 2012 r. FC Barcelona pokonała w finale Copa del Rey Athletic Bilbao 3:0 i zdobyła 26-ty w historii Puchar Hiszpanii. To był ostatni z 14 pucharów Guardioli w roli szkoleniowca Blaugrany i jednocześnie ostatni mecz w tej roli. Finał na rozebranym niedawno Vicente Calderon miał jednostronny przebieg. Wynik ustalono już po 25 minutach za sprawą dwóch trafień Pedro(3 i 25 m.) i jednego gola Messiego(20 minuta).

Składy obu drużyn:

FC Barcelona: Pinto - Adriano, Mascherano, Pique, Montoya - Iniesta, Busquets, Xavi (81. Fabregas) - Pedro (87. Thiago Alcantara), Messi, Alexis Sanchez (71. Keita) Rezerwowi: Valdes, Bartra, Keita, Thiago Alcantara, Fabregas, Tello, Afellay

Athletic Bilbao: Iraizoz - Aurtenetxe, Amorebieta, Ekiza, Iraola - De Marcos (46. A. Herrera), Martinez- Gomez, Muniain, Susaeta (46. Perez)- Llorente (73. Toquero)

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Adran360

8

Kolejny Puchar do gabloty Blaugrany:

25 maja 1952 r. FC Barcelona zdobywa 10-ty(i drugi z rzędu) w swojej historii Puchar Króla Hiszpanii(wówczas Puchar Generalisimo). W zaciętym finałowym meczu Barça pokonała po dogrywce Valencie CF 4:2 na Estadio de Chamartain. Gole dla Blaugrany zdobyli Jorge Vila Soler(72 minuta), Basora(40 minuta), Kubala(96 minuta) oraz Cesar Rodriguez(119 minuta). A oto ten triumfujący skład: Ramallets, Martin, Biosca, Seguer, Mariano Gonzalvo, Bosch, Basora, Cesar Rodriguez, Vila Soler, Kubala i Manchon

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

@FCBparasiempre
Erwin Nyc urodził się 24 maja 1914 roku, tuż przed wybuchem I wojny światowej. Przygodę z piłką nożną rozpoczął w wieku 15 lat a jego pierwszą drużyną stała się wówczas Pogoń Katowice. Tu po raz pierwszy widać przejaw polskości w rodzinie Nyców. Żaden Niemiec nie zapisałby swojego dziecka do polskiego klubu. Pogoń była w tych czasach odpowiednikiem 1.FC Kattowitz, który był niemieckim klubem na naszych ziemiach. Nawet Ruch Wielkie Hajduki nie posiadał aż tylu polskich patriotów, jak w katowickiej Pogoni. W żadnym wypadku więc nie można uznawać Erwina za Niemca, co najwyżej za człowieka wywodzącego się ze środowisk śląskich, o skomplikowanych korzeniach. W 1935 roku Erwin został wezwany do odbycia służby wojskowej w Warszawie, gdzie formalnie pełnił obowiązki w jednostce lotniczej. Większość czasu spędzał, grając na pozycji środkowego pomocnika, w najpopularniejszej stołecznej drużynie, czyli Polonii Warszawa. Dla zespołu Czarnych Koszul był to sezon nadziei. Klub dopiero awansował po grach eliminacyjnych do Ligi a Erwin w tym pomógł, z marszu stając się bohaterem kibiców. Od tamtego momentu niesamowicie zżył się z drużyną a jego nazwisko zaczynało nabierać renomy. Także po zakończeniu służby, Erwin pozostał wierny Polonistom, pracując przy okazji w firmie górniczej. Poza tym Nyc był świetnym zawodnikiem, którego warunki fizyczne (180 cm wzrostu) predysponowały do gry nie tylko w pomocy, ale przede wszystkim w obronie. To był jeden z piłkarzy, który zaczął odgrywać rolę stopera. Umiejętność ta skłoniła Józefa Kałużę oraz szefostwo PZPN, aby w 1938 roku zabrać Erwina na Mistrzostwa Świata na sławny mecz z Brazylią. Trzeba wspomnieć, że nie znalazłby się na nim, gdyby nie kontuzja Jana Wasiewicza, zawodnika lwowskiej Pogoni. Dzięki nieszczęściu kolegi, to Nyc wskoczył do kadry, powiększając w niej grono Polonistów(wcześniej powołanym był Władysław Szczepaniak, który przy okazji tego meczu był kapitanem) Robert Gawkowski, polski historyk kultury fizycznej i sportu, doktor historii, autor publikacji naukowych. W spotkaniu z Brazylią, Erwin zagrał jako jeden z trzech pomocników, obok Wilhelma Góry i Ewalda Dytki. Nie był to jednak pierwszy mecz Nyca w kadrze narodowej. Jego debiut rok wcześniej przypadł na mecz z Danią, który Polska wygrała 3:1. Grywał również w eliminacjach do mistrzostw świata 1938 we Francji, kiedy to przeciwnikiem Biało-Czerwonych była Jugosławia. Licznik gier w kadrze tego rosłego pomocnika zatrzymał się na liczbie 11. Nyc znowu staje się Nytzem. Na początku II wojny światowej, luksusowe mieszkanie Erwina, które znajdowało się w Warszawie, zostało zbombardowane przez niemieckie lotnictwo. Później Nyc został zobowiązany do walki na froncie i popadł w niemiecką niewolę, jednak już po kilku dniach został z niej zwolniony. Powrócił na Górny Śląsk, który wówczas dostał się pod panowanie niemieckie. Jak wszyscy inni piłkarze z tego regionu, został zmuszony do podpisania volkslisty. Górnoślązacy, którzy wówczas występowali do końca sierpnia 1939 roku w najwyższej polskiej Lidze, stali się znowu obywatelami Rzeszy. Ich nazwiska spolonizowane w połowie lat trzydziestych zarządzeniem wojewody Michała Grażyńskiego, otrzymały z powrotem swą niemiecką formę, tak jak były zapisane w metrykach urodzenia. W 1940 roku Erwin zaczął występować w niemieckim klubie. Dzisiaj każdy rozgrzesza taką sytuację, zwłaszcza na Śląsku. Był nawet wzywany dwukrotnie do gestapo. Dopiero po tych rozmowach, pod groźbą wywozu do obozu pracy, zdecydował się na wstąpienie do drużyny okupanta. Nadszedł moment wyboru – być prześladowanym czy grać w piłkę? Katowicki przełożony NSDAP Georg Joschke przyłączył więc Nyca do drużyny 1. FC Kattowitz, podobnie jak dwóch innych graczy: Ewalda Dytko i Ernesta Willimowskiego (który odszedł z niej po niespełna czterech miesiącach). Joschke, w latach trzydziestych, sam prowadził ten klub dla mniejszości niemieckiej w Polsce. W ciągu pięciu sezonów w Gaulidze Górnego Śląska nie osiągnął z nim większych sukcesów. Nie wzbił się nawet powyżej czwartego miejsca w tabeli. W czerwcu tego samego roku w Katowicach, Nyc wziął udział w pierwszym szkoleniu dla graczy z Górnego Śląska, przeprowadzonym przez ówczesnego szkoleniowca Reichu, Seppa Herbergera. Gazeta „Kicker” widziała wtedy w Erwinie podstawowego stopera niemieckiego zespołu, lecz do takiego obrotu spraw nie doszło. Kilka razy Nyc brał udział w meczach zespołu Gauligi Górnego Śląska, gdzie jego opiekunem był Kurt Otto, były trener Schalke i polskiej drużyny narodowej. Tego samego roku został powołany do niemieckiej służby lotniczej w Fliegerhorst. W tym czasie nadal grał w piłkę, w drużynie Luftwaffen Sport Verein. Stacjonował w Berlinie, ale bardzo często w mundurze Luftwaffe przyjeżdżał do Warszawy. Prawdę mówiąc, Erwin lotnikiem nigdy nie został, był jedynie w wojsku pomocniczym. Później został przeniesiony do jednostki Markersdorf w dolnej Austrii, gdzie również grał w lokalnej drużynie złożonej z lotników. Po kilku miesiącach powrócił do Fürstenwalde. ,,Dawno temu rozmawiałem ze Zdzisławem Gierwatowskim, który grał w Polonii Warszawa od 1938 roku, więc znał Nyca osobiście. Mówił mi, że to był swój chłopak, żaden Niemiec, nawet nie posiadał niemieckiego akcentu a rozmawiali ze sobą w języku polskim”– wspominał Robert Gawkowski.

W środku wojny, podczas jednego z rozgrywanych meczów, kiedy to Polonia grała w konspiracyjnej lidze, przywdziewając czarne trykoty, wypatrzono Erwina w mundurze Luftwaffe. Przyglądał się swoim kolegom na boisku, a po spotkaniu wybrał się z nimi na prawdziwą „biesiadę”. Podczas wojny moralne opory znikały. Ludzie nie wiedzieli, czy dożyją kolejnego dnia, tygodnia, miesiąca… Najnormalniej na świecie, Nyc przesadził z alkoholem i podczas godziny policyjnej wyszedł na ulicę. Zaczął przy tym wymachiwać pistoletem i wołać: dajcie mi jakiegoś szwaba, ja go ukatrupię! Nie mogło obyć się bez patriotycznego akcentu. Wyobrażacie sobie, że niemiecki żołnierz zaczyna śpiewać hymn Polski? Tak też uczynił Erwin, nad którym prawdopodobnie opatrzność sprawowała swą opiekę – żaden patrol nie przechodził obok miejsca zdarzenia. Pan Zdzisław Gierwatowski mówił, że piłkarze Polonii będący wówczas z Nycem, zaciągnęli go siłą do jakiegoś pokoju, gdzie zasnął. Na szczęście miał broń, którą wymachiwał nadal przy sobie. Gdyby zastrzelił jakiegoś Niemca, to prawdopodobnie czekałby go pluton egzekucyjny albo w najlepszym wypadku karna kampania na Wschód. Pod koniec wojny dostał się także pod rosyjską niewolę. Po powrocie do Pogoni Katowice, gdzie Erwin grał po wojnie, napotkał wiele przeszkód. Był szkalowany przez władze komunistyczne, które mówiły, że musi ponieść konsekwencje za to, iż grał w niemieckich klubach. Poloniści stanęli jednak murem za swoim byłym zawodnikiem. Pisali listy, że Nyc nigdy nie był kolaborantem, współpracował z ruchem oporu, załatwiał pistolety dla Armii Krajowej, lecz nie wiadomo, ile w tym jest prawdy. Wszyscy, którzy z nim kiedyś grali czuli, że żaden z niego Niemiec. Erwin przyznał również, że na początku wojny miał kontakt z byłym polskim selekcjonerem Józefem Kałużą, który doradzał mu, że w ten sposób może uniknąć represji ze strony niemieckich okupantów. Te wypowiedzi pomogły Nycowi, a dochodzenie zostało przerwane. Nie mógł on jednak wyjeżdżać za granicę i nie można było powołać go do reprezentacji piłkarzy z ligi okręgowej, a także reprezentacji Polski. W przypadku Erwina Nyca, Ewalda Dytko, Teodora Peterka i Gerarda Wodarza, UB chciało dokładnie wiedzieć, co robili podczas służby we Wehrmachcie, a przede wszystkim u aliantów. Te przesłuchania napędziły im mnóstwo strachu, że dopiero wiele lat później poczynili jakieś uwagi na ten temat. Oficjalnie ich życiorysy podawały, że zostali zmuszeni do służby we Wehrmachcie, poczuwali się polakami i przy pierwszej okazji zdezerterowaliby – fragment książki Thomasa Urbana „Czarny orzeł, biały orzeł”. Erwin był człowiekiem o dobrym sercu – przywoził czasem z Niemiec, podobnie jak Karol Kossok to, czego nie było wtedy w Polsce. Mowa tutaj o piłkach, korkach czy sprzęcie piłkarskim. Prawdziwy spokój w jego życiu nadszedł po 1948 roku, kiedy zmienił pisownię nazwiska na polską. Z Erwina Günthera Nytza stał się Edwardem Piotrem Nycem. Brzmiało po naszemu, ale na Polonii nadal wołano na niego Erwin. Nikt nie widział w tym nic złego – znacząca część tych Polonistów zamieszana była w powstanie warszawskie, więc byli uczuleni na zdradę, lecz do Erwina nic nie mieli. Widzieli, że zmiana imienia ma na celu ułatwić mu drogę w tej nowej, komunistycznej rzeczywistości. Po zakończeniu aktywnej kariery sportowej Nyc próbował swoich sił w latach 50. w kilku drużynach z Górnego Śląska jako trener (m.in. w AKS Chorzów), jednak nie udało mu się zaistnieć w żadnym z prowadzonych zespołów. Opowieść o Erwinie Nycu sięgnie 1957 roku, kiedy to zorganizowany został jubileusz Wacława Kuchara. Zrobiono wówczas wielki mecz oldbojów pomiędzy Pogonią Lwów a Polonią Warszawa. Trzeba widzieć to, jako pewien opór w stosunku do komuny – był to październik, więc można było pozwolić sobie na więcej. Plakaty i wypowiedzi sugerowały, że Polonia podejmować będzie starą Pogoń. Spotkanie to miało przypomnieć o tym, że Lwów kiedyś był polski. Z Bytomia czy Wrocławia przyjechali dawni lwowiacy a Polonia zaprosiła Erwina Nyca a także Wilhelma Grolika, postać mniej znaną, ale również w swej historii kontrowersyjną. Wszyscy cieszyli się z obecności Erwina. To najlepszy dowód na to, jak go odbierano. Podczas wojny, w stosunku do jego osoby, było sporo niedomówień. Dzisiaj chyba już nikt nie mówi negatywnie o poczciwym Erwinie, który zmarł 1 maja 1988 r. w wieku 73 lat na terenie Piekar Śląskich.

9

@FCBparasiempre
Dla wielu z nas futbol jest czymś, co dodaje codziennemu życiu kolorytu, uroku i magii. Emocjonujemy się meczami i wspólnie przeżywamy wygrane i przegrane. Poza swoją piękną stroną piłka nożna ma jeszcze tę nieco bardziej mroczną. W historii tej gry nie brakowało wielu tragicznych rozdziałów. Katastrofy samolotów z drużynami na pokładzie na zawsze zostawiły ślad naszej pamięci. Podobnie było z tragediami, w których poszkodowani byli kibice. W tragicznych wydarzeniach na stadionach Heysel, Hillsborough czy Ibrox zginęło wielu miłośników futbolu, takich jak my. Najwięcej ofiar pochłonęły jednak wydarzenia, jakie rozegrały się 24 maja 1964 r. w Limie a które do historii przeszły jako tragedia na Estadio Nacional albo rzeź w Limie. Południowoamerykańscy fani futbolu znani są ze swojej spontaniczności. Niejednokrotnie zdarzało się, że niektórzy z nich w przypływie emocji wbiegali na boisko. Tak miało być podczas meczu Peru – Austria na igrzyskach w Berlinie. W wyniku wtargnięcia Peruwiańczyków na murawę został poturbowany jeden Austriak, co w konsekwencji spowodowało podjęcie decyzji o powtórzeniu meczu, co z kolei doprowadziło do wycofania się Peruwiańczyków z olimpijskiej rywalizacji. Bohaterami tamtej ekipy byli tacy piłkarze jak Teodoro Fernández, Alejandro Villanueva i Jorge Alcalde. 27 października 1952 r. cała trójka brała udział w inauguracji nowego stadionu w Limie. Nowe Estadio Nacional, które stanęło na miejscu starego obiektu, rok później miało gościć uczestników mistrzostw Ameryki Południowej. Zadbano więc o to, żeby obiekt godnie się prezentował. Wyposażono go w wiele udogodnień, takich jak choćby luksusowe loże i windy na jednej z trybun. Uroczystości rozpoczęły się już o godzinie 10:00 i trwały do wieczora. W trakcie ich trwania uhonorowano wielu peruwiańskich sportowców, wśród których była wspomniana wyżej trójka piłkarzy z igrzysk w Berlinie, a także złoty medalista olimpijski Edwin Vásquez oraz Julia Sánchez i Gerardo Salazar, którzy święcili triumfy na igrzyskach panamerykańskich. Nikt wówczas nie mógł przypuszczać, że za kilkanaście lat stadion stanie się areną jednej z największych tragedii w dziejach futbolu. W maju 1964 r. rozgrywano w Limie turniej kwalifikacyjny do rozpoczynających się w październiku igrzysk olimpijskich w Tokio. Brały w nim udział młodzieżowe ekipy Argentyny, Brazylii, Kolumbii, Urugwaju, Chile, Ekwadoru i oczywiście Peru. 24 maja gospodarze mierzyli się z Argentyńczykami, którzy jak dotąd odnieśli komplet zwycięstw. Ewentualna wygrana z Peru dawała im już pewny awans na turniej w Tokio. Peruwiańczycy w pierwszym meczu tylko zremisowali z Ekwadorem i żeby myśleć o wyjeździe na igrzyska, to musieli przynajmniej zremisować z Argentyną. Tym bardziej że mieli jeszcze do rozegrania mecz z zawsze groźną Brazylią. Mimo że był to tylko turniej kwalifikacyjny do igrzysk, to spotkanie z Argentyną przyciągnęło na stadion rzesze kibiców. Sprzyjał temu fakt, że mecz był rozgrywany w niedzielę. Nie bez znaczenia była też klasa rywala i waga pojedynku. Wielu rozkochanych w futbolu Peruwiańczyków zmierzało na Estadio Nacional, licząc na dobry występ swoich ulubieńców i solidną dawkę sportowych emocji. Wszyscy oni szczelnie wypełnili trybuny stadionu, które mogły pomieścić 53 tys. widzów. Początek spotkania wyznaczono na 15:00 i punktualnie o tej godzinie urugwajski sędzia Ángel Eduardo Pazos dał znak do rozpoczęcia gry. Mecz początkowo przebiegał zgodnie z oczekiwaniami. Nieznaczna przewaga rysowała się po stronie Argentyny, ale Peru grało z wielkim zaangażowaniem i też potrafiło stworzyć dogodne sytuacje. W pierwszej odsłonie kibice nie zobaczyli jednak bramek. Kilkanaście minut po rozpoczęciu drugiej połowy Argentyńczycy objęli prowadzenie. Na listę strzelców wpisał się Néstor Manfredi, który wykorzystał błąd przy rzucie rożnym popełniony przez peruwiańskiego bramkarza Juana Barrantesa. Gospodarze niesieni fantastycznym dopingiem kibiców ruszyli do odrabiania strat. Czas jednak płynął, a bramki nie padały. Kiedy do końca pozostawało mniej niż dziesięć minut, argentyński obrońca Horacio Morales próbował wybić piłkę spod własnej bramki, ale ta odbiła się od stopy Peruwiańczyka Victora Lobatóna i wpadła do siatki. Radość kibiców nie trwała jednak długo. Sędzia Ángel Eduardo Pazos uznał, że napastnik gospodarzy przekroczył przepisy i gola nie uznał. Co zrozumiałe, decyzja Urugwajczyka nie spodobała się miejscowym fanom. Wkrótce na boisko wtargnął niejaki Víctor Malesia Vazquez, którego wielu kibiców znało jako Negro Bomba. Próbował zaatakować sędziego, ale w porę został obezwładniony przez służby porządkowe. Nie był to jego pierwszy taki wyskok, bo już wcześniej podobnie się zachowywał na meczach Alianzy Lima. Chwilę później za jego przykładem podążył inny rozzłoszczony obrotem spraw kibic. Edilberto Cuenca ruszył w kierunku sędziego i chciał go podobno zaatakować szyjką butelki, ale też został unieszkodliwiony. Sposób, w jaki tego dokonano budzi jednak niemałe kontrowersje. ,,Nasi policjanci kopali go i bili, jakby był wrogiem. To właśnie wzbudziło złość wszystkich(łącznie ze mną)- wspominał po latach Jose Salas, który był wówczas na trybunach. Cuenca miał zostać też zaatakowany przez policyjne psy, które na oczach innych kibiców szarpały jego ubranie. W kierunku policjantów zaczęły lecieć kamienie i butelki. Sytuacja robiła się coraz bardziej niebezpieczna, a niektórzy ze zgromadzonych próbowali sforsować ogrodzenie i dostać się na boisko. Sędzia podjął decyzję o przerwaniu meczu i zawodnicy zeszli do szatni. Niektórzy z kibiców widząc, że sytuacja robi się coraz bardziej niebezpieczna i że służby nie panują nad rozzłoszczonym tłumem, próbowali opuścić stadion. Nasza piątka zeszła ze schodów, żeby wyjść na ulicę podobnie jak wielu innych, ale brama wyjściowa była zamknięta. Odwróciliśmy się więc i zaczęliśmy z powrotem wchodzić po schodach, ale wtedy policja użyła gazu łzawiącego. Ludzie zgromadzeni na trybunach zaczęli stamtąd uciekać i wbiegli to tunelu, powodując ogromny ścisk – opowiadał Jose Salas. Po użyciu gazu na stadionie zapanował totalny chaos. Tysiące osób ruszyło ku stadionowym bramom, które jednak były zamknięte. Później pojawiały się głosy, że policjanci, którzy mieli ich pilnować, opuścili swoje stanowiska, żeby zobaczyć końcówkę meczu, lub też chcieli w ten sposób zmusić tłum do powrotu na trybuny. Ludzie dusili się, kaszleli i mdleli. Wiele osób zostało stratowanych i praktycznie zmiażdżonych. Wciśnięci między stalowe pręty bram nie mieli jak zaczerpnąć powietrza i zwyczajnie się dusili. Wiele dzieci zmarło na rękach rodziców. Ofiary były też wśród osób starszych. Salas wspominał, że przez dwie godziny był w takim ścisku, że jego stopy nie dotykały ziemi.

Kiedy w końcu udało się otworzyć bramy, spora część kibiców wdała się w zamieszki z policją. Ucierpiało wiele okolicznych sklepów i podpalono kilkanaście samochodów a funkcjonariusze mieli użyć ostrej amunicji. ,,Przechodzili obok mnie chłopcy z sąsiedztwa i zauważyli mnie. Byłem dość chudy udało im się mnie wyciągnąć. Ale potem zaczęło się strzelanie i zaczęli biec. Strzały padały na zewnątrz, kule były wszędzie. Zacząłem biec i nie oglądałem się za siebie– mówił Salas. W tym samym czasie piłkarze ciągle czekali w szatniach, czekając na moment, kiedy będą mogli w końcu wyjść. W składzie Peru grał wówczas młody Héctor Chumpitaz, który po latach podzielił się swoimi wspomnieniami z tego tragicznego dnia. Kiedy dotarliśmy do szatni, niektórzy ludzie zdążyli już wyjść na zewnątrz i wrócić, mówiąc, że były dwa zgony. „Dwa zgony?” – zapytaliśmy. Jeden już wydawał się dużo. Spędziliśmy w szatni dwie godziny, zanim pozwolono nam wyjść, więc nie wiedzieliśmy, co się dzieje. W drodze powrotnej do naszego ośrodka treningowego słuchaliśmy radia, gdzie podawano kolejne liczby – 10, 20, 30 ofiar. Za każdym razem, gdy pojawiały się wiadomości, to liczby rosły– 50 ofiar, 150, 200, 300, 350 – wspominał Chumpitaz. Oficjalnie w wyniku tragicznych wydarzeń na Estadio Nacional śmierć poniosło 328 osób, a ponad 500 zostało rannych. Według wielu ta liczba jest niedoszacowana, bo nie uwzględnia tych, którzy zginęli w starciach z policją. Istnieje wiele relacji naocznych świadków, którzy opowiadali o zmarłych z ranami postrzałowymi. Wyznaczony jednak do zbadania katastrofy sędzia Benjamin Castañeda nie był w stanie znaleźć dowodów, żeby te informacje potwierdzić. Kiedy usłyszał, że w szpitalu Loayza w Limie są dwie ofiary z ranami postrzałowymi, natychmiast udał się na miejsce. Docierając do kostnicy, spotkałem kogoś, kogo znałem. Zapytałem go, czy są tam dwa ciała z ranami postrzałowymi. „Tak”, powiedział mi, „ale oni właśnie je zabrali.” – mówił Castañeda. Kilka miesięcy po tragedii zgłosił się do niego starszy mężczyzna, który mówił, że jego dwaj synowie, którzy studiowali medycynę, przyjechali do Limy z prowincji i nigdy nie wrócili. Mężczyzna szukał ich nazwisk na listach ofiar, ale żadnego nie znalazł. Prowadził dalsze dochodzenie, ale bez skutku. Powiedziałem mu więc, że otrzymałem wiadomość, że niektórzy ludzie zginęli w wyniku strzałów i niestety nigdy nie mogłem odkryć ich tożsamości, ponieważ wszystko było przede mną ukryte – opowiadał Castañeda. W swoim raporcie Castañeda napisał, że liczba ofiar śmiertelnych podana przez rząd nie odzwierciedla prawdziwej liczby ofiar, ponieważ istnieją uzasadnione podejrzenia o potajemne usuwanie tych, którzy zginęli od kul. Oskarżył też ministra spraw wewnętrznych o zaaranżowanie inwazji na boisko i brutalną reakcję policji. Według niego pokaz siły miał uzmysłowić ludziom ryzyko, na jakie narażają się, występując przeciwko władzy. Rząd z kolei winą za zamieszki obarczył trockistowskich agitatorów. Dziennikarz Jorge Salazar, który napisał książkę traktującą o tragedii na Estadio Nacional, zauważa, że w tamtych czasach nastroje społeczne w Peru było bardzo burzliwe i wystarczyła tylko iskra, żeby wywołać ogień. ,,To były lata sześćdziesiąte, czas Beatlesów, Fidel Castro był w modzie, wszystko się zmieniało na świecie. W Peru po raz pierwszy mówiono o sprawiedliwości społecznej. Było dużo demonstracji, ruchów robotniczych i partii komunistycznych. Lewica była dość potężna, a między policją a ludem trwały nieustanne tarcia” – oceniał Salazar.

Po tragedii rząd ogłosił siedmiodniową żałobę narodową. Kościół zorganizował zbiórkę na rzecz pomocy rodzinom ofiar, a pogrzeby gromadziły tysiące żałobników. Pojawiały się też pojedyncze głosy, który nawoływały do anulowania wyniku meczu i zawieszenia urugwajskiego sędziego. Przeszły jednak bez echa, a sam arbiter bardzo przeżył te wydarzenia. Chciałbym mieć pewność, że to nie była moja wina, jak podają niektóre gazety w Limie. To było straszne. Gdybym wiedział, że zginie tyle ludzi, nie zagwizdałbym, a potem odłożył gwizdek na wieki. Chcę zapewnić wszystkich, że to nie była moja wina – mówił Urugwajczyk. Winą za tragedię obarczono komendanta policji Jorge Azambuje, który wydał rozkaz użycia gazu. Został później skazany na 30 miesięcy więzienia. Zamówiłem gaz łzawiący na trybuny. Nie wyobrażałem sobie jednak jak tragiczne mogą być konsekwencje – tłumaczył Azambuja. Drugim ukaranym był Castañeda. Nałożono na niego karę grzywny za sześciomiesięczne opóźnienie w publikacji raportu i niestawienie się na wszystkich 328 autopsjach, tak jak powinien. Jego raport po publikacji trafił do kosza. Turniej kwalifikacyjny został przerwany. Zwycięzcą została uznana Argentyna. O drugie miejsce miały powalczyć ze sobą Brazylia i Peru. W rozegranym 7 czerwca w Rio de Janeiro spotkaniu lepsi byli Canarinhos, którzy wygrali 4:0. ,,Oczekiwałem zwycięstwa, ale za taką cenę wolałbym najbardziej upokarzającą z porażek”– mówił potem trener Argentyńczyków Ernesto Duchini. Do dzisiaj nie udało się znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania i prawdopodobnie nigdy się to już nie uda. Miejmy jednak nadzieje, że ta i inne stadionowe tragedie będą już tylko smutnym wspomnieniem i nauką na przyszłość.

0

@Wojciech123 O co chodzi?

0

@Bernard777 No właśnie! Zgadzam się z tobą w stu procentach!

10

@FCBparasiempre
Sezon 1994/95 był być może najbardziej drastycznym przełomem w dziejach rywalizacji o najcenniejsze klubowe trofeum w Europie. Po raz pierwszy bowiem nie wszyscy mistrzowie dostali szansę rywalizacji o najważniejsze trofeum na kontynencie. Z 48 zwycięzców rozgrywek ligowych do walki w eliminacjach Ligi Mistrzów przystąpiło bowiem tylko 24. Triumfatora poprzedniego sezonu oraz siedmiu Mistrzów z najwyższym współczynnikiem klubowym zwolniono z eliminacji, pozostała 16-tka została zaś podzielona na 8 par. Po raz pierwszy też owa runda pucharowa nosiła nazwę kwalifikacji i nie była przez nikogo traktowana jako część właściwej Ligi Mistrzów. Na trybunach Ernst Happel stadion na meczu finałowym(24.05.1995) pomiędzy Ajaksem a AC Milanem zasiadło 20 000 kibiców obu zespołów, przy czym ci z Amsterdamu zostali wyposażeni przez klub w chorągiewki, więc można powiedzieć że sprawiali lepsze wrażenie. Gdy piłkarze wychodzili z tunelu na boisko na pierwszy rzut oka widać było różnicę między rywalami. Poorane zmarszczkami oblicza Baresiego i Tasottiego kontrastowały z dziecinnymi twarzyczkami Reizigera, Davidsa czy braci de Boerów. W 11-tce Milanu znalazł się tylko jeden zawodnik mający mniej niż 26 lat, w jedenastce Ajaxu ledwie dwóch mających więcej niż 25. Było to zatem prawdziwe starcie generacji, lecz Louis Van Gaal wiedział że nie można czekać ze zwycięstwem w Lidze Mistrzów aż jego zawodnicy trochę dojrzeją. Może przeczuwał że niedługo świat futbolu całkowicie się zmieni i dojdzie do rewolucji w przepisach transferowych? W każdym razie jeszcze przed pierwszym występem swego zespołu w Lidze Mistrzów powiedział: ,, Obawiam się że nasi najzdolniejsi zawodnicy niebawem nas opuszczą". Zatem teraz albo nigdy! Po zakończeniu półfinałów Van gal ucieszył się że rywalem jego zespołu w meczu o puchar będzie Milan a nie PSG. ,, Milan gra jak my, przede wszystkim po to by wygrać. Podstawową strategią PSG natomiast jest uniknięcie porażki"- powiedział nieco naginając rzeczywistość do własnych wyobrażeń. Jakże bardzo się pomylił oczekując ze strony rywala z Lombardii ofensywnego nastawienia! Milan przystępował do meczu mocno osłabiony, brakowało bowiem kontuzjowanego Dejana Savicevicia, który z trybuny honorowej oglądał mecz w towarzystwie wciąż jeszcze pozostającego na liście płac u Berlusconiego, czy trwale już niezdolnego do gry Marco van Bastena. Capello bał się Ajaxu. Świadczy o tym najlepiej obrana przezeń na finał taktyka. Marcel Desailly miał indywidualnie kryć Litmanena. Robił to zresztą w sposób, który sprowokował Louisa Van Gaala do wykonania najsłynniejszej trenerskiej akcji w historii Ligi Mistrzów. Po tym jak Francuz zaatakował Fina we własnym polu karnym wysoko uniesioną nogą, co uszło uwadze arbitra, van Gaal za linią boczną wykonał skok przypominający cios kung-fu, za pomocą którego chciał zademonstrować całemu światu co stało się przed chwilą na boisku. Fotoreporter uwiecznił to na kliszy, zdjęcie obiegło świat a Van Gaal został zapamiętany jako świetny karateka. Desailly zajmował się więc Litmanenem a Boban Rijkaardem, choć w trochę bardziej subtelny sposób. Włoscy napastnicy Marco Simeone i Daniele Massaro mieli przeszkadzać Blindowi i Frankowi de Boerowi w wyprowadzaniu piłki z własnej połowy, tak by musiał to robić najbardziej chaotyczny z tego tercetu i miewający głupie pomysły Reiziger. Donadoni i Albertini byli zorientowani na utrudnianie życia Seedorfowi i Davidsowi. Milan prezentował więc taktykę na ,, nie", nastawioną na niwelowanie atutów przeciwnika. Ciekawe dlaczego Capello tym razem, inaczej niż w finale Ligi Mistrzów przed rokiem przystał na warunki rywala zamiast postarać się narzucić mu swoje? Może postąpiłby inaczej gdyby miał Savicevicia? A może tak bardzo wystraszyły go dwie porażki grupowe z Ajaxem i to co zespół ten zrobił w półfinale z Bayernem że obecność Czarnogórca niczego by nie zmieniła? Johann Cruyjff całym sercem kibicował Ajaksowi. Powiedział przed meczem że ma nadzieję iż tym razem wygra zespół prezentujący bardziej ofensywny i ładniejszy football. Zarazem jednak przestrzegał przed kontratakami Milanu, w ich zatrzymaniu widząc klucz do sukcesu rodaków. Myślenie ludzi z Amsterdamu przed finałem najlepiej wyraziło zdanie wypowiedziane przez Litmanena: ,, Jedyne czego potrzebuje Milan, to byśmy raz popełnili błąd w obronie". Niestety dla widowiska Van Gaal był tego samego zdania i podobnie jak Capello nie zaplanował szturmu. Do obrania ofensywnej strategii od pierwszej minuty nie przekonał go nawet fakt że jego zespół dwa razy pokonał Milan 2.0 w fazie grupowej, grając normalnie czyli po swojemu. Najwidoczniej zapamiętał jak rok wcześniej otwarty futbol w finale Ligi Mistrzów przeciwko Milanowi skończył się dla FC Barcelony. W pierwszej połowie Włosi zagrali więc skrajnie defensywnie a Ajax bardzo ostrożnie. Patrząc na futbol prezentowany przez Holendrów można było sprawować znane porzekadło i stwierdzić że najlepszym atakiem jest według nich obrona. Ostatecznie to Milan dominował choć wcale tego nie chciał. Nic zresztą z tej dominacji nie wynikało, gdyż kapitalnie spisywała się obrona Ajaxu dowodzona przez Blinda oraz pomoc. Jeden z najlepszych meczów w karierze rozgrywał Rijkaard ale w ofensywie w pierwszej połowie amsterdamczycy prezentowali się (jak powiedział sam Ronald) bardzo źle, to był gówniany mecz. W szatni Ajaxu doszło w przerwie do awantury. Van Gaal nie mógł dojść do głosu, gdyż kłócili się Rijkaard i Seedorf. Ostatecznie to starszy z graczy zyskał posłuch u kolegów i wytłumaczył im co powinni robić inaczej. Chodziło mu o szybszą wymianę podań. Kibice nie słyszeli jego słów i dlatego martwili się że do końca meczu nic się nie wydarzy. Po przerwie jednak Ajax z minuty na minutę poczynał sobie śmielej. Od początku tej części meczu Rijkaard odgrywał de facto rolę obrońcy a dzięki cofnięciu się o kilkanaście metrów miał więcej czasu i miejsca na konstruowanie akcji zaczepnych. Ciekawe kto wymyślił ten manewr - on sam czy Van Gaal? W 54 minucie Kanu zastąpił Seedorfa (miało na to wpływ wydarzenie w szatni), co zwiększyło siłę ognia i szybkość gry ofensywnej zespołu.

Gdy w 69 minucie Van Gal dokonywał drugiej zmiany, kibice byli mocno zdziwieni. Holenderski szkoleniowiec postanowił bowiem ściągnąć z boiska swojego Asa Jariego Litmanena, który nie potrafił w żaden sposób uwolnić się spod opieki Desaillyego i wpuścić w jego miejsce 18-letniego Patricka Kluiverta. ,, Byłem nieco rozczarowany faktem że zaczynam tylko na ławce rezerwowych ale rozumiałem że trener na finał potrzebuje bardziej doświadczonych zawodników"- mówił po latach napastnik w materiale ,, Guardiana". Kluivert dostał od van Gaala polecenie by nie cofał się do pomocników aby rozgrywać z nimi akcje, lecz szukał przede wszystkim wolnego pola i w nie wbiegał. Ponieważ Kanu był o miesiąc młodszy uprawnione jest stwierdzenie że menedżer Ajaxu postanowił uśmiercić Milan przy użyciu dzieci i ten plan się powiódł. 85 minucie, po akcji zaczętej przez van der Sara i wymianie przez amsterdamczyków 9 podań Rijkaard doskonale zagrał prostopadle do Kluiverta a ten z uśmiechem na ustach wykończył całość przytomnym strzałem. Kluivert nie ukrywał nigdy że Rijkaard był jednym z jego sportowych wzorów, tak więc zwycięski gol padł po akcji przeprowadzonej przez Mistrza i ucznia. ,, Pobiegłem gdzieś ale dopadli mnie koledzy, wszyscy się na mnie rzucili. Nie mogłem oddychać. Musiałem użyć wszystkich sił żeby się od nich uwolnić i nie dać się udusić"- wspominał autor decydującego trafienia. Po chwili po podaniu od Blinda gola mógł strzelić Kanu ale chybił a potem sędzia zakończył mecz. ,, Po ostatnim gwizdku zapanowało szaleństwo. Po prostu zwariowaliśmy, straciliśmy nad sobą kontrolę"- wspominał Kluivert. ,, Wulkan eksplodował- tak określił to w dwóch słowach Ronald de Boer i zakończył: - nie wiedzieliśmy że to się zbliża. Erupcja zaskoczyła nawet nas samych". Z kolei z twarzy piłkarzy Milanu bił smutek jakby głębszy niż tylko z powodu porażki. Po latach Daniele Massaro, dla którego był to ostatni mecz w Barwach zespołu z San Siro powiedział w reportażu ,, Guardiana": ,, Ten mecz zakończył okres pięknych 10 lat, w trakcie których wygraliśmy wszystko i zapisaliśmy piękną kartę w dziejach futbolu. Rok wcześniej nie byliśmy faworytami w meczu z FC Barceloną i wyszliśmy na mecz odpowiednio zmotywowani. Teraz popełniliśmy jakiś mentalny błąd, gdyż nie byliśmy równie zdeterminowani". W historii zawodu trenera było wielu nadętych buffonów, którzy uważali że pozjadali wszystkie rozumy ale wyraz w przekonaniu o własnej wyjątkowości dawali oni jednak zazwyczaj dopiero wtedy gdy wygrali coś znacznego, zdobyli ważne trofeum. Van Gaal nie potrzebował samemu sobie dowodzić własnej wielkości. Gdy w 1991 roku został awansowany z funkcji asystenta pierwszego trenera Ajaxu na naczelne stanowisko powiedział zarządowi: ,, Gratuluję zatrudnienia najlepszego managera na świecie". Słowa te przedostały się do wiadomości publicznej. Ton Harmsen prezydent klubu nie miał innego wyjścia niż przedstawić nowego Bossa dziennikarzom mówiąc: ,, Luis jest cholernie arogancki, tutaj lubimy takich ludzi". Ajax Amsterdam Luisa van Gaala jest głównym bohaterem pierwszego rozdziału świetnej książki Michaela Coxa: ,, Gegen pressing i Tiki Taka". Cox pisze o holenderskim futbolu totalnym wprowadzonym przez Rinusa Michelsa w latach 70-tych XX wieku. ,, Zawodnicy Ajaxu i reprezentacji Holandii nie byli rzekomo przypisani do pozycji i zdawało się że mogą błąkać się po boisku gdzie tylko chcą dzięki czemu grają energiczny, płynny, piękny futbol w rzeczywistości jednak piłkarze wymieniali się pozycjami tylko w linii pionowej, choć teoretycznie mogli swobodnie przemieszczać się po boisku, ciągle myśleli o swoich obowiązkach, biorąc pod uwagę działania kolegów z drużyny". Michels miał kilku uczniów, wśród nich Cruyffa i Van Gaala. Ci dwaj zaś rozwinęli jego myśl w różnych kierunkach. ,,Cruyff z całego serca wierzył w rolę gwiazdorów, Van Gaal nieugięcie podkreślał znaczenie kolektywu". Cox przywołuje słowa Michelsa: ,, W podejściu Van Gaala jest mniej miejsca na swobodę i wymienność pozycji. Ponadto dopracował budowanie akcji do najmniejszego szczegółu". Doszło do tego że w zasadzie zabronił typowej dla futbolu totalnego wymienności pozycji między graczami biegającymi po tej samej stronie boiska, czyli tak bardzo rozwijał ideę Michelsa aż w końcu im zaprzeczył. W jego ideale zawodnicy mieli jak najmniej biegać po boisku, za to być na nim idealnie rozstawieni. Van Gaal nie cierpiał dryblingów. Nie tylko uważał je za nieefektywne, lecz także sądził że są przejawem skrajnego piłkarskiego egoizmu. To wszystko było w pewnym sensie gryzieniem się przez psa we własny ogon ale jakże owocnym! Cox pisze dalej: ,, kiedy Ajaxowi nie udawało się wygrać Van Gaal narzekał zwykle że jego podopieczni nie trzymali się ustaleń. Praca z młodymi chłopakami cieszyła go właśnie dlatego że dało się ich kształtować. Nie potrzebuję 11 najlepszych, potrzebuję najlepszej jedenastki"- powiedział. O co dokładnie chodziło wyjaśnił po latach Kluivert. Otóż (jako wychowanek) ,, wszedłem do nowego dla siebie zespołu Jakbym grał w nim od lat, od razu odnalazłem się w jego taktyce". Van Gaal oczywiście nie pracował sam. Zbudował sztab składający się z oryginałów, wręcz maniaków. Jos Geysels, który wcześniej pracował z hokeistami odpowiadał w nim za ukształtowanie wytrzymałości piłkarzy oraz ich szybkości dynamicznej. Nad techniką biegu pracował były koszykarz Laszlo Jambor. Siła i gibkość były domeną Renne Wormhoudta, wcześniej opiekującego się drużyną Futbolu Amerykańskiego ,,Amsterdam Admirals”. Ronald de Bouer w rozmowie z ,,For for to” wspominał że ćwiczenie Wormhoudta były bardzo ciekawe, ich wykonywanie bawiło zawodników a jednocześnie przynosiło szybkie efekty.

W Ajaxie wielkiej wagi nie przywiązywano tylko do jednego- w kwestii żywieniowych. Doprawdy w kontekście wszystkiego tego co zostało napisane o perfekcjonizmie Van Gaala i jego sztabu zdumiewają słowa Marka Overmarsa z wywiadu dla ,, Independent" z 2017 roku: ,, wszystkie kluby miały już wtedy swoje laboratoria, dietetyków a my w dniu finału poszliśmy w dresach na stołówkę i dostaliśmy na obiad to co dostają zwykle uczniowie, którymi wielu z nas wciąż było a mianowicie małą zupkę, spaghetti i szarlotkę". Na boisku jednak Ajax Van Gaala, nawet jeśli napędzany tylko spaghetti i szarlotką był prawdziwą mechaniczną pomarańczą, zespołem, którego gra pozostawała skrajnie zautomatyzowana, zaprogramowana przez trenera. Nikt tak jak Gaal nie wierzył bowiem siłę schematów i nikt nie umiał ich tak wcielać w życie jak wychowankowie klubu, w którym pracował. Zazwyczaj schematami posługują się drużyny nastawione na defensywę i Ajax także znakomicie wykorzystał je próbując odzyskać piłkę. To było prekursorskie podejście, dlatego van Gaal jest jednym z ojców ,,gegenpressingu” a także rozkładania na czynniki pierwsze ekipy rywali. ,, Van Gal analizował nagrania ze spotkań najbliższych rywali i szczegółowo tłumaczył jak konstruują akcje a także w jaki sposób je przerywać a jego asystent Bruins Slot bezustannie zaskakiwał piłkarzy poziomem wiedzy na temat konkretnych przeciwników"- pisze Cox. Przy tym wszystkim Ajax był ekipą nastawioną na wskroś ofensywnie. Po odbiorze piłki amsterdamczycy natychmiast rozpoczynali realizację innego schematu, nakierowanego na rozciągnięcie szeregów obronnych rywala i szybkie zdobycie dostępu do jego bramki. Bardzo wiele akcji krzyżowym przerzutem rozpoczynał świetnie wyszkolony lewy kryjący Frank De Boer. Danny Blind wolał raczej atakować środkiem, szukać prostopadłego podania. Z kolei Reiziger po odzyskaniu piłki ruszał do przodu a był jednym z najszybszych zawodników Europy. Właśnie jego szybkość umożliwiała też całemu zespołowi wysokie ustawienie linii obronnej. Reizeger zawsze zdążył wrócić jeśli drużynie nie udała się pułapka ofsajdowa. Cox kwartet Reiziger- Blind-Rijkaard-De Boer nazywa najbardziej utalentowaną technicznie czteroosobową obronę, jaką widziała piłka nożna, co być może jest pewną przesadą ale niewielką. Wszyscy jednak, łącznie z Rijkaardem byli owocami pracy van Gaala. ,, Nasz trener był zawsze skupiony na jednym: poprawianiu umiejętności i jakości gry każdego piłkarza"- scharakteryzował go w 2017 roku Edwin van der Sar. Van Gaal miał obsesję na punkcie niektórych ćwiczeń, rozgrzewka polegała na podawaniu piłki prawą nogą do lewej i na odwrót, codziennie też jego zawodnicy trenowali grę na jeden kontakt i 30-metrowe przerzuty, które potem w meczu wykonywali z zamkniętymi oczami. W ataku charakterystyczne było wykorzystywanie całego pola gry. Jari Litmanen po stracie piłki pierwszy obrońca (Van Gal do prawdy potrzebował dziesiątki z niewielkim ego, który nie przeszkadzałoby w paraniu się brudną robotą) po jego odzyskaniu przeistoczą się w zawodnika zawsze pozostającego pod grą, pokazującego się do podania każdemu koledze przy piłce. Fin był przy tym Także najlepszym strzelcem zespołu (zdobył 6 z 13 goli w tamtej kampanii Ligi Mistrzów), gdyż zarówno skrzydłowi, jaki środkowy napastnik odgrywali rolę przynęty (jak to ujął koks), mającej wyprowadzić defensorów z pola karnego, by Litmanem mógł tam poszaleć. Może nie wykonywał tylu efektownych zagrań co jego poprzednik Denis Bergkamp ale za to wszechstronnością bił nawet Holendra. ,, Naszą najlepszą dziesiątką w historii był Litmanen"- powiedział kiedyś Rijkaard. Ze skrzydłowych wybijał się Mark Overmars, zawodnik dysponujący niebywałym przyspieszeniem i potrafiący w zasadzie wszystko. ,, Overmars należał do absolutnej czołówki. Dobrze dryblował, potrafił wygrać pojedynek"- mówił o nim Van Gaal, co dowodzi że może i zakazywał piwek ale gdy jeden z jego zawodników spróbował i mu wyszło, szkoleniowiec nie był zły tylko zadowolony. Finidi George też zresztą lubię dryblować i też był klasycznym skrzydłowym, który miast ścinać do środka wolał bawić się z przeciwnikiem w kotka i myszkę przy linii bocznej. Jednak z sercem drużyny pompującym nieustannie krew do żył amsterdamskiej ekipy był duet znakomity w środkowych pomocników Edgar Davids- Clarens Seedorf. Myślę że ich grę w tamtym sezonie oraz rolę w zespole spokojnie można porównać do gry i roli Xaviego oraz Iniesty w FC Barcelonie Guardioli oraz Luki Modricia i Toniego Crossa w Realu Zidane. ,, Obaj byli znakomici technicznie ale zarazem na tyle pełni energii by toczyć boję w pomocy i ruszać do przodu ze wsparciem dla grających na środku piłkarzy ofensywnych"- pisze trafnie Cox.

Najcenniejszy opis specyfiki i fenomenu Ajaxu z sezonu 1994/95 wyszedł wszakże z ust Jorge Valdano, w roku 1995 trenera Realu. Po triumfie ekipy van Gaala w wiedeńskim finale powiedział: ,, Ajax zbliża się do futbolowej utopi. Ma znakomitą koncepcję gry a zarazem jego zawodnicy są bardzo silni fizycznie. Ajax jest zarazem piękną i bestią". Można by dodać że był w 1995 roku ekipą zarazem młodą, jaki doświadczono ,, Nigdy nie widziałem tak intensywnego rytmu gry i takiej koncentracji u tak młodych piłkarzy"- powiedział Daniele Massaro. A oto opinia Danego Blinda z wywiadu z 2020 roku udzielonego stronie ad.nl: ,, Byliśmy piłkarzami, którzy potrafili myśleć o krok do przodu. Dużo pracowaliśmy taktycznie na treningach, taktyka zawsze była podczas gry najważniejsza. Potrafiliśmy dobrze ocenić każdą boiskową sytuację. Mieliśmy młodą ale też bardzo dorosłą grupę z mądrymi graczami". Prawda jest taka że zwycięski Ajax był dziełem (kreaturą) swego trenera w takim stopniu, w jakim chyba żaden inny z triumfatorów tej imprezy. Jednak sukcesu z 1995 roku nie byłoby też bez tych, którzy zaszczepili Ajaksowi jego wyjątkową kulturę piłkarską a mianowicie Rinusa Michelsa i Johana Cruyffa a z kolei bez van Gaala nie byłoby półfinału Ligi Mistrzów w sezonie 2018/19, kiedy klubem zarządzali w van der Sar i Overmars. ,, Byliśmy 10 sekund od finału Ligi Mistrzów. Mam nadzieję że pewnego dnia uda się Ajaksowi znów w nim zagrać. W 2019 roku stało się jasne że nie jest to niemożliwe mimo że czasy zmieniły się tak bardzo"- powiedział wówczas Danny Blind.

8

Ajax po raz pierwszy ze srebrnym trofeum(dokładnie 30 lat temu):

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

Tragiczny w skutkach wypadek legendy FC Barcelony:

Francisco Javier Urruticoechea czyli ,,Urruti” był bramkarzem Barçy w latach 1981-88. Pochodzący z Kraju Basków zawodnik trafił na Camp Nou z Espanyolu i w latach 1982-86 był podstawowym golkiperem Dumy Katalonii. Po odejściu z Barcelony zakończył karierę i został trenerem bramkarzy. Kilka godzin przed feralną nocą(24 maja 2001 r.) oglądał wraz z przyjaciółmi finał Ligi Mistrzów. Następnie wsiadł do swojego Mercedesa 320 CE i ruszył w strone domu. Będąc blisko celu około godziny 3:37 w nocy na północnej obwodnicy Barcelony stracił panowanie nad kierownicą i jego samochód trzykrotnie uderzył w bariere ochronną a sam Urruti wypadł z pojazdu. Jadący za nim kierowca BMW nie był w stanie go ominąć i bramkarz poniósł śmierć na miejscu.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Arkon

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?