FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
@FCBparasiempre
W styczniu 2015 roku Juan Roman Riquelme zakończył piłkarską karierę a dzisiaj obchodzi swoje 47 urodziny. Przez całe swoje futbolowe życie dzielił kibiców na dwa obozy: jedni go kochali i uważali za niedocenionego geniusza, drudzy, za przereklamowanego boiskowego lenia. Nigdy nie dowiemy się, która strona w tym sporze miała rację. Wśród miłośników tej dyscypliny, mit Riquelme będzie żył wiecznie. Problem z Argentyńczykiem jest taki, że w dzisiejszych czasach wielkość zawodnika ocenia się na podstawie jego występów w Europie. Tam, mimo całkiem udanej przygody w Villarreal, poniósł klęskę. W Boca Juniors jednak, gdzie spędził większą część swojej kariery, jest żywą legendą i ulubieńcem publiczności. Więc jaki właściwie jest Riquelme? Odbiór tego piłkarza tak naprawdę zależy od tego, jakimi zasadami kierujemy się przy oglądaniu futbolu. Nie ma wątpliwości, że był postacią nietuzinkową, która jednym zagraniem potrafiła odmienić losy spotkania. Z piłką Argentyńczyk potrafił zrobić wszystko, pod warunkiem, że mu się chciało. A że nie zawsze tak było, to wielu ludzi najzwyczajniej irytował. Przyjrzyjmy się bliżej jego sylwetce, aby choć spróbować go ocenić. Jedno jest pewne – wraz z odejściem Riquelme, nazywanym ostatnią klasyczną „dziesiątką” w historii tego sportu, w niepamięć odeszła romantyczna strona piłki nożnej. Zmysł piłkarski Riquelme pozwala zapamiętać dyscyplinę o nazwie futbol na wieki… to zawodnik z ery, gdy życie toczyło się wolnym tempem, kiedy wynosiliśmy krzesła na podwórko i graliśmy swobodnie z sąsiadami – Jorge Valdano Jeżeli przychodzisz na świat dzień przed zdobyciem przez Argentynę Pucharu Świata w 1978 roku, to z góry jesteś skazany na zostanie piłkarzem. Tym bardziej, kiedy po tobie, w rodzinie pojawia się jeszcze dziesięcioro dzieci, a twoje nieprzeciętne umiejętności są w stanie zapewnić im lepszy byt. Tak właśnie było w przypadku Juana. „Romanem” zaczęła określać go jego matka, która w taki sposób starała się zdobyć jego atencję. To imię widniało także na jego koszulkach w Boca Juniors i Villarreal. W Argentynie każdy młody zawodnik, obdarzony techniką i wspaniałą wizją gry, prędzej czy później zacznie być porównywany do Diego Maradony. Riquelme długo nie musiał na to czekać – pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Argentinos Juniors, czyli w miejscu, gdzie zaczynał również autor „boskiej ręki”. Juan nigdy jednak nie był taki jak Diego. Różniły ich charaktery i style gry. Innym miano „drugiego Maradony” mogłoby ciążyć przez całą karierę. Riquelme jednak wiedział, że jest po prostu inny. Unikalny. ,,Piłka dała mi wszystko. Tak jak lalka dla małej dziewczynki, tak dla mnie najlepszą zabawką jaką kiedykolwiek miałem, albo mogłem mieć, był futbol. Człowiek, który go wymyślił jest prawdziwym bohaterem”- wspominał Juan. Nie można wymarzyć sobie lepszego startu do profesjonalnego futbolu niż nauka w Akademii Argentinos. Maradona, Sergio Batista, Fernando Redondo – oni przeszli podobną drogę. Nieśmiały Roman zaczął pokazywać na boisku swój potencjał, a kiedy zgłosiło się po niego samo River Plate, zaprezentował zalążek swojego charakteru – jako odwieczny fan Boca Juniors, odrzucił ofertę ich największego rywala. Do swojego ukochanego klubu przeniósł się za 800 tysięcy dolarów w 1995 roku. W Boca spędził, z przerwami, w sumie piętnaście lat. Niektórzy uważają, że nigdy nie powinien był opuszczać Buenos Aires. W argentyńskiej Primera Division zadebiutował 10 października 1996 roku a dwa tygodnie później zdobył swoją premierową bramkę, pokonując bramkarza Huracanu. Miał wówczas osiemnaście lat. Pierwszą, sześcioletnią przygodę z Boca, Riquelme okrasił trzema ligowymi tytułami (1998, 1999 i 2000), dwoma triumfami w Copa Libertadores (2000 i 2001) oraz Pucharem Interkontynentalnym (2001). Nie trzeba dodawać, że odegrał on kluczową rolę w tych sukcesach – jego podania, kontrola piłki i magia ujawniająca się w każdym zagraniu sprawiły, że trybuny La Bombonera go pokochały. Oczywiście z wzajemnością. Riquelme musiał czuć, że jest kochany. Wówczas wznosił się na wyżyny swoich umiejętności. Jedyne, czego wymagał, to budowanie zespołu wokół jego osoby. Potrzebował też zawodników, którzy na boisku wykonają całą brudną robotę za niego, aby on mógł błyszczeć w najważniejszych momentach spotkania. Jego zmysł do ofensywnej gry był prawdziwym darem, ale niechęć do pracy w obronie – przekleństwem, które miało mu przeszkodzić w zrobieniu kariery na miarę talentu. Przez sześć sezonów w 194 występach strzelił 44 bramki dla Boca. Wynik, jak na ofensywnego gracza, może nie jest oszałamiający, ale jemu nigdy nie zależało na zdobywaniu goli. Chciał mieć na boisku władzę, kontrolować mecz i stwarzać innym okazje do trafień. Strzelał rzadko, ale za to efektownie – z przebiegu całej kariery pamiętamy go przede wszystkim z fenomenalnych uderzeń z dystansu, sprytnych technicznych strzałów i efektownych rzutów wolnych. W momencie, gdy był już najjaśniejszą gwiazdą Boca i zapewnił sobie solidną pozycję w kadrze Argentyny, poczuł, że Buenos Aires staje się dla niego za ciasne. Przyszedł czas na Europę.
W październiku 2002 roku zgłosiła się po niego Barcelona, która obserwowała go od dłuższego czasu. Transfer na Camp Nou zgrał się w czasie z osobistym dramatem Juana – został wówczas porwany jego brat Cristian. Ostatecznie udało się wynegocjować jego uwolnienie i Argentyńczyk zapłacił okup. Później wspominał, że porwanie brata było jednym z głównych powodów opuszczenia Ameryki Południowej. Około 10 milionów euro kosztował Barcelonę transfer Riquelme. Patrząc na dzisiejsze realia, ta kwota może wzbudzać śmiech. W stolicy Katalonii jednak mogli później dojść do wniosku, że Argentyńczyk nie był wart nawet połowy tej ceny. ,,Riquelme bardziej niż graczem stał się symbolem sporu ideologicznego” – Jonathan Wilson. Wydawałoby się, że Juan trafił w idealne dla siebie miejsce – do Barcelony, gdzie efektowną i ofensywną piłkę ludzie mają we krwi. Nie wiadomo, co by było, gdyby w tamtym czasie trafił na innego szkoleniowca. Pech chciał, że na Camp Nou przyszło mu współpracować z Louisem Van Gaalem, który posiadał równie ciężki charakter, co bohater artykułu. Holenderski szkoleniowiec bardzo marginalizował pozycję Argentyńczyka w składzie, dając do zrozumienia, że nie do końca pasuje do jego koncepcji. Jeżeli już wystawiał go do gry, to najczęściej posyłał na skrzydło, gdzie Riquelme, zazwyczaj poruszający się jednostajnym tempem, nie mógł pokazać tego, co u niego najlepsze. Wchodził głównie z ławki albo występował w Copa del Rey – nie był więc wiodącym zawodnikiem, co nie mogło się dla niego dobrze skończyć. Jego ego nie wytrzymywało wśród rezerwowych. Musiał zmienić otoczenie. Sen o Barcelonie skończył się, zanim na dobre się zaczął. Pomocną dłoń w 2003 roku wyciągnął po niego inny hiszpański klub, Villarreal. Benito Floro, ówczesny menedżer Żółtej Łodzi Podwodnej, aż podskoczył na wieść o możliwości ściągnięcia Argentyńczyka do siebie. Obie strony były zadowolone z tego kroku – Benito znalazł wymarzonego ofensywnego pomocnika, a Riquelme znów stał się zawodnikiem, wokół którego budowano drużynę. Jak pokazał czas – była to słuszna decyzja. Do Villarreal został początkowo wypożyczony, jednak kiedy Barcelona sprowadziła na Camp Nou Ronaldinho, wykorzystując w ten sposób limit obcokrajowców w kadrze, dni Juana były policzone. W 2003 roku wypożyczono go na dwa lata, aby w 2005 sprzedać ostatecznie. Riquelme błyszczał zarówno przed transferem definitywnym, jak i po nim. Pierwszy sezon na stadionie El Madrigal przyozdobił tryumfem w Pucharze Intertoto (2003). Wkrótce potem spotkał tam dwie najważniejsze osoby w swojej europejskiej przygodzie – trenera Manuela Pellegriniego oraz napastnika Diego Forlana, sprowadzonego w 2004 roku z Manchesteru United. Obaj przybyli do Villarreal w tym samym momencie. Efektowna współpraca powyższej trójki rozpoczęła się od ponownego zwycięstwa Żółtej Łodzi Podwodnej w Pucharze Intertoto. Największe sukcesy były jednak dopiero przed nimi. Zabójczy ofensywny duet stworzony przez Pellegriniego, dał Villarreal trzecie miejsce w ligowej tabeli na zakończenie sezonu 2004/2005. Był to najlepszy wynik w historii tego klubu. Juanowi wówczas udało się zdobyć 15 bramek w 35 występach w La Liga, co jest dla niego osobistym rekordem. Współpraca z Forlanem układała się doskonale. ,,Na boisku szybko złapaliśmy kontakt. Obaj w poprzednich klubach mieliśmy gorsze okresy, ale ożyliśmy w Villarreal pod wodzą Pellegriniego, który znał nas z Argentyny, gdzie pracował w San Lorenzo i River Plate. Riquelme przewidywał moje ruchy i dawał mi piłki, o których marzy każdy napastnik. Po jego podaniach strzeliłem mnóstwo goli” – Diego Forlan. Chilijski szkoleniowiec przekazał batutę Riquelme, aby ten z boiska kierował drużyną. W swoim najlepszym okresie był bezsprzecznie czołowym rozgrywającym na świecie, co potwierdzały także mecze Villarreal w Lidze Mistrzów w sezonie 2005/2006. Żółta Łódź Podwodna najpierw w efektowny sposób wygrała swoją grupę, wyprzedzając w tabeli Benfikę, Lille oraz Manchester United, a następnie doszła aż do półfinału rozgrywek, bijąc po drodze Glasgow Rangers czy Inter Mediolan. Patrząc na dzisiejsze rozstrzygnięcia Champions League, trudno uwierzyć, że tak prowincjonalny klub w skali europejskiej, zdołał dojść aż tak daleko. A wynik mógł być jeszcze lepszy – półfinałowy dwumecz Arsenal wygrał dzięki zwycięstwu 1:0 na Highbury w pierwszym spotkaniu. W rewanżu na El Madrigal gospodarze byli stroną przeważającą i w 90 minucie starcia mieli doskonałą szansę na doprowadzenie do dogrywki. Rzutu karnego nie strzelił jednak… Juan Roman Riquelme.
Nawet najwięksi artyści czasem się mylą. Chociaż już przed uderzeniem, patrząc na twarz Argentyńczyka, można było zgadnąć, że ta „jedenastka” nie potoczy się po jego myśli. Jens Lehmann w bramce Arsenalu okazał się za duży. Villarreal odpadł z rozgrywek, a Riquelme długo po tym rzucie karnym nie mógł dojść do siebie. To też był początek jego końca w hiszpańskim zespole. ,,Nikogo nie zabiłem. Po prostu nie strzeliłem karnego. To był jeden z najsmutniejszych momentów w mojej karierze i będę go pamiętał zawsze”- tak mówił nasz bohater. Zanim Juan zaczął sprawiać problemy na El Madrigal, pojechał z Argentyną na mistrzostwa świata do Niemiec w 2006 roku i to jako największa gwiazda. Tam miał podwójną motywację, ponieważ mundial w Korei Południowej i Japonii ominął go z powodu porwania brata. Dwa zwycięstwa i remis dały Albicelestes wyjście z grupy. Riquelme w tych spotkaniach zanotował dwie asysty i zdobył nagrodę zawodnika meczu za efektowną wygraną z Serbią i Czarnogórą aż 6:0. W 1/8 finału zaliczył ostatnie podanie przy trafieniu Hernana Crespo (zwycięstwo 2:1 po dogrywce z Meksykiem), a w ćwierćfinale asystował przy golu Roberto Ayali w starciu z Niemcami. Został jednak zdjęty z boiska w końcówce meczu, a chwilę po tym gospodarze wyrównali, by ostatecznie zwyciężyć w konkursie rzutów karnych. Argentyna odpadła z turnieju, a najbardziej skrytykowany za postawę w starciu z niemiecką ekipą został właśnie Riquelme. Później sam stwierdził, że kiedy drużyna przegrywa, to zawsze on jest temu winny. Tak to już bywa – od wirtuozów wymagamy najwięcej. To był jednak zdecydowanie najlepszy okres Juana w kadrze, z której odszedł na dobre w 2011 roku. Pellegrini dalej próbował ustawiać zespół pod swojego pupila, jednak w sezonie 2006/2007 Riquelme przestał mu się odpłacać. Wyglądało to tak, jakby Argentyńczyk stracił motywację do grania po powrocie z mundialu. Wewnątrz siebie czuł, że chyba przyszła pora na zmianę środowiska. Na El Madrigal był przez kibiców kochany, a od trenera dostawał wszystko, na co miał ochotę – trenował, kiedy chciał, każdy przymykał oko na jego kolejne „kontuzje” czy słabe występy, dostał wolne, aby lecieć do ojczyzny… Riquelme miał ciężki charakter i mimo że posiadał równocześnie wspaniałe umiejętności, to budowanie drużyny wokół niego zaczynało być za bardzo ryzykowne. Powrót w zimie do Boca Juniors wydawał się idealną opcją. Po pięciu burzliwych latach Juan wracał do domu. Ponowne przybycie do Buenos Aires nie miało polegać na odcinaniu kuponów. Riquelme miał dwadzieścia dziewięć lat – był zatem w idealnym wieku, aby swoją obecnością odcisnąć piętno na argentyńskiej lidze, tym bardziej, że jego umiejętności nikt nie podważał. W Boca znów mógł poczuć się jak Bóg. Jego druga przygoda z ,,Azul y Oro” to kolejne puchary: dwukrotnie wygrał ligę (2008 oraz 2011), a także Copa Libertadores (2007), Recopa Sudamericana (2008) oraz Copa Argentina (2011-12). Spotkał się tam z legendarnym Martinem Palermo, który dla Boca zdobył w sumie ponad 230 goli i był równie wielką gwiazdą. Między oboma panami panował nieustanny konflikt. W czasie spotkania z Arsenalem de Sarandi, Riquelme w efektowny sposób wymanewrował całą defensywę rywali, dzięki czemu znalazł się w sytuacji sam na sam z golkiperem. Miał przed sobą całą bramkę, ale zdecydował się na podanie do Palermo, któremu pozostało tylko wtoczenie piłki do siatki. Kibice mogli wówczas zobaczyć następujący obrazek: Juan pobiegł świętować gola, a po chwili dołączyła do niego połowa drużyny. Taki właśnie był – sprawiał, że inni piłkarze wyglądali przy nim na lepszych. Później miał powiedzieć do Palermo: „Każdy może strzelać takie bramki”. Konflikt z Martinem? Juan znowu był ponad to, podobnie jak z porównaniami do Maradony. Po powrocie do Boca, zdobył 48 goli w 187 występach. Na zawsze stał się idolem fanów, którzy widzieli w nim ostatniego z „fantasistas”, prawdziwych rozgrywających. Przed piłkarskim końcem przeszedł jeszcze do Argentinos Juniors, w styczniu 2015 zawieszając ostatecznie buty na kołku i wspaniałą klamrą zamykając swoją karierę. „Dzień, w którym przestanę kochać futbol, będzie dniem, kiedy odejdę i pójdę do mojej matki na herbatę”.
Jonathan Wilson, brytyjski historyk futbolu, pisze, że Argentyńczycy jednocześnie ubóstwiają i gardzą Riquelme. Jest coś w nim takiego, że nie można przejść obojętnie. Dla niektórych Juan był definicją prawdziwej piłki – magicznej, fantazyjnej, przyciągającej wzrok, sztuki dla sztuki, futebol d’arte, jakby to powiedzieli Brazylijczycy. Dla takich piłkarzy zapełniają się stadiony. Nie mamy wątpliwości, że umiejętności posiadał ogromne, ale w naprawdę wspaniałej karierze przeszkodził mu jego charakter i zbyt duże ego. Może jednak na tym też polega jego wielkość – że w piłkę grał na własnych zasadach. Historia Riquelme to tak naprawdę zderzenie klasycznego piłkarza z nowoczesną rzeczywistością, która go pochłonęła, zmieliła, a następnie wypluła. W dzisiejszym świecie futbolu – dynamicznym, fizycznym – nie ma już miejsca dla tego typu artysty. Czy Juan urodził się o jedną czy dwie dekady za późno? Jak zauważa Wilson, trudno we współczesnej grze znaleźć miejsce dla zawodnika, który nie pracuje w defensywie, nie walczy za wszelką cenę o piłkę, a swój kunszt opiera głównie na genialnej wyobraźni. Europa go odrzuciła, ale ten nietuzinkowy styl zapewnił mu nieśmiertelność na boiskach argentyńskich, w ojczyźnie Maradony. W Ameryce Południowej długo czekali na następcę ,,Boskiego” Diego, aż w końcu doczekali się Leo Messiego. Drugiego Riquelme mogą szukać jeszcze dłużej ale na pewno go już nie znajdą. Juan zawiesił buty na kołku, zabierając ze sobą ostatnie wspomnienia piłkarskiego romantyzmu. ,,Futebol d’arte” już nie wróci.
10
Żywe legendy argentyńskiego futbolu:
@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Sysia11
8
@FCBparasiempre
Wyniszczająca II Wojna Światowa zabiła mundialowe rozgrywki na 12 lat. Kiedy wojenny pył opadał na dobre, FIFA postanowiła wrócić do tradycji zapoczątkowanej w 1930 roku i ponownie zorganizować największy i najbardziej interesujący turniej piłkarski na świecie. Prawo do organizacji mistrzostw otrzymała Brazylia. Kraj bezgranicznie zakochany w futbolu znakomicie bawił się podczas zawodów, jednak po ostatnim gwizdku czempionatu pogrążył się w długą żałobę. Żałobę, która w niektórych kręgach trwa do dziś. To, że Brazylijczycy kochają futbol, jest bardziej oczywiste niż fakt, że Ziemia kręci się wokół Słońca, woda przybiera kształt naczynia, w którym się znajduje, a kilogram słomy waży tyle samo co kilogram miedzi. Nie będzie wielką przesadą, jeśli stwierdzę, że w Brazylii obowiązuje politeizm. Bardzo mocno wierzy się jednocześnie w dwa bóstwa – Jezusa Chrystusa i piłkę nożną. W 1945 roku zakończyła się II Wojna Światowa. Najbardziej ucierpiała w niej Europa, będąca w wielu miejscach jedną wielką ruiną. FIFA obawiała się, że wiele drużyn nie dotrze na mistrzowski turniej, tłumacząc, że ich kraj podnosi się z kolan po najtragiczniejszej wojnie w historii ludzkości. Jednak już w 1946 roku postanowiła, że gospodarzem kolejnego Mundialu będzie Brazylia. Latynosi przedstawili bliźniaczą ofertę do złożonej przez siebie przed 1942 rokiem, gdy o czempionat, który ostatecznie nie doszedł do skutku, konkurowali z Niemcami. Państwo naszych zachodnich sąsiadów, jednych z głównych prowodyrów dramatu XX wieku, było zniszczone na tyle, że nie było mowy o kandydowaniu na gospodarza tak wielkiej imprezy świeżo po wojnie. Oprócz tego, wraz z Japonią, dostało zakaz startowania w eliminacjach. Brazylijczycy zaproponowali rozegranie turnieju w 1949 roku, jednak FIFA chciała kontynuować czteroletnie przerwy między rozgrywkami. Pewny start w Mistrzostwach Świata miała Brazylia, jako gospodarz, i Włochy, jako aktualny mistrz. Do obsadzenia było jeszcze 14 miejsc i 32 chętnych. Europę podzielono na sześć grup. Zgodnie ze standardami poprzednich turniejów, kraje podzielono, plus minus, geograficznie. Co warte odnotowania, w pierwszej z grup rywalizowała Anglia, która bez problemu zdobyła Mistrzostwo Państw Brytyjskich i z pierwszego miejsca wywalczyła awans. Kraje zza żelaznej kurtyny, w tym m. in. Czechosłowacja, Węgry, Związek Radziecki, zrezygnowały z uczestnictwa w kwalifikacjach. Państwa obu Ameryk zostały rozmieszczone w trzech grupach. W dwóch z nich meczów nie rozegrano, co było efektem rezygnacji Argentyny, Ekwadoru i Peru. Ostatnią, dziesiątą grupę eliminacyjną, tworzyły Burma (Mjanma), Indonezja, Filipiny i Indie, jednak i tutaj nie rozegrano ani jednego meczu. Pierwsza trójka wycofała się z kwalifikacji, zatem w Ameryce Południowej miały zameldować się Indie. Możliwość udziału w turnieju, obok Brazylii i Włoch, wywalczyły ekipy: Boliwii, Chile, Paragwaju, Urugwaju, Meksyku, Stanów Zjednoczonych, Anglii, Hiszpanii, Szkocji, Szwecji, Szwajcarii, Szkocji, Jugosławii i Indii. Niedługo po zakończeniu eliminacji doszło jednak do lekkiego przetasowania uczestników. Szkoci unieśli się dumą, tłumacząc, że skoro w swojej grupie zajęli dopiero drugie miejsce (za Anglią), nie mogą brać udziału w zawodach. Odpadli także Jugosłowianie, których przerosły koszty podróży za ocean. W ich miejsce próbowano zaprosić inne drużyny, z czego skorzystali jedynie Francuzi. Ostatecznie do rozgrywek miało przystąpić 15 krajów. Miało, ale! Już po podziale na grupy, z turnieju zrezygnowały Indie (zbyt wysokie koszty podróży, poza tym piłkarzom zabroniono grać na bosaka) i Francja (zbyt duże odległości między stadionami). Na tym koniec tasowań, oficjalnie – w Mistrzostwach Świata w 1950 roku udział wzięło 13 zespołów. Organizatorzy postanowili wprowadzić innowacyjność w rozgrywkach, układając je w niespotykanej wcześniej formie. Zespoły zostały podzielone na cztery grupy, w których standardowo każdy grał z każdym. Do pierwszego zbioru wylosowano Brazylię, Szwajcarię, Jugosławię i Meksyk, a do drugiego Anglię, Hiszpanię, Chile i USA. Wspomniane nieco wcześniej rezygnacje spowodowały, że w grupie trzeciej grały trzy (Włochy, Szwecja, Paragwaj), a w grupie czwartej tylko dwa zespoły (Urugwaj i Boliwia). Zwycięzca każdej z nich uzyskiwał awans do fazy finałowej. W praktyce była to 4-drużynowa grupa i również tutaj każdy miał grać z każdym. Teoretycznie istniało dość duże ryzyko, że nowego Mistrza Świata poznamy przed zakończeniem turnieju. Drużyny rozgrywały swoje spotkania na sześciu stadionach. Brazylijczycy, lubiący wyolbrzymiać swoje zasługi i pokazywać swoją wyższość, zaplanowali, że jeden z obiektów będzie tak gigantyczny, że wkrótce stanie się równie wielkim symbolem Rio de Janeiro jak Pomnik Chrystusa Odkupiciela. Do pracy zaangażowano 10 tys. robotników. W takich okolicznościach powstawała Maracana, jeden z najbardziej okazałych i legendarnych stadionów w historii piłki nożnej. Oficjalnie miała zapewnić rozrywkę 183 tysiącom kibiców. Rozgrywki pierwszej fazy grupowej począwszy od meczu Brazylia-Meksyk(24 czerwca) zostały zdominowane przez zdecydowanych faworytów, choć nie zabrakło turboniespodzianki czy wręcz sensacji. Anglia, od lat uważająca się za najlepszą ekipę we wszechświecie, przegrała ze Stanami Zjednoczonymi 0:1. Taki sam wynik osiągnęła z Hiszpanią i z grupy nie wyszła. Na pole walki w drugiej rundzie stanęły drużyny Brazylii, Hiszpanii, Szwecji i Urugwaju. Aby ustalić kolejność gier, ciągnięto losy. Po dwóch kolejkach tej fazy szansę na końcowy triumf zachowały tylko dwie drużyny, obie z Ameryki Południowej. Los chciał, że zmierzyły się w decydującym starciu na Maracanie. Gospodarze szli jak tajfun, pokonując po drodze Szwecję (7:1) i Hiszpanię (6:1). Co warte podkreślenia, w tych dwóch spotkaniach trener Flavio Costa ustawił swoich piłkarzy w systemie W-M, co, jak widać, przyniosło bardzo dobre efekty. Ich finałowi oponenci męczyli się w tym czasie niemiłosiernie, remisując z Hiszpanią (2:2) i pokonując rzutem na taśmę Szwecję (3:2). Nic więc dziwnego, że zdecydowanym faworytem “finału” byli Brazylijczycy. Dziwi jednak atmosfera ostatnich dni, godzin i minut przed spotkaniem.
Cały kraj żył mistrzostwami. Zainteresowanie rosło z meczu na mecz, osiągając zenit 16. lipca 1950 roku. Już od rana można było zaopatrzyć się w gazetę O Mundo, mającą na okładce zdjęcie swoich ulubieńców z napisem: “Oto Mistrzowie Świata”. Obdulio Varela, fenomenalny kapitan Urugwajczyków, wykupił wszystkie egzemplarze dostępne w hotelowym kiosku i rozłożył je starannie w łazience, tytułem do góry. Zwołał całą drużynę, wygłosił motywujące przemówienie, a na koniec nakazał wszystkim oddać mocz na leżącą makulaturę. Radio i telewizja niemal non stop gloryfikowały sukces Canarinhos. Sukces, który przecież jeszcze nie nadszedł. Kilka minut przed meczem na murawie pojawił się gubernator Rio de Janeiro, Angelo Mendes de Moraes, stanął na środku murawy i w obecności tysięcy kibiców, reporterów z wielu zakątków globu i przede wszystkim Urugwajczyków, pogratulował swoim piłkarzom mistrzowskiego tytułu. O godzinie 15:00 obie jedenastki wybiegły na murawę największego obiektu piłkarskiego na świecie. Gospodarzom do sięgnięcia po mistrzostwo wystarczył remis, Urugwajczycy musieli wygrać. Organizatorzy sprzedali dokładnie 173 850 biletów, ale na stadion wdarło się co najmniej kilkanaście tysięcy osób bez wejściówek. Oficjalna liczba – 199,854 kibiców – nigdy nie została pobita i wszystko wskazuje na to, że już na zawsze będzie rekordem publiczności na meczu piłkarskim. Wrzawa na stadionie była nie do opisania. Dwieście tysięcy par wrogo nastawionych oczu spowodowały, że pod gośćmi ugięły się nogi. Jeden z nich, Julio Perez, tak bardzo stresował się zaistniałymi okolicznościami, że podczas grania hymnów państwowych zsikał się w spodenki. Od pierwszego gwizdka usilnie chcieli udowodnić, że w piłce nie rozdaje się nagród przed udowodnieniem swojej wyższości na murawie. Bardzo dobry manewr zastosował trener Juan Lopez. Obserwując wcześniejsze potyczki Canarinhos doszedł do wniosku, że skoro największe problemy sprawiła im Szwajcaria, musi uszeregować swoją drużynę w takim samym ustawieniu. No i oczywiście przeszedł od myśli do czynu. Jego podopieczni zagrali w nietypowej formacji 1-3-3-3. Przynosiła dobre efekty już od pierwszych minuty. Brazylijczycy nie byli w stanie grać z takim polotem jak w dwóch poprzednich starciach, w których wbili rywalom aż 13 bramek. Co prawda mądra gra nie uchroniła Urusów przed utratą gola, gdy w 47. minucie Friaca popisał się lekkim, mierzonym strzałem, ale waleczni przybysze znad La Platy nie poddali się. Nie poddali się, choć w najbliższej okolicy tylko 0,005% osób wierzyło w ich zwycięstwo. Tak, tylko oni sami. Odpowiedzialność za wynik przejął na swoje barki kapitan Varela. W 66. minucie zagrał na prawo do Ghiggii, ten pociągnął skrzydłem, spojrzał na pole karne i odegrał do Schiaffino, a ten wyrównał stan meczu. Pierwszy raz tego dnia na Maracanie nastała cisza, a w szeregach Canarinhos niebywała konsternacja. Niespełna kwadrans później doszło niemal do kopii akcji bramkowej. Ghiggia postanowił wykończyć ją samodzielnie, czym zupełnie zaskoczył Barbosę, który dał sobie wbić gola w krótki róg swojej bramki. W tym momencie, najprawdopodobniej pierwszy raz w historii, około 30 osób (piłkarze, rezerwowi i sztab Urugwaju) było głośniejszych od dwustu tysięcy przeciwników. Brazylijczyków nie było stać na podniesienie się z kolan. Przegrali 1:2. Złota Nike trafiła do Urugwaju. Opuszczaniu stadionu przez kibiców również towarzyszyła głucha cisza. Słychać było jedynie szuranie butów. Wszyscy w zadumie udali się prosto do swoich domów. Po drodze ucierpiało jedynie popiersie gubernatora Rio, tego samego, który dwie godziny wcześniej gratulował mistrzom świata, którzy mistrzami nie zostali. Brazylia okryła się wielką żałobą. Od następnego dnia rozpoczęło się poszukiwanie winnych. Trafiło na trzech czarnoskórych piłkarzy reprezentacji Brazylii – Bigodę, Juvenala Amarijo i Moacira Barbosę. Najbardziej ucierpiał Barbosa, zdecydowanie najlepszy bramkarz turnieju. Canarinhos nigdy wcześniej i nigdy później nie mieli golkipera o takiej klasie sportowej. Po Maracanazo był jednak skończony. Przez całe życie wytykano go palcami, niejednokrotnie słyszał na ulicy, że to ten, przez którego płakała cała Brazylia. Latynosi, skłonni do wierzenia w przesądy, stwierdzili, że ciemnoskóry bramkarz stanowi złym fatum, zatem przez niemal pół wieku od finału w świątyni reprezentacji narodowej stali tylko i wyłącznie biali zawodnicy. Dopiero w 1999 roku do kadry trafił Dida. Barbosa oddałby wszystko, by móc cofnąć czas i złamać sobie nogę tuż przed pierwszym Mundialem po II Wojnie Światowej. Szukał wielu sposobów, by pozbyć się złych duchów z Maracany. W 1963 roku zaprosił swoich znajomych na ognisko i grilla. Ogień pochłonął drewniane obramowanie bramki, na którą gole strzelali Urugwajczycy. Nie pomogło. W 1993 roku chciał odwiedzić reprezentację Brazylii przed eliminacyjnym meczem do Mistrzostw Świata 1994. Nie został wpuszczony na teren obiektu, ponieważ obawiano się, że znowu przyniesie pecha. Komentarz Barbosy nie pozostawia wątpliwości, że przez długie lata był więźniem swojego sumienia i wrogiem publicznym numer jeden: ,,W Brazylii najwyższy wymiar kary za najcięższe przestępstwa to 30 lat. Moja kara trwa już 43 lata”. Czarnoskóry golkiper nie był jedynym fatum, z którym Brazylijczycy chcieli się uporać. Nieszczęścia szukali także w jednolitych, białych koszulkach swoich piłkarzy. W związku z tym zorganizowano konkurs na nowe trykoty reprezentacyjne. Wymogiem było użycie w nich czterech kolorów Brazylii – zielonego (lasy Amazonii), żółtego (złoto i inne bogactwa kraju), niebieskiego (kolor nocnego nieba w Rio) i jedynie symbolicznej ilości białego (gwiazdozbiory). Zwyciężył projekt 19-letniego Aldyra Garcii. Obowiązuje do dziś, a żółte koszulki Canarinhos są najpopularniejszym strojem sportowym na świecie. Zizinho, jedna z gwiazd ówczesnej reprezentacji Brazylii, jako jeden z nielicznych zachował zdrowy rozsądek i próbował szukać racjonalnych przyczyn porażki. Znalazł je m. in. w ustawieniu W-M, który, jego zdaniem, totalnie nie zdał egzaminu. Miał żal do swojego trenera, że ten w trakcie turnieju kombinował z formacjami. Za kluczowego zawodnika finału uznał Obdulio Varelę, o którym powiedział: ,,Pomiatał nami jak bezdomnymi psami.”
Porażkę podsumował słowami: ,,W Brazylii bycie wicemistrzem jest do kitu. Już lepiej przegrać przed finałem.” Z racji faktu, że od początku dziejów w ludzkich głowach bardziej pozostają spektakularne porażki niż niespodziewane zwycięstwa, wielkich piłkarzy Urugwaju z finału z Maracany częściej wspomina się w Brazylii niż w ich ojczyźnie. Wspomniany Varela w nagrodę za wygranie Mundialu dostał w Montevideo… 19-letniego forda. Nacieszył się nim jedynie tydzień, bo po tym czasie został skradziony. Alcides Ghiggia, zdobywca decydującego gola, był tak znudzony ciągłymi telefonami od brazylijskich dziennikarzy, że za rozmowę ze sobą żądał pieniędzy. Trochę ich nazbierał, bowiem był najdłużej żyjącym piłkarzem spośród wszystkich bohaterów południowoamerykańskiego starcia. Duch Maracany nie opuszczał go nawet w dniu śmierci – 16. lipca 2015 roku – dokładnie 65 lat po pamiętnym meczu. Za życia powtarzał: ,,Tylko trzy osoby zdołały uciszyć Maracanę – Frank Sinatra, Jan Paweł II i ja.” Brazylijczycy nigdy nie zapomną wydarzeń z Maracany z 1950 roku. Porażka jest rozpamiętywana na wiele sposobów, powstało na jej temat wiele książek. Swego czasu w kraju kawy i słońca dużą popularnością cieszył się film o finale, w którym zmieniono bieg wydarzeń. Sfingowano, że to gospodarze zdobyli pierwsze w swojej historii Mistrzostwo Świata. Widzowie czuli zapewne wielki żal na napisach końcowych, gdy uświadamiali sobie, że film nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Finałową klęskę najtrafniej, oczywiście z perspektywy Brazylijczyków, podsumował brazylijski mistrz pióra, dziennikarz, dramatopisarz i powieściopisarz, Nelson Rodrigues: ,,Każdy kraj ma swoją niepowetowaną narodową katastrofę na kształt Hiroszimy. Naszą katastrofą, naszą Hiroszimą, była przegrana z Urugwajem w 1950 roku.”
7
Maracanazo!
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
12
Wspaniałe acz zapomniane legendy FC Barcelony:
24 czerwca 1907 r. urodził się Angel Arocha Guillen, legendarny hiszpański snajper. Jest pierwszym piłkarzem z Teneryfy grającym w reprezentacji Hiszpanii. Zadebiutował w CD Tenerife w wieku 15 lat a wiosną 1927 roku został przeniesiony do FC Barcelony. Arocha w FC Barcelonie występował przez sześć sezonów, zdobywając Puchar Króla(1928) i mistrzostwo Hiszpanii(1929). Z Barçą rozegrał 210 meczów, w których strzelił 203 gole! Z Barcelony przeniósł się do Atlético Madryt, awansował do pierwszej ligi z ,,Los Colchoneros, ale wojna domowa przerwała jego sportową karierę... i życie. Zginął na froncie Balaguer(Lleida). Ángel Arocha jest pierwszą legendą kanaryjskiej piłki nożnej. W czasach, gdy dominowała tradycja ustna, jego wczesna dojrzałość, transfer do FC Barcelony, gole, tytuły i obecność w hiszpańskiej drużynie uczyniły z niego legendę. Jego przedwczesna śmierć w wojnie domowej, w wieku 31 lat, wyniosła jego postać do kategorii legendy ale już był bohaterem za życia. W archiwach gazet i w pamięci starszyzny zachowało się jego przyjęcie w doku Santa Cruz de Tenerife, kiedy latem 1929 roku drużyna Barçy, która właśnie wygrała pierwszą ligę, zatrzymała się w podróży do Ameryki Południowej i ,,Arochita” został porwany przez tłum, który oklaskiwał go w siedzibie CD Tenerife, na „Calle del Clavel”. W kwietniu 1927 roku gazeta La Furia z Teneryfy ogłosiła, że Arocha może podpisać kontrakt z FC Barcelona „w miejsce Paulino Alcántary”. Zrobi to kilka tygodni później za pensję w wysokości 750 peset miesięcznie. 1 maja 1927 roku zadebiutował w barwach Blaugrany w meczu towarzyskim przeciwko Martinencowi i strzelił zwycięskiego gola(1:0) dla drużyny rezerw Barçy, która następnego dnia zagrała w Copa del Rey. 3 lipca 1927 roku wziął udział w wielkim pożegnalnym meczu Paulino Alcántary z udziałem 30 000 widzów na Camp de Les Corts. Po drodze był mecz towarzyski, w którym Barça zaprezentowała wybitnych napastników: Pierę, Samitiera, Arochę, Alcántarę i Sagi-Barbę. W następnym sezonie 1927/28 FC Barcelona została mistrzem Katalonii, pokonując CE Europa 1:0 w meczu barażowym, ze znakomitym Arochą w składzie. Tytuł pozwolił Blaugranie zagrać w Copa del Rey, rozgrywkach, w których napastnik z Teneryfy zdobywa 8 goli w 10 rozegranych meczach. Wśród nich trzy mecze w finale przeciwko Realowi Sociedad na El Sardinero. Pierwsze dwa zakończyły się remisem 1:1 a miesiąc później rozegrano drugi ,,tie-break”, w którym Arocha wiódł prym „strzelając Eizaguirre z bliskiej odległości”. Pierwsze z tych trzech starć jest ważną częścią historii klubu: zostało rozegrane w niesławnym bagnie i w deszczu a czasami Barça grała dziewięcioma zawodnikami po kontuzjach Samitiera i węgierskiego bramkarza Plattko, który w pierwszej części meczu opuścił mecz z rozcięciem na czole, z którego obficie krwawił. Ponieważ zmiany były zabronione, Arocha stanął na… bramkę, aż pod koniec drugiej połowy Plattko powrócił po założeniu sześciu szwów i zastrzyku przeciw tężcowi. W następnym roku rozegrano pierwsze Mistrzostwa Ligi Narodowej, w których uczestniczyło tylko dziesięć drużyn (cztery Baskijskie, trzy Katalońskie, dwóch z Madrytu i Racing de Santander), co wymusiło awans do Copa del Rey, w którym Barça odpadła w półfinałach. Po drodze Arocha strzelił dziewięć goli w ośmiu meczach. We wszystkich meczach, w których grał jako zawodnik Barçy, uzbierał 60 meczów i 49 goli, co dało mu liczbę, która uczyniła go najlepszym strzelcem Barçy przez dekadę, dopóki Josép Escolá nie odebrał mu tego wyróżnienia w marcu 1943 roku, ale po rozegraniu 72 meczów. W Pucharze Hiszpanii, rozgrywkach, w których zdobyłby 30 goli w swoich 33 meczach jako zawodnik Barçy, również zapisał się w historii klubu. W jednym starciu strzelił 5(!) goli Realowi Sociedad a w kolejnym powtórzył wynik przeciwko Deportivo! Choć grał w 1932 roku w finale tzw. ,,Pucharu Republik” przeciwko Baskom: de Lafuente, Iraragorri, Bata, Chirri i Gorostizie, co oznaczałoby łańcuch czterech kolejnych tytułów, Arocha nie może dopisać do swojego dorobku nowej nagrody. Ponadto w tym decydującym starciu z drużyną baskijską został kontuzjowany po 20 minutach gry z nadwyrężeniem lewego kolana, resztę gry grając kolanem trzymanym przez drewniane listwy i jako lewy skrzydłowy w poszukiwaniu gola.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
17
Feliz cumpleaños panie Lionelu Messi, po stokroć feliz cumpleaños! Naturalnie z okazji 38 urodzin! Z całego barcelońskiego serca dziękujemy ci za wszystko coś uczynił Blaugranie i wszystkim cules na całym świecie! Powodzenia legendo…!
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
@FCBparasiempre
Zdaniem wielu Zinedine Zidane jest piłkarzem, który obok Scholesa był według wielu największym wirtuozem środka pola na przełomie wieków. Jego wpływ na drużyny, w których występował był tak ogromny, że bez niego traciły swój charakter i nie były zdolne do dominacji nad przeciwnikiem. Zinedine Zidane urodził się 23 czerwca 1972 roku w Marsylii. Był synem algierskich imigrantów, którzy swoje korzenie wywodzili z plemion Berberów. To prawdopodobnie Berberskie korzenie spowodowały migrację jego rodziny do Francji. Potomkowie ludności Berberyjskiej czuli silną potrzebę autonomii a ich ocena jako obywateli drugiej kategorii po Arabach nasilała migrację zwłaszcza na tereny Francji. Istotne były również nasilające się napięcia wewnątrz regionu i start wojny algierskiej, przed której rozpoczęciem rodzice Zidane’a wyruszyli do Francji. Ludność Berberyjska wniosła ogromny wkład w kulturę francuską, a Zinedine Zidane nie jest jedynym znanym sukcesorem tej grupy etnicznej. Przykładem wagi, jaką przykładali jego rodzice do swojego pochodzenia, było drugie imię Zidane’a – Yazid, które jest tradycyjnym imieniem ludności Berberyjskiej. Wczesne dzieciństwo Zinedine spędził w biednej dzielnicy Marsylii – La Castellane, która była zasiedlona głównie przez kolorowych imigrantów. Miał czworo starszego rodzeństwa, jednak zaradność jego rodziców pozwoliła im żyć na względnie dobrym poziomie, zwłaszcza w kontekście sąsiedztwa, które słynęło z wysokiego wskaźnika przestępczości i bezrobocia. Możliwe, że szybkie skierowanie zainteresowań młodego chłopca ku piłce nożnej zagwarantowało mu uniknięcie problemów z prawem w przyszłości. Już w wieku 4 lat Zizou biegał wraz z innymi dzieciakami z sąsiedztwa za piłką. W wieku 5 lat był stałym bywalcem Place Tartane, które było głównym skwerem pomiędzy blokami. Jego ulubieńcami w tym czasie byli piłkarze Marsylii – Sliskovic, Francescoli oraz Jean-Pierre Papin. Zaangażowanie i miłość do piłki szybko zaczęła procentować. Z wielu publikacji na temat Zizou można wyczytać opinie na temat czasu jaki poświęcał na grę w piłkę. Podobno nic innego nie liczyło się dla młodzieńca, który grał w szkole i poza nią, angażując w to każdą wolną chwilę. Nie dziwi więc, że w wieku 10 lat Zidane zdobył pierwszy piłkarski angaż do lokalnego klubu z US Saint-Henri. Po półtora roku zainteresowała się nim drużyna SO Septemes-les Vallons, gdzie spędził kolejne 2 i pół roku. Był to bardzo ważny czas dla młodzieńca, który mógł popracować nad rozwojem dynamiki i fizyczności – techniki mu nie brakowało. To właśnie ta ostatnia cecha zwróciła uwagę Jeana Varrauda – skauta i trenera AS Cannes, który po 3-dniowym obozie treningowym CREPS, zarekomendował go dyrektorowi sportowemu tej drużyny na testy. Początkowo Zidane miał spędzić w AS Cannes 6 tygodni, podczas których musiał udowodnić swoją wartość. Pomimo braków fizycznych szybko zaimponował sztabowi trenerskiemu, który postanowił zaufać umiejętnościom Zizou. Dzięki temu w wieku 14 lat opuścił on internat, który dzielił razem z 20 innymi młodzieńcami i wraz z rodziną przeniósł się do Cannes. Sam zawodnik po wielu latach przyznał, że przenosiny do Cannes pozwoliły mu znaleźć równowagę i zagwarantowały rozwój. Niewielu zdaje sobie sprawę jak wielką pracę w rozwój zawodnika i jego przyszłe losy włożył sztab trenerski AS Cannes. Trener Jean Varraud w swoich wywiadach mówił, jak bardzo skupiał się na Zizou, aby ten mógł się rozwinąć. Pomimo niespotykanego kunsztu technicznego Zidane miał wiele problemów, które blokowały możliwość rozwoju. O ile braki fizyczne były łatwe do nadrobienia, o tyle charakter zawodnika był ciężkim orzechem do zgryzienia dla sztabu trenerskiego. Pochodzenie Zinédine’a kształtowało w nim wiele cech, które nie były cenione. Wśród nich można wymienić przede wszystkim porywczość, która była ogromnym problemem. Varraud przyznał, że po raz pierwszy bardziej skupiał się nad rozwojem mentalnym zawodnika, aniżeli pracą nad jego umiejętnościami piłkarskimi. Nie było łatwo przekuć ciężki charakter zawodnika w zaletę, czego przykładem może być chociażby sytuacja, w której pobił on swojego przeciwnika, gdy ten śmiał się z jego pochodzenia. Zidane często uciekał się do stosowania przemocy i nie potrafił kontrolować złości. Tym bardziej należy docenić znaczenie czasu spędzonego w AS Cannes, kiedy to Zizou z introwertyka nie mającego przekonania do własnych umiejętności, często uciekającego się do przemocy, rozwinął się do roli potencjalnego lidera mającego duży wpływ na otoczenie. Opinia osoby małomównej i skromnej po za boiskiem utrzymała się zresztą do końca kariery, natomiast późniejsza opinia Platiniego na temat umiejętności przywódczych Zizou jest najlepszą możliwą rekomendacją i pochwałą pracy, jaką wykonał Varraud i jego sztab. Mimo to nie wszystkie demony otaczające Zizou udało się wyeliminować, o czym trochę później.
Piłkarski debiut Zidane odnotował 18 maja 1989 roku, gdy w wieku 16 lat wystąpił przeciwko Nantes. Na pierwsze trafienie musiał czekać blisko półtora roku. Gol ten dał zwycięstwo 2:1 nad Nantes. Jako ciekawostkę można dodać, że po tym meczu Zizou otrzymał od prezesa klubu samochód – było to spełnienie złożonej wcześniej obietnicy, która mówiła o takim podarunku po pierwszym trafieniu w barwach klubu. Mniej więcej od tego momentu było wiadomo, że AS Cannes jest jedynie przystankiem w karierze Zidane’a. Jego wyjątkowa technika zwróciła uwagę wielu obserwatorów, a świetne wyniki AS Cannes dodatkowo zagwarantowały rozgłos piłkarzowi. W 1992 roku piłkarz przeniósł się do Girondins de Bordeaux, w którym spędził 4 lata pełne sukcesów. Ciekawostką jest, że pod koniec przygody z Bordeaux Zidane był łączony z Newcastle i Blackburn Rovers. Niestety zapały ówczesnego menadżera Blackburn – Kenny’ego Dalglisha zgasił prezes Jack Walker, który stwierdził: ,,Po co nam Zidane, przecież mamy Tima Sherwooda”. Świetna technika nie była wystarczającą rekomendacją dla działaczy angielskich klubów, którzy wciąż skupiali się na aspektach fizycznych w poszukiwaniach potencjalnych gwiazd ligi. Między innymi z tego powodu, pomimo zdobycia nagrody dla najlepszego piłkarza Ligue 1, Zizou zamiast do Anglii przeniósł się do Włoch. Transfer do świeżo upieczonego zwycięzcy Ligi Mistrzów – Juventusu był kolejnym dowodem tego, że Varraud nie mylił się co do potencjału Zizou. Dołączenie do najlepszego klubu Europy, grającego w najlepszej i najbardziej wymagającej ówcześnie ligi na świecie był prawdziwym testem dla Zizou. Początkowo Zidane nie spełniał pokładanych w nim oczekiwań. Istotne było ustawienie, w jakim przyszło grać Francuzowi o algierskich korzeniach. Zinedine występował na pozycji defensywnego pomocnika, co wyraźnie nie pasowało piłkarzowi. Jego zapędy ofensywne, kreatywność i technika nie zdawały rezultatu w grze defensywnej. Nie potrafił on odbierać piłki i początkowo zniechęcił do siebie kibiców. Dopiero przesunięcie do przodu i większa swoboda w rozgrywaniu akcji przywróciły blask Zidane’a. Kosztujący w 1996 roku 3,2 miliona dolarów zawodnik zaczął spłacać poświęcone pieniądze i zaufanie. Według danych Transfermarkt Zidane w 192 występach zaliczył 29 trafień i 9 asyst, udowadniając swoją wartość piłkarską. Lata spędzone we Włoszech były pełne sukcesów, jednak prawdziwą popularność dawały mu występy w reprezentacji. Po dwóch wielkich turniejach reprezentacyjnych – mistrzostwach świata w 1998 i mistrzostwach Europy w 2000 roku cały świat zwrócił oczy ku dalszym losom Zizou. Stało się niemal pewne, że Francuz opuści Juventus. Piłkarz idealnie wkomponowywał się w wizję Florentino Pereza, składającego obietnicę budowy Galaktycznego zespołu w stolicy Hiszpanii. Jedną z ciekawszych historii jest informacja na temat propozycji gry w Realu, którą otrzymał Zizou. Podobno podczas jednej z uroczystych kolacji, na których był zarówno Zidane jak i Perez, ten drugi zamierzał porozmawiać z piłkarzem. Gdy stało się oczywiste, że plan prywatnej i nieoficjalnej rozmowy nie powiedzie się, prezes Realu napisał na serwetce pytanie dotyczące przenosin Zidane’a do Realu. Zizou odpisał na tej samej serwetce krótkie, ale wymowne „YES”. Zgoda Zizou była jedynym, czego potrzebował Real, aby pozyskać jednego z najlepszych piłkarzy globu. W 2001 roku 29-letni Zidane został oficjalnie przedstawiony w barwach Realu Madryt, a suma 150 milionów lirów (około 75 milionów dolarów) stała się rekordem transferowym do czasu transferu Cristiano Ronaldo. Mówi się, że Zinedine Zidane spłacił swój transfer cudownym trafieniem w finale Ligi Mistrzów przeciwko Bayerowi Leverkusen w 2002 roku. Z pewnością można przyznać, że pomimo niewielu trofeów zdobytych w trykocie Realu, kwota transferu była niczym, wobec wartości medialnej, jaką niósł za sobą francuski pomocnik. W swoich 227 występach dla Królewskich Zidane strzelił 49 bramek i zanotował 34 asysty. Karierę zakończył z honorami godnymi prawdziwej legendy. Po 5 latach regularnej gry w barwach Realu 80 tysięcy fanów przygotowało oprawę na trybunach, której sercem był ogromny baner z napisem „Thanks for the magic”. Pomimo zakończenia kariery sportowej Zizou wciąż współpracuje z Realem i okazjonalnie występuje w meczach charytatywnych.
Gdy myślę o Zizou mam przed oczami nie tylko jego występy klubowe, ale przede wszystkim grę w reprezentacji. Nie pamiętam drugiego zawodnika, który był tak istotny dla drużyny narodowej. Najlepszym tego dowodem były turnieje, w ramach których Zizou prowadził Francję do największych sukcesów. Nie bez powodu mówi się o Francji dwóch pokoleń – Platiniego i Zidane’a. Porównań oczywiście nie może zabraknąć z uwagi na podobieństwa piłkarskie. Mimo to w mojej opinii najważniejsze są analogie mentalne. Cała Francja i świat oszalały, gdy w 1998 roku niewidoczny cały turniej Zinedine Zidane poprowadził reprezentację do zwycięstwa w finale. To, co niemożliwe stało się faktem, i Francja pokonała wielką Brazylię 3:0 po 2 trafieniach głową Zidane’a. Paradoksalnie sam piłkarz wcześniej wielokrotnie przyznawał, że ten element jest jego najsłabszą stroną i nie potrafi odnaleźć się w grze w powietrzu. Dwa trafienia w finale były jego jedynymi w turnieju, mimo to został on uznany za jednego z najlepszych piłkarzy mistrzostw. Dwa lata później pomocnik poprowadził drużynę do kolejnego sukcesu. Jego cudowne trafienie z rzutu wolnego w półfinale z Hiszpanią, czy złoty gol strzelony w 117 minucie dogrywki przeciwko Portugalii w półfinale, otworzyły Francji drogę do finału. Zinedine Zidane został uznany za najlepszego zawodnika turnieju. Gdy wydawało się, że nic nie zatrzyma Francji w drodze do kolejnych tryumfów przyszedł kryzys w 2002 roku. Źródłem kryzysu była między innymi kontuzja, której nabawił się Zidane w meczu kontrolnym przed turniejem. Absencja mózgu drużyny całkowicie rozbiła reprezentację trójkolorowych, którzy odpadli z turnieju nie strzelając żadnej bramki. Nawet powrót nie do końca wyleczonego Zizou w ostatnim meczu fazy grupowej nie uratowała reprezentacji przed blamażem. Kolejny turniej w Portugalii również nie przywrócił kadrze dawnego blasku, mimo to znów mogliśmy być świadkami jak ogromne znaczenie dla drużyny miał Zidane. W meczu otwierającym przygodę Francuzów na mistrzostwach występ Zidane’a był niepewny. Dopiero wizja porażki z prowadzącymi do przerwy 0:1 Anglikami sprawiła, że Zidane wziął sprawy w swoje ręce. Zizou strzelił cudownego gola z rzutu wolnego, by 2 minuty później dobić Anglików golem z rzutu karnego – oba trafienia miały miejsce w doliczonym czasie gry. Pomimo pierwszego miejsca w grupie Francja odpadła w ćwierćfinale z późniejszym tryumfatorem turnieju – drużyną Grecji. Całą Francję obiegła również informacja o zakończeniu kariery przez Zidane’a. Kolejne lata były ciężkim okresem dla Les Bleus. Wizja kolejnego trudnego turnieju przekonała Zidane’a do powrotu. Był to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Pomimo swojego wieku Zizou znów poprowadził drużynę do finału, w którym otworzył wynik meczu. Niestety Francja przegrała mecz po rzutach karnych, a ostatnią akcją w karierze Zidane’a był cios głową wymierzony Materazziemu. Krytyka, która spadła na Zizou była ogromna, jednak nie umniejsza zasług pomocnika. W 108 występach w barwach narodowych strzelił 31 bramek. W początkowej części opisu sylwetki Zidane’a wspomniałem o demonach, z jakimi walczył zawodnik. Jak każdy wybitny piłkarz, tak też Zizou miał swoje ciemne strony. Ostatnio wiele mówi się o kazusie Suareza. Niewielu jednak pamięta, że legendarna „główka” Zidane’a w finale mistrzostw świata nie była jego pierwszym tego typu wybrykiem. Jeszcze w czasach gry w Juventusie Zidane również zaatakował innego zawodnika głową. Miało to miejsce 14 października 2000 roku w meczu przeciwko Hamburger SV. Zidane został zawieszony na 5 meczów, chociaż początkowo mówiło się nawet o rocznym zawieszeniu. Niezależne opinie mówią, że ten incydent pozbawił go szans na otrzymanie Złotej Piłki, do której był niemal pewnym kandydatem. O porywczym charakterze i niezrozumiałych zachowaniach świadczą jego liczne wykluczenia. W swojej karierze był łącznie wykluczany 14 razy. Oprócz tego otrzymał on ponad 50 żółtych kartek. Podczas mistrzostw świata w 1998 roku Zidane z premedytacją nadepną na leżącego zawodnika Arabii Saudyjskiej, co również skutkowało wykluczeniem. Ocena charakteru Zizou nie jest łatwa. Z jednej strony mamy obraz introwertyka stroniącego od mediów, skrytego i zamkniętego w sobie. Próżno szukać o piłkarzu informacji o poza boiskowych aferach czy skandalach w życiu osobistym. Z drugiej strony widzimy przywódcę o silnym charakterze, z którym liczyli się nie tylko zawodnicy o niższej klasie, ale również gwiazdy światowego formatu. Plamą na wizerunku rzutują z pewnością jego ciężki i porywczy charakter na boisku. Jego korzenie i dzieciństwo w trudnej dzielnicy nie są bez znaczenia dla jego decyzji boiskowych, licznych – często brutalnych – fauli, oraz braku pokory i rozsądku przed prowokacjami. Doskonale wykorzystał to Materazzi. Mimo to nie sposób nie wspomnieć o działalności filantropijnej, jakimi są między innymi występy w meczach charytatywnych, wspieranie akcji przeciw AIDS, Organizacji Narodów Zjednoczonych, UNICEF czy wielu innych. Oprócz akcji globalnych Zidane prywatnie sponsoruje klub piłkarski, w którym rozpoczynał swoją przygodę z piłką. Dzięki temu wspiera lokalną społeczność i umożliwia młodym chłopcom grę w piłkę. Zidane spełnia się w roli męża i ojca. Swoją żonę spotkał jeszcze w czasach gry w Cannes w 1988 roku, ma z nią 4 synów, którym wpaja miłość do futbolu. Sam siebie określa jako niepraktykującego muzułmanina.
Z pewnością Zidane wypracował sobie miejsce w gronie legend. W superlatywach wypowiadali się o nim między innymi Pele, Platini, Beckenbauer, Lippi, ale również Beckham Xavi, Ibrahimowic, czy Ronaldinho. Prawdopodobnie większość piłkarzy i obserwatorów jest zgodna, że Zidane był jednym z największych piłkarzy na świecie. Jego talent i zapał do pracy nad samym sobą stały się swojego rodzaju symbolem i wskazówką dla wielu piłkarzy młodego pokolenia. Jednym z jego kluczowych zagrań była Ruletka, nazywana również Obrotem Marsylskim. Zidane zasłynął nie z fizyczności a ze świetnej techniki, a wielu wielkich piłkarzy do dziś zazdrości Francuzowi sposobu poruszania się po boisku. Jak każda wielka osobistość, tak też Zidane jest swojego rodzaju symbolem popkultury. Współpracował z wieloma firmami, takimi jak chociażby Adidas, Lego czy Audi. Jego umowy sponsorskie i wartość marketingowa stawiają go w gronie najlepiej zarabiających i najbardziej wartościowych wizerunków w piłce nożnej. Był on również przedmiotem wielu publikacji i filmów. Uderzenie głową wymierzone Materazziemu było źródłem wielu parodii. Do jednej z najciekawszych inicjatyw związanych z Zizou był projekt filmu dokumentalnego „Zidane: A 21 Century Portrait” w ramach którego 17 kamer śledziło wyłącznie Zidane’a podczas jednego z meczów ligowych. Następnie zmontowano z tego materiał, który pozwala spojrzeć na mecz z i na samego zawodnika z niespotykanej dotąd perspektywy. Najlepszym podsumowaniem sylwetki Zidane’a są jego sukcesy. Nie sposób wymienić wszystkich nagród, którymi został uhonorowany Zizou, jednak puchary reprezentacyjne, klubowe oraz wyróżnienia indywidualne są z pewnością pewnym wyznacznikiem jego jakości. Takie tytuły jak Złota Piłka, Gracz Roku Fifa, Najlepszy Gracz Ligi Mistrzów czy Lig, w których występował, a także MVP Mistrzostw Europy są marzeniem każdego piłkarza. Marzeniem, które jak udowodnił Zinedine Zidane, każdy ma szansę spełnić – wystarczy ciężka praca i twardy charakter. Pochodzenie nie ma znaczenia.
10
Żywe legendy futbolu:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
1
@Adran360 Nie obraź się ale ty całymi nocami przesiadujesz tylko po to żeby na żywo wrzucać skróty goli? Dla mnie to jest co najmniej bardzo niezdrowe pod każdym względem...
12
To był niezapomniany mundial polskiej reprezentacji:
23 czerwca 1974 r. Polska pokonuje Włochy 2:1 w fazie grupowej mistrzostw świata w RFN. Włosi przyjechali na mundial w roli wicemistrzów świata i najlepszej europejskiej drużyny 1973 roku. A wrócili jak niepyszni do domu już po trzech meczach grupowych. Zadecydowała o tym porażka z drużyną Kazimierza Górskiego po kapitalnych golach Andrzeja Szarmacha i Kazimierza Deyny. Strzał kapitana biało-czerwonych był tak silny, że pękł mu... but. Polacy zagrali na luzie, gdyż już wcześniej zapewnili sobie awans do kolejnej fazy turnieju. Na luzie, ale bez taryfy ulgowej dla rywala. I wyszedł z tego jeden z najlepszych i najbardziej pamiętnych meczów w historii polskiego futbolu. ,,Atutem Polaków jest ich niewymuszoność. Naprawdę myślą szybko, kiedy chodzi o znalezienie właściwej pozycji, aby przygotować się do strzelenia gola. W Stuttgarcie wydawało się, że z trójkolorowych barw Italii wypłukana zostanie zieleń. Pozostała tylko biel i czerwień – barwy Polaków- „DIE WELT”.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
2
@NeroTFP1 Bardzo dosadnie napisane. W zasadzie nic dodać i nic ująć.
2
@FcPortoFan1999 Otóż to! Bardzo trafne spostrzeżenie. Jeszcze większa szkoda że Polacy nie doczekali się mistrzostw w 1946 r. Dlaczego? Bo wówczas mógłby zagrać kolejny geniusz a mianowicie Gerard Cieślik, który miałby wówczas bodaj 19 lat? To mógłbyć niewyobrażalny duet napadziorów...
17
Panie i Panowie, entuzjaści futbolu, dzisiaj przypada rocznica urodzin bardzo wyjątkowego piłkarza, bez wątpienia najlepszego w dziejach polskiego futbolu. Otóż 23 czerwca 1916 r. w Katowicach urodził się Ernest Otton Wilimowski, geniusz polskiego futbolu. Sam o sobie mówił, że jest Górnoślązakiem. Nie zmienia to faktu, że ten region po I Wojnie Światowej został przyłączony do Polski a Wilimowski grał w polskiej lidze i w polskiej reprezentacji, i to jak grał! Pomimo że wystawiany był na pozycji lewego łącznika(więc nominalnie za napastnikami) zasłynął z niebotycznej wręcz skuteczności. W polskiej lidze strzelił dla Ruchu Hajduki Wielkie aż 112 goli w zaledwie 86 meczach! Dla porównania lider klubu 100, Erenst Pohl do strzelenia 186 goli potrzebował aż 264 meczy. Natomiast w reprezentacji Polski w 22 spotkaniach zdobył 21 goli a więc też znakomita średnia. Kiedy Wilimowski miał 17 lat, przeszedł z 1.FC Katowice do Ruchu Wielkie Hajduki i od tej pory zaczęła się kariera, jakiej jeszcze polskie boiska nie widziały. Już w trzecim meczu ligowym z krakowskim Podgórzem strzelił 5 goli! Jeszcze w tym samym roku przed 18 urodzinami zadebiutował w reprezentacji Polski. Do legendy przeszły jego wyczyny na Mistrzostwach Świata w 1938 roku, kiedy to w meczu z Brazylią strzelił aż 4 gole, jako pierwszy zawodnik na MŚ, doprowadzając bramkarza „Canarinhos” do furii, a naszej drużynie zapewniając wyrównaną walkę do samego końca (wynik 5:6 po dogrywce). Nie mniej spektakularnym wyczynem „Ezi” popisał się na kilka dni przed wybuchem II Wojny Światowej, kiedy to 27 sierpnia 1939 roku polska reprezentacja pokonała bardzo silną ekipę węgierską(wówczas wicemistrzów świata) 4:2, a on sam strzelił 3 gole, a czwartego wypracował. W polskiej lidze dokonał rzeczy niewyobrażalnej i nieosiągalnej dla nikogo aż do dziś, w czasie meczu z Union-Touring Łódź(12:1), strzelił aż 10 goli! Głównie dzięki niemu Ruch zdobywał w tym okresie czterokrotnie tytuł mistrza Polski (1934, 35, 36 i 38 rok). Po latach niemiecki kapitan mistrzów świata Fritz Walter powie o Wilimowskim: ,,To napastnik, który strzela więcej goli niż ma okazji”. Nic dodać, nic ująć. Niestety jego przekleństwem stała się II Wojna Światowa. Ernest Wilimowski podpisał volkslistę i wyjechał w głąb III Rzeszy. Tam kontynuował swoją karierę i dalej zadziwiał skutecznością – w 8 meczach w reprezentacji Niemiec zdobył 13 goli! Nie zmienia to jednak faktu, że w komunistycznej Polsce był traktowany jako renegat i zdrajca. Jednak im więcej czasu upływa od tych wydarzeń, tym mniej czarno-biała zaczyna być postać Ernesta Wilimowskiego. Trzeba pamiętać o specyfice Górnego Śląska, regionu mającego bardzo silne związki nie tylko z Polską, ale głównie właśnie z Niemcami i dodatkowo mocne tendencje autonomiczne.
Warto wiedzieć, że np. na Śląsku w czasie wojny można było grać w piłkę, a sam rząd RP na uchodźstwie namawiał Ślązaków do podpisywania volkslist, żeby się maskować. Polski trener reprezentacji Józef Kałuża nie widział nic złego w tym, że wielu Ślązaków grało (czy starało się o grę) w reprezentacji Niemiec. Udało się tylko Wilimowskiemu. Co więcej, na początku wojny Wilimowski musiał ukrywać się przed Niemcami. Jednym z notabli NSDAP na Śląsku była osoba, która nienawidziła go za to, że w 1934 roku przeszedł z FC Kattowitz do będącego symbolem polskości Ruchu Wielkie Hajduki. Po wybuchu wojny Wilimowski jednak wrócił do FC Kattowitz, gdzie grali praktycznie sami Ślązacy – Ruch został zlikwidowany. Zmieniał później kluby jeden po drugim, strzelał mnóstwo goli i trafił do reprezentacji Niemiec. I podobno udało mu się tam zdobyć respekt trenera i piłkarzy. Najlepszy występ w tej drużynie zanotował w Bernie przeciwko silnym wówczas Szwajcarom – Niemcy wygrali 5:3, a Wilimowski strzelił 4 gole. Trafił jeszcze raz, główką po rzucie rożnym, ale sędzia… dopatrzył się spalonego. Co ciekawe wielkim entuzjastą talentu Ernesta Wilimowskiego był inny Ślązak, Gerard Cieślik. Już jako kilkunastoletni chłopak podziwiał go na treningach i meczach, również tych w reprezentacji Niemiec (np. podczas meczu z Rumunią rozegranym w 1942 roku). Osoby, które znały Wilimowskiego podkreślają jego całkowitą apolityczność i to, że on zawsze był przede wszystkim piłkarzem. Interesowała go wyłącznie gra w piłkę. Taka postawa była nie do zaakceptowania przez wielu Polaków po wojnie. Według nich Wilimowski okazał się oportunistą i świadomie wyrzekł się Polski. Zapominają one jednak, że Wilimowski czuł się przede wszystkim Ślązakiem, grając zarówno dla Polski, jak i dla Niemiec. Po wojnie Ernest Wilimowski został w Niemczech, do Polski nie miał po co wracać. Grywał jeszcze do 1959 roku, potem osiadł w Karlsruhe. Odmówił pracy w Niemieckim Związku Piłkarskim.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
10
Klubowe debiuty Blaugrany:
23 czerwca 1956 r. FC Barcelona rozegrała pierwsze w historii spotkanie z brazylijskim Botafogo. Wprawdzie był to tylko mecz towarzyski ale w meczu tym zagrali dwaj genialni piłkarze: Ladislao Kubala przeciwko Manoelowi Francisco dos Santosowi(zwanemu Garrincha). Mecz wygrało Botafogo 2:0.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
11
Blaugrana ratuje sezon zdobyciem Pucharu Hiszpanii:
23 czerwca 1963 r. FC Barcelona zdobywa 13-sty w historii Puchar Hiszpanii. Sezon 1962/63 nie należał do najlepszych w historii klubu. Kubala stracił posade trenera po przegranym finale Pucharu Miast Targowych i słabej postawie Barçy w La Liga, gdzie Katalończycy skończyli rozgrywki na 6 miejscu. W Pucharze Hiszpanii już od 1/16 finału Blaugrana męczyła się z każdym przeciwnikiem, z Elche i Valencią musiała nawet rozegrać dodatkowe trzecie spotkanie na neutralnym terenie. W finale rozgrywanym na Camp Nou, Barça pokonała prowadzony przez Cesara Rodrigueza, Real Zaragoza 3:1. Finał okazał się najłatwiejszy ze wszystkich a Cesar Rodriguez w kolejnym sezonie został trenerem Barçy. Gole dla Blaugrany strzelali: Jesus Pereda(9 minuta), Sandor Kocsis(18 minuta) oraz Jose Antonio Zaldua(59 minuta). Skład Barçy: Sadurni, Eladio, Olivella, Gracia (Szalay), Maranon (Fuste), Goyvaerts, Zaballa (Cubilla), Pereda (Re), Zaldua, Kocsis, Cubilla (Vicente).
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Legendy Blaugrany:
Jesús María Pereda Ruiz de Temiño, urodzony 23 czerwca 1938 r. w Medina de Pomar i zmarły 27 września 2011 r. w Barcelonie był hiszpańskim pomocnikiem. Lepiej znany pod pseudonimem ,,Chus Pereda” lub ,,Txus Pereda”, ten baskijski gracz grał w FC Barcelonie w latach 60-tych. Był reprezentantem Hiszpanii i wziął udział w Euro 1964, które wygrał jednocześnie z tytułem najlepszego strzelca. Grał także w sześciu innych klubach, w tym w Realu Madryt i Sevilla FC. Po przejściu na emeryturę trenował kilka drużyn młodzieżowych a także drużynę Katalonii. Urodzony w Medina de Pomar w prowincji Burgos Pereda dorastał w Balmaseda i został kapitanem prowincjonalnej drużyny U-16. Debiutował w SD Indautxu w Bilbao, gdy Athletic Bilbao odmówił zatrudnienia go ze względu na jego miejsce urodzenia. Następnie postanawia dołączyć do Realu Madryt. Tam wygrał La Liga w 1958 roku, choć rozegrał tam tylko dwa mecze. Następnie udał się na rok do Realu Valladolid, gdzie wygrał Ligę 2, zanim przeszedł na dwa sezony do Sevilla FC. W 1961 przeszedł do Blaugrany, gdzie w ośmiu sezonach rozegrał 231 meczów, zdobywając 107 goli we wszystkich rozgrywkach, dwukrotnie zdobywając Puchar Hiszpanii w 1963 i 1968 roku. Następnie odszedł z FC Barcelony do CE Sabadell a następnie zakończył karierę w RCD Mallorca. Pereda rozegrał 15 meczów dla Hiszpanii, strzelając sześć goli pomiędzy 1960 i 1968 roku. W tym okresie wygrał Euro 1964 rozgrywane w Hiszpanii, strzelając gola w półfinale z Węgrami i gola w finale przeciwko ZSRR. Swoimi dwoma golami zdobył tytuł najlepszego strzelca rozgrywek.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
7
@FCBparasiempre
„Decada infame” po prostu nie mogła trwać dłużej niż 10 lat. Poziom niewydolności, który osiągano w jej trakcie, uniemożliwiał rządzenie. GOU(Grupa Zjednoczonych Oficerów) nawiązała kontakt z generałem Arturo Rawsonem, prosząc go o zebranie odpowiednich sił i 4 czerwca 1943 r. do Buenos Aires wkroczyło 10 tysięcy żołnierzy aby usunąć ze stanowiska prezydenta Ramona Castillo, stojącego na czele państwa, od czasu gdy w 1940 r. zachorował Roberto Ortiz a formalnie będącego jego następcą od czerwca 1942 r. Kongres został rozwiązany, polityków zmuszono do opuszczenia ministerstw, partie polityczne zdelegalizowano. Rawson ogłosił się prezydentem i powołał rząd, który miał opowiedzieć się za wsparciem aliantów podczas drugiej wojny światowej. Inni członkowie przywództwa GOU woleli jednak zachować neutralność i zmusili Rawsona do rezygnacji po zaledwie 3 dniach od zamachu stanu, 7 czerwca. Zastąpił go Pedro Pablo Ramirez. Ramirez utrzymał się na stanowisku nieco dłużej a mianowicie 8 i pół miesiąca a następnie przekazał urząd swojemu wiceprezydentowi Edelmiro Farrelowi. Najbardziej znaczącą postacią w ich rządzie okazał się jednak minister pracy Juan Domingo Peron, który(wysłany w 1939 r. we włoskie Alpy, by studiować taktykę wojen górskich) zapoznał się tam również z ideami socjaldemokratycznymi. Przez następne 2 lata Peron wdrożył ogromny program reform społecznych i gospodarczych, zyskując dzięki temu ogromną popularność. Uprzemysłowienie kraju przyspieszyło, podobnie jak rozwój miast. Wszystko to, podobnie jak postępująca alfabetyzacja i wzrost zamożności umożliwiony przez odradzającą się gospodarkę, doprowadziło nie tylko do kulturalnego boomu; oznaczało także narodziny nowej, wykształcony i aktywnej politycznie klasy, która szukała swojego przywódcy i znalazła go właśnie w osobie Perona. Człowieka, który(niezależnie od swojego wykształcenia i szkolenia wojskowego) był potomkiem Indianki z plemienia Tehuelczów. Człowieka, który po ukończeniu Akademii wojskowej otrzymał od ojca trzy książki a jedną był „Martin Fiero (jak napisano w dedykacji: ,, żebyś nigdy nie zapomniał że ponad wszystkim innym jesteś "criollo"). Dowódcy wojskowi obawiali się jego magnetyzmu do tego stopnia że postanowili go aresztować ale (jakby na potwierdzenie ich lęków) 17 października 1945 roku dziesiątki tysięcy manifestantów, ,,descamisados", czyli ludzi bez koszul, przeprawiło się przez Riachuelo z leżących na południu przemysłowych dzielnic i zgromadziło się na „Plaza de Mayo”, domagając się jego uwolnienia. Było tak jakby (sięgając po frazę pisarza Ernesto Sabato) ,,wprawiono w ruch wielką i cichą, niemal podziemną do tej pory moc". Nawet jeśli opacznie rozumiany, narodził się kult peronizmu. W 1946 roku, gdy do kraju znów wróciła demokracja Peron został wybrany prezydentem z przewagą 11% głosów, skądinąd w ostatnich wyborach przed nadaniem kobietom praw wyborczych. Dawny liberalny konsensus został zmieciony, klas robotnicza tak naprawdę po raz pierwszy doszła do głosu i co więcej, jak pisał amerykański historyk Robert D. Crassweller, objęcie urzędu przez Perona było ,,wyrzeczeniem się duchowego pokrewieństwa z Europą i wołaniem o prawdziwą rdzenność, o kreolską rzeczywistość i kreolski mit, o ducha Martina Fierro, było powrotem ,,caudillo". Inna sprawa że styl sprawowania władzy przez Perona zmienił również nastawienie do prezydentury. Choć demokratycznie wybrany, zwykł nosić mundur, co mogło przyczynić się do erozji pojęcia demokracji cywilnej w Argentynie, rzecz z głębokimi konsekwencjami dla kolejnych trzech dekad historii kraju. Z początku główne założenia peronizmu (sprawiedliwość społeczna i ekonomiczna niepodległość) pozwoliły prezydentowi iść trzecią drogą w okresie zimnej wojny. Podczas strajków rząd zwykle popierał protestujących związkowców, podwyżki płac były większe niż inflacja, a ceny najważniejszych towarów konsumpcyjnych(w tym biletów na mecze) utrzymywały się na niskim poziomie. W kluczowych gałęziach przemysłu prowadzono nacjonalizację, odbierając koleje firmom zarządzanym przez Brytyjczyków, stocznie - Francuzom a sieci telefoniczne - Amerykanom. Kontrola handlu zagranicznego i kursu wymiany walut oznaczała że rezerwy finansowe mogły służyć redystrybucji. Produkt przemysłowy brutto w latach 1941-48 wzrósł o 60%, a Peron dotrzymał obietnic dotyczących praw pracowniczych. Wprowadzono płatne wakacje, premię świąteczne i obowiązek wypłacania odpraw zwalnianym pracownikom. Płaca realna wzrosła o 40% między 1943 a 1951 rokiem. Zbudowano szkoły i szpitale, dotowano uniwersytety, zwalczano gruźlicę. Dopóki nikt nie pytał skąd właściwie biorą się pieniądze na tę falę rozbudowy i rozdawnictwa, można było uznać Argentyną za kraj prowadzący politykę społeczną w sposób modelowy. Gdy Europa Zachodnia odbudowywała się po wojennych zniszczeniach, gospodarka argentyńska rozwijała się dzięki eksportowi. Dług publiczny został spłacony, co pozwoliło Peronowi zadeklarować że kraj osiągnął ekonomiczną niepodległość. Były to jednak iluzje: argentyńska neutralność podczas II wojny światowej, odmowa spełnienia amerykańskich próśb i zerwania stosunków z państwami Osi po ataku na Pearl Harbor zaowocowały sankcjami gospodarczymi, co z kolei przyniosło w kraju wzrost postaw izolacjonistycznych. Argentyna, jak przekonywali jej kolejni przywódcy powinna radzić sobie sama.
Argentyński futbol, zamknięty w cudownej bańce mydlanej czy przysypiał w równie fałszywym poczuciu samozadowolenia. Dwa tygodnie przed wyborem Perona odbywał się decydujący mecz z Brazylią w Copa America 1946(była to jedna z dodatkowych edycji, która mimo oficjalnego statusu nie kończyła się przyznaniem trofeum). Stosunki między drużynami nie były najlepsze od czasu „Copa Julio Roca” z 1945 roku, rozgrywanego w Brazylii 2 miesiące wcześniej. Choć Argentyna wygrała pierwszy z trzech meczów w São Paulo 4:3, w drugim zorganizowanym w Rio została rozgromiona 6:2 a w drużynie gospodarzy błyszczał znajdujący się wówczas u szczytu formy Heleno de Freitas. W pierwszej połowie rozstrzygającego spotkania Ademir złamał nogę Josemu Pedro Bataliero i Brazylia wygrała 3:1. Faul wydawał się wprawdzie przypadkowym ale gdy obie drużyny spotkały się znowu we wspomnianym meczu Copa America, kibice argentyńscy pałali rządzą zemsty a uliczni sprzedawcy oferowali im niedojrzałe gruszki do ciskania w Brazylijczyków. Argentyna, której do obrony tytułu wywalczonego rok wcześniej w Chile wystarczał remis, po 20 minutach prowadziła już 2:0 dzięki golom Norberto Mendeza, napastnika Huracanu z bujnie wypomadowaną czupryną i wytwornym wąsikiem, który stał się dzięki tym trafieniu najlepszym strzelcem turnieju. Dobiegała 30 minuta, gdy kapitan Argentyńczyków Jose Salomon spróbował zablokować strzał Jaira. Obaj gracze zderzyli się nogami, Salomon upadł a po chwili okazało się że złamał zarówno kość strzałkową, jak i piszczel. Jego koledzy rzucili się na Brazylijczyka a kibice wpadli na boisko by odwet stał się jeszcze sroższy. Przywrócenie porządku zajęło policji ponad godzinę, po czym sędzia raczej symbolicznie niż sprawiedliwie osądzając skalę przewin, usunął z boiska po jednym zawodniku z każdej drużyny(Chico i i Vicente de la Mate). Mecz kończono w atmosferze wzajemnej wrogości, wynik 2:0 utrzymał się do końca, Argentyna zdobyła Mistrzostwo ale Salomon nigdy więcej nie zagrał w reprezentacji. ,,Złamałeś nogę najlepszemu argentyńskiemu obrońcy"- powiedział później trener Guillermo Stabile do Jaira. ,,Bzdura - miał odpowiedzieć napastnik. - najlepsi argentyńscy obrońcy to de Zorzi i Valussi". O wpływie sukcesów sportowych na wyniki wyborów mówi się wiele, najczęściej przywoływanym przykładem jest szokująca porażka Harolda Wilsona z Wielkiej Brytanii w wyborach 1970 roku, którą łączono z niesmakiem po angielskiej porażce z Republiką Federalną Niemiec w rozgrywanym pięć dni wcześniej ćwierćfinale mundialu ale o bezpośrednie dowody trudno. Nie sposób więc powiedzieć, czy wygrana nad Brazylią miała jakikolwiek związek z sukcesem wyborczym Perona, choć z pewnością wywołane nią poczucie patriotycznego uniesienia kandydatowi nie zaszkodziło. Rok później Argentyna znów obroniła tytuł, ekipa z Moreno, Mendezem, Boye, Loustau i Di Stefano w składzie wygrała 6 meczów i zremisowała jedno w rozgrywkach, w których tym razem Brazylia nie wzięła udziału. Był to, jak widać czas argentyńskiej dumy i wiary we własne siły, nie tylko zresztą w futbolu ale i bardziej ogólnie. Znajduje to swoje odbicie w klasycznym już filmie o tutejszej piłce, którego scenarzystą był Borocoto. "Pelota de trapo"(szmacianka) opowiada historię Eduardo Diaza a przydomku Comeuñas(obgryzacz paznokci), który uczy się grać w piłkę szmacianką na ,,portero" w swoim ,,barrio". Staje się gwiazdą i ulubieńcem trybun, w kluczowym momencie jednak tuż przed finałem międzynarodowego turnieju z Brazylią( która tymczasem zastąpiła Urugwaj w roli największego rywala Argentyny) dowiaduje się że ma przewlekłą wadę serca i jeśli zagra może umrzeć w trakcie rywalizacji. Jego trener namawia go by się wycofał ale tłum naciska wnosząc go na boisko. W punkcie kulminacyjnym Comeuñas spogląda na argentyńską flagę i decyduje się zagrać: ,,Jest wiele sposobów oddania życia za ojczyznę a to jeden z nich"- powiada, zakłada koszulkę w biało-niebieskie paski i zdobywa zwycięskiego gola. Choć bóle w klatce piersiowej nie ustają, on sam nie umiera do końca filmu, będącego romantycznym hołdem dla kultury ,,pibe" i ,,la nuestra" ale także jawnie nacjonalistycznym wezwaniem dla ,,porteños", aby patrzyli szerzej niż ich ,,barrio" i ich przynależność klubowa: by dostrzegali także Argentynę i jej reprezentacją. Gdyby istniał naprawdę, zaledwie rok później Comeuñas nie miałby okazji do zaryzykowania życia podczas gry dla ukochanej ojczyzny. Ani w Copa Americaa w 1949 roku, ani w Mistrzostwach Świata w 1950 roku Argentyńczycy nie wzięli udziału, winiąc za to biurokratyczne trudności. Nie trzeba wiele wyobraźni aby widzieć w tym jednak swoisty protekcjonizm. Dla Perona najważniejsze było to aby poczucie argentyńskiej wyższości nad konkurentami nie mogło zostać zakwestionowane. W opowiadaniu Julio Cortazara " Zajęty dom" z 1946 roku, gdzie pewien burżuazyjny dom jest stopniowo przejmowany przez jakichś ,,onych", na co właściciele godzą się niechętnie ale nigdy nie stawiają oporu(dość przejrzysta metafora Argentyny Perona) narrator opisuje, jak włóczy się po księgarniach, ,, nadaremnie pytając o jakieś nowości z literatury francuskiej. Od 1939 roku nic wartościowego nie pojawiło się w Argentynie". To samo można by powiedzieć o argentyńskiej piłce. Kiedy zatrzasnęły się okiennice izolacjonizmu, wymiana idei, która mogła uratować ją od popadnięcia w samozadowolenie została zablokowana.
Sport był wówczas nie tylko jednym z najważniejszych instrumentów tworzenia wizerunku pewnej siebie i pełnej siły przebicia Argentyny, był także częścią aury otaczającej samego Perona. Prezydent połączył Argentyński Komitet Olimpijski z Konfederacją Sportu Argentyńskiego, poddał je kontroli państwa i stanął na czele nowego tworu, na którego inaugurację uruchomiono kampanię ,,Peron sponsorem sportu", nazywając głowę państwa także ,, pierwszym sportowcem". Sam wolał wprawdzie polowania i był biegłym szermierzem ale miał świadomość roli piłki w budowaniu tożsamości narodowej, co oznaczało że nie mógł również lekceważyć konsekwencje potencjalnych porażki w jakimś meczu międzypaństwowym. W każdym razie wśród cech, który odróżniały go od poprzedników była też wiedza że sport, to(by użyć frazy Alabarcesa - ,,nowy(i prawowity) patriotyczny symbol". Oznaczało to konieczność napisania historii na nowo. Wyreżyserowany przez Ralpha Pappiera w 1950 roku film biograficzny o Aleksandrze Watson Huttonie, " Escuela de campeones"(szkoła mistrzów), mógł się wydawać kłopotliwy przez podkreślenie brytyjskich korzeni futbolu. Przez większą część filmu Watson Hutton nosi słynną czapkę Sherlocka Holmesa( zdaje się że autorzy byli zdania że takie nakrycia głowy mieli wszyscy Anglicy w tamtych czasów) ale niezależnie od stereotypów znaczące jest to, że jego niezwyciężoną drużynę Alumni prezentuje się(z pewnością niezgodnie z prawdą historyczną) jako zespół Brytyjczyków, którzy szybko stają się Argentyńczykami. Można jednak dojść do wniosku że chuchanie i dmuchanie na argentyński futbol było podszyte lękiem, że nie jest on wcale aż taki potężny. Wielka piątka zmieniała się tymczasem w Wielką dwójkę aż w końcu, po sześciu latach dominacji Boca i River, w 1946 roku San Lorenzo wydarło im mistrzostwo dzięki zwycięstwu 3:1 z Ferro Carril Oeste w ostatniej kolejce sezonu(Boca w tym samym czasie przegrała z Velezem Sarsfield). O sile tamtej drużyny stanowiło „Terceto de Oro” (złote Trio). Prawy atakujący Armando Farro, patykowaty spryciarz, który potrafił cofnąć się do środka pola aby rozegrać piłkę, środkowy napastnik Rene Pontoni ze starannie utrafionymi jasnymi włosami, równie wypieszczonymi wąsikami i ciągiem na bramkę oraz śniady i silny lewy atakujący Rinaldo Martino. Całą drużynę nazywano wówczas ,,El Ciclon", niejako utrwalając legendę o pewnym odbytym w grudniu i styczniu tournee po Hiszpanii i Portugalii. Pomimo ,,zimna, śniegu i intensywnych opadów deszczu tamtej zimy", pisał ,,El Pais", San Lorenzo ,, sprawiło prawdziwą sensację". Jednak władze nadal pozostawały ostrożne, szczególnie po tym, jak mająca już niemal w ręku Puchar Świata Brazylia przegrała finałowy mecz organizowanego na własnym terenie mundialu w 1950 roku. Lekką atletykę, mniej popularną i wyzwalającą o wiele mniej zbiorowych emocji uważano za bezpieczniejszą. W 1948 roku rząd ufundował więc wyjazd całkiem sporej reprezentacji na Igrzyska Olimpijskie do Londynu a jej wynik uznał za sukces, gdyż Argentyna znalazła się na 13 miejscu w klasyfikacji medalowej zdobywając 2 złota w boksie i jeden w męskim maratonie. Medaliści tamtej olimpiady otrzymali od Perona kolejne książki podczas specjalny ceremonii na El Monumental w 1949 roku. W tym samym roku Buenos Aires przegrało zaledwie jednym głosem rywalizację z Melbourne o organizację igrzysk w 1956 roku. Choć administracja trzymała się z dala od międzynarodowej piłki, robiła wszystko aby kontrolować krajowe rozgrywki. Wybór Oscara Nicoliniego i Valentina Suareza na kolejnych prezydentów był dokonywany bezpośrednio przez Perona a budowy stadionów Huracanu i Velezu były (podobnie jak wcześniej obiekt River Plate) w gruncie rzeczy finansowane przez rząd. W zamian władze zyskiwały kontrolę. W kierownictwie każdego klubu znajdował się tak zwany ,,padrino"(Ojciec Chrzestny) powiązany z Peronem. Piłka odgrywała znaczącą rolę także w społecznym programie prezydenta, głównie dzięki turniejowi Evity, który po raz pierwszy zorganizowano w 1950 roku otwarty dla wszystkich drużyn dziecięcych, które zgłosiły się do biur fundacji Evity Peron, działał w gruncie rzeczy jako instytucja bardziej dobroczynna niż sportowe, zapewniając młodym zawodnikom stroje a także pilnując aby przechodzili badania lekarskie, otrzymywali szczepionki i byli poddawani prześwietleniom. Mecze finałowe rozgrywano w Buenos Aires, poprzedzając je hymnem państwowym i marszem dla Ewy Peron, która rozpoczynała rozgrywki pierwszym kopnięciem piłki. Waga tych turniejów wykraczała jednak poza politykę i dobroczynność. Utalentowani młodzi zawodnicy zyskiwali okazję żeby się pokazać a piłka nożna - żeby stać się narzędziem społecznego rozwoju. Było jednak coś więcej, celebracja dzieciństwa to znaczący fragment autoportretu argentyńskiego futbolu. ,,Odwołując się do „pibe”, Borocoto nie koncentruje się jedynie na jego młodości ale także na świeżości, spontaniczności i wolności, w wartościach często wiązanych z dzieciństwem i traconych w wieku dojrzałym na rzecz poczucia odpowiedzialności"- pisał socjolog Sergio Lewinsky. W tym sensie wydaje się znaczące że właśnie Ewa Peron stała się symbolem dziecięcego turnieju piłkarskiego. Aktorka, która przybyła do Buenos Aires w latach 30-tych poślubiła Perona w 1945 roku i w gruncie rzeczy stworzyła sobie nową osobowość. Dokumenty dotyczące urodzenia zostały sfałszowane tak by stworzyć wrażenie że jej rodzice byli małżeństwem. W ten sposób Ewa Ibarguren(nazwisko matki) urodzona w 1919 roku stała się Ewą Duarte(nazwisko ojca) urodzoną w roku 1922. Argentyna wciąż była krajem, w którym każdy mógł wymyślić się na nowo a jeśli nawet musiał to zrobić za pomocą małej ,,vivezy"(sztuczki), to trudno. Evita pracowała z niespożytą energią, sypiając często dwie, 3 godziny na dobę, będąc twarzą wielu społecznych i dobroczynnych przedsięwzięć Perona i ciesząc się uwielbieniem mas. Podziwiano jej młodzieńczą witalność i świeżość: wtedy, w późnych latach 40-tych zajmowała podobne miejsce na granicy dzieciństwa i dojrzałości, co „pibe”. Co miało zresztą swoje wady i zalety. ,,Pod wieloma względami Evita Peron była ambitną, upartą i egoistyczną dziewczynką, która nigdy nie dorosła. Argentyna... była wciąż niedojrzałym krajem"- pisał brytyjski ambasador w Buenos Aires. Pozostała młoda na zawsze. 9 stycznia 1950 roku Evita zemdlała w miejscu publicznym. Trzy dni później przeszła operację i choć poinformowano że wycięto jej ślepą kiszkę w rzeczywistości cierpiała na raka szyjki macicy. Po powtórnej wygranej Perona w wyborach prezydenckich 1952 roku wzięła udział w paradzie Zwycięstwa w Buenos Aires. Zbyt cierpiąca żeby samodzielnie stać była podtrzymywana przez ukrytą pod futrem gipsową szynę - wyraz silnej woli, w którym jednak po upływie czasu można dostrzec groteskowy symbol argentyńskiej gospodarki jako poważnie chorego organizmu wspieranego niewidocznymi i sztucznymi podpórkami. Jej śmierć 26 lipca 1952 roku rozpoczęła okres niespotykanej na taką skalę żałoby. Kiedy następnego dnia ciało prezydentowej wnoszono do gmachu Ministerstwa Pracy, w ścisku zginęło 8 osób a kolejne 2 tysiące trafiły do szpitala. Był to pierwszy przejaw kultu Evity, który trwał jeszcze przez wiele lat.
6
Juan Peron izolował argentyński futbol:
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
2
@FCBparasiempre
Cudze chwalicie, swego nie znacie:
Wszyscy fascynują się niesamowitą skutecznością trójki napastników Barcelony, ochrzczonej nazwą MSN. I słusznie. Messi, Neymar i Luis Suarez robili nieprawdopodobne rzeczy! Ale cudze chwalicie, swego nie znacie. Frapującą historie poznacie w odpowiedzi na mój komentarz. W Polsce był kiedyś atak co najmniej równie skuteczny. Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz i Teodor Peterek robili rzeczy jeszcze bardziej niewiarygodne i gdyby piłka nożna była wówczas tak medialna, jak dziś, to pewnie wszyscy słyszeliby o ataku WWP. Żeby opowiedzieć tę historię musimy uruchomić nasz wehikuł czasu i cofnąć się aż do lat 30-tych ubiegłego wieku. Jesteśmy w miejscowości Wielkie Hajduki, które w 1939 roku zostaną częścią Chorzowa. Tamtejszy Ruch dopiero zaczynał budować swoją legendę a głównymi architektami byli Teodor Peterek i Gerard Wodarz. To oni, wraz z Edmundem Giemsą, decydowali o obliczu ofensywy zespołu, który w 1933 sięgnął po tytuł mistrza Polski. Wodarz grał na pozycji lewoskrzydłowego. Strzelanie goli nie było jego głównym obowiązkiem, choć podczas 11 sezonów gry w Ruchu strzelił ich 51, czyli całkiem sporo. Jego wkład w sukcesy Ruchu był nie do przecenienia, bo zazwyczaj to po jego dośrodkowaniach z lewego skrzydła napastnicy strzelali bramki. Gdyby ktoś w czasach przedwojennych liczył asysty, to być może mielibyśmy do czynienia z jakąś astronomiczną liczbą. Wodarz był tak dobry, że po meczu z Wielką Brytanią na igrzyskach olimpijskich w Berlinie, Anglicy natychmiast zaproponowali mu grę na Wyspach. Piłkarz odmówił, tłumacząc to tęsknotą za rodzinnym domem. No cóż, takie były wtedy czasy. Teodor Peterek był z kolei klasycznym snajperem. Do Ruchu trafił w 1928 roku ze Śląska Świętochłowice i szybko oczarował kibiców tego klubu eleganckim stylem gry. Kiedy już się zaaklimatyzował na dobre, zaczął strzelać gole z zadziwiającą częstotliwością i w sumie na boiskach ekstraklasy uzbierał ich aż 154. Peterek słynął ze świetnej gry głową i… dogryzania arbitrom. Choć obaj zawodnicy zbierali doskonałe recenzję przed 1934 rokiem, to w rok, w którym Włosi zdobyli tytuł mistrza świata a Polska i Niemcy podpisały deklarację o niestosowaniu przemocy, był przełomowy dla obu zawodników i dla samego klubu. Stało się tak ze względu na przybycie nowego zawodnika – genialnego Ernesta Wilimowskiego.
Popularny „Ezi” grał wcześniej w 1. FC Katowice i już wtedy wszyscy mówili, że ten piłkarz ma papiery na granie. Kiedy jednak założył koszulkę Ruchu, stał się kimś w rodzaju futbolowego mesjasza. Już w pierwszym sezonie strzelił 33 gole, a trzeba zaznaczyć, że wcale nie wpłynęło to na ilość goli strzelonych przez Peterka, który trafiał do siatki 28 razy! Jeżeli dodamy do tego 10 goli Wodarza, to wyjdzie nam niewiarygodna liczba 71 goli w 21 meczach!(w jednym meczu Ruch wygrał walkowerem po wycofaniu rywala). A przecież Wilimowski miał wówczas zaledwie 17 lat! Ile znaczył Wilimowski dla Ruchu? Oddajemy głos nieocenionemu Andrzejowi Gowarzewskiemu, który na łamach tomu 2. „Kolekcji klubów” dotyczącego historii Ruchu Chorzów, pisał następująco: ,,Młodziutki napastnik, o mało przekonującej posturze − szczupły, wręcz chudy, o skąpej, rudowłosej czuprynie i śmiałym, wręcz bezczelnym spojrzeniu − był jednak najlepszym transferem, jakiego dokonali hajduccy działacze. Za hutniczy etat stał się graczem „niebieskich” i od pierwszego występu wzbudzał entuzjazm kibiców. To niewiarygodne, jak olbrzymim talentem obdarzyła go natura − objawił się jako technik absolutny, a przy tym posiadający fenomenalną wręcz intuicję strzelecką. Swoją postawą zmuszał do respektu i akceptacji najbardziej rutynowanych partnerów, znajdował bez trudu miejsce należne mu z racji umiejętności a młody wiek nie miał w tym przypadku żadnego znaczenia. Poddali się jego osobowości tak znakomici gracze, jak Peterek i Wodarz, akceptowali, choć nie zawsze lubili, wszyscy inni”.[Kolekcja klubów. Ruch Chorzów. Wydawnictwo GiA. Str. 43/45]. W kolejnych latach trójka W-W-P, wspierana m.in. przez Edwarda Giemsę, Ewalda Urbana, Ernesta Kubisza czy Ewalda Kruka, była postrachem polskich bramkarzy. W efekcie Ruch do momentu rozpoczęcia II wojny światowej tylko raz dał sobie odebrać tytuł mistrzowski. Peterek w tym czasie dwukrotnie sięgał po tytuł króla strzelców, a w 1936 roku dzierżył berło wraz z Wilimowskim (strzelili wówczas po 18 bramek) a Wodarz robił to, co wychodziło mu najlepiej ― wystawiał im piłki jak na tacy.
W reprezentacji również cała trójka spisywała się wyśmienicie, jednak razem zagrali tylko w trzech meczach. Po raz pierwszy hajduckie trio spotkało się na boisku 23 maja 1934 w meczu ze Szwecją (2:4), choć wówczas Peterek wszedł tylko na ostatnie dziewięć minut. W 1934 roku Peterek, Wilimowski i Wodarz wraz z Edmundem Majowskim i Józefem Nawrotem tworzyli atak reprezentacji Polski w meczu z Jugosławią (1:4) a w 1938 wspólnie z Ryszardem Piecem i Leonardem Piątkiem wystąpili w meczu przeciwko reprezentacji Niemiec (1:4). Ostatecznie Peterek zagrał w kadrze w dziewięciu meczach i strzelił sześć bramek, bilans Wodarza to 28 gier i dziewięć goli a dorobek Wilimowskiego wynosił 22 mecze i 21 goli! Cała trójka brała też udział w wielkich międzynarodowych turniejach i jak zwykle, spisywała się wyśmienicie. W 1936 roku Wodarz (grając u boku Peterka) strzelił trzy bramki Wielkiej Brytanii na igrzyskach olimpijskich, a w 1938 Wilimowski strzelił na mistrzostwach świata cztery gole w starciu z Brazylią, i co warte odnotowania, wszystkie po podaniach Wodarza. Era wielkiego Ruchu zakończyła się w 1939 roku, choć zapewne trwałaby znacznie dłużej, gdyby nie II wojna światowa. Chorzowianie w ostatnim przedwojennym sezonie wciąż imponowali niesamowitą skutecznością. Wilmowski po 14 kolejkach miał 26 goli, Peterek 10, a Wodarz dołożył jedno trafienie (choć nie sposób policzyć jego asyst). W tym sezonie do historii przeszedł mecz Ruchu z Union Touring Łódź. Chorzowianie wygrali wówczas 12:1(!) a Wilimowski strzelił aż 10 goli! Co ciekawe ,,Przegląd Sportowy” miał po tym spotkaniu… skrytykować „Eziego”, o czym pisał na swoim blogu Paweł Czado: ,,Szokujące, że za najlepszego zawodnika tamtego meczu uznano nie Wilimowskiego a autora dwóch pozostałych goli kierującego atakiem, wyjątkowo świetnie dysponowanego Teodora Peterka! Przegląd Sportowy napisał, że gra Wilimowskiego w tym meczu nie była bez zarzutu.” Było w niej za dużo cyrkowych sztuczek a za mało pomocy sąsiadom, na czym stracił dobrze grający Wodarz”. Można się tylko zastanawiać co by się działo, gdyby w tamtych czasach było coś takiego jak europejskie puchary. Być może wówczas MSN wciąż próbowałby doścignąć osiągnięcia WWP? Tego już się nie dowiemy. Wiemy natomiast, że w 1939 roku wybuchła wojna, która rozdzieliła niezwykłe chorzowskie trio. Peterek i Wodarz przez krótki czas zakładali koszulki Bismarckhütter Sport Vereinigung, powstały w miejsce zlikwidowanego Ruchu. Później zostali siłą wcieleni do Wermachtu, ale pod koniec wojny bronili honoru Polski. Zupełnie inaczej potoczyły się losy Wilimowskiego. „Ezi” podpisał volkslistę, przyznając poniekąd, że jest Niemcem i grał nawet w reprezentacji III Rzeszy. I właśnie dlatego Wilimowski przez wiele lat był wymazywany z kart historii polskiej futbolu. Czas pokazał, że wszelkie próby wymazania piłkarzy o takiej klasie są z góry spisane na straty.
1
Coś dla ciebie @Bernard777
9
RFN po raz drugi w historii:
22 czerwca 1980 r. RFN pokonała w finale mistrzostw Europy Belgie 2:1. Mistrzostwa Europy w 1980 roku po raz kolejny zawitały do słonecznej Italii. Po raz pierwszy grono finalistów powiększono z 4 do 8 drużyn. Ostatecznie triumfowała ekipa RFN, co było jej drugim tytułem najlepszej drużyny Starego Kontynentu. Za zmianą formatu turnieju głównego poszła też korekta w kwalifikacjach. Włosi jako gospodarze turnieju uzyskali automatyczny awans. Z kolei pozostałe 31. europejskich drużyn podzielono na 7 grup (w grupach było po 5 lub 4 drużyny), których zwycięzcy kwalifikowali się do finałowej imprezy. Z eliminacji zwycięsko wyszły - Anglia, Belgia, Hiszpania, Holandia (w grupie rywalizowała z Polską - drugie miejsce, NRD, Szwajcarią i Islandią), Czechosłowacja, Grecja(debiut) i RFN. Finałowy turniej rozegrano również w nowym formacie. Osiem zespołów podzielono na dwie grupy. Zwycięzcy grup automatycznie awansowali do finału, a drugie zespoły do meczu o trzecie miejsce. Spotkania rozegrano na czterech stadionach - w Rzymie, Mediolanie, Neapolu i Turynie. Grupę A wygrali zawodnicy RFN, a na drugiej pozycji uplasowała się Czechosłowacja. W grupie B triumfowali Belgowie przed Włochami. Mecz o trzecie miejsce padł łupem Czechosłowacji, która znów świetnie wykonywała rzuty karne (w poprzedniej edycji mistrzostw po karnych wygrała cały turniej) w starciu z Włochami. Po dogrywce wynik był 1:1 a do rozstrzygnięcia potrzeba było aż dziewięć serii(!) "jedenastek" (9:8 dla Czechosłowacji). Finał na Stadio Olimpico w Rzymie okazał się szczęśliwy dla RFN, która po raz drugi zdobyła mistrzostwo Europy. Zwycięstwo z Belgią (2:1) zapewnił ekipie Niemiec Zachodnich Horst Hrubesch, strzelec obu goli dla tej drużyny w finale.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
@FCBparasiempre
W historii mundiali było tylko dwóch piłkarzy, o których można powiedzieć że zdobyli Puchar Świata w pojedynke. Diego Maradona dokonał tego jak nikt inny. Pele w roku 1958 zaczynał turniej jako rezerwowy a 4 lata później doznał kontuzji i nie wziął udziału w czterech z sześciu meczów Brazylii, z finałem włącznie. Wtedy piłkarzem, bez którego Canarinhos prawdopodobnie nie wywalczyli by tytułu, był genialny Garrincha. Nigdy wcześniej żaden zawodnik zwycięskiej reprezentacji nie miał na nią tak dużego wpływu jak on. Garrincha stał się pierwszym piłkarzem, na którym spoczęła odpowiedzialność za losy całej jedenastki. Tym bardziej że na mundialu w Chile Brazylia musiała sobie dawać rade bez Pelego. Niemal ćwierć wieku później Diego Maradona, w jeszcze bardziej imponującym stylu zdobył Puchar Świata dla Argentyny. Strzelił 5 goli w 7 meczach, które rozegrał od pierwszej do ostatniej minuty. Trener go nie oszczędzał. Argentyna należała do faworytów, co od roku 1978 stanowiło już norme. Podobnie było 4 lata wcześniej na mundialu w Hiszpanii ale wtedy Maradona nie wytrzymał presji. Po brutalnym faulu, jakiego się dopuścił w meczu z Brazylią, wyleciał z czerwoną kartką z boiska a broniąca tytuły Argentyna nie dotarła nawet do strefy medalowej. Burza jaka wtedy przeszła przez kraj, zmiotła z posady noszonego do niedawna na rękach trenera Cesara Luisa Menottiego i wyrzuciła z kadry większość uczestników hiszpańskiego mundialu. Do kolejnego, w Meksyku, dotrwali tylko Maradona, Valdano, Olarticoechea, Pumpido i Passarella, który jednak nie opuszczał ławki rezerwowych. Historie drugiego meksykańskiego mundialu można opisywać, wyliczając kolejne akcje i gole Diego Maradony oraz faule na nim ale potrzebne jest krótkie wprowadzenie. Kim był Diego udający się do Meksyku? Miał 26 lat i od mniej więcej dziesięciu cieszył się opinią najbardziej utalentowanego piłkarza na świecie. O takich pisze się że są ,,graczami kompletnymi” lub że potrafią wszystko. Był żonglerem, przy którym cyrkowi poskramiacze piłki powinni czuć wstyd. Kiedy nagrywał reklamowy film dla Pumy, spełnił oczekiwania producenta już przy pierwszej próbie ale ekipa zdjęciowa, zafascynowana umiejętnościami piłkarza, nie chciała się z nim rozstać. Szukała więc dziury w całym, prosząc: ,,Zagraj to jeszcze raz, Diego”. I Maradona znowu podbijał piłke stopami, udami, głową, ramionami, nogami, piersiami – czym tylko się dało, robiąc z tego prostego dla niego zajęcia rodzaj seansu dla stojących z otwartymi ustami operatorów, dźwiękowców i ludzi trzymających lampy. Na boisku zachowywał się tak samo, mimo iż setki obrońców na całym świecie, zazwyczaj wyższych od niego o głowe, usiłowały obrzydzić mu gre. Zawsze trzymał piłke przy nodze a w biegu na 3 metry – bo taki dystans jest dla napastnika najważniejszy – zostawiał ich o metr z tyłu. Jeśli nawet obrońca dorównywał mu szybkością to gubiły go zwody Maradony. Strzelał i podawał jak nikt inny. Zdobywał gole nawet po strzałach głową, chociaż akurat głowe miał najsłabszą. Po mundialu w Hiszpanii FC Barcelona kupiła go z Boca Juniors za 10 mln dolarów ale nie spodobało mu się w Katalonii. Na jego żądanie prezydent klubu zwolnił znanego niemieckiego trenera Udo Lattka i zastąpił go Cesar Luis Menotti. Wspólnie zdobyli Puchar Króla. W Barcelonie zachorował na żółtaczke a w meczu z Athletic Bilbao obrońca Andoni Goikoetxea złamał mu noge. Od tamtej pory nazywano go ,,Rzeźnikiem Maradony” bądź ,,Rzeźnikiem z Bilbao”, omijali go wszyscy napastnicy Primera Division. Diego leżał przez 3 miesiące z nogą na wyciągu. Nie ufał lekarzom klubowym, więc sprowadził z Mediolanu swojego Rubena Olive, byłego lekarza kadry Argentyny, powiernika piłkarzy. Kiedy Maradone zabolała głowa, dzwonił do Mediolanu, dr. Oliva wsiadał w samolot i leciał do Katalonii żeby podać piłkarzowi pastylke. Lekarz nie uchronił go jednak przed narkotykami. Maradona zaczął je brać w Barcelonie, uciekając w ten sposób przed prawdziwymi i urojonymi problemami. Źle się czuł, więc propozycja przejścia do Napoli spadła mu jak z nieba. W roku 1984 Napoli kupiło go za 12 mln dolarów. Prawdopodobnie na tę kwote złożyły się w znacznym stopniu pieniądze neapolitańskiej mafii – camorry. Zresztą większość poszła od razu na pokrycie długów menadżera piłkarza, jego przyjaciela z dzieciństwa – Jorge Cyterszpillera.
W prezentacji Maradony na stadionie San Paolo wzięło udział 80 tys. ludzi! Kiedy już wyszedł na boisko w błękitnej koszulce z numerem 10, pokazywał gre, jakiej jeszcze w Neapolu nie widziano. Był królem Neapolu. Od prezesa klubu otrzymał w prezencie czarne ferrari F40, jedyny taki egzemplarz na świecie. Kiedy Maradona jechał na mundial do Meksyku, był u szczytu sławy i popularności. W dodatku zarabiał rocznie około 10 milionów dolarów! Ciężar odpowiedzialności za wynik Argentyny spadał niemal wyłącznie na jego barki. To było niezwykle trudne do udźwignięcia ale Maradona, prosty chłopak bez wykształcenia, imponujący wszystkim ale nie mogący rozmawiać o niczym poza futbolem, sprostał temu zadaniu. Argentyna zaczynała turniej od meczu z Koreą południową. Maradone ścigało po boisku po dwóch a bywało nawet że i trzech przeciwników naraz. Kopali go, szczypali, trzymali za koszulke i osiągnęli tyle że nie strzelił gola ale dzięki jego podaniom zrobili to partnerzy Diego i Argentyna wygrała 3:1. W drugim meczu było znacznie trudniej. Naprzeciwko Argentyńczyków stanęli mistrzowie świata – Włosi. Oni znali Maradone z Serie A a on ich. Nie było już wprawdzie obrońcy Claudio Gentilego, który 4 lata wcześniej rozdarł Diego koszulke na piersiach i usiłował zdjąć mu spodenki ale grali godni jego następcy. Wystarczyła jednak chwila nieuwagi i Maradona kopnął piłke do bramki w sytuacji, w której żaden inny napastnik nie pomyślałby nawet że tak można. Argentyna-Włochy 1:1. Trzeci mecz, z Bułgarią, przypominał nieco ten pierwszy. Bułgarzy, podobnie jak wcześniej Koreańczycy, koncentrowali się głównie na obrzydzaniu życia Maradonie, więc znowu gole strzelali jego koledzy. Argentyna-Bułgaria 2:0. W drugiej rundzie Argentyna trafiła na bardzo dobry Urugwaj ze słynnym Francescolim, który był wzorem młodego Zidane’a. Do tego stopnia, że swojemu pierwszemu synowi, na cześć Urugwajczyka, dał na imie Enzo ale Francescoli nie pomógł. Z trudem bo z trudem ale Argentyna zwyciężyła 1:0 a powinna 2:0 bo – nie wiedzieć dlaczego – sędzia nie uznał gola zdobytego przez Diego prawidłowo. Tak się przynajmniej wszystkim zdawało. Następne spotkanie z Anglią było czymś więcej niż zwykłym meczem, w którym chodzi tylko o awans do czwórki najlepszych na świecie. Futbolowe stosunki Anglii z Argentyną nigdy nie były dobre(i chyba prędko nie będą) a kilka faktów z boiska i polityki sprawiło że o szacunku nie mogło być mowy. Podczas mundialu w Chile Anglia wygrała z Argentyną 3:1 i nikt do nikogo nie miał pretensji. Cztery lata później, na mistrzostwach w Anglii, gospodarze pokonali Argentyńczyków 1:0 ale w atmosferze skandalu. Niemiecki sędzia nie wiadomo za co wyrzucił z boiska argentyńskiego kapitana Antonio Rattina, ułatwiając Anglikom gre. Poczucie niesprawiedliwości objęło nie tylko Buenos Aires. W kwietniu roku 1982 argentyńska armia zajęła leżące na południowym Atlantyku wyspy Falklandy, nazywane w Argentynie Malwinami. Należały do Wielkiej Brytanii ale stanowiły przedmiot sporu między obydwoma państwami. Londyn nie pozostał bierny, wojna trwała blisko 3 miesiące i pochłonęła prawie tysiąc ofiar. Wyspy pozostały przy Wielkiej Brytanii ale stosunki między obydwoma krajami nacechowane były wzajemną wrogością. Kiedy więc w roku 1986 na Estadio Azteca wychodziły reprezentacje Anglii i Argentyny, miliony kibiców w obu krajach(a zwłaszcza w Argentynie, która przegrała wojne) widziały piłkarzy w żołnierskich mundurach a nie piłkarskich koszulkach a na wojnie robi się wszystko żeby wygrać. Ali Bennaceur, pierwszy Tunezyjczyk w roli sędziego głównego mistrzostw świata, dobrze wywiązywał się ze swojej roli, chociaż nie ustrzegł się błędu w 51 minucie, przy stanie 0:0. ,,El Pelusa” minął przed polem karnym trzech angielskich piłkarzy i podał na prawą strone do Valdano. Wyprzedził go obrońca Hodge. Odbił piłka tak że poleciała w strone bramkarza Schiltona. Maradona to przewidział. Po swojej akcji nie zatrzymał się, tylko pobiegł w kierunku bramkarza i kiedy ten wyciągnął ręce żeby złapać piłka, Argentyńczyk go uprzedził. Wyskoczył ponad pół metra w góre(Shilton prawie nie oderwał się od ziemi), podniósł lewą ręke, uderzył piłke, która wpadła do bramki. Mecz oglądało prawie 115 tysięcy ludzi i większość miała wątpliwości. Dziennikarze na miejscach prasowych mieli je na pewno. Tyle że nikt nie był w stanie ich rozwiać. Maradona skakał na ogół wyżej od swoich przeciwników ale przy wzroście 167 centymetrów nie mógł wzbić się na tyle wysoko aby mieć głowe ponad rękami Shiltona. Nic więc dziwnego iż kiedy arbiter wskazał na środek boiska, angielski bramkarz podbiegł do sędziego liniowego, mówiąc i pokazując że Maradona pomógł sobie ręką ale liniowy też mógł tego nie zauważyć. Wszystko działo się tak szybko że trudno się było zorientować, tym bardziej że w chwili wyskoku Maradona trzymał ręke przy głowie. Spytano go więc wprost, czy strzelił gola ręką. Był bardzo religijny, przed każdym meczem żegnał się, wznosząc głowe ku niebu, odpowiedział więc wymijająco: ,,To była ręka Boga”. Wiadomo jaki przekaz skierowany do milionów Argentyńczyków niosło to zdanie. Bóg jest po naszej stronie i odpłaca się za te wszystkie angielskie niegodziwości. Mineło jednak kilka tygodni, emocje opadły, więc Maradona przekuł pomoc boską na swój geniusz. ,,Jaka tam ręka Boga. To była ręka Diego. To coś takiego jak gwizdnąć Anglikowi portfel”. Po latach przyznał się do oszustwa i za nie przeprosił.
W tym meczu w ciągu 5 minut wydarzyły się dwie sytuacje wciąż wzbudzające emocje. Po nieuczciwie zdobytym golu padł drugi, uznany za najpiękniejszy w XX wieku. Boski Diego otrzymał piłke na swojej połowie, kilkanaście metrów za linią środkową po prawej stronie i rozpoczął rajd trwający zaledwie 12 sekund. Przeniósł nas w tym czasie w inny świat. Wstawaliśmy ze swoich miejsc i siadaliśmy, otwieraliśmy usta i łapaliśmy się za głowe a na koniec prawie 115 tysięcy ludzi na Estadio Azteca śmiało się od ucha do ucha, krzycząc: Niemożliwe, impossibile! Maradona z piłką przy nodze zdemolował całą lige angielską. Najpierw minął Reida, potem Hadge’a, po nim Sansoma i Fenwicka. Terry Buther też nie dal mu rady a Shilton patrzył na to wszystko czekając na egzekucje i nie wiedział co robić? -stać, rzucić się pod nogi Argentyńczyka, sprowokować go do jakiegoś ruchu? Wybrał wybieg aż za pole bramkowe, co nie było dobrą decyzją bo odsłonił bramke. Po około 50 metrowym rajdzie Maradona dotarł do narożnika pola bramkowego i z około 6 metrów kopnął piłke do bramki, w której już nie było nikogo. Czegoś takiego na mistrzostwach świata jeszcze nikt nie widział. Do końca meczu pozostawało ponad pół godziny. Po dwóch takich ciosach Anglicy wstali z desek. Na ostatni kwadrans trener Robson wprowadził na boisko skrzydłowego Barnesa. Argentyńczycy nie mogli go zatrzymać. Lineker, król strzelców tamtego mundialu zdobył gola na 1:2 i niewiele brakowało a wbiłby drugiego. Ostatecznie Argentyna zwyciężyła 2:1. Może Anglicy pogodziliby się z porażka, gdyby nie ,,ręka Boga”. Szczególne emocje nadal towarzyszyły więc meczom Anglia-Argentyna. Na mundialu we Francji sfaulowany David Beckham, leżąc na trawie, kopnął Diego Simeone i został ukarany czerwoną kartką. Duńskiego sędziego, który podjął tę decyzje oskarżono o sprzyjanie Argentyńczykom. Podczas mistrzostw świata w Korei i Japonii włoski arbiter Pierluigi Collina nie wiadomo dlaczego uznawany za najlepszego na świecie, przyznał Anglikom rzut karny po bardzo wątpliwym faulu. Beckham jedenastke wykorzystał a po meczu dał sędziemu swoją koszulke. Anglicy wygrali mecz 1:0. Teraz, w Argentynie gromy spadły na Colline. W Meksyku Argentyna łatwo pokonała w półfinale Belgie 2:0 a Boski Diego znów strzelał gole nieosiągalne dla zwykłego piłkarza. Belgijski bramkarz Pfaff, jeden z najlepszych na świecie, po meczu pierwszy biegł z gratulacjami do Argentyńczyka. Wtedy wszyscy mieli świadomość że zatrzymanie go przekracza możliwości bramkarzy, obrońców i całych drużyn. W finale mogli to zrobić tylko Niemcy trenowani przez Beckenbauera. Choć grali(jak zwykle) tyleż dobrze, co szczęśliwie, zawsze byli groźni. Mimo że mistrzostwa rozgrywano na półkuli zachodniej, w czwórce najlepszych znalazły się 3 reprezentacje europejskie: RFN, Francja i Belgia. Honoru Ameryki Południowej broniła Argentyna. Nic więc dziwnego że od kiedy pojawiła się na boisku, towarzyszyło jej hasło skandowane przez około stu tysięcy widzów: ,,Ar-gen-tina – America Latina! Lub ,,Argentina Campeon!”. Wszystko układało się po myśli tych kibiców. W 23 minucie, po rzucie wolnym Burruchagi, obrońca Brown strzelił głową gola dającego Argentynie prowadzenie. ,,El Pelusa” nie był tym razem tak błyskotliwy jak we wcześniejszych meczach ale Beckenbauer wystawił przeciw niemu Lothara Matthäusa. 25-letni Niemiec, młodszy od Maradony o niecały rok, uczepił się go, ograniczając znacznie jego ruchy. Robił to dobrze i nawet nie faulował w jakiś budzący sprzeciw sposób ale 10 minut po przerwie nie zapobiegł podaniu Maradony do Enrique. Teoretycznie, w środku boiska to niczym nie groziło, lecz po kilku metrach przebytych z piłką Enrique podał ja do Valdano. Niemieccy obrońcy cofali się, zamiast atakować i skrzydłowy biegł sam na niemiecką bramke. Harald Schumacher wybiegł, Valdano tak podkręcił piłke że ominęła bramkarza i zatrzymał a się w siatce. W 56 minucie Argentyna prowadziła 2:0. Tak jak z Anglią. Wtedy straciła gola ale wygrała 2:1. Niemcy okazali się skuteczniejsi. Jeszcze w przerwie Beckenbauer zastąpił napastnika Allofsa dynamicznym Völlerem. Kilka minut po stracie drugiego gola za pomocnika Maghata wprowadził na boisko Dietera Hoeneβa. Odbijała się od niego większość Argentyńczyków. Kwadrans przed końcem Brehme podał z rzutu rożnego na pole karne. Völler uderzył piłke głową w kierunku bramki a stojący między obrońcami Rummenigge z pięciu metrów wpakował piłke do siatki. O takich sytuacjach mówi się ,,bramka kontaktowa”. Drużyna, która ja zdobywa nabiera wiary i sił a druga przechodzi chwile załamania. To właśnie działo się z Niemcami i Argentyńczykami. 7 minut po tym golu sytuacja się powtórzyła. Rzut rożny znowu wykonywał Brehme. Tym razem w polu karnym podanie przedłużył Eder a stojący 5 metrów przed bramką Völler strzelił głową tak mocno że piłka przeleciała między rękami bramkarza Pumpido. 2:2 i 8 minut do końca. Teraz stadion zwątpił. Jeszcze rozlegało się: ,,Ar-gen-tina! America Latina! Ale już ciszej. Więcej ludzi wolało się modlić. Wiadomo jak grają Niemcy w końcówkach meczów a oni właśnie złapali przeciwnika za gardło i wtedy stało cię coś dziwnego. Zamiast wzmocnić atak, Niemcy stanęli. Może zmęczył ich upał, może czekali na dogrywke. Oni sami nie wiedzieli ale kilkanaście minut ataków zakończonych dwoma golami odebrało im dużo sił.
Wystarczyło jedno dotknięcie piłki przez Maradone żeby wszystko, co wydarzyło się przez 10 ostatnich minut, przestało mieć znaczenie. Boski Diego stał w kole, tuz za linią środkową boiska, nawet tu pilnowany przez 3 rywali. Kiedy otrzymał piłke natychmiast kopnął ją do skrzydłowego Burruchagi, który(niczym sprinter w sztafecie) już biegł w kierunku bramki przewidując że za chwile dostanie piłke od Diego. Zaskoczeni niemieccy obrońcy widzieli już tylko jego plecy. ,,A ja biegłem z piłką przy nodze, tysiące myśli kłębiły się w mojej głowie, wiedziałem że od tej akcji zależy, czy Argentyna zostanie mistrzem świata. Nie widziałem bramki tylko żółty sweter Schumachera i wiedziałem że musze kopnąć piłke tak aby przeleciała obok tego swetra”- wspominał Burruchaga. Tak też zrobił. Tylko Briegel usiłował go dogonić ale nie dał rady. Wydawało się że Burruchaga zbyt daleko wypuścił sobie piłke ale Schumacher się nie zorientował, za długo czekał w bramce a potem już było za późno. W 85 minucie Argentyna prowadziła 3:2 i Niemcy wiedzieli że tym razem przegrali. Gdyby mundial w Meksyku zakończył się inaczej, byłoby to wyjątkowo niesprawiedliwe. Diego Maradona zdecydowanie przewyższał wszystkich innych piłkarzy świata, jego partnerzy tworzyli jedną z najlepszych reprezentacji w historii mundiali. Grali skutecznie i pięknie dla oka. Z siedmiu meczów wygrali sześć, jeden zremisowali, nie przegrali żadnego. Nie każdy mistrz świata kończył mundial z taki bilansem. Albicelestes zdobyli Puchar Świata w zupełnie innych okolicznościach niż 8 lat wcześniej. Tym razem nikt nie podejrzewał jej o korumpowanie sędziów i przeciwników. Inna też była sytuacja w kraju. W roku 1978 szef junty, generał Videla przypisywał zasługi piłkarzy także sobie. Teraz prezydentem Argentyny był wybrany w demokratycznych wyborach Raul Alfonsin. Wpuścił reprezentacje do swojego pałacu w Buenos Aires i stąd Diego Maradona pokazywał zgromadzonym pod balkonem rodakom Puchar Świata. Składy historycznego finału:
Argentyna: Pumpido – Brown, Cuciuffo, Ruggeri, Batista, Burruchaga (Trobbiani), Maradona, Enrique, Giusti, Olarticoechea, Valdano
RFN: Schumacher – Briegel, Brehme, Förster, Jakobs, Eder, Matthäus, Magath (D. Hoeness), Berthold, Rummenigge, Allofs (Völler)
8
“El Pelusa” wstrząsnął światem:
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
1
@FCBparasiempre
Zanim Messi stał się legendą(część pierwsza):
Pierwsze miesiące w Barcelonie nie były łatwe i to niezależnie od normalnych trudności adaptacyjnych. Jako obcokrajowiec Messi nie mógł grać w tak zwanej drużynie A(do lat 17), która zresztą była już wówczas ukształtowana. Wściekli z powodu jego odejścia działacze Newell’s nie kwapili się bynajmniej do przekazania karty zawodniczej Leo, więc Barça miała problemy z zarejestrowaniem młodzieńca w hiszpańskiej federacji. W końcu, gdy w kwietniu 2001 r. wystąpił w meczu drużyny B(do lat 16) przeciwko Tortosie, po jednym ze wślizgów złamał noge. Do gry wrócił w czerwcu ale pechowy upadek ze schodów spowodował uszkodzenie więzadeł kostki, co spowodowało kolejną, tym razem trzytygodniową przerwę. Kurację hormonalną zakończył jako 14-latek ale rok później mierzył tylko 162 cm i ważył zaledwie 55 kilogramów. Rzadko zdarzało mu się wytrzymać kondycyjnie do końca meczu. Mówił że brakuje mu szybkości i wytrzymałości. Koledzy z drużyny nie bez powodu przezwali go Enano(Karzeł). W końcu jednak w marcu 2002 r. klub zdołał go zarejestrować, co umożliwiło występy w lidze juniorskiej. Legendarny później rocznik, zwany Maszyna ’87, zaczął się rozpędzać. Z umowy między dwoma klubami ze stolicy Katalonii, FC Barceloną i Espanyolem, wynikało że w podzielonej na dwie grupy lidze lokalnej 17-latkowie jednej z miejscowych potęg rywalizują z 16-latkami drugiej i odwrotnie, co zwykle zapewniało obu możliwość cieszenia się mistrzostwem. Złożona z 16-latków Maszyna ’87 okazała się jednak lepsza od 17-latków rywala, po raz pierwszy w historii.
W sezonie 2002/03, gdy prowadzona po raz kolejny przez Luisa Van Gaala drużyna seniorska zajęła szóste, najgorsze od 15 lat miejsce w lidze, 15-latkowie z Messim, Pique, Fabregasem i Victorem Vazquezem grali znakomicie. Messi był jedynym zawodnikiem, który wystąpił we wszystkich 30 meczach i strzelił w nich 36 goli! Trener tamtego zespołu Alex Garcia mówił że poziom treningów był tak wysoki a rywalizacja tak zażarta że mecze wydawały się po nich niemal relaksem. W decydującym o mistrzostwie meczu z Espanyolem w kwietniu 2003 r. po zderzeniu z rywalem Messi miał złamaną kość policzkową. Osiem dni później Blaugrane czekał mecz z tym samym rywalem w finale Pucharu Katalonii. Argentyńczyk tak bardzo chciał że pożyczył maske, w której Puyol występował z podobną kontuzją na początku sezonu. Była na niego za duża, ograniczała mu widoczność, więc jeszcze w trakcie pierwszej połowy ściągnął ją i przedarł się dryblingiem w pole karne Espanyolu. Odrzucił maske w kierunku ławki rezerwowych i grał dalej, chwile później strzelając gola. W przerwie, przy stanie 3:0, Garcia nie chciał dłużej ryzykować i zdjął go z boiska. Mecz stał się słynny jako ,,el partido de la mascara” a w jego trakcie Messi dał dowód nie tylko woli zwycięstwa ale też twardości. Drużyna kolekcjonowała więc trofea a Messi w błyskawicznym tempie rozwijał się jako piłkarz. Garcia zachęcał go do odgrywania coraz to nowych ról, ustawiał go na coraz to nowych pozycjach, on jednak najlepiej czuł się tuż za napastnikami. Wciąż był małomówny i nieśmiały, choć zaprzyjaźnił się z grającym w Espanyolu rodakiem Pablo Zabaletą. Koledzy z drużyny wspominają że nadal płakał po meczach, jeśli zdarzyło mu się zagrać kiepsko. Ich zdaniem był to jednak dowód nie tyle wewnętrznej słabości, co ducha rywalizacji. Co nie odnosiło się zresztą jedynie do futbolu. Nikt nigdy nie potrafił pokonać Messiego w meczach na PlayStation. Jego ówczesny styl był zdaniem Garcii mieszanką indywidualizmu wyniesionego z argentyńskich ulic z filozofią Barcelony, od czasów Rinusa Michelsa i Johana Cruyffa zorientowaną bardziej na kolektyw. Było to szczęśliwe połączenie.
Kiedy Barça Guardioli znajdowała się u szczytu swoich możliwości, nieprzewidywalność Messiego stanowiła jej kluczowy atut. Hiszpańska wersja tiki-taki tworzyła skomplikowaną konstrukcje. Opierała się na posiadaniu piłki i zamęczaniu rywali nieustanną wymianą podań. FC Barcelona robiła to samo ale miała także Messiego, który jedną gambetą(dryblingiem) potrafił nagle wyeliminować z akcji dwóch, trzech rywali. Jego indywidualizm powodował że gra tego zespołu była mniej mechaniczna, nie mówiąc już o tym że lepiej się ją oglądało. W listopadzie 2003 r. a więc dokładnie 20 lat temu, młodego Argentyńczyka po raz pierwszy włączono do kadry pierwszego zespołu. Chodziło wprawdzie tylko o mecz towarzyski na otwarcie nowego stadionu FC Porto a w dodatku nie mogło w nim wziąć udział wielu podstawowych zawodników Blaugrany, powołanych wówczas na mecze reprezentacji, nie zmienia to jednak faktu że mając 16 lat i 145 dni Lionel Messi stał się trzecim wśród najmłodszych debiutantów w historii klubu po Paulino Alcantarze i Harunie Babangidzie. Od tamtej pory Argentyńczyk raz w tygodniu trenował z pierwszą drużyną. Kolejnym krokiem było powołanie do reprezentacji. W czerwcu 2004 r. Claudio Vivas, asystent Marcelo Bielsy w drużynie narodowej przekazał kasete z nagranymi występami Messiego Hugo Tocallemu, współpracownikowi Jose Pekermana w drużynie do lat 20-tu. Hiszpanie próbowali wprawdzie zachęcić chłopaka by wyrobił sobie paszport w ich kraju ale argentyńska federacja szybko zorganizowała dwa mecze towarzyskie: z Paragwajem i Urugwajem ażeby to jej sztab trenerski mógł przyjrzeć mu się z bliska. Kiedy tylko to zrobił, przyszłość Messiego była ustalona.
Zanim Messi stał się legendą(część druga):
W październiku 2004 r. Argentyńczyk wystąpił po raz pierwszy w oficjalnym meczu FC Barcelony zmieniając Deco w derbach z Espanyolem. Miał wówczas 17 lat i 4 miesiące. Nikt równie młody nie grał dotąd w katalońskim klubie w meczu o stawke. Do końca sezonu zagrał jeszcze w 6 meczach ligowych i meczu Ligi Mistrzów z Szachtarem Donieck. 1 maja 2005 r. zmienił Samuela Eto’o przy stanie 1:0 w meczu z Albacete. Dostał podanie od Ronaldinho i zdobył gola niesłusznie nieuznanego z powodu spalonego. Niemal natychmiast dwójka zawodników powtórzyła akcje i tym razem gol został uznany. W taki oto sposób Leo zdobył swojego premierowego gola w La Liga. Barça wygrała 2:0 zapewniając sobie mistrzostwo kraju. Po meczu Ronaldinho podbiegł do Messiego, podniósł go i wziął na plecy. Byli sobie bardzo bliscy. Po ich pierwszym wspólnym treningu Ronaldinho zadzwonił do zaprzyjaźnionego dziennikarza i powiedział mu że spotkał właśnie piłkarza, który wkrótce stanie się lepszy od niego. Nastolatek dołączył też do organizowanej prze kolegów w szatni zabawy w siatkonoge. Wcześniej o pozycje najlepszego w drużynie Ronaldinho rywalizował z brazylijskim bocznym obrońcą Sylvinho. Teraz Messi zaczął bić ich na głowe. Miesiąc później ,,La Pulga” podpisał swój pierwszy wieloletni kontrakt z klubem a później wyruszył do Holandii, gdzie dołączył do kolegów z reprezentacji podczas mistrzostw świata do lat 20-tu. Mimo że lista sukcesów argentyńskiej młodzieżówki jest długa, o tej drużynie z Messim, Aguero, Zabaletą, Gago, Garayem czy Biglią i jej występami na tym turnieju wciąż się pamięta. Pekerman i Tocalli przejeli już z rąk Bielsy dorosłą reprezentacje, więc na zajmowane przez nich dotąd miejsce przyszedł Pancho Ferraro. Nowy szkoleniowiec miał wątpliwości czy wątły Messi poradzi sobie w rywalizacji z silnymi rywalami. Posadził go na ławce w meczu z USA a Argentyna przegrała 0:1. W drugim meczu zawodnik Blaugrany zagral już od pierwszej minuty i zdobył gola. Zabaleta dołożył drugiego i mecz z Egiptem zakończył się wynikiem 2:0. Oznaczało to że do wyjścia z grupy potrzeba zwycięstwa z Niemcami(choć remis także pozwoliłby na awans, gdyż Albicelestes byliby wówczas drużyną z największą liczbą punktów wśród tych, które zajęły trzecie miejsca). Jedynego gola w tym meczu strzelił Neri Cardoso z podania i po charakterystycznym już dryblingu Messiego. Kolejnego gola w turnieju piłkarz Barçy zdobył w meczu z Kolumbią, gdzie Argentyna odrobiła straty i wygrała 2:1. W ćwierćfinale jej rywalem byli mistrzowie Europy- Hiszpanie z Fabregasem, Juanfranem, Jose Enrique i Davidem Silvą w składzie. Do 71 minuty utrzymywał się wynik 1:1, potem jednak Messi wyłożył piłke Obermanowi, który strzelił drugiego gola a 2 minuty później sam Lionel dołożył trzeciego po kolejnym rajdzie. To był jego turniej, co potwierdził zarówno w półfinale, zdobywając pierwszego gola w wygranym 2:1 meczu z Brazylią, jak i w wygranym tym samym stosunkiem finale z Nigerią. Tym razem wykorzystał 2 rzuty karne, pierwszy podyktowany zresztą za przerwanie jednej z jego gambet. Po tym meczu do Messiego zadzwonił z gratulacjami Maradona. ,,Wiecie co to znaczy, gdy dzwoni do was Diego? – pytał później 17-letni wówczas gracz FC Barcelony. – To naprawdę niezapomniane przeżycie.” ,,Podoba mi się w nim nie tylko to, jak gra ale też to że jest liderem. W meczu z Hiszpanami dał prawdziwy piłkarski koncert. Byłem pod wrażeniem”- powiedział Maradona.
Dwa miesiące później Lionel Messi zadebiutowal w dorosłej już reprezentacji Albicelestes. Z jego perspektywy jednak wyjazdowy sparing z Węgrami nie mógł potoczyć się gorzej. Na boisko Pekerman wprowadził go na miejsce Lisandro Lopeza w 56 minucie. Przy drugim kontakcie z piłką ruszył do przodu. Obrońca Vanczak złapał go za koszulke. Argentyńczyk próbował się uwolnić ale Węgier nie puszczał. W końcu Messi uderzył Vanczaka w pierś. Nie było to uderzenie szczególnie brutalne. Młody piłkarz Barçy próbował się raczej uwolnić niż zrobić krzywdę przeciwnikowi ale gdy rywal runął na ziemie, trzymając się za twarz, sędzia Markus Merk, skądinąd dentysta, pokazał reprezentantowi Argentyny czerwoną kartke. Jego debiut trwał równe 44 sekundy. Vanczak zobaczył żółtą kartke a tymczasem Messi, kręcąc głową z niedowierzaniem opuszczał boisko. Zanim znalazł się przy linii bocznej, już płakał. Z perspektywy lat można ten incydent uznać za zapowiedź fatum ciążącego nad jego karierą reprezentacujną. W klubie jednak wszystko szło jak z płatka. We wrześniu 2005 r. oprócz argentyńskiego posiadał już także obywatelstwo Hiszpanii, co znacznie ułatwiło trenerom FC Barcelony żonglowanie składem. W październiku po raz pierwszy zagrał w lidze w wyjściowej jedenastce a drużyna wygrała 3:0 z Osasuną. Przed końcem roku występował już niemal w tylu reklamach co Maradona, zachwalając między innymi burgery, napoje gazowane, oleje, jogurty, chipsy, buty i karty kredytowe a niezależnie od tego wahał się czy przyjąć oferte kontraktu od Nike czy od Adidasa. To że będzie prawdziwą gwiazdą nie ulegało wątpliwości, zwłaszcza po występach w Lidze Mistrzów. Był kluczową postacią pojedynku z Chelsea, gdzie po ostrym wejściu w niego czerwoną kartke otrzymał boczny obrońca Asier del Horno. Jednak w zwycięskim finale z Arsenalem nie mógł zagrać z powodu kontuzji. Tego lata zresztą czekało go więcej przykrych doświadczeń, głównie na mundialu w Niemczech…
0
@Bernard777 poczytaj se.
7
@FCBparasiempre
22 czerwca 1974 r. NRD pokonuje RFN w Hamburgu 1:0 na MŚ 1974 roku. Jürgen Sparwasser: ,,Kiedy umre, napiszcie na moim grobie »Hamburg, Weltmeisterschaft 1974«. Każdy będzie wiedział, kto tam jest pochowany”. Nic tak dobrze nie wpływa na wizerunek polityka jak sukces sportowca- jego rodaka. Powodem do chwały jest też zorganizowanie imprezy rangi igrzysk olimpijskich, mundialu lub Euro a przejawem aktywności- między innymi, ingerencje w decyzje związków sportowych, ich prezesów, klubów a nawet trenerów. Mussolini wykorzystał dla swoich politycznych celów mistrzostwa świata we Włoszech, Hitler igrzyska olimpijskie w Garmisch-Partenkirchen i Berlinie a Breżniew olimpiadę w Moskwie. Zbojkotowały ją Stany Zjednoczone i większość zachodniego świata, więc w rewanżu Związek Radziecki nie wysłał swoich sportowców na igrzyska do Los Angeles a jak ZSRR, to i inne kraje socjalistyczne i tak w kółko. Często w tle wydarzeń sportowych rozgrywały się te polityczne i na odwrót. Na liście takich meczów z polityką w tle szczególne miejsce zajmuje starcie dwóch państw niemieckich na mundialu w 1974 r. Ich gospodarzem była RFN, więc pokusa pokazania wyższości szkoły wschodniej nasuwała się sama. Kiedy los złączył reprezentacje RFN i NRD w jednej grupie, na przygotowania zostało prawie pół roku. Ekipy sportowców obydwu krajów łączyły się w jedną podczas igrzysk olimpijskich i wtedy zwycięzcom grano Beethovenowską ,,Ode do radości” ale piłkarze nie dość że nigdy nie utworzyli wspólnej reprezentacji, to jeszcze nigdy przeciw sobie nie grali. O ile Niemcy Zachodnie, jako gospodarz i jeden z głównych faworytów turnieju, widziały w reprezentacji NRD jednego z kilku przeciwników, Wschodnie upatrzyły sobie tylko jednego. Wybaczono by im porażke z każdym, tylko nie z RFN. W przygotowania zaangażowały się nie tylko władze sportowe ale i polityczne a nawet STASI, co zresztą w przypadkach niektórych osób znaczyło to samo. Przywódce NRD, przewodniczącego rządzącej partii SED, Ericha Honeckera na bieżąco informowano o sytuacji wewnątrz kadry. Jej trenerem był Georg Buschner, ex zawodnik motoru Jena. Piłkarzom stworzono komfortowe warunki przygotowań, na poziomie takim samym jak mieli Niemcy Zachodnie, tyle że głośno o tym nie mówiono. Wszystko zostało podporządkowane jednemu meczowi. W Oberlidze sędziowie mieli chronić reprezentantów kraju przed atakami przeciwników. Rozgrywki zakończono wcześniej aby mieć więcej czasu na przygotowania. Na zgrupowaniach kadry piłkarzami zajmowali się lekarze, masażyści, fizykoterapeuci. Krol strzelców Oberligi Hans-Bert Matoul z Lokomotive Lipsk został skreślony przez lekarzy, którzy uznali że jak na reprezentanta NRD jest za słabo zbudowany i może fizycznie nie podołać trudom turnieju. Buschner wziął to pod uwagę i nie włączył Matoula do kadry. Nie wiadomo czy wschodnioniemieccy piłkarze, podobnie jak lekkoatleci czy pływacy z NRD, brali środki dopingujące. Żadne badania tego nie potwierdziły ale w środowisku piłkarskim żartowano że ,,nawet Niemcy nie wymyślili koksu na myślenie”. Dlatego NRD nie odnosiła sukcesów w sportach zespołowych. To nie do końca było prawdą. Reprezentacja NRD zdobywała medale olimpijskie, ze złotym w Montrealu włącznie(po pokonaniu Polski) a FC Magdeburg wywalczył wiosną 1974 Puchar Zdobywców Pucharów, pokonując w finale AC Milan! Nie mogło być lepszego dopingu dla kadry NRD na miesiąc przed meczem z RFN. Tym bardziej że w kadrze na mundial znalazło się 4 piłkarzy Magdeburga: Sparwasser, Hoffmann, Seguin i Pomerenke.
Mecz RFN-NRD rozgrywano 22 czerwca 1974 r. w Hamburgu. Na trybunach nie było wolnych miejsc. Ponad 60 tysięcy kibiców mówiących tym samym językiem pozdrawiało się nawzajem. Stadion tonął we flagach czarno-czerwono-złotych. Ludzie skandowali słowo ,,Deutschland”, wielu trzymało plansze z nazwami wschodnioniemieckich miast. Z NRD wyjechała zorganizowana grupa 1,5 tysiąca kibiców, starannie dobranych, mających zakaz kontaktowania się z kibicami z RFN. Tyle że właśnie stadion stał się miejscem spotkań rodzin i znajomych, którzy nie widzieli się latami. Punktami kontaktowymi były toalety na stadionie i nawet funkcjonariusze STASI, których w tej grupie wybranych kibiców nie brakowało, nie mogli temu zapobiec. Wielu Niemców z NRD w ogóle na mecz nie poszło, od razu łącząc się z rodzinami. Inni uciekli po meczu. Miejsca na trybunie honorowej zajeli między innymi: kanclerz Helmut Schmidt, jego następca Helmut Kohl i wielu innych polityków. NRD zagrała w niebieskich koszulkach zachodnioniemieckiej firmy Adidas ale bez żadnych znaków fabrycznych, poza charakterystycznymi numerami na plecach. Niebieski kolor w NRD kojarzył się z FDJ, związkiem młodzieży, odpowiednikiem ZSM w Polsce i Komsomołu w ZSRR. To nie był związek przypadkowy. RFN wybiegła w koszulkach białych firmy Erima. To nie dowiary ale w sprzęcie Adidasa wcześniej grała NRD niż RFN, tyle że wolała się tym nie chwalić. Większość piłkarzy obydwu drużyn miała na nogach buty tej firmy. Mecz kończył rozgrywki grupy A i nie stał na wysokim poziomie. RFN pokonała wcześniej Chile i Australie a NRD zdobyła punkty za zwycięstwo nad Australią i remis z Chile. Obydwie drużyny miały więc zapewniony awans do następnej rundy ale od wyniku pojedynku zależało, kto zajmie pierwsze i drugie miejsce w grupie. Zwycięzca trafiał na Argentyne, Brazylie i Holandie, czego nikt nie chciał. Jednak dla RFN mecz był środkiem a dla NRD- celem. Drużyna Franza Beckenbauera nie wysilała się, zresztą trener Schön nie wystawił nawet wszystkich najlepszych zawodników. Przeciwnik walczył, chociaż mecz nie był ani brutalny, ani nawet ostry. Na 13 minut przed końcem Sparwasser minął w polu karnym Höttgesa, nie zdążyli mu przeszkodzić Vogst ani Meier i strzelił jedynego, zwycięskiego gola. W drugiej rundzie NRD nie wygrała żadnego meczu ale to nie było ważne. Po powrocie do Berlina piłkarze zostali przyjęci przez Ericha Honeckera. Wszyscy otrzymali ordery, nagrody rzeczowe oraz pieniądze- po tysiąc zachodnioniemieckich marek za każdy zdobyty punkt na mistrzostwach. Sparwasser został ,,Człowiekiem Roku 1974” w NRD. W 1988 r. Sparwasser wyjechał na turniej halowy do Saarbrücken i do NRD już nie wrócił. Został trenerem juniorów Eintrachtu Frankfurt a następnie SV Darmstadt. Kilkanascie miesięcy później runąłmur berliński i nikt już piłkarza nie prześladował. Młodszy od niego Lutz Eigendorf, który uciekł do Niemiec Zachodnich z klubu STASI Dynama Berlin i grał dla Kaiserslautern, zginął w wypadku samochodowym. Kiedy otworzono archiwa STASI, okazało się że wypadek został zaplanowany a inspirował go szef STASI Erich Mielke. Z takim protektorem Dynamo Berlin przez 10 lat z rzędu zdobywało mistrza NRD i nikt nie mówił o korupcji. Napis na grobie, o jakim mówił Sparwasser ,,Hamburg Weltmeisterchaft 1974” na pewno następnym pokoleniom nic nie powie. Trzeba im wyjaśniać o co chodzi.
7
Prezent dla Honeckera:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
3
@astralny O prosze! Takiej historii z podstawówki to się nie spodziewałem! W mojej podstawówce czegoś takiego nie praktykowano ale oczywiście między kolegami się rozmawiało o mundialu. Co do samych mistrzostw i tamtych lat to masz racje - to były piękne czasy, zwłaszcza dla takiego dziecka jak ja. Osobiście mam uraz do Piechniczka że zmarnował potencjał znakomitego Andrzeja Szarmacha. Popularny ,,diabeł" pokazał na co go stać w meczu o 3 miejsce, a powinien wystąpić bezwzględnie w półfinale z Włochami, zwłaszcza że nie mógł zagrać ,,Murzyn" Boniek. Koniec końców i tak osiągneliśmy sukces, na dzisiejsze czasy niebotyczny i nieosiągalny sukces!
9
W końcu wygrywamy(!) i to jak!
22 czerwca 1982 r. Polska pokonała Peru 5:1 w swoim trzecim meczu na mundialu España 1982. Po dwóch bezbramkowych remisach z Włochami i Kamerunem Polacy musieli pokonać Peruwiańczyków, by awansować z grupy. Każdy inny wynik oznaczał koniec udziału Biało-Czerwonych w mistrzostwach i powrót do kraju. Do przerwy utrzymywał się bezbramkowy remis, co prawda w pierwszej połowie Zbigniew Boniek strzelił gola ale sędzia Lamberto Rubio Vazquez z Meksyku gola nie uznał dopatrując się pozycji spalonej Włodzimierza Smolarka. Po przerwie Polacy zagrali jednak koncertowo. Najpierw w 55 min. gola zdobył Włodzimierz Smolarek, w 58 m.in. podwyższył prowadzenie Grzegorz Lato, w 61 min. na listę strzelców wpisał się Zbigniew Boniek, w 68 min. Czwartą bramkę dla Polski zdobył Andrzej Buncol, natomiast w 76 min. piątego gola dla Biało-Czerwonych zdobył Włodzimierz Ciołek, który na boisko wszedł trzy minuty wcześniej zmieniając Włodzimierza Smolarka. Honorowego gola dla rywali zdobył w 83 min. meczu La Rosa i Polska rozgromiła Peru 5:1. Zwycięstwo z Peru nie tylko dało Polakom awans z pierwszego miejsca w grupie, ale także było początkiem drogi po drugi w historii naszej reprezentacji medal piłkarskich mistrzostw świata. Na mundialu w Hiszpanii Polacy zajęli trzecie miejsce i zdobyli srebrne medale (za zdobycie drugiego miejsca wręczano wówczas medale pozłacane, a za zajęcie czwartego - brązowe). Warto podkreślić, że ten ogromny sukces i jak na razie ostatni naszej pierwszej reprezentacji piłkarskiej został odniesiony w trudnych czasach. W Polsce wciąż obowiązywał stan wojenny wprowadzony 13 grudnia 1981 r.
Mnie osobiście nie dotykał stan wojenny, gdyż byłem dzieckiem ale najważniejsze jest to że ten mecz z Peru był moim trzecim oglądanym meczem naszej reprezentacji jaki pamiętam(pierwszy z Włochami) i to dość dobrze pamiętam, zwłaszcza drugą połowe, gdzie w końcu rozwiązał się worek z golami…
@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
12
Feliz cumpleaños panie Evaristo! Z okazji 92 urodzin.
22 czerwca 1933 r. urodził się legendarny napastnik FC Barcelony Evaristo de Macedo. Brazylijczyk Evaristo grał w drużynie Dumy Katalonii w latach 1957-62 i wciąż, nawet 50 lat później, jest pamiętany jako jeden z najlepszych zawodników, którzy mieli okazję grać w bordowo-granatowych barwach. Zawodnik ten zdobył dwa mistrzostwa Hiszpanii, jeden Puchar Króla oraz dwukrotnie sięgał po Puchar Miast Targowych. Evaristo strzelając 178 goli w 226 meczach jest najskuteczniejszym Brazylijczykiem w historii klubu. Jest on także jednym z niewielu, którzy bezpośrednio po przygodzie w Barcelonie udali się do Madrytu, aby grać w szeregach odwiecznego rywala. Mimo to, de Macedo, niezmiennie jest bardzo mile i ciepło witany w stolicy Katalonii. Jego bilans jeszcze w barwach Blaugrany w spotkaniach przeciwko „ Los Blancos” to 5 goli w 7 meczach.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_