9

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

8 lipca 1961 r. urodził się Janusz Nawrocki, pomocnik. Papierosy szkodzą zdrowiu ale Janusz Nawrocki nie jest dobrym przykładem potwierdzającym tę słuszną teze. Jak wielu innych piłkarzy namiętnie palił, co nie zmienia faktu że na boisku zawsze zasuwał za dwóch albo i trzech, zarówno w klubie, jak i reprezentacji, no i w piłke skończył grać grubo po 40-tce. W czasach jego kariery świadomość o szkodliwym wpływie nikotyny na zdrowie była znacznie mniejsza niż dzisiaj. ,,Większość piłkarzy paliła. Jeżeli ktoś był dobrze wytrenowany, dawał sobie rade a ja na boisku ciągle zapindalałem jak mały samochodzik. Nikt mi nie zarzuci że się oszczędzałem.”- podsumowuje pan Janusz. Wisła Kraków była jego domem, w niej nauczył się futbolu. ,,Ojciec zawsze mi powtarzał: ,,Jeśli chcesz grać, czekaj na swoją szanse, na kartki, na kontuzje innych a jeśli już wejdziesz na boisko, to pokaż co potrafisz! Później niech się trener martwi na kogo stawiać”. Z Wisłą rozstałem się zanim zadebiutowałem w reprezentacji. Ja już wcześniej chciałem odejść ale odrabiałem wojsko w milicji, więc mnie to trzymało. Spadek w 1985 r. stał się dodatkowym bodźcem. Nie chciałem grać w drugiej lidze, choć pół roku i tak w niej spędziłem. Trzymał mnie kontrakt.”- wspomina Nawrocki. To była dość niezwykła drugoligowa drużyna bo występowali w niej wciąż bardzo dobrzy piłkarze, byli reprezentanci Polski a nawet medalista mistrzostw świata – Jan Jałocha a także Marek Motyka, Leszek Lipka, Michał Wróbel i jeszcze wielu innych uznanych ligowców. ,,Ten spadek ciągle nie daje mi spokoju. Byliśmy zbyt dobrą drużyną żeby spadać. Nawet po wielu latach próbowałem dociec dlaczego tak się stało. Analizowałem różne fakty. Prawdy pewnie nigdy nie poznamy. Obiło mi się o uszy że kilka meczów niektórzy puścili ale ciągle nie wiem czy to jest prawda.

W każdym razie ja mam czyste sumienie, byłem wtedy młody i nawet gdyby coś podobnego się działo, starsi nie wciągnęli by mnie w takie sprawy.”- przypuszcza pan Janusz. Wówczas Nawrocki intensywnie pracował nad zmianą klubu. ,,Wciąż miałem dobre relacje z Lenczykiem i właśnie on polecił mnie Alojzemu Łysko, który prowadził GKS Katowice. Szybko się dogadałem, była przerwa zimowa a ja klub mogłem zmienić dopiero po zakończeniu sezonu. Przez pół roku musiałem kiblować. Siedziałem w Katowicach, nielegalnie grałem w sparingach w zespole rezerw bo musiałem dbać o forme. Byłem już zawodnikiem GieKsy ale ciągle nie mogłem grać. Z wytęsknieniem czekałem na nowy sezon.”- wspomina Nawrocki. W GieKsie zapracował na solidną marke. Ślązacy w szatni i na trybunach docenili jego zaangażowanie. Walczył na każdych warunkach, miał serce do biegania. ,, Z przodu grali Furtok, Koniarek i Kubisztal. Jeden szybszy od drugiego. Gdy odebrałem piłke na środkowym kole i zagrałem ją do przodu, to w trzech się ścigali, który pierwszy do niej dopadnie a potem trener miał pretensje że nie mnie pod polem karnym rywali. Nie było takiej opcji, nawet teoretycznie bo ja dopiero startowałem od zera a oni, urodzeni szybkościowcy, byli już w pełnym biegu.”- tłumaczy Nawrocki. W kadrze rozegrał w sumie 23 mecze, wszystkie u Andrzeja Strejlała, w jednym nawet z opaską kapitana. Dwukrotnie był blisko awansu na mistrzowską impreze ale zawsze czegoś brakowało. Andrzej Strejlał do tej pory sugeruje że kilku naszych zawodników świadomie mogło się nie przyłożyć do solidnego grania, choć wszelkie szczegóły pozostają w sferze niemożliwych do zweryfikowania domysłów. Ważnym argumentem było zachowanie Nawrockiego, który schodząc w końcówce meczu ze Szwedami z boiska przy stanie 0:2, zdenerwowany miał rzucić kąśliwą uwagę że nie da się wygrać w ośmiu. ,,Całkiem możliwe że coś takiego powiedziałem. Dziwnie ten mecz wyglądał z naszej strony, choć akurat ze Szwedami zawsze gra się bardzo ciężko, oni są świetnie zorganizowani. Nic więcej nie potrafie powiedzieć, zwłaszcza po tylu latach.”- wspomina nasz bohater. Ostatni raz w kadrze zagrał z Irlandią w kwalifikacjach EURO 1992. Polacy zremisowali w Poznaniu 3:3, choć było już 1:3. Pięknie gonili wynik ale do awansu nie wystarczyłoby im nawet zwycięstwo. Za remis z Irlandią polscy piłkarze dostali premie ale Nawrockiego pominięto. ,,Już nigdy nie zagrałem w reprezentacji bo media krytykowały że powoływany jest piłkarz z drugiej ligi austriackiej a ja wtedy naprawdę dawałem rade. Byłem topowym zawodnikiem w tej drugiej lidze, grałem regularnie. Zresztą z Mödling awansowałem do elity i jeszcze pograłem tam 3 sezony. Gdy jeszcze grałem w Ruchu Chorzów, spotkałem Strejlała i powiedziałem mu o tej premii za mecz z Irlandią. Był bardzo zaskoczony, nie mógł uwierzyć i na tym się skończyło. Do dzisiaj mi nie zapłacili, czego nie rozumiem tym bardziej że również nigdy nie zostałem zaproszony na mecz kadry, nikt nie zaproponował mi żadnego biletu. Było EURO w Polsce, były różne mecze. Nie mówię że byłem wybitnym reprezentantem ale taki gest mogli wykonać, zwłaszcza że są mi winni kase!”- wspomina po latach pan Janusz.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

Wybitne legendy urugwajskiego futbolu:

8 lipca 1897 r. urodził się Isabelino Gradin, napastnik. Gradin żył bardzo krótko, zaledwie 47 lat, lecz już za życie przeszedł do legendy. Wołano na niego po prostu Isabel. Zaczynał w 1914 r. w małym klubiku Agraciada, najlepsze lata spędził w słynnym Peñarolu, potem był dumą klubu Olimpia. Karierę zakończył w 1928 r. Karierę piłkarską, bowiem jednocześnie Gradin należał do grona najwybitniejszych lekkoatletów tamtej epoki. Wystarczy powiedzieć że był mistrzem Ameryki Południowej w biegach na dystansie 400 m, na 200 m, na 200, 400 i w sztafecie 4 x 400 m. Niewiele gorzej śmigał przez płotki i z podobnym powodzeniem uprawiał sprint na 100 a nawet biegi średnie na 800 m. Niezwykłe zdolności ruchowe i fenomenalna wydolność fizyczna dawały mu także na boisku futbolowym ogromną przewagę nad większością rywali. Mijał ich niczym slalomowe tyczki, przeskakiwał lekko jak kolejne płotki, Był nie do powstrzymania. Łatwość biegu łączył wszakże z doskonałą techniką i potęgę strzału. Rozwijając nawet największą szybkość potrafił piłkę utrzymać krótko przy nodze. Strzelam zaś na ogół w ruchu, ściągając piłkę z powietrza i waląc z pełną mocą z woleja. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie oglądano, to też ,, na Gradina" chodziły tłumy a że do tego był miły, skromnym chłopcem o ujmującym uśmiechu, stał się idolem absolutnym wszystkich kibiców. Jego imieniem nazywano kluby zarówno w Urugwaju (Barrio Olympico), jak i na przykład w Chile. Gradin jest dwukrotnym zwycięzcą turnieju Copa América(w tym tego premierowego z 1916 roku) gdzie z trzema bramkami na koncie został królem strzelców turnieju. Na tym turnieju w 1916, w wygranym spotkaniu z Chile (4:0) kierownictwo przegranej ekipy złożyło protest, oskarżając Urugwajczyków o nielegalny występ w ich zespole Afrykanów - Gradína oraz Juana Delgado. Ostatecznie, apelacja została wycofana, a skruszeni działacze Chile przeprosili za swój protest. Gradin rozegrał dla reprezentacji Urugwaju 23 spotkania, w których strzelił 9 goli.

@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360

8

Towarzyska Gira Sudamericana:

8 lipca 1962 r. FC Barcelona remisuje z Barcelona de Guayaquil 1:1 w towarzyskim turnieju rozgrywanym w Ameryce Południowej.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

@FCBparasiempre
6 lipca 1991 r. rozpoczęła się 35-ta w historii edycja Copa America. Po raz kolejny gospodarzem imprezy było Chile. Tym razem były to pierwsze rozgrywki transmitowane przez satelitę na cały świat. Telewizyjny przekaz docierał także do Polski. Brazylijska firma „Traffic” wykupiła prawa do transmisji za 1,7 miliona dolarów. Turniej zorganizowano w kilku miastach. Uczestników podzielona na 2 grupy. W pierwszej zmierzyły się Argentyna, Chile, Paragwaj, Peru i Wenezuela; w drugiej Brazylia, Urugwaj, Kolumbia, Ekwador i Boliwia. Utrzymano też w mocy regulamin sprzed 2 lat, wedle którego po dwie najlepsze drużyny tworzyły pule finałową. Argentyna była zdecydowanym faworytem nie tylko pierwszej grupy ale i całych mistrzostw. Głodna sukcesu(ostatni raz tytuł zdobyła w roku… 1959!) przywiozła do Chile niezwykle silną, doskonale przygotowaną ekipe, którą trenował nowy trener Alfio Basile. Musiał on obyć się bez ,,boskiego” Diego, bowiem wiele zdawało się wówczas wskazywać iż kapryśny Diego na finałach MŚ’90 zakończył przygodę z wielką piłką. W bramce stał bohater sprzed roku, jeden z trzech ludzi, oprócz Maradony i Caniggi, którym dosyć bezbarwna Argentyna zawdzięczała wicemistrzostwo świata. To 27-letni Sergio Goycochea, niezrównany obrońca rzutów karnych, człowiek o sprężystości i refleksie pantery. Na środku obrony niczym latarnia morska trwał od lat godny następca Passarelli, kapitan drużyny Oscar Rugeri. W reprezentacji rozegrał 95 meczów, strzelając bodaj 7 goli. Zdobył mistrzostwo świata 1986 i wicemistrzostwo 1990 oraz Copa America 1991 i 1993. Niezwykle silna, wyrazista osobowość, mocny psychicznie, idealny kapitan i lider zespołu. Obrońca zdecydowany, twardy, sprawny, szybki i nieustannie wspierający atak. Wyżej od niego skakał tylko niezrównany Passarella. W życiu prywatnym cichy, skromny, bez reszty oddany rodzinie a na boisku jego wybuchowy temperament eksplodował niczym gejzer. W pomocy wybijał się zwłaszcza wysoki, jasny szatyn, 22-letni Dario Franco, pracowity, wydajny fizycznie, bardzo pożyteczny dla zespołu i skuteczny w destrukcji. Świetne warunki sprawiały że równie ochoczo włączał się do akcji zaczepnych a głową strzelał silnie i precyzyjnie. Zadania typowo ofensywne spełniał Diego Simeone. Ten utalentowany młodzian to syn Carmelo Simeone, w latach 50-tych i 60-tych doskonałego prawego obrońcy Velezu, Boca i reprezentacji. Jednak młody Diego dziedzicząc w prostej linii futbolową tradycje, skalą zdolności chyba przerósł ojca. Znakomity technik i strzelec, zwrotny, szybki, momentami nadużywał dryblingu, zapominając o czekających na podanie partnerach. Kiedy zdołał poskromić wybujały egoizm, jego wielkie umiejętności grały na korzyść drużyny. To był typ piłkarza zdolny jedną niekonwencjonalną akcją przesądzić losy meczu. Dosyć nieoczekiwanie wielką rewelacją i odkryciem tego turnieju okazał się dokoptowany niemal w ostatniej chwili Leonardo Rodriguez. 20-letni chłopak miał jedną ceche na wage złota, otóż potrafił zmylić czujność obrońców, błyskawicznie przyspieszyć i w pełnym biegu posłać centre tak dokładną że obsłużonemu w ten sposób partnerowi wystarczyło przyłożyć do piłki noge lub głowe. Jego mierzone dośrodkowania bardzo często otwierały drogę do bramki. Rzecz jasna na tym nie kończyły się walory Rodrigeuza. Umiał mądrze rozegrać piłke w środku pola, zmienić rytm gry a uderzenie posiadał ,,wymowne”. Na chilijskich stadionach rozgrywał życiowe partie.

W ataku Basile dysponował duetem, o jakim może tylko pomarzyć każdy trener. Atuty chyżonogiego Caniggi znane już były całemu światu. Teraz u jego boku pojawił się młodzian równie przystojny, o włosach niewiele krótszych a był nim Gabriel Batistuta. Harmonijnie zbudowany, bardzo sprawny i szybki, wszystkie dodatkowe zdolności podporządkował temu, co stanowi kwintesencje futbolu: zdobywanie goli. Technike strzału doprowadził do absolutnej perfekcji, bez różnicy czy uderzał lewą czy tez prawą nogą, z wolnego, karnego bądź też w pełnym biegu. Mocno trzymający się w ,,siodle” potrafił dopiąć swego, nawet mając na karku napierających na niego obrońców. Podczas turnieju Gabriel trafił z dyspozycją strzelecką w sam punkt i z 6 golami został goleadorem imprezy. Z takimi asami atutowymi trener Basile mógł sobie pozwolić na wszystko. W mniej ważnych meczach dowolnie eksperymentował ze składem. Albicelestes szli niepowstrzymanie od zwycięstwa do zwycięstwa. Grając na ,,ćwierć gwizdka” rozprawiła się 3:0 z Wenezuelą, w twardym boju pokonała 1:0 bardzo tym razem mocne Chile, rozgromiła Paragwaj 4:1 i w rezerwowym składzie nie dała szans Peru(3:2). O drugie premiowane miejsce gospodarze zmagali się z Paragwajem, prowadzonym przez znakomitego ongiś piłkarza, zdobywcę Copa America w 1979, Carlosa Kiee. Teoretycznie zgromadził on całkiem niezłych zawodników na czele z legendarnym Jose Luisem Chilavertem. Mimo to zgranie zespołu szwankowało, obrona interweniowało nerwowo, no i kondycyjnie ,,Guarani” nie wytrzymali trudów imprezy. Wysoka porażka z Chile(0:4) wyrzuciła ich za burte. Jeszcze słabiej zaprezentowało się Peru, grające futbol jak zwykle miły dla oka ale mało zdecydowany a zwłaszcza w obronie niefrasobliwy. Gospodarze turnieju ulegli tylko rewelacyjnej Argentynie, pokonując pozostałych przeciwników. Grali ostro, z ogromną determinacją ale też pokazali naprawdę dobrą, widowiskowa piłke. W ataku szalał postrach wszystkich obrońców na obu kontynentach Ivan Zamorano. Ten napastnik zasmakował już występów w Copa America 1987 ale był wówczas tylko skromnym rezerwowym. Rozgrywka w drugiej grupie była bardziej emocjonująca i obfitowała w nie lada dramaty. Wydawało się że obrońca tytułu Brazylia, poradzi sobie łatwo, lecz ekipie Roberto Falcão szło jak po grudzie. Ledwo wymęczyła zwycięstwo z odważną Boliwią, z najwyższym trudem zremisowała z zawsze niewygodnym Urugwajem i gładko(0:2) przegrała z Kolumbią, ku zdumieniu obserwatorów ustępując jej także pod względem techniki. Do nie dawna było to w ogóle nie do pomyślenia! I oto jej losy zawisły na włosku. Dopiero desperacka szarża z kompletnie wyzbytym respektu Ekwadorem zapewniła Brazylijczykom awans. Nie pokazali oni niczego nadzwyczajnego. Komuś, kto przyglądał się szarpaninie, w jaką wikłali się Taffarel, Branco, Mazinho, Marcio Santos, Mauro Silva czy rai, do głowy by nie przyszło iż widzi w akcji przyszłych mistrzów świata. No może najwyżej Mauro Silva pokazał przebłyski wielkiego talentu. Lansowany na ,,drugiego Falcão” Neto zawiódł na całej linii. W ataku najgroźniejszy był grubonogi João Paulo, puszczający się w samotne długie rajdy. Jego pięknie zapowiadającą się karierę we włoskim Bari przekreśliło złamanie nogi. Do ostatniej chwili Brazylii zagrażał Urugwaj, chociaż ten niczym nadzwyczajnym nie zachwycił. Z kolei Kolumbie prowadził tym razem nie trener Maturana, lecz Luis Garcia. Miał wszelako ułatwione zadanie bowiem ,,odziedziczył” aż 10 zawodników występujących w Copa America przed dwoma laty. U boku Higuity, perei, Escobara, Alvareza, Valderramy i de avili pojawili się właściwie dwaj nowi nader obiecujący zawodnicy. Czarnoskóry Freddy Rincon oraz młodziutki, ledwie 19-letni Ivan Valenciano. Ma się rozumieć iż gra Kolumbijczyków obracała się wokół alfy i omegi zespołu, czyli Carlosa Valderramy, rozdzielającego piłki z matematyczną dokładnością. Wpadka z Urugwajem nie zmieniała faktu że to właśnie Kolumbia była najlepszym teamem rugiej grupy i ona też, wraz z Brazylią przeszła do puli finałowej dzięki korzystniejszej różnicy bramkowej, bowiem wszystkie 3 drużyny zebrały po 5 punktów. Jeszcze słowo należy się ambitnym jedenastkom Ekwadoru i Boliwii, grającym naprawdę lepszy futbol niż wskazywałyby na to miejsca w ostatecznej punktacji. Twarda Boliwia tyle wysiłku włożyła w zaszczytne remisy z Urugwajem i Kolumbią że świeższy na finiszu Ekwador rozłożył ją 4:0. Tak oto uformowała się finałowa czwórka: Argentyna, Brazylia, Chile i Kolumbia. Teraz już każdy musiał grać z każdym. Widownie Estadio Nacional rozgrzał szczególnie pasjonujący mecz dwóch kolosów- trzykrotnego mistrza świata z dwukrotnym. Bohaterem tego dramatycznego spotkania był skromny Dario Franco. Dwukrotnie po idealnych centrach Rodrigueza skakał wyżej od Ricardo czy Santosa i dwukrotnie piłka lądowała obok bezradnego Taffarela. Wprawdzie Branco w typowy dla siebie sposób huknął z rzutu wolnego z odległości ponad 35 metrów ale przypomniał o sobie najlepszy snajper turnieju Batistuta i było 3:1. João Paulo tylko zmniejszył rozmiary porażki(3:2). Brazylia przegrała po zażartej walce; sędzia z Paragwaju wyrzucił z boiska Caniggie i Enrique oraz Mazinho, Marcio Santosa i Carece! Ale wreszcie zagrała w stylu chociaż cokolwiek przypominającym dawnych ,,Canarinhos’ i to był pozytywny przełom, chociaż przyszedł trochę zbyt późno. Podopieczni Falcão złapali drugi oddech i bez nadmiernych problemów uporali się zarówno z Chile, jak i z Kolumbią. Rozkręcili się Branco, Luis Enrique i niezwykle dynamiczny obrońca Cafu, zaś Renato Gaucho z Botafogo zamaszystymi zwodami wprost ośmieszał obrońców przeciwnika. Jednak argentyńska maszyna też nie zwalniała obrotów. Minimalnie tylko zacieła się w bezbramkowym meczu z gospodarzami, którzy dosłownie gryźli trawe Estadio Nacional, co zresztą przypłacili ogromnym ubytkiem sił ale już z Kolumbią ,,Albicelestes” udowodnili że nie mają godnych siebie rywali. Podczas rzęsistego deszczu, na grząskiej rozmytej murawie, taplając się w wodzie i błocie, pokazali futbol piękny i skuteczny. Kolumbijczycy nie chcieli pozostać dłużni. I oto na koniec imprezy, obie drużyny zafundowały 50-tysięcznej publiczności oraz milionom telewidzów wspaniałe widowisko. Valderrama popisywał się techniką zgoła baśniową; odebranie mu piłki graniczyło z nieprawdopodobieństwem. Szczwany lis Basile zalecił więc swoim graczom przemyślana taktykę. Kolumbijskiemu wodzirejowi pozostawiono ograniczoną swobode, obstawiając za to jego partnerów i przechwytując kierowane do nich podania. ,,Żółto-niebiescy” grali elegancki, estetyczny futbol, co skłoniło któregoś z obserwatorów do uwagi: ,,Tak właśnie grali Brazylijczycy ale to było 30 lat temu…”. Argentyńczycy paradoksalnie rzadziej utrzymywali się przy piłce, lecz nigdy nie stracili kontroli nad sytuacją. W razie potrzeby przyspieszali i błyskawiczna wymiana podań, jeden przerzut do Caniggi czy Batistuty momentalnie stwarzały zagrożenie pod bramka Higuity. Zderzyły się dwa style: subtelny, miękki, lekko archaiczny i pragmatyczny, nowoczesny, choć też nie pozbawiony nieco surowej urody. 2:1 dla Argentyny nie pozostawiało złudzeń, ,,co jest grane” we współczesnym futbolu. Team Basilego zademonstrował taką klase że komentatorzy szeptali o narodzinach wielkiego zespołu, który właśnie wyruszył na podbój świata i któremu, podobnie jak w 1978 i 1986, nikt nie stawi czoła. Tak więc Argentyna o jeden punkt nad Brazylią triumfuje po raz 13-sty w historii Copa America.


9

Argentina! Argentina Campeones!(czytajcie kochani w odpowiedzi na mój komentarz):
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360

0

@Eto'o9 R10 No z przykrością musze się z tobą nie zgodzić w tej kwestii ale jedno nie ulega wątpliwości: To są ikony FC Barcelony i zawsze należy o nich wspominać, zwłaszcza każdy szanujący się cule!

9

Jedyny triumf nad „Canarinhos”:

Polska pokonała na mistrzostwach świata Brazylie 1:0! 6 lipca 1974 reprezentacje Polski i Brazylii wybiegły na Olympiastadion (Stadion Olimpijski) w Monachium, gdzie na oczach ponad 70 tysięcy widzów miały zagrać o honorowe, trzecie miejsce w turnieju. Polacy przystępowali do tego spotkania kilka dni po przegranym 0:1 meczu z RFN, który ze względu na fatalne warunki atmosferyczne przeszedł do historii jako “Mecz na wodzie”. Eksperci długo zastanawiali się jeszcze po tym spotkaniu jaki mógłby być rezultat, gdyby mecz odbył się w normalnych warunkach, bowiem Polaków jako rewelację turnieju uznawano za jedną z nielicznych drużyn, które były w stanie pokonać reprezentację RFN. Stało się jednak inaczej, lecz nasi reprezentanci wciąż walczyli o historyczny i wyjątkowy sukces. Spotkanie z Brazylią odbywało się w godzinach popołudniowych i w skrajnym upale. Uczestnicy tamtego meczu wspominają, że warunki były iście tropikalne a temperatura znacznie przekraczała 30 stopni Celsjusza. Brazylijczycy przystępowali do spotkania mimo wszystko w roli faworytów i liczyli na stosunkowo szybkie rozprawienie się z reprezentacją Polski, lecz ta mimo trudów turnieju oraz panującego upału, stawiała przeciwnikowi twarde warunki, zwłaszcza w środkowej strefie boiska. Efekt był taki, że mimo optycznej przewagi “Canarinhos”, w trakcie pierwszej połowy spotkania obie drużyny stwarzały sobie porównywalnie groźne sytuacje, lecz nie zbliżyły się specjalnie do otworzenia wyniku. Groźniejsze sytuacje przyniosła druga połowa, w której do głosu coraz bardziej dochodzili Brazylijczycy, lecz w bramce doskonale spisywał się Jan Tomaszewski, broniąc choćby groźne uderzenie Valdomiro, po tym jak ten urwał się prawym skrzydłem i uderzał niebezpiecznie z ostrego kąta. W 71 minucie spotkania Henryk Kasperczak musiał ratować się faulem taktycznym, długo przytrzymując próbującego urwać się na naszą bramkę Mirandinhę. Za to przewinienie otrzymał żółtą kartkę, a trener Górski obawiając się wykluczenia swojego podopiecznego z boiska szybko dokonał zmiany. Kilka minut później wydarzyła się najważniejsza sytuacja tego spotkania, gdy Zygmunt Maszczyk przejął piłkę i doskonałym podaniem uruchomił Grzegorza Lato. Ten ruszył z własnej połowy i nie decydując się na uruchomienie łapanego przez brazylijską defensywę na spalonego Zdzisława Kapki, sam wypuścił sobie piłkę na dobieg i ubiegł obrońcę, umieszczając futbolówkę w siatce strzałem po długim słupku, obok bezradnego Leao. W kolejnych minutach Polacy dbali o defensywę i kontrowali, lecz Lato przegrał dwie kolejne sytuacje sam na sam z brazylijskim golkiperem. Ostatecznie Polska wygrała tamto spotkanie 1:0 i została trzecią drużyną świata, zdobywając za ten triumf srebrne medale, bowiem dla wicemistrzów świata przypadały wtedy medale pozłacane.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

10

Wotum nieufności wobec Laporty:

6 lipca 2008 r. odbyło się referendum dotyczące odwołania Joana Laporty. Jego inicjatorem był Oriol Giralt, jeden z socio klubu. 60,6 % socios było za dymisja Laporty ale wniosek o wotum nieufności musiał przejść większością 2/3 głosów i tym samym upadł. Laporta zdecydował się na pozostanie w klubie. W 1998 r. obecny prezydent znajdował się po drugiej stronie barykady i pragnął odwołać ówczesne władze. ,,Nuñez powinien zrezygnować w imie demokracji”- mówił wówczas Laporta, gdy wniosku nie poparła wymagana większość socios.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

0

@Eto'o9 R10 Jeśli chodzi o napastników to właśnie tacy piłkarze jak Paulino Alcantara, Cesar Rodriguez czy wreszcie Ladislao Kubala byli bardzo wyjątkowi, wręcz genialni na swoich pozycjach. Nie uważam że Ronaldo i Messi byli od nich lepsi, jedynie pobili rekordy. A powodem pobicia rekordów był dłuższy okres grania i większa ilość przeciwników(czytaj meczów).

10

Wybitne legendy Dumy Katalonii:

6 lipca 1920 r. w Leon urodził się genialny napastnik Cesar Rodriguez Alvarez. Piłkarz momentami niedoceniany ale z ogromnym talentem i z pewnością jeden z najlepszych piłkarzy, jacy kiedykolwiek występowali w FC Barcelonie. Cesar w barwach Blaugrany zaliczył 433 występy, strzelając 294 gole. W samej tylko La Liga Cesar uzbierał 190 goli, co jest drugim wynikiem w historii Blaugrany po Lionelu Messim. W roku 1939 Cesar Rodriguez przeszedł z małego klubiku Frente Leon do wielkiej FC Barcelony, by tam podwyższać swe umiejętności. W chwili przekroczenia budynków klubowych, młody Hiszpan z pewnością nie zdawał sobie sprawy że to właśnie tutaj spędzi najlepsze chwile życia. Jego debiut w drużynie nieco się opóźnił, za sprawą obowiązków wobec armii. Mimo że oficjalnie był zawodnikiem Barçy, grał na wypożyczeniu w Granada CF, gdzie w 1941 pomógł małemu klubowi w awansie do Primera Division a rok później oficjalnie zadebiutował w La Liga w barwach FCB. Już w trakcie pierwszego sezonu młodzian pokazał się z bardzo dobrej strony. W meczu z CD Castellon(7:3) udało mu się aż 6-krotnie(!) pokonać bramkarza rywali. Ostatecznie zakończył ligowe zmagania na drugiej pozycji w tabeli strzelców La Liga a jego najlepszy okres właśnie nadchodził… Po powrocie w 1942 r., Cesar musiał czekać aż 3 lata aby zatriumfować z Blaugraną w Primera Division. Dopiero rok 1945 dał jemu i drużynie upragnione mistrzostwo. Rok później doprowadził katalońską jedenastke do finału Copa del Generalismo, w którym strzelił 2 gole Realowi Sociedad, dając swojej ekipie ostateczne zwycięstwo. Kolejny sezon był przełomowy; właśnie wtedy, wraz z Basorą, Kubalą, Manchonem i Moreno, stworzył zabójczą linie ataku, która zapewniła klubowi aż 5(!) tytułów w ciągu zaledwie jednego sezonu 1951/52. Mimo tak doborowego towarzystwa, Cesar nadal świecił własnym blaskiem, strzelając gola w doliczonym czasie finału Copa del Generalismo z Valencią, który ostatecznie zakończył się wynikiem 4:2 dla Katalończyków. Udało mu się także zdobyć jedynego gola w finale z OGG Nice w Copa Latina.

Niestety, wszystko co piękne szybko się kończy. Cesar musiał w końcu opuścić Dume Katalonii, gdyż nikt nie mógł mu tam zapewnić miejsca w podstawowym składzie a taki snajper nie może przecież przesiadywać na ławce rezerwowych. Po dwóch drobnych epizodach w mało znaczących klubikach, przeszedł do Elche CF i tam również osiągał sukcesy. Najpierw jako gracz a później jako grający trener poprowadził swój zespół z 4 ligi aż do samej Primera Division! Spędził tam jeszcze sezon prowadząc już jako normalny trener, lecz nie zawojował La Ligi. W ciągu 7 lat Cesarowi udało się zaliczyć niezbyt imponującą ilość występów w reprezentacji Hiszpanii. Między 1945 a 1952 rokiem 12 razy wystąpił w kadrze ,,La Roja”. Należy jednak pamiętać iż w tamtych czasach reprezentacje europejskie nie rozgrywały tylu meczów co dzisiaj. Jednak za to Rodriguez może się pochwalić powołaniem na mistrzostwa świata rozgrywane w Brazylii w 1950 r. Po pierwszych doświadczeniach w roli trenera, Cesar przejął zespół Realu Saragossa i ponownie osiągnął wspaniałe rezultaty, jak na możliwości klubu. W dwóch kolejnych sezonach był odpowiednio czwarty i piąty. Udało mu się także dojść do finału Copa del Generalismo, gdzie został pokonany przez swoją ukochaną Barçe. Niezłe wyniki i styl, w jakim grała Saragossa zwróciły uwagę działaczy Katalończyków na Cesara. W krótkim czasie powierzono mu drużynę, w której odniósł wiele sukcesów, lecz tym razem nie poszło mu tak dobrze i po 85 meczach dano mu do zrozumienia iż powinien odejść. Cesar Rodriguez jako piłkarz zdobył z Blaugraną 5 mistrzostw Hiszpanii, raz udało mu się zgarnąć nagrodę ,,Pichichi”(w 1949, 28 goli), dwukrotnie wygrał Copa del Generalismo oraz triumfował w wielu mniej prestiżowych turniejach. Z pewnością można o nim powiedzieć że był człowiekiem sukcesu i pozostanie w pamięci cules jako jeden z najwybitniejszych napastników Dumy Katalonii.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

Legendy argentyńskiego futbolu:

5 lipca 1901 r. urodził się Julio Libonatti. Grał na pozycji napastnika i mógł grać na dowolnej pozycji w ataku. Piłkarz o dużej inteligencji, jakości, szybkości i umiejętnościach, wyróżniał się precyzyjnymi strzałami i skutecznością przed bramką. Był znany jako ,,El Matador”. Karierę rozpoczął w szeregach Newell's Old Boys w wieku 16 lat, debiutując w Nicasio Vila Cup (liga piłkarska Rosario) w roku 1917. W kolejnej edycji tego turnieju zdobył swój pierwszy tytuł z Newell’s wyrywając trofeum z Rosario Central. W 1921 roku „Trędowaci” zakończyli wspaniały sezon, zdobywając kolejny Puchar Nicasio Vila i Puchar Ibarguren. W lokalnych rozgrywkach przegrali tylko jeden mecz i mieli pięć przewagi nad swoim bezpośrednim prześladowcą, Tiro Federal Argentino. W Pucharze Ibarguren pokonali Huracán 0:3, a Libonatti zamknął wynik w 44. minucie. W kolejnej kampanii odnowili ligę Rosarina przed Nacionalem i Belgrano, choć przy tej okazji Huracán zemścił się za poprzedni finał w „Ibarguren Cup” i pokonał ich 1:0 w dogrywce. W ostatnich latach spędzonych w koszulce Newell’s nie poprawił swojego rekordu, chociaż nadal z łatwością trafiał do siatki, pozostawiając ostatni bagaż drużynie Rosario, która zdobyła 78 goli w 141 meczach. W 1925 roku prezydent Turynu Enrico Maroni był entuzjastycznie nastawiony do gry Libonattiego podczas podróży do Argentyny i złożył ofertę podpisania kontraktu z napastnikiem, która została przyjęta. Tym samym stał się pierwszym piłkarzem przeniesionym na Stary Kontynent i otworzył europejskie drzwi licznym rodakom, którzy później poszli w jego ślady. Napastnik, którego rodzice byli Włochami, ale pod koniec XIX wieku wyemigrował do Argentyny, szybko uzyskał obywatelstwo włoskie. W barwach Turynu zadebiutował 4 października 1925 roku w meczu z Brescią przebijając siatkę drużyny przeciwnej. W swojej pierwszej kampanii strzelił 18 goli w 22 meczach, a Torino zajęło drugie miejsce. W sezonie 1926-1927 wspaniały trójząb utworzony przez Baloncieriego, Rossettiego i Libonattiego przyprawiał o ból głowy przeciwną obronę, a Turyn po prowadzeniu Grupy B Dywizji Narodowej zdominował rundę finałową i miał dwa punkty przewagi nad Bologną, zdobywając trofeum mistrza Włoch. Radość nie trwała jednak długo, gdy tytuł został wycofany po sprawie Allemandiego. Torino pokonało Juventus 1:2, ale kilka dni wcześniej menadżer skontaktował się z obrońcą Juventusu Luigim Allemandim i zaproponował mu 50 000 funtów za ustawienie meczu. Włoska Federacja Piłki Nożnej i jej prezes Leandro Arpinati pozbawili Turyn ligi i ogłosili nieważność mistrzostw w tym sezonie. W następnym roku, z całą legitymizacją, „Il Toro” wygrał ligę, pokonując Genuę i Juventus w ostatniej fazie grupowej. Libonatti został ogłoszony „capocannoniere” z 35 golami, a zespół prowadzony przez De Tony'ego Cargnellego, w skład którego wchodzili tacy ludzie jak Franzoni, Rossetti, Baloncieri, Sperone, Colombari i Feliciano Monti, zdobył pierwszy w swojej historii tytuł mistrzowski. W 1929 roku walczyli o utrzymanie mistrzostwa kraju, ale musieli zadowolić się wicemistrzem. Odbył się dwumeczowy finał pomiędzy Bolonią a Turynem, który trzeba było rozstrzygnąć w powtórce. W Bolonii gospodarze wygrali 3:1, a gola dla Torino strzelił Libonatti. W rewanżu El Toro wygrał minimalnie po golu Włocha-Argentyńczyka w połowie drugiej połowy. Powtórkę rozegraną w Rzymie Bologna wygrała golem w końcówce pojedynku.

Począwszy od 1930 roku, wraz z utworzeniem Serie A, wyniki Il Toro spadły, a szanse na walkę o tytuł zmalały. Libonatti strzelił 14 goli w 1931 i 16 w 1932, ale w kolejnych sezonach nie przekroczył dziesięciu. „Matador” opuścił Turyn w 1934 roku ze znakomitymi statystykami: 150 goli w 239 meczach. Kolejnym celem jego podróży była Genua. W drużynie Griffon spędził dwa sezony, najpierw w Serie B, a następnie w najwyższej kategorii, gdzie zajął jedenaste miejsce. Strzelił 7 goli w 27 meczach i dzielił szatnię z węgierskim trenerem Gyorgym Orthem czy Argentyńczykami Mario Evaristo, Guillermo Stábile i Rodolfo Orlandini. W 1937 r. wyjechał do Rimini, gdzie w kampanii 1937-1938 łączył pracę na boisku z ławkami rezerwowych. Zespół zajął 5. miejsce w Serie C. Libonatti przeszedł na emeryturę pod koniec sezonu. W reprezentacji Argentyny występował 15 razy na arenie międzynarodowej i strzelił 8 goli w latach 1919–1922. Zadebiutował w „Honor Cup” w 1919 r., gdzie „Albicelestes” pokonali Urugwaj 6:1 hat-trickiem Rosario. W 1920 roku ponownie potwierdzili tytuł po zwycięstwie 1:0 w Buenos Aires, ale „La Celeste” zdobyła dwa pozostałe tytuły, o które regularnie rywalizowała ze swoimi sąsiadami: Urugwajski Puchar Honorowy i Puchar Newtona.
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360

13

Pożegnalny występ wybitnej legendy FC Barcelony:

5 lipca 1927 r. FC Barcelona rozegrała towarzyski mecz z kombinowaną drużyną Espanyolu. To był ostatni mecz legendarnego Paulino Alcantary w barwach Dumy Katalonii. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem ,,Espanyolu” 2:1 a honorowe trafienie dla Blaugrany zaliczył znakomity napastnik Josep Sastre.


Transferowe niewypały:

5 lipca 2010 r. Dmytro Czyhryński został sprzedany do Szachtara Donieck. Ukraiński środkowy obrońca był niespodziewanym transferowym niewypałem Pepa Guardioli pod koniec okna transferowego w 2009 r., krótko po meczu Superpucharu Europy z Szachtarem, w którym występował właśnie Czyhryński. Młody, mało znany zawodnik kosztował aż 25 milionów euro i zarówno prasa, jak i kibice dziwili się decyzji szkoleniowca, który miał nalegać na ten zakup. Ukrainiec rozegrał jednak tylko 14 spotkań przez cały sezon i pomimo nacisków Guardioli, Sandro Rosell zdecydował się przystać na propozycję odkupienia Czyhryńskiego przez Szachtar za 15 mln. aby wartość zawodnika nie spadła jeszcze bardziej. Co ciekawe po powrocie do Doniecka, Dmytro nie wywalczył sobie miejsca w pierwszym składzie. No cóż, jak widać nasz ,,Pepito” jak każdy z nas ma prawo się najzwyczajniej w świecie pomylić…
@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

Artyści kontra wyrobnicy:

4 lipca 2004 r. reprezentacja Grecji sensacyjnie zdobyła mistrzostwo Europy pokonując w finale na Estadio da Luz Portugalie 1:0. Oba zespoły spotkały się już na tym turnieju, tyle że w fazie grupowej. Wówczas lepsi byli piłkarze Hellady, zwyciężając 2:1. Finał to już jednak najwyższy szczebel rozgrywek a finały się wygrywa, nie rozgrywa. W pierwszych minutach meczu inicjatywę przejeli Portugalczycy; strzały Paulety i Cristiano Ronaldo nie sprawiły jednak Nikopolidosowi większych trudności. Do wysiłku zmusił go dopiero Miguel ale i jego uderzenie zdołał sparować grecki golkiper. W rewanżu Charisteas usiłował postraszyć Ricardo ale strzał nie był na tyle niebezpieczny aby mógł poważnie zagrozić portugalskiej bramce. Po pierwszej połowie zatem 0:0. Piłkarze Scolariego w dalszym ciągu atakowali ale poza utrzymywaniem się przy piłce nie potrafili zdyskontować wypracowanej przewagi. Grecy zwarli szyki obronne, ograniczając swoja aktywność w grze jedynie do kontrataków. Po jednej z takich akcji uzyskali rzut rożny. Do narożnika boiska udał się Basinas; chwile potem dośrodkował w pole karne, Charisteas uprzedził Carvalho oraz Andrade i głową wpakował piłke do siatki. To był decydujący cios, który oszołomił gospodarzy. Po tym golu Portugalczycy nie zdołali się już otrząsnąć a tylko cudem uniknęli kolejnej bramki. Szanse na odrobienie strat mieli jeszcze Figo i Ronaldo ale nie potrafili ich wykorzystać. W 85 minucie meczu na boisko wtargnął kibic z szalikiem FC Barcelony i rzucił nim w grającego na co dzień w Realu Madryt Luisa Figo. Pięć minut później było już po meczu. Triumfujący Grecy rzucili na kolana upokorzonych Portugalczyków. Puchar Delaunaya pierwszy raz w historii powędrował pod Akropol.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

@FCBparasiempre
4 lipa 1926 r. w Buenos Aires urodził się Alfredo Di Stefano, ofensywny pomocnik/napastnik, zdobywca Copa America-1947 ; 8-krotny Mistrz Hiszpanii(Real Madryt)-1954, 1955, 1957, 1958, 1961, 1962, 1963, 1964 ; 5-krotny Zdobywca Pucharu Europy(Real Madryt)-1956,1957,1958,1959,60 ; 3-krotny Mistrz Kolumbii(Millonarios FC) – 1941, 1951, 1952 ; Zdobywca Pucharu Króla(Real Madryt)-1962 ; Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(Real Madryt- 1960 ; 2-krotny Mistrz Argentyny(River Plate) – 1945, 1947 ; 2-krotny zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’– 1957, 1959 ; Hiszpański Piłkarz Roku - 1957, 1959, 1960, 1964 ; 2-krotny Król Strzelców Pucharu Europy - 1958, 1962 ; 5-krotny Król Strzelców ligi hiszpańskiej(Real Madryt) - 1954, 1956, 1957, 1958, 1959 ; Król strzelców Ligi Argentyńskiej – 1947; 2-krotny król strzelców Ligi Kolumbijskiej – 1951, 1952. Zdobywca 23 goli w 31 meczach dla reprezentacji Hiszpanii. Zdobywca 6 goli w 6 meczach(!) dla reprezentacji Argentyny. Ogółem zdobywca 555 goli w 697 oficjalnych meczach. Alfredo Di Stefano to jeden z najlepszych piłkarzy wszechczasów, słynący z wszechstronności, inteligencji na boisku i skuteczności. Był głównym liderem słynnego madryckiego składu, który w latach 50-tych i 60-tych zdominował hiszpańską i europejską piłkę. Jest jednym z najwybitniejszych piłkarzy Realu Madryt i całej hiszpańskiej ligi, a grało ich tam nie mało. Przez dziesięciolecia był najskuteczniejszym napastnikiem Realu, oraz jednym z najskuteczniejszy piłkarzy Primera Division w całej jej historii. Alfredo Di Stefano przyszedł na świat w rodzinie włoskich emigrantów w Barraca, jednym z dyskryktów Bueno Aires. Pierwszym klubem Di Stefano był słynny River Plate, w którym zaczął grywać w wieku 17 lat. Już dwa lata później świętował swój pierwszy triumf z zespołem w lidzie argentyńskiej. W 1947 roku po raz drugi zdobył mistrzostwo, zostając także królem strzelców. W między czasie miał przygodę z Club Atletico Huracan, do którego na krótko został wypożyczony w 1946 r. Strajk argentyńskiej ligi, sprawił, że Alfredo Di Stefano przeniósł się do Kolumbii, grając w tamtejszym Millonarios w latach 1949-1953. Z klubem tym zdobył trzykrotnie mistrzostwo Kolumbii zostając także dwukrotnym królem strzelców. Było jasne, że Di Stefano ma niezwykłe umiejętności snajperskie, oraz charakter przywódcy na boisku. Był piłkarzem myślącym, często zmieniał pozycję co utrudniało pilnowanie go przez obrońców przeciwnej drużyny. To wszystko sprawiło, że o Argentyńczyka zaczęły dobijać się dwa hiszpańskie kluby; Real Madryt i FC Barcelona. Po wielu perturbacjach Di Stefano w końcu trafił na Santiago Bernabeu, mimo, że miał już nawet podpisaną umowę z Barceloną. W owym czasie Związek Hiszpański zakazał występów piłkarzy zagranicznych w lidze, jednak nawał krytyki sprawił, że decyzja szybko została odwołana i Alfred Di Stefano mógł grać w Realu Madryt. Wraz z przyjściem di Stefano zaczęła się złota era Realu Madryt, zdecydowanie okres największej dominacji jednego klubu na świecie. Di Stefano był filarem drużyny, wokół którego powstała drużyna, która zapoczątkowała wielka potęgę Realu Madryt. Przed przyjściem „Saeata rubia”(„blond strzała”) klub z Madrytu miał na koncie tylko dwa trumfy w lidze, ale z pomocą Di Stefano szybko to się zmieniło. Już w pierwszym swoim sezonie zdobywając koroną króla strzelców(27 goli), wraz z kolegami zdobył także mistrzostwo. Drugi sezon był równie udany, Di Stefano drugi raz z rzędu został mistrzem Primera Division.W kolejnym sezonie Real Madryt w lidze musiał uznać wyższość Athletic Bilbao i FC Barcelony, mimo, że Argentyńczyk strzelił 24 goli i ponownie został królem strzelców. Ale niepowodzenie w lidze Real odbił w rozgrywkach o Puchar Europy, które w sezonie 1955/56 ruszyły po raz pierwszy. W finale „Królewscy” pokonali Stade Reims 4:3, a jedną z bramek zdobył Alfredo Di Stefona. W 1956 roku Di Stefano przyjął obywatelstwo Hiszpanii, tegoż roku do Realu przyszedł inny wybitny piłkarz – Raymond Kopaszewski(polskiego pochodzenia), i wraz z Di Stefano siał postrach na boiskach krajowych i europejskich. Real Madryt ponownie na dwa lata odzyskał prym w lidzie hiszpańskiej, co łącząc ze zdobywaniem kolejnych Pucharów Europy wcale nie było takie łatwe. Ale jak przyznawali piłkarze klubów całej europy, Real wówczas był klasą sam dla siebie, a sam Alfredo Di Stefano poziomem gry przewyższał innych piłkarzy co najmniej o klasę. W finałach tych rozgrywek Di Stefano odgrywał niemal zawsze pierwsze skrzypce. W 1957 Real spotkał się z Fiorentiną, pokonując ją 2:0, jedną z bramek strzelił D Stefano. Zdobył również 7 goli w całych rozgrywkach. W finale w 1958 roku klub z Madrytu pokonał 3:2 AC Milan, i Argentyńczyk z hiszpańskim paszportem ponownie wpisał się na listę strzelców. Z liczbą 10 goli został także najskuteczniejszym piłkarzem tych rozgrywek. W sezonie 1958/59 w Primera Division Real był drugi tuż za Barceloną, i po raz 4 z rzędy zdobył Puchar Europy, w czym pomógł Di Stefano i Kopaszewskiemu kolejny wybitny piłkarz – Ferenc Puskas. To była drużyna prawdziwych „Galaktycznych”, w składzie podajże trzech z pięciu najlepszych piłkarzy świata lat 50-tych, którzy potrafili grać niezwykle drużynowo i pomysłowo.

Sam Di Stefano szybko stał się najskuteczniejszym piłkarzem Europejskich Pucharów w których zawsze imponował skutecznością. W każdym z pięciu finałów Pucharu Europy, Di Stefano strzelał gole. W ostatnim wygranym finale w 1960 r. z Eintrachtem Frankfurt(7:3) zaliczył hattricka, a wraz z Puskasem zdobył łącznie 20 goli! Z dorobkiem 49 goli w Pucharze Europy na dziesięciolecia stał się rekordzistą pod tym względem(rekord został pobity dopiero w 2005 r.).Z kolei Pichichi Trophy(trofeum dla króla strzelców) zdobył jeszcze w roku 1957(31), 1958(19) i 1959(23). W 1960 r. Di Stefano z zespołem zdobył kolejne nowopowstałe trofeum w postaci Pucharu Interkontynentalnego, pokonując urugwajski klub Penarol Montevideo.Passa w elitarnych europejskich rozgrywkach została przerwana w sezonie 1960/1961, gdzie na drodze Realu Madryt stanęła FC Barcelona. Mimo odpadnięcia w Pucharze Europy, Real przerzucił swoją passę zwycięstw na ligę, w której w kolejnych latach triumfował w składzie z Alfredo di Stefano pięć razy z rzędu. Mimo, że w 1962 i 1964 Los Blancos dochodzili do finałów Pucharu Europy, to jednak nie udało się go zdobyć ponownie. Sam Alfredo Di Steafano po roku 1960, nie prezentował się już tak wspaniale jak wcześniej, prym w ataku przejął Ferenc Puskas, jednak nadal to on był przywódcą drużyny, a z jego zdaniem liczył się nawet trener.Gdy w 1964 roku Alfredo Di Stefano odchodził z Realu był już legendą i najwybitniejszym piłkarzem klubu, z dorobkiem 246 goli w 302 meczach najskuteczniejszym napastnikiem w historii aż do XXI wieku, kiedy rekord ten pobił Raul Gonzales. Karierę piłkarską kończył w Barcelonie, ale nie w klubie znienawidzonym przez Madryckich kibiców, a w Espanyolu. Grał tam przez dwa sezony i mimo blisko 40 lat radził sobie całkiem dobrze, w 77 występach zanotował 41 bramek. W 1947 roku Alfredo di Stefano został po raz pierwszy powołany do reprezentacji Argentyny. Paradoksem jest, że tak wybitny piłkarz ani razu nie uczestniczył w Mundialu. Grając dla Argentyny nie wystąpił na MŚ w 1950 roku, gdyż ta odmówiła udziału w imprezie. Z kolei w 1954 roku Argentyna nie zakwalifikowała się do mistrzostw, a sam di Stefano wystąpił kilka razy w reprezentacji Kolumbii, co jednak nie zostały uznane oficjalne. Dla barw Argentyny strzelił 6 goli w 6 meczach. Alfredo przyjął obywatelstwo Hiszpańskie w 1956 r. i mógł grać w reprezentacji Hiszpanii. Jednak nie zdołał się zakwalifikować na MŚ w 1962 r. Ta sztuka udała się 4 lata później, ale pech chciał, że przed finałami mistrzostw świata Di Stefano doznał kontuzji, która go wyeliminowała z imprezy. Mimo, że Alfredo Di Stefano przez większość swojej kariery występował w barwach Hiszpanii, to wielu wiąże jego osobę z Argentyną, co przypomina słynne zdjęcie Di Stefano w trykocie Argentyny, na którym może jeszcze pochwalić się blond czuprynką. Plasuje się na czwartym miejscu wśród strzelców Primera Division(227 goli), i na drugim wśród zawodników Realu Madryt( z dorobkiem 216 bramek), wyprzedził go dopiero Raul Gonzales w 2009 roku. W 2003 roku przez Federację Hiszpańską został wybrany „Złotym piłkarzem”, jako najwybitniejszy gracz hiszpański ostatnich 50 lat. Sam Pele nazwał go najbardziej kompletnym piłkarzem wszechczasów. W głosowaniu France Football na najwybitniejszego piłkarza w historii, Di Stefano uplasował się na czwartej pozycji, za Pele, Maradoną i Johanem Cruyffem. W 2000 roku został mianowany jako Honorowy Prezydent Realu Madryt. Od 2008 roku dziennik „Marca”, wręcza nagrodę imienia Alfredo Di Stefano, dla najlepszego piłkarza ligi hiszpańskiej. W 2006 roku otwarto stadion imienia Alfreda Di Stefano, gdzie zwykle grają i trenują rezerwy Realu Madryt. Po zakończeniu kariery rozpoczął swoją przygodę z trenerką. Trenował osiem klubów z niezłym skutkiem w tym River Plate i Boca Juniors , z którymi wywalczył Mistrzostwo Argentyny. Trenował także ukochany Real Madryt zdobywając Super Puchar Hiszpanii w 1990 r. Największe jednak osiągnięcia zdobył z Walencją, kiedy to w 1971 roku wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, a za drugim podejściem w 1980 r. zdobył z tym klubem Puchar Zdobywców Pucharu.

10

Upragniony remis dający awans do półfinału:

4 lipca 1982 r. Polska zremisowała bezbramkowo z ZSRR w drugiej fazie(grupowej) mundialu España 1982. Cała Polska zasiada przed telewizorami. Gdy kibice martwią się o wyniki kolejnych spotkań, pracownikom Telewizji Polskiej sen z powiek spędza to, co może pojawić się na ekranie. W wielu miejscach na całym świecie pojawiają się transparenty "Solidarności". "Nad studiem warszawskim można było panować. Problem był natomiast z żywym przekazem z Hiszpanii" – wspominał Grzegorz Świątkiewicz z Redakcji Sportowej Telewizji Polskiej. Apogeum emocji nastąpiło przed meczem Polska – ZSRR. Na mecz odbywający się 4 lipca 1982 roku na Camp Nou w Barcelonie Biuro Koordynacyjne Solidarności za Granicą przygotowało dwa transparenty o wymiarach 15 metrów długości na trzy metry szerokości. Polski realizator dwoił się i troił, żeby ominąć te obrazy, co i raz robił przebitki z innych meczów, ale nie dało się nie pokazać polskich symboli. Na trybunach znajdowało się także ponad pięć tysięcy małych flag z napisem "Solidarność". "Dziesięć minut po rozpoczęciu drugiej połowy zjawił się kapitan z Guardii Civil z żądaniem usunięcia transparentu. Podniosłem ręce i krzyknąłem: Katalończycy, pomóżcie! Nagle 80 tys. ludzi zaczęło skandować: Solidaritat! Polonia!" – wspominał z rozrzewnieniem Pascal Rossi-Grzeskowiak, współpracownik "Solidarności" we Francji. Mecz, ku ogromnej radości zawodników, trenera i kibiców zakończył się "zwycięskim remisem", gdyż pozwolił reprezentacji Polski awansować do półfinału MŚ. Włodzimierz Smolarek pobił światowy rekord w czasie trzymania piłki przy narożnej chorągiewce, Zbigniew Boniek wystąpił w telewizji w zdobycznej koszulce przeciwnika a następnego dnia w zachodniej prasie ukazało się zdjęcie reprezentacji ZSRR na tle transparentu z napisem "Polska-Rosja 0:0, Solidarność-ZSRR 1:0".

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

1

@Bernard777 Dzięki śliczne i wzajemnie :)

13

Finał, który pod każdym względem wstrząsnął światem:

4 lipca 1954 r. w finale V Mistrzostw Świata(nazywanym również „Cudem w Bernie”) RFN pokonała Węgry 3:2(2:2). Oficjalnie ten mecz jest postrzegany jako jedna z największych sensacji mundiali. Jednak nie dla mnie! Bowiem ja postrzegam to wydarzenie jako największy przekręt finałów mistrzostw świata! Ówczesna ,,Złota węgierska jedenastka” gromiła wszystkich po kolei aż miło, nawet RFN w tych samych mistrzostwach w fazie grupowej w stosunku 8:3! Cóż więc takiego się stało? Przede wszystkim w tym wysoko wygranym przez Węgrów meczu grupowym Ferenc Puskas został brutalnie sfaulowany przez Liebricha. Było wówczas wiele głosów, że Niemiec zrobił to z premedytacją, by pozbawić Węgrów najlepszego zawodnika. W efekcie Puskas powrócił do składu dopiero w meczu finałowym, lecz z niezaleczoną kontuzją. Jednak w 87 minucie Puskas strzela gola wyrównującego i….. sędzia główny odgwizduje spalonego, którego zasygnalizował sędzia liniowy. Czy rzeczywiście był spalony? Teraz tego już się raczej nie udowodni. Jednak wielu naocznych świadków na stadionie twierdziło że liniowy ewidentnie się pomylił. Obrońca reprezentacji węgierskiej Jeno Buzansky tak oto wspomina: ,, Wyrównujący gol Puskasa na 3:3 został zdobyty prawidłowo. Mówi się że kamery telewizyjne nie rozstrzygnęły czy sędzia podjął słuszną decyzje ale my wiemy że w Niemczech jest taki film, nakręcony amatorską kamerą, który rozstrzyga wątpliwości na naszą korzyść. Nikt go jednak nie chce upowszechnić. Gdyby mecz zakończył się remisem, trzeba by go było powtórzyć dwa dni później. Wówczas inaczej byśmy do niego podeszli i na pewno nie dalibyśmy Niemcom szans ale wyraźnie świat nie chciał dopuścić do tego aby mistrzem świata została reprezentacja z Europy Wschodniej. Angielski sędzia Ling prowadził na tych mistrzostwach tylko dwa mecze. Akurat nasze z Niemcami. Nikt mi nie powie że to przypadek”. Co więcej, Niemiec Adolf(Adi) Dassler wymyślił na ten mecz wkręcane kołki. 4 lipca 1954 roku boisko w Bernie było grząskie i podmokłe od deszczu. Nowinka technologiczna, czyli wymienne kołki, okazała się super-bronią Niemców. Dzięki lepszym butom, w przeciwieństwie do Węgrów, utrzymywali równowagę i czuli się pewnie. Dassler, twórca Adidasa, siedział podczas finału na ławce Niemiec, w przerwie czyścił piłkarzom buty z błota i wstawiał dłuższe kołki. Oczywiście FIFA nie miała bladego pojęcia o czymś takim. Mało tego! Jest niemal pewne że Niemcy przed meczem szprycowali się dopingiem, po czym ośmiu z nich chorowało na żółtaczkę. Z kolei historyk sportu Erik Eggers wraz z zespołem zajmował się badaniem tego przypadku na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie. Orzekł on, iż istnieje „kilka mocnych przesłanek, które wskazują na wstrzykiwanie niektórym niemieckim piłkarzom Pervitinu, a nie witaminy C jak wcześniej twierdzono”. Pervitin był opartym na metamfetaminie stymulantem używanym wśród żołnierzy podczas II wojny światowej. Badania przeprowadzone przez Uniwersytet w Lipsku, które zostały później określone jako „Doping w Niemczech”, były finansowane przez Niemiecki Komitet Olimpijski. W taki oto podstępny sposób szwabskie cwaniaczki bezczelnie pozbawiły zasłużonego złotego medalu cudownej ,,Złotej jedenastki” Węgier.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Bernard777 Wiesz co, bardzo dobrze że to zauważyłeś ale nie mam bladego pojęcia czy chodzi o 11-tke w historii Euro włącznie z turniejem 2000? Niewykluczone że zaistniał błąd w artykule co do tej jedenastki. Przykro mi ale nie odpowiem ci na to pytanie. Artykuł skopiowałem ze strony retrofutbol.pl

11

O tym się wspomina, o tym się pisze:

4 lipca 1971 r. FC Barcelona wygrała swój ostatni Puchar Hiszpanii pod egidą Copa del Generalisimo. Pod tą nazwą funkcjonował krajowy puchar w latach 1939-75, na cześć generała Franco. W tamtych czasach zakazane było używanie katalońskich nazw własnych, stąd drużyna Blaugrany nazywała się ,,Club de Futbol Barcelona” i dopiero rok przed śmiercią dyktatora w 1975 r. wróciła do nazwy FC Barcelona. Finał z Valencią CF rozgrywany na Santiago Bernabeu miał bardzo dramatyczny przebieg. Barça po 50 minutach przegrywała 0:2, lecz gole Fuste oraz Zabalzy doprowadziły do dogrywki. Pedro Zabalza wyprowadził Blaugrane na prowadzenie w 99 minucie, jednak dwie minuty później wyrównał Oscar Valdez. W 112 minucie zwycięskiego gola zdobył środkowy napastnik Barçy Ramon Alfonseda.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

@FCBparasiempre
,,Rensenbrink… tegen de paal. Rensenbrink tegen de paal”– te słowa wykrzyczane 25 czerwca 1978 roku przez legendarnego komentatora Theo Reitsme zna każdy holenderski kibic piłkarski. Sekundy wcześniej, Rob Rensenbrink, po podaniu Ruuda Krola, trafił piłką w słupek. Była to 90. minuta meczu finałowego mistrzostw świata, w którym Argentyna remisowała z Holandią 1:1. Do zdobycia tytułu zabrakło Oranje kilkunastu centymetrów. „Ciągle uważam, że to nie była dobra sytuacja strzelecka. Tylko trąciłem stopą piłkę i trafiłem w słupek. Nie mogłem nic więcej zrobić”. Holenderski lewoskrzydłowy był jednym z najlepszych piłkarzy świata swoich czasów, ale niestety został zapamiętany głównie z tej akcji. Jak sam mówił w wywiadzie z 2017 roku. „Słupek. Zawsze ten słupek. Zostanie to ze mną aż do śmierci”. Pieter Robert Rensenbrink był prawdziwym amsterdamczykiem. Urodził się w dzielnicy Jordaan 3 lipca 1947 roku, trzy miesiące po Johanie Cruijffie. Jego rodzina mieszkała w dzielnicy Amsterdam West przy ulicy Van Bossestraat. Karierę piłkarza rozpoczynał w dzielnicowym klubie ZSGO (w wyniku fuzji z WMS obecnie istnieje pod nazwą ZSGOWMS). W wieku 11 lat przeprowadził się wraz z rodzicami do Oostzaan. Jego ojciec pracował w stoczni NDSM w Noord Amsterdam i zaproponowano mu dom w Oostzaan. Młody Robert niechętnie się tam przeprowadził, i jak wiele dzieci w jego wieku bardzo tęsknił za swoimi przyjaciółmi. Z tego powodu regularnie jeździł rowerem do West Amsterdam, aby grać z nimi w piłkę na ulicy. Jednak postanowił zmienić klub, i przeniósł się z ZSGO do OSV w Oostzaan. W wieku piętnastu lat zadebiutował w pierwszej drużynie OSV w meczu decydującym o utrzymaniu w drugiej lidze i strzelił zwycięskiego gola. „W drodze powrotnej widziałem z autobusu, że kibice napisali na murze nabrzeża – Rob uratował OSV – co sprawiło, że byłem wtedy bardzo dumny. Mimo to nadal byłem bardzo nieśmiały i nawet nie odważyłem się wziąć prysznicu w szatni po tym meczu” – wspominał na obchodach 100-lecia OSV. Po kilku sezonach na młodego Rensenbrinka strzelającego wiele bramek w drugiej lidze zwrócił uwagę DWS, zawodowy klub z Amsterdamu. Mogłoby się wydawać, że logicznym krokiem byłoby przejście do Ajaksu, który też był zainteresowany nastolatkiem z OSV. Jednak w Ajaksie mieli już znakomitego lewoskrzydłowego Pieta Keizera i pewnie dlatego wynagrodzenie, jakie zaoferowali pracującemu wtedy jako pomocnik stolarza Rensenbrinkowi, było śmiesznie niskie. „Co więcej, Ajax nie był wtedy jeszcze tak dobrym klubem.” – mówił po latach Rensenbrink. W związku z tym osiemnastoletni Rob został pozyskany przez DWS za równowartość 3 tysięcy euro. DWS, który rok wcześniej został mistrzem kraju, był pierwszym holenderskim klubem z pełnoetatowymi profesjonalistami. „Otrzymywałem wtedy około 14 000 guldenów rocznie z dodatkami. Mój ojciec zarabiał w tym czasie 7 000 guldenów. To było całkiem przyzwoite, jak na młodego 18-letniego chłopca”– tak wspomina Rob. Młody lewoskrzydłowy zadebiutował w barwach DWS w październiku 1965 roku, podczas wygranej 2:0 z Feyenoordem na Stadionie Olimpijskim. Szybko okazało się, że mało kto będzie umiał powstrzymać Rensenbrinka. Już w swoim trzecim występie zdobył zwycięskiego gola w wygranym przez DWS 1:0 meczu ligowym. Jednak dopiero w trzecim sezonie regularnie trafiał do bramki. Rensenbrink strzelił wtedy dziesięć goli i dzięki temu został po raz pierwszy powołany przez trenera reprezentacji Georga Kesslera do drużyny narodowej. W DWS grał m.in. z innym reprezentantem Oranje Rinusem Israëlem, który w 1966 przeniósł się do Feyenoordu. „Rinus przeszedł z DWS do Feyenoordu. Po kilku latach zapukali i do moich drzwi. Pomyślałem, że fajnie byłoby grać na De Kuip, gdzie wcześniej wybił się wspaniały Coen Moulijn. DWS zażądał za mnie 450 000 guldenów (równowartość około 200 tys. euro), i Feyenoord stwierdził, że to za dużo. Club Brugge jednak zgodził się na taką kwotę. Później podpisałem siedmioletnią umowę z Anderlechtem, i żałuję tego. Real Madryt i Inter Mediolan były mną zainteresowane. Rozmawiałem z Włochami w Rotterdamie razem z Faasem Wilkesem. Anderlecht nie chciał jednak nawet rozmawiać o transferze” – tak opisywał swoją historię transferową Rensenbrink.



To było bardzo dziwne, ponieważ kiedy Rob Rensenbrink przybył do Club Brugge w 1969 roku, miał na koncie 6 meczów w reprezentacji, i mimo że jako lewoskrzydłowy rywalizował z takimi legendami holenderskiej piłki jak Piet Keizer i Coen Moulijn, był całkowicie nieznany na arenie międzynarodowej. Belgijscy kibice go nie znali, ale Club Brugge miał wiele kontaktów, które ówczesny dyrektor sportowy Joseph Hutsebaut zbudował w Holandii. W ten sposób udało im się pozyskać Rensenbrinka. Rob jednak nigdy nie dopasował się do Blauw-Zwart. Jako klasycznie wyszkolony skrzydłowy nie potrafił dostosować się do gry z legendą Brugii Raoulem Lambertem. Czasami zdarzały się momenty, gdy Rensenbrink pokazywał wielką klasę, ale równie często całkowicie znikał na boisku. Co więcej, Rensenbrink okazał się samotnikiem, który zdecydowanie nie pasował do rodzinnego ducha Club Brugge. Prawie nic nie mówił, choć Club specjalnie dla niego sprowadził równocześnie innego Holendra Henka Houwaarta, z którym Rob mieszkał przez pewien czas, a później grywał w ping-ponga w garażu. Jednak gra Rensenbrinka wzbudzała zachwyt, ponieważ najlepiej wypadał w najważniejszych meczach. Swoimi niepowtarzalnymi dryblingami, szybkością, elegancją i jak to pięknie pisano „aksamitną techniką” tak olśnił węgierskiego trenera Lajosa Barótiego, że ten nazwał go „Człowiekiem Wężem”. Stało się to wiosną 1970 roku, kiedy to Club Brugge mierzył się w drugiej rundzie Pucharu Miast Targowych z prowadzonym przez Barótiego Újpestem Dosza. Belgijski klub wygrał u siebie 5:2, a Rensenbrink zdobył w tym meczu hattricka. Przydomek het Slangenmens został z nim już do końca kariery. Legendarny Constant Vanden Stock był częścią zarządu Club Brugge pod koniec lat 60 XX wieku. Opuścił Club w 1971 roku, a następnie został prezesem RSC Anderlecht. Vanden Stock dobrze znał klasę Rensenbrinka i dlatego chciał sprowadzić holenderskiego dryblera do Brukseli. Rensenbrink podpisał umowę z Anderlechtem, który w zamian z Holendra przekazał do Brugii równowartość obecnych 150 tys. euro oraz dwóch piłkarzy Wilfrieda Puisa i Johnny’ego Velkeneersa. W Anderlechcie Rensenbrink po raz kolejny spotkał się z trenerem Kesslerem. W Anderlechcie Rensenbrink rozkwitł. Już w pierwszym sezonie zdobył z Fiołkami dublet, a rok później puchar. W połowie lat 70. Rensenbrink stał się nową gwiazdą zespołu. Jego dryblingi wprawiały publiczność w ekstazę, a przeciwników doprowadzały do łez. Niestety często bezradni rywale ratowali się brutalnymi faulami. Rob został królem strzelców w 1973 roku i tym samym powtórzył wyczyn swojego rodaka i serdecznego przyjaciela Jana Muldera. Jednak Rensenbrink spotykał się również z krytyką. Wielu uważało, że nie mobilizuje się na mecze ligowe z przeciętnymi zespołami, a tylko wtedy gdy gra przeciwko dobrym drużynom. On sam temu zaprzeczał, ale słynny trener Raymond Goethals ujął to najlepiej: „Na mecze galowe Robbie zawsze wkłada smoking”.

Fakt, że Rensenbrink dobrze wypadał głównie w najważniejszych meczach, nie przeszkadzał nikomu w klubie. W 1976 roku RSC Anderlecht zmierzył się w finale Pucharu Zdobywców Pucharów z West Hamem. Mecz był rozgrywany na stadionie Heysel w Brukseli, co z pewnością sprzyjało Fiołkom. West Ham prowadził w tym spotkaniu 1:0, ale Anderlecht odrobił straty z nawiązką, i m.in. po dwóch golach Rensenbrinka wygrał tę rywalizację 4:2. Kilka miesięcy później Holender ośmieszał w dwumeczu o Superpuchar UEFA znakomitego niemieckiego obrońcę Hansa-Georga Schwarzenbecka. Pierwszy mecz z Bayernem Monachium Fiołki przegrały 1:2, ale w rewanżu wygrały 4:1, po wspaniałym występie Holendra, w którym zdobył dwa gole. Za wspaniałą grę w 1976 Rensenbrink otrzymał nagrodę Złotego Buta dla najlepszego piłkarza w Belgii, a w plebiscycie na France Football był o krok od zdobycia Złotej Piłki, lepszy okazał się tylko słynny Franz Beckenbauer. Rok później Anderlecht dotarł do finału PZP po raz drugi z rzędu, ale tym razem przegrał 0:2 z niemieckim HSV. W kolejnym sezonie Anderlecht po raz trzeci z rzędu zameldował się w finale PZP i był to według wielu obserwatorów, jeden z najlepszych występów Slangenmensa w karierze. Rensenbrink zdobył dwa gole i jako kapitan wzniósł trofeum do góry po zwycięstwie 4:0 z Austrią Wiedeń. Zresztą sami popatrzcie. W grudniu 1978 Anderlecht zmierzył się z Liverpoolem w meczu o Superpuchar UEFA. Na Astrid Park Fiołki wygrały 3:1 (Rensenbrink strzelił trzeciego gola) i mimo porażki na Anfield 1:2 po raz drugi zdobyły to trofeum. Rensebrink ponownie został doceniony w Europie i zajął 3 miejsce(za Keeganem i Kranklem) w plebiscycie o Złotą Piłke France Football.



Rensenbrink był artystą, który grę opierał wyłącznie na swojej intuicji i nienawidził taktyk. Dopiero w ostatnim momencie decydował, co zamierza zrobić z piłką, i pozostawiał to inspiracji chwili. Swoimi dryblingami i balansem ciała terroryzował przeciwników i dlatego właśnie nazywano go wężem. Dodatkowo był również zamknięty w sobie jako ostryga, nawet w czasach największej chwały w Anderlechcie. W naturalny sposób wymusił przywództwo poprzez swoje osiągnięcia. Jednak nawet z Fiołkami nie potrafił zmobilizować się na każdy mecz. Zwykle był pełen zapału, ale czasem zdawał się kontemplować na uboczu. Wszystko zależało od jego chęci współpracy i zachęt, które otrzymywał. Mistrzem w wyciąganiu z Rensenbrinka tego co najlepsze był wspominany już wcześniej trener Raymond Goethals. Dał on swojej holenderskiej gwiazdce wolną rękę. Dzięki temu Rensenbrink mógł spokojnie opuszczać narady przedmeczowe. „Ta gadanina nie jest dla ciebie”- mówił belgijski trener. A taktyka Anderlechtu często była bardzo prosta: „Jak nie wiesz co zrobić z piłką, to oddaj ją Robbiemu”– to również słowa Goethalsa. Pomarańczowy rozdział w karierze Roba Rensenbrinka powinien być dużo większy. 46-krotny reprezentant zadebiutował – razem z innym legendarnym piłkarzem Oranje Willemem van Hanegemem – w meczu przeciwko Szkocji 30 maja 1968 r. Był częścią wyjątkowo utalentowanego pokolenia piłkarskiego, które na zawsze zagościło na kartach historii. Jednocześnie pozostało wrażenie, że powinien osiągnąć więcej. Z dwoma srebrnymi medalami MŚ w 1974 i 1978 r., oraz trzecim miejscem na ME w 1976, Rensenbrink należy do grona najbardziej utytułowanych holenderskich graczy. Jednak poprzez to, że najlepsze lata swojej kariery spędził na belgijskich boiskach, nie zyskał w Holandii uznania, na jakie zasługiwał. W 1980 roku Rensenbrink opuścił Astridpark i po 11 latach gry w Belgii 32-letni Holender wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Przyjął lukratywną ofertę Portland Timbers, wtedy klubu z North American Soccer League. W tamtych czasach wielu piłkarzy przeniosło się do Stanów Zjednoczonych, by dorobić na koniec kariery. Tą drogą podążyli również inni gracze z Beneluksu jak: Johan Cruyff, Johan Neeskens, Juan Lozano, Wim Jansen, Lex Schoenmaker, Leo van Veen, Guus Hiddink czy Dick Advocaat. Trenerami w USA byli też Rinus Michels i Cor van der Hart. Jak większość europejskich graczy, Rensenbrink nie pozostał długo w Stanach Zjednoczonych. W 1981 roku wrócił do Europy. Skończył zawodową karierę w drugiej lidze francuskiej, grając w Toulouse FC, gdzie występował też jego dobry przyjaciel i były kolega z drużyny Gilbert Van Binst. Jednak z powodu poważnej kontuzji jego umowa z klubem francuskim została przedwcześnie rozwiązana. Następnie wrócił do Holandii i przez pewien czas grał w piłkę na poziomie amatorskim OSV, czyli w klubie, w którym rozpoczynał swoją karierę. Później przez chwilę był nawet trenerem. Kilka lat temu Rensenbrink poinformował opinię publiczną, że zdiagnozowano u niego PMA, czyli postępujący zanik mięśni. Przez kilka lat dzielnie walczył z chorobą, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona nieuleczalna. Latem 2017 roku udzielił wywiadu w swoim ogrodzie: ,,Tak, wciąż żyję– mówił z uśmiechem. Pierwszy odszedł Moulijn, potem Keizer. Będę następny, prawda?”. Niestety piłkarz, który mógł zostać bohaterem Królestwa Niderlandów, dokładnie w sobotę 25 stycznia, zmarł. Pieter Robert Rensenbrink miał 72 lata.



W 2007 roku 10 wielkich belgijskich trenerów wybrało Roba Rensenbrinka na najlepszego obcokrajowca grającego kiedykolwiek na belgijskich boiskach. Kilka lat później identycznego wyboru dokonali kibice. Oba rankingi zorganizował prestiżowy belgijski magazyn Sport-Voetbalmagazine. Jan Mulder, były kolega z drużyny i przyjaciel Roba Rensenbrinka tak go wspomina: „To była przyjemność go oglądać. Był prawdziwym skrzydłowym, prawdziwym lewym skrzydłowym. Rob Rensenbrink był równie dobry jak Piet Keizer. Tylko Johan Cruijff był lepszy.” RSC Anderlecht w oficjalnym komunikacie wydanym po śmierci Roba, napisał tak: „Snake man” to najwspanialszy lewoskrzydłowy w historii RSCA i jeden z architektów pierwszych wielkich europejskich sukcesów naszego klubu. Jego niepowtarzalna technika, wdzięk i nos do bramek od lat fascynują fanów Sporting Anderlecht i wszystkich kibiców piłki nożnej na świecie. Jesteśmy bardzo dumni, że nosił nasze barwy przez dziewięć pięknych sezonów.”



Osiągnięcia klubowe:

Club Brugge KV

Puchar Belgii – 1969/70

RSC Anderlecht

Mistrzostwo Belgii (2x) – 1971/72, 1973/74

Puchar Belgii (4x) – 1971/72, 1972/73, 1974/75, 1975/76

Puchar Zdobywców Pucharów (2x) – 1975/76, 1977/78

Superpuchar Europy (2x) – 1976, 1978

Osiągnięcia Reprezentacyjne:

Mistrzostwa Świata – 2 miejsce (2x) – 1974, 1978

Mistrzostwa Europy – 3 miejsce – 1976

Osiągnięcia Indywidualne:

Złota Piłka – 2 miejsce (1976), 3 miejsce (1978)

Gouden Schoen (Złoty But) – 1976

Król strzelców ligi belgijskiej – 1972/73

Najlepszy strzelec w historii PZP – 25 goli

Najlepszy obcokrajowiec w historii ligi belgijskiej – 2007

Najlepszy piłkarz w historii RSC Anderlecht – 2020

Jedenastka Mistrzostw Świata – 1974, 1978

Jedenastka Mistrzostw Europy – 2000

Fifa 100

Strzelec gola nr 1000 w historii MŚ

12

1

@FcPortoFan1999 No chyba tak!

2

Jak zwróciłem uwage Idze przy pierwszym serwisie, to w końcu porządnie pierdolneła! I tak trzymać!!!

1

@Bernard777 Tak! zgadza się się. Musieliśmy wygrać, gdyż te piepszone szwaby mieli lepszy bilans bramkowy niestety!

0

@misterio Gola?

1

Ja nie rozumiem dlaczego nasza kochana Igunia nie może po prostu porządnie pierdolnąć pierwszym serwisem, tak aby przeciwnik nie mógł normalnie odebrać i żeby skończyć punkt przy swoim serwisie? O co tu chodzi kuźwa chodzi?

1

@FcPortoFan1999 Niestety drugim przeciwnikiem w tym meczu było... boisko na wodzie...

12

Finał był blisko ale się nie udało:



3 lipca 1974 r. odbył się tzw. „Mecz na wodzie” na Waldstadion we Frankfurcie nad Menem gdzie Polska przegrała z gospodarzem Mistrzostw Świata RFN 0-1. Spotkanie rozegrano w trudnych warunkach pogodowych, przed meczem przeszła ulewa nad stadionem i w trakcie gry boisko było namoknięte. W 53. minucie meczu Jan Tomaszewski obronił rzut karny wykonywany przez Uli Hoeneßa lecz w niczym to nie pomogło. Jedynego gola strzelił Gerd Müller w 76 minucie.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

12

FC Barcelona triumfuje w „Copa Latina”:

Jak już wspominałem tydzień temu przy okazji półfinału, 3 lipca 1949 r. Blaugrana pokonała w finale Sporting Lizbona 2:1 na „Estadio Chamartin” i jako pierwsza w historii sięgneła po prestiżowy Puchar Łaciński(prekursor Pucharu Europy Mistrzów Klubowych). Gole dla Barçy zdobyli wówczas Josep Seguer(10 minuta) i Estanislao Basora(50 minuta) a honorowe trafienie dla Sportingu zaliczył Correira(28 minuta). Oto składy z tego epokowego finału:

FC Barcelona: Velasco, Calvet, Curta, Calo, Mariano Gonzalvo, Josep Gonzalvo, Basora, Seguer, Canal, Cesar Rodriguez, Navarro

Sporting Lisboa: Azevedo, Octavio, Vazquez, Juvenal, Canario, Verisimo, Correira, Vasques, Peyroteo, Travassos, Albano

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?