10

Blaugrana w Mistrzostwach Katalonii:

18 listopada 1923 r. FC Barcelona rozgromiła na „Camp de Les Corts” FC Martinenc 9:0 w ramach 4 kolejki Campionat de Catalunya. Tak zwaną „karete” zaliczył genialny Paulino Alcantara. Natomiast hattricka ustrzelił równie genialny Josep Samitier. Pozostałe gole dołożyli Sagi Barba oraz Agusti Sancho.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

9

FC Barcelona bez historii jest jak człowiek bez pamięci:

18 listopada 1900 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz na wydzierżawionym boisku „Camp del Hotel Casanovas”. Przeciwnikiem był Hispania Athletic Club, zwany ,,czerwonym teamem" ze względu na kolor strojów w jakim występowali przeciwnicy. W meczu tym nie mógł wystąpić legendarny napastnik i jednocześnie ikona Blaugrany- Joan Gamper, z powodu ciężkiej choroby. Mecz zakończył się wynikiem bezbramkowym ale najważniejsze było to że boiskowe wydarzenia oglądało około 4 tysięcy osób, z czego tysiąc na siedząco. Tak wysoka frekwencja wynikała z masowego wysyłania zaproszeń przez sekretarza FC Barcelony. Spośród obecnych w loży honorowej znaleźli się między innymi prezesi Katalońskiego Stowarzyszenia Gimnastyki oraz Klubu Bicyklowego- dwóch najpopularniejszych organizacji sportowych tamtej epoki. Ponieważ nie był to obiekt spełniający wszystkie warunki, lecz zaledwie plac do rozgrywania meczów, jako szatnie piłkarze musieli wykorzystywać pokoje hotelu Casanovas, z czym wiązały się wielkie niedogodności. Do mycia mieli tylko miednicę a poza tym każdy z zawodników musiał przynosić z domu własny ręcznik. Piłkarze nie mieli też napojów by muc uzupełniać płyny w przerwie meczu i w efekcie dzielili się cytrynami, pijąc z nich sok, którym gasili pragnienie. Tak oto wyglądały pionierskie czasy futbolu naszej Barcuni.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

2

A więc tak jak myslałem, mecz z Holandia był tylko przyjemnym "wypadkiem przy pracy". My nie zasługujemy na żadem mundial, gdyż tam będzie tylko wstyd i hańba! Powiem więcej, mam duże wątpliwości czy my wogóle zasługujemy na baraże...?

15

Historyczny awans na Euro:

17 listopada 2007 r. reprezentacja Polski pokonała Belgie na Stadionie Śląskim w Chorzowie 2:0 w eliminacjach ME. Ten dzień, ten zespół i sztab trenerski, a także ta publiczność ze Stadionu Śląskiego przejdą do historii. 17 listopada 2007 r. Polska zapewniła sobie awans na mistrzostwa Europy. Po raz pierwszy w historii. Koncerty gwiazd światowego rocka U-2 i Red Hott Chili Peppers rozgrzewały Stadion Śląski do czerwoności, ale nawet te wydarzenia nie wytrzymują porównania z "Orłami" Leo Beenhakkera. Ich gra i gole strzelane przez niesamowitego Ebiego były jak wulkan, dzięki któremu nikt nie czuł mrozu. Smolarek junior zaliczył serial pięciu goli w dwóch kolejnych meczach eliminacyjnych (wcześniej hat-trick w starciu z Kazachami), o jakim jego tata Włodzimierz mógł tylko pomarzyć. Nic dziwnego zatem, że gdy Ebi schodził z boiska, stadion żegnał go na stojąco a uradowany Leo Beenhakker aż podniósł swego snajpera do góry. Historyczny mecz zaczęliśmy jednak niewyraźnie. Jakby sparaliżowani stawką, która była większa, niż kiedykolwiek. Co więcej, w I połowie groźniejsza była Belgia, ale to my strzeliliśmy gola "do szatni". Belgowie grali "o pietruszką", ale nie wyglądali, jak baranki prowadzone na rzeź. Ciasno kryli naszych środkowych, blokowali również skrzydła, gdzie toczyła się większość akcji Orłów. Przebiliśmy się bokami w 24. min, ale najpierw Wojciech Łobodziński za mocno dośrodkował, a za moment Krzynówek, bijąc z prawej nogi nie trafił. Tak samo jak Michał Żewłakow z rzutu wolnego chwilę później. Sceneria meczu była wspaniała. Leo Beenhakker wiedział, co mówi, gdy podkreślał: ,,Warunki pogodowe nam niestraszne. Wiem, że murawa jest w bardzo dobrym stanie”. Istotnie, nowiutki świeżo rozwinięty trawiasty dywanik wyglądał imponująco. Także kibice postarali się o doskonałą oprawę, w trakcie hymnu układając z kartoniady gigantyczną flagę, a przede wszystkim cały czas głośno wspierając zespół. Dzięki temu piłkarze nie mieli na co narzekać. Na dodatek wokół murawy krążyły „cheerleaderki” w narodowych barwach i zagrzewały do dopingu kibiców. Kontuzja, przez którą Jakub Błaszczykowski wypadł ze składu na mecz z Kazachstanem odbija mu się czkawką do dzisiaj. Prawoskrzydłowy Borussii Dortmund nie znalazł uznania w oczach Leo Beenhakkera na spotkanie z Belgami. Leo spodobał się na treningach we Wronkach Wojciech Łobodziński. Po 10 minutach to Belgowie byli bliżsi zdobycia gola. Po szybkiej wymianie podań na lewej stronie Kevin Mirallas zostawił piłkę wbiegającemu w pole karne Farisowi Harounowi, a ten z lewej nogi przymierzył w lewy róg. Na szczęście dla nas Artur Boruc z kocią zwinnością rzucił się w tamtą stronę i dosięgnął piłki. Odpowiedzieliśmy 10 minut później. W polu karnym Belgów zakotłowało się, ale uderzenia Jacka Krzynówka i Macieja Żurawskiego zostały zablokowane. A Mirallas był cierniem w oku naszej defensywy. W 34. min Jacek Bąk musiał się ratować się faulem, bo Belg uciekał mu na czystą pozycję. Bąk obejrzał żółtą kartkę, a po chwili, po kropnięciu z 30 metrów z wolnego Jana Vertonghena nie straciliśmy gola tylko dzięki sprawności Boruca. Jak lampart rzuca się na antylopę - on poszybował w kierunku piłki i sobie tylko znanym sposobem przeniósł ją nad poprzeczką. Długo nie mógł tego pojąć trener Belgów Rene Vandereycken, który już widział piłkę w okienku polskiej bramki. Za moment znowu było groźnie, ale po strzale Mirallasa piłkę głową wybił Michał Żewłakow. Po przechwycie piłki brakowało nam przyspieszenia. Przy rozgrywaniu akcji zachowywaliśmy się czasem jak w szczypiorniaku, który nie bez kozery w języku słowackim i czeskim nazywany jest "hadzaną". Orłów do lotu poderwała akcja dobrze spisującej się dwójki Marcin Wasilewski - Radosław Sobolewski. "Sobol" ofiarnie minął dwóch rywali i wyłożył piłkę na szesnastkę Euzebiuszowi Smolarkowi. Ten uderzył celnie, ale za lekko, więc Stijn Stijnen spokojnie złapał piłkę.

Stadion Śląski oszalał z radości tuż przed przerwą po prezencie Belgów. Vertonghen zbyt lekko wycofał do Stijnena. Wykorzystał to Ebi, który tylko czekał na taki przypadek. Poszedł do końca i choć bramkarz ratował się wybiciem piłki wślizgiem, Smolarek zablokował piłkę ciałem, podholował kilka metrów i z siedmiu metrów wpakował do pustej bramki! Na nic się zdała ratunkowa pogoń Daniela Van Buytena. Była godzina 21.17. ,,Wielkość Leo polega na tym, że on potrafi reagować na zmieniającą się sytuację. Nic nie jest w stanie go zaskoczyć”- podkreślał były asystent Holendra Dariusz Dziekanowski. Beenhakker potwierdził to w tym starciu. Prowadzenie do przerwy wcale go nie zadowoliło. Wiedział, że ta gra nie tak ma wyglądać. Dlatego "Żurawia" cofnął do drugiej linii, a Ebiego posłał do ataku, a na lewe skrzydło powędrował "Krzynek". Na początku drugiej połowy, gdy Ebi ukąsił po raz drugi, dla milionów Polaków rozsianych po całym świecie wszystko stało się prostsze i w jaśniejszych kolorach. Awansu na mistrzostwa Europy nie mógł nam wydrzeć. Nawet Bart Goor z Anderlechtu, który ze wściekłością kopnął na bramkę w 55. min (kolejna świetna interwencja Boruca). Choć gola na 2:0 zdobył również Smolarek, Leo Beenhakker po ojcowsku przytulił za niego wprowadzonego chwilę wcześniej Jakuba Błaszczykowskiego. Bo to właśnie Kubuś rozruszał ofensywę Orłów i zaczął bramkową akcję pięknym krzyżowym podaniem, po którym obrońcy zdołali odbić piłkę krótko - pod nogi Krzynówka. Ten wypalił ile sił, bramkarz odbił przed siebie, a dobitka Ebiego była formalnością. Jak zareagował Stadion Śląski? Chóralnym "Ebi!", "Leo!" i jeszcze głośniejszym "Mazurkiem Dąbrowskiego". Człowiek czuje się dumny z tego, że jest Polakiem.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

13

Niespełnione legendy polskiego futbolu:

17 listopada 1964 r. w Katowicach urodził się Krzysztof Warzycha. Popularny ,,Gucio” zaczynał karierę w Ruchu Chorzów wraz z Waldemarem Fornalikiem. Obaj dobrnęli do pierwszej drużyny, obaj przeżyli z nią spadek do drugiej ligi a potem szybki powrót do elity i równie błyskawiczne mistrzostwo Polski. ,,Po degradacji mogłem odejść. Były przymiarki do Legii Warszawa, do Śląska Wrocław… Jasne że chodziłoby o służbę wojskową ale zostałem, drużyna się nie rozpadła, to był fundament pod wygranie ligi”- zwraca uwagę pan Krzysztof. Podobnie jak w aktorskim epizodzie, Warzycha więcej osiągnął od Fornalika również w karierze piłkarskiej, dokładnie odwrotnie niż w trenerskiej, bo na tym polu ,,Waldek King” zbudował prawdziwe królestwo. Warzycha też próbował, między innymi również w Ruchu ale nie ma się czym pochwalić. Za to piłkarzem jest legendarnym i to dwóch klubów – Ruchu i Panathinaikosu Ateny. ,,Który jest mi bliższy? To są sprawy nieporównywalne. Z Polski wyjeżdżałem w wieku 25 lat, czyli więcej życia spędziłem już w Grecji. W Polsce grałem tylko w Ruchu, nastrzelałem dla niego sporo goli ale dla Panathinaikosu o wiele więcej. Z Ruchem miałem mistrzostwo kraju a z Panathinaikosem też krajowe tytuły, ponadto półfinał Ligi Mistrzów i w ogóle mnóstwo meczów, które niosły mnie jak na skrzydłach”- opowiada ,,Gucio”. Strzelił zwycięskiego gola Ajaxovi w Amsterdamie(1:0) w pierwszym półfinałowym meczu wspomnianej Ligi Mistrzów w 1996 r. To był dzień jego chwały. ,, W rewanżu przegraliśmy 0:3. Ajax miał fantastyczną drużynę, mocniejszą od naszej”- przyznaje bohater Koniczynek, który w 2000 r. w fazie grupowej LM strzelił gola także Juventusowi(3:1). Łącznie w tych prestiżowych rozgrywkach zdobył 8 goli. Do Aten trafił po mistrzowskim sezonie w Ruchu, kiedy z 24 golami został królem strzelców. W 15 jesiennych meczach dorzucił jeszcze 12 ligowych trafień i już nikt nie był w stanie go zatrzymać przed zmianą klubu.

,, W Panathinaikosie szukali napastnika bo poważną kontuzje złapał ich as Dimitris Saravakos. Dobrą opinie wystawił mi niezwykle ceniony w Grecji Kazimierz Górski ale decydujący był chyba dwumecz Ruchu w Pucharze Europy z CSKA Sofia. Na Stadionie Śląskim zremisowaliśmy 1:1. W rewanżu strzeliłem gola i choć przegraliśmy 1:5, najwyraźniej mi to nie zaszkodziło”- wspomina Warzycha. Trenerem greckiej drużyny był Christo Bonew, legenda bułgarskiego futbolu. Bardzo chciał mieć polskiego napastnika w składzie. Podjął fantastyczną decyzje! Panathinaikos zawdzięcza mu sprowadzenie najlepszego snajpera w historii klubu(288 goli w 503 oficjalnych meczach). W reprezentacji nie był taki skuteczny. W 50 występach strzelił tylko 9 goli ale naprawdę ważnego tylko raz, kiedy Polacy okrutnie męczyli się w starciu z Albanią na Stadionie Śląskim w eliminacjach MŚ ’90, gdzie wreszcie posłał zwycięską piłke do bramki. Zwykle jednak spadała na niego krytyka. Stał się wręcz symbolem piłkarza, który nie potrafił przełożyć formy z klubu na kadre narodową. ,,Ciągnie się ta łatka za mną przez całe lata ale dzisiaj mam już do niej duży dystans. W klubie sytuacja psychologicznie była dla mnie łatwiejsza. Nie wyszedł mi jeden mecz, nie wyszedł drugi a i tak grałem w trzecim, w którym umiałem znowu odpalić. W reprezentacji było inaczej. Przyjeżdżałem na zgrupowanie i już była presja że mam strzelać jak w lidze. Nie strzeliłem, to wypadałem. Ta świadomość zaczęła mi wreszcie ciążyć. Inna sprawa że w kadrze, zwłaszcza na początku, grałem w pomocy a ja zawsze najlepiej czułem się na szpicy. Nie robiłem z tego problemu. Grzecznie stosowałem się do decyzji a może jednak z większym naciskiem powinienem był tłumaczyć że jestem wysuniętym napastnikiem?”- zastanawiał się ,,Gucio”.

W Ekstraklasie debiutował za czasów trenera Lenczyka, wiosną 1983, czyli w tej samej rundzie co wspomniany Fornalik. Następny sezon zaczął już w podstawowym składzie. Tak było w dwóch meczach ale w trzecim wszedł na boisko z ławki w 87 minucie i potrzebował kilkudziesięciu sekund by strzelić pierwszego ligowego gola. Na dodatek nie byle gdzie i nie byle komu – Legii przy Łazienkowskiej! Jego trafienie przypieczętowało wygraną 2:0. Po tym meczu Ruch był liderem a w następnej kolejce znowu wygrał, ponownie po golu Warzychy(wyjazdowe 2:0 z GKS Katowice). Finalnie Niebiescy ligi jednak nie podbili. Zajeli miejsce w środku stawki a po rundzie jesiennej Lenczyka zastąpił Alojzy Łysko. Młody Warzycha na dobre zadomowił się w podstawowym składzie i w marcu 1984 , mając niespełna 20 lat i mniej więcej tyle samo spotkań w ekstraklasie, zagrał w dorosłej reprezentacji Polski. W wyjazdowym meczu towarzyskim ze Szwajcarią(1:1), w którym gola strzelił Boniek, zastąpił na ostatnie 20 minut Włodka Smolarka. ,,Zaczynałem u selekcjonera Piechniczka i u niego 13 lat później kończyłem, gdy znowu prowadził kadre”- przypomina pan Krzysztof. Swego czasu uważano go za piłkarza niedostępnego dla polskich mediów. Sugerowano że jest obrażony za te wszystkie złośliwe uwagi w sprawie jego gry w kadrze. Gdy wiosną 1996 przyjeżdżał do Warszawy na ćwierćfinał Ligi mistrzów, Legia-Panathinaikos(0:0), nie chciał rozmawiać z dziennikarzami. W rewanżu mistrzowie Grecji wygrali 3:0 po 2 golach Warzychy. ,,Czy byłem obrażony? Nie przesadzajmy. Ja jestem skromnym chłopakiem, nie chciałem za często pojawiać się w mediach, taki mam charakter. To nie było po złości.”- zapewnia teraz Warzycha. W kwestii potyczek z Legią ma jeszcze jedną uwagę: ,,Wtedy ją ograliśmy ale rok później ona ograła nas w Pucharze UEFA. Uznajmy że wychodzi na remis.”- kończy rozmowe ,,Gucio”. Krzysztof Warzycha poza mistrzostwem Polski z Ruchem w 1989, 5-krotnie zdobywał mistrzostwo Grecji z Panathinaikosem i tyleż samo Pucharów Grecji oraz dwukrotnie Superpuchar Grecji.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

1

@FcPortoFan1999 Maracana ma pojemność 150 tysięcy. Któryś z amerykańskich stadionów ma również 100 tysięcy i będzie gościł przyszłoroczny mundial...

9

Górnik wkracza na salony, czyli pierwszy polski ćwierćfinał Pucharu Europy:

Ponad pół wieku temu po raz pierwszy w historii mistrz Polski przebrnął przez drugą rundę Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Na starcie edycji 1967/68 stanęło 32 krajowych mistrzów. Oczywiście mapa Europy wyglądała wówczas zupełnie inaczej – jednego mistrza miały: Związek Radziecki, Jugosławia i Czechosłowacja, a w „rodzinie” UEFA nie było choćby Izraela. W pierwszej rundzie zabrzanie poradzili sobie z mistrzami Szwecji, Djurgardens Sztokholm, wygrywając 3:0 (Włodzimierz Lubański 2, Roman Lentner) i 1:0 (Jerzy Musiałek). Z kolei mistrzowie ZSRR po ciężkich bojach wyeliminowali Celtic Glasgow (2:1 w Szkocji, 1:1 w Kijowie). Na Stadionie Centralnym w Kijowie zasiadło 90 tysięcy kibiców, liczących na wygraną gospodarzy. Trener zabrzan dr Istvan Kalocsai wystawił w pierwszym składzie zamiast doświadczonego Lentnera, 18-latka z Michałkowic, Alojzego Deję i był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę, bowiem młodzian nie pękł przed utytułowanymi graczami wielkiego rywala. Taktyka Górnika była prosta – pieczołowite krycie radzieckich graczy i szybkie kontry. Ustawienie 4-4-2 zamiast 4-3-3 też zaskoczyło ekipę Wiktora Masłowa. Jeden piłkarz więcej w drugiej linii pozwolił na opanowanie sytuacji w środku pola. Pierwsza gol padł z samobójczego strzału Alfreda Olka, który w 12. minucie zaskoczył Huberta Kostkę. Stracony gol nie załamał Górnika. Zabrzanie doskonale przygotowani do tego meczu wyrównali już 180 sekund później po uderzeniu Zygfryda Szołtysika z 20. metrów. Bramkarz radziecki nawet nie drgnął. Decydujący gol padł w 61. minucie, po strzale głową Włodzimierza Lubańskiego. Lubański świetnie radził sobie z radzieckimi defensorami, stwarzając duże zagrożenie pod bramką Wiktora Bannikowa. W 82. minucie po rzucie wolnym z okolic narożnika pola karnego przed bramką Huberta Kostki powstało wielkie zamieszanie. Gdy wydawało się, że piłka już wpadnie do bramki Górnika, na linii bramkowej ręką zatrzymał ją Rainer Kuchta. Sędzia podyktował rzut karny. Do piłki podszedł Josef Szabo. Kostka jednak odbił strzał, a następnie nakrył ją przed bramką. Wtedy niezwykle chamskim zagraniem „popisał się” nieźle grający do tej pory Witalij Chmielnicki. Wszedł on z całym impetem w zabrzańskiego golkipera. Kostka zacisnął zęby i dotrwał na posterunku do końca, lecz po ostatnim gwizdku arbitra nie był w stanie o własnych siłach opuścić boiska.

17 listopada 1967, Stadion Centralny w Kijowie

1/8 finału Pucharu Europy

Dynamo Kijów – Górnik Zabrze 1:2 (1:1)

Gole: Olek 12., sam. – Szołtysik 15., Lubański 61.

Dynamo: Wiktor Bannikow – Władimir Szczegołkow, Wadim Sosnichin,Władimir Lewczenko, Wasilij Turjańczyk, Siergiej Krulikowski – Jozsef Sabo, Fiodor Miedwied, Wiktor Sieriebriannikow – Anatolij Byszowiec, Witalij Chmielnicki.

Górnik: Hubert Kostka – Rainer Kuchta, Stefan Floreński, Stanisław Oślizło, Henryk Latocha – Erwin Wilczek, Alfred Olek, Zygfryd Szołtysik, Alojzy Deja – Włodzimierz Lubański, Jerzy Musiałek.

,,My z Włodkiem Lubańskim przygotowujemy się już na Real Madryt. Takie mam przeczucie, że z tą drużyną zagramy w ćwierćfinale” – przyznał przed meczem Stanisław Oślizło. Ta wypowiedź pokazuje, jaka pewność siebie emanowała z graczy Górnika. W nocy przed meczem na Śląsku doszło do załamania pogody, spadł śnieg. Mimo tego, murawa była dobrze przygotowana. Obie ekipy miały grać w optymalnych składach, po przeziębieniu Lubańskiego nie było śladu. Dynamo przyjechało w najsilniejszym zestawieniu, choć trener Masłow po pierwszym spotkaniu narzekał na przemęczenie swoich zawodników. Odwrotnie niż Kalocsai. Ten serwował zabrzanom naprawdę ciężkie treningi. I nikt nie śmiał narzekać. W przeddzień rewanżu na Stadionie Śląskim w Chorzowie było sprzedanych ponad 70 tysięcy wejściówek, mimo iż Telewizja Polska zapowiedziała bezpośrednią transmisję z tego spotkania. Na Stadion Śląski zjechały tłumy. Na długo przed meczem sto tysięcy widzów wypełniło stadion i oczekiwało na pierwszy gwizdek. Na trybunach były widoczne transparenty z Krakowa, Poznania, Wrocławia czy Lublina. Cała Polska żyła meczem Górnik – Dynamo. Mecz był zacięty i emocjonujący, wszak stawką był ćwierćfinał Pucharu Europy. Sporo roboty miał szwedzki sędzia Einar Broemstroem, bo piłkarze często faulowali. Sprzyjała temu śliska murawa. Zabrzanie, podobnie jak w pierwszym spotkaniu, grali systemem wzmocnionej obrony. Tym razem jednak druga linia Górnika nie grała tak dobrze jak w Kijowie. Trener gości zrezygnował z usług Sabo, w jego miejsce wystawiając szybkiego skrzydłowego Anatolija Puzacza. Kijowianie dużo częściej niż w pierwszym spotkaniu atakowali właśnie bokami. Jednak to Górnik miał więcej z gry i powinien mecz wygrać. W 38. minucie to jednak goście wyszli na prowadzenie, gdy po wrzutce z rzutu rożnego Kostkę pokonał Turjańczyk. Na minutę przed przerwą Stadion Śląski opanowało szaleństwo. Na 1:1 wyrównał Szołtysik, finalizując akcję Wilczka z Lubańskim. As atutowy Górnika miał pecha – raz obił słupek, drugi raz poprzeczkę. W pole karne Dynama zapędził się znany z ofensywnej gry obrońca Floreński (wtedy defensorzy rzadko przekraczali linię środkową boiska), ale gdy stanął oko w oko z Bannikowem, zbyt wcześnie zdecydował się na strzał. Obserwatorzy po meczu wyróżnili Lubańskiego, który błyszczał szybkością i popisywał się techniką. W środku pola kapitalne zawody zagrali Olek i Szołtysik, którego precyzyjne podania budziły uznanie kibiców. Po spotkaniu rozentuzjazmowany tłum wpadł na murawę. Sensacja stała się faktem – Górnik awansował do ćwierćfinału Pucharu Europy!

29 listopada 1967, Stadion Śląski w Chorzowie

1/8 finału Pucharu Europy (rewanż)

Górnik Zabrze – Dynamo Kijów 1:1 (1:1)

Gole: Szołtysik 44. – Turjańczyk 38.

Górnik: Hubert Kostka – Rainer Kuchta, Stefan Floreński, Stanisław Oślizło, Henryk Latocha – Alojzy Deja, Alfred Olek, Zygfryd Szołtysik, Erwin Wilczek – Włodzimierz Lubański, Jerzy Musiałek.

Dynamo: Wiktor Bannikow – Władimir Szczegołkow, Wadim Sosnischin, Leonids Ostrovskis, Wasilij Turjańczyk, Siergiej Krulikowski – Anatolij Byszowiec, Fiodor Miedwied, Wiktor Sieriebriannikow – Witalij Chmielnicki, Anatolij Puzacz.

Sędziował: Broemstroem (Szwecja)

Widzów: 100.000

PS. W ćwierćfinale Górnik wylosował Manchester United.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

4

@Lionel_Messi10 Doskonale pamiętam mundial 1998 i grającą tam Norwegie. Do tamtego mundialu Norwegowie również przeszli przez eliminacje jak burza nie przegrywając żadnego meczu. Na samym mundialu wygrali grupowy mecz z Brazylią(!) 2:1, wychodząc na drugim miejscu z grupy. W 1/8 trafili niestety na... Włochów i załatwił ich Christian Vieri. Wówczas Norwegowie mieli Tore Andre Flo, dzisiaj mają Hallanda i podobnie mocną ekipe. Różnica jest jednak taka że wówczas klimat był zdecydowanie łagodniejszy od tego, jaki będzie panował w USA a zwlaszcza w Meksyku...

1

@Safrani Mówisz poważnie??? Nie wierze! Jeśli to prawda to niby dlaczego???

0

Mam nietypowe pytanie. Wczoraj w Sportowym wieczorze na TVP Sport gościem programu była Nina Patalon. Pani Nina była całkowicie ubrana na czarno, także urywki meczów reprezentacji z udziałem pani Niny, która również była ubrana całkowicie na czarno. Czy pani Patalon przechodzi jakąś żałobe?

11

Argentina Campeon!

17 listopada 1929 r. Argentyna pokonuje 2:0 Urugwaj na Estadio ,,San Lorenzo” w Buenos Aires w 6-tym meczu(de facto finałowym) 12-tego turnieju Copa America, po golach Bernabe Ferreyry(14 minuta) oraz Mario Evaristo(77 minuta). Tym samym Argentyna triumfowała po raz 4. w historii tych najstarszych reprezentacyjnych rozgrywek. Bez względu na okoliczności pokonanie dwukrotnych mistrzów olimpijskich miało swoją wymowę. Opinia publiczna widziała w ,,Albicelestes” stuprocentowych faworytów do miana najlepszej drużyny już nie tylko kontynentu ale i świata. W rzeczy samej, wszystko zdawało się potwierdzać owe przewidywania.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

10

Trafiła kosa na kamień:

17 listopada 1998 r. wybuchł konflikt Nuñeza z Cruyjffem i Stoiczkowem. Dwa lata po odejściu Cruijffa z klubu jego stosunki z prezydentem Nuñezem wciąż nie były najlepsze. ,,Wyraziłem zgodę na 2 mecze pożegnalne dla Cruijffa. Gdybym się na to nie zdecydował, nie miałbym teraz problemów. Dodatkowo oskarżył mnie o to że nie pozwoliłem mu na ostatnie spotkanie z kibicami a to nie prawda. Jest jedyną znaną mi osobą, która będzie miała 4 mecze pożegnalne: w Barcelonie i Amsterdamie, gdy kończył karierę piłkarską i 2, które czekają go teraz. Chyba każdy, kto mógłby do tego zarobić 200 mln peset(Cruijff miał dostać za mecze ponad milion euro) byłby szczęśliwy. A może się myle?”- ironicznie opisywał sytuację Nuñez. Dodatkowo prezydent Barcelony był skonfliktowany ze Stoiczkowem, który opuścił klub w 1998 r.: ,,To był błąd iż pozwoliłem mu w 1996 r. wrócić do drużyny. Niektórzy nie umieją zaakceptować tego, że jak tracą jakość w grze, to trafiają na ławke rezerwowych. Mogłem przewidzieć że jak Stoiczkow nie będzie grał w podstawowym składzie, to zaczną się problemy”- żalił się Nuñez. Stoiczkow, a jakże(!) nie pozostał mu dłużny: ,,Nuñez oszukuje ludzi. Gratuluje mu lat, które spędził z nami. Kiedy mówimy o nim źle, odpowiada, że atakujemy całe środowisko ,,barcelonismo”. Nie, panie Nuñez, mówimy o panu. Dziedzictwo Barcelony pochodzi od socios i zawodników. Bez nas kilka lat temu Nuñez był nikim”.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Niewiarygodny powód, dla którego Johan Neeskens przestał być piłkarzem FC Barcelony:

Johan Neeskens jest niewątpliwie jednym z najwybitniejszych piłkarzy w historii Holandii. Holenderski pomocnik był kluczowym członkiem drużyny „Mechanicznej Pomarańczy”, z którą rozegrał dwa finały Mistrzostw Świata w 1974 i 1978 roku. Wierny pomocnik Johana Cruyffa (rzadko można znaleźć ich wspólne zdjęcie) towarzyszył przyjacielowi w drużynach, w których obaj odnosili największe sukcesy. Nie trzeba dodawać, że zapisali się w historii w Ajaxie Amsterdam, zdobywając trzy Puchary Europy z rzędu (1971, 1972 i 1973), drużynie uważanej za jedną z najlepszych w historii. Nikt nigdy nie pamięta drugiego miejsca, z wyjątkiem roku 1974, kiedy to zajęliśmy drugie miejsce. W 1974 roku, jak wspomnieliśmy we wstępie, Johan Neeskens po raz kolejny wykonał „brudną robotę” w pomocy holenderskiej drużyny, która zrewolucjonizowała futbol, wprowadzając tak zwany „futbol totalny”. Jak trafnie zauważył sam Cruyff : „Nikt nigdy nie pamięta wicemistrzów, z wyjątkiem Mistrzostw Świata w 1974 roku, gdzie zajęliśmy drugie miejsce”. Tuż po Mistrzostwach Świata w 1974 roku Cruyff poprosił FC Barcelonę o zakontraktowanie jego prawej ręki. Kataloński klub zgodził się i sfinalizował transfer z Ajaxem. Johan Neeskens pozostał w Blaugranie przez pięć sezonów, stając się jednym z największych idoli klubu. Chociaż pod względem zdobytych tytułów era „Johana” nie była zbyt owocna (zdobyli tylko jeden Puchar Ligi i jeden Puchar Zdobywców Pucharów), to jednak Neeskens wywarł ogromne wrażenie na kibicach Barcelony, którzy nigdy nie zrozumieli, dlaczego piłkarz nie przedłużył kontraktu w 1979 roku. Po pierwsze, potrzebny jest kontekst. Barça właśnie zdobyła Puchar Zdobywców Pucharów, pokonując Fortunę Düsseldorf w finale rozegranym w Bazylei. Johan Neeskens był jednym z bohaterów tego meczu, który musiał rozstrzygnąć się w trzymającym w napięciu dogrywce (4:3 dla Barçy). Wszystko wskazywało na to, że po zdobyciu tytułu Holender pozostanie w drużynie. Nic nie mogło być dalsze od prawdy. W rzeczywistości był to jego ostatni mecz w barwach Barçy. Według historyka Manuela Tomása oraz pisarza i dziennikarza Frederica Porty w ich książce „Barça Inèdit”, powód, dla którego Johan Neeskens nie kontynuował gry w Barcelonie, był dość komiczny. Okazuje się, że po meczu z Hérculesem CF na stadionie José Rico Péreza, prezes klubu, Josep Lluís Núñez, źle się poczuł i musiał pobiec do toalety. Po skończeniu, zorientował się, że nie ma papieru toaletowego i poprosił Neeskensa o podanie mu rolki, na co zawodnik żartobliwie go zignorował. Nie spodobało się to prezesowi klubu, który uciekł się do wyświechtanego powiedzenia: „ Zemsta jest potrawą, która najlepiej smakuje na zimno ”. Nieoficjalnym wyjaśnieniem odejścia zawodnika były pewne nieporozumienia między zarządem a Neeskensem ale nikt nie mógł sobie wyobrazić, że coś tak absurdalnego mogło być powodem pozbycia się jednego z kluczowych graczy zespołu – i tak właśnie się stało.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

0

@FcPortoFan1999 A no faktycznie, na śmierć zapomniałem!

1

@FcPortoFan1999 Jak mam to rozumieć?

4

Portugalia tyle goli strzeliła i żadnego pan Cristiano Ronaldo? A coż to się staneło? Nie podają mu? czy co?

8

@FCBparasiempre
16 listopada 1893 r. powstała Sparta Praga, najbardziej utytułowany zespół w historii czeskiej (i Czechosłowackiej) piłki nożnej. Po I wojnie światowej była jedną z najlepszych drużyn w Europie i odnosiła niemałe sukcesy na arenie międzynarodowej. Powstanie Sparty datuje się na 1893 rok w wyniku rozłamu, do jakiego doszło w zespole AC Praha, założonego dwa lata wcześniej. Na samym początku nazywała się zupełnie inaczej, niż dzisiaj: AC Královské Vinohrady. Rok później zmieniono nazwę na AC Sparta, a człon „Praga” zostanie dodany dopiero w latach 50-tych XX wieku. Klub wywodzi się z miasta Vinohrady, który w 1922 roku zostanie dołączony do aglomeracji Pragi jako jedna z jej dzielnic. Niemal od samego początku istnienia gra w charakterystycznych ciemno-czerwonych barwach u siebie i w żółtych barwach na wyjeździe. Stało się to dzięki podróży ówczesnego prezesa klubu dr Petříka do Anglii. Podpatrzył tam ekipę Arsenalu i postanowił przywieźć ze sobą jeden zestaw koszulek londyńskiego zespołu. Na samym początku istnienia Spartanie mieli problemy, z powodu braku wsparcia stołecznego Ratusza, mimo wcześniejszych obietnic. Treningi zawodników odbywały się na poligonie wojskowym, a mecze rozgrywano na specjalnie wyznaczonym terenie w parku. Pierwsze lata występów nie były owocne w sukcesy, ale w 1904 roku, po przyjściu trzech utalentowanych piłkarzy ze Slavi Praga, Jana Košeka, Jindřicha Baumruka i Rudolfa Krummera, Sparta stała się jedną z najlepszych ekip na terenie Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Jeszcze w tym samym roku, w Boże Narodzenie, pokonali First Viennę 7:2 i 7:0, Budapeszt BTK 4:1, a z aktualnym mistrzem Anglii Newcastle United minimalnie przegrali 2:3. Na początku XX wieku klub ze stolicy Czech była tak mocny, że nawet jej druga drużyna była w stanie wygrywać z ligowymi rywali, a nawet z pierwszą drużyną Sparty. Dlatego w 1912 roku, kiedy odbyły się pierwsze mistrzostwa Czeskiego Związku Piłki Nożnej, mistrzostwo Spartan nikogo nie zdziwiło. W trakcie pierwszej wojny światowej rozgrywki niemal stanęły w miejscu, z powodu działań wojennych, ale Sparta nie próżnowała. W 1915 założyła szkółkę juniorską, a po zakończeniu działań wojennych skumulowała w swojej kadrze wielu świetnych zawodników, stając się jedną z najlepszych drużyn na świecie. To w większości piłkarze Sparty zapewnili reprezentacji Czechosłowacji dojście do finału Igrzysk Olimpijskich w Antwerpii w 1920 roku. W Finale Czechosłowacja przegrała z Belgią 2:0. Tuż po końcowym gwizdku oprotestowała rezultat meczu, za co została zdyskwalifikowana. Choć w pierwszych latach po zakończeniu I wojny światowej rozgrywki krajowe oficjalne nie istniały, to organizowano je oddolnie. Sparta była najlepsza nieprzerwanie od 1919 do 1923 roku, wygrywając 59 na 60 rozegranych meczów, z łącznym rezultatem bramkowym 235-46. Generalnie eksperci piłkarscy uważają Spartę Praga, FC Barcelonę i FC Nürnberg za najlepsze drużyny pierwszej połowy lat 20. XX wieku. W 1921 roku w prestiżowym turnieju o tytuł nieoficjalnego mistrza kontynentu Spartanie pokonali obu rywali na swoim terenie, Norymbergę 2:1 i Barcelonę 3:2. Z czasem konkurencja w kraju i za granicą zaczęła rosnąć wraz z popularyzacją piłki nożnej, a Sparta przestała się rozwijać, przez co rywale zaczęli ją doganiać. Mimo wszystko nadal byli znaną marką na arenie międzynarodowej. Drużyna w 1926 wyruszyła na piłkarskie tournée po Ameryce Północnej, gdzie rywalizowała z angielskimi i szkockimi zespołami. Na 12 meczów wygrali siedem, w dwóch przegrali, w trzech zremisowali. W 1924 roku Czechosłowacki Związek Piłki Nożnej ustanowił zasady profesjonalizacji piłki nożnej, tworząc oficjalną ligę, która rozpoczęła działalność dwa lata później. Warto przy tym spojrzeć na historię pierwszego ligowego meczu, wygranego 7:1 przez Spartę z SK Union Vršovice. Sędzia jednak nie uznał wyniku meczu ze względu na nieodpowiedni teren. Po wielu miesiącach zarządzono rozegranie ponownego meczu. Tym razem wygrana 3:2 bardzo bolała Spartę, bo zmieniony rezultat bramkowy bezpośrednio doprowadził to przegranego tytułu ligowego. Następne lata były już zdecydowanie lepsze i do 1938 roku Sparta Praga sześciokrotnie została mistrzem kraju. W latach, kiedy nie wygrywała ligi, zawsze była druga, z wyjątkiem sezonu 1927/28. Poza tym triumfowała w międzynarodowych rozgrywkach o Puchar Mitropa w 1927 i 1935 roku, w którym brały udział najsilniejsze kluby ze środkowej części kontynentu m.in. Włoch, Austrii, Węgier czy Jugosławii.

W marcu 1939 III Rzesza dokonała aneksji państwa Czechosłowackiego, a we wrześniu doprowadziła do wybuchu II wojny światowej. Mimo tych okoliczności rozgrywki ligowe w Czechosłowacji dalej się odbywały. Sparta Praga odczuła trudy wojny. W sezonie 1940/41 zajęła dopiero czwarte miejsce w lidze. Źle rozpoczęła kolejny sezon i po jesiennej części rozgrywek zajmowała ostatnie miejsce. Dodatkowo w derbach ze swoim odwiecznym rywalem, Slavią Praga, odniosła kompromitującą porażkę 7:0. Uratowania drużyny podjął się Vlasta Burian. Został on nie tylko trenerem, ale także inwestorem. Z własnej kieszeni zatrudnił kilku zawodników, obchodząc tym samym nazistowski zakaz profesjonalizmu w piłce nożnej. Od nowa podłożył fundamenty funkcjonowania klubu, dzięki czemu Sparta uratowała się przed spadkiem z ligi w ostatnim meczu sezonu 1941/42. Nowe wzmocnienia zaczęły odciskać piętno, w kolejnym sezonie zakończyli rok na zmagania na pozycji wicelidera, a w sezonie 1943/44 wygrali czeską ligę, już po raz dziesiąty w swojej historii. To był jednocześnie ostatni rozegrany sezon w okresie II wojny światowej. Po wyzwoleniu kraju większość zawodników Sparty trafiła do kadry narodowej. Po wojnie życie piłkarskie szybko wróciło do normy, a w lidze czeskiej było po staremu. Naprzemiennie dominowały kluby z Pragi: Sparta i Slavia. To się zaczęło zmieniać w latach 50-tych, kiedy oba zespoły zostały wyparte przez trzy zespoły: Bratysławskie Sokol NV i Červená hvezdę, a dodatkowo na miejscowym podwórku, czyli w stolicy, powstał wojskowy klub ATK. Ta trójka sięgnęła po większość trofeów w latach 50-tych, ale Sparta dwukrotnie nie dała za wygraną, wygrywając ligę w 1952 i 1954 roku. Nie miała jednak okazji na wiele prestiżowych rywalizacji międzynarodowych, z powodu zamknięcia się bloku komunistycznego na zachód. Pod koniec dziesięciolecia Sparta zaczęła podupadać i dwa ostatnie sezony 1958/59 i 1959/60 spędziła na bronieniu się przed spadkiem. Sparta Praga utrzymała swój solidny poziom, ale już na stałe straciła pozycję lidera w lidze. Nadal wygrywała, ale już nie tak często, jak miało to miejsce w przeszłości. Lata 60-te to tylko dwukrotnie wygrana liga, a lata 70-te to trzy zdobyte puchary krajowe. Bardzo skromny dorobek w przeciągu 20 lat jak na zespół z taką historią i aspiracjami. Dwukrotnie wygrana liga dała przepustkę do dwóch występów w Pucharze Europejskich Klubów Mistrzowskich, czyli ówczesnej Lidze Mistrzów. Spartanie zaprezentowali się w obu rozgrywkach naprawdę dobrze, dochodząc do Ćwierćfinałów. W pierwszym ćwierćfinale ulegli w dwumeczu Partizanie Belgrad, gdzie po wygranej 4:1 u siebie skompromitowali się w drugim meczu porażką 5:0. W drodze do drugiego ćwierćfinału rozgromili kolejno: FC Lausanne-Sport, Górnik Zabrze, Skeid Oslo i RSC Anderlecht, a powstrzymał ich dopiero Real Madryt. Lata 70-te były najtrudniejszym okresem w historii klubu. Kilkukrotnie obronili się przed spadkiem, ale w sezonie 1974/75 Sparta spadła do II ligi, jedyny raz w swojej historii. Co prawda rok później wróciła do najwyższej klasy rozgrywkowej, ale w następnych sezonach nadal przebywała w dolnej części tabeli. Wielkim paradoksem jest fakt, że to właśnie w tym okresie Sparta odnotowała także największy sukces na arenie międzynarodowej. W 1973 roku awansowała do półfinału Pucharu zdobywców Pucharów. W półfinale, po zaciętej i równej batalii, ulegli AC Milanowi, ale tak dzielna postawa drużyny, która na krajowym podwórku odnosiła porażkę za porażką, budziła spory szacunek. Swój powrót na szczyt Sparta Praga może zawdzięczać przede wszystkim trenerowi Václavowi Ježekowi. Prowadził wcześniej zespół w latach 1964-69, a teraz przybył, by całkowicie odmienić skład zespołu i styl gry. To poskutkowało i w sezonie 1983/84, po siedemnastoletniej przerwie, Sparta wygrała ligę czeską, a następnie całkowicie ją zdominowała. Drużyna trenera Ježki odnosiła sukcesy także na arenie międzynarodowej, gdzie w latach 1983-1985 Sparta awansowała do ćwierćfinału Pucharu UEFA i Pucharu Mistrzów, ale na tym skończyły się dalsze sukcesy za granicą. Spartanie mieli wtedy bardzo silną kadrę, dzięki skupieniu się na regularnym rozwijaniu mniej znanych graczy do wysokiego poziomu. To między innymi z tego powodu dziewięciu piłkarzy Sparty reprezentowało Czechosłowację na Mistrzostwach Światach w 1990 roku. Podobnie było sześć lat później, na Mistrzostwach Europy 1996, gdzie Czesi zdobyli srebrny medal.

To także w tamtym okresie dla Spartan grał Jiří Novotný, defensywny pomocnik, który był filarem swojego zespołu i doprowadził do zdobycia aż 14 tytułów ligowych. Lata 90-te charakteryzowały się również tym, że dochodziło do częstej rotacji składu. Tak swoją szansę w Sparcie dostały przyszłe legendy w historii czeskiej piłki, takie jak Pavel Nedvěd, Jan Koller czy Tomáš Rosický. Choć liczba pięciu wygranych sezonów na przestrzeni lat 2000-2010 na papierze wygląda bardzo dobrze, to w porównaniu do przeszłości i w odniesieniu do trudnych momentów w czeskiej piłce była świadectwem, że legendarna Sparta zaczyna powoli gasnąć. Sytuacja z płacami piłkarzy była wręcz dramatyczna, a kluby częściej ponosiły straty, niż dochody. Doszło do tego, że talenty piłkarskie, w tym te młodzieżowe, po rozegraniu kilku udanych meczów w lidze czeskiego poszukiwało dalszej kariery za granicą. Z tego powodu każdy musiał sięgnąć po alternatywne rozwiązania. Swoje szanse dostawali coraz młodsi zawodnicy, lub piłkarze, którzy nie mogli wcześniej wywalczyć miejsca w podstawowej jedenastce. Postawiono też na czeskich weteranów, którzy po udanym epizodzie na boiskach europejskich wracali do kraju, na ostatni etap swojej przygody z piłką. To miało swoje przełożenie w piłce międzynarodowej. Choć Sparta często awansowała do Ligi Mistrzów, to przeważnie odpadała w fazie grupowej. Później sytuacja tylko się pogarszała, bo zarząd klubu nie był w stanie zapewnić stałych zarobków, a zmiennicy, którzy pojawiali się w miejsce sprzedanych piłkarzy, nie prezentowali wymaganej od nich jakości. W porównaniu do innych klubów Sparta z tym wyzwaniem poradziła sobie słabo. Pozostała silną czeską ekipą, ale utraciła status najlepszej. Ostatni tytuł ligowy Sparta Praga wywalczyła w sezonie 2013/14, a ostatni puchar kraju w 2020 roku. Podsumowując na przestrzeni całej swojej historii, czeski klub wygrywał ligę 37 razy, a puchar kraju 27 razy, co jest krajowym rekordem. Sięgnął także trzykrotnie po Superpuchar, dwukrotnie, w 2010 i 2014 roku, na łamach rozgrywek o Czeski Superpuchar, a w 2020 roku już w ramach innych rozgrywek: o Superpuchar Czechosłowacji. W ostatnich latach Sparta często awansuje do Ligi Europy, ale najczęściej odpada albo w fazie grupowej, albo tuż po przejściu do dalszej fazy rozgrywek. Regularnie znajduje się w ścisłej czołówce czeskiej ligi, często ją kończąc na drugim lub trzecim miejscu, ale tracąc zbyt dużo punktów do lidera rozgrywek. Obecnie trenerem drużyny jest Brian Priske, a od grudnia 2018 roku dyrektorem sportowym jest były zawodnik klubu i legenda Arsenalu Tomáš Rosický.

12

Mały Puchar Świata:

Dwadzieścia lat przed tym, jak Japonia była gospodarzem Pucharu Interkontynentalnego (i nadała mu egzotyczny charakter, który uczynił ten turniej tak wyjątkowym), a na długo przed tym, jak FIFA pomyślała o petro-organizacji Klubowych Mistrzostw Świata, rozgrywano pierwsze mecze Pucharu Świata w ramach „Planet Football”. W latach 50-tych XX wieku wybrana grupa wpływowych biznesmenów z bogatej Wenezueli postanowiła zorganizować najbardziej prestiżowe mistrzostwa piłkarskie, jakie kiedykolwiek wymyślono. Niewątpliwie wyprzedzili swoje czasy. Należy zwrócić uwagę na wyjątkowy charakter tego turnieju, ponieważ w tamtym czasie nie było kontynentalnych trofeów klubowych, ani w Europie, ani w obu Amerykach. W latach 1952-1957 rozegrano zaledwie sześć edycji tzw. „Małych Mistrzostw Świata” ale ich zwycięzcy świadczą o ich dawnym znaczeniu: Real Madryt (dwukrotnie), FC Barcelona, S.C. Corinthians, São Paulo FC i kolumbijski klub Millonarios- „niebieski balet”, który zadziwił świat pod wodzą Di Stéfano. I wielu innych, którzy byli o krok od mistrzostwa: Botafogo, River Plate, Austria Wiedeń, Roma, Benfica, Valencia, Porto, Vasco da Gama i Club Nacional de Football. Turniej rozgrywany był systemem każdy z każdym, w którym rywalizowały cztery drużyny – dwie najlepsze z obu Ameryk i dwie najlepsze z Europy. Początkowo kluby były zapraszane ze względu na prestiż, ale później, wraz z wprowadzeniem Pucharu Europy i Copa Libertadores (później Copa de Campeones de América), zwycięstwo w obu rozgrywkach gwarantowało bezpośredni udział w turnieju światowym rozgrywanym w Caracas. Pojawienie się mistrzostw kontynentalnych zmniejszyło znaczenie tego pierwotnego turnieju światowego, który – należy zaznaczyć – nigdy nie doczekał się oficjalnego uznania. Zakończył się w 1957 roku i został wznowiony w 1963 roku pod mniej prestiżową nazwą „Caracas Trophy”, ale nadal zachował swój urok i nadal przyciągał najlepsze kluby świata. FIFA zdążyła już wówczas zauważyć tę koncepcję i pierwszy Puchar Interkontynentalny odbył się w 1960 roku, choć zorganizowanie podobnego turnieju, w którym najlepsze kluby świata spotkałyby się w jednym mieście, zajęło trochę czasu.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360

8

Zapomniane kluby Europy:

Stowarzyszenie Magyar Testgyakorlók Köre (Krąg Węgierskich Aktywistów Fitnessu) w Budapeszcie zostało założone 16 listopada w odległym 1888 roku przez nie więcej niż kilkunastu zamożnych członków licznej miejskiej społeczności żydowskiej. Jak nazwa wskazuje, klub zrzeszał różne sekcje. Liga piłkarska powstała dopiero w 1901 roku, nieco za późno, by wziąć udział w nowo powstałych rozgrywkach krajowych. W następnym roku drużyna dobrze radziła sobie w drugiej lidze, awansując do najwyższej, w której utrzymywała się do 1981 roku, kiedy to po raz pierwszy spadła z ligi. Do 1925 roku MTK zdobyło już 12 tytułów mistrzowskich, będąc liderem ligi w połowie jej sezonów (pierwszy sezon miał miejsce w 1901 roku). Pod nazwą „Hungária” drużyna zdobyła jeszcze trzy tytuły, zanim wybuchła II wojna światowa. Ze względu na silne powiązania ze społecznością żydowską Budapesztu, klub nie miał możliwości wzięcia udziału w mistrzostwach, gdy Węgry znajdowały się pod okupacją nazistowską. Choć może to wydawać się niesamowite, MTK zdobyło w latach pięćdziesiątych trzy tytuły mistrzowskie pod trzema różnymi nazwami: Bástya, Vörös Lobogó i wreszcie MTK Budapest w 1958 roku. Oprócz tytułów mistrzowskich drużyna zaczęła zdobywać również międzynarodową sławę, głównie dzięki swoim zawodnikom, którzy byli częścią imponującej wówczas reprezentacji Węgier, uważanej przez ekspertów piłkarskich za jedną z najlepszych drużyn, które nie wygrały Mistrzostw Świata w szczytowym okresie swojej działalności, podobnie jak Holandia pod wodzą Johana Cruyffa w latach siedemdziesiątych. Lata sześćdziesiąte przyniosły klubowi jeszcze większe międzynarodowe uznanie, docierając do półfinału Pucharu Miast Targowych w 1962 r., zdobywając Puchar Mitropa w 1963 r. (drugi sukces w tych rozgrywkach, wygrany został już w 1955 r.) i przegrywając ze Sportingiem Lizbona w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w 1964 r. (w drugim meczu, ponieważ pierwszy zakończył się remisem 3:3, a wówczas nie było rzutów karnych, więc konieczne było rozegranie meczu rewanżowego). Po zdobyciu tytułu mistrzowskiego w 1958 roku, MTK musiało czekać całe trzy dekady, aby ponownie świętować zajęcie pierwszego miejsca, tym razem pod nazwą „MTK-VM”. Wcześniej drużyna osiągnęła najniższy punkt w swojej historii, spadając z ligi pod koniec sezonu 1980/81. W 1994 roku MTK po raz drugi spadło z ligi, by natychmiast powrócić do najwyższej ligi. Dwa tytuły mistrzowskie i trzy pucharowe zdobyte w latach 1997-2000 dały kibicom poczucie powrotu na stałe. Zespół utrzymał konkurencyjność, kończąc kolejne dwa sezony na szczycie tabeli. Jednak wraz z pojawieniem się nowych potęg peryferyjnych, drużyn spoza Budapesztu, które dołączyły do tradycyjnych gigantów piłkarskich kraju, rywalizacja okazała się zbyt silna dla MTK, które od 2008 roku walczy nie o kolejne tytuły, ale o utrzymanie się w czołówce. Największym szczęściem dla kibiców MTK cieszyli się ci, którzy mieli okazję oglądać mecze swojej drużyny w latach 1947–1964, kiedy to dwie najważniejsze postacie klubu były główną atrakcją. Nie mając tak licznej rzeszy kibiców jak inne drużyny z Budapesztu, MTK najwyraźniej pogodziło się z faktem, że nie może być już tym, czym było pod koniec lat 90. Nie zmienia to jednak faktu, że te trzy inicjały są wyryte w historii węgierskiej piłki nożnej złotymi literami. Károly Sándor, mierzący zaledwie 158 cm wzrostu prawoskrzydłowy, dołączył do klubu w 1947 roku. Siedemnaście lat później, kiedy zakończył karierę, miał na koncie 379 rozegranych meczów (i strzelił 182 gole, co daje mu drugie miejsce na tej liście), co jest wynikiem większym niż ten, jaki osiągnął ktokolwiek wcześniej lub jaki osiągnie ktokolwiek później. Jedynym piłkarzem, który zasłużył na większą sławę w historii MTK, jest ten, którego imię nadano stadionowi klubu, zaszczyt niemal zawsze zarezerwowany dla najbardziej znanych postaci w historii klubu: Nándor Hidegkuti, jeden z najlepszych piłkarzy w historii Węgier, nie tylko MTK, dołączył do klubu w tym samym roku, co Sándor, ale zakończył karierę znacznie wcześniej, w 1958 roku. Mimo to strzelił w sumie 222 gole dla drużyny z Budapesztu, a także był gwiazdą reprezentacji Węgier, strzelając kolejne 39 goli w 69 występach.

Stadion nazwany jego imieniem, być może widzieliście, nawet jeśli nigdy nie oglądaliście domowego meczu MTK w telewizji (ani go nie odwiedziliście). To właśnie tam nakręcono sporą część filmu „Ucieczka do zwycięstwa” z 1981 roku, w którym wystąpili znani aktorzy, ale także wielkie legendy futbolu, w tym prawdopodobnie najwybitniejszy piłkarz w historii tego sportu, Pelé.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@AxelF Cała przyjemność po mojej stronie. Nie dość że historia to moja pasja, to jednocześnie jest bardzo ważna i bardzo ciekawa. Nie musisz mi już za każdym razem dziękować. Zielony herb jest wystarczającym dowodem wdzięczności od ciebie :) Miłego dzionka :)

1

@Arkon Przepraszam że dopiero teraz ale nie zawsze mam czas przesiadywać na internecie :)
A więc moja ulubiona jedenastka: Buffon, Nesta, Rijkaard, Maldini, Roberto Carlos, Platini, Pirlo, Zidane, Nedved, Van Basten, Batistuta.

11

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

16 listopada 1919 r. urodził się Tadeusz Parpan, środkowy obrońca i pomocnik. W pierwszym sezonie po II wojnie światowej, w bitwie o pierwsze miejsce w tabeli łeb w łeb szły ze sobą dwa krakowskie zespoły: Wisła i Cracovia. Biała Gwiazda górowała w ofensywie dzięki takim piłkarzom, jak Józef Kohut czy Mieczysław Gracz. ,,Pasy” potrafiły się jej jednak przeciwstawić znakomitą defensywą i to one wyszły z tego boju zwycięsko. Największą zasługę w tym dziele miał znakomity obrońca – Tadeusz Parpan. Kiedy UEFA po II wojnie światowej organizowała mecz Reprezentacji Europy z Wielką Brytanią, wysłała do selekcjonerów kadr narodowych listy zgłoszeniowe dla kandydatów do tego prestiżowego starcia. Henryk Reyman(Wiślak z krwi i kości) nie miał wątpliwości kto z Polaków mógłby unieść to ważne brzemię odpowiedzialności. Na karcie skreślił nazwiska Gracza oraz defensora Cracovii – Parpana. Ostatecznie piłkarzowi Pasów, pomimo powołania, nie udało się zagrać w tym meczu z powodu braku paszportu. Parpan budził wielkie zainteresowanie kibiców w tych pierwszych powojennych sezonach ze względu na swój wzrost. Mierzył 186 centymetrów, co wówczas stanowiło rzadko spotykany wymiar u piłkarza. Stąd nazywano go powszechnie ,,Wielkoludem z Cracovii”. Te warunki fizyczne dawały mu znaczną przewagę w pojedynkach główkowych. Jego główna zaletą było jednak znakomite ,,czyszczenie pola”. Parpan nie dopuszczał po prostu przeciwników w pobliże swojej ,,jedenastki”, przez o mawiano że bramkarz Cracovii na ogół jest bezrobotny. Znakomicie kierował też defensywą swej drużyny. Przyczyniło się to do wywalczenia przez Cracovie mistrzostwa Polski w 1948 r. O wszystkim(jedyny raz w historii Ekstraklasy) decydował baraż dwóch najlepszych drużyn tabeli.

Po zakończeniu rozgrywek okazało się bowiem że Pasy i Biała Gwiazda wywalczyły równą ilość punktów. Ostatecznie na neutralnym boisku Garbarni, Cracovia wygrała 3:1 i po raz ostatni w swej historii zdobyła mistrzostwo Polski. Parpan nie mógł zagrać w tym decydującym meczu. Przez cały sezon był jednak zdecydowanie najważniejszą postacią defensywnie nastawionych Pasów. Dowodzą tego liczne wyróżnienia indywidualne za ten okres. Obrońca znalazł się na 6 miejscu w Plebiscycie ,,Przeglądu Sportowego” na Najlepszego Sportowca 1948 roku. Przez kolejne ćwierć wieku jedynym futbolistą, któremu udało się wyrównać ten wynik, był Deyna. W 1949 Parpan znalazł się zaś na 9 miejscu. Przez następne 20 lat dwa razy z rzędu pozycje w Top-10 udało się utrzymać tylko Cieślikowi oraz Szymkowiakowi. Oprócz mistrzostwa z Cracovią, wywalczył wicemistrzostwo. Miał wtedy 32 lata. Najlepszy okres zabrała mu niestety wojna. Nim wybuchła(a był przecież ledwie rok młodszy od Wilimowskiego) nie zdążył wpłynąć na szerokie wody. Grał tylko w Łagiewiance, klubie założonym przez swego ojca Piotra, z braćmi Tadeuszem i Leopoldem. Dopiero podczas okupacyjnych rozgrywek zwrócił na siebie uwagę Pasów, co pozwoliło zasilić szeregi tej drużyny w pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości. Podczas II wojny światowej nie tylko kopał piłke ale był też żołnierzem Armii Krajowej i za swoje męstwo został uhonorowany odznaczeniami. Do dziś nikt z piłkarzy Cracovii nie pobił go w liczbie występów w reprezentacji. Jako zawodnik tego klubu rozegrał w biało-czerwonych barwach 20 meczów, strzelając jednego gola. Po ledwie 4 występach został nominowany kapitanem, co dowodziło jego umiejętności przywódczych. Lepiej pod względem skuteczności wygląda jego dorobek w Cracovii. W 63 meczach w Ekstraklasie zdobył 13 goli. Średnia 0,2 trafienia do dziś wygląda imponująco jak na obrońcę. Trzeba jednak wiedzieć iż Parpan zaczynał jako pomocnik i czasem jeszcze ustawiany był przez trenerów w linii środkowej a nawet jeśli grywał już tam, gdzie pokazywał najwięcej ze swoich umiejętności, to nie udało się całkowicie wyplenić z niego ciągu na bramke. Po odejściu z Cracovii krótko występował jeszcze w Garbarni razem ze swoim bratem Leopoldem. Kariere zakończył w 1951 r. Później pełnił role trenera obydwu krakowskich zespołów, w których występował w Ekstraklasie. Był też kierownikiem Pasów. Nie zdecydował się jednak na powiązanie tego etapu życia wyłącznie z piłką. Jako inżynier z wykształcenia pracował przede wszystkim na Politechnice Krakowskiej. Tadeusz Parpan został wybrany do najlepszej jedenastki 105-lecia Małopolskiego Związku Piłki Nożnej. Jest też patronem stadionu Armatury Kraków(dawnej Łagiewianki). Zmarł w 1999 roku.

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

10

Niesamowita historia Winstona Coe, bramkarza z jedną ręką:

Historia Winstona Coe, który przeszedł do historii jako „jednoręki bramkarz”, z pewnością zasługuje na opowiedzenie. Był rok 1906. W Argentynie piłka nożna była jeszcze w fazie amatorskiej i grali w nią niemal wyłącznie Brytyjczycy, którzy przybyli do tego południowoamerykańskiego kraju i stanowili praktycznie wszystkie składy drużyn. Barracas Athletic miał dobrego bramkarza, José Laforię. Został on jednak przeniesiony do Alumni, jednego z najlepszych argentyńskich klubów tamtych czasów. Tak się złożyło, że Laforia nie był tylko podstawowym bramkarzem drużyny, był jedynym. Pojawił się problem ze znalezieniem zastępcy, ponieważ Barracas Athletic miał kolejny mecz zaledwie kilka dni po transferze. Wtedy zgłosił się Winston Coe, prawy obrońca drużyny. Irlandczyk miał jednak pewną osobliwość, która na pierwszy rzut oka znacznie utrudniała mu bronienie strzałów przeciwników. Brakowało mu jednej ręki. „Jeśli chcecie, mogę pomóc, bo w moim przypadku dwie to niewykonalne” – powiedział kolegom z drużyny. Ku zaskoczeniu wszystkich, Barracas Athletic wyszedł na boisko w kolejnym meczu z jednorękim bramkarzem. Zespół Coe'a poniósł minimalną porażkę 1:2 z Estudiantes de Buenos Aires, ale doniesienia w niektórych gazetach podkreślały znakomitą grę bramkarza. Publiczność na meczu nagrodziła go brawami za interwencje, a historia stopniowo się rozeszła. Winston Coe pozostał podstawowym bramkarzem swojej drużyny przez dwa kolejne mecze. Znów dwie porażki, tym razem znacznie bardziej jednostronne (odpowiednio 11:0 i 5:0). Prasa, daleka od obwiniania bramkarza, twierdziła, że gdyby nie on, wyniki byłyby jeszcze bardziej upokarzające. Tak zakończyła się przygoda Coe, jednorękiego bramkarza. Jego historia pokonywania przeciwności losu i niezłomnej determinacji odbiła się echem na przestrzeni lat i słusznie, że wciąż o niej pamiętamy. Irlandczyk powrócił na swoją naturalną pozycję prawego obrońcy, ale, co naturalne, pozostaje w naszej pamięci i historii ze względu na swoją rolę w bramce, pomimo ograniczeń fizycznych. Jak mawiają, gdzie wola, tam i droga. Nie chcielibyśmy kończyć tego artykułu bez odniesienia się do Klubu Sportowego Absolwentów, o którym wspomnieliśmy na początku. Drużyna Buenos Aires była bez wątpienia najlepsza w Argentynie w erze amatorskiej. Zdobyła 10 tytułów mistrzowskich od momentu powstania aż do rozwiązania w 1911 roku. Chociaż oficjalnie została założona w 1898 roku, jej działalność sportową rozpoczęła się w 1893 roku. Klub został założony przez uczniów liceum angielskiego w Buenos Aires (stąd jego nazwa). Przypadek Alumni nie jest odosobniony. Innym wielkim klubem amatorskim, który zapisał się w historii, był angielski Corinthian FC, który, jak się mówi, zainspirował Real Madryt do wyboru białego koloru, ponieważ brytyjskie stroje były białe.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

0

@FcPortoFan1999 Ja wiem że jesteś oddanym kibicem FC Porto ale w tym przypadku mógłbyś sobie darować! W końcu to był debiut geniusza a mecz był tylko towarzyski...

15

Absolutny debiut ,,La Pulgi”:

16 listopada 2003 r. w towarzyskim meczu FC Porto z FC Barceloną(na otwarcie Estadio do Dragão) zadebiutował niejaki… Lionel Messi! Argentyńczyk, mając zaledwie 16 lat i 145 dni, wszedł na boisko w 71 minucie zastępując Fernando Navarro, jednocześnie stając się trzecim najmłodszym piłkarzem pierwszej drużyny, który zadebiutował w barwach Blaugrany(po Alcantarze i Babangidzie). ,,Byłem tak podekscytowany iż nie mogłem zasnąć w noc przed meczem. Najważniejsze było dla mnie zagrać przynajmniej kilka minut. Udało się i to jest dla mnie najważniejsze. Po meczu trener Rijkaard podziękował mi za gre, byłem zadowolony ale oczywiście wolałbym żebyśmy wygrali’’-podsumował sytuację Messi. Szkoda tylko że Barça przegrała ten mecz 0:2. Taki oto był początek geniusza futbolu…

Tylko spójrzcie:


@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

10

Hattrick Basory:

16 listopada 1947 r.(również była niedziela) FC Barcelona pokonała na „Camp de Les Corts” Sporting Gijon 4:0 w ramach 8 kolejki Primera Division. Hattrickiem popisał się legendarny Katalończyk Estanislao Basora. Czwartego gola(pierwszego w kolejności) strzelił również Katalończyk Alfons Navarro. Po 8 kolejkach Duma Katalonii z 12 punktami umocniła się na pierwszym miejscu w tabeli wraz z Celtą Vigo i Valencią.

@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

5

Debiut ,,La Pulgi”:

16 listopada 2003 r. w towarzyskim meczu FC Porto z FC Barceloną(na otwarcie Estadio do Dragão) zadebiutował niejaki… Lionel Messi! Argentyńczyk, mając zaledwie 16 lat i 145 dni, wszedł na boisko w 71 minucie zastępując Fernando Navarro, jednocześnie stając się trzecim najmłodszym piłkarzem pierwszej drużyny, który zadebiutował w barwach Blaugrany(po Alcantarze i Babangidzie). ,,Byłem tak podekscytowany iż nie mogłem zasnąć w noc przed meczem. Najważniejsze było dla mnie zagrać przynajmniej kilka minut. Udało się i to jest dla mnie najważniejsze. Po meczu trener Rijkaard podziękował mi za gre, byłem zadowolony ale oczywiście wolałbym żebyśmy wygrali’’-podsumował sytuację Messi. Szkoda tylko że Barça przegrała ten mecz 0:2.

5

@FCBparasiempre
Hugo Maradona był młodszy od swojego legendarnego brata o 9 lat. Zawodową karierę rozpoczynał w 1985 roku w Argentinos Juniors. W 1987 roku trafił do włoskiego Napoli, z którego został błyskawicznie wypożyczony do Ascoli Calcio. 20 września tamtego roku bracia zmierzyli się w meczu, który ekipa z Neapolu wygrała 2:1. Potem występował w hiszpańskim Rayo Vallecano i awansował z nim do ekstraklasy. Kolejne lata to występy w Rapidzie Wiedeń, urugwajskim Progreso, a także japońskich drużynach PJM Futures, Avispa Fukuoka oraz Consadole Sapporo. Czynną karierę zakończył w 1998 roku i osiedlił się w Neapolu. Pracował jako trener drużyn amatorskich.

1979 rok. Maradona jeszcze przed rzuceniem świata na kolana, ale już elektryzujący całą Argentynę – to gwiazda ozłoconych na młodzieżowym mundialu Albicelestes, to nastolatek strzelający w dorosłej kadrze, tydzień w tydzień porywający w barwach Argentinos Juniors. Pewien dziennikarz z zaciekawieniem jedzie do „Villa Fiorito”, dzielnicy Buenos Aires, z której wywodzi się Diego, by przyjrzeć się młodszym braciom gwiazdy. Czy jedenastoletni Hugo „El Turco”, i czternastoletni Raul „Lalo”, mają porównywalną samą skalę talentu? Czy niedługo kadrą będzie trząść familia Maradonów? Reporter przywozi barwny materiał, dzieciaki pierwszy raz trafiają na prasowe łama. Wyrok jest jednak bezlitosny: to normalni chłopcy. Normalni, czyli nie obdarzeni piłkarską magią starszego brata. Don Chotiro i Dona Tota, rodzice Diego, mogliby jednak wydać na świat chłopca niezdolnego chodzić, a nawet on po 1986 nie byłby bez szans na profesjonalny kontrakt w Europie. Raul i Hugo byli skazani na spróbowanie sił w poważnej piłce, bez względu na faktyczne umiejętności. „Hugo może być lepszy ode mnie„- Diego Armando Maradona po transferze młodszego brata do Rayo Vallecano. – To najlepszy brat na świecie – komplementował „El Turco” przyszłą gwiazdę Napoli. Chłopcy mieli wszystko, czego zapragnęli. Podczas gdy starszy brat kilka lat wcześniej chodził na treningi w rozpadających się butach, oni mieli do dyspozycji najnowsze korki, świetny sprzęt, a podwożono ich Mercedesem. Cała rodzina została wyciągnięta za uszy z biedy dzięki talentowi najstarszego syna Don Chotiro. „Kiedy Diego dostał pierwszy kontrakt, zabierał nas do wszystkich sklepów z zabawkami z sąsiędztwa, aby kupić nam prezenty, buty, rowery. Chciał dać nam to, czego sam nie miał, gdy był dzieckiem. W jego towarzystwie wszystko było piękniejsze” – mówił Raul. Raul debiutował w reprezentacji Argentyny U-18 podczas prestiżowego starcia z Brazylią – nudne 0:0, na którym jego przygoda z „Albicelestes” się zakończyła. Hugo dla odmiany był w swoim roczniku jednym z niemalowanych, autentycznych liderów. Wspólnie z Redondo rozdawali karty w reprezentacji U-16, która zdobyła mistrzostwo kontynentu w 1985 – dwa gole „El Turco” w finale z Canarinhos mają swoją wymowę. Na mistrzostwach świata w Chinach kadra jednak zawiodła, odpadając już w grupie. Młody Maradona, choć został najlepszym strzelcem swojej ekipy, musiał oglądać plecy RFN i… Australii. Klubowo też młokos był lepszy – Raul w Boca zagrał raptem 147 minut, zawsze wchodząc z ławki, a za jego największy sukces trzeba uznać epizod w derbach z River. Młodziutki, szesnastoletni Hugo już wtedy regularnie grywał dla mocnego Argentinos Juniors, zarówno w lidze jak i Copa Libertadores. MŚ w Meksyku bracia oglądali w rodzinnym domu. Gdzieś tam, daleko, Diego swoją grą znowu w fundamentalnym stopniu wpływał na ich życie. Tym razem otwierając przed nimi wrota do kariery w Europie. Nazwisko Maradona stało się kluczem do wielu drzwi, a gwiazdor był dostatecznie umocowany w świecie piłki, by samemu móc pociągać za sznurki. Hugo trafił do Napoli, a plotka głosi, że Diego postawił szefom ultimatum: mają ściągnąć jego brata, bo jak nie to on się zwija. Czy faktycznie postawił sprawę na ostrzu noża – nie wiadomo, ale w jednym z wywiadów po latach ówczesny dyrektor sportowy Napoli przyznał, że chłopaka widział tylko raz. Granada z kolei zawarła z Raulem jedną z najdziwniejszych transferowych umów w historii. Aby transakcja doszła do skutku, pozostali bracia mieli się zgodzić na jeden mecz w barwach Granady. Z dzisiejszej perspektywy kuriozum, ale wówczas nikt nie robił problemów i 15 listopada 1987 r. Diego z dziewiątką na plecach (dyszka dla Lalo!) wyprowadził ekipę z Andaluzji jako kapitan. Rywalem w gloryfikowanym sparingu było Malmö prowadzone przez Roy Hodgsona. Wszyscy trzej zagrali świetne zawody. Ciągle szukali siebie na boisku, wymieniali między sobą mnóstwo podań. Lalo wyrównał na 1:1, pięknie przedstawiając się piętnastu tysiącom widzów na „Los Cármenes”, tymczasem Diego bajecznym strzałem z wolnego przesądził o wyniku 3:2. Po meczu najstarszy z braci przyznał: – Granada miała wspaniały pomysł. Zagrać razem z braćmi w poważnym meczu to coś, o czym zawsze marzyłem.

To był złoty czas dla nich wszystkich. Maradona na szczycie szczytów, w glorii mistrza świata, w randze niekwestionowanego numeru jeden. Raul z gwiazdorskim kontraktem w mocnej Segunda Division (podobno wszystkie wpływy z meczu, zarówno reklamowe, telewizyjne jak i ze sprzedaży biletów, poszły na pokrycie jego gaży), Hugo podczas debiutanckiego sezonu w Serie A. Do kibiców Granady szybko dotarło, że Raul ich nie zbawi. Stracił miejsce w składzie, wylądował na ławie, stając się diablo drogim rezerwowym. Drużyna spadła do Segunda B, Lalo łącznie strzelił dwie bramki, a kontrakt rozwiązano. Z perspektywy czasu i te dwa trafienia zakrawają na cud: Raul był modelowym przykładem beztalencia. Tajemniczy biznesmen z Japonii ściągnął go do Fukuoki, i nawet w warunkach absolutnie raczkującej japońskiej piłki Lalo sobie nie poradził. Potem nie zagrzał miejsca w anonimowej drużynie z Toronto, wkrótce pokazano mu drzwi w Wenezueli… Rok w Segunda, na poważnym przecież poziomie, gdzie strzelił dwa gole, i tak musi określać jako szczyt swojej kariery. Przynajmniej tej piłkarskiej, bo medialnie cały świat o nim usłyszał, gdy w 1990 tuż przed finałem mistrzostw świata włoska policja złapała go bez dokumentów w Ferrari brata. Gdy carabinieri stawili się na zgrupowaniu Argentyny, by wyjaśnić z Diego całą sprawę, ten wdał się z nimi w bójkę, posądzając ich o celowe mącenie wody w obozie Albicelestes, formę zemsty za to, że wyrzucili oni gospodarzy z turnieju. Hugo tymczasem nie miał szans zostać w Napoli. Drużyny Serie A mogły wystawiać wówczas jednocześnie tylko dwóch stranieri, a takimi w Neapolu był Diego i wybitny snajper z Brazylii, Careca. Młodego wypożyczono więc do Ascoli. „Maradonino„, jak nazywali go tifosi skupił się jednak na sprzedawaniu biletów, anie strzelaniu goli. Ludzie przychodzili go oglądać, fascynowała ich magia nazwiska, ale z boiska wiało nudą – trzynaście meczów, zero trafień i koniec przygody El Turco ze Stadio Cino e Lillo Del Duca. Jedno co może młody Maradona z tego okresu zapamiętać, to że zagrał na poziomie Serie A przeciwko swojemu bratu. Wciąż chodziło jednak o bardzo młodego piłkarza, nastolatka, który owszem, odbił się, ale od silnej Serie A – nie dziwi więc specjalnie, że znaleźli się kolejni sensowni chętni. Rayo Vallecano, wówczas w Segunda, ściągnęło Hugo z fanfarami. Pompowano balonik na całego: Diego komplementował brata w hiszpańskiej prasie, mówił, że młody może być lepszy od niego. Carles Bilardo przypominał znakomite występy dzieciaka w młodzieżówce Albicelestes, a dyrektor sportowy Rayo zaznaczał, że Maradonina to supertalent czekający na eksplozję. Sam Hugo nie był szaleńcem, nie twierdził, że jest lepszy, ale przekonywał, że jest… ofensywniejszą wersją starszego brata, cokolwiek miał na myśli. Kibiców porwał jeszcze przed pierwszym wyjście na boisku – wyglądał jak kopia Diego. Ten sam wygląd, styl, kolczyk w uchu, luz. Początek był obiecujący. W tej samej lidze, która wypluła Lalo, Hugo grał regularnie i awansował z Rayo do Primera Division. Strzelił sześć goli, wykonywał wolne, robił swoją robotę, zasłużył na szacunek. W Madrycie byli z niego zadowoleni. Niestety, La Liga okazała się za wysokimi progami dla całej drużyny. Rayo zajęło ostatnie miejsce, było zdecydowanym outsiderem, przepaść punktowa dzieliła ich do utrzymania. Hugo strzelił trzy razy: nakłuł Atletico, Sociedad i Sporting Gijon. Był jednak dwudziestojednolatkiem, który nie zasłużył na skreślenie. Segunda, gdzie błyszczał, to nieprzypadkowa liga, a i na najwyższym poziomie przecież trafiał, choć grał w beznadziejnej drużynie. Z jednej strony mogło mu ciążyć, że z uwagi na nazwisko wymagano od niego cudów, że tylko przyzwoity mecz był i tak rozczarowaniem. Z drugiej strony, cały czas mógł liczyć na duże zainteresowanie poważnych ekip. Ponoć po Vallecano chciały go ściągnąć Betis i Espanyol, ale Hugo Maradona zdecydował się na przedziwny ruch: wybrał Rapid Wiedeń. Prawdopodobnie przeważyła suma na kontrakcie, bo w klubie zaciągnięto kredyty, byleby tylko El Turco dołączył do Die Grün-Weißen. Ostatecznie transfer okazał się obustronną katastrofą. Stolica Austrii pogrzebała karierę Hugo na starym kontynencie, a Rapid wydał krocie na bezużytecznego piłkarza, który wybiegł na murawę raptem kilka razy. Legenda Rapidu Peter Shottel wspomina: – Trenowaliśmy często na sztucznej nawierzchni, na śniegu. To były trudne warunki, w których on, piłkarz z Ameryki Południowej, nie potrafił się odnaleźć. Hugo na boisku tylko z wyglądu przypominał Maradonę. Wielu zastanawiało się: jak to możliwe, że brat najlepszego piłkarza wszechczasów gra tak źle? Warunki klimatyczne mają znaczenie, ale dobry zawodnik to zawsze dobry zawodnik, słabemu pogoda będzie służyła jako wymówka i pretekst. Po przygodzie z Rapidem postanowił wrócić na rodzimy kontynent. Nie było już topowych drużyn: Deportivo Italia w Wenezueli i Progreso w Urugwaju to żadni giganci. Potem wybrał Japonię i tutaj znalazł swoją przystań. Łącznie w J-League i niższych ligach japońskich strzelił niemal sto bramek. Odegrał swoją rolę w popularyzacji piłki w kraju kwitnącej wiśni, z uwagi na nazwisko na brak kontraktów reklamowych i zainteresowanie kibiców nie mógł narzekać, ale też tutaj, w tym specyficznym piłkarskim środowisku, Maradonina był również czysto piłkarską gwiazdą.

Raul w późniejszych latach, być może zainspirowany sukcesem brata na dalekim wschodzie, też postanowił wrócić do piłki. Z wielkimi fanfarami ściągnięto go do Peru, zaryzykował Deportivo Municipal. Był 1998, ściągano gościa, który nigdy nic nie osiągnął, który miał 32 lata i odbijał się od słabszych lig, ale jednak dano się nabrać, zachorowano na zbiorową amnezję. Lalo w wywiadach opowiadał „Jestem mądrym zawodnikiem, prawie tak jak Diego„, a ludzie wariowali, skandowali jego nazwisko, cieszyli się, jak gdyby trafił do nich Diego u szczytu kariery. Potem poszło standardowo: wielka kasa i wielkie zainteresowanie mediów, gol w debiucie. A następnie katastrofalne występy, które obnażały Lalo. Dyrektor sportowy powiedział o nim tak: – dawał drużynie tak niewiele, że z nim na boisku praktycznie graliśmy w dziesiątkę. Jedyne, co wniósł pozytywnego, to że kibice mogli pokrzyczeć „Maradona, Maradona!”. Bracia boskiego Diego nie byli jedynymi, którzy próbowali zaczarować magią jego nazwiska. Jak komety przez świat futbolu przemknęli Hernan Diego Maradona i Jorge Raul Maradona, synowie Lalo, a także Sergio David Maradona i Diego Armando Sinagra (zresztą wychowanek Napoli), wszyscy mniej lub bardziej związani z mistrzem świata z 1986. Koniec końców w rodzinie znalazł się wybitny grajek, ale Diego jest tylko jego teściem – mowa oczywiście o Sergio Aguero, który poślubił najmłodszą córkę El Pibe de Oro. W konsekwencji syn Kuna, Benjamin, zmierzy się z historycznie wielkimi oczekiwaniami – ojciec gwiazdor, wybitny dziadek, a jeszcze jego chrzestnym jest Messi…

5

@Bernard777 i @AxelF znalazłem coś na internecie o Hugo i Raulu.
@Sysia11
@Lionel_Messi10

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?