FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
Legendy rodzimego futbolu:
20 listopada 1940 r. urodził się Erwin Wilczek, pomocnik i napastnik, był fenomenem, piłkarzem o niezwykłym sprycie, przebiegłości. Jego ogromną zaletą był fakt, że na boisku widział wszystko. O rozmiarze jego talentu świadczy zdanie, które w 1969 roku wypowiedział ówczesny trener Legii Edmund Zientara po meczu Polska - Holandia, w którym w linii pomocy zagrali Wilczek, Kazimierz Deyna i Bernard Blaut. - Najbardziej cenię Wilczka. Rozumie wymogi nowoczesnego futbolu i jest dobrym strategiem - stwierdził Zientara. Erwin Wilczek był graczem zjawiskowym. Wielokrotnie udowodnił w Górniku Zabrze, grając w nim aż przez trzynaście lat, w okresie obfitującym w największe sukcesy (1959-72). Nic dziwnego, że aż dziewięć - powtórzę: dziewięć - razy był mistrzem Polski. Jedynie Stefan Florenski, oczywiście również z Górnika, może pochwalić się podobnym osiągnięciem. Erwin Wilczek zapisał się w pamięci kibiców Górnika, choć w Polsce nie jest aż tak powszechnie kojarzony. Wynika to z faktu, że w reprezentacji Polski w latach 60. zagrał ledwie 16 razy. Pytałem go o to. - Widocznie inni nadawali się bardziej niż ja - odparł krótko. Ale prawda jest taka, że był jednym z ówczesnych najlepszych pomocników. Tworzył rewelacyjny duet z Zygfrydem Szołtysikiem, obaj znali się doskonale, bo grali wcześniej w słynnej szkółce Zrywu u prof. Józefa Murgota (pierwszym klubem Wilczka był Wawel Wirek, z dzielnicy Rudy Śląskiej, w niej się wychował). Obaj błyskawicznie myśleli na boisku, grali nieszablonowo i mieli poczucie własnej wartości. Wilczek dysponował bowiem tego rodzaju techniką, która sprawiała, że był swobodny na boisku, dzięki niej miał łatwość we wszystkim co na boisku robił. Od razu wiedział zresztą do kogo zagrać. Był przy tym - jak na pomocnika - wyjątkowo bramkostrzelny. W lidze strzelił dla Górnika (czasami grał także jako napastnik) aż 96 goli, w Pucharze Polski - 15, w rozgrywkach międzynarodowych (łącznie z Pucharem Intertoto) - 15. Razem wbił tych goli dla zabrzan aż 126, a przecież zazwyczaj grał w drugiej linii! Gdyby Erwin lepiej się prowadził, nie miałby godnych przeciwników - mówił mi kiedyś "Zyga" Szołtysik. Coś w tym jest. Wilczek miał u kolegów ksywkę "Biba". Stanisław Oślizło opowiadał mi, że po przegranym finale Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem City Anglicy podczas wspólnej kolacji poczęstowali piłkarzy Górnika szampanem i, że to był najbardziej gorzki szampan w życiu. Kiedy opowiedziałem o tym Erwinowi Wilczkowi uśmiechnął się. - Mnie szampan smakował zawsze - stwierdził. Nie chodzi wcale o to, że lubił alkohol. Po prostu kochał życie. Życie i piłkę. Za bajtla nie robił nic innego tylko grał "w bal" na placach w Wirku. Piłka była dla mnie wszystkim. Ojciec Wilhelm, który był górnikiem, pracował na nocki. Zdarzało się, że zanim wszedł rano do pracy, budzi mnie i brata przed szóstą. Dostawaliśmy w skórę za to, że od dnia późno wróciliśmy do domu. A dla nas czas nie istniał, graliśmy w piłkę kiedy tylko mogliśmy- opowiadał mi Erwin Wilczek. Gdy grał już w Górniku ojciec stał się jego zawziętym kibicem. Tak bardzo zawziętym, że czasem kłócił się z innymi fanami na trybunach w trakcie meczu syna. Kontakt z piłką zawsze sprawiał mu niewymowną przyjemność. Tak było zawsze; nigdy nie odmówił kiedy nadarzała się okazja pokopać. Sławny obrońca Zygmunt Anczok opowiadał mi, że Wilczek czasami przyjeżdżał do zabrzańskiego klubu już godzinę przed treningiem - tylko po to żeby pograć sobie dla przyjemności w dziada... Nie zawsze wyglądał jak piłkarz w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Przy wzroście 168 cm miał skłonności do nadwagi i zdarzało się, że jeszcze w trakcie kariery zarysowywał mu się lekki brzuszek. Tak było właśnie w okresie słynnego trójmeczu z Romą, w 1970 roku - w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Niektórzy - nie mając jeszcze pojęcia z kim tak naprawdę mają do czynienia - potrafili go zlekceważyć. To był ogromny błąd, bo Wilczek znacznie szybciej myślał niż biegał.
A swój brzuszek też potrafił wykorzystać - w niecodzienny sposób. Ostatnia minuta meczu z Romą na Stadionie Śląskim. Górnik przegrywa i w pole karne Włochów biegnie Jerzy Gorgoń, który liczy, że może uderzy piłkę głową. Nie sięga jej jednak, przewraca się. Włosi przekonują sędziego, że do przewinienia może i doszło, ale jednak przed polem karnym. Właśnie wtedy sprytem i stanowczością wykazuje się Erwin Wilczek. Delikatnie obejmuje sędziego i prowadzi go w miejsce gdzie znajduje się punkt oznaczający rzut karny. Arbiter przez chwilę się waha, ale dyktuje jedenastkę. Tak o tej sytuacji opowiadał mi z uśmiechem Erwin Wilczek: - Jurek Gorgoń ostro poszedł do przodu. Sfaulowali go, ale z powodu śniegu nie było dobrze widać linii. Nie do końca było wiadomo czy to stało się w polu karnym czy jeszcze przed. Arbiter podbiegł żeby to sprawdzić i wpadł na mnie. Objąłem go i moim brzuszkiem, bo faktycznie taki miałem - to rodzinne, po ojcu - lekko popchnąłem go w stronę wapna. Nie mógł już nic innego zrobić jak podyktować karnego! Prawda jest taka, że na boisku trzeba być cwaniakiem, bo jak nie my to druga strona wykorzysta takie okazje bez wahania. Karnego wykorzystał Włodzimierz Lubański i Górnik ciągle był w grze. Ostatecznie, po trzecim meczu wyeliminował Romę dzięki szczęśliwemu losowaniu i awansował do finału gdzie zagrał z Manchesterem City.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
12
Był sobie meczyk:
20 listopada 1938 r. Polonia Karwina zagrała towarzysko z Ruchem Hajduki Wielkie. Mecz w Karwinie zapowiadano jako wielkie wydarzenie sportowe, anonsowano pełny skład mistrza Polski wraz z reprezentantami kraju Wilimowskim i Wodarzem, którzy powrócili z Irlandii z meczu kadry narodowej. Natomiast w drużynie z Karwiny miał zagrać były już piłkarz Ruchu Nowakowski, który odszedł z drużyny mistrza Polski, zasilając zaolziański klub. W przeddzień meczu w Karwinie kierownictwo klubu z Wielkich Hajduk ogłosiło że treningi piłkarskie na boisku zostały zawieszone z dniem 15 listopada. Od 22 listopada treningi odbywać się miały w hali gimnastycznej w szkole przy u. Wolności. Zajęcia treningowe prowadzone miały być we wtorki i czwartki od godz. 18.00. Mecz na stadionie w Karwinie rozegrano w niedziele 20 listopada w obecności około 2 tysięcy widzów. „Niebiescy” wystąpili w składzie: Brom, Giemsa, Czempisz, Mikunda, Dziwisz, Skrzypiec, Peterek, Malcherek, Kruk, Wilimowski, Wodarz. W drużynie z Karwiny wystąpił Nowakowski, były piłkarz Ruchu a nawet mistrz Polski z 1938 roku. Hajduczanie zagrali bardzo dobre spotkanie, ich gra spotkała się z dużym uznaniem licznie zgromadzonej publiczności. Do przerwy gospodarze dotrzymywali kroku mistrzowi Polski i przegrywali tylko 1:0 po golu Peterka. W drugiej połowie piłkarze z Karwiny mocno opadli z sił i Hajduczanie powiększali swoją przewagę a kolejne gole strzelali Wodarz i Wilimowski trzy. Ostatecznie Ruch wygrał 5:0, zbierając liczne pochwały i wyrazy uznania za poziom i styl gry.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
11
Wspaniałe legendy argentyńskiego futbolu:
20 listopada 1912 r. urodził się Enrique García, wybitny lewoskrzydłowy; dwukrotny zdobywca Copa America(1937 i 1941). Nazywany był ,,Poeta de Zurda”. Zurda znaczy lewa. Owa poezja odnosiła się zarówno do lewej strony boiska jak i do samej nogi. Prawdopodobnie najbardziej renomowany chirurg mógłby pozazdrościć Garcii tak precyzyjnej kończyny. Sumienni statystycy obliczili iż w latach 1936-44 w 233 meczach ligowych strzelił 78 goli, z czego 2 prawą nogą. Natomiast w 35 meczach dla reprezentacji strzelił 9 goli. Garcia swoją przygodę z piłką zaczynał w Santa Fe w osiedlowym klubiku ,,Las Rosas”. Był pilnym ministrantem w miejscowym kościele i tamtejszy ksiądz gorąco wierzył że pobożny młodzian wybierze duchowną kariere. Jednak Enrique oddał się z niemal religijną żarliwością pasji zgoła świeckiej, czyli futbolowi. Grał w Brown de Santa Fe, w Gimnasia y Esgrima de Santa Fe a w 1933 przeszedł do Rosario Central, współtworząc najlepszy ówcześnie (jak powiadano) ,,prowincjonalny atak świata”.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
3
@Safrani Hmm.. No cóż, tylko pozazdrościć...
9
Grande Espectacolo El Clasico:
20 listopada 2004 roku FC Barcelona pokonała Real Madryt 3:0 na Camp Nou w 12 kolejce Primera Division. To był trzeci Klasyk Franka Rijkaarda. Holenderski trener miał szczęście, trafił na okres, w którym trenerem Realu był Mariano Garcia Remon a w osiemnastce meczowej mieścili się tacy zawodnicy jak Francisco Pavon, Albert Celades, Santiago Solari czy Alvaro Mejia. Po 28. minutach na Camp Nou było 0-0. Wówczas ogromne nieporozumienie Roberto Carlosa i Ikera Casillasa, wykorzystał Samuel Eto’o. Kameruńczyk przejął piłkę na linii pola karnego gości, minął bramkarza Realu i wyprowadził Barcelonę na prowadzenie. Trzy minuty przed przerwą gospodarze powiększyli przewagę. Po pięknej akcji na listę strzelców wpisał się Giovanni Van Bronckhorst. Kwadrans przed końcem meczu "Blaugrana" postawiła "kropkę nad i". Bramkę z rzutu karnego zdobył Ronaldinho. ,,Przed tamtym meczem całą noc nie mogłem zmrużyć oka. Spytałem Ronaldinho: „Hej, czarnuchu, dobrze się czujesz?”, na co on odpowiedział, że chyba zaraz umrze. Ani Roberto Carlos, ani Iker nie spodziewali się, że odbiorę im piłkę i strzelę gola. Jak wróciłem do domu, pomyślałem sobie: „To był pierwszy mecz, w którym zagrałem jak prawdziwy profesjonalista”- tak oto wspominał po meczu bohater tego meczu- Samuel Eto’o. Sezon 2004/2005 Barcelona zakończyła na pierwszym miejscu w ligowej tabeli. Drugi Real wyprzedziła o cztery "oczka". Gdyby nie zwycięstwo na Camp Nou, tytuł mógłby trafić do stolicy Hiszpanii.
Popatrzmy na ten koncert:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Szczęśliwe zwycięstwo nad „Celestes”:
20 listopada 1927 r. reprezentacja Argentyny pokonała Urugwaj na Estadio Nacional w Limie 3:2(0:1) w piątym meczu 11. Edycji Copa America. Decydujący o zwycięstwie Albicelestes gol padł dopiero w 85 minucie i to był gol samobójczy autorstwa urugwajskiego obrońcy Adhemara Canavessiego. Urugwaj w meczu z Argentyną grał doskonale, stworzył fascynujące widowisko. ,,Mag” Hector Scarone dał popis swej iście czarnoksięskiej magii. ,,Urusi” jednak przegrali to spotkanie z jednego powodu. Otóż z powodu kontuzji nie mógł wystąpić ich żelazny kapitan, wielka legenda- Jose Nasazzi. Okazało się że ,,Marszałka” nie są w stanie zastąpić nawet najzdolniejsi generałowie. W efekcie Argentyna pokonała Urugwaj 3:2 w przedostatnim meczu turnieju i sięgnęła po raz trzeci po puchar Ameryki Południowej. Co prawda w ostatnim meczu turnieju Argentyna grała jeszcze z Peru, jednak pewnie wygrała aż 5:1, więc dodatkowy mecz z Urugwajem nie był już potrzebny.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
13
(Nie)zapomniane akcje, (nie)zapomniane mecze:
20 listopada 2001 r. Marc Overmars strzelił niecodziennego gola na ,,Anfield Road”. Historyczna akcja zaczęła się od wyrzutu z autu wykonywanego przez Coco. W ciągu nieco ponad minuty wymieniono aż 29 podań. Ostatnie zostało skierowane przez Xaviego do Overmarsa, który strzelił gola. Była to prawdziwa akcja zespołowa, w której uczestniczyli wszyscy gracze poza bramkarzem. Doliczając 33 podania wykonane przed zagraniem z autu, Barça kontrolowała piłke przez ponad 2 minuty i podawała ją aż 62 razy. Był to gol na 1:3, dający pierwsze w historii zwycięstwo nad Liverpoolem w piątym meczu i to w Lidze Mistrzów(druga faza grupowa). ,,The Times” napisał: ,,Katalońska ekipa pokazała jak wykańcza się rywala przed kontratakiem i jak ciężko pracuje aby odzyskać kontrole nad piłką”. Proszę spojrzeć:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Blaugrana w europejskich pucharach:
20 listopada 1963 r. FC Barcelona remisuje na Camp Nou z Hamburger SV rzadko spotykanym, wręcz hokejowym rezultatem 4:4, w ramach pierwszego meczu 1/8 Pucharu Zdobywców Pucharów. Gole dla Barçy zdobyli wówczas Jesus Pereda, Josep Fuste(2) oraz Pedro Zaballa.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
0
@JordiAlbion Dlatego mówie że jak przejdziemy Albanie to będzie z górki. Ale sam mundial to już zupełnie inna bajka...
2
Odnośnie losowania baraży to powiem tak: Jeśli jakimś cudem przejdziemy Albanię(co w dzisiejszych czasach będzie bardzo trudne) to w finale czeka na nas przeciwnik, który zdecydowanie lepiej nam leży i osobiście uważam że wtedy awansujemy na mundial, zwłaszcza że owy półfinał da nam przysłowiowego kopa. Natomiast obecna jakość kadry jest delikatnie mówiąc bardzo przeciętna i nie predystynuje nas do grania nawet w fazie grupowej mundialu. Czy w marcu będzie zdecydowana poprawa? Ciężko wyrokować ale poprawa musi być znaczna, gdyż na mundial nie jedzie się na wycieczke i zagranie trzech meczów grupowych, tylko co najmniej po wyjście z grupy. Mam wrażenie że pan Kulesza czeka wyłącznie na awans(czytaj pieniążki od FIFA) i tylko to się dla niego liczy...
10
Derby Barcelony:
20 listopada 1921 r. FC Barcelona rozgromiła w derbach Barcelony Espanyol 9:0(!) w ramach Mistrzostw Katalonii. Aż 5 goli w tym meczu strzelił genialny snajper Josep Climent Gracia. Hattrickiem popisał się legendarny Paulino Alcantara a jednego gola zdobył Vicenç Martinez. W końcowym rozrachunku FC Barcelona sięgnęła po raz 10-ty po mistrzostwo Katalonii. Królem strzelców zostali równocześnie Paulino Alcantara i Josep Climent Gracia, którzy strzelili po 19 goli każdy.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
10
@FCBparasiempre
19 listopada 1965 r. urodził się Laurent Blanc, obrońca. Francja to kraj, który doczekał się wielu wspaniałych piłkarzy. Jej barwy reprezentowali tacy zawodnicy jak Zinedine Zidane, Michel Platini czy Didier Deschamps. Należeć do grona najlepszych francuskich futbolistów to duża sztuka. Na takie miano z pewnością zasługuje Laurent Blanc. Dziś opowiemy historię 97-krotnego reprezentanta, mistrza świata i mistrza Europy. Pierwszym klubem w jego karierze było Montpellier HSC. W 1987 roku Blanc doczekał się sukcesu, wygrywając z zespołem rozgrywki Ligue 2 i awansując do najwyższej klasy rozgrywkowej. Trzy lata później przyszedł czas na jeszcze większe osiągnięcie. Klub z południa Francji wywalczył puchar kraju. W finale okazał się lepszy po dogrywce od RC Paryż. W 1991 roku Blanc zdecydował się na odejście zagranicę. Trafił do Włoch. W barwach Napoli miał okazję występować na boisku ze słynnym Diego Armando Maradoną. Wiele więcej o jego pobycie pod Wezuwiuszem napisać nie można. Nie był to dla niego udany czas. Po zaledwie sezonie wrócił do ojczyzny, stając się zawodnikiem Nimes Olympique. Szybko przeniósł się do AS Saint-Etienne – klubu mającego dużą markę, ale największe sukcesy już za sobą. Blanc czarował tam świetną grą, co wpłynęło na kolejną przeprowadzkę. Pozostał we Francji, ale zawitał do klubu mającego większe ambicje. Był rok 1995. Owym klubem było AJ Auxerre. Nie były to ambicje na wyrost. Blanc sięgnął z tym klubem po pierwsze w karierze mistrzostwo Francji. Miał także przyjemność po raz drugi w życiu podnieść krajowy puchar. ,,FC Barcelonę pokochałem od pierwszego wejrzenia. Gdy zobaczyłem Camp Nou stałem oczarowany: ogromem, historią i „zapachem” wielkiego futbolu. Jego zupełnie niespotykaną wcześniej bliskością. Czułem się jak w jakimś kościele, a raczej bazylice. To była świętość jedyna w swoim rodzaju”– tak we wstępie do publikacji „Wielkie kluby Europy. FC Barcelona” Michała Zaranka pisał Dariusz Tuzimek. Tak samo w sezonie 1996/1997 miał okazję poczuć się opisywany w tym tekście francuski obrońca. Właśnie wówczas dołączył do grona zawodników „Dumy Katalonii”. Stał się piłkarzem jednego z najsłynniejszych klubów świata. Nie dorobił się miana ikony hiszpańskiego klubu, ale mógł unieść głowę jako dumny zdobywca Pucharu Króla oraz Superpucharów Hiszpanii i Europy. Na tym jednak zakończyła się lista jego sukcesów odnoszonych w koszulce „Blaugrana”. Blanc znów powrócił do Francji. Tym razem wkroczył do największego klubu w historii swojej ojczyzny – Olympique Marsylia. W 1999 roku odniósł jeden z największych sukcesów na klubowej arenie międzynarodowej. Dotarł z marsylczykami do finału Pucharu UEFA, gdzie jednak musiał uznać wyższość AC Parma. Włoskich akcentów w jego biografii jest zdecydowanie więcej, bowiem po okresie spędzonym na Stade Velodrome, ponownie zawitał do Italii. Po tym, jak próbował podbić Neapol, tym razem rozgościł się w Mediolanie. Grał w barwach Interu do 2001 roku, po czym przeprowadził się na wyspy. Zasilił Manchester United. To właśnie tam zakończył zawodniczą karierę. Zrobił to w pięknym stylu, bowiem w 2003 roku sięgnął po mistrzostwo Anglii. Dla „Czerwonych Diabłów” trafiał czterokrotnie, z czego trzy bramki zdobył w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Po tym jak dołożył swoje trzy grosze do mistrzostwa kraju w sezonie 2002/2003, postanowił zawiesić buty na kołku. Wkrótce miała zakończyć się jego kariera trenerska. O tym jednak za chwilę. Piękniejszym rozdziałem w piłkarskim życiu naszego bohatera jest z pewnością kariera reprezentacyjna. W klubowej, którą i tak należy uznać za przyzwoitą, nawet nie zbliżył się do tego, co osiągnął z kadrą. Już w 1988 roku wygrał razem z kolegami mistrzostwa Europy U-21. Uznano go nawet za najlepszego zawodnika tego turnieju. Była to jednak tylko zapowiedź tego, co miał wywalczyć w przyszłości. Dekadę po sukcesie w młodzieżowym Euro, przyszedł czas na zdobycie tego, co dla każdego piłkarza najcenniejsze. Dokonał tego przed oczami liczących na to z całego serca rodaków. W 1998 roku Francja była gospodarzem mistrzostw świata. Oczekiwania w stosunku do gospodarzy były duże, mimo że ich trener – Aime Jacquet podjął kilka kontrowersyjnych decyzji, rezygnując z niektórych wielkich gwiazd. W kadrze na mundial nie znaleźli się tacy zawodnicy jak Eric Cantona, David Ginola i Jean-Pierre Papin. Blanc mógł liczyć na przychylność selekcjonera, dzięki czemu dostąpił zaszczytu gry w turnieju o miano najlepszej reprezentacji globu.
W fazie grupowej „Trójkolorowi” odnieśli trzy zwycięstwa, kolejno nad Republiką Południowej Afryki, Arabią Saudyjską i Danią. W 1/8 finału trudne warunki postawił im Paragwaj. O awansie gospodarzy zadecydowała bramka Blanca. Był to tzw. „złoty gol”, strzelony w dogrywce. Francuski stoper stał się tym samym pierwszym zdobywcą tego typu bramki. Nigdy wcześniej „golden goal” nie padł na mundialowych arenach. W ćwierćfinale Francuzi po rzutach karnych pokonali karnych Włochów. Po meczu półfinałowym również mieli powody do radości, jednak w przypadku Blanca była to radość tylko połowiczna. Wprawdzie jego zespół wygrał 2:1, ale obrońca otrzymał czerwoną kartkę, która wyeliminowała go z gry w finale przeciwko Brazylii. Losy najważniejszego turniejowego starcia są znane większości fanów futbolu. Francja wygrała 3:0, dzięki czemu dłonie Blanca mogły spocząć na najważniejszym pucharze w piłkarskim świecie. Blanc pojechał też na kolejny duży turniej. W 2000 roku znalazł się w kadrze walczącej o medal mistrzostw Europy w Belgii i Holandii. Już w pierwszym meczu strzelił gola, przyczyniając się do zwycięstwa nad Danią 3:0. W kolejnych spotkaniach nie trafiał do siatki, ale Francuzi po wygranej nad Czechami i porażce z Holandią awansowali do dalszej fazy. W ćwierćfinale „trójkolorowi” okazali się lepsi od Hiszpanów, a w rywalizacji o finał pokonali po dogrywce Portugalczyków. W dramatycznym meczu o złoto byli o włos lepsi od Włochów. Laurent Blanc święcił kolejny triumf z reprezentacją. Po mistrzostwach zakończył grę w narodowych barwach. Zaliczył w nich aż 97 występów. Został zapamiętany nie tylko z wielkich meczów i dużych sukcesów, ale również ze słynnego gestu całowania przed każdym meczem łysej głowy legendarnego bramkarza Fabiena Bartheza. Siedem lat po zdobyciu mistrzostwa Europy, Blanc wszedł do trenerskiego świata. Został szkoleniowcem Girondins Bordeaux. Zdołał wywalczyć z tym klubem mistrzostwo Francji. W 2010 roku dostąpił zaszczytu prowadzenia reprezentacji. Pojechał z nią na rozgrywane w Polsce i na Ukrainie mistrzostwa Europy. Jego podopieczni wiele tam nie ugrali, zatrzymując się na ćwierćfinale, w którym lepsza była Hiszpania. Po turnieju były obrońca podał się do dymisji. Po roku przerwy w trenerskiej przygodzie objął najmocniejszy klub w kraju – Paris Saint-Germain. Był to czas wielkich sukcesów na arenie krajowej. Ze stołecznym zespołem Blanc aż trzy razy wygrał rozgrywki Ligue 1. Dwa razy cieszył się z Pucharu Francji. Pod jego wodzą klub wzbogacił gablotę o trzy Puchary Ligi Francuskiej i tyle samo krajowych superpucharów. Do końca nie można jednak uznać paryskiego etapu, zakończonego w 2016 roku, za w pełni udany. Zabrakło bowiem sukcesów międzynarodowych, a wszyscy doskonale wiedzą jak duże są ambicje bogatego PSG. Po skończeniu przygody z najlepszym obecnie krajowym klubem Blanc odpoczywa od pracy szkoleniowca. Wiele jednak wskazuje na to, że nie powiedział ostatniego słowa. ,,Po trzech latach w Paryżu musiałem odpocząć. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy, gdyż interesują mnie także inne sprawy niż futbol”– powiedział Blanc. Być może nasz bohater spróbuje sił za granicą. W ojczyźnie osiągnął bowiem już wszystko. Sam zapowiada, że marzy o podjęciu pracy w innym kraju: ,,Mam pewne wymagania względem siebie. Chciałbym udowodnić, że stać mnie na trenowanie za granicą”. Laurent Blanc jest piłkarzem spełnionym. Miał okazję grać w najmocniejszych klubach Europy i sięgać po najcenniejsze trofea. Uszczęśliwiał rodaków, dając im sukcesy, o jakich od wielu lat marzyli. W pracy trenerskiej też może pochwalić się pierwszymi osiągnięciami. Być może to właśnie jako trener dopisze kolejny rozdział w swoim piłkarskim życiu. Bez względu na to czy tak się stanie, mistrz świata i Europy już teraz ma zagwarantowane miejsce wśród legend futbolu.
Osiągnięcia klubowe:
Montpellier HSC:
1 x Puchar Francji (1990)
AJ Auxerre:
1 x mistrzostwo Francji (1996)
1 x Puchar Francji (1996)
FC Barcelona:
1 x Puchar Hiszpanii (1997)
1 x Superpuchar Hiszpanii (1996)
Zwycięstwo w Pucharze Zdobywców Pucharów (1997)
Manchester United:
1 x mistrzostwo Anglii (2003)
Osiągnięcia Reprezentacyjne:
Złoty medal młodzieżowych mistrzostwo Europy (1988)
Złoty medal mistrzostw świata (1998)
Złoty medal mistrzostw Europy (2000)
Osiągnięcia trenerskie
Girondins Bordeaux:
1 x mistrzostwo Francji (2009)
1 x Puchar Ligi Francuskiej (2009)
2 x Superpuchar Francji (2008, 2009)
Paris Saint-Germain:
3 x mistrzostwo Francji (2014, 2015, 2016)
2 x Puchar Francji (2015, 2016)
3 x Puchar Ligi Francuskiej (2014, 2015, 2016)
3 x Superpuchar Francji (2013, 2014, 2015)
Osiągnięcia Indywidualne:
1 x najlepszy piłkarz Mistrzostw Europy U-21 – 1988
1 x najlepszy piłkarz roku we Francji – 1990
3 x jedenastka mistrzostw Europy – 1992, 1996, 2000
6
Wybitne legendy francuskiego futbolu:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Wybitne legendy radzieckiego futbolu:
19 listopada 1934 r. urodził się Walentin Iwanow, znakomity napastnik, który z piłkarską reprezentacją Związku Radzieckiego zdobył złoty medal olimpijski w Melbourne w 1956 roku, a także mistrzostwo i wicemistrzostwo Europy w 1960 i 1964 roku. Był trzecim najlepszym strzelcem w historii reprezentacji ZSRR - 26 goli (w 59 meczach). Cztery z nich zdobył na mundialu w Chile w 1962 roku, co dało mu, razem z pięcioma innymi zawodnikami, tytuł króla strzelców (31 października 2011 r. zmarł inny z najlepszych snajperów tego turnieju - Węgier Florian Albert). Drużyna Związku Radzieckiego zajęła wówczas najlepsze miejsce w mistrzostwach świata - czwarte. Przez całą karierę był związany z Torpedo Moskwa, z którym wywalczył mistrzostwo ZSRR w 1960 i 1965 roku. Potem przez długie lata był trenerem tego klubu. Jego syn Walentin Iwanow jest znanym sędzią piłkarskim.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Zapomniane legendy futbolu:
19 listopada 1934 r. urodził się Kurt Hamrin. Największym sukcesem piłkarskiej reprezentacji Szwecji jest zdobycie srebrnego medalu na mundialu rozgrywanym w ich kraju w 1958 roku. W finale turnieju Szwedzi przegrali 2-5 z reprezentacją Brazylii, o której sile decydowali tacy piłkarze jak Pele, Garrincha, Vava czy Didi. Gwiazdami szwedzkiej drużyny byli natomiast zawodnicy występujący na co dzień w lidze włoskiej. Jednym z nich był ,,Uccellino” (mały ptak) Kurt Hamrin – prawoskrzydłowy z numerem siedem, który stał się legendą nie tylko piłki szwedzkiej ale i calcio. Jako dziecko grał w piłkę i Bandy – jedną z odmian hokeja na lodzie, czyli sportu narodowego w Szwecji. Hamrin rozpoczął seniorską karierę od gry w amatorskim wówczas AIK Solna, gdzie zadebiutował jako siedemnastolatek. Grę w piłkę musiał godzić z pracą drukarza, bowiem AIK było w stanie oferować swoim piłkarzom jedynie pięćdziesiąt koron szwedzkich po wygranym meczu. Dodatkowo pomagał ojcu i braciom jako malarz. Po latach wspominał: ,,Lubiłem tę pracę i zapach farby”. W 1955 roku został wypatrzony przez przedstawiciela zakładu Fiata w Sztokholmie. Każdy oddział zagraniczny włoskiego giganta samochodowego miał swojego człowieka odpowiedzialnego za wyławianie piłkarskich talentów grających w miejscowych klubach. Na przykład Argentyńczyk Omar Enrique Sivori trafił do Turynu dzięki przedstawicielowi Juventusu przy zakładzie Fiata w Buenos Aires. Podobne praktyki miały miejsce między innymi w Polsce, kiedy to Legia Warszawa werbowała najzdolniejszych graczy w kraju do wojska oraz do swojego klubu. W 1955 roku Szwecja rozegrała mecz towarzyski z Portugalią. Na to spotkanie wybrał się ówczesny trener Juve Sandro Puppo. Po spotkaniu zapytał Kurta, czy chce grać na Półwyspie Apenińskim. Hamrin bez wahania zgodził się na transfer, ponieważ dla szwedzkich zawodników wyjazd do Włoch oznaczał zerwanie ze statusem amatora i grę w bardzo silnej lidze za dobre pieniądze. Zmianę otoczenia doradzali mu znakomici koledzy z reprezentacji: Gunnar Nordahl i Gunnar Gren. ,,Kiedy rano obudziliśmy się po pierwszej nocy w Turynie, moja żona Marianne otworzyła okno, z którego było widać Alpy okryte śniegiem, po czym powiedziała mi, że jesteśmy w raju”– opowiadał Hamrin. Skrzydłowy spędził jednak w klubie ze stolicy Piemontu zaledwie jeden sezon. W 23 meczach zdobył 8 bramek. W uzyskaniu znakomitej formy przeszkadzała mu chroniczna kontuzja śródstopia. W 1957 roku Juventus rozstał się z Hamrinem. Kurt być może dostałby kolejny sezon na pokazanie pełni swoich nieprzeciętnych umiejętności, gdyby nie restrykcyjne przepisy odnośnie obcokrajowców w składach ekip Serie A. W wyjściowej jedenastce mogli pojawić się tylko dwaj cudzoziemcy. ,,Stara Dama” tymczasem zakupiła jednego z najlepszych piłkarzy w historii walijskiego futbolu Johna Charlesa oraz Enrique Sivioriego, który w 1961 zdobył Ballon d’Or. Hamrin pozostał w Italii, a jego nowym pracodawcą była Padwa. Celem klubu na sezon 1957/1958 było utrzymanie się w najwyższej klasie rozgrywkowej. Dzięki świetnej grze Hamrina (dwadzieścia goli skrzydłowego w trzydziestu ligowych meczach) oraz innych zawodników, takich jak Sergio Brighenti czy Enore Boscolo, mały klub z Padwy zakończył sezon na trzeciej pozycji. Trener Nereo Rocco bardzo dbał o kondycję zawodników, dlatego rozkazał im, aby na treningi przybywali pieszo bądź rowerem. Doskonała gra Szweda nie umknęła uwadze większych drużyn. Po piłkarza zgłosiła się Fiorentina. Szwed miał zastąpić Brazylijczyka Julinho. Pobyt we Florencji nie był tylko epizodem jak w przypadku gry dla Juventusu i Padwy. Piłkarz spędził w tym mieście dziewięć lat, gdzie rozegrał dla ,,Violi” 289 ligowych gier, w których zdobył 150 bramek. Rekord ten pobił dopiero Gabriel Batistuta. Hamrin dwukrotnie zdobywał z Fiorentiną Puchar Włoch. Kibice szybko zapomnieli o Julinho. Zachwycała ich szybkość filigranowego skrzydłowego, a także efektowne dryblingi i strzały, po których piłka wyprawiała w powietrzu cuda. Hamrin uczynił z Fiorentiny liczący się klub we Włoszech. W sezonie 1963/1964 zespół z Florencji pokonał w Bergamo Atalantę 7-0, a Hamrin zdobył pięć goli, co po dziś dzień pozostaje wyjazdowym rekordem ,,Violi”. Dziennikarz Beppe Pegolotti wymyślił mu przydomek ,,mały ptak”, ponieważ jego zdaniem sposób biegania Hamrina przypominał spokojny, dostojny lot ptaka. W dodatku Kurt nie grzeszył warunkami fizycznymi (mierzył zaledwie 170 centymetrów wzrostu).
Z czasem skład Fiorentiny zaczął się odmładzać. Hamrin opowiadał, że gdy zapraszał kolegów z zespołu na obiady, ci nazywali jego żonę ,,mamą”. W 1967 roku 34-letniego wówczas Szweda do Milanu sprowadził Nereo Rocco – trener, który dał mu szansę odbudowania się w Padwie. Druga wspólna praca Hamrina i Rocco zaowocowała jeszcze większymi sukcesami. Milan wygrał w 1968 roku ligę, natomiast w 1969 Puchar Europy. Po tym sukcesie Hamrin przeniósł się do Neapolu, gdzie również grał przez dwa lata. Karierę zakończył w 1972 roku w IFK Sztokholm. ,, Uccellino” robił zawrotną karierę klubową, jednak wiele dał także reprezentacji. Na MŚ 1958 zdobył cztery gole i wraz z Agne Simonssonem był najlepszym strzelcem drużyny. Podopieczni Anglika George’ a Raynora imponowali grą w defensywie. Do momentu finału z Brazylią, w pięciu meczach stracili raptem dwie bramki. W drodze do starcia z „Canarinhos”, Szwedzi pokonali między innymi Węgry, Związek Radziecki oraz broniącą tytułu Republikę Federalną Niemiec. Hamrin występował w reprezentacji przez dwanaście lat, jednak uzbierał na swoim koncie zaledwie 32 występy. Strzelił w nich 17 goli. Obecnie nadal mieszka we Włoszech. Wiele temu krajowi zawdzięcza, choć od zawsze irytowało go, że Włosi wymawiali jego nazwisku jako ,,Amrin”. W Szwecji natomiast nie używano jego imienia Kurt, lecz zdrobnienia Kurre. Wraz z Marianne doczekał się pięciorga dzieci, ośmiorga wnucząt i jednego prawnuka. Na każdym kroku podkreślał, jak wiele szczęścia doświadczył ze swoją żoną. Dziennikarze często proszą go o wywiady. W nich Hamrin narzeka że dzisiejszy futbol jest o wiele bardziej brutalny niż wtedy, kiedy on był zawodnikiem. Nie podoba mu się też brak identyfikowania się z klubami przez wielu piłkarzy. Od jego debiutu w Serie A minęło blisko sześćdziesiąt lat, a mimo to nadal pozostaje na ósmym miejscu wśród najlepszych strzelców w historii rozgrywek. Tylko siedmiu graczy wzbiło się wyżej niż ,,mały ptak”…
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@AxelF To prawda iż nie był to najtrudniejszy przeciwnik ale z drugiej strony spójrz na wcześniejsze fazy Copa del Rey. Tam grają trzecio- a nawet czwartoligowcy. Słyszałeś żeby jakiś piłkarz tym bardzo słabym przeciwnikom strzelił 8 goli!???
0
@LeoMessiiBarcaPepa Dokładnie tak! I to jeszcze bez reklam!
11
Grande Espectacolo El Clasico:
Dokładnie 20 lat temu FC Barcelona rozbija w Klasyku Real Madryt na Santiago Bernabeu 0:3 w ramach 12 kolejki La Liga. Duma Katalonii pod rządami Franka Rijkaarda odniosła najbardziej efektowne zwycięstwo nad Realem na wyjeździe od czasu tryumfu 0:5 w sezonie 1973/74. Holender został pierwszym w historii trenerem Barçy, który dwukrotnie wygrywał w La Liga na Santiago Bernabeu(Cruijff jako trener uczynił to zaledwie jeden raz w ośmiu spotkaniach). Wynik meczu otworzył Eto’o po podaniu debiutującego w El Clasico Messiego. Bohaterem meczu został jednak Ronaldinho, który dwoma efektownymi rajdami dobił ,,Los Blancos” w drugiej połowie. Brazylijczyk był pierwszym piłkarzem Blaugrany od czasu Diego Maradony, którego gole oklaskiwali kibice madryckiego klubu na Santiago Bernabeu. Dwóch z fanów Królewskich, którzy na stojąco wyrażali swój podziw dla umiejętności Ronaldinho, stało się celebrytami. Byli bohaterami komiksów w gazetach, wywiadów dla prasy i telewizji. Takie arcydzieło sztuki można oglądać bez końca:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Legendarne mecze, legendarne postacie:
19 listopada 1911 r. FC Barcelona gromi FC Catale 17-1(!) na „Camp del Carrer de Industria”, w ramach pierwszej kolejki Mistrzostw Katalonii. Mało tego, 8 goli(!) w tym meczu strzela legendarny napastnik Jose Rodriguez Vasquez, znany bliżej jako Pepe Rodriguez. Jest tylko jeden piłkarz w historii Blaugrany, który strzelił więcej goli od Pepe w meczu o stawke a mianowicie sam założyciel klubu Joan Gamper(9 goli). Jest to jedno z najwyższych zwycięstw w historii klubu. Pomimo tego Duma Katalonii zajęła w rozgrywkach 2 miejsce ex aequo z FC Espanya ale na pocieszenie Pepe Rodriguez został królem strzelców tychże rozgrywek(15 goli). Trzeba również podkreślić iż w tym meczu 4 gole strzelił…. rzekomo pierwszy Polak w Blaugranie- Walter Rozitsky.
@Adran360
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Żywe legendy futbolu:
18 listopada 1963 r. urodził się Peter Schmaichel, duński bramkarz, mistrz Europy z 1992 r. oraz zdobywca Ligi Mistrzów z 1999 r. Święcił sukcesy zarówno w karierze klubowej, jak i z reprezentacją Danii. Kibice na całym świecie pamiętają go z serii świetnych występów w barwach Manchesteru United, jednak klub z Old Trafford był tylko jednym z wielu przystanków w bogatej karierze Petera Schmeichela. Duński bramkarz, Peter Schmeichel mimo to, że urodził się w Skandynawii obywatelem Danii został dopiero w wieku 7 lat. Wcześniej, przez pierwsze lata swojego życia nosił obywatelstwo po ojcu, który był Polakiem. Zresztą o polskich korzeniach jednego z najwybitniejszych bramkarzy świata w historii świadczy także jego drugie imię, Bolesław. Te otrzymał po dziadku. Z biegiem czasu rodzina Schmeichelów na dłużej osiadła jednak w Danii i ze względu na fakt, że matka Petera była Dunką ten bez problemu otrzymał obywatelstwo tego kraju. Talent piłkarski młodego Schmeichela nie został jednak dostrzeżony zbyt szybko. Dopiero w roku, w którym skończył 18 lat rozpoczął treningi w piłkarskim klubie. Jego pierwszą przystanią w piłkarskiej karierze stał się w 1981 roku miejscowy klub Gladsaxe Hero. Tam szybko zyskał sobie zaufanie szkoleniowców i stał się pierwszym bramkarzem drużyny. Schmeichel był wyróżniającym się zawodnikiem jedenastki z Gladsaxe i szybko zainteresowanie jego osobą wyraziły większe kluby Danii i Europy. On jednak pozostawał wierny barwom klubowym przez dwa lata. W roku 1984 Schmeichell trafił do Hvidovre IF. Tam mógł w dalszym ciągu szlifować swój kunszt bramkarski i... strzelecki. Przez dwa lata gry w tym klubie rozegrał bowiem 88 spotkań, w których strzelił sześć bramek, głównie po rzutach wolnych i karnych. O strzelającym bramkarzu szybko zrobiło się w Danii głośno.
W 1987 roku chęć zatrudnienia uzdolnionego golkipera wyraziło słynne duńskie Brøndby Kopenhaga. Na przeprowadzce do stolicy 24-letni wówczas Peter Schmeichel wyraźnie zyskał. Miał szansę nie tylko na grę wśród wielu reprezentantów kraju, ale także walkę o mistrzostwo Danii. Po tytuł ten udało mu się z jedenastką z Kopenhagi sięgnąć już w pierwszym roku gry w jej barwach. Po roku sukces ten powtórzył. W 1989 roku Brøndby musiało obejść się smakiem i przegrało walkę o mistrzostwo kraju, ale odkuło się zdobyciem Pucharu Danii. Kolejne dwa sezony przyniosły znów niepodważalną dominację drużyny ze stolicy, a Schmeichel zbierał bardzo pochlebne opinie. Nic więc dziwnego, że chęć zatrudnienia uzdolnionego bramkarza wyraziły największe kluby Europy, w tym słynny Manchester United. W tej sytuacji zadziałała magia Sir Alexa Fergusona, któremu udało się nakłonić Duńczyka do przeprowadzki na Old Trafford. Po latach sam przyznał, że była to jedna z najlepszych inwestycji jaką klub zrobił w minionym stuleciu. Latem 1991 roku Peter Schmeichel trafił do drużyny Czerwonych Diabłów i szybko wywalczył sobie miejsce między słupkami bramki drużyny szkockiego menedżera. Z przyjściem golkipera przyszły też liczne sukcesy Manchesteru na arenie angielskiej, jak i w Europie. Już w pierwszym roku gry Schmeichela na Wyspach The Red Devils zdobyły Superpuchar Europy. W latach 1993, 1994, 1996, 1997, 1999 Man Utd. sięgał po tytuł mistrza Anglii, w 1994, 1996, 1999 zdobył Puchar kraju, zaś w 1993, 1994, 1996, 1997 wywalczył Tarczę Wspólnoty. Spory w tym udział Schmeichela, który w 1992 roku został uznany za najlepszego bramkarza świata i swojego panowania długo nie oddał. Kapitalną erę w drużynie z Manchesteru Schmeichel ukoronował zdobyciem pucharu Ligi Mistrzów w 1999 roku. Wówczas po zaciętym finale drużyna Sir Alexa Fergusona pokonała Bayern Monachium 2:1 i mogła świętować zdobycie drugiego w historii klubu Pucharu Europy. Wraz z sięgnięciem po triumf w europejskich rozgrywkach skończyła się jednak era Schmeichela na Old Trafford. 36-letni wówczas golkiper zdecydował się na piłkarską emeryturę przenieść się w cieplejsze regiony Europy. Ostatecznie jako kierunek obrał Portugalię, gdzie związał się kontraktem ze Sportingiem Lizbona. Już pierwszy sezon Schmeichela spędzony w Portugalii przyniósł sukcesy. Drużyna ze stolicy kraju sięgnęła po mistrzowski tytuł a duński bramkarz był jej bardzo pewnym punktem.
Gra w preferującej techniczny styl rozgrywania piłki lidze nie przypadła jednak imponującemu świetnymi warunkami fizycznymi golkiperowi do gustu. Po dwóch latach gry w Verde-e-Brancos Schmeichel zdecydował się na powrót na Wyspy Brytyjskie. Wbrew pozorom 38-letni bramkarz nie miał większych problemów ze znalezieniem sobie klubu w angielskiej Premier League. Podpisał kontrakt z Aston Villa i przez rok gry w drużynie z Birmingham rozegrał w jej barwach 29 spotkań, strzelając jedną bramkę. W roku 2002 jako 39-latek trafił do Manchesteru City, odwiecznego rywala Czerwonych Diabłów, z którymi święcił największe sukcesy. Nie zostało to jednak źle na Old Trafford odebrane. Kibice pełni szacunku dla tego, co Schmeichel zrobił dla ich klubu przywitali go brawami, gdy znów zagościł na stadionie United. W barwach „The Citizens” Schmeichel występował przez rok. Rozegrał 29 spotkań, po czym zakończył bogatą karierę zawodniczą. Łącznie rozegrał w niej 653 spotkania, z czego aż 350 w Premier League. Obok bogatej kariery klubowej Peter Schmeichel może poszczycić się także imponującą karierą reprezentacyjną. Choć miał polskie korzenie, szczególnego wyboru nie miał i wybrał grę w reprezentacji Danii. W narodowych barwach zadebiutował w 1987 roku. Pięć lat później, jako kapitan duńskiej reprezentacji osiągnął z nią największy jej dotychczasowy sukces. Zatriumfował w Mistrzostwach Europy 1992 roku. Jak potem mówił, był to dla niego najwspanialszy sukces w całej karierze. Schmeichel bronił też duńskiej bramki podczas Mundialu 1998 roku we Francji. Karierę reprezentacyjną zakończył w 2001 roku, zaliczając 129 gier w narodowych barwach, w których strzelił jednego gola.
@Adran360
@AssisMoreira
@AxelF
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@FcPortoFan1999 ... na alarm?
13
Postacie polskiego futbolu:
18 listopada 1953 roku urodził się Janusz Wójcik. Zostanie zapamiętany przede wszystkim jako były selekcjoner reprezentacji Polski, którą prowadził w latach 1997-1999. Był także jednym z architektów sukcesu olimpijskiej reprezentacji piłkarskiej, która sięgała po srebro na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku. Wójcik prowadził tę kadrę w latach 1989-1992. W swojej karierze piłkarskiej grał głównie w warszawskich klubach: Gwardii, Ursusie i Hutniku. W wieku 23 lat wyjechał do Pakistanu, gdzie reprezentował barwy klubu Ravalpindi. Karierę zawodniczą zakończył już w 1980 roku w Toronto Falcons. Następnie poświęcił się trenerskiemu fachowi. Oprócz prowadzenia reprezentacji Polski był także między innymi szkoleniowcem Jagiellonii Białystok, Legii Warszawa, Pogoni Szczecin, Śląska Wrocław i Widzewa Łódź.
Pierwszym sukcesem absolwenta Wydziału Trenerskiego AWF w Warszawie był awans z Jagiellonią Białystok do ekstraklasy w 1987 roku. Dwa lata później został trenerem reprezentacji olimpijskiej (po pracy na stanowisku szkoleniowca kadry do lat 18), z którą awansował na igrzyska olimpijskie w Barcelonie 1992. W Hiszpanii, mając w składzie m.in. Andrzeja Juskowiaka, Wojciecha Kowalczyka, Tomasza Łapińskiego, Tomasza Wałdocha, Jerzego Brzęczka, Ryszarda Stańka, Piotra Świerczewskiego i Marka Koźmińskiego, zajął drugie miejsce. W finale igrzysk biało-czerwoni przegrali z Hiszpanią 2:3, tracąc decydującą bramkę w ostatniej minucie. Po olimpijskim sukcesie Wójcik stał się jednym z najbardziej popularnych trenerów w Polsce. Wydawał się faworytem do objęcia funkcji selekcjonera pierwszej reprezentacji, ale ostatecznie powierzoną mu ją dopiero w 1997 roku. Wcześniej prowadził m.in. Legię Warszawa, z którą w 1993 roku zajął pierwsze miejsce w lidze (tytuł został odebrany przez PZPN i przyznany Lechowi Poznań). W latach 1994-96 Wójcik prowadził olimpijską reprezentację Zjednoczonych Emiratów Arabskich, pracował też w klubach w tym kraju. Od jesieni 1997 prowadził seniorską reprezentację Polski. Ta przygoda trwała dwa lata i zakończyła się po nieudanych eliminacjach mistrzostw Europy 2000. Kadra Wójcika zaczęła eliminacje od cennego wyjazdowego zwycięstwa 3:0 w Burgas nad mocną wówczas Bułgarią, ale ostatecznie nie zdołała wyprzedzić w grupie Szwecji i Anglii. Później popularny "Wójt" prowadził drużyny Pogoni Szczecin i Śląska Wrocław. W latach 2001-02 był zatrudniony przez cypryjski Antorthosis Famagusta, a w 2003 objął funkcję selekcjonera reprezentacji Syrii. Po powrocie do Polski był jeszcze trenerem Świtu Nowy Dwór Mazowiecki, Znicza Pruszków i - na krótko - walczącego bez powodzenia o utrzymanie w ekstraklasie łódzkiego Widzewa. Był jedną z wielu osób zamieszanych w aferę korupcyjną w polskim futbolu. Prokurator przedstawił mu zarzuty dotyczące czasów pracy w Świcie Nowy Dwór Maz. w 2004 roku. W październiku 2014 trener został skazany przez wrocławski sąd na karę dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu, dwuletni zakaz pracy w roli trenera i grzywnę. Wójcik był jedną z barwniejszych postaci polskiego futbolu w ostatnich kilkudziesięciu latach. Janusz Wójcik, zmarł 20 listopada 2017 r. w wieku 64 lat.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
1
@AxelF Gdyby nie był tak rozrywkowy to prawdopodobnie zrównałby się z Messim...
9
Zasłużone postacie polskiego sportu:
18 listopada 1897 r. w Warszawie urodził się Tadeusz Gebethner. ,,Nigdy nie zapomnimy Tadeusza Gebethnera, tego szlachetnego człowieka, który uratował życie moje i męża. Kto jeszcze okazał tak wiele serca, tak głębokiego człowieczeństwa, tyle dobrej woli i bezinteresowności? Kto bardziej niż on zasługuje na wieczną wdzięczność i drzewko w Alei Sprawiedliwych w Jerozolimie?” – pytała wiele lat po wojnie ocalała Ludwika Abrahamer. Działacz sportowy, biznesmen, polityk, patriota, drukarz, wydawca, żołnierz, członek konspiracji niepodległościowej, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – to wszystko odnosi się do Tadeusza Gebethnera. Mimo tak wielu aktywności znalazł także czas na całkiem imponującą karierę piłkarską. Pochodził ze znanej warszawskiej rodziny księgarzy, a sport był mu bliski od zawsze. Jako nastolatek grywał w klubie Stella Warszawa, działającym przy Warszawskim Kole Sportowym. 8 października 1915 r. w lokalu jego matki przy ul. Zgoda 12 w Warszawie razem z grupą kolegów ze Stelli (w tym z braćmi Janem i Wacławem) założył klub Polonia Warszawa i został jego pierwszym prezesem (miał wtedy niespełna 18 lat). Grę dla Czarnych Koszul godził z nauką w Wyższej Szkole Handlowej (dzisiejsza SGH). W październiku 1918 r. rzucił to wszystko i został żołnierzem odradzającej się po 123 latach zaborów Polski. Walczył w 1920 r. z bolszewikami w słynnym 5. Pułku Ułanów Zasławskich. Do futbolu wrócił po wojnie, kiedy to ze swoją Polonią promował polskość na Górnym Śląsku, tuż przed ustanowionymi przez Ligę Narodów plebiscytami. Znalazł się w gronie założycieli Polonii Bytom, zyskał nawet miano jej honorowego prezesa. Podczas pierwszych pełnych rozgrywek o mistrzostwo Polski w piłce nożnej Polonia Warszawa zajęła drugie miejsce, a Tadeusz Gebethner był kapitanem drużyny wicemistrzów. Karierę piłkarską zakończył w 1925 r. w wieku 28 lat po 137 meczach dla Polonii. Od tej pory skupiał się na pracy w rodzinnym przedsiębiorstwie, jednak grywał od czasu do czasu w meczach oldboyów i działał na rzecz swojego ukochanego klubu. Jako ochotnik walczył w kampanii wrześniowej, a w czasie okupacji cały czas był aktywny w konspiracji. W swoim mieszkaniu przy ul. Śniadeckich 32 przez dwa lata ukrywał trzyosobową żydowską rodzinę Abrahamerów, która szczęśliwie doczekała końca wojny na Węgrzech (w 1981 r. dostał za to od Instytutu Jad Waszem w Jerozolimie medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata). Była to niestety nagroda wręczona pośmiertnie, ponieważ Tadeusz Gebethner zginął w Powstaniu Warszawskim. Jako zastępca dowódcy I kompanii 3. Batalionu Pancernego AK „Golski” (pseudonim „Gustaw”) 1 września 1944 r. został ciężko ranny, co skończyło się amputacją ręki i nogi. Po upadku Powstania trafił do Stalagu XI A 341 w Altengrabow niedaleko Magdeburga. Fatalne warunki sanitarne i brak odpowiednich lekarstw sprawiły, że Tadeusz Gebethner nie „wylizał” się ze swoich ciężkich ran i zmarł 14 października 1944 r.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@FCBparasiempre
Cudowna ,,Barça pięciu pucharów”:
Gdy cofamy się do lat 50-tych, przywołujemy „Maracanazo”, węgierską „Złotą Jedenastkę”, Brazylię Pelego, zaś z drużyn klubowych przychodzi większości z nas do głowy bodaj jedynie Real Madryt z Kopą, Di Stefano i Puskasem. Tymczasem jeszcze przed wielką serią Królewskich w Pucharze Europy swą klasę zademonstrowała ekipa wielkiego rywala Madrytczyków – FC Barcelony. Ów zespół ochrzczono „Barcą Pięciu Pucharów”. Legenda, która dziś została przyćmiona przez Dream Team Cruyffa czy erę Guardioli. Obecnie pamiętają o niej jedynie prawdziwi „cules”. Historia ma swój początek latem 1950. Wtedy to bowiem na Półwysep Iberyjski zawitała Hungaria, drużyna złożona z emigrantów ze wschodu kontynentu. Zagrali oni kilka meczów w Hiszpanii, podczas których ówczesny już skaut Barcelony, wcześniej będący piłkarzem katalońskiego klubu, Josep Samitier zwrócił uwagę na lidera gości Laszlo Kubalę. Problem polegał na tym, że jak to ma miejsce także w dzisiejszych czasach, na tego samego zawodnika sidła zasadzili ludzie związani z Realem Madryt. Ostatecznie jednak Samitier wywiódł ich w pole wsadzając pijanego Kubalę do samochodu i zawożąc go do Barcelony, gdzie Laszlo parafował umowę z „Blaugraną”. Laszlo został oszukany, gdyż podczas jazdy spytał Samitiera: „Jedziemy do Madrytu?”, a w odpowiedzi otrzymał potwierdzenie.
Dzięki temu Kubala niejako w pakiecie z trenerem Hungarii Ferdinandem Daucikiem i kolegą klubowym Nicolae Simatociem, znanym pod węgierskim nazwiskiem Miklos Szegedi, podpisał kontrakt z Dumą Katalonii. Co ciekawe, przyszły idol „Les Corts” był prywatnie szwagrem szkoleniowca. Interesująca jest również sprawa pochodzenia zawodnika. W jego żyłach płynęła krew słowacka, ale też polska. Na przestrzeni piłkarskiej kariery występował dla reprezentacji Czechosłowacji, Węgier i Hiszpanii. Życie Kubali jest jednak materiałem na odrębną historię, skupmy się na ówczesnej Barcelonie. Rywalizacja o wspaniałych piłkarzy między wielkimi rywalami rozgorzała później wokół Alfredo Di Stefano, co można poczytywać jako swego rodzaju zemstę „Królewskich” za sprzątnięcie im Kubali sprzed nosa przez „Blaugranę”. Gdy Argentyńczyk porozumiał się już z Barceloną, a zarząd klubu dogadał szczegóły transferu z klubami roszczącymi sobie prawa do Alfredo – Milionarios Bogota i River Plate, plany pokrzyżował im prezydent Realu Santiago Bernabeu. Przekonał napastnika do gry w Madrycie. Rozstrzygnięcia sporu podjęła się federacja, która wydała wyrok orzekający o tym, że cztery lata kontraktu mają zostać podzielone po równo kolejno między Real i Barcę. „Blaugrana” oprotestowała tę decyzję, lecz apelację odrzucono, po czym władze katalońskiej ekipy zrezygnowały ze starań o pozyskanie piłkarza. Z pierwszej połowy sezonu 1950/51, a zwłaszcza jego pierwszej połowy, „cules” nie mogli się cieszyć. Podstawową przyczyną porażek Katalończyków było zawieszenie na rundę wiosenną Laszlo Kubali. Jako powód kary nałożonej na Węgra wskazano nieuprawnione opuszczenie ojczyzny i uchylanie się od służby wojskowej. W Primera Division FC Barcelona nie zdołała się przebić nawet na podium. Jej wyniki z tamtych rozgrywek ligowych w dzisiejszych czasach wyglądają jak zły sen. Aż 11 porażek w 30 spotkaniach, co dało czwartą pozycję, a Barcelona zdążyła już wcześniej wypracować sobie miano czołowej ekipy w kraju i na kontynencie. Aby zrozumieć jednak ówczesną sytuację w klubie wypada nadmienić, że rok wcześniej Barca zakończyła ligę na piątym miejscu, przegrywając przy tym 10 spotkań ligowych.
Duet Daucik-Kubala wyprowadził „Blaugranę” ponownie na salony. Pierwszy sukces bordowo-granatowych miał miejsce wiosną 1950. Ekipa z „ Camp de Les Corts” triumfowała w Pucharze Generała. Pod ową nazwą krył się, za rządów Francisco Franco, dzisiejszy Copa Del Rey. Turniej nie trwał tak jak dziś prawie cały sezon, lecz zamknął się na przestrzeni niecałego miesiąca już po wyłonieniu mistrza kraju. Przeciwnikami graczy z Miasta Gaudiego w pierwszej rundzie została FC Sevilla. „Blaugrana” nie napotkała na swojej drodze do awansu problemów. W spotkaniu na „Estadio de Nervion” rozpoczynającym pucharowy marsz triumfalny wygrała 1:2. Rewanż tylko pogrążył Andaluzyjczyków, gdyż zakończył się pewnym zwycięstwem Barçy 3:0. W ćwierćfinałowym dwumeczu „Duma Katalonii” zmasakrowała wręcz Atletico Tetuan (dziś siedziba mieści się w granicach Maroka, a sam klub nie został zlikwidowany). Dwie wygrane, bilans bramek 7:2 mówią same za siebie. O awans do finału Katalończycy zmierzyli się z sztandarowym klubem Baskonii – Athletikiem Bilbao. Publiczność zgromadzona na Les Corts nie miała okazji do obejrzenia choćby jednej bramki, a w Kraju Basków przyjezdni zdołali triumfować 2:1. W batalii o trofeum los skojarzył „Blaugranę” z kolejnym baskijskim klubem – Realem Sociedad San Sebastian. Areną finału wybrano „Nuevo Chamartin” w Madrycie. Śpieszę z wyjaśnieniem dla nieświadomych – dziś tenże stadion funkcjonuje pod nazwą Estadio Santiago Bernabeu ku pamięci byłego prezydenta Realu. Ostateczna konfrontacja okazała się łatwizną dla FC Barcelony. „Blaugrana” pokonała przeciwników 3:1 i zdobyła pierwsze trofeum po dwuletniej posusze. Copa del Generalisimo jedynie było początkiem prawdziwej zwycięskiej serii, jakiej barcelonismo doświadczyło w roku 1952. Pięć pucharów w 12 miesięcy. Osiągnięcie to w roli rekordu funkcjonowało aż do ery Guardioli.
Pierwszy z pięciu kroków postawiony został poprzez wygranie ligi. Walka o prymat toczyła się praktycznie do końca. „Blaugrana” z 43 punktami na koncie o ledwie trzy „oczka” wyprzedziła „Lwy” z Bilbao, wtedy grające pod nazwą Atletico ze względu na represje. Wtedy hierarchia wyglądała trochę inaczej, gdyż ekipy Primera Division prezentowały bardziej wyrównany poziom. Barca wygrała dziewiętnaście spotkań, pięć zremisowała a sześciokrotnie zmuszona była uznać wyższość rywali.
Później w krajowym pucharze podopieczni Daucika niszczyli wszystkich, których napotkali na swej drodze. Zdemolowane zostały ekipy „Los Colchoneros” i Malagi, a także Realu Valladolid w pierwszym meczu. Rewanż przeciwko Kastylijczykom, poprzedzony „La manitą” na „Les Corts”, Barceloniści przegrali 3:1, lecz ogromna zaliczka z pierwszego meczu pozwoliła im bez trudu awansować. 25 maja Blaugrana stanęła przed szansą obrony wywalczonego rok wcześniej tytułu, a utrudnić jej tę sztukę miała Valencia. Mimo starań Nietoperzy, Barca udowodniła swoją przewagę w stosunku do pozostałych klubów hiszpańskich i po zwycięstwie 4:2 mogła cieszyć się z potwierdzenia panowania na krajowym podwórku wznosząc ku niebu Puchar Generała. Niemal miesiąc później, 15 czerwca, bordowo-granatowi dołożyli piękne, acz mające symboliczne znaczenie trofeum za wygranie „Copa Martini&Rossi”. W corocznym, kończącym sezon na „Les Corts” spotkaniu o charakterze towarzyskim pokonali zaproszoną ekipę z francuskiej Nicei. W czerwcu Barça wzięła udział też w Pucharze Łacińskim na paryskim Parc des Princes. Na przełomie lat 40. i 50. rywalizowali w nim mistrzowie Francji, Portugalii, Włoch i Hiszpanii. W Paryżu najlepsza hiszpańska ekipa sezonu zostawiła w pokonanym polu mistrzów Włoch – Juventus (4:2) i, ponownie w ciągu dwóch tygodni, Francji – OGC Nice (1:0). Do wyżej wymienionych trofeów automatycznie doliczono dzięki dubletowi w kraju „Copa Eva Duarte” (Superpuchar Hiszpanii). Ten wielki team błyszczał niemniej krótko, bo do roku 1953. Bezpośrednio po mitycznym sezonie z trudem wywalczył „tylko” dublet a następnie całkowicie spuścił z tonu, co poskutkowało zwolnieniem Ferdinanda Daucika jesienią 1954. Lecz „Barca de las Cinco Copas” to nie tylko tytuły. Zespół ten był również jak jedna wielka rodzina, z mnóstwem smaczków i anegdot. Naiwni ci, którzy myślą, że dzisiejsi piłkarze są bardziej rozrywkowi od tych, którzy dawniej zachwycali fanów. Gustau Biosca, obrońca w talii Daucika, wdał się w płomienny romans z wszechstronnie utalentowaną i ciemnowłosą Lolą Flores, obiektem westchnień wielu Hiszpanów. Lola zajmowała się tańcem, śpiewem, a także grała w filmach. Mimo tych atutów Lola dla Gustaua okazała się wyłącznie zabawką i piłkarz rzucił ją, by zostać przy swej żonie.
Bohaterem szklanego ekranu przez chwilę miał okazję być portero Antonio Ramallets. Wystąpił on w filmie Francisco Roviry-Velety „11 par butów” i „Asy szukają spokoju” wraz z Andresem Boschem, Estanislau Basorą i Kubalą. Antonio bardzo dbał o swój wygląd. Żartowano nawet, że ma lustro przymocowane do prawego słupka, by po każdej interwencji patrzeć, czy jego fryzura pozostała nienaruszona. Zawsze przed pierwszym gwizdkiem wykonywał również swego rodzaju rytuał: podchodził do bramki, witał kibiców i rzucał do siatki rękawiczki wraz z czapką. Obecnie wszyscy gracze „Barcy Pięciu Pucharów” niestety już nie żyją (ostatnim żyjącym był Biosca, który odszedł w dzień wszystkich świętych 2014 roku), więc tym bardziej cenne jest utrzymywanie pamięci o nich. Szczególnie w umysłach miłośników nie tylko FC Barcelony, ale całego hiszpańskiego futbolu.
1
@AxelF tylko spójrz w odpowiedź na mój komentarz.
1
@AxelF Ależ z wielka przyjemnością: Kubala, Cesar Rodriguez, Eduardo Manchon i Moreno(Tomás Hernández Murillo)
11
Kubala Supercrack!
18 listopada 1951 r. Węgierski geniusz Ladislao Kubala aplikuje 5 goli(!) w wygranym 6:1 meczu z Celta Vigo w ramach 11 kolejki Primera Division. Szóstego gola dołożył Estanislao Basora. Ladislao Kubala był jednym z najwybitniejszych piłkarzy w historii piłki nożnej. Węgierski piłkarz jest wielką legendą FC Barcelony, gdzie grał przez 10 sezonów. Jednak każda gwiazda ma swoje wady a jedną z legend Barçy była jego skłonność do nocnych wypadów. 18 listopada tamtego roku Barça rozegrała mecz ligowy z Celtą Vigo na „Camp de Les Corts”. Podobno Kubala poprzedniego wieczoru wyszedł na drinka a rano Ángel Mur, masażysta drużyny, zauważył jego nieobecność. Po wezwaniu jednego z towarzyszy piłkarza, odnaleźli go w piwnicy tego samego baru, „śpiącego na kacu”. Czas grał kluczową rolę, bo mecz z drużyną Celty był już za kilka godzin. Ángel Mur dał mu zimny prysznic, kazał wypić kilka mocnych kaw i zaprowadził do sauny, żeby pomóc mu wypocić toksyny. Oczywiście, dał mu też masaż i mimo wszystko Kubala wyszedł na boisko. Tego popołudnia Barça rozgromiła Celtę 6:1 a Ladislao Kubala strzelił pięć goli, z czego cztery w pierwszej połowie. Najwyraźniej kac nie zrobił na nim większego wrażenia a może to rozpieszczanie przez masażystę Barçy było kluczem do tego cudownego powrotu do zdrowia? To był pierwszy sezon Kubali w FC Barcelonie, jego najbardziej obfity pod względem strzelonych goli. Stopniowo piłkarz zaczął kontrolować tempo i wieczorne wyjścia, co mu się opłaciło, ostatecznie stając się czwartym najlepszym strzelcem w historii klubu.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AxelF
@Adran360
12
Wybitne legendy Katalońskiej Dumy:
18 listopada 1926 r. urodził się Estanislao Basora, wybitny hiszpański prawoskrzydłowy. Do FC Barcelony trafił w 1946 r. z Manresy. W pierwszym sezonie zarabiał ogromną jak na ówczesne czasy sume 35 tys. peset. W 1949 r. jego ojciec został zastrzelony dubeltówką przez swojego pracownika z fabryki tekstyliów. Krótko potem Estanislao zadebiutował z golem przeciwko Irlandii w reprezentacji oraz strzelił hattricka przeciwko Francji w Colombes w ciągu 12 minut. Po tym drugim spotkaniu zyskał przydomek ,,potwora z Colombes’’. W latach 1952-54 grał w Blaugranie wraz ze swoim bratem Joaquinem. W 1956 r. trener Plattko nie wystawiał go w składzie i Basora otrzymał propozycje przejścia do Realu Madryt. Mimo trudnej sytuacji wolał jednak trafić na krótko na wypożyczenie do Lleidy aby niedługo po tym wrócić do Barçy. Był członkiem ,,Grupy przyjaciół’’- piłkarzy Blaugrany, którzy cieszyli się z samej możliwości gry w piłke a nie tylko ze zdobywanych trofeów. Estanislao Basora uważany jest za jednego z najlepszych skrzydłowych świata lat 40-tych i 50-tych. Z Dumą Katalonii zdobył 4 Mistrzostwa Hiszpanii i również 4 Puchary Hiszpanii. Basora był też ostatnim żyjącym członkiem najsilniejszej linii ataku, do której w swojej wspomnieniowej piosence(,,Temps era temps’’) nawiązywał Joan Manuel Serrat, znany hiszpański muzyk. Basora zmarł 12 marca 2012 r. w Las Palmas.
@Adran360
@AssisMoreira
@AxelF
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@AxelF Nie kwestionowałbym gaszenia pragnienia przez sok z cytryn, jednak sam osobiście nie znosze tak kwaśnego płynu i zdecydowanie wolałbym zwykłą wode. Natomiast najlepiej gasi mi pragnienie piwo...