12

Super ciekawostka:

6 marca 2004 r. Lionel Messi zadebiutował w FC Barcelona B. Rezerwy wygrały z Mataro 1:0 a 16-letni Messi pokazał się z bardzo dobrej strony. W ciągu pół roku ,,La Pulga” ustanowił nietypowy rekord, grając w sześciu różnych drużynach Barçy: Juvenil B, Juvenil A, nie istniejącej obecnie Barcelonie C, Barcelonie B i pierwszej drużynie. Ja osobiście w 2004 nie miałem pojęcia o istnieniu Messiego. Polska TV to raczej w owym roku o nim nie wspominała a o internecie to ja co najwyżej mogłem pomarzyć.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

5

@FCBparasiempre
Mimo porażki Ruch schodził z boiska przy oklaskach holenderskiej publiczności, która doceniła postawę Polaków. Pochwały płynęły też ze strony holenderskich mediów. Gazeta De Telegraf meczową relację zatytułowała Piekło niepewności. Feyenoord przeszedł piekło niepewności. Wiedzieliśmy, że Ruch może okazać się bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem, ale dojrzałość, jaką zademonstrował, zaskoczyła 47-tysięczną widownię – pisano. Holenderska drużyna po wyeliminowaniu w półfinale VfB Stuttgart zameldowała się w finale. Tam okazali się lepsi od Tottenhamu i do zdobytego w 1970 r. Pucharu Mistrzów dołożyli drugie europejskie trofeum. Lex Schoenmaker, który Ruchowi wbił trzy gole, okazał się najskuteczniejszym strzelcem rozgrywek. Nie wszyscy byli przekonani, że Holendrzy w spotkaniu z Niebieckim do końca grali fair. Jestem święcie przekonany, że przed tą dogrywką Holendrzy czegoś się naćpali. Naprawdę! Widział pan kiedyś, żeby po 90 minutach drużyna zeszła do szatni i siedziała tam 10 minut? A myśmy tyle czekali w Rotterdamie na rywali! Nie wiem co oni wtedy w tej szatni dostali, ale w dogrywce ruszyli na nas jak huragan. Najlepsze zaś jest to, że żaden z naszych działaczy nie próbował interweniować, gdy Feyenoord zniknął w tej szatni. Choć przecież – zgodnie z przepisami – jest to niedozwolone. Takich niestety Ruch miał w owym czasie działaczy – wspominał Marian Ostafiński na łamach Sportu. Porażka z Feyenoordem nie przeszkodziła Ruchowi w zrealizowaniu celów na krajowym podwórku. Jeszcze przed wyjazdem reprezentacji na mistrzostwa i zawieszaniem ligi zapewnili sobie mistrzostwo, remisując 15 maja bezbramkowo z Zagłębiem Sosnowiec. Do ostatnich trzech kolejek rozgrywanych na przełomie lipca i sierpnia mogli więc podejść na luzie. Swój krajowy prymat potwierdzili również w Pucharze Polski. 11 sierpnia pokonali dzięki dwóm bramkom Marksa warszawską Gwardię i jako trzeci klub w historii Ruch sięgnął po krajowy dublet. W pierwszej rundzie Pucharu Mistrzów rywalem Ruchu był duński zespół Hvidovre IF. Wszyscy łącznie z dziennikarzami i kibicami spodziewali się łatwej przeprawy i jeszcze przed pierwszym gwizdkiem widzieli Ruch w kolejnym etapie rozgrywek. Mistrz Dani zajmował ostatnie miejsce w tabeli, ale w pierwszym meczu w Kopenhadze postawili bardzo twarde warunki. W lidze Ruch znowu grał bardzo dobrze. Przed wyjazdem do Danii rozbił Lecha 5:0 i jedną niewiadomą było to, ile bramek chorzowscy napastnicy wbiją Duńczykom. Nie wbili żadnej. Vičan nie mógł być zadowolony ani z wyniku, ani z gry. Zarzucał swoim podopiecznym zbytnią pewność siebie i brak koncentracji. W pierwszej połowie gra toczyła się w bardzo wolnym tempie. Duńczycy po utracie piłki cofali się całą drużyną na własne pole karne. Tworzyli jakby żywy mur w odległości 16 metrów od bramki. Można powiedzieć, że grali systemem 1+10. Nam nic nie wychodziło. Gra się zupełnie nie kleiła. Po przerwie przyspieszyliśmy. Było kilka okazji do zdobycia gola. Niestety, strzały były nieprecyzyjne, a dwukrotnie duńskiego bramkarza wyręczył słupek i poprzeczka. Nie był to nasz najlepszy występ. Ale w rewanżu – moim zdaniem – nie powinno być kłopotów z wywalczeniem awansu. Zawodnicy Hvidovre to przeciętni piłkarze, nieposiadający w swych szeregach większej indywidualności. Nie można im jedynie odmówić ambicji i poświęcenia w grze – tłumaczył po powrocie do kraju Zygmunt Maszczyk na łamach Piłki Nożnej. Wbrew oczekiwaniom rewanż nie był jednak formalnością. W lidze Ruch miał za sobą serię meczów z trudnymi rywalami i w spotkaniu z Duńczykami widać było, że brakuje im świeżości. Na pierwszą bramkę kibice musieli poczekać do 34. minuty. Wtedy to Bronisław Bula zdenerwowany nieporadnością swoich kolegów postanowił sam spróbować szczęścia w indywidualnej akcji i uderzeniem z 20 metrów dał Niebieskim prowadzenie. Wydawało się, że zdobyta bramka pozwoli uspokoić nieco grę i kontrować przebieg spotkania. Jednak Duńczycy, którzy dotąd skupiali się na defensywie, zaczęli coraz groźniej kontratakować. Po zmianie stron w 55. minucie wykorzystali moment dekoncentracji chorzowian i po strzale Birgera Pedersena doprowadzili do wyrównania. Na szczęście jednak Ruch miał w swoich szeregach Bulę, który jako jedyny stanął w tym meczu na wysokości zadania. Był wszędzie. Rozgrywał, podawał i wprowadzał sporo zamieszania w szeregach rywali. W kapitalnym stylu wprowadził piłkę na pole karne Hvidovre, zamarkował podanie w prawą stronę i wykorzystując dezorientację obrony przeciwnika, w charakterystyczny dla siebie sposób plasowanym starzałem zdobył drugą bramką – pisał w meczowej relacji Stefan Riedel.

Ruch wygrał ostatecznie 2:1, ale styl pozostawiał wiele do życzenia. Bula cieszył się, że mają już ten mecz za sobą, a kapitan Duńczyków Jim Stuerne spodziewał się, że chorzowianie wygrają w wyższym stosunku. Niebiescy jednak nie potrafili znaleźć sposobu na dobrze zorganizowaną defensywę rywali. Oczekiwałem, że moi chłopcy będą przechodzić kryzys już w meczu przeciwko Legii. Nie ma chyba przecież zespołu, który byłby w stanie rozegrać serię ciężkich spotkań w tak krótkim czasie. Prawdę mówiąc, nie było kiedy trenować, a nawet chyba nie można powiedzieć, że mieliśmy czas na przeprowadzenie prawidłowego procesu odnowy. To wszystko musiało wreszcie dać znać o sobie. I całe szczęście, że mimo tak niesprzyjających warunków udało nam się przejść Hvidovre. Najważniejszy jest przecież ostateczny rezultat i jestem zadowolony, że drużyna wygrała, chociaż uważam, że zaprezentował się bardzo słabo – usprawiedliwiał swoich zawodników Vičan. Kolejnym przeciwnikiem Niebieskich byli ich starzy znajomi znad Bosforu, czyli Fenerbahçe. Prowadzący Turków Brazylijczyk Didi solidnie przygotował swoich podopiecznych. W pierwszym meczu w Chorzowie goście zagrali bardzo solidnie i ku zdziwieniu zarówno piłkarzy, jak i kibiców po pierwszych 45 minutach Ruch przegrywał 0:1. W przerwie Vičan solidnie potrząsnął swoimi zawodnikami i tuż po wznowieniu wyrównał Józef Kopicera. Ruch poszedł za ciosem i nadal atakował. Dwukrotnie w słupek trafił Marx, który w 61. minucie w solowej akcji minął trzech rywali i podał do nadbiegającego Benigiera. Napastnik pięknym strzałem głową podwyższył na 2:1, ale więcej bramek już nie padło. Trener po meczu mówił o pechu jego drużyny. Trzeba przyznać, że miał trochę racji, bo Turcy dwukrotnie wybijali piłkę z linii bramkowej. Trudno było się jednak oprzeć wrażeniu, że chorzowianie trochę zlekceważyli rywali. Grali zbyt statycznie. Liczyli, że Turcy skupią się na obronie, ale goście zagrali bez kompleksów i sprawili Ruchowi sporo problemów. Był to mecz podobny trochę do poprzedniego pucharowego spotkania – z Hvidovre. (…) Wydaje się, że do obu tych spotkań Ruch przystąpił bez należytej koncentracji psychicznej. Żaden z ostatnich przeciwników chorzowian nie ma zbyt dużej marki na piłkarskim rynku. Efekt? Spora nonszalancja Niebieskich, za dużo gry „na luzie”, zbyt wiele pojedynków indywidualnych i dryblingów. Słowem – lekceważenie przeciwnika – wytykał błędy chorzowian Stefan Szczepłek na łamach Piłki Nożnej. Na usprawiedliwienie chorzowskiego zespołu można dodać, że przed meczem aż pięciu podstawowych zawodników narzekało na urazy. Ruch był zespołem co najmniej o klasę lepszym od Fenerbahçe, ale na gorącym terenie w Turcji rewanż wcale nie musiał być formalnością. Do Stambułu Polacy wylecieli czarterem rano dzień przed meczem. Zabrali ze sobą oczywiście parę towarów na handel. Już przed meczem pozbyliśmy się wszystkich kryształów. Było ich tyle, że jeden pokój hotelowy był nimi zapełniony. Przyszedł jakiś facet i powiedział, że kupuje wszystkie. Nieważne było czy kryształ był mały, czy duży, za każdą sztukę płacił po dziesięć dolarów – opowiadał Jan Benigier. Przed wyjazdem na stadion zawodnicy zebrali się w jednym z pokojów i powiedzieli sobie, że muszą zagrać całkiem inaczej niż w Chorzowie. Od pierwszych minut ruszyli do ataku i jak najszybciej chcieli rozstrzygnąć mecz.

50 tys. kibiców zgromadzonych na trybunach robiło taki tumult, że chorzowianie mieli problem, żeby się nawzajem słyszeć. Trybuny były blisko murawy i tureccy fani dali się we znaki polskiemu bramkarzowi, w którego rzucali mandarynkami. Benigier wspomniał, że Czaja zdołał uzbierać kilka kilogramów tych owoców. Ataki Ruchu przyniosły skutek już po nieco ponad kwadransie gry. Podobnie jak w Chorzowie pierwszą bramkę dla drużyny zdobył Kopicera, którego świetnym podaniem obsłużył Bula. Na trzy minuty przed końcem pierwszej połowy na 2:0 podwyższył Benigier i Niebiescy skupili się na utrzymaniu korzystnego wyniku. Zespół zagrał bardzo mądrze pod względem taktycznym i wszystko funkcjonowało tak, jak powinno. Do końca meczu wynik nie uległ zmianie i Ruch jako trzeci polski klub po Górniku i Legii zameldował się w ósemce najlepszych drużyn na kontynencie. Zarówno w polskiej, jak i w tureckiej prasie podkreślano dojrzałość i klasę chorzowskiego zespołu. Kiedy nazajutrz po meczu piłkarze udali się na miejski bazar, żeby zrobić małe zakupy przed powrotem do kraju, ich klasę docenili również miejscowi kibice. Tureccy handlarze przyjęli nas owacyjnie. Jak bohaterów narodowych. Mimo że ich zespół przez nas odpadł z rozgrywek Pucharu Europy. Witano nas, gratulowano, zapraszano do siebie… Kupiliśmy, co mieliśmy w planach kupić. Poszliśmy do hotelu i po obiedzie samolot, który mieliśmy tylko dla siebie, odwiózł nas do Katowic. Wszyscy byli zadowoleni, a my czekaliśmy na następnego rywala – wspominał Benigier. Po rundzie jesiennej piłkarze tradycyjnie odpoczywali w Lądku-Zdroju, gdzie zażywali kąpieli borowinowych. Zabiegi miały pomóc w szybszej regeneracji organizmów przed wznowieniem rozgrywek na wiosnę. Vičan wiedział jednak, że oprócz odnowy biologicznej bardzo ważny jest rytm meczowy. Dlatego też w styczniu zabrał swoich piłkarzy na tournée po Ameryce Południowej. 26 stycznia przez Warszawę i Frankfurt udali się do Quito, a oprócz Ekwadoru mieli jeszcze odwiedzić Argentynę i Brazylię. Wyniki podczas wyprawy schodziły na drugi plan. Najważniejsze były możliwość gry na trawie i osiągnięcie odpowiedniej formy. Niestety w spotkaniu z mistrzem Argentyny Newell’s Old Boys kontuzji doznał Joachim Marx. Po silnym strzale z 25 metrów poczuł ból w prawym udzie i naciągnął mięsień. Trzy dni przed wylotem za ocean rozlosowano ćwierćfinałowe pary Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Ruch nie trafił najlepiej, bo jego rywalem miało być francuskie Saint-Étienne, które zaliczało się wówczas do ścisłej europejskiej czołówki. Francuzi nie zamierzali jednak lekceważyć polskiego zespołu. Ze względu na pobyt Ruchu w Ameryce Południowej trener ani kierownictwo francuskiej ekipy nie mogło podglądać polskiego zespołu osobiście. Przed spotkaniem chorzowian z SC Internacional wysłali oni jednak swoich przedstawicieli, żeby ci nagrali mecz. Kiedy Vičan się o tym dowiedział, postanowił zmienić przedmeczowe założenia. Nakazał swoim zawodnikom grać wolno, słabo i mało efektywnie. Ruch przegrał 2:3, a Francuzi mieli prawdziwy mętlik w głowie. Również Polacy chcieli się dowiedzieć jak najwięcej o swoich rywalach. W roli tajnego wysłannika sprawdził się grający w Lens były piłkarz chorzowian Eugeniusz Faber. Podglądał grę Saint-Étienne i zdawał relacje sztabowi Ruchu, a jego tajne depesze były kolportowane w katowickim Sporcie. Mecz z Francuzami rozpoczął się 5 marca o godzinie 17:00. Komplet 40 tys. zgromadzonych na stadionie kibiców nie mógł się już doczekać pierwszego poważnego pojedynku swoich podopiecznych po zimowej przerwie. ,,To, co zdarzyło się w meczu, przeszło najśmielsze oczekiwania wszystkich fanów futbolu. Niebiescy zagrali na rzadko spotykanej adrenalinie, stłamsili rywali, tak samo, jak robili to w meczach ligowych. Wszystko w jak najlepszym szwajcarskim zegarku, który zatrzymał swój czas na 64. minucie meczu. Wcześniej, po świetnym podaniu Chojnackiego, do pustej bramki strzelił Maszczyk. Ruch ciągle atakował. Benigier strzałem z 16 metrów podwyższył na 2:0, a w 46. minucie po faulu na Benigierze bramkę z karnego strzelił Bula” – opisywał tamto spotkanie Grzegorz Joszko w „Niebieskich majstrach”. Niestety tak korzystnego wyniku nie udało się utrzymać do końca. W 64. minucie Ruch stracił dość przypadkową bramkę po uderzeniu Jeana-Michela Larqué. Dzięki temu trafieniu rywale złapali oddech i przeszli do ofensywy. Ich ataki przyniosły skutek na kilka minut przed końcem, kiedy to wynik na 3:2 ustalił Yves Triantafilos.

W szatni o mało co byśmy się popłakali. Ryszard Trzcionka ówczesny minister i prezes przyszedł do szatni i nas pocieszał. Przecież wygraliście, mówił, ale my doskonale wiedzieliśmy, że takiego meczu, jak rozegraliśmy przed chwilą, nie można było wygrać tylko 3:2. Powinno być 4:0 albo 5:0. I wtedy można jechać do Francji i awansować do półfinału – opowiadał o pomeczowych nastrojach Jan Benigier. Trudno się dziwić zawodnikiem, że byli tak przygnębieni. Zagrali znakomite spotkanie i losy dwumeczu mogli rozstrzygnąć już w Chorzowie. Doskonale zdawano sobie sprawę, że w rewanżu to Francuzi będą faworytem. W prasie pisano o straconej szansie, ale pojawiły się też łagodniejsze komentarze. Antoni Piontek na łamach Piłki Nożnej zauważał, że jedna bramka przewagi to co prawda niewiele, ale goście nie pokazali niczego szczególnego i w drugim meczu Ruch wcale nie jest bez szans. Dziennikarz zwracał też uwagę, że chorzowski zespół od początku narzucił niesamowite tempo i jak najszybciej chciał przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Po godzinie gry jednak zawodnicy coraz bardziej zaczęli opadać z sił. Za jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy Piontek uznał dość wyczerpujące południowoamerykańskie tournée. Duże odległości i sporo meczów w dość krótkim czasie, na dodatek w różnych warunkach klimatycznych, zostawiły swój ślad. W podobnym tonie na łamach Przeglądu Sportowego wypowiadał się po latach Piotr Drzewiecki, który przy stanie 3:1 nie wykorzystał sytuacji sam na sam. ,,Tydzień przed pierwszym meczem wróciliśmy z długiego tournée po Ameryce Południowej. Vičan nie bacząc na długą rozłąkę z rodzinami – powinien wtedy zarządzić zgrupowanie. Nie zrobił tego. Trenowaliśmy co prawda codziennie, ale wracaliśmy do domów po zajęciach. Różnie się to kończyło. Kawalerowie mieli swoje ścieżki, żonaci – własne obowiązki… Efekt był taki, że choć po godzinie gry rzeczywiście było 3:0 dla nas, w końcówce opadliśmy z sił. Choć swoje okazje – nawet po pierwszej bramce Francuzów – jeszcze mieliśmy. Ja, Jasiu Benigier… Dostałem piłkę w „szesnastce”, za słabo uderzyłem. A można było wygrać 4:1” – wspominał Drzewiecki. W rozgrywanym dwa tygodnie później rewanżu Francuzi nie zagrali wcale lepiej niż w Chorzowie. Na własnym, wypełnionym do ostatniego miejsca stadionie zaprezentowali futbol szybki, sprytny i chytry, ale zupełnie pozbawiony myśli taktycznej i elastyczności w grze. Mimo to już w 2. minucie potrafili wyjść na prowadzenie. Po rzucie wolnym, który wykonywał Larque, piłkę głową z pola karnego wybił Ostafiński. Futbolówka jednak trafiła pod nogi Gérarda Janviona, który przez nikogo nieatakowany miał czas, żeby odpowiednio przymierzyć i precyzyjnym strzałem w prawy róg bramki pokonał zaskoczonego Czaję. Nie był to wymarzony początek, a wiele do życzenia pozostawiała gra całego bloku defensywnego na czele z Ostafińskim. Beznadziejna gra obrony i rażąca różnica w szybkości na korzyść gospodarzy, przyczyniły się także do tego, że w teamie chorzowian prawie nie istniała linia pomocy. Maszczyk grał głęboko cofnięty. W efekcie nie miał kto organizować kontrataków a obronie i tak niewiele to pomogło, jako że można wypełnić jedną lukę, ale nie kilka i to jednocześnie. Jeśli dodać, że Kopicera musiał bezustannie dublować Drzewieckiego, a Bon i Bula daleko odbiegali od swego normalnego standardu, wówczas zobaczymy, jak wielka pustka istniała w środku pola – relacjonował w Piłce Nożnej Antoni Piontek. Gościom nie pomagało też ciężkie i błotniste boisko, ale przecież warunki oba zespoły miały takie same. W obronie na pochwały zasłużył tylko Wyrobek, a w ataku robił, co mógł Marx.

Jednak jego indywidualne próby były raczej skazane na niepowodzenie. Na domiar złego odnowił mu się uraz uda i w 64. minucie musiał opuścić boisko. Zastąpił go Benigier, który jednak też w pełni nie mógł rozwinąć skrzydeł. Jak się okazało po meczu, wcześniej zachorował na żółtaczkę i przy wzmożonym wysiłki fizycznym choroba dała w końcu o sobie znać. Po starciu z Francuzami pauzował przez pół roku, zanim w pełni powrócił do zdrowia. Czas płynął, a chorzowianie nie potrafili znaleźć recepty na Francuzów. Benigier wspominał, że mieli przeciwko sobie także sędziego, który ponoć robił wszystko, żeby nie dopuścić ich do pola karnego rywali. ,,Zatrzymywali nasze akcje w zarodku. Mieliśmy problemy z przejściem połowy boiska. I to nie dlatego, że byliśmy nieudolni. Byliśmy faulowani. Zatrzymywani przez Francuzów, a sędzia swoimi decyzjami uniemożliwiał nam stworzenie czegokolwiek sensownego” – mówił napastnik. Jednak od 70. minuty Ruch coraz odważniej dochodził do głosu i wydawać się mogło, że remis jest na wyciągnięcie ręki. Nadzieje jednak ostatecznie zostały rozwiane w 81. minucie. Po tym, jak dwóch chorzowskich obrońców wzięło w kleszcze Triantafilosa, węgierski sędzia Sándor Petri wskazał na jedenasty metr. Hervé Revelli ustawił piłkę i chwilę później Czaja wyciągał futbolówkę z siatki. Wynik 2:0 utrzymał się do końca i to Francuzi cieszyli się z awansu. Patrząc na to, jak różnie zaprezentował się Ruch u siebie i na wyjeździe, trudno nie zgodzić się z redaktorem Piontkiem, który meczową relację zatytułował ,,To nie ten Ruch”. ,,Nie wykorzystaliśmy wielkiej szansy. Drużyna Saint-Étienne była w środę do pokonania. O końcowym rezultacie i awansie Saint-Étienne zadecydowała gorsza postawa Ruchu w meczu rewanżowym, jak i rezultat pierwszego meczu w Chorzowie”– oceniał po meczu trener Vičan. Porażka w ćwierćfinale Pucharu Mistrzów nie wpłynęła jednak na ligową formę chorzowian. Zdarzyło im się co prawda kilka porażek, ale ich przewaga nad resztą stawki była tak duża (w maju wynosiła dziesięć punktów nad mielecką Stalą), że drugi z rzędu mistrzowski tytuł ani przez moment nie był zagrożony. Kolejny sezon daleki był jednak od oczekiwań. Jesienią nie sprostali w kolejnej pucharowej kampanii PSV Eindhoven (1:3 u siebie i 0:4 na wyjeździe), a z Pucharem Polski pożegnali się już przy pierwszej przeszkodzie (0:1 z Odrą Opole). Ligę mimo liderowania po rundzie jesiennej ostatecznie zakończyli na rozczarowującym czwartym miejscu. Vičan z klubem pożegnał się jeszcze maju i to w dość niejasnych okolicznościach. Od tego czasu nie było w klubie trenera z taką wizją, a dwa ćwierćfinały europejskich pucharów do dzisiaj wspomina się w Chorzowie z rozrzewnieniem. Nie byłoby ich, gdyby nie praca Słowaka. ,,Michal Vičan bez cienia wątpliwości był najlepszym trenerem w całej historii Ruchu Chorzów. To był prawdziwy król. Jedyny i niepowtarzalny” – czytamy w „Niebieskich majstrach”.

5

@FCBparasiempre
Już po dziesięciu minutach wiedziałem, że nie odrobimy strat z Chorzowa. Wasi piłkarze zniechęcili moich zawodników do gry, ponadto kadrowicze, a to Bransch, Kurbjuweit, Weise, Ducke, Vogel i Stein odczuwali jeszcze skutki sobotniego meczu w Tiranie i nie zagrali na swoim normalnym poziomie – tłumaczył po meczu trener Hans-Joachim Meyer na łamach Trybuny Robotniczej. W kolejnej rundzie Ruch trafił na Honvéd Budapeszt. Węgierski futbol w ciągu ostatnich lat dość sporo stracił na znaczeniu w Europie. Jednak fakt, że reprezentacja zdołała się zakwalifikować do finałów Euro ’72, sprawiał, że nie wolno było Węgrów lekceważyć. Ruch był jesienią w znakomitej formie. Pewnie liderował ligowej stawce i zanotował tylko jedną porażkę (1:3 z Szombierkami). Do Budapesztu zespół jechał w dobrych nastrojach dzięki ligowej serii trzech zwycięstw z rzędu. Na miejscu jednak polscy napastnicy razili nieskutecznością, dzięki czemu Węgrzy po dwóch trafienia László Pusztaia pewnie wygrali 2:0. Jan Benigier dodatkowo po latach narzekał na bardzo mocne żółte światło, które bardzo przeszkadzało jemu i jego kolegom. Chorzowianie jednak zaprezentowali się z na tyle dobrej strony, że belgijski sędzia Vital Loraux prognozował, że jeśli w rewanżu zagrają beż nerwów, to powinni wygrać dość spokojnie. Spokoju próżno było szukać po meczu w wypowiedziach trenera Vičana. Niestety bez ataku nie da się dziś grać nowoczesnego futbolu. Nie wykorzystaliśmy 4-5 pewnych pozycji. Nie wyróżniam w swoim zespole nikogo. W polu graliśmy nieźle, ale niestety nieskutecznie – oceniał szkoleniowiec. Lepszej gry po wicemistrzach Polski spodziewali się też Węgrzy. Prasa zauważała, że chorzowianie oddali sporo strzałów, ale w większości niecelnych. Rozczarowany postawą Ruchu był trener József Mészáros. Myślałem, że Ruch zaprezentuje się lepiej. Takie też było nastawienie moich zawodników, którzy przed spotkaniem z Polakami czuli duży respekt. Potem okazało się, że przy bardziej skutecznej grze mogliśmy wygrać 3:0 lub jeszcze wyżej. Choć wiem, że Ruch nie zagrał dziś najlepiej, to jednak sądzę, że po rewanżowym spotkaniu w Chorzowie, właśnie my awansujemy do finałowej ósemki – mówił węgierski szkoleniowiec. Rewanż miał się odbyć 12 grudnia. Cztery dni wcześniej Ruch bezbramkowo zremisował na wyjeździe z Legią i z przewagą trzech punktów nad Stalą Mielec został mistrzem jesieni. Nastroje przed spotkaniem z Honvédem były raczej stonowane. Wierzono, że chorzowski zespół stać na odrobienie strat, ale jednocześnie zauważano, że nie będzie to takie łatwe. Przede wszystkim narzucić swój sposób gry. Zmusić Węgrów do przyjęcia gry szybkiej, połączonej z częstymi zmianami pozycji. A więc atak non stop. Obrona Honvédu nie robi wrażenia trwałego monolitu. Następnie niezbędne jest wyłączenie z gry Kocsisa. I trzecie, bardzo istotne: zwiększyć skuteczność strzałową. Powrót Joachima Marksa jest w tym względzie dużym wzmocnieniem. Reasumując – zadanie trudne, lecz realne – radził na łamach Piłki Nożnej Mieczysław Szymkowiak. Trzy dni przed meczem Vičan zebrał swoich zawodników w znanym ośrodku w Kamieniu koło Rybnika. Tam w spokoju chciał przygotować ich do decydującego pojedynku z Węgrami.

Początek grudnia był dość mroźny, więc oprócz dobrego wejścia w mecz i narzucenia swojego stylu, kluczowym elementem był też właściwy dobór obuwia. Na oblodzonym boisku trudno grać w zwykłych butach. Polscy piłkarze, którzy zwykle z zazdrością patrzyli na sprzęt, jakim dysponowali rywale, tym razem okazali się sprytniejsi. Przed meczem zgłosili się do klubowego szewca i poprosili o przygotowanie butów ze skórzanymi wkrętami. Te wkręty skórzane charakteryzowały się tym, że po kilku minutach biegania w takiej zmarzlinie skóra się ściera z kołków, a gwoździe nabijane zostają. Można było wtedy uzyskać doskonałą przyczepność. Jedynym problemem byli sędziowie. Wychodziliśmy na boisko w butach na kołkach metalowych. Sędziowie sprawdzili. Było ok. Dopuścili nas do gry. Ruch zgodnie ze swoim zwyczajem wybiegał na koło i dopiero potem się ustawiał, pozdrawiając kibiców. Po pozdrowieniu kibiców była króciutka rozgrzewka, no i my w tym czasie pozmienialiśmy buty. Przez pierwsze minuty Honvéd był dla nas partnerem do gry, ale za chwilę myśmy grali, a oni się ślizgali – opowiadał w swojej biografii Jan Benigier. Honvéd przyjechał do Chorzowa głównie po to, by bronić dwubramkowej zaliczki. Jednak nie od dzisiaj wiadomo, że 2:0 to bardzo niebezpieczny wynik. Wyjście na boisko z defensywnym nastawieniem nie sprawdziło się w przypadku Węgrów najlepiej. Równorzędnym rywalem dla chorzowian byli tylko przez pierwsze pół godziny gry. Trzeba jednak odnotować, że po strzale głową Mihálya Kozmy piłka trafiła w poprzeczkę. Pierwszy szyki obronne Madziarów złamał Józef Bon w 34. minucie silnym uderzeniem z 18 metrów. Do końca pierwszej odsłony wynik nie uległ zmianie i do szatni Ruch schodził przy jednobramkowym prowadzeniu. Przerwę zawodnicy spędzili głównie na szykowaniu obuwia. Trzeba było od nowa kombinować, przekręcać kołki a przecież za dużo butów nie mieliśmy, kołków też nie za wiele. Niektórzy mieli pół metalowe, pół skórzane – mówił Benigier. W drugiej połowie worek z bramkami pierwszy rozwiązał rozgrywający znakomity mecz Józef Kopicera. Później trafiali jeszcze Marx i Bula, a w 72. pięknym uderzeniem bezpośrednio z rzutu rożnego wynik na 5:0 ustalił Kopicera. W rozmowie z Dariuszem Leśnikowskim dla Przeglądu Sportowego zawodnik wspominał, że przy drugim jego dośrodkowaniu z rzutu rożnego bramkę zapisano Joachimowi Marxowi, ale ten później zarzekał się, że piłki wcale wówczas nie dotknął. Ruch zdeklasował Honvéd i utarł nosa szkoleniowcowi rywali. Oni byli pewni, że przejdą. Na mecz w Chorzowie przylecieli sobie czarterem, a następnie zażądali szampana i kawioru. Zemściliśmy się i zamiast tamtych rzeczy, dostali tylko wodę i sandwiche – wspominał Marx. Benigier z kolei podkreślał, że dzięki odpowiedniemu obuwiu mieli zupełnie inny komfort psychiczny. Wtedy wiesz, że się zatrzymasz, obrócisz, wykonasz to, co zamierzasz. Największy komplement powiedział nam trener Vičan, który stwierdził, że wierzył w nasze zwycięstwo, ale że awansujemy, to już nie bardzo. Tymczasem udowodniliśmy mu, że mamy charakter – opowiadał napastnik. Swoją grą chorzowianie wzbudzili uznanie nie tylko wśród 10 tys. zgromadzonych na trybunach kibiców. Ich klasę doceniano również na łamach prasy. Kibice zgotowali piłkarzom długotrwałą owację, dziękując im w ten sposób za wspaniały pokaz nowoczesnego futbolu, poparty wyjątkową skutecznością. Jeśli wziąć pod uwagę współczynnik trudności, stworzony przez anormalne warunki gry, to widzowie byli świadkami wspaniałego widowiska piłkarskiego – pisano w Sporcie. Wyeliminowanie Węgrów oznaczało, że po raz pierwszy w historii polski klub znalazł się w gronie ośmiu najlepszych drużyn Pucharu UEFA. Jak dotąd najdalej w tych rozgrywkach dotarła warszawska Legia – 1/8 finału w sezonie 1968/69. Po przeprowadzonym 17 stycznia losowaniu okazało się, że rywalem chorzowian w walce o ćwierćfinał będzie Feyenoord.

Holendrzy w drugiej rundzie odprawili warszawską Gwardię, więc spotkanie z polskim futbolem nie było dla nich niczym nowym. Inna sprawa, że Ruch prezentował dużo wyższy poziom niż zespół z Warszawy. Po świąteczno-noworocznym odpoczynku piłkarze wznowili treningi już 3 stycznia. Z dnia na dzień Vičan aplikował swoim zawodnikom coraz większe obciążenia. Był zdania, że zespół niczego tak naprawdę jeszcze nie wygrał i po latach nikt nie pamięta drugich czy trzecich miejsc. Nie chciał niczego zostawiać przypadkowi i dbał o najmniejsze szczegóły z odnową biologiczną i załatwianiem spraw pozasportowych włącznie. Jeszcze przed losowaniem trener podkreślał, że dużo będzie zależało od przebiegu przygotowań. W rozgrywkach pucharowych nawet z teoretycznie słabszym przeciwnikiem trzeba grać dobrze. Będę bardziej zadowolony, jeśli nasze przygotowania przebiegać będą bez zakłóceń i kontuzji. Wówczas będzie można myśleć o awansie do półfinału – mówił słowacki szkoleniowiec. W ramach przygotowań do wznowienia sezonu planował wybrać się z drużyną na zgrupowanie do Jugosławii, ale wyjazd ten ostatecznie nie doszedł do skutku. Zamiast nad Adriatyk Ruch udał się do RFN, gdzie rozegrał sparingi z Fortuną Düsseldorf i Stuttgarter Kickers. W kraju chorzowianie rozegrali mecz kontrolne z Piastem Gliwice i AKS Niwka. Pierwszy raz na boiska w oficjalnym meczu wrócili 27 lutego w wygranym łatwo 5:0 spotkaniu z Uranią Ruda Śląska w Pucharze Polski. Mecz z Feyenoordem zaplanowano na godzinę 17:00 w środę 6 marca. Rozgrywki ligowe miały ruszyć w weekend, więc starcie z Holendrami było pierwszym poważnym testem dla chorzowian. I to od razu takim, w którym miejsca na błędy było bardzo mało. Do meczu piłkarze w spokoju przygotowywali się w Kamieniu. Vičan nie mógł jednak skorzystać ze wszystkich zawodników. Józef Bon był zawieszony, a Joachim Marx ciągle odczuwał skutki urazu, którego doznał w meczu z Uranią i jego występ nie był pewny. Ostatecznie jednak napastnik zdążył się wykurować i wybiegł na boisko w pierwszej jedenastce. 30 tys. kibiców było świadkami znakomitego początku w wykonaniu Ruchu. Przed pierwsze pół godziny mieli ogromną przewagę. Na bramkę Holendrów sunął atak za atakiem, ale między słupami świetnie spisywał się Eddy Treytel. Chorzowscy napastnicy trzykrotnie dochodzili do sytuacji sam na sam, ale nie byli w stanie ich wykorzystać. Nie wykorzystano żadnej, gdyż zawodnikom w rażący sposób dokuczał brak obycia meczowego. Po zimowej przerwie nie mają opanowanych odruchów, które na polu karnym przeciwnika decydują o powodzeniu akcji, brakuje tak potrzebnej precyzji w strzałach. Zagraniczne tournée nie zniwelowało mankamentów – oceniał po meczu Antoni Piontek na łamach Piłki Nożnej. Holendrzy przede wszystkim skupiali się na zamurowaniu dostępu do własnej bramki i rozbijaniu ataków Polaków. Świetnie się ustawiali i grali z żelazną konsekwencją. Ruch nie był w stanie narzucić im swojego stylu gry i z ciężko wypracowanej przewagi niewiele tak naprawdę wynikało. Bez przesady można użyć sformułowania, że jest to „antyfutbol” i to w najbardziej wysublimowanej formie – pisał o grze Feyenoordu Piontek w Piłce Nożnej. Cierpliwa gra gości została nagrodzona w 77. minucie spotkania. Wtedy to świeżo wprowadzony na boisko Lex Schoenmaker płaskim strzałem z bliskiej odległości pokonał Piotra Czaję. ,,Ruch stanął przed ciężką próbą, ale szczęśliwie udało się wyrównać tuż przed końcowym gwizdkiem. Strzelcem gola był najlepszy tego dnia w drużynie Niebieskich Zygmunt Maszczyk. Na chorzowian podziałało to jak zimny prysznic, ale przecież w tym momencie nie zrezygnowali jeszcze z walki. Przypuścili desperacki szturm uwieńczony powodzeniem w 90. minucie gry. Bula sprytnie wyegzekwował rzut wolny. Marx przedłużył podanie do Maszczyka, który z kilku metrów dopełnił formalności. Na zwycięską bramkę zabrakło już czasu” – pisano o reakcji na straconego gola w prasie.

Po meczu sporo zarzutów płynęło w stronę sędziego Kennetha Burnsa z Anglii, który miał faworyzować zespół gości. Niektórym nie podobały się jego pomeczowe wypowiedzi. Obie drużyny walczyły fair, zresztą rzadko dochodziło do twardych, bezpośrednich starć. Zespół Feyenoordu sprawiał wrażenie znacznie bardziej dojrzałego i sądzę, że Polacy byli bezsilni, nie mogli dokonać niczego więcej – mówił po końcowym gwizdku angielski arbiter. Vičan, który rzadko wypowiadał się na temat pracy sędziów, tym razem zarzucał Burnsowi, że przekroczył chyba zasady obiektywizmu i zasugerował, że mógł być zafascynowany sławą Feyenoordu. Przyczyn remisu doszukiwał się jednak w tym, że Ruch dopiero wracał do gry po przerwie zimowej, a rywale ciągle byli w rytmie meczowym. W konfrontacji z tak silnym przeciwnikiem należało się spodziewać, że wyjdą na wierzch wszystkie mankamenty zespołu, które nierzadko dawały o sobie znać, nawet w okresie szczytowej formy Niebieskich. A cóż dopiero w sytuacji, kiedy my dopiero sposobimy się do trudów sezonu, a Holendrzy, toczący bez przerwy ligowe potyczki, są niemal u szczytu formy, obyciem meczowym wyraźnie przewyższają naszych piłkarzy – oceniał słowacki trener. Przed rewanżem w dużo lepszej sytuacji byli piłkarze Feyenoordu. Ruch przed wyjazdem do Rotterdamu rozegrał dwa spotkania – jedno w lidze z Polonią Bytom (0:0) i w pucharze z Garbarnią Kraków (3:0). 17 marca miał być jeszcze rozegrany mecz z Zagłębiem Sosnowiec, ale zdecydowano się go przełożyć i wszystko podporządkować rewanżowemu starciu z Holendrami. Przygotowania jednak nie przebiegały bez zakłóceń. W meczu z Garbarnią urazów doznali Bula i Wasilewski (choć obaj zdołali wyleczyć się do meczu). Fatalną informacją była też kontuzja Benigiera, który nie mógł lecieć z drużyną do Rotterdamu. Jego miejsce w składzie zajął Stefan Herisz. Po krótkim zgrupowaniu zespół wyczarterowanym samolotem udał się do Holandii. Na De Kuip początkowo role nieco się odwróciły. Zmuszeni do ataku pozycyjnego gospodarze nie potrafili przebić się formacje obronne chorzowian. Piłkarze Ruchu zagrali niezwykle dojrzale i z dużym spokojem. Tym razem to ich cierpliwość została wynagrodzona i to całkiem szybko. Już w 19. minucie Joachim Marx otrzymał podanie z drugiej linii, przebiegł kilkanaście metrów i uderzył na bramkę Treytela. Piłka odbiła się po drodze od Joopa van Daele i myląc bramkarza, wpadła do siatki. Do przerwy mimo usilnych starań Holendrów wynik nie uległ już zmianie. Sytuacja zmieniła się dziesięć minut po wznowieniu gry. Wtedy to w polu karnym wślizgiem interweniował Marian Ostafiński. Prowadzący spotkanie Franz Wöhrer z Austrii uznał, że Theo de Jong był faulowany i wskazał na jedenasty metr. Lex Schoenmaker zamienił karnego na gola i wszystko zaczęło się od początku. Po meczu nie brakowało opinii, że arbiter pospieszył się z decyzją o podyktowaniu jedenastki. Trener Holendrów Wiel Coerver przyznał, że karny był problematyczny, a występujący wówczas w holenderskim SC Telstar były gracz Szombierek Jerzy Wilim wprost twierdził, że sędzia skrzywdził chorzowian. Dla mnie rzut karny był prezentem sędziego, ale jestem przekonany, że prędzej czy później podyktowałby on jedenastkę. Arbiter brał wyraźnie stronę Feyenoordu – mówił na łamach prasy Polak. Stracony gol podciął skrzydła Polakom, ale dzielenie stawiali opór Holendrom. W zespole Feyenoordu występowali m.in. Wim Rijsbergen, Wim Jansen, Willem van Hanegem i Theo de Jong, którzy kilka miesięcy później zagrają w finale mistrzostw świata. Żaden z nich jednak nie znalazł sposobu na chorzowską obronę i żeby wyłonić zwycięzcę, potrzebna była dogrywka. Biednych zawsze biją. Najgorzej arbiter nie sędziował, aż doszło do dogrywki. Chodziło o to, że padał deszcz i przed rozpoczęciem doliczonego czasu gry myśmy zostali na boisku, a piłkarze holenderscy zeszli do szatni i wrócili za jakieś 20 minut przebrani w suche stroje. I ruszyli na nas, jakby każdy z nich połknął pół butli tlenu – wspominał po latach Piotr Czaja. Nadzieje Polaków na wygraną prysnęły już w pierwszych minutach dogrywki. Po celnym uderzaniu głową de Jonga zrobiło się 2:1 dla gospodarzy. To wyraźnie odebrało wiarę bardzo zmęczonym zawodnikom Ruchu. Widząc zrezygnowanie w szeregach chorzowian, Holendrzy zaatakowali raz jeszcze i w 94. minucie Schoenmaker trafił na 3:1 i ustalił wynik meczu.

10

@FCBparasiempre
Lata 70-te to piękny czas dla polskiego futbolu. Reprezentacja grała jak równy z równym z najlepszymi ekipami na świecie. Zdobyliśmy złote medale na igrzyskach w Monachium i srebrne na mistrzostwach świata w RFN. Potrafiliśmy zdeklasować w Chorzowie Holendrów, a polscy piłkarze wzbudzali respekt i zyskali sobie szacunek w całym piłkarskim świecie. Nieco w cieniu sukcesów drużyny Kazimierza Górskiego kolejne złote rozdziały do swojej bogatej historii dopisywał chorzowski Ruch. To właśnie zespół z Chorzowa był tym, który w 1968 r. przerwał wspaniałą serię Górnika Zabrze i zakończył pięcioletni okres dominacji lokalnego rywala w lidze. Później do głosu doszła też warszawska Legia ale Ruch wcale nie odstawał. W 1970 r. klub obchodził 50-tą rocznicę powstania. Jubileusz ten uświetniło zdobycie przez drużynę Tadeusz Forysia tytułów wicemistrzowskich. Jednak kiedy w następnym sezonie stało się jasne, że mistrzostwa nie uda się zdobyć, to trener ustąpił ze stanowiska jeszcze przed końcem rozgrywek. Działacze postanowili powierzyć zespół fachowcowi z zagranicy. Nie bez wpływu na tę decyzję były sukcesy, jakie Legia odnosiła pod wodzą Jaroslava Vejvody, a Górnik pod batutą Gézy Kalocsaya. Włodarze oddali drużynę w ręce Słowaka Michala Vičana. Nie był to jednak pierwszy lepszy Słowak, lecz wielkiej klasy fachowiec. Miał za sobą występy w reprezentacji Czechosłowacji i był jednym z najbardziej znanych graczy Slovana Bratysława. To właśnie jako trener Slovana zdobył uznanie w Europie. W 1969 r. jego zespół jako pierwszy zza żelaznej kurtyny triumfował w europejskich rozgrywkach. 21 maja w finale Pucharu Zdobywców Pucharów na St. Jakob-Stadion w Bazylei pokonali 3:2 Barcelonę. Słowak zaprowadził w klubie nowe porządki. Dzięki swoim znajomościom załatwił piłkarzom sprzęt najlepszej jakości od Pumy. Nie było też problemów ze znalezieniem klasowych sparingpartnerów. Od samego początku stawiał na bardzo ciężkie treningi i chciał wypracować u swoich podopiecznych automatyzmy, żeby nic ich nie mogło zaskoczyć na boisku. Mieliśmy tylko biegać. Sto metrów, dwieście metrów, trzysta metrów. Ciężko było, a Vičan tylko popędzał: „szybciej, szybciej”. Potem wracaliśmy do ośrodka, wykąpaliśmy się i zjedliśmy śniadanie. Zaraz potem trener zrobił odprawę i wyjaśnił, jaka jest jego idea pracy – wspominał początki obozu treningowego w Trzyńcu Antoni Piechniczek. Przez dwa tygodnie fundował swoim zawodnikom poranne biegowe treningi interwałowe, a popołudniami intensywne zajęcie z piłkami. Niektórzy, zwłaszcza starsi zawodnicy mieli problemy, żeby wytrzymać takie obciążenia. Szybko jednak okazało się, że jego metody są skuteczne i zdobył u swoich piłkarzy bardzo duży autorytet. Może trochę się go nawet bali, ale jednocześnie szanowali, a sam trener też zyskiwał przy bliższym poznaniu. Dla niego nie istniało coś takiego jak życie rodzinne, tylko futbol. Był strasznie wymagającym, ale jednocześnie uczuciowym człowiekiem. Jak byliśmy na wyjeździe, to chodził po wszystkich pokojach i z każdym rozmawiał, ale był też bardzo wymagający. Jego treningi, które wprowadził były na ten czas rewelacyjne – wspominał Joachim Marx. Pierwszy sezon chorzowian w lidze pod wodzą Słowaka nie był imponujący. Ruch rozgrywki zakończył na czwartym miejscu, co stanowiło mały krok naprzód w porównaniu z poprzednią kampanią. W samym zespole nie doszło do żadnych rewolucyjnych zmian. Trener oceniał przydatność zawodników, których miał do dyspozycji w walce o odzyskanie tytułu. Niektórzy starsi piłkarze, tacy jak Antoni Nieroba czy Antoni Piechniczek przymierzali się powoli do zakończenia kariery i spróbowania swoich sił w roli szkoleniowców. Czwarta pozycja to było jednak za mało dla ambitnego Słowaka, więc w klubie musiało pojawić się kilku nowych graczy. Wiosną 1972 r. w zespole zadebiutowali przychodzący z Piasta Gliwice Józef Kopicera i Józef Bon, którego sprowadzono z Hutnika Kraków.

Po zakończeniu sezonu w Chorzowie zameldowali się kolejni nowi zawodnicy. Konrad Bajgier z bytomskiej Polonii zajął miejsce Jana Rudnowa na prawej obronie, a kończącego karierę Antoniego Nierobę miał zastąpić Marian Ostafiński, który zdecydował się opuścić Stal Rzeszów po tym, jak ta spadła do II ligi. Kolejnym wzmocnieniem był Jan Benigier, który przyszedł z bydgoskiej Zawiszy, a także Janusz Żmijewski. Ten ostatni jednak nie zrobił w Chorzowie wielkiej kariery. Zbliżał się już do końca kariery, a przy swoim trybie życia i zamiłowaniu do zabawy u trenera Vičana zwyczajnie nie był w stanie na dobre zaistnieć. Jesienią Ruch stanął przed szansą zaprezentowania się w europejskich pucharach. Po wylosowaniu w pierwszej rundzie tureckiego Fenerbahçe nastroje w klubie były optymistyczne i wszyscy spodziewali się łatwej przeprawy. Turecki futbol ciągle był jeszcze wówczas na peryferiach wielkiej, europejskiej piłki. Po łatwej wygranej 3:0 w Chorzowie przyszedł czas na rewanż w Stambule, gdzie Turcy chcieli pokazać się z jak najlepszej strony przed swoimi fanatycznymi kibicami. Polaków jednak bardziej chyba wtedy interesowała możliwość zarobienia na sprzedaży zabranych z kraju kryształów i przegrali 0:1. W drugiej rundzie trafili na Dynamo Drezno. Porażka 0:1 na własnym boisku znacząco ograniczyła szanse na awans. Zespół z NRD miał w swoich szeregach kilku reprezentantów i postawił chorzowianom bardzo twarde warunki. W Dreźnie Dynamo pewnie wygrało 3:0 i Ruch mógł skupić się na lidze. Pierwszy raz w moim życiu spotkałem się z obrońcą, który mnie tak pilnował, że miał pianę w ustach. I to nie jest przenośnia. Teraz po latach myślę, że coś brali. To nie było normalne – wspominał mecz z Niemcami Jan Benigier. Falstart w europejskich pucharach był cenną lekcją, której owoce Ruch miał zebrać w kolejnym sezonie. Po odpadnięciu z Pucharu UEFA bardzo dobrze prezentowali się w lidze. Rundę jesienną zakończyli na drugim miejscu w tabeli i tylko stosunkiem bramek ustępowali lokalnemu rywalowi z Zabrza. Zimą drużyna wyjechała na tournée do Ameryki Południowej, ale wiosną w lidze prezentowała się nieco słabiej. Przez moment wypadli nawet poza czołową piątkę. Pojawiły się zarzuty, że treningi Vičana są dla zawodników zbyt obciążające.

Ruch zawsze grał słabiej wiosną niż jesienią. Przyczyną nie są ani ciężkie ćwiczenia, ani wyjazd do Ameryki. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Ci sami piłkarze za rok będą zbierali wyłącznie pochwały – odpowiadał na krytykę słowacki szkoleniowiec. Czas miał pokazać, że Vičan okaże się dobrym prorokiem. Sezon 1972/73 Ruch Chorzów zakończył na drugim miejscu. O sile drużyny, która miała jesienią bardzo dobrze zaprezentować się w Europie, stanowiła trójka złotych medalistów olimpijskich z Monachium, czyli Marian Ostafiński, Zygmunt Maszczyk i Joachim Marx. Oprócz nich jednak w zespole nie brakowało innych utalentowanych piłkarzy. Partnerem twardo i dobrze grającego głową Mariana Ostafińskiego na środku defensywy był Jerzy Wyrobek, który mimo skromnych warunków fizycznych znakomicie potrafił się ustawiać i imponował orientacją na boisku. Na bokach obrony grali wspomniany już wyżej Konrad Bajgier, który miał za sobą występy z Polonią Bytom w amerykańskiej Interlidze i dobrze spisywał się również w ofensywie oraz szybki i zwrotny Piotr Drzewiecki, który całą swoją karierę spędził w Ruchu, ale któremu kontuzje uniemożliwiły pełne wykorzystanie talentu. Między słupkami niepodważalną pozycję miał ocierający się o występy w reprezentacji Piotr Czaja. W drugiej linii obok znakomitego, zawsze dającego z siebie sto procent Zygmunta Maszczyka, występował często Józef Bon. Obaj świetnie się uzupełniali. Bon oprócz szybkości budził podziw nieustępliwością i zaangażowaniem. Za kreowanie akcji odpowiedzialny był Bronisław Bula. Ten filigranowy, obdarzony cudowną techniką i zmysłem do gry kombinacyjnej piłkarz był jednym z filarów zespołu. Świetnie spisywał się w roli reżysera gry, a trener Górski przy wyborze rozgrywającego miał nie lada orzech do zgryzienia, ale ostatecznie jednak wybrał Deynę. Przez brak sukcesów z reprezentacją Bula jest dzisiaj trochę niedoceniany poza Chorzowem, choć przez lata udowadniał, że piłkarzem jest naprawdę wybitnym. Kolejnym ważnym ogniwem zespołu był Józef Kopicera. Z powodzeniem występował zarówno w ataku, jak i w drugiej linii. Miał fenomenalnie ułożoną lewą nogę, a jego dośrodkowania z rzutów różnych zawsze były bardzo groźne. Kilka razy udało mu się nawet zdobyć bramki bezpośrednio z kornerów. W ataku błyszczał bardzo szybki i obdarzony świetnym instynktem strzeleckim Joachim Marx. Najczęściej partnerował mu równie szybki Jan Benigier, a pierwszym zmiennikiem obu napastników był utalentowany Stefan Herisz. Nowy sezon podopieczni trenera Vičana zaczęli bardzo dobrze. W pierwszych pięciu kolejkach ligowych strzelili rywalom aż 16 bramek. Cztery razy wygrali i raz zremisowali. Ich rywalem w pierwszej rundzie Pucharu UEFA był niemiecki zespół Wuppertaler SV. W szeregach rywali próżno było szukać wielkich nazwisk, ale czwarte miejsce na finiszu Bundesligi w poprzednim sezonie musiało budzić respekt. Z szacunkiem do rywali podchodzili także piłkarze. Trudno było wówczas o jakieś wartościowe informacje o przeciwniku, więc nie wiadomo było, czego można się spodziewać po Niemcach. Zwłaszcza że niemiecka piłka była wówczas w ścisłej europejskiej czołówce. Polski futbol jednak wcale nie był gorszy. W Chorzowie Ruch zagrał bez kompleksów i pewnie wygrał 4:1. Wynik już w 8. minucie otworzył Bula, a tuż po przerwie Marx podwyższył na 2:0. Na niespełna 20 minut przed końcem kontaktowego gola zdobył z rzutu karnego Jürgen Kohle, ale już chwilę później trzecią bramkę dla Ruchu zdobył świeżo wprowadzony na boisko Herisz. Wynik w 79. minucie ustalił Maszczyk. ,,Komplet widzów (40 tysięcy) na stadionie Ruchu obserwował gładkie zwycięstwo lidera polskiej ekstraklasy nad zachodnioniemiecką drużyną. W drużynie gospodarzy grali jak z nut Marx, Bula, Wyrobek i Ostafiński” – pisano w prasie po spotkaniu.

Również trener Vičan, zazwyczaj powściągliwy w pochwałach, chwalił występ Marksa i Buli. Rewanż wydawał się formalnością. Trzybramkowa zaliczka sprawiła, że chorzowianie udali się do RFN w dobrych nastrojach, ale jednocześnie nie zamierzali lekceważyć rywali. Zrobiono nam wycieczkę przed meczem. Powozili nas i zaproponowali, tylko nie wiem, kto to był z ich strony, abyśmy im dali wygrać. Przekonując nas, że mamy premię za przejście do następnej rundy, a nie za wygranie tego konkretnego meczu. Oni natomiast wiedzieli, że na stadion przyjdzie masa ludzi i ich wygrana z polskim zespołem robi im niesamowicie dobrą robotę, jeśli chodzi o tzw. wizerunek – wspominał Benigier. Piłkarze jednak nie mieli zamiaru godzić się na żadne układy. Od początku więc ruszyli do ataku i starali się kontrolować mecz. W 8. minucie na listę strzelców wpisał się Benigier i wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Jednak w 32. minucie niemiecki zespół zdołał wyrównać i rozpoczęło się strzelanie na całego. Do przerwy padły jeszcze trzy bramki i do szatni Ruch schodził, prowadząc 3:2. Krótko po przerwie zrobiło się 3:3, a gdyby Czaja nie obronił karnego w 58. minucie, mogłoby zrobić się nerwowo. Kiedy Bula strzelił na 4:3, stało się już raczej jasne, że to Ruch przejdzie dalej. Niemcy jednak grali do końca i zdołali wbić jeszcze dwie bramki. Ostatecznie wygrali 5:4, a kibice z pewnością na długo zapamiętali to widowisko. Najszczęśliwsi byli kibice. Zobaczyli dziewięć wspaniałych bramek. Mimo że odpadli, cieszyli się niesamowicie. Wiedzieliśmy, że zrobiliśmy dobry krok w kierunku budowy bardzo mocnego Ruchu Chorzów – opowiadał Benigier. W drugiej rundzie los sprawił, że rywalem chorzowskiego zespołu znowu będą Niemcy. Tym razem trafili na trzykrotnych mistrzów Oberligi NRD drużynę Carl-Zeiss Jena, która w poprzednim sezonie ukończyła rozgrywki na drugiej pozycji. W składzie miała kilku reprezentantów kraju, a w Chorzowie wszyscy dobrze pamiętali porażkę z drezdeńskim Dynamem sprzed roku. Dodatkowo pod znakiem zapytania stał występ Maszczyka i Marksa. Obaj mieli początkowo jechać z reprezentacją do Londynu, gdzie ważyły się losy eliminacji do mistrzostw świata, ale w ligowym spotkaniu z warszawską Gwardią doznali urazów, przez które musieli pauzować kilkanaście dni. W ubiegłym tygodniu obu chorych piłkarzy wizytował lekarz PZPN. Maszczykowi dwukrotnie już ściągano wodę z kolana, mimo to wysięk stale się powtarza. Marx nadal chodzi w bucie gipsowym i dopiero w najbliższych dniach ma zapaść decyzja, kiedy będzie mógł wznowić zajęcia – pisał na łamach Piłki Nożnej Janusz Jeleń. Ostatecznie jednak obaj piłkarze zdołali się wyleczyć i 24 października w pierwszym składzie wybiegli na boisko. Mimo przewagi własnego boiska Ruch dał się zepchnąć do defensywy. Pierwsze pół godziny gry przebiegało pod dyktando gości i to oni byli bliżej strzelenia bramki. Świetnie jednak spisywali się Ostafiński i Wyrobek, który w pewnym momencie uratował zespół, wybijając piłkę z pustej bramki. Dobre zawody rozgrywał też Czaja, który popisał się kilkoma klasowymi interwencjami. Przełamanie nadeszło w końcu w 38. minucie, kiedy Benigier dał Ruchowi prowadzenie. Gospodarze w sposób nietuzinkowy wyegzekwowali rzut wolny. Marx zagrał sprytnie do tyłu. Bula oddał mocny strzał i wypuszczoną przez bramkarza piłkę posłał Benigier nieuchronnie do siatki – pisano o pierwszej bramce. Po zmianie stron chorzowianie poszli za ciosem i już nie pozwolili rywalom na zbyt wiele. W 64. minucie po strzale Kopicery było już 2:0, a wynik na dziesięć minut przed końcem ustalił Bula. Na stadionie zgromadziło się 30 tys. kibiców, którzy z uznaniem oklaskiwali grę swoich ulubieńców. Ruch pewnym zwycięstwem potwierdził swoje wysokie aspiracje, ale żeby przypieczętować awans, trzeba jeszcze było osiągnąć korzystny wynik w rewanżu. W Jenie tym razem obyło się bez strzeleckiego festiwalu. Jedynym, na co stać było gospodarzy była bramka strzelona przez Bernda Branscha. Ruch co prawda przegrał 0:1, ale najważniejszy był awans do najlepszej szesnastki.

14

Futbol jakiego nie znaliście:

Komunistyczne władze NRD stworzyły swego rodzaju taśmę produkującą sportowców. W procesie tym nie liczyły się zasady czy przyzwoitość. Ważne było tu i teraz. Sukcesy tylko umacniały przekonanie, że postępowanie to jest właściwe. Co jednak, gdy sportowcy łamali narzucane reguły? Wówczas mogło dojść do tragedii… i doszło. Posłuchajcie historii piłkarza, który opuszczając granice Niemieckiej Republiki Demokratycznej, wydał na siebie wyrok. Był nim Lutz Eigendorf. 5 marca 1983 roku. Lutz, wówczas gracz Eintrachtu Brunszwik, wracał do domu po meczu. W pewnym momencie naprzeciwko jego Alfy Romeo pojawiła się ciężarówka. Pędziła prosto na niego. Jej kierowca dodatkowo go oślepił światłami. Eigendorf chcąc uniknąć czołowego zderzenia zjechał z drogi. Niestety samochód uderzył w drzewo. Dwa dni później sportowiec zmarł w szpitalu. Ktoś mógłby pomyśleć – wypadek jakich wiele. Nie do końca. Eigendorf nie był zwykłym piłkarzem. Kilka lat wcześniej grał w Dynamie Berlin i uchodził za jednego z najbardziej utalentowanych zawodników swojego pokolenia. W 1979 roku wyjechał ze swoją drużyną na spotkanie z 1. FC Kaiserslautern. Nie wiadomo czy już wcześniej to planował, czy działał pod wpływem chwilowego impulsu, ale po wspomnianym meczu odłączył się od ekipy mistrza NRD, wsiadł do taksówki i wrócił do Kaiserslautern. Chciał zostać i grać dla „Die roten Teufel”. Działacze tego klubu przystali na jego propozycję, ale UEFA w związku z ucieczką z ojczystego kraju, nałożyła na niego karę rocznej dyskwalifikacji. Czy po upływie dwunastu miesięcy mógł zacząć normalną grę i życie? Nie. Dynamo Berlin było klubem milicyjnym. Chlubą Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Niemieckiej Republiki Demokratycznej i jej szefa – Ericha Mielke. Gdy wspomniany jegomość dowiedział się, co zrobił Eigendorf (do tamtej chwili jeden z jego ulubionych graczy) wpadł w szał. W ciągu kilku dni, kilku agentów „Stasi” zostało wysłanych do RFN. Tam śledzili każdy krok „zdrajcy”. Aż do 1983 roku.

Śmierć Lutza nie była przypadkowa. Podejrzenia, że agenci tajnych służb maczali w niej palce okazały się trafne. W 1990 roku otwarto akta Służby Bezpieczeństwa NRD. Spora część dokumentów dotyczących Eigendorfa została co prawda zniszczona ale te które się zachowały dobitnie wskazywały na udział „Stasi” w śmierci futbolisty. Po wielu, wielu latach jeden z byłych agentów otwarcie przyznał, że dostał rozkaz zlikwidowania Lutza. Po jego odmowie poczyniono więc kroki, by w inny sposób zabić „zdrajcę ojczyzny”.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Bernard777 A coż ty tak nienawidzisz Rakowa? Co on ci takiego złego narobił znowóż?

13

Skromne acz ważne zwycięstwo na „El Sadar”:

5 marca 2005 r. FC Barcelona utrzymała się na prowadzeniu w tabeli i utrzymuje przewagę nad Realem Madryt po pokonaniu Osasuny Javiera Aguirre'a 1:0 w 27 kolejce Primera Division, dzięki bramce Kameruńczyka Samuela Eto'o. Mecz rozpoczął się od natarcia Osasuny w poszukiwaniu zwycięstwa, którego nie udało im się osiągnąć w dziewięciu meczach w tym roku. Barça jednak nie poddała się i, nie dając z siebie wszystkiego, zdołała powstrzymać „Rojillos”. „Blaugrana”, grająca z czarnymi opaskami na rękawach ku pamięci zmarłego w tamtym czasie byłego trenera reprezentacji Holandii Rinusa Michelsa, liczyła na swoje gwiazdy: Ronaldinho i Kameruńczyka Samuela Eto'o, którzy próbowali przebić się przez bramkę Juancho Elíi. Po remisie z Espanyolem, FC Barcelona nie chciała aby Real Madryt ponownie zmniejszył stratę. Po ostrożnym początku pierwszych piętnastu minut, Blaugrana zaczęła atakować od 15. minuty zwiększając swoje szanse. Po kilku dogodnych okazjach, w 39. minucie Eto'o, najlepszy strzelec ligi, otrzymał piłkę i stanął naprzeciwko Elíi, który nie zdołał jej wystarczająco odbić, by zapobiec stracie gola przez gospodarzy. Po przerwie Barça nadal kontrolowała grę ale Osasuna nie poddawała się. W 59. minucie urugwajski napastnik „Chengue” Morales, prawdziwy bohater Osasuny, oddał potężny strzał, który obronił bramkarz Blaugrany Víctor Valdés. „Chengue” ponownie wszedł do akcji kilka minut później, posyłając piłkę daleko w pole karne, ale minął piłkę, którą Valdés z łatwością przechwycił. Końcowa część meczu była zacięta, z szansami dla obu stron ale drużynie Aguirre'a nie udało się odwrócić losów meczu, pogłębiając słabą passę Osasuny.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Safrani O panie! u mnie po łacinie to słówka na k. na ch. i tak dalej. Tylko taka łacine ja znaju! Widze że pan uczonyj bardzo. No ale rzeczywiście: dziwne czasy i dziwne obyczaje, choć już dawno temu śpiewał Śp. pan Wydrzycki że "Dziwny jest ten świat!"..........

0

@Safrani Pierwsze zdanie klarowne ale te drugie po chińsku to ja nie panimaju!?

13

Duma Katalonii w historycznym finale:

5 marca 1958 r. na Stamford Bridge w Londynie, FC Barcelona rozegrała pierwszy mecz finałowy z reprezentacją Londynu w ramach Pucharu Miast Targowych. Spotkanie zakończyło się remisem 2:2. Gole dla Blaugrany strzelili: Justo Tejada oraz Eulogio Martinez. Pomimo atutu własnego boiska, londyńska jedenastka musiała stawić czoła bardziej spójnej i dobrze znanej reprezentacji Hiszpanii. Paragwajski napastnik Eulogio Martinez wyprowadził Barçe na prowadzenie już w 10. minucie ale 18-letni Greaves niemal natychmiast odpowiedział dla gospodarzy. Justo Tejada przywrócił prowadzenie gościom jeszcze przed przerwą. Na dwie minuty przed końcem meczu Londyn wywalczył rzut karny. Obrońca Fulham, Jim Langley, wykorzystał rzut karny, przywracając remis i dając angielskiej drużynie szansę na walkę w rewanżu osiem tygodni później. To był pierwszy w historii finał Barçy europejskich rozgrywek pod egidą UEFA. Do rewanżu doszło 1 maja, o czym nie omieszkam wspomnieć.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

11

(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:

4 marca 1953 r. urodził się Paweł Janas, obrońca, zdobywca 3 miejsca na MŚ 1982. ,,Główkowałem w kierunku naszej bramki, licząc że Józek Młynarczyk w razie czego złapie. Nie zauważyłem że zrobił pare kroków do przodu. Piłka go przelobowała i wpadła. Tak swój żywot dla reprezentacji zakończył Stadion Dziesięciolecia. Mogę chyba mówić, że dzięki mnie”- gorzko żartuje Janas. To był mecz z Finlandią 17 kwietnia 1983 r., który miał odpowiednio nakręcić Polaków w walce o awans do finałów mistrzostw Europy. Najgorsze że po samobóju Janasa Polacy stracili moc, siłę, szybkość, entuzjazm; dosłownie wszystko! Jedyny polski medalista mistrzostw Świata, który później awansował na mundial z Biało-Czerwonymi też w roli selekcjonera, gole strzelał bardzo rzadko a dla narodowej drużyny tylko raz, w towarzyskim meczu z Libią(5:0) w sierpniu 1979. W tamtych czasach środkowi obrońcy nie zapuszczali się z taką odwagą pod bramke rywali. Janas w polskiej lidze uzbierał łącznie 2 gole, oba jeszcze w czasach gry w Widzewie. Głowa zawiodła go tylko w tym niefortunnym meczu z Finlandią. Bardzo możliwe(choć wtedy nikt tego tak nie oceniał) że feralnym swojakiem zamknął nie tylko stadion ale również sobie dostęp do kadry. Następnie było jeszcze spotkanie z ZSRR, towarzyskie 45 minut ze Szwajcarią i na tym koniec. Janas grał wówczas we Francji, lecz wcale mu to nie pomagało w zatarciu złego wrażenia. Wręcz przeciwnie, gdyby występował w naszej ekstraklasie, wszyscy na co dzień widzieliby że jest w wysokiej formie. Nad Sekwaną go cenili ale tylko tam.

Gdy więc Antoni Piechniczek montował ekipe na mundial w Meksyku, najpierw w eliminacjach a potem w ostatnich miesiącach przed turniejem, akurat tego medalisty z poprzednich mistrzostw nie brał pod uwagę. ,,Mógłbym się z tym łatwo pogodzić, w końcu byłem już po trzydziestce, tyle że ja wciąż trzymałem poziom na miare kadry. Mój problem polegał na tym, że ani selekcjoner, ani nikt z jego sztabu nie pofatygował się do Francji by zobaczyć, co sobą prezentuje, pogadać na mój temat z trenerem Guy Roux”- tłumaczył się Janas. Był przecież filarem defensywy Auxerre, które liczyło się w Ligue 1. W sezonie 1983/84 było trzecie, w następnym czwarte i w tym bezpośrednio przed mundialem- siódme. W Polsce jednak na nikim nie robiło to wrażenia. ,, Kilka lat temu Piechniczek wysłał mi pocztą swoją biografie. Otworzyłem a tam odręcznie napisana dedykacja z przeprosinami że mnie wtedy nie powołał do Meksyku. Nie ma co przepraszać, czasu nie cofniemy”- macha ręką Janas. Po latach sam na mistrzostwa Świata w Niemczech nie powołał filarów reprezentacji a mianowicie Jerzego Dudka i Tomasza Frankowskiego. Upiera się że to co innego, bo wtedy byli w kiepskiej formie. Sprawdzał ich w meczach towarzyskich i mieli szanse się wykazać… ,,Ja takiej szansy nie dostałem, choć byłem uznawany za jednego z czołowych obrońców w lidze francuskiej! Można to zweryfikować nawet dzisiaj”- argumentuje Janas.

Nie było go też w ekipie na Igrzyska Olimpijskie w Montrealu. ,,Wytypowano mnie do grupki zawodników, która ma być w pogotowiu, gdyby ktoś wypadł z kadry. Polecieliśmy nawet do Korei Północnej z młodzieżówką U-23 żeby w sparingach utrzymać rytm meczowy. I na tej wycieczce się skończyło bo z drużyny Kazimierza Górskiego jednak jakoś nikt nie chciał wypaść”- wspomina Janas. Z kolei w Legii został dłużej niż wymagał tego czas zasadniczej służby wojskowej. ,,Po 2 latach byłem gotów wrócić do Widzewa, jednak prezes Sobolewski sam mnie prosił, bym tego nie robił. Gdybym wrócił Legia wyrównałaby sobie tę strate powołując innego młodego widzewiaka”- zaznacza. W Legii przygotowywał się do turnieju życia. Przeszedł szlak bojowy z drużyną Piechniczka zaakcentowany dwoma bezcennymi zwycięstwami nad NRD(1:0 w Chorzowie, 3:2 w Lipsku) w kwalifikacjach. Występ na Mundialu w Hiszpanii dał mi sportowe spełnienie, które obejmuje całą karierę. Medal mistrzostw Świata, i to w sytuacji, w której zagrałem we wszystkich meczach, sprawia że już zawsze będę mówił o tym z największa satysfakcją”- zapewnia Janas. Po powrocie do Polski jeszcze półtora sezonu spędził w Legii. ,,Dałem się namówić Jurkowi Engelowi, który wtedy prowadził drużynę”- przypomina. Ostatni mecz zagrał jednak u Andrzeja Strejlała. W finale Pucharu Polski z Lechem Poznań boisko opuścił już w 5 minucie z powodu kontuzji. Zastąpił go młody Marek Jóźwiak, który w kolejnych sezonach miał być nowym filarem defensywy Legii. Natomiast Janas został wtedy przy Łazienkowskiej jako uczący się trener, który już 7 lat później poprowadził drużynę do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Wybitne legendy rodzimego futbolu:


4 marca 1943 r. w Radzyminie urodził się Janusz Żmijewski, znakomity napastnik, który swoim dryblingiem czarował na boisku. Przygodę z piłką zaczynał w OKS Otwock. Kiedy miał 17 lat zwrócił na siebie uwagę działaczy Legii. Macierzysty klub dostał wówczas za niego komplet piłkarskich strojów i kilkanaście par butów. Żmijewski trafił do zespołu juniorów, gdzie sumiennie trenował pod okiem Wacława Kuchara. Wkrótce dostał powołanie na centralne zgrupowanie kadry juniorów i razem z kadrą juniorów pojechał na turniej UEFA do Portugalii, gdzie Polska zajęła drugie miejsce. Po powrocie do kraju trener Górski włączył go do pierwszej drużyny. 23 kwietnia 1961 r. zadebiutował na ligowych boiskach w spotkaniu z Zawiszą Bydgoszcz (2:2). W drugiej części sezonu coraz częściej pojawiał się na boisku, a 3 września w meczu z Lechem strzelił swoje dwie pierwsze bramki. Szybko stał się ważnym elementem zespołu i coraz bardziej imponował skutecznością. Kwestią czasu było powołanie do reprezentacji. Pierwszy raz w biało-czerwonych barwach Żmijewski zagrał 1 listopada 1965 r. w przegranym 1:6 meczu z Włochami. Debiutu więc pewnie nie wspomniał zbyt miło. Dwa lata później dostał drugą szansę. W eliminacjach mistrzostw Europy dał prawdziwy popis swoich umiejętności w meczu z Belgią na stadionie Heysel. Jako pierwszy Polak w historii ustrzelił wówczas hat-tricka, a obecni na meczu uczestnicy kursu trenerskiego z Afryki nagrywali mecz, a potem pokazywali go w swoich krajach, stawiając Żmijewskiego jako wzór skrzydłowego.


Kiedy w 1968 r. do Polski przyjechali wirtuozi z Brazylii i w meczu na Stadionie Dziesięciolecia wygrali z nami 6:3, to właśnie Żmijewski strzelił chyba najładniejszą bramkę w tamtym spotkaniu. Wszedł w pole karne z piłką przy nodze i mijając trzech obrońców, pokonał brazylijskiego bramkarza. W 1970 r. przed wylotem na rewanżowy mecz półfinału Pucharu Europy z Feyenoordem podczas kontroli na Okęciu znaleziono przy Władysławie Grotyńskim i przy Żmijewskim dolary. O zdarzeniu poinformowano generała Zygmunta Huszczę, który poręczył za zawodników i ostatecznie mogli wylecieć z kraju. Po powrocie Żmijewskiego zdyskwalifikowano i oddano pod kuratelę koła Związku Młodzieży Socjalistycznej przy klubie. Przewodniczącym koła był Andrzej Badeński, który był przyjacielem Żmijewskiego. Resocjalizacja polegała na zwiedzaniu stołecznych knajp i graniu w pokera. W czasie jednej z nocnych gier piłkarz wygrał nawet od znanej aktorki volkswagena garbusa. Kiedy Legia zwróciła się z zapytaniem, czy Żmijewski zrozumiał swój błąd i czy można mu zaufać, Badeński za niego poręczył i piłkarz mógł zagrać w meczu ze Standardem Liège. Kiedy pojawił się na boisku, wzbudził wielki aplauz publiczności, a w 20. minucie strzelił bramkę, podwyższając na 2:0 i Legia nie dała już sobie wydrzeć zwycięstwa, awansując do ćwierćfinału.


Z warszawskim klubem był związany przez 11 sezonów. Rozegrał dla Wojskowych 236 meczów w lidze i strzelił 60 goli. Dwukrotnie zdobył mistrzostwo (1969 i 1970) i dwukrotnie Puchar Polski (1964 i 1966). W 1972 r. opuścił Warszawę i przeniósł się do Ruchu. Potem zaliczył jeszcze dwa sezony w Avii Świdnik i również dwa w barwach warszawskiej Polonii. Oprócz tego występował jeszcze w Pogoni Siedlce i Elektroniku Piaseczno, aż w końcu w 1978 r. wyjechał do Kanady. Tam aż do połowy lat 90-tych występował w klubach polonijnych. Z reprezentacją pożegnał się 9 listopada 1969 r. w wygranym 3:0 meczu z Bułgarią w Warszawie. W Reprezentacji rozegrał 15 meczów, strzelając 7 goli.
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Arkon
@Adran360

15

Wybitne legendy futbolu:

4 marca 1951 r. urodził się Kenny Dalglish, 3-krotny zdobywca Pucharu Europy Mistrzów Klubowych-1978,1981,1984(z FC Liverpool); Zdobywca Superpucharu Europy-1977(z Liverpoolem) oraz 6-krotny Mistrz Anglii-1979,1980,1982,1983,1984,1986.

Kenny Dalglish to przez wielu określany jako najlepszy gracz w historii Liverpoolu. Kenny bowiem w każdym meczu pokazywał wspaniałą grę i był postrzegany jako szczególny zawodnik w zespole. „Jego geniusz nie pokazuje tylko jego własnych zdolności, ale także pozwala stworzyć świetną grę całej drużyny” – powiedział o nim Bob Paisley, trener, który przeprowadził transfer Dalgisha w sierpniu 1977 roku. Gdy Kevin Keegan przenosił się z Liverpoolu do Hamburga za 500 000 funtów wcześniej zakupiony zawodnik, Dalglish postrzegany był jako zmiennik za tego właśnie zawodnika. Liczono, że poprowadzi on klub do nowych sukcesów. Król Kenny szybko stał się bohaterem zespołu. Późniejsza współpraca z Ianem Rushem stworzyła prawdopodobnie najpiękniejszy duet w historii angielskiej piłki. Kapitalna wręcz gra Dalglisha połączona z twórczym stylem Rusha dała efekt, jaki mogą stworzyć tylko prawdziwe piłkarskie legendy. W 1978 roku zdobył on bramkę w rozgrywkach Pucharu Europy. Gol ten, strzelony przeciwko Bruges na Wembley był jednym z podstawowych przykładów tego, jak może on zatrzymać przeciwników, a w końcu zadać śmiertelny cios. Wraz z Rayem Clemence, Alanem Hansenem, Graeme Sounessem i Billy Liddellem został laureatem jednego z najwyższych brytyjskich odznaczeń – MBE. Pewne jest, że jeżeli Dalglish miałby na swoim koncie tylko grę dla Liverpoolu już byłby bohaterem na Anfield. Jednak sukcesy zdobyte z klubem na pozycji menadżera gwarantują mu bezsprzeczny status legendy. Po ośmiu wspaniałych latach gry na Anfield, w 1985 roku otrzymał propozycję zostania pierwszym graczem i zarządzającym jednocześnie.

W przeciągu 5 lat został trenerem roku trzy razy i dwa razy poprowadził Liverpool do sukcesu w Pucharze Anglii. Przez następne kilka lat regularnie zdobywał wraz z drużyną jeszcze inne wspaniałe trofea. Dalglish doprowadził również do transferów wielu wspaniałych graczy, włączając do nich Johna Barnesa, Petera Beardleya czy młodego Jamiego Redknappa. Jednym z jego sukcesów w samej drużynie było doprowadzenie do piłkarskiego rozwoju wspaniałego gracza Alana Hansena i ustanowienia go kapitanem zespołu. Alan odwdzięczył się za wiarę Dalglisha w jego talent i pokazywał jedne z najpiękniejszych wystąpień w historii Anfield Road. Mówiąc o transferach w tamtym okresie warto wspomnieć zakup przez Dalglisha Johna Aldidge. Zastąpił on bowiem legendę Liverpoolu Iana Rusha, podobnie, jak Dalglish kiedyś zastępował Keegana. Wstrząsające wydarzenia na Hillsborough 15 kwietnia 1989 roku były jednocześnie końcem Dalglisha w Liverpoolu jak i w końcu z piłką nożną. Dalglish próbował znaleźć jakieś inne rozwiązanie z tej sytuacji, jednak owe wydarzenia przerastały tego wrażliwego człowieka. Dlatego też w 1991 roku zrezygnował ze stanowiska trenera twierdząc że napięcie i smutek po tragedii Hillsborough są ponad jego możliwości. Skutek odejścia można porównać tylko z opuszczeniem klubu przez Billa Shanklly’ego. Niewielu wówczas dyskutowało na temat samych powodów tego odejścia, głównie bowiem panowało przerażenie, że jeden z najlepszych okresów w historii klubu właśnie się kończył. Dla zawodników Dalglish był osobą, która zaraziła ich pasją i radością gry w piłkę. Coś takiego można było przeżyć jeszcze tylko za czasów Billa Shankly’ego. Jego kierownicze sukcesy udowodniły że jego kariera na Anfield nie była żadnym przypadkiem. W swojej karierze był także trenerem klubu Newcastle United. Jako kierownik spędził również stosunkowo krótki okres w Celticu. Obecnie odpoczywa od futbolu będąc na piłkarskiej emeryturze.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

Duma Katalonii przypieczętowuje awans do finału Copa del Rey:

4 marca 2015 r. FC Barcelona pokonała w rewanżowym półfinale Pucharu Hiszpanii Villareal 1:3. Wynik 3:1 w pierwszym meczu ostro kontrastował z planami Marcelino, który nie poddał się i postanowił dać odpocząć połowie drużyny w heroicznym meczu na Bernabéu. Blaugrana wprowadziła minimalne zmiany, wprowadzając jedynie Rafinhę za Rakiticia. Mecz rozpoczął się od stonowanego pokazu fajerwerków a piłkarze Villarreal wyszli na boisko niczym konie wyścigowe na „Grand National”. Stworzyli dwa groźne ataki, które wstrząsnęły obroną Barçy ale ich niepokój nie trwał długo. W trzeciej minucie FC Barcelona poprowadziła serię efektownych akcji, Messi podał piłkę prostopadle a Neymar pokonał bramkarza delikatnym lobem. Plan Marcelino legł w gruzach. Od tego momentu Villarreal i jego pomocnicy przejęli kontrolę nad grą. Blaugrana osłabła po golu, myśląc, że przeciwnicy będą musieli strzelić cztery gole. Pina, Trigueros i Jonathan zaczęli łatwo współpracować a okazje zaczęły się pojawiać. Czeryszew jako pierwszy wystawił na próbę ter Stegena, który powstrzymał Rosjanina znakomitą paradą. Uche miał kolejną dobrą okazję, ale jego strzał trafił w boczną siatkę. Barça nadal była nieskuteczna a tymczasem Vietto i Uche siali spustoszenie. W środku drzemki Barçy, padł gol wyrównujący, dzięki dośrodkowaniu z lewego skrzydła, które Jonathanowi udało się wykończyć przy dalszym słupku. Nadzieja odżyła w Villarreal, który znów zaczął wierzyć. Jednak obrazem, który zdominował pierwszą połowę, była koszmarna kontuzja Busquetsa po nieumyślnym podaniu Piny.

Villarreal wrócił do gry po przerwie a Blaugrana czuła presję, choć jej środkowi obrońcy pozostali nieugięci, niestrudzenie wybijając piłkę wysoko i nisko. Vietto miał szansę na wyrównanie strzałem głową, ale jego strzał przeleciał nad bramką Ter Stegena. Podopieczni Marcelino mogli wyrównać, ale nie udało im się zdobyć drugiego gola. Ich nadzieje całkowicie prysły, gdy Tomás Pina sfaulował Neymara od tyłu i otrzymał zasłużoną czerwoną kartkę. Dominacja Villarreal w środku pola przestała być skuteczna a gra zmieniła się tak dramatycznie że FC Barcelona wydawała się potrzebować zwycięstwa. Zaczęli atakować niemal z przyzwyczajenia i samozadowolenia. Xavi wszedł na boisko, kontrolował grę a potem padł drugi gol, który de facto zakończył remis. Mascherano kapitalnym podaniem obsłużył Luisa Suáreza samego przed Asenjo, którego spokojnie okrążył, po czym skierował piłkę obok Neymara, który próbował odeprzeć zagrożenie. Gra stopniowo traciła impet, stając się bardziej brutalna niż skuteczna, z ciągłymi faulami i częstymi wizytami sędziego na ławce rezerwowych. Mimo to Neymarowi należał się kolejny gol po nieudanej próbie odebrania piłki Suárezowi a gdy wydawało się, że mecz jest już stracony, wykończył on efektowne dośrodkowanie Xaviego, zdobywając dwa gole. Trzeba przyznać Villarrealowi że nigdy nie przestali szukać gola, w serii, która tylko podkreśliła ich znakomity styl gry.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Na kłopoty Messi:

4 marca 2009 r. FC Barcelona zremisowała na wyjeździe z Mallorca 1:1 w rewanżowym półfinale Copa del Rey i awansowała do finału. Dopiero wejście Messiego na boisko zrewolucjonizowało grę Blaugrany, która po raz pierwszy od jedenastu lat zagra w finale Pucharu Króla. Będzie to szósty finał pomiędzy Katalończykami a Athletic Bilbao. W drugiej połowie obie drużyny grały w dziesiątkę a Pinto obronił rzut karny wykonywany przez Martíego, dzięki któremu Mallorca prowadziłaby 2:0. Mallorca przełamała swoje zahamowania i zagrała bezkompromisowo przeciwko FC Barcelonie, wzmocnionej dwubramkową przewagą zdobytą na Camp Nou. Aby osiągnąć ten cel, piłkarze Gregorio Manzano wywierali wysoki pressing mający na celu utrudnienie komunikacji między pomocnikami a napastnikami Barçy. Zawsze na krawędzi, Mallorca ryzykowała wszystko, co mogła, w walce z bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem, w którym metr przewagi może oznaczać granicę między przetrwaniem a śmiercią w butach. To Mallorca musiała przejąć inicjatywę, więc podopieczni Pepa Guardioli, mając czas po swojej stronie, rozgrywali piłkę po boisku i robili to celowo, cały czas szukając Hleba i Krkicia. Początkowa „czerwona” eksplozja, bardziej głośna niż merytoryczna, zbladła w obliczu powagi i siły rywala, który nie chciał oddać ani metra przewagi. Ale tuż przed przerwą Urugwajczyk Gonzalo Castro zdawał się podtrzymywać marzenia Mallorki o pucharze. Urugwajski skrzydłowy, praktycznie zapomniany od czasu przybycia do klubu z Balearów, posłał rakietę w stronę Pinto. W ciągu pierwszych pięciu minut po wznowieniu gry wydarzyło się wiele: FC Barcelona grała w dziesiątke po tym, jak Martín Cáceres został wyrzucony z boiska za faul na Castro w polu karnym a Pinto obronił rzut karny wykonany przez José Luisa Martí. W związku z tym Lionel Messi, który rozgrzewał się do wejścia na boisko, musiał poczekać, ponieważ Márquez zastąpił Iniestę, wypełniając lukę po Martínie Cáceresie. Argentyńczyk wszedł na boisko w 58. minucie, zastępując Krkicia. Messi bardzo szybko zaczął zaznaczać swoją obecność. Wywołał wykluczenie Josemiego i kilka okazji do zdobycia gola, jak choćby bezpośredni rzut wolny Daniego Alvesa , który Lux zdołał obronić. Od tego momentu Blaugrana odetchnęła z ulgą.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

13

Duma Katalonii uratowana przed spadkiem:

4 marca 1934 r. FC Barcelona zakończyła rozgrywki ligowe na… 9 pozycji z 10 zespołów w tabeli. Na najgorszy sezon w historii złożyło się kilka czynników. Jednym z nich była rozpoczęta sezon wcześniej przebudowa składu. Ponadto plaga kontuzji i kryzys instytucjonalny, który skończył się dymisją prezydenta Joana Comy. Barça w tamtym sezonie przegrała wszystkie mecze wyjazdowe a wygrała osiem u siebie, tracąc jedynie 2 punkty w meczu z Realem Madryt. Co ciekawe od trzeciego miejsca w tabeli Blaugrane dzieliło zaledwie 3 punkty, co świadczyło o bardzo wyrównanej walce. Kiedy jesteśmy mali i stajemy się kibicami piłki nożnej, jedną z pierwszych rzeczy, których zazwyczaj dowiadujemy się, jest to, że w Hiszpanii są trzy drużyny, które zawsze grały w Pierwszej Lidze: Real Madryt, FC Barcelona i Athletic Bilbao. I to stwierdzenie jest rzeczywiście niepodważalne. Jednak był czas, kiedy FC Barcelona spadła do Drugiej Ligi i mimo wszystko zagrała w Pierwszej Lidze w kolejnym sezonie. Posłuchajcie: Rozpoczął się nowy sezon niedawno utworzonej Ligi Narodowej. A konkretnie cofnijmy się do sezonu 1933/1934. Barça przeżywała jeden z największych kryzysów, zarówno na boisku, jak i poza nim, i w niczym nie przypominała klubu, jakim jest dzisiaj. Po zdobyciu pierwszego tytułu mistrzowskiego w historii (w sezonie 1928/1929), przez kolejne cztery sezony konsekwentnie plasowała się w pierwszej czwórce.

Jednak omawiany sezon był katastrofalny dla Blaugrany, która przegrała wszystkie dziewięć meczów wyjazdowych i jeden u siebie. W ostatniej kolejce Barça zmierzyła się z Realem Betis, który wygrał 1:0, co oznaczało spadek do Drugiej Ligi, gdyż drużyna zajęła dziewiąte miejsce w dziesięciozespołowej lidze . Na szczęście dla Barçy, La Liga zdecydowała się na rozszerzenie Pierwszej Ligi, z czego nie spadły ani Barça (przedostatnia), ani Arenas de Getxo (ostatnia). Atlético Madryt i Sevilla awansowały w tym sezonie a Pierwsza Liga rozrosła się do 12 drużyn z poprzednich 10. Blaugranie udało się utrzymać w najwyższej klasie rozgrywkowej i od tego czasu zaczęła się rozwijać, stając się gigantem, którym jest i był przez większość swojej historii. Jednak z technicznego punktu widzenia, FC Barcelona spadła do Drugiej Ligi tylko raz. Miało to miejsce 4 marca 1934 roku na stadionie Realu Betis.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Czy wiemy że…

3 marca 1999 r. Manchester United pokonał Inter Mediolan 2:0 w Lidze Mistrzów. Ćwierćfinałowy dwumecz MU z Interem był szeroko reklamowany jako rewanż za mundial między Beckhamem a Simeone. W meczu Argentyny z Anglią „Cholo” sprowokował „Becksa” a ten go kopnął, za co wyleciał z boiska. Obaj piłkarze okazali się jednak mądrymi ludźmi, gdyż nie doszło między nimi do żadnego spięcia a po meczu wymienili się koszulkami. Na boisku lepszy(a ściślej najlepszy) był Anglik bo to po jego dokładnych centrach oba gole strzelił York. Zwycięstwo 2:0 stawiało ,,Czerwone Diabły” w roli oczywistego faworyta do awansu, tym bardziej że w Interze Mircei Lucescu panowała kiepska atmosfera, gdyż kilku zawodników, w tym Djorkaeff i Ventola pozostawało skłóconych z rumuńskim trenerem.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Wybitne legendy futbolu:

3 marca 1965 r. w Niszu urodził się Dragan Stojkovič, legendarny pomocnik i tam stawiał pierwsze kroki w futbolu. Dobra gra w klubie sprawiła, że otrzymał pierwsze powołania do reprezentacji juniorskich, a później był w kadrze na IO oraz mecze eliminacji Mistrzostw Świata. Już wtedy wzbudził zainteresowanie jednego z największych klubów byłej już Jugosławii – Crvenej Zvezdy. W 1982 roku dał pierwszy wielki wywiad jugosłowiańskiemu magazynowi sportowemu Tempo. Było to podczas zgrupowania młodzieżowej reprezentacji. Miał wtedy 18 lat, był uczniem liceum ekonomicznego. Jak wspomina do dziś od zawsze fascynowała go też filozofia. Tych, z którymi się utożsamiał wymieniał w pierwszej kolejności Epikura i Demokryta. Darko Šarenac w tym wywiadzie zapytał Dragana, czy zostanie nowym Cruyffem? ,,Nie chce być kimś innym. Pozostanę Piksim. A kto to jest Piksi, co to znaczy? Wszyscy mnie tak nazywają, bo to mój ulubiony bohater z kreskówki [Pixie i Dixie]. Codziennie o 19:15 siadam przed telewizorem. Nie mam wtedy czasu dla rodziny, dziewczyny, kumpli i innych spraw. Jeśli mogę prosić, to chciałbym żeby w tytule tego wywiadu było napisane Piksi”. Z jednej strony można by nie brać tego na serio, ot jakiś młodzieńczy żart. Z drugiej strony dziś nazwalibyśmy to pewnie kreowaniem wizerunku, a czas pokazał jak przydomek Piksi stał się jednoznacznym skojarzeniem nie tylko dla kibiców z Jugosławii.

W miarę szybko został kapitanem Czerwonej Gwiazdy. Na boisku i poza nim był niekwestionowanym liderem tej cudownej grupy jugosłowiańskiej piłki. Technika, ale i niekonwencjonalne pomysły sprawiły, że wielu kibiców kojarzy go właśnie z takimi sytuacjami. Gol bezpośrednio z rzutu rożnego w derbach z Partizanem, proszę bardzo. Dla Jugosławii Piksi był jednym z kluczowych piłkarzy lat 90′. Gdyby nie kontuzje powinien zrobić większą karierę w Europie. Przez lata wielu kibiców, ekspertów zastanawiało się dlaczego reprezentacja Chorwacji odnosi więcej sukcesów od zdawałoby się „identycznej” czy bardzo podobnej (warunki fizyczne, mentalność, wyszkolenie techniczne) kadry Serbii. Po rozpadzie Jugosławii możemy mówić o dwóch ścieżkach „jugosłowiańskiej szkoły futbolu”. Serbowie pozostali wierni wieloletnim tradycjom, Chorwaci zaś dorzucili coś jeszcze, o czym wielu w Belgradzie zapomina. Chciałbym napisać – patriotyzm, jednak wielu z czytelników mogłoby to inaczej zinterpretować. Coś podobnego, bardziej emocjonalnego, namiętnego z przywiązaniem i odpowiedzialnością się z tym wiążącą. Przywiązanie do barw narodowych, które już od pierwszego meczu kadry z drużyną USA zakorzeniło się nie tylko w kibicach, ale również w piłkarzach. Z czego to wynika? Chorwaci od wielu lat, można powiedzieć od zawsze dążyli do odrębności, odróżnienia się od „braci prawosławnej wiary”. Czy to poprzez język, kulturę, sport… Chorwaci w ostatnim ćwierćwieczu zdobyli wicemistrzostwo świata (2018) oraz brązowy medal MŚ (1998), dla porównania Jugosławia/Serbia i Czarnogóra/Serbia tylko raz wyszła z grupy na Mundialu, chociaż za każdym razem „na papierze” posiadała mocny zespół, być może nawet mocniejszy niż sąsiedzi. Mieli indywidualności, Chorwaci mieli drużynę złożoną z indywidualności. Chociaż „Piksi” wiele lat spędził poza Europą zawsze podkreślał swoje przywiązanie i miłość do Serbii. W jednym z ostatnich wywiadów mówił: „Mieszkałem wiele lat zagranicą, ale to tu odczuwam te emocje. Tu jest moje miejsce i jeśli będzie trzeba oddam życie za Serbię”.

Zawsze przy wypowiadaniu takich górnolotnych słów trzeba brać je z dystansem. Tu jednak pojawia się słowo klucz „emocje”. Coś czego poprzednim selekcjonerom nie udało się wykrzesać z kadry. W Serbii większy wpływ na skład kadry mieli działacze i menadżerowie, którzy dla swoich wpływów i podniesienia wartości zawodników wpychali ich często na siłę do składu. To zjawisko niestety w dalszym ciągu obecne w bałkańskim futbolu. W takiej sytuacji, drużyna była na drugim, trzecim miejscu a oczekiwania z awansem do każdej wielkiej imprezy były porównywalne ze znanym z Polski „dmuchaniem balonika”, z którego jak zwykle nie wychodziło nic dobrego. Mógłbym wymienić jeszcze kilka cech wspólnych, które nas łączą bardziej z Serbami, aniżeli z Chorwatami. To zostawię na przyszłość. Należy sobie zadać pytanie czy „Piksi” będzie w stanie i(co ważniejsze) czy będzie miał możliwość realizowania w pełni swojej wizji prowadzenia drużyny narodowej. Tak długo trwające negocjacje mogą świadczyć również o tym, że nie chodziło o pieniądze ale właśnie o dobro drużyny i swobodę działania. W Crvenej Zveździe spędził 4 sezony jako piłkarz, po czym przeniósł się do Olympique Marsylia. Los sprawił, że to właśnie te drużyny w następnym sezonie zmierzyły się w finale Pucharu Mistrzów we włoskim Bari. Podczas serii rzutów karnych „Piksi” jakoś odmówił strzelania w serii rzutów karnych. We Francji oraz Włoszech nie pokazał tego by udowodnić, że jest gwiazdą. Wiele można zrzucić na kontuzje. Do Czerwonej Gwiazdy wrócił po zakończeniu kariery. Na wiele sposobów wykorzystywał swoje kontakty nabyte w Japonii. Pierwszym takim momentem był pożegnalny mecz „Piksiego”. Do Japonii przyleciał zespół z Belgradu a na murawie kibice mogli zobaczyć m.in. Nemanję Vidića. W 2005 objął stanowisko prezesa Czerwonej Gwiazdy. Na koszulkach pojawili się japońscy sponsorzy(Toyota, Sharp). Do czerwono-białych trafili też japońscy piłkarze. Zrezygnował z powierzonej mu funkcji w październiku 2007 roku. Od 2008 roku prowadzi tę drużynę, w której barwach zdobył 57 goli. W 2010 roku zdobył z klubem pierwsze w historii mistrzostwo Japonii.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

2

Polskie dziewczyny, najwspanialsze są!!!
Vamos Polki!

11

@FCBparasiempre
Zico przyszedł na świat w 1953 roku a był wychowywany przez portugalskiego piekarza Jose, który kibicował Flamengo. Ale najwięcej zawdzięcza chyba przenikliwości... radiowca. Bez niego chłopak, który jest już mężczyzną w słusznym wieku, mógłby nie zostać wielkim piłkarzem. Gdy Zico miał trzynaście lat, zainteresował się nim Celso Garcia, reporter z radia, który(jak się okazało) otworzył mu drzwi do Flamengo. Tam zaczął testy. W dorosłej drużynie też szybko poszło. Dowód? W wieku 18 lat miał 22 mecze i strzelił 20 goli(!) a nie grał bynajmniej w środku ataku. Nie było mu jednak łatwo na początku w walce z rywalami. Niektórzy ironicznie nazywali go nawet... kurczakiem (por. ,,galinho”, zdrobnienie od ,,galo”), bo był po prostu wątły. Dostał ksywę "Galinho de Quintino", dlatego że Quintino Bocaiuva to dzielnica Rio, w której się wychował. Jeśli chodzi o sukcesy z Flamengo, to długo można wymieniać. Cztery tytuły mistrzowskie w kraju, siedem triumfów w mistrzostwach stanu Rio. Po kilka razy w tych rozgrywkach zdobywał koronę króla strzelców. Mało? No to przypomnijmy, że triumfował jeszcze w Copa Libertadores (a to była pierwsza wiktoria Flamengo w Copa). Później było jeszcze zwycięstwo w Pucharze Interkontynentalnym. Pewne 3:0 z Liverpoolem. A dorobek reprezentacyjny to 72 mecze i 52 gole. Neymar, Pele, Ronaldo, Romario są co prawda lepsi, ale to żadna ujma. To nawet przywilej być wymienianym w takim towarzystwie. Było ich trzech, a każdy zasłużył się na tyle, że do dziś są wspominane ich występy. Zico, Gabriel Barbosa i Adriano to bohaterowie Flamengo, którzy zapewniali tej drużynie splendor. Łączą ich nie tylko sukcesy. Chodzi też o symbolikę. Gracze określani kolejno jako Król, Książę i Cesarz wkładali w różnych okresach koszulki z numerami 9 i 10. Z nimi wiąże się uznanie i pewien mit. Skupmy się jednak na Zico. Dość szybko zaczął oswajać się z tą "dychą", bo już w szkółce piłkarskiej w 1968 roku. A nr 9 miał na koszulce od 1971. To wtedy przebił się do pierwszej drużyny. Mecz przeciwko Vasco da Gama w ,,Taca Guanabara” 29 lipca 1971 był jego debiutem. Dodajmy, że zakończony wygraną 2:1. Ta "dziesiątka" na plecach to, szczególnie w Ameryce Południowej, coś zgoła kultowego. Dlatego nie może zaskakiwać, że ten, który uchodzi za największego idola w historii Flamengo, wrócił do "dychy" w 1974 roku, bo wtedy jego pozycja była już naprawdę mocna.

Czytając opinie kibiców Flamengo można dowiedzieć się, że Zico, jak to zostało przez nich określone, "stworzył emblematyczną koszulkę z numerem 10 we Flamengo". To on dał klubowi światowy rozgłos. A owa "dziesiątka" stanowiła dla niego dodatkową motywację i inspirowała do rzeczy wielkich. To wymowne, że właśnie z tą "dychą" miał tak istotny wkład w największe osiągnięcia klubu, z którym w dodatku tak bardzo się utożsamiał. To wtedy wygrał Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny w 1981, a nie zapominajmy o tytułach Campeonato Brasileiro. Sława Zico rosła stopniowo, ale stać go było od początku na piękne gesty. Nie popadał w samozadowolenie, twardo stąpał po ziemi i nie cierpiał na megalomanię. Dowód? Gdy na Maracanie miał 6 kwietnia 1979 wystąpić "Król futbolu" w meczu charytatywnym z Atletico Mineiro, to Zico oddał Pelemu "dziesiątkę" Flamengo. A o co grano? Na szczytny cel. Dochód przeznaczono dla dotkniętych przez ulewy w stanie Minas Gerais. Kataklizm był taki, że zginęło 246 osób, a tysiące straciły dach nad głową. Wirtuozów podziwiało 140 tys. Brazylijczyków, a wynik końcowy to 5:1 dla Flamengo. Trzy gole strzelił Zico. Co ciekawe, Pele nie zdobył bramki, choć miał sposobność. Odmówił jednak strzelania z karnego. Wnikliwy badacz dziejów Flamengo, historyk futbolu Mauricio Nevesa przekonuje, że gdy Zico dostał już numer 10, to oddał go na krótko tylko dwa razy: raz Pelemu, a w 1983, gdy grał już w Udinese i wrócił do kraju, by wystąpić w pożegnalnym meczu bramkarza Raula. "Dziesiątkę" dostał Tita, a Zico wystąpił z numerem 11. Zico był często określany jako "biały Pele", co jest bardzo wymowne. To piękna egzemplifikacja jego wielkości. Trzy razy został najlepszym piłkarzem Ameryki Południowej, a działo się to w latach: 1977, 1981, 1982. W 1983 werdykt "World Soccer" ucieszył go najbardziej, wszak został najlepszym piłkarzem na świecie. Złotej Piłki jednak nie zdobył, bo... nie mógł. Do 1995 dostawali je tylko gracze z Europy. Po mundialu 2014 otwarto na Maracanie muzeum, w którym są pamiątki z mistrzostw świata. Także takie związane z trzema największymi w brazylijskim futbolu, którzy zadziwiali glob przez lata. Trzeba tu zrobić istotne zastrzeżenie: dwaj pierwsi byli niekwestionowanymi artystami, a Zico? On jednak budził wątpliwości estetów i zapamiętałych romantyków. Paweł Gunia, skaut Anderlechtu Bruksela, je rozwiewa. Brazylijczycy najbardziej cenią to, jak zawodnik kopie piłkę. To jest dla nich ważniejsze od... dryblingów. Zico umiał kopnąć ją jak wirtuoz. Nie dziwmy się zatem, że na Maracanie postawiono pomnik legendarnemu piłkarzowi Flamengo. Został tak upamiętniony gol, którego strzelił w 1982 podczas hiszpańskiego mundialu w meczu z Australią. Figura z brązu przedstawiająca Zico jest przy schodach wejściowych.

W 1980 doszło do rewolucji w brazylijskiej piłce. Selekcjonerem został 49-latek z Minas Gerais, który zyskał uznanie jako trener klubowy, prowadząc efektownie grające Atletico Mineiro z Belo Horizonte i Gremio Porto Alegre. Mowa o Tele Santanie. Stawiał na przygotowanie techniczne i granie "swojego futbolu", unikał dostosowywania ustawienia do rywali. Kierował się zasadą: perfekcja w każdym zagraniu i brak taktycznych rygorów. Przedkładał zespół nad indywidualności. Patrzył na poziom wyszkolenia piłkarzy i ich regularność, nie zważając na siłę fizyczną i wybieganie w takim stopniu jak poprzednik Claudio Coutinho. Jednocześnie, mimo że zasadniczy, to na pewno nie był pragmatyczny. Przeciwnie, kochał piękno futbolu. Znakiem rozpoznawczym jego Brazylii była fenomenalna druga linia złożona z Falcao, Cerezo, Zico i Socratesa. Z nią to była zjawiskowa drużyna. Bartłomiej Rabij, ekspert od latynoskiej piłki, pisał w książce "Podcięte skrzydła kanarka. Blaski i cienie brazylijskiego futbolu" tak: "To, co wymyślił Santana na mundialu 1982 było futbolowym cudem. Bo jego drużyna grała wprost cudownie, lekko, bajecznie i przyjemnie dla oka. Między genialną Brazylią z 1970 a drużyną Pepa Guardioli z lat 2008-2012 tylko Brazylia Tele Santany grała równie widowiskowy futbol. Pewnie, że ktoś może dorzucić Holandię, może Ajax z Cruyffem i Keizerem, może Milan Sacchiego, ale pisząc wprost: Brazylia grała na początku lat 80-tych futbol zjawiskowy". Tamta Brazylia miała dwóch kreatywnych defensywnych pomocników (Cerezo i Falcao), dwóch graczy schodzących na flanki (Eder obsadzał wtedy lewą, a Socrates lubił działać w centralnej strefie boiska). Był też duet napastników, a jako cofnięty grał właśnie Zico. Z kolei na szpicy Serginho Chulapa. Ta drużyna nie miała tylko chyżego środkowego napastnika, była za to grupa "naturalnych" ofensywnych pomocników, brakowało natomiast prawoskrzydłowego i prawego pomocnika. Santana grał va banque i oddawał prawą stronę rywalom. Dopiero później dostrzegł niedoskonałości swojej koncepcji. Brazylia do dziś z trudem wspomina klęskę z Urugwajem z 1950, ale to, co działo się w 1982, gdy zespół z Ameryki Południowej odpadł już w drugiej fazie grupowej, także jest zadrą, która wciąż uwiera. To był mecz, w którym pięknej Brazylii z Zico, Falcao, Socratesem wystarczał, by awansować do półfinału remis z Włochami a przegrała 2:3. Rossi strzelił wszystkie gole dla rywali. Po latach Zico i Rossi znaleźli się w galerii sław FIFA wraz z Karlem Heinzem-Rummenigge i Ronaldo. Niemiec to mistrz Europy z 1980 roku i dwukrotny wicemistrz świata, do niedawna prezes Bayernu Monachium, a trafił do galerii dopiero jako czwarty z tego kraju. Wcześniej ten zaszczyt spotkał: Franza Beckenbauera, Gerda Muellera oraz Lothara Matthaeusa. I tak dołączył do Brazylijczyka Pelego, Argentyńczyka Diego Maradony oraz Holendra Johana Cruyffa. Ronaldo był dwa razy mistrzem świata, a Zico zajął tylko trzecie miejsce na mundialu 1978, ale wiele razy był mistrzem Brazylii. Tak tłumaczono ten wybór. A Rossi to mistrz świata z 1982, król strzelców oraz najlepszy zawodnik turnieju. Galeria sław otwarta przez FIFA w 2011 roku ma siedzibę w meksykańskiej miejscowości Pachuca, w której w 1901 roku założono pierwszy w tym kraju piłkarski klub. Znajduje się tam również muzeum futbolu.

Po zakończeniu kariery piłkarskiej Zico nie próżnował. Jeśli chodzi o najciekawszy punkt w jego życiorysie, to można wskazać wizytę w siedzibie Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej (FIFA) w Zurychu, która miała miejsce w 2015. Wtedy zapewniał, że poważnie rozważa włączenie się do walki o stanowisko prezydenta tej organizacji. Starając się przekonać do siebie prominentów z FIFA, dodawał, że "ma wystarczająco dużo wiedzy, by zaproponować zmiany, które "uzdrowią atmosferę wokół organizacji". Deklarował też, że zamierza wprowadzić zmiany, które zostaną przez wszystkich przyjęte z aprobatą. Podkreślał, że zrobił karierę na boisku i poza nim, więc futbol nie ma dla niego żadnych tajemnic. Dobrze wie, jakie rozwiązania są niezbędne. Tłumaczył, że na jego korzyść działa to, iż nigdy nie był związany z żadną frakcją FIFA, że jest kimś z zewnątrz, kto nigdy nie miał udziału w wątpliwych projektach. A kibice znają go tylko jako piłkarza i trenera, więc nie myślą o nim jako o działaczu, bo nigdy nim nie był. Gdy składał tę pamiętną wizytę w siedzibie FIFA i przedstawiał plan działań, to spotkał się z ówczesnym prezesem Seppem Blatterem. Ten Brazylijczyk był twardy i stanowczy, zdobył się na ostrą krytykę systemu wyborów szefa FIFA wskazując, że każdy kandydat musi mieć poparcie minimum pięciu federacji narodowych. Przy okazji Zico zdradził, że nie zdobył na razie poparcia ani jednego (także Brazylii), ale liczył, że do terminu zgłaszania kandydatur uda mu się to zrobić. Wiemy dobrze, co z tego wyszło. Wtedy był już trenerem Indian Club Goa i, jak sam mówił, nie miał za dużo czasu na wojaże po świecie i zdobywanie poparcia. Może to dobrze dla niego, bo mimo dobrych chęci pewnie miałby niewielkie szanse, by oczyścić skorumpowaną organizację. Był taki czas, gdy we Flamengo kwestionowano niezwykły rekord Leo Messiego. Przypomnijmy, o co dokładnie chodziło w tej sprawie. Historyk Bruno Lucena zaskoczył wszystkich w 2012 twierdząc, że Zico strzelił najwięcej goli w jednym roku, czyli 1979. Był jeszcze grudzień, więc Leo dołożył jeszcze dwa trafienia zamykając temat, ale ustalenia tego historyka są ciekawe. Tym bardziej, że wielu twierdziło, iż Messi gonił za rekordem Gerda Muellera. Niemiecki napastnik strzelił 85 goli w ciągu roku (1972), czyli mniej niż Zico. Co więcej, Brazylijczyk stracił część sezonu przez kontuzję. Lucena utrzymuje więc, że gdyby grał przez cały rok, to przekroczyłby granicę stu goli! Tak czy inaczej Zico to jeden z piłkarzy wszech czasów. Będąc pomocnikiem zdobył 647 bramek w rozgrywkach klubowych i ponad 50 dla reprezentacji Brazylii. Zico postanowił z kolegami podczas pandemii zachęcić rodaków do współpracy i przekazywania pieniędzy na pomoc dla przeludnionych faweli. Z inicjatywy Paulo Roberto dziewiętnastu byłych piłkarzy nagrało specjalny film, by przekonać rodaków do darowizn. Falcao przypomniał, że reprezentacja Brazylii z 1982 roku była znana z kreatywności i jedności, więc apelował o podobne działania w pandemii, by pomóc krajowi. ,,Biały Pele” został legendą Flamengo i reprezentacji Brazylii, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że nie jest doceniany w takim stopniu, na jaki zasłużył. Grał w piłkę z rozwagą, ale też finezją. Po zakończeniu kariery nie zatracił się w nałogach, umie nadal trzeźwo myśleć. Jest już ostatnim z wielkiej trójki. Odeszli Pele i Garrincha.

10

Wyjątkowe legendy futbolu:
Dokładnie 73 lata kończy dziś Arthur Antunes Coimbra. O wspaniałej brazylijskiej legendzie przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Comentateiro
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Safrani

13

Wybitne legendy węgierskiego futbolu:

3 marca 1922 roku w Budapeszcie urodził się Nandor HIDEGKUTI (właściwie Nandor Kaltenbrunner). Był jedną z gwiazd złotej węgierskiej jedenastki - drużyny, która na początku lat 50-tych XX wieku zapoczątkowała nową erę w futbolu. Niepokonanej przez cztery lata, ogółem w 32 kolejnych meczach! Do legendy przeszły zwycięstwa Węgier nad Anglią - 6-3 w Londynie jesienią 1953 roku i 7-1 w Budapeszcie kilka miesięcy później. Hidegkuti to mistrz olimpijski z Helsinek (1952), wicemistrz świata (1954), wybitny strzelec i genialny drybler. Pytany o najlepszych piłkarzy, których spotkał na boisku, odpowiadał: bramkarz - Gyula Grosics, obrońca - Djalma Santos, pomocnik - Jozsef Bozsik, napastnik - Ferenc Puskas. Jesienią 1953 roku futbolowy świat wstrzymał oddech - Węgrzy upokorzyli na Wembley niepokonanych u siebie Anglików, trzy z sześciu goli strzelił Nandor Hidegkuti. Dwadzieścia lat później bohater niezwykłego meczu został trenerem Stali Rzeszów. I poniósł klęskę. Był jedną z gwiazd „Aranycsapat” - złotej węgierskiej jedenastki, prawdopodobnie najlepszej piłkarskiej drużyny XX wieku. A już na pewno najlepszej spośród tych, które nie zdobyły mistrzostwa świata. W bramce stał Gyula Grosics, w obronie grali Gyula Lorant, Jeno Buzanszky i Mihaly Lantos, w pomocy - Jozsef Bozsik i Jozsef Zakarias, w ataku Sandor Kocsis, Laszlo Budai, Nandor Hidegkuti, Zoltan Czibor i najsłynniejszy z nich Ferenc Puskas. Kres zjawiskowej drużyny nastąpił w 1956 roku, po tym, jak sowieckie czołgi zdławiły budapeszteńską rewolucję. Ale Węgrzy mieli już za sobą jeden dramat - dwa lata wcześniej przegrali w finale mistrzostw świata z Niemcami. W meczu, który przeszedł do historii pod nazwą "Cudu w Bernie". Dla rządzących krajem komunistów, wykorzystujących istnienie złotej jedenastki do celów propagandowych, to był cios. Piłkarze wracali do domów chyłkiem, pod osłoną nocy. Sugerowano, że sprzedali mecz za kilka mercedesów. Bramkarza Grosicsa oskarżono o zdradę i szpiegostwo. Hidegkuti dorastał w ubogiej dzielnicy Budapesztu, ale pochodził z arystokratycznej rodziny i naprawdę nazywał się Kaltenbrunner. Komuniści zmieniali jednak zawodnikom nazwiska na bardziej węgierskie. „Trener Gustav Sebes nazywał się Scharenpeck i miał pochodzenie żydowskie. Puskas to Purczeld, Lorant - Lipovics, Budai - Bednarik, Lantos – Lendenmayer”- przypomina Stefan Szczepłek, dziennikarz "Rzeczpospolitej", który w "Mojej historii futbolu" opisuje jak Sebes zagrał na nosie ideologom broniącym socjalistycznej ojczyzny przed burżuazją. Polecił nakręcenie propagandowego filmu, na którym matka Hidegkutiego przedstawiona jest jako przodownica pracy w cegielni. Mało kto jednak wie, że Hidegkuti posiadał wyraźny polski rodowód. O jego śmierci, 14 lutego 2002 roku, poinformowały wszystkie najważniejsze media sportowe świata a poważne brytyjskie gazety wydrukowały obszerne wspomnienia.

@Safrani
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Rekord Blaugrany i hattrick „La Pulgi” na „Estadio Vallecas”:


Dokladnie 10 lat temu FC Barcelona odniosła zwycięstwo 5:1 nad Rayo Vallecano w 27 kolejce Primera Division i została pierwszą hiszpańską drużyną w historii, która nie przegrała 35 meczów we wszystkich rozgrywkach. Ivan Rakitić (22 m.) poprowadził Barçę na drodze do zwycięstwa, wykorzystując błąd bramkarza Rayo Juana Carlosa a następnie Lionel Messi (23 m.) podwoił przewagę. Rayo zostało zredukowane do gry w dziesiątkę tuż przed przerwą, po tym jak Diego Llorente otrzymał czerwoną kartkę za faul na Rakiticiu a Barca wykorzystała przewagę liczebną, gdy Messi (53 i 72 m.) skompletował hat-tricka. Honorowe trafienie dla gospodarzy zanotował Manucho (57 m.). Manuel Iturra również zobaczył czerwoną kartkę dla Rayo a Luis Suarez nie wykorzystał rzutu karnego, zanim Arda Turan (86 m.) strzelił swojego pierwszego gola dla Barçy. Dzięki temu zwycięstwu Blaugrana powiększyła przewagę na szczycie tabeli La Liga do ośmiu punktów, podczas gdy Rayo spadło na 17. miejsce po poniesieniu pierwszej porażki w siedmiu meczach. Podopieczni Luisa Enrique nie ponieśli porażki w lidze od 3 października, kiedy to przegrali na wyjeździe 2:1 z Sevillą. Barca początkowo miała problemy z wejściem w rytm gry na „Campo de Futbol de Vallecas”. Najbliżej zdobycia gola w pierwszej połowie był Rayo, ale strzał Ardiego Embarby został powstrzymany przez bramkarza Barcelony, Claudio Bravo. Gospodarze nie potrafili jednak wykorzystać dobrej passy na początku i strzelili bramkę otwierającą spotkanie Barcelonie po tym, jak Carlos posłał standardowe dośrodkowanie pod nogi Rakiticia, który nie pomylił się i umieścił piłkę w pustej bramce. Barca powiększyła przewagę zaledwie dwie minuty później. Messi pokonał Carlosa po wymianie podań z Neymarem. Sytuacja Rayo pogorszyła się tuż przed przerwą, po tym jak Llorente otrzymał polecenie wyjścia na boisko, mimo że wydawało się, że to on przejął piłkę w starciu z Rakiticiem.


Po przerwie Messi ponownie ukarał Rayo, strzelając bramkę po tym, jak Luis Suarez zobaczył, że jego strzał odbił się od słupka. Rayo zdobył bramkę rewanżową za sprawą byłego napastnika Manchesteru United, Manucho ale wszelkie nadzieje na nieoczekiwany powrót prysły, gdy Iturra otrzymał czerwoną kartkę za wpakowanie Sergio Busquetsa przed bramkę. Chociaż Carlos znakomicie obronił rzut karny Luisa Suareza, Messi niedługo potem skompletował hat-tricka, mijając wybiegającego bramkarza Rayo. Rezerwowy Arda Turan zakończył idealny wieczór dla FC Barcelony i Luisa Enrique, strzelając swojego pierwszego gola dla klubu, po tym jak głową skierował dośrodkowanie Jeremy'ego Mathieu w górny róg bramki.


@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11

12

El Clasico w cieniu skandalu:

3 marca 2001 r. Real Madryt zremisował w 25 kolejce La Liga z FC Barcelona na Bernabeu 2:2. Jednak ten klasyk powinien był zakończyć się wygraną Blaugrany. Dlaczego tak się nie stało? Otóż sędzia Losantus Omar anulował prawidłowo strzelonego gola w ostatniej minucie przez Rivaldo. Asystent głównego zasygnalizował pozycję spaloną trzech piłkarzy Barçy, choć żaden z nich nie brał udziału w grze a piłka uderzona przez Brazylijczyka odbiła się od nogi Ivana Helguery. Ani hiszpański obrońca, ani Iker Casillas nie protestowali, zupełnie nie spodziewając się iż gol nie zostanie uznany. Rivaldo stracił tym samym hattricka, gdyż wcześniej dwukrotnie odpowiadał na trafienia Raula Gonzaleza. Królewscy utrzymali 9 punktów przewagi nad Dumą Katalonii, która w efekcie straciła szanse na mistrzostwo Hiszpanii. Po meczu El Mundo Deportivo grzmiało ,,Kradzież stulecia”. No cóż, nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz ,,niezależni” sędziowie robią nas w c***a.



@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

13

Wszystkiego najlepszego ,,Murzynie”. Zdrowia, szczęścia i słodyczy cała Polska tobie życzy! Wiecie kto ma ksywke ,,Murzyn”? Większość kibiców Widzewa zapewne wie a przynajmniej powinna. Dzisiaj 70 lat kończy Zbigniew Boniek, postać, której nie musze chyba nikomu przedstawiać. Jednak jaki miał charakterek były prezes PZPN, to nie każdy sobie z tego zdaje sprawę. Otóż ,,Murzyn” swego czasu(jako piłkarz) grając w Widzewie, z kilkoma kolegami sprzedał mecz, w którym grał po raz pierwszy(i bodaj ostatni) jako…. środkowy obrońca! W przerwie meczu, pomocnik Widzewa, Ś.p. Krzysztof Surlit omal nie zatłukł Bońka na śmierć! Zdarzenie to miało miejsce w meczu z Pogonią Szczecin w kwietniu 1978 r. w 27 kolejce ekstraklasy(ówczesnej pierwszej ligi). Jeśli ktoś nie dowierza to odsyłam zainteresowanych do książki ,,Wielki Widzew”-rozdział VI.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Dankho94isback Masz racje! W takim razie dożywotnia dyskwalifikacja dla niego i amen!

14

Ten cały Rudiger, nie no, co za wstrętna małpa! co za menda! co za bandyta!!! żeby tak leżącego człowieka uderzać w głowe! I on nawet nie dostał żółtej kartki? Skandal!!! Do pudła z ta bestią! Może w końcu się opamięta! Dziadyga jeden

16

Epokowe mecze w historii polskiego futbolu:

2 marca 1983 r. Widzew Łódź pokonał FC Liverpool 2:0 na stadionie ŁKS-u w ćwierćfinale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Są takie mecze, które zapewniają miejsce w historii. Dla Widzewa właśnie takim spotkaniem było to z 2 marca 1983 roku. Już awans do ćwierćfinału Pucharu Europy zespołu prowadzonego przez Władysława Żmudę był największym osiągnięciem w historii klubu. W nagrodę Włodzimierz Smolarek i spółka dostali szansę sprawdzenia swoich umiejętności na tle najlepszej drużyny Europy, bo za taką uznawany był wówczas naszpikowany gwiazdami europejskiej piłki Liverpool. ,,The Reds” triumfowali w tych rozgrywkach trzykrotnie w poprzednich sześciu sezonach a w tym czasie po puchar sięgały tylko angielskie kluby. Dlatego przed dwumeczem żaden z ekspertów nie dawał Widzewowi najmniejszych szans na końcowy sukces. Zainteresowanie starciem na stadionie ŁKS-u było ogromne. Kibice wypełnili nie tylko trybuny. Co odważniejsi wspinali się na maszty oświetleniowe, inni zajmowali miejsca na hałdach śniegu odgarniętego z płyty boiska. Wszyscy chcieli na żywo zobaczyć nie tylko wielkiego rywala, ale także wielką sensację z udziałem mistrzów Polski. Z całą pewnością nie zawiedli się. Wiadomo było że tamten sezon to pożegnanie Boba Paisleya, ówczesnego trenera Liverpoolu. Wszystko było ekscytujące. Po losowaniu była więc radość i podniecenie, lecz teraz tylko obawa przed kompromitacją. W dodatku na 5 dni przed meczem piłkarzy Widzewa zaatakowała epidemia grypy.

Pojawiły się plotki że piłkarze symulują żeby uprzedzić ewentualny atak prasy po wysokiej porażce. ,,Nie było żadnego symulowania. Kilku podstawowych zawodników, sześciu, może siedmiu naprawdę było poważnie chorych”- wspominał Tadeusz Świątek. We wtorek dzień przed meczem piłkarze spotkali się z trenerem na stadionie ŁKS i odbyli trening. Żmuda przywiózł ze sobą sporo materiału do przemyśleń. Zawodnicy mieli do niego duże zaufanie. Odprawa taktyczna była w przypadku tego mistrza analizy znacznie ważniejsza niż w innych klubach. Żmuda bardziej niż większość szkoleniowców wierzył w sprawczą siłę rozgryzania przeciwnika. Działacze Widzewa nazywali go nawet ,,Profesorem Tutką”. ,,Miał niezwykłą umiejętność rozpracowywania rywali. Potrafił wyjątkowo celnie opisać słabe i mocne strony. Był znakomity taktycznie. Przedstawiał zawodnika ze szczegółami, jakie ruchy najczęściej wykonuje, w którą stronę się obraca i można było na tym polegać”- opisywał Mirosław Myśliński. Szkoleniowiec Widzewa został ugoszczony przez rywali, obejrzał i nagrał mecz wyjazdowy Liverpoolu z Manchesterem U. ,,Z powrotem jechałem autokarem klubowym z Liverpoolem, rozmawiałem z trenerem Paisleyem. Pytałem go o różne rzeczy a on nawet nie zapytał o pogode w Łodzi. Byli tacy pewni siebie! Asystent Paisleya był wcześniej w Łodzi ale obserwował Widzew zaledwie 10 minut i jak mówią Widzewiacy zapytał gdzie w okolicy można napić się piwa”- opowiadał Władysław Żmuda. ,,To była fantastyczna drużyna. Kenny Dalglish, Ian Rush… Wiedzieliśmy że same umiejętności nie wystarczą, że są lepszymi piłkarzami”- przyznawał Krzysztof Kamiński. Piłkarze Widzewa na grząskim i lekko zmrożonym boisku na pewno zaskoczyli rywali atakiem od pierwszych minut. Jeszcze w pierwszej połowie bliscy zdobycia gola byli Grębosz i Tłokiński. Jednak to Liverpool był bliższy celu, jeśli za taki uznać wywiezienie z Łodzi choćby punktu.

W pierwszej połowie Ronnie Whelan strzelił nawet gola ale Jugosławiański sędzia odgwizdał spalonego. Po przerwie strzelił Tłokiński, który zgodnie ze wskazówkami Żmudy trzymał się blisko Grobbelaara. Bramkarz z Zimbabwe wypuścił piłke z rąk po dośrodkowaniu Grębosza i Tłokiński z 10 metrów wbił ją do pustej bramki. Natomiast Wiesław Wraga, malutki skrzydłowy, ten sam, który tak fantastycznie wszedł do zespołu w rundzie jesiennej, teraz zaczynał mecz na ławce rezerwowych. Na boisku pojawił się w 70 minucie w miejsce Filipczaka a 10 minut później po dośrodkowaniu Grębosza strzelił głową z 16-tu metrów. Właśnie on, piłkarz, który mierzył zaledwie 167 cm., najniższy na boisku! Młynarczyk zachował czyste konto. Był to kolejny fantastyczny mecz tego bramkarza. ,,Myślę że Józek był wtedy najlepszym na swojej pozycji na świecie. Oczywiście nasza prasa pisała że Dasajew jest najlepszy ale to była bzdura. W tym meczu idealnie pokazał się na tle Grobbelaara. Ten również uchodził za znakomitego bramkarza ale jednak Józek był klase wyżej”- mówił Tadeusz Świątek. Ostatecznie Widzew z dwubramkową przewagą z pierwszego meczu nie mógł być niczego pewnym w rewanżu a tym bardziej nie był faworytem na Anfield Road.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

14

Duma Katalonii w Pucharze Mistrzów:

2 marca 1960 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe Volverhampton Wanderers aż 2:5 w ramach ćwierćfinału Pucharu Mistrzów Klubowych i awansowała do półfinału. 4 gole(!) z rzędu w tym meczu strzelił genialny napastnik Sandor Kocsis a piątą dołożył Villaverde. Niestety w półfinale Barça opadła po dwumeczu z Realem Madryt. Wówczas w ekipie Królewskich prym wiódł Alfredo di Stefano, który swego czasu podpisał przecież kontrakt z Blaugraną lecz ówczesna ,,suwerenna” federacja hiszpańskiego futbolu zrobiła swoje. To jednak już historia na oddzielny artykuł(komentarz).



@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?