FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
14
Klasyczny hattrick „La Pulgi”:
14 marca 2010 r. FC Barcelona pokonała Valencie CF 3:0 w 26 kolejce Primera Division. Dwa mecze w cenie jednego. Taki jest wniosek z meczu rozegranego na Camp Nou pomiędzy FC Barceloną a Valencią, w którym tylko Messi potrafił zrobić różnicę, strzelając trzy naprawdę genialne gole. Zapowiadało się, że będzie to mecz z niewielką liczbą bramek i tak było aż do 80. minuty. Chociaż mecze Barçy z Valencią tradycyjnie charakteryzowały się bramkami, nieobecność dwóch „dziewiątek” Barçy i Valencii, Ibrahimovicia i Villi, oznaczała, że musieli szukać goli u innych zawodników a nikt nie był lepiej przygotowany do podjęcia tego wyzwania niż Messi. Kolejnym godnym uwagi nieobecnym był Pep Guardiola. Trener Blaugrany musiał oglądać mecz z trybun, w towarzystwie Txikiego Begiristaina i Manela Estiarte, tuż za swoim mentorem Johanem Cruijffem. Krkič i „Chori” Domínguez byli filarami ofensywy swoich drużyn. „Chori” to jeden z niewielu piłkarzy w tym sezonie, którzy mogą powiedzieć, że już wygrali na Camp Nou(ten wyczyn udało się tylko Rubinowi Kazań w Lidze Mistrzów i Sevilli w Pucharze Króla). Valencia Emery'ego rozpoczęła mecz od pokazania odwagi, z jaką przyjechała do FC Barcelony. Już w czwartej minucie młody zawodnik Jordi Alba skierował głową wysokie dośrodkowanie z prawej strony obecnego kapitana Miguela Brito. Dwaj najbardziej nieprzewidywalni i pomysłowi piłkarze na boisku, Silva i Messi, zniknęli z boiska w ciągu pierwszej połowy godziny meczu, co zauważyli zarówno ich zawodnicy, jak i kibice. Valencia dominowała niemal przez cały mecz w pierwszej połowie i tylko dobra gra Víctora Valdésa, najlepszego piłkarza swojej drużyny, za przyzwoleniem Messiego, zapobiegła temu, aby drużyna „che” zeszła na przerwę z jedno- lub dwubramkową przewagą. Wydawało się, że do tego momentu tylko ludzie Emery'ego wiedzieli, co robią. Barcelona wyglądała na rozproszoną i pozbawioną rytmu, mimo że Tito Vilanova spędził całe 45 minut, udzielając wskazówek z linii bocznej. Jedyna okazja na zdobycie gola dla Barcelony nadeszła po szkolnym błędzie najbardziej pechowego zawodnika wieczoru, obrońcy Valencii, Dealberta. Środkowy obrońca Valencii stracił piłkę, gdy był ostatnim obrońcą, co pozwoliło Messiemu na sytuację sam na sam z Césarem. Argentyńczyk jednak zmarnował dogodną okazję i nie zdołał jej zamienić na gola. Kontuzja Albeldy, która pogorszyła jego problemy z mięśniem dwugłowym uda a także jego zmiana przez Fernandesa w 43. minucie miały istotny wpływ na przebieg meczu w drugiej połowie.
Od pierwszej minuty drugiej połowy na boisku pojawiła się inna Barça, znana z Camp Nou. Wprowadzenie niezwykle zmotywowanego Henry'ego do Bojana było punktem zwrotnym. Obecność dobrze ustawionego i dynamicznego numer dziewięć w ataku Barçy od samego początku dezorientowała obronę Valencii. Podczas gdy Barça grała swobodnie, w stylu, do którego przywykli jej kibice, nastąpił pierwszy z cudów Lionela Messiego. Dziesięć minut po rozpoczęciu drugiej połowy Argentyńczyk z klasą przejął piłkę na skraju pola karnego i z odrobiną szczęścia, zostawił Banegę, potem Bruno a na końcu Dealberta w tyle, zanim oszukał Césara i umieścił piłkę w bliższym słupku. 1:0. Teraz czekamy. Pewne podania i przede wszystkim słynna presja, jaką Pep wywarł na tę drużynę, z Henrym jako pierwszym obrońcą w grze Valencii, zaczęły się rozprzestrzeniać na boisku. Historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej w 68. minucie, gdyby Žigič, który wszedł na boisko cztery minuty wcześniej za „Chori” Domíngueza, wykorzystał najpewniejszą okazję w meczu. Serb znalazł się sam na sam z Valdésem przed bramką ale nie wiedział, co zrobić. Bramkarz obronił niecelny strzał napastnika i to był koniec meczu. Od tego momentu aż do końca, oprócz zasłużonego wyrzucenia Maduro z boiska za drugą żółtą kartkę, którą otrzymał, gdy próbował zatrzymać Messiego, tylko jedna rzecz dawała o sobie znać: festiwal Lionela Messiego. Kopia pierwszej bramki ale z większą przestrzenią – tak właśnie padł drugi gol Messiego w 80. minucie. Dwie minuty później, gdy kibice wciąż oklaskiwali napastnika, podanie Henry'ego pozostawiło numer 10 Blaugrany sam na sam z Césarem, co zdarzyło się już trzy razy w tym meczu. Spudłował pierwszą, kolejne trzy trafiły do siatki – właśnie o to chodzi w zdobyciu Złotej Piłki.
@Sysia11
@Safrani
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
3
@Adran360 Uuhuhuu! Oby tak w reprezentacji na mundialu strzelał...
9
Prawdziwi cules kultywują pamięć o swoim klubie:
14 marca 1909 r. FC Barcelona rozegrała pierwsze spotkanie na stadionie będącym jej własnością o nazwie ,,Camp del Carrer Indústria”, popularnie nazywanym ,,La Escopidora”, czyli spluwaczka (nazwa wzięła się od małego rozmiaru stadionu). Niewiele wcześniej klub z pomocą lokalnego biznesmena zakupił grunty przy ,,Carrer de la Industria”(obecnie ,,Carrer de Paris”). Był to pierwszy w mieście stadion z dwupiętrową trybuną a jego pojemność wynosiła około 6 tysięcy miejsc. Pierwszym rywalem na otwarcie stadionu była FC Catala, z którą Blaugrana zremisowała 2:2 w ramach Mistrzostw Katalonii. Gole dla Barçy strzelali: Roma Forns oraz Anglik Charles Wallace. Właśnie legendarny kataloński napastnik Roma Forns sprowadzony z Irish FC, został pierwszym piłkarzem klubu, który strzelił gola na tym stadionie przy ulicy Industria. 2 stycznia 1916 r. przy okazji meczu Barçy z Athletic Bilbao, pojawiły się pierwsze koniki. Zbijali biznes, sprzedając za 5 peset wejściówki kosztujące normalnie półtorej pesety. Praktyka ta rozwinęła się gdy odpowiedzialny za boisko Manuel Torres zaczął oznaczać karnety, kiedy socios wchodzili na stadion, co spowodowało że nie mogli już rzucać ich za ogrodzenie, tak aby inni kibice mogli ich użyć wchodząc bez płacenia. Kiedy stadion zapełniał się do ostatniego miejsca, tak jak na meczu z Athletikiem, gdy ponad 2 tysiące ludzi nie dostało biletów, wielu z nich, nie mogąc dopchać się na trybuny siadało na murach okalających obiekt. W ten właśnie sposób zrodził się termin ,,Cules”, który od tamtej pory używany jest dla określenia sympatyków FC Barcelony, jako że siedząc na murze, pokazywali tyłki pieszym przechodzącym przyległymi do stadionu ulicami. Na stadionie przy ulicy Industria Barça grała między 1909 a 1922 rokiem, kiedy to klub zamknął obiekt żeby przeprowadzić się na ,,Les Corts”, odpowiadając w ten sposób na zapotrzebowanie na większy obiekt, wynikające z ciągle rosnącej liczby sympatyków. Ostatni mecz na tym stadionie Blaugrana zagrała 30 kwietnia 1922 r. z angielskim Civil Service. Dwa lata później trybuna oraz inne elementy stadionu zostały sprzedane klubowi Gracia FC, który w 1931 połączył się z CE Europa. W ten sposób stara trybuna ze stadionu została umieszczona na obiekcie przy ulicy Balmes. Popularność, jaką w tamtym okresie cieszył się futbol, przyciągnęła również kobiety i tak oto stadion przy ulicy Industria stał się pierwszym stadionem Barçy, na którym zasiadała znaczna reprezentacja pań. Od tamtego czasu żeńska publiczność jest jednym z najbardziej wiernych sektorów klubu. Poza tym to właśnie na tym obiekcie debiutowała żeńska drużyna FC Barcelony.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:
13 marca 1892 w Buenos Aires urodził się Bleo Pedro Fournol, argentyński piłkarz grający jako prawoskrzydłowy oraz trener. Znany był głównie pod przydomkiem „Calomino”. Zasłynął on głównie jako pierwszy w Argentynie wykonawca strzału przewrotką. Grywał na prawym skrzydle z ogromną swobodą, strzelając ostro w pełnym biegu. Wraz z kompanami tryumfował w Copa America 1921, gdzie Argentyna była gospodarzem i wygrała wszystkie 3 spotkania nie tracąc żadnego gola. Calomino jest wychowankiem stołecznego Boca Juniors, w którym zadebiutował w 1911 roku w spotkaniu przeciwko CA Independiente(2:1), w którym zdobył gola. W 1914 roku na krótko przeniósł się do Hispano Argentino i Quilmes, po czym wrócił do macierzystego Boca Juniors, gdzie grał aż do zakończenia kariery w 1924 roku. Łącznie dla „Xeneizes” rozegrał 222 spotkania, w których zdobył 97 goli. Sześć razy był najlepszym strzelcem Boca: w 1913, 1915, 1916, 1917, 1918 i 1919 roku. Rekord ten pobił dopiero Martín Palermo w 2009 roku. Obecnie Calomino zajmuje dziewiąte miejsce w rankingu najlepszych strzelców w historii klubu.
@Sysia11
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@FcPortoFan1999 No dokładnie...!
1
@Bernard777 Byłem już w Bytomiu ale bardzo krótko. Szwagier ma tam w domu opieki swojego brata, którego odwiedziliśmy 2 lata temu. Szwagier jest z Katowic, pochodzi z Panewnik a kibicuje "Niebieskim"!
14
Żywe legendy rodzimego futbolu:
13 marca 1979 r. urodził się Arkadiusz Głowacki. Obok Ibrahimovicia, Buffona czy Diego Forlana, Głowacki był jednym z ostatnich uczestników Mundialu w 2002 r., który 16 lat później nadal występował w najwyższej lidze krajowej. Po sezonie 2017/18 twardy jak skała defensor a zarazem rekordzista Wisły Kraków w liczbie rozegranych spotkań w Ekstraklasie zdecydował się powiedzieć ,,pas”. Od zawsze imponował przede wszystkim twardą, inteligentną i skuteczna grą w defensywie. Zdarzało się jednak iż w decydujących fragmentach zawodziły go nerwy. Szczególnie głosy o słabej odporności psychicznej ,,Głowy” nasiliły się po eliminacjach MŚ 2006 i jego(dość efektownym) samobójczym trafieniu z Anglią. Mawiano że rzadkie są mecze, by nie przytrafiła mu się przynajmniej jedna z trzech rzeczy: samobój, kontuzja lub czerwona kartka. Dziś z perspektywy 14 lat okazało się jak mało trafne były takie żarciki. W kategorii najtrudniejszych rywali wśród obrońców już praktycznie od dekady Głowacki figuruje na pierwszych lokatach. Jego twarda gra, umiejętność rywalizacji bark w bark często skutecznie studziły zapędy ofensywne rywali. Od 2017 r. jest już rekordzistą Wisły Kraków w liczbie występów w Ekstraklasie. Wyprzedził na tej pozycji Władysława Kawule. Zajmuje też 4 miejsce w tabeli wszechczasów pod względem rozegranych starć w najwyższej lidze ze wszystkich piłkarzy. Do podium zabrakło mu 17 meczów. Na 6 miejscu uplasował się zaś w klasyfikacji występów w jednym klubie w Ekstraklasie. Do poprzedzających go Barczaka oraz Brychczego, zabrakło mu odpowiednio: siedmiu i ośmiu spotkań.
Wśród członków TOP-10 Klubu 300 pod tym względem osiągniętych sukcesów ,,Głowa” ustępuje swą kolekcją wyłącznie Szołtysikowi. 6-krotnie zdobywał z Białą Gwiazdą mistrzostwo Polski, 3 razy był wicemistrzem kraju. Do tego doszły 2 Puchary Polski oraz jeden Puchar Ligi. Indywidualnie zyskał nagrodę dla Obrońcy Sezonu w edycjach 2008/09 i 2013/14. Wystąpił też we wszystkich meczach Wisły w pamiętnej kampanii w Pucharze UEFA zakończonej na ⅛ finału. Po drodze pomógł w wyeliminowaniu między innymi AC Parmy czy Schalke 04. Ponad dwie dekady grał na najwyższym poziomie rozgrywkowym Debiutował w maju 1997 w barwach Lecha Poznań. Później stał się filarem Wisły Kraków. Z wyłączeniem 2 sezonów spędzonych w barwach tureckiego Trabzonsporu nie było od edycji 2000/01 rozgrywek by nie rozegrał przynajmniej 12 meczów! Po abdykacji Łukasza Surmy stał się najstarszym zawodnikiem w Ekstraklasie. Był też ostatnim zawodnikiem, który mógł się pochwalić medalem piłkarskich mistrzostw Polski zdobytym w XX wieku a także golem strzelonym w minionym stuleciu. Podczas konferencji prasowej w maju 2018, gdy ogłaszał swój rozbrat z futbolem, poleciały łzy, tak głównemu bohaterowi, jak i części zgromadzonych dziennikarzy. W reprezentacji Polski wystąpił 29 razy. Jerzy Engel zabrał go na Mundial w 2002 r. W Korei ,,Głowa” wystąpił w starciu z USA, zakończonym wygraną 3:1. Po raz ostatni dał mu szanse gry Franciszek Smuda w towarzyskiej konfrontacji z Węgrami w listopadzie 2011 roku.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Bernard777 Dzięki śliczne :) Może kiedyś jak się uda, to odwiedze to miejsce...
12
@FCBparasiempre
13 marca 1968 r. Górnik Zabrze pokonał Manchester United 1:0 w rewanżowym meczu ćwierćfinału Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Ponad 200 tys. miłośników futbolu chciało zobaczyć rewanżowe spotkanie Górnika z Manchesterem United. O 100 tys. więcej niż wynosiła pojemność Stadionu Śląskiego, największego ówcześnie obiektu piłkarskiego w Polsce. Kłopoty z rozdziałem biletów były więc ogromne. Ci, którzy nie otrzymali biletów, musieli się zadowolić oglądaniem spotkania na ekranie telewizji lub słuchaniem transmisji radiowej. Na kilka dni przed spotkaniem w trakcie konferencji prasowej trener Kalocsay był przekonany, że United nie zagra w Chorzowie tak dobrze jak w Manchesterze. Mistrz Anglii miał na Old Trafford swój dzień, w którym wszystko mu wychodziło. Ponadto uważał, że wysiłek, jaki piłkarze z Anglii włożyli w pierwszy mecz będzie ich drogo kosztował. Byli to owszem zawodnicy, którzy dysponowali żelazną kondycją, ale piekielne tempo przez 90 minut musiało nadwyrężyć ich siły. Pokazała to też ligowa porażka z Chelsea Londyn. Na krótko przed meczem mieszkańcy Zabrza zaopatrywali się w szklanki wyprodukowane przez krośnieńską hutę szkła, na których w kolorach uwieczniono daty obydwu spotkań oraz klubowe herby Górnika i Manchesteru. W Chorzowie kolekcjonerzy sportowych pamiątek mieli okazję wzbogacić się o okolicznościowe programy oraz wydawnictwo pt. "Stadion Śląski", w którym znalazły się dokładnie opisane wydarzenia z chorzowskiego stutysięcznika. Ale nie tylko na hobbystów czekały prezenty. Otrzymali je również piłkarze. Kostce wręczono "pucharek prezesa" przyznany mu podczas sobotniej audycji telewizyjnej Fedorowicza i Gruzy - "Małżeństwa doskonałe". Lubański otrzymał piękną paterę w darze burmistrza Loebau z NRD. Chyba nikt nie był w stanie zliczyć transparentów, którymi na trybunach powiewali kibice. Chyba nikt również nie odczytywał ich treści. A świadczyły one o tym, że za Górnikiem była cała Polska. Przykłady? "Nie pomoże Charlton łysy - gdy kibice są tu z Nysy". "Pamiętajcie też górnicy, co Wam mówią zwolennicy. Szturmem bramkę atakować i trzy gole w nią wpakować..." Łatwiej okazało się trzy gole... zrymować, niż zaaplikować Mistrzowi Anglii.
Do trzeciego meczu z United zabrakło Górnikowi jednej bramki. Nieustająca, 90 minutowa ofensywa Zabrzan przyniosła im cenne zwycięstwo nad jakże renomowanym rywalem. Do półfinału Pucharu Europy awansował jednak mistrz Anglii. Bramka zdobyta przez Kidda w 89. minucie gry na Old Trafford miała więc decydujące znaczenie. Mimo wielkiego nakładu sił, ambicji całego zespołu, Górnikowi nie udało się zniwelować strat poniesionych w pierwszym spotkaniu. Nikt nie miał jednak do Górnika pretensji. Mistrz Polski z honorem zakończył swą przygodę w kolejnej edycji PKME. Odpadł po zaciętej walce z drużyną, którą każdy znający się na rzeczy musi zaliczyć do światowej klasy. W grze gości było na prawdę wiele rzeczy do podziwiania, godnych uwiecznienia kamerą. Przed dwoma tygodniami kibice byli świadkami ich ofensywy. W środowy wieczór na Stadionie Śląskim United wykazał, że podobne walory przedstawia także wówczas, gdy się nastawia lub jest zmuszony do defensywy. Dużą satysfakcję sprawiała obserwacja błyskawicznej organizacji ich obrony. Nie miała wspólnego z topornym murowaniem własnej bramki. Świetna technika, szybkość, wspaniały start, znakomita gra głową i "z głową" - te wszystkie elementy tworzyły wszechstronny zespół światowej klasy, dla którego nawet zimowa sceneria Stadionu Śląskiego nie stanowiła żadnej przeszkody. Jeśli tyle w pełni zasłużonych superlatywów skierowano pod adresem gości, to w tym świetle tym bardziej wzrastała wartość zwycięstwa górniczej jedenastki. Oczywiście zdawano sobie sprawę, że jeszcze spora różnica w zakresie umiejętności technicznych i taktycznych dzieli obydwa zespoły, ale nawet w tym kontekście sam fakt stoczenia fascynującego pojedynku, w którym losy awansu do następnej rundy ważyły się do końcowych minut wystawia polskiemu Mistrzowi doskonałe świadectwo. Zwłaszcza - czego nie należy zapominać - że przez większość spotkania występował z zawodnikiem kontuzjowanym grającym połową swoich możliwości. Wbrew oczekiwaniom Anglicy dawali sobie świetnie radę na dość niecodziennej dla nich nawierzchni boiska. Pierwszą połowę rozegrali jak wytrawni szachiści. Mimo stałego naporu zabrzańscy zawodnicy mieli bardzo niewiele sposobności do oddania skutecznego strzału. Tak sprawnie działał zwarty, ruchomy blok obrony gości. W tym okresie Górnicy nie grali najlepiej taktycznie. Być może, że na obrazie gry zaważyła kontuzja Wilczka. Zabrakło rutynowanego stratega w środku pola. Atakowano zbyt nerwowo. Wkładano dużo pasji, impetu, a zbyt mało rozwagi. Za mało stosowano uderzeń z pierwszej piłki, zaniedbywano grę flankami.
Po przerwie sytuacja uległa znacznej poprawie. Impet Polaków został poparty jakąś myślą przewodnią i wówczas kibice byli świadkami emocji najprzedniejszego gatunku. Zdobycie bramki dodało skrzydeł chłopcom Gezy Kalocsaya. Atakowali z furią i wówczas można było tym bardziej ocenić wysoką klasę i opanowanie gości. Zaczęli zwalniać grę, bardziej szanować piłkę. Robili to na ogół w sposób zgodny z przepisami. Kilkukrotne celowe wybicie za aut w konkretnej sytuacji obrony awansu nie mogło zmienić ogólnej ich oceny. Spośród 22 piłkarzy oglądanych na boisku największe wrażenie pozostawiła gra Bobby Charltona. To była klasa! Człowiek-baza, dyrygent, reżyser. Techniczne problemy rozwiązywał z dziecinną łatwością, widział wszystko, co działo się na boisku, w każdy momencie wybierał najodpowiedniejsze zagrania, zwalniał lub przyspieszał tempo w miarę potrzeby. Podana przez niego piłka była nieosiągalna dla przeciwnika i docierała nieomylnie do adresata. Pracowitość, wszędobylskość była godna podziwu... Charlton był graczem niemal wzorcowym. Mniej efektowny, lecz bardzo skuteczny był wicedyrygent Crerand - również wszechstronny piłkarz. Best był otoczony bardzo troskliwą opieką Latochy. Nie mieli miał sposobności do popisania się swymi umiejętnościami, ale w kilku wypadkach, gdy do tego dochodziło, demonstrował kunszt dryblera i technika najwyższej klasy. Najniebezpieczniejszy był młody Kidd. Utrzymanie go w ryzach nie należało do łatwych rzeczy. Świetne wyszkolenie i refleks dały się widzieć przy interwencjach Stepneya. Słabych punktów nie sposób było wprost się dopatrzyć. W zabrzańskim zespole na najwyższe noty zasłużył szczególnie Oślizło. Jego interwencje budziły każdorazowo pełne zaufanie skutecznością, pewnością. Dzielnie sekundował mu Florenski. Doskonale wywiązywał się z trudnego zadania Latocha. W ataku Lubański był pilnowany przez przeciwników bardzo troskliwie, lecz mimo to każde niemal jego dojście do piłki oznaczało alarm pod bramką Stepneya. Wiele godnych rajdów zademonstrował Lentner. Niemniej efektywna była praca pomocników Deji i Olka. Bohater meczu na Old Trafford Kostka nie miał tym razem zbyt wiele do roboty. Anglicy podziękowali górnikom za grę, zabrzanie pogratulowali awansu do półfinału. Publiczność, oczywiście ta znająca się na futbolu, potrafiąca uznać klasę rywala, opuszczała stadion twierdząc, że Górnik odniósł wielki sukces. Kto mógł wiedzieć, że pokonał przyszłego zdobywcę PKME?
8
Górnik był blisko:
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@Bernard777 Wyobraź sobie że własnie chciałem cie o ten pomnik zapytać a tu prosze, czytasz w moich myślach!:) Wasz stadion jest za pomnikiem patrząc na zdjęcie? Pytam bo tam jakoś dużo krzaków naokoło...
12
Wybitne legendy rodzimego futbolu:
13 marca 1932 r. urodził się Edward Szymkowiak. Przez wielu uznawany jest za pierwszego z wielkich polskich bramkarzy w dziejach światowego futbolu. Wiele jego rekordów pobiły dopiero odległe pokolenia, sporo zaś jeszcze czeka na poprawienie… Szymkowiak dla przyszłych następców w tym fachu poprzeczke zawiesił wysoko. Starcia Polonii Bytom z Górnikiem Zabrze miały na przełomie lat 50-tych i 60-tych olbrzymi ładunek emocjonalny. W 1960 r. na boisku spotkali się aktualni mistrzowie oraz wicemistrzowie Polski. Drużyny nie szczędziły sobie ostrej gry. Arbiter Maciarz podyktował łącznie aż 4 rzuty karne. Jedną dla Polonii(wykorzystaną przez Liberde) oraz 3 dla Górnika. Do pierwszej z nich podszedł Ernest Pohl. Sędzia jednak po jego strzale zarządził powtórkę. Tę drugą ,,jedenastke” na gola chciał zamienić Roman Lentner. Trzecia próba padła natomiast udziałem Erwina Wilczka. Po zakończeniu meczu wynik brzmiał jednak… 3:0 dla Polonii Bytom. Wszystkie rzuty karne wybronił bowiem Szymkowiak! Dokonał przy tym zresztą nie lada sztuki. Przy karnym Lentnera rzucił się w przeciwną strone ale zdołał jeszcze wykonać szpagat i wybił piłke nogą. ,,W tym dniu nie było na ,,Szymka” sposobu. Jeszcze kilkakrotnie napastnicy Górnika mieli świetne sytuacje podbramkowe ale polonista łapał wszystkie strzały. Świetnie spisywał się zarówno na linii bramkowej, jak i przedpolu. Szymkowiak był głównym bohaterem meczu, nie tylko dlatego że świetnie bronił swej świątyni ale również i dlatego że zupełnie wyprowadził z równowagi napastników Górnika. Doszło w końcu do tego że stracili oni wszelka nadzieje aby strzelić w tym meczu gola i przy stanie 2:0 zrezygnowali z walki”- tak pisał o nim Katowicki ,,Sport” po tym występie. Rzuty karne w tak ważnych spotkaniach były zresztą jego wielką specjalnością. Znakomicie potrafił wygrywać te wojny psychologiczne nawet z najbardziej renomowanymi przeciwnikami. Kiedyś w spotkaniu reprezentacji wybronił karnego wykonywanego przez jednego z najlepszych piłkarzy Europy w tym czasie- Ferenca Puskasa. Za czołowego bramkarza świata uważał go też kolega po fachu Villiam Schrojf, wicemistrz Świata z kadrą Czechosłowacji z 1962 r. W Ekstraklasie pan Edward był pierwszym zawodnikiem w historii, który rozegrał 20 sezonów na tym szczeblu rozgrywek. Do dziś jego wynik przebił wyłącznie Łukasz Surma. Został też założycielem Klubu 300. Trzechsetny mecz rozegrał w 1965 r. Rekordzistą pod względem występów w elicie pozostał jeszcze przez kolejne 6 lat. Na najwyższym poziomie rozgrywkowym grał w 3 klubach: Ruchu Chorzów, Legii Warszawa oraz Polonii Bytom i w każdym z nich minimum raz zdobył mistrzostwo kraju. Jego wynik pod tym względem pobił dopiero Maciej Szczęsny(mistrzostwo w czterech klubach). Łącznie 5 razy stawał na najwyższym podium rozgrywek krajowych. Tyle samo razy zdobył srebro i dołożył dwa brązowe krążki. Do tego doszły dwa Puchary Polski. Sam 4 razy uznawany był za Piłkarza Roku w Polsce w klasyfikacji katowickiego ,,Sportu” ,,Złote buty”. Wraz ze Staszkiem Oślizłą jest rekordzistą tego zestawienia. Dwukrotnie też znajdował się w TOP-10 Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”.
Znakomicie też pokazał się na arenie międzynarodowej. Z Polonią Bytom w 2 sezonach z rzędu osiągnął finał Pucharu Rappana. Drugi z nich przyniósł mu triumf w finale przeciwko Lokomotivowi Lipsk. W pierwszym spotkaniu tego dwumeczu nie grał z powodu kontuzji i bytomianie przegrali aż 0:3. W drugim(już z nim na bramce) drużyna ewidentnie poczuła się pewniej. Ostatecznie wygrała 5:1! Choć kilkanaście sekund przed końcem rywale mieli na nodze strzał na wage dogrywki ale Szymkowiak znalazł się na posterunku i obronił tę próbe w doskonałym stylu. Nic dziwnego że po spotkaniu reporter ,,Trybuny”, Z. Dutkowski napisał: ,,Na pochwałę najbardziej zasłużyli Liberda, Banaś, Orzechowski i Szymkowiak.” Do dziś jest to jedyne trofeum polskiej drużyny, wywalczone w oficjalnych europejskich całosezonowych rozgrywek klubowych przeprowadzonych pod egidą UEFA. Również w reprezentacji zapisał piekną karte. W dwóch okresach(1962-1963 i 1965-1967) był rekordzistą w liczbie występów w kadrze. Ostatecznie zakończył grę z orłem na piersi z dorobkiem 53 meczów. Wśród jego kolegów po fachu przewyższył go pod tym względem dopiero Jan Tomaszewski. Do dziś oprócz ,,Tomka” wyprzedzili Szymkowiaka jeszcze tylko dwaj golkiperzy znani z XXI wieku: Artur Boruc i Jerzy Dudek. Pozostaje on natomiast jedynym bramkarzem, który dwukrotnie nosił miano olimpijczyka(w 1952 i 1960). Oprócz niego z przedstawicieli innych pozycji taki wyczyn padł udziałem jeszcze tylko Szymanowskiego , Gorgonia, Maszczyka, Laty, Kmiecika i Deyny. W pierwszym podejściu został bohaterem starcia z Danią. ,,Szymkowiak w bramce zdobył sobie uznanie publiczności doskonałymi interwencjami w najcięższych momentach”- odnotował ,,Dziennik Bałtycki”. W obu próbach skończyło się jednak tylko na fazie grupowej. Szymkowiak był także jednym z największych bohaterów meczu przeciwko ZSRR. Doskonałą postawą przyćmił swego konkurenta z drugiej strony boiska, uznawanego za najlepszego golkipera świata- Lwa Jaszyna. ,,Szymek fruwał w powietrzu imponując zwłaszcza w pierwszym kwadransie niezwykle trudnymi interwencjami. Również po przerwie, dzięki wspaniałemu refleksowi, zapobiegł wielokrotnie katastrofie”- pisała ,,Trybuna Ludu”. Wagę jego postawy docenił sam kapitan drużyny i zarazem zdobywca dubletu w tamtym spotkaniu- Gerard Cieślik. Po końcowym gwizdku podbiegł i ucałował z wdzięczności swego bramkarza. ,, Dużo miałem w tym meczu roboty, Śliska piłka nie chciała się kleić do rąk. Zawaliłem bramke bo nie wyczułem intencji strzelca. Myślałem bowiem ze strzał pójdzie w krótki róg a tymczasem stało się odwrotnie. Przy zmianie pozycji do interwencji poplątały mi się ręce i piłka niepotrzebnie wpadła mi do siatki. Myślę że ten błąd podarują mi kibice bo przecież wygraliśmy mecz”- komentował Szymkowiak swą gre. Kariere zakończył w 1969 w wieku 37 lat. Potem trenował drużyny młodzieżowe Polonii Bytom. Zmarł w 1990 roku. Dziś jego imie nosi stadion Polonii. Przed wejściem znajduje się pomnik Szymkowiaka w pozie efektownej robinsonady. Wielu uznaje go nawet dziś za najlepszego bramkarza wszechczasów w Polsce.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
14
Barcunia na „piatke!”:
13 marca 2019 r. w rewanżowym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów FC Barcelona rozbiła u siebie Olympique Lyon 5:1 (2:0). Wielką formę potwierdził Leo Messi, który strzelił dwa gole i zaliczył dwie asysty. Spotkanie prowadził polski sędzia, Szymon Marciniak. Od trzech lat FC Barcelona nie wygrała meczu na wyjeździe w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Dopóki nie zacznie tego robić, będzie musiała dobierać się do skóry przeciwników na Camp Nou. Tam jest silna i często bezlitosna dla swoich przeciwników. Przekonał się o tym Olympique Lyon, którego nadzieje pokładane w rewanżu w Katalonii, zostały rozwiane przez Blaugranę. Surowi gospodarze nie zostawili Francuzom złudzeń. FC Barcelona ruszyła po swoje. Z Lionelem Messim, Luisem Suarezem i Philippem Coutinho na desancie nie schodziła z połowy przeciwnika. Minęły dwa kwadranse i każdy z wymienionych południowców, miał na koncie albo gola, albo asystę. Doprowadzili oni do wyniku 2:0 po pierwszej połowie. Ustawienie pięciu obrońców z tyłu nic gościom nie dało. Byłoby ich więcej a i tak byłoby trudno zatrzymać dobrze dysponowanego faworyta. W 18. minucie FC Barcelona strzeliła pierwszego gola. Lionel Messi spoliczkował Anthony'ego Lopesa delikatnym strzałem z rzutu karnego. Jedenastka została odgwizdana za faul Jasona Denayera na Luisie Suarezie. Obrońca Lyonu ruszył z brawurowym wślizgiem, bez większych szans na trafienie w piłkę, pod okiem Szymona Marciniaka. To nawet nie była sytuacja, po której elegancko było protestować. Akcja bramkowa na 2:0 w 31. minucie była koronkowa. Piłka powędrowała jak po sznurku od Ivana Rakiticia, przez Luisa Suareza, do Philippa Coutinho. Brazylijczyk miał najłatwiejsze zadanie, ponieważ pozostało kopnąć futbolówkę z bliska do pustej bramki. Olympique jeszcze poderwał się do walki w drugiej połowie. W 58. minucie Lucas Tousart zasiał ziarno niepewności w Blaugranie golem kontaktowym na 1:2. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego opanował piłkę i pokonał Marca-Andre ter Stegena strzałem z 10 metrów. Tousart zdobył pierwszą w karierze bramkę w Lidze Mistrzów. Jednocześnie ostatnią dla francuskiego zespołu w tej edycji. Reakcją Barçy na gola przeciwnika były aż trzy trafienia w ostatnim kwadransie. Rywalizacja została ostatecznie rozstrzygnięta golami Lionela Messiego, Gerarda Pique i Ousmane'a Dembele po których zrobiło się aż 5:1. To była piłkarska egzekucja i potwierdzenie wyższości gospodarzy nad przeciwnikiem.
Autor dubletu i dwóch asyst - Messi zagrał z gracją i widowiskowo. Nawet jeżeli jego rywalizacja z Cristiano Ronaldo straciła temperaturę po wyprowadzce Portugalczyka z Hiszpanii, zawsze będzie ekscytować. We wtorek Ronaldo był bohaterem wieczoru. Messi natychmiast odpowiedział na to popisowym występem w środę. Lyonowi strzelił czwartego i piątego gola w karierze a w dwumeczach o awans do ćwierćfinału zdobył ich 26. To o trzy więcej niż Ronaldo. W klasyfikacji snajperów tamtej edycji Ligi Mistrzów gwiazdor Barçy był liderem z ośmioma golami na koncie. FC Barcelona obroniła honor Primera Division. Nieobecność przedstawiciela ligi hiszpańskiej w ćwierćfinałach Ligi Mistrzów byłaby upokorzeniem. Primera Division jest na pierwszym miejscu w rankingu UEFA, a w dotychczasowych rundach elitarnych rozgrywek straciła Valencię, Real i Atletico. Gdyby nie ekipa z Katalonii, liga miałaby mniej przedstawicieli w ósemce niż portugalska. Do kataklizmu w Hiszpanii jednak nie doszło.
@Sysia11
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
15
Przypadki niepokornego Bułgara:
13 marca 1998 r. Stoiczkow odszedł na dobre. Już 22 lipca 1997 van Gaal na treningu kazał Bułgarowi włożyć koszulke w spodenki, co bardzo nie spodobało się nieposłusznemu napastnikowi. Dwa miesiące później Christo poprosił o transfer, mówiąc że ,,tylko Cruijff uczył go gry w piłke”. Na jednym z treningów Stoiczkow dla żartu założył okulary asystenta trenera ale nie wzbudziło to zachwytu van Gaala. Na przestrzeni sezonu piłkarz wymieniał z Holendrem ,,uprzejmości” aż w końcu poleciał do ojczyzny bez zgody szkoleniowca. Na pożegnalnej konferencji Bułgara nie pojawił się nikt z przedstawicieli klubu. ,,Dziś jego krzesło jest puste a kiedy mnie pozyskał do klubu, siedział w pierwszym rzędzie”- skomentował Bułgar brak prezydenta Nuñeza. Na pytanie jednego z dziennikarzy, czemu wielcy piłkarze Barcelony z reguły opuszczają klub kuchennymi drzwiami, odpowiedział ostro: ,,Tacy piłkarze pozostawiają w cieniu malutkich”, mając oczywiście na myśli prezydenta i trenera.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Safrani
10
Wybitne legendy jugosłowiańskiego futbolu:
Josip Skoblar urodził się 12 marca 1941 r. w Privlace w Chorwacji. Swoją karierę rozpoczął w klubie NK Zadar, skąd przeniósł się do OFK Belgrad, gdzie zaczął zdobywać uznanie za swój talent. Josip Skoblar rozpoczął swoją zawodową karierę piłkarską w 1959 roku w OFK Belgrad, gdzie jego wyjątkowa wszechstronność, technika i szybkość sprawiły, że przydzielono mu pozycję lewego skrzydłowego. Pomimo tego, że grał jako skrzydłowy, Skoblar wykazywał się naturalnym talentem do strzelania goli, chociaż gra na skrzydle ograniczała jego potencjał strzelecki. Wczesna kariera obejmowała występy w Crvena Zvezda i Hannover 96, gdzie szybko zrobił wrażenie swoimi umiejętnościami strzeleckimi. Ten solidny fundament przygotował grunt pod jego późniejsze sukcesy, zwłaszcza w Olympique de Marseille. Czas spędzony przez Skoblara w Olympique Marsylia w latach 1966–1974 ugruntował jego status legendy klubu. Zdobył dwa tytuły mistrza francuskiej pierwszej ligi (1970–71, 1971–72), Challenge des Champions w 1971 r. i Coupe de France w 1972 r. Jego umiejętności strzeleckie były w tym okresie bezprecedensowe, gdyż przez trzy kolejne sezony (1970–71, 1971–72, 1972–73) był najlepszym strzelcem ligi. W 2009 roku Skoblar został wprowadzony do Galerii Sław Olympique de Marseille, a w 2010 roku został włączony do „Dream Team” z okazji 110. rocznicy klubu. Był również częścią wszech czasów XI OFK Beograd i NK Rijeka. Po opuszczeniu Marsylii i przyjściu brazylijskich gwiazd Jairzinho i Paulo Césara, Skoblar dołączył w 1974 roku do NK Rijeka, gdzie grał do 1977 roku. W Rijece rozegrał 37 meczów i strzelił 11 bramek w rozgrywkach ligowych i pucharowych. Jego międzynarodowa kariera w Jugosławii przyniosła mu 32 występy i 11 goli. Skoblar był częścią jugosłowiańskiej drużyny na Mistrzostwach Świata FIFA 1962, zajmując czwarte miejsce. Jego międzynarodowa kariera zakończyła się w 1967 roku, tuż przed zakończeniem eliminacji do Euro 1968, a Jugosławia zajęła w turnieju drugie miejsce pod jego nieobecność. Po zakończeniu kariery sportowej Skoblar powrócił do Marsylii w 1977 r. jako menedżer techniczny pod wodzą trenera Ivana Markovicia. Jednak z powodu wewnętrznych konfliktów opuścił klub po jednym sezonie, aby kontynuować karierę menedżerską. Zaczął trenować w NK Orijent w Rijece, gdzie doprowadził klub do ćwierćfinału Pucharu Jugosławii w 1981 roku. Później, w 1983 roku, przejął NK Rijeka, ratując ich przed spadkiem i prowadząc do mocnego czwartego miejsca w lidze. W jego karierze rozegrano pamiętny mecz o Puchar UEFA, w którym Rijeka pokonała Real Madryt 3:1, co zapewniło Skoblarowi status legendy wśród kibiców klubu. Skoblar kontynuował karierę menadżerską w kilku klubach, m.in. w Hajduku Split, z którym zdobył dwa Puchary Jugosławii, oraz w Hamburgerze SV, z którym w 1987 r. stracił Superpuchar Jugosławii. Był także trenerem Čelika Zenicy , który w 1988 roku uchronił drużynę przed spadkiem z ligi. W 2000 roku Skoblar został trenerem reprezentacji Libanu, ale został zwolniony pod koniec tego samego roku, ponieważ nie udało mu się przejść fazy grupowej Pucharu Azji 2000. Wrócił do Marsylii w 2001 r. jako skaut, stanowisko, które piastuje do dziś, tuż przed emeryturą. Przez całą karierę po zakończeniu gry Skoblar pozostał prominentną postacią w świecie piłki nożnej, szanowaną za osiągnięcia w zarządzaniu i w zarządzaniu.
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
10
Wybitne postacie włoskiego futbolu:
Dokładnie 140 lat temu w Turynie urodził się Vittorio Pozzo, włoski piłkarz, trener piłkarski. W czasie swojej kariery piłkarskiej reprezentował barwy szwajcarskiego Grasshoppers Zurych i włoskiego Torino FC. Pozzo po zakończeniu kariery piłkarskiej rozpoczął karierę trenerską. W 1912 roku objął reprezentację Włoch, która występowała na igrzyskach olimpijskich 1912 w Sztokholmie. Następnie w latach 1912-1922 był trenerem Torino FC a także dwukrotnie przez krótki czas prowadził reprezentację Włoch (1921 i 1924), a w latach 1924-1926 był trenerem AC Milan. W 1929 roku ponownie objął reprezentację Włoch, z którą w latach 30-tych święcił największe sukcesy. Zdobył z nią dwukrotnie mistrzostwo świata w 1934 i 1938 roku, a także doprowadził ją do wywalczenia złotego medalu na letnich igrzyskach olimpijskich 1936 w Berlinie. Jest jedynym do tej pory trenerem, który dwukrotnie wygrał mundial oraz wygrał mundial i igrzyska olimpijskie. Był także trenerem reprezentacji w czasie II wojny światowej, a także po jej zakończeniu. Pozzo odszedł po igrzyskach olimpijskich 1948 w Londynie. W 1938 roku, przed finałem Mistrzostw Świata miał odebrać krótki telegram, którego nadawcą był sam Benito Mussolini. Treść? Ledwie trzy słowa, które jednak mówiły wszystko: “zwycięstwo albo śmierć”. Na szczęście nie miał okazji sprawdzić alternatywy dla triumfu. Jego piłkarze ograli Węgrów 4-2, a on przeżył spokojnie jeszcze trzydzieści lat i to w chwale najbardziej utytułowanego trenera w nie tak długiej jeszcze historii piłki. Do teraz pozostaje jedynym trenerem, który dwukrotnie poprowadził swoją reprezentację do zwycięstwa w mundialu, bo Włosi okazali się najlepszą drużyną również w 1934 roku. Ale na tym nie koniec, bo w latach 30. na szyi Pozzo zawisł jeszcze m.in. złoty medal Igrzysk Olimpijskich. Oczywiście konieczna jest adnotacja – trumfy te do dziś budzą niesmak większości historyków futbolu. Nad reprezentacją Włoch – a co za tym idzie, nad trenerską karierą Pozzo również – czuwała wtedy wielka polityczna siła. W 1934 roku powtórzony ćwierćfinał z Hiszpanią udało jej się przebrnąć tylko dlatego, że szwajcarski rozjemca tego spotkania nie uznał przeciwnikom dwóch prawidłowo zdobytych bramek, a nie musimy chyba dodawać, że raczej nie były to zwykłe ludzkie błędy. Cztery lata później problemy pojawiły się już w pierwszym meczu z Norwegią. W 88. minucie, przy stanie 1-1, do siatki trafił Arne Brustad, ale sędziowie z tylko sobie wiadomych przyczyn gola nie uznali. Włosi wygrali po dogrywce i rozpoczęli dalszy marsz po obronę trofeum.
Jednak mimo wszystkich tych kontrowersji, geniusz trenerski Pozzo nie jest poddawany pod większą wątpliwość. To on w obliczu klęski z austriackim “wunderteamem” w meczu towarzyskim rozegranym kilka miesięcy przed mistrzostwami, nie bał się odstawić graczy o uznanej renomie (m.in. Renato Cesariniego czy Umberto Caligarisa) i postawić na piłkarzy mniej znanych, ale będących w lepszej formie. Selekcja była tak ostra, że nadano jest wymowny przydomek “skalpel Pozzo”. To również on jest autorem rewolucyjnej jak na tamte czasy taktyki, którą nazwano “Metodo”. Podczas gdy inni trenerzy stosowali ustawienie 2-3-5, on przerzucił część akcentów na defensywę, wycofując dwóch napastników (2-3-2-3) i powierzając tym piłkarzom zadania obronne. Jak się okazało, dzięki tej korekcie drużyna zasłynęła z wyprowadzania zabójczych kontrataków. Po blisko dwudziestoletniej przygodzie z kadrą Włoch, Pozzo zajął się pracą dziennikarską. Pisał o futbolu dla ,,La Stampy”, relacjonował dla tego tytułu też wielkie turnieje. Doczekał zwycięstwa swojej reprezentacji w rozgrywanych we Włoszech Mistrzostwach Europy w 1968 roku. Zmarł pół roku później.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
8
Dopełnienie formalności:
12 marca 2014 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Manchester City 2:1 w 1/8 Ligi mistrzów. Przed rewanżem angielskie media postanowiły pomóc ekipie ,,The Citizens” wprowadzając zamieszanie do obozu rywala poprzez opublikowanie newsa że City niebawem wykupi z Barçy Messiego za 200 milionów euro ale nikt się tym w Katalonii nie przejął. Blaugrana ponownie wygrała i ponownie na liste strzelców wpisali się Messi(67 minuta) oraz Dani Alves(91 minuta).
@Sysia11
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
0
@Popitek12 "Dziś kibicujemy Fiorentina, dziś kibicujemy Szachtar." Kim ty do cholery jesteś że kibicujesz przeciwko polskim klubom!?? Obcokrajowcem!?
15
Kolejna wspaniała, marcowa remontada:
12 marca 2013 roku FC Barcelona dokonała znakomitej remontady pokonując w meczu rewanżowym na Camp Nou, AC Milan 4:0! Gole zdobywali: Messi(5 i 40 minuta), Villa(55 minuta) oraz Alba(92 minuta). W rewanżu Messi włączył tryb królewski i niemal w pojedynke pozbawił Silvio Berlusconiego tak potrzebnego mu w obliczu wyborów parlamentarnych sukcesu a może był to tryb papieski? Dzień później bowiem kardynał Bergoglio został wybrany głową Kościoła katolickiego. Można powiedzieć że Messi przygotował mu grunt. Tak jak Leo zatriumfował nad Milanem, tak Bergoglio pokonał arcybiskupa Mediolanu Angelo Scole.
Takie mecze pamięta się aż po grób, zwłaszcza że szalałem z radości w piwiarni Warka, śpiewając: Ole le, ola la ser der Barça es el mio cena, czy coś w tym rodzaju bo obcych języków nie panimaju!
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Safrani
@Sysia11
1
@Safrani Chyba raczej nie. O ile pamiętam to z moich historycznych zapisów, to w tamtym roku grali jeszcze na Camp de Les Corts.
12
Spektakularna remontada:
12 marca 1997 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Atletico Madryt 5:4! w ramach rewanżu ¼ Copa del Rey. Cóż to było za ,,partidazo”! To był legendarny, heroiczny, fantastyczny, wyjątkowy, epicki a nawet brutalny mecz, donosiło ,,El Mundo Deportivo”. To była jedna z większych remontad w historii klubu ponieważ Atletico prowadziło do przerwy aż 3:0. Tuż po przerwie dwukrotnie trafił Ronaldo i straty niemal zostały odrobione, lecz bardzo szybko odpowiedział Pantič strzelając swojego czwartego(!) gola w tym meczu. Napór Blaugrany nie ustępował i kontaktowego gola strzelił Figo a kilka minut później wyrównał Ronaldo. W 82 minucie zwycięskiego gola zdobył Juan Antonio Pizzi doprowadzając cules do ekstazy. Ostatnie minuty meczu zdenerwowany Gaspart spędził w toalecie a na trybunie honorowej zasiadł Van Gaal, który niebawem miał objąć posade trenera po Bobbym Robsonie.
Retrospekcja:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
2
@Gary No właśnie! Bardzo dobrze że to wyłapałeś. To jest tekst z książki i najwyraźniej autorzy pomylili się o jeden rok...
10
Wyjątkowe postacie FC Barcelony:
12 marca 1938 r. urodził się Manel Vich, spiker na Camp Nou. ,,Bona nit a tothom i benvinguts a l’estadi”(z katalońskiego: ,,Dobry wieczór wszystkim i witam na stadionie”)- tymi słowami Vich rozpoczyna meczowy wieczór na Camp Nou już od 1956 r. przez ponad 50 lat opuścił tylko cztery mecze w związku ze ślubami dzieci oraz operacją. Vich użyczał swojego głosu dobrowolnie, nie pobierając za to żadnych opłat. Ponadto zawsze podkreśla że Estadio Camp de Les Corts był unikalny a Camp Nou brakuje duszy ale idzie się na niego oczekując wielkiego spektaklu. Manel Vich zmarł 29 kwietnia 2016 r. w wieku 78 lat. Był to człowiek kochany przez całe barcelonismo. Pozostawił w sercach culés wspaniałe wspomnienia po sobie.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
8
@FCBparasiempre
11 marca 1918 roku, “Gran Parque Central”; Nacional - Montevideo Wanderers.
Piłka musi być idealna myśli Prudencio Miguel Reyes naciągając skórę. Wolną ręką chwyta „bombille”(biało-niebiesko- czerwoną) i pociąga gorzki łyk. Lubi właśnie taką matę, bez grama cukru. „Dziś musisz wyglądać pięknie, słyszysz?", mówi do piłki. Ma gdzieś że biorą go za wariata. Słyszał gorsze rzeczy kiedy darł się i wychodził z siebie dopingując trójkolorowych, zanim jeszcze doktor Ricardo Forastiero Fernandez zadedykował mu wiersz: „Tak, tak, tak, tutaj na Parque Central / narodził się pierwszy kibic / całego piłkarskiego świata”. Siłą własnych płuc pompuje kawałek skóry. Tchnie w niego życie. Z każdym wdechem coraz bardziej czerwienieje na twarzy. Nabrzmiewają mu żyły na szyi. Drżą wąsy. „Gotowa. Teraz ja musze się przyszykować”, mówi do piłki. Dopija mate i zdejmuje z krzesła czarną marynarkę. Kiedy zamierza już wyjść o czymś sobie przypomina. „Nie wiem gdzie ty masz głowę bracie", mamrocze. Zabiera ze stołu zdjęcie. Jest na nim On, w tej samej marynarce co dziś, razem z najlepszą drużyną Nacionalu- to fotografia sprzed czterech lat. W tamtym sezonie zespół zdobył mistrzostwo, podobnie jak zdobędzie je w obecnym ale ten tytuł nie będzie smakował tak samo. „Nie masz pojęcia jak nam tu nabałaganiłeś, Indio", mówi. Chowa zdjęcie do wewnętrznej kieszeni marynarki i wychodzi. „Wyroby rymarskie", głosi szyld wiszący nad wejściem do warsztatu. Tu pracuję w ciągu tygodnia; w niedzielę przygotowuje piłki dla drużyny Nacional Football Club. Tego 11 marca 1918 roku całe przedpołudnie poświęcił futbolówce, którą niesie teraz pod pachą. Zostanie nią rozegrany najboleśniejszy mecz Trójkolorowych: pożegnanie Abdona Porte, pseudonim „Indio”, który ledwie 5 dni wcześniej odebrał sobie życie na „Gran Parque Central”. W pobliżu stadionu fala kibiców wzbiera niczym rzeka, która grozi wylaniem. Nie tylko fanów Nacionalu i Montevideo Wanderers, dzisiejszego rywala. Tej niedzieli klubowe barwy nie mają znaczenia: kibice Peñarolu, Charley czy Centralu pielgrzymują na „Parque Central” aby złożyć mu hołd. Nie bez powodu: Abdon Forte zdobył z reprezentacją siedem trofeów, był dobrem Narodowym wszystkich Urugwajczyków. - Gordo Reyes! Dziennikarz Luis Alfredo Sciutto(po tej stronie La Platy znany pod pseudonimem Diego Lucero a po drugiej jako Wing) toruje sobie drogę pośród meloników i beretów. - Przyjmij moje kondolencje. - Podaję mu rękę. - Dzisiaj ciężko będzie patrzeć na środek boiska, tyle razy go tam widzieliśmy, prawda Gordo? I tam też zamknął oczy, tam... - On go tam znalazł - przerywa mu Prudencio Miguel Reyes wskazując mężczyznę, który przemyka przez bramę stadionu niczym duch. - Muszę już wejść, idziesz? - Chodźmy - odpowiada Diego Lucero. - Ale opowiedz mi Gordo co zobaczył Severiano. My dziennikarze musimy znać szczegóły. Wchodząc na stadion Prudencio Miguel Reyes relacjonuje mu to, co opowiadał odpowiedzialny za murawę Severiano Castillo tamtego poranka, gdy znalazł martwe ciało Porte. Nieustające szczekanie kundli. Strzał w serce. Rewolwer zaplątany między palcami. Krew. Kapelusz. Dwa listy znalezione przez policję. Jeden zaadresowany do prezesa klubu z prośbą aby dbał o jego narzeczoną tak, jak on dbał o drużynę. Oraz słynny wiersz. – „Nacionalu, nawet gdy w proch będę obrócony i jako proch zawsze zakochany" - recytuje Diego Lucero. - I niewiele więcej wiem bracie. Prosił też by pochowano go obok Bolivara i Carlitosa, sam widziałeś te pielgrzymki na cmentarz "La Teja". - To prawda że miał się ożenić? Że zostawił też list do narzeczonej? Prudencio Miguel Reyes przytakuje, jednocześnie witając się z dwoma mężczyznami, którzy wołają go z przed wejścia do szatni gospodarzy: Jose Maria Delgado, poeta i prezes klubu, oraz szczupły brunet o ostrych rysach twarzy, podkrążonych oczach i ze spiczastymi wąsami, którego nie zdołał rozpoznać. - Muszę cię zostawić Dieguito. Napisz coś ładnego a naszym Indio, wyświadcz mi tę przysługę. - Spokojna głowa nadmuchiwaczu piłek. Prudencio Miguel Reyes ściska dłoń Delgado. - Oto i ona. - Pokazuje mu piłkę błyszczącą, wypolerowaną. - Zanieś ją do kantorka ale wcześniej pozwól że przedstawię ci mojego serdecznego przyjaciela pisarza Horatio Quiroge. - Miło mi. Jose Maria dużo mi o tobie opowiadał pierwszy kibicu. - Poeci mocno przesadzają... A teraz wybaczcie. - Pokazał na piłkę. - Bez niej nie zacznie się mecz. Prudencio Miguel Reyes rusza do kantorka ze sprzętem. Droge blokuje mu góra wieńców. W rogu Severiano Castillo przesuwa worek wapna obok grabi i łopat. Na marynarce osiada mu warstwa kurzu. - Przysłały je kluby - odzywa się Severiano. - Już nigdzie się nie mieściły a wszystkie te bukiety przyniosły kobiety i dzieciaki... - Zostawię ją tutaj. – Prudencio Miguel Reyes kładzie piłkę. - Uważaj mi na nią. - Powiedz to tym wymoczkom z Wanderers. - Do zobaczenia w przerwie bracie. Prudencio Miguel Reyes wychodzi. - Najczęściej wspomina się o najważniejszych zawodnikach- mówi Delgado - a w przeważającej mierze nie wywodzą się oni z wyższych sfer, tylko z biedoty gdzie ciężko pracuje się na kawałek chleba. Quiroga podkręca wąsa. - Chłopak wiedział że był wart więcej niż jakikolwiek profesor i to uwięziło go w raju zbyt sztucznym jak na jego młode serce. - Podejdź tu Gordo, dzisiaj idziesz na trybuny. I wszyscy trzej ruszają pustym korytarzem. Pokonują drewniane schody. Rozglądają się: ponad 15 000 osób zamieniło trybuny w morze beretów, meloników i słomkowych kapeluszy. Prudencio Miguel Reyes nie jest przyzwyczajony do oglądania piłkarzy stąd, z góry. Wyrywa mu się okrzyk: „Naprzód, Nacional!", lecz panuje tak obezwładniająca cisza że słychać, jak buty wyrywają źdźbła trawy. Kiedy piłkarze ustawiają się na boisku Gordo gładzi zdjęcie w wewnętrznej kieszeni marynarki. „Za twoją krew Abdon. Za twoją krew", szepcze. I piłka zaczyna się toczyć.
Miguel Angel Ortiz.
7
Najboleśniejszy mecz trójkolorowych:
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@FcPortoFan1999 I bardzo dobrze! Gdyż to bardzo wyjatkowy i zapomniany piłkarz przez większość z kibiców, zwłaszcza w Europie...
2
@FCBparasiempre
Pieniądze zostały stworzone, żeby przychodzić i odchodzić, a nie po to, żeby je mieć. Ze złotem czy bez złota umierasz tak samo. Na tamten świat nie możesz zabrać pieniędzy. Nauczyłem się tego sam, nie nauczyli mnie tego w szkole, bo chodziłem tylko do drugiej klasy. Wszyscy jesteśmy tacy sami, tacy sami na tym świecie, ale też bardzo równi na tamtym – mówił. Cieszył się, że może mieszkać na stadionie i że tak wielu ludzi go rozpoznaje. Oprócz swoich towarzyszy z baru miał też bardzo dobry kontakt z młodymi chłopakami, którzy grali dla Racingu i tak, jak on, mieszkali na stadionie. To były jednak ciężkie czasy dla klubu i warunki mieszkaniowe nie były rewelacyjne. Spał w dzień i wychodził w nocy, więc w ciągu tygodnia mieliśmy z nim niewielki kontakt. Widywaliśmy go zwłaszcza w weekendy. Miał złote serce. Był rewelacyjnym facetem w bardzo dobrym nastroju. Nie miał praktycznie niczego, ale tym, co miał, zawsze potrafił się dzielić. Był człowiekiem o bardzo dobrych uczuciach. Jeśli miałeś jakiś problem, to Loco zawsze był przy tobie, martwił się i doradzał – wspominał José Luis Clavero, który jako junior mieszkał tuż obok Corbatty. Sam Corbatta też bardzo ciepło wypowiadał się o Clavero, który często się nim opiekował, kiedy był chory. Od czasu do czasu, kiedy widział juniorów trenujących na bocznym boisku, to podchodził do nich i udzielał wskazówek, jak powinni uderzać karne. Niestety ciągle pogrążał się w nałogu i żadne namowy ze strony znajomych nie były w stanie tego zmienić. Bywało, że po swoich nocnych wyjściach wracał w takim stanie, że nie potrafił dojść do swojego pokoju i zasypiał na stole do masażu w szatni gości, obok której miał swoje lokum. W latach osiemdziesiątych Corbatta coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Narzekał na bóle w prawej nodze, która mu puchła. Nie przestawał jednak pić, bo, jak sam mówił, wszędzie, gdzie się pojawiał, częstowano go alkoholem. Potrafił znikać na kilka dni, a kiedy wracał na stadion, mówił, że zatrzymał się u przyjaciela. Czasami nie było go trochę dłużej, a jego młodsi koledzy z klubu dowiadywali się potem, że trafił do szpitala. Pewnego razu, kiedy Clavero wszedł do pokoju Omara, zobaczył go leżącego zakrwawionego na łóżku. Okazało się, że potrącił go samochód, więc szybko przewieziono go do szpitala. Wizyty w szpitalach wkrótce stały się coraz częstsze. W lutym 1983 r. został znaleziony przez przechodniów w ciężkim stanie, kiedy leżał na ulicy. Trafił do szpitala Fiorito, gdzie po przeprowadzonych badaniach okazało się, że oprócz marskości wątroby spowodowanej alkoholizmem miał też muszycę. Jest to infekcja wywoływana przez larwy muchówek żywiące się tkanką gospodarza. Zdołał wyzdrowieć, ale rok później po raz kolejny trafił do szpitala. Ciągle sprawiała mu problemy jego prawa noga, która wiele razy była atakowana przez wrzody. Po kolejnej wizycie na szpitalnym oddziale w 1988 r. żartował nawet, że zastanawia się nad zakupem szpitalnego łóżka. To wtedy dowiedział się o zwycięstwie Racingu w Supercopa Sudamericana, co bardzo go ucieszyło. Wyglądał jednak coraz słabiej i wydawało się, że coraz mniej jest w nim chęci do życia. Rzadko widywałem kogoś tak opuszczonego. Chciałem z nim porozmawiać, ale znalazłem człowieka pustego, bez sił, bardzo brudnego i bez chęci do życia – mówił gazecie Crónica jeden z pracowników szpitala. W końcu zaopiekowały się nim jego siostry, które postanowiły ściągnąć go do La Plata. Przez kilka miesięcy mieszkał na przemian u jednej i u drugiej, do czego zmusiły go niemal siłą. Stan jego zdrowia był jednak coraz gorszy i pod koniec 1991 r. trafił do polikliniki San Martín. Tam miał czekać na operację, która miała przedłużyć mu życie, ale wyniszczony organizm w końcu się poddał. Corbatta zmarł w czwartek 5 grudnia 1991 r. o godzinie 7:30. Po jego śmierci pojawiły się pogłoski, że miał mieć amputowaną prawą nogę, ale to nieprawda. Noga faktycznie była w kiepskim stanie i wdało się zakażenie, ale wyniszczał go też rak gardła, spowodowany przez wiele lat palenia tytoniu i nadużywania alkoholu. W akcie zgonu jako przyczynę śmierci wskazano nieurazowe zatrzymanie krążenia i oddechu.
Nazajutrz prasa pisała o nim jako o architekcie piłki nożnej i niezrównanym magiku. Wielu fanów chciało go pożegnać, a Racing zaoferował udostępnienie swoich obiektów do ceremonii pogrzebowej. Rodzina wybrała jednak kameralny pogrzeb. Pochowany został w piątek na cmentarzu w La Plata w najtańszej trumnie. Gazeta Crónica zwracała uwagę, że w jego ostatniej drodze towarzyszyło mu tylko dziewięć osób. Nie było nikogo z klubów, w których grał, żadnego przedstawiciela federacji i co grosza zabrakło też jego kolegów z boiska. Jedyną osobą spoza rodziny był Pedro Prospitti. Corbatta nikogo nie obwiniał za swoje problemy. Tylko kilka razy odnosił się do swoich nieudanych małżeństw, ale przez lata utarło się, że stał się ofiarą chcących go wykorzystać ludzi. Jednak na każdym etapie swojego życia spotykał osoby, które chciały dla niego dobrze. Jego druga żona usilnie próbowała wyrwać go ze szpon nałogu, Sívori chciał mu dać zajęcie, żeby znowu czuł się ważny, wiele osób próbowało przemówić mu do rozsądku, wielu też chciało, żeby nauczył się pisać. To alkohol go zrujnował, wielu też korzystało z jego hojności. Żaden z klubów nie potrafił wymóc na nim odpowiedniej dyscypliny i to już od najmłodszych lat. Corbatta w czasach swojej największej świetności, kiedy grał na prawym skrzydle, ciągle uciekał przed rywalami. Jego życie poza boiskiem to też ciągła ucieczka. Uciekał z La Plata, uciekał z Avellaneda, uciekał z Dock Sud, uciekał z Buenos Aires, uciekał z Kolumbii. Kiedy tylko mógł, to uciekał jak najdalej od swoich problemów. Problemy jednak, zamiast znikać, mnożyły się. Nigdzie nie znalazłem informacji o podejmowanych próbach leczenia. Być może gdyby zdecydował się na leczenie w ośrodku zamkniętym, mając silne oparcie w rodzinie, to udałoby mu się wyjść na prostą. Żeby nie kończyć w takim smutnym nastroju, myślę, że warto przytoczyć kilka anegdot z Corbattą w roli głównej. Często swoim znakomitym dryblingiem wyprowadzał przeciwników z równowagi. W meczu z Urugwajem tak kręcił obrońcą Pepe Sasíą, że ten, kiedy go sfaulował i powalił na ziemię, uderzył go w twarz, wybijając mu przedniego zęba. Innym razem w meczu z Independiente urugwajski obrońca Alcides Silveira tak bardzo dawał mu się we znaki swoją ostrą grą, że Corbatta w pewnym momencie schował się za kordon służb porządkowych otaczających boisko.
Kiedy przed jednym z meczów dowiedział się, że Héctor Sosa obchodzi w tym dniu urodziny, powiedział mu, że nie ma prezentu, ale dogra mu dwie bramki. I rzeczywiście Sosa strzelił dwa gole po wypieszczonych centrach Omara. W czasie jednego z przedmeczowych zgrupowań uciekł, żeby spotkać się z dziewczyną i wrócił o 6:00 rano całkowicie pijany na kilka godzin przed meczem z Independiente. Kiedy Tita Mattiusi zobaczyła go w tym stanie, wrzuciła go pod zimny prysznic, ale niewiele to pomogło, więc powtórzyła tę czynność jeszcze dwukrotnie. Mimo to kiedy Corbatta się ubierał, ciągle kręciło mu się w głowie i miał problem z zawiązaniem sznurówek. Kiedy wychodził na boisko, powiedział do Beléna, żeby mu nie podawał, bo nie widzi piłki. Ale on mnie zignorował. Ciągle dogrywał mi piłkę, a ja przysięgam, widziałem ją podwójnie, próbowałem ją zatrzymać klatką piersiową… Zatrzymałem jedną piłkę, a druga, ta prawdziwa, minęła mnie obok. Po chwili nie wiem jak, założyłem siatkę kryjącemu mnie obrońcy i nagle się obudziłem i wszystko minęło. Strzeliłem dwie bramki, grałem jak bestia, wygraliśmy – opowiadał Corbatta po latach. W czasie jego pobytu w General Roca wybrał się z kolegami do Buenos Aires. Po drodze zatrzymali się, żeby w jednym z barów obejrzeć mecz Racingu, który grał z Vélez. Kiedy weszli do środka i kiedy ludzie zorientowali się, że w lokalu zjawił się wielki Corbatta, to nie przestawaili go witać i przytulać. Wszyscy chcieli go zobaczyć i dotknąć. Corbatta był zdenerwowany wśród fanów. Poprosił mnie o papierosy i moczył śliną palce, żeby zwilżyć włosy i założyć ja za ucho. Zawsze miał ten tik. W pewnym momencie Racing dostał rzut karny, a ludzie zaczęli do niego krzyczeć „Wejdź, Loco!”. Wtedy zdałem sobie sprawę, że ten facet był naprawdę świetny – opowiadał Fernando Bertuzzi. Podobnych historii jest całe mnóstwo. Wszędzie, gdzie się pojawiał, wzbudzał wielki entuzjazm wśród miłośników futbolu. Każdy, kto spotkał go na swojej piłkarskiej drodze, wspomina go jako wybitnego gracza. Wielu zwracało uwagę na jego precyzję i niesamowitą kontrolę nad piłką, którą porównał kiedyś do kobiety: ,,Jeśli masz kobietę i ją uderzysz, to co się stanie? Pewnie pomyślisz, że już więcej z tobą nie zostanie… Dlatego zawsze ją pieściłem, to była moja miłość, jak mógłbym ją uderzyć… Dlatego zawsze miałem ją przy sobie, robiłem z nią szalone rzeczy, ale nikt nie mógł mi jej zabrać. Inne rzeczy opuszczały mnie dość łatwo, ale nie piłka.”
Dzisiaj czasy są zupełnie inne i na alkohol w sporcie już dawno nie ma miejsca. Świadomość społeczna problemu też jest coraz większa. Coraz więcej jest miejsc, gdzie można szukać pomocy. Istnieją różnego rodzaju poradnie, grupy wsparcia czy wspólnoty AA. Kiedy Corbatta zmagał się z nałogiem, to wszystko dopiero przebijało się do świadomości zwykłych ludzi. Podobnych do Corbatty było wielu piłkarzy. Zastanawiające jest też to, że wśród zawodników, którzy popadli w alkoholizm tak wielu było skrzydłowymi. Mieli ogromny talent i często pochodzili ze społecznych nizin. Gra w piłkę pozwalała im poznać inny, nie zawsze lepszy świat. Często osamotnieni nie do końca radzili sobie z presją otoczenia. Szukali pocieszenia w alkoholu i stopniowo popadali w uzależnienie. Kiedy otoczenie starało się im pomóc, to niestety często bywało już za późno. Choć z drugiej strony przecież na trzeźwość nigdy nie jest za późno. Jest ona jednak dużym darem i nie każdemu jest dane jej dostąpić ale warto próbować.
2
@FCBparasiempre
„To była najlepsza rzecz na świecie, nie można było zobaczyć go wśród walczących”– mówił kolega Corbatty z zespołu Ángel Travecino. We wrześniu 1971 r. wzmianki prasowe o występach Omara były już coraz rzadsze. Jego pozycja w zespole zmalała, a odpuszczanie treningów, które przecież nie były jakoś wielce wyczerpujące, stało się u niego czymś powszednim. Coraz rzadziej też pojawiał się na boisku, a jego gra pozostawiał coraz więcej do życzenia. Gdy grał, sprawiał wrażene zagubionego wśród rywali i kolegów z zespołu. Jego nocne wycieczki pozostawiały w jego organizmie kolejne ślady, których nie sposób było ukryć przed trenerem. W końcu jego brak zdyscyplinowania spowodował, że Miranda stracił cierpliwość. Był zmęczony ciągłym pilnowaniem piłkarza, zarówno w nocy, jak i przed meczami, na które czasem potrafił się spóźniać. 5 października poinformowano, że decyzją trenera Corbatta został odsunięty od drużyny. Trzy dni później gazeta Rio Negro poinformowała, że Omar został ostatecznie zwolniony z klubu, a jako przyczynę tej decyzji podano niewłaściwe postępowanie. Wyrzucenie z Tiro Federal oznaczało też, że klub przestał płacić za jego zakwaterowanie. Corbatta jednak nie znalazł się na bruku. Był tak dobrym człowiekiem, że pozwoliłam mu zostać przez jakiś czas, dopóki nie znajdzie innego miejsca do życia – mówiła po latach Corina Navarro. Była ona jedną z niewielu osób, które Omar darzył naprawdę dużym szacunkiem. Według Alejandro Walla była dla niego niemal jak matka. Sama również starała się na niego wpłynąć i kiedy widziała go pijanego już przed południem czy rano, to nie przebierała w słowach. Raz, po jednym z takich spięć Corbatta, żeby jej nie denerwować, zatrzymał się u znajomego i został tam przez parę dni, dopóki nie doszedł do siebie. Corina, żeby utrzymać dzieci, przygotowywała dla gości domowe posiłki, a także sok jabłkowy i sos pomidorowy. Z winorośli rosnącej w ogrodzie robiła wino muskatowe. W ugniataniu winogron i rozlewaniu napoju pomagały jej dzieci, które ciągle były jeszcze małe. Najstarszy z nich – Beto – był kelnerem w barze, gdzie Corbatta nie musiał płacić za jedzenie. Dzięki temu obaj panowie stworzyli opartą na zaufaniu relację. Omar spędzał też czas z innymi dziećmi Coriny. Stał się niemal członkiem jej rodziny. Kiedy ona gotowała gulasz z makaronem, Corbatta opiekował się najmłodszą córką Gabrielą. Zmieniał jej pieluchy, kołysał do snu na krześle i przygotowywał wodę do kąpieli. Pomagał też w innych pracach domowych. Robił zakupy, mył podłogi, ale dobrze czuł się też w kuchni, gdzie obierał ziemniaki, kroił cebulę i siekał paprykę na kolację. W weekendy czasem spędzali czas na grillowaniu nad jeziorem Pellegrini w Cinco Saltos, gdzie w cieplejsze dni zażywali też kąpieli. Kiedyś musieliśmy obciąć parę spodni z jagnięcej skóry, bo nie miał kąpielówek. Był wspaniałym partnerem, bardzo go kochałam – wspominała Corina. Szukając nowego klubu, Corbatta pomyślał o zespole Argentinos del Norte. Kiedy pierwszy raz grał przeciwko tej drużynie, to rywale przez cały mecz go obrażali, kopali i popychali. Po każdym meczu spotykali się we własnym gronie, czasem też z rodzinami, żeby wspólnie się najeść i wypić drinka. Omar pewnego razu poszedł się z nimi spotkać. Wyszedł do niego jeden z zawodników Raúl Villar, który był przekonany, że Corbatta chce wyrównać stare rachunki. Jednak Omar powiedział mu, że się za nimi stęsknił i że są łajdakami, więc powinien grać razem z nimi. Villar zaprosił go do środka i razem z innymi piłkarzami do późna rozmawiali. Argentinos del Norte było klubem biedniejszej części miasta. Trenowali na pustej parceli parę przecznic od obiektu Tiro Federal. Mieli tylko trzy małe reflektory do oświetlenia boiska, ale drugim, głównym źródłem światła było oświetlenie z terenu lokalnego rywala. Tak więc, kiedy Tiro Federal kończyło trening, to Argentinos del Norte też musiało, bo robiło się potem zbyt ciemno. Corbatta ciągle mieszkał w pensjonacie Coriny, ale nie zawsze wracał na noc. Często do późna grywał z kolegami w bilard, albo odwiedzał dom Oscara Corradiniego – jednego z największych piłkarzy z tego regionu. Corbatta potrafił zasnąć na stole bilardowym przy bufecie. Mój zmarły ojciec codziennie dawał mu pieniądze na jedzenie i prosił, żeby nie myślał o piciu. Czasem się zastanawiam, czy traktowaliśmy go tak, jak na to zasługiwał. Był przecież legendą – mówił po latach wyraźnie poruszony Villar. Ci, którzy pamiętają pobyt Corbatty w General Roca, zauważają, że był bardzo przyjacielski i otwarty. Każdy chciał choć trochę poprzebywać w jego towarzystwie, ale nie zawsze wychodziło to Omarowi na dobre. Rodolfo Meñica, który grał w zespole Italia Unida wspominał, że Corbatta często ich odwiedzał w przygotowanych przez klub pokojach, mimo że byli przecież boiskowymi rywalami. Godzinami potrafił wtedy rozmawiać o futbolu. Nie mówił o swoim życiu osobistym, małżeństwach, dzieciach czy przepuszczonych pieniądzach. Nigdy też nie komentował polityki, nie rozmawiał o muzyce czy kinie, nie oglądał telewizji ani radia. Od czasu do czasu mówił o kobietach albo dzielił się ogólnymi życiowymi refleksjami, ale jedyną rzeczą, o której mógł rozmawiać cały czas, była piłka nożna.
Kiedy pewnego razu rozmawialiśmy z zawodnikami Rangers de Talca, chilijskiej drużyny, która przyjechała na mecz towarzyski, Corbatta zaczął opowiadać o swoim golu przeciwko Chile w 1957 r., kiedy dryblował kolejnych rywali. Chłopaki patrzyli na niego, jakby był jakimś wariatem, który fantazjuje. Dopóki im go nie przedstawiłem. „To Oreste Omar Corbatta” – powiedziałem im. Nie mogli w to uwierzyć – wspominał z uśmiechem Meñica. W lutym 1972 r. ze stanowiska trenera Tiro Federal ustąpił Jorge Miranda, a władze klubu postanowiły, że zastąpi go Raimundo Orsi, który parę miesięcy wcześniej świętował 70. urodziny. W 1928 r. był ważną częścią argentyńskiej reprezentacji na igrzyskach w Amsterdamie, a w 1934 r. razem z włoską drużyną narodową został mistrzem świata. Jako trener dużą wagę przywiązywał do dyscypliny, ale zgodził się na powrót Corbatty do zespołu. Kierownictwo Tiro miało nadzieję, że dwie postacie z tak bogatą przeszłością pomogą w odbudowie drużyny. Obaj panowie nie wytrzymali jednak ze sobą nawet miesiąca. Życie Corbatty w General Roca był ciągłą walką z wolnym czasem. Z braku innych zajęć często wędrował od jednego baru do drugiego. Dobrze czuł się w biedniejszych częściach miasta, gdzie miał nawet mieć dziewczynę, która go odwiedzała. Znajomi wspominali też, że chodził po ulicach bardzo lekko ubrany, mimo że na dworze było zimno. Zadbali więc o niego i podarowali mu ciepłą kurtkę, w której przechodził całą zimę, a także inne części garderoby. Nie potrzebował też dużo, żeby się upić, bo bywało, że wystarczały mu dwie szklanki wina. Jeden z jego znajomych Fernando Bertuzzi wspominał, że kiedy jedli posiłek w kantynie, to jeden z pracowników zapytał go, czy ten, który jest z nim, to ten sławny Corbatta. Kiedy Bertuzzi potwierdził, że to on, pewien mężczyzna zapytał, czy może do nich przyjść i się przywitać. Okazało się, że był on właścicielem lokalu i przyniósł ze sobą butelkę szampana. Po chwili inny mężczyzna, który siedział przy sąsiednim stoliku, postawił drugą butelkę i tego samego wieczora zaprosił Corbattę i jego znajomych do siebie na grilla. Z imprezy wrócili dopiero po trzech dniach. Po rozstaniu z Tiro Federal z Omarem skontaktował się Juan Agapito Torres. Był on prezesem klubu Colonia Confluencia i chciał, żeby Corbatta dołączył do zespołu. Jako emerytowany nauczyciel pracował w dziale sportowym gazety Sur Argentino i razem z żoną mieszkał na farmie w Neuquén, około 50 kilometrów na zachód od General Roca. Starsza małżeństwo na farmie uprawiało drzewa migdałowe, jabłonie i orzechy włoskie, a Omar miał mieć do dyspozycji mały pokoik i zapewnione wyżywienie. Od wejścia trzeba było przejść około sześciuset metrów do domu, obok którego stał garaż, a za nim mały pokoik z dwoma łóżkami i łazienką. Mieszkałem tam z Corbattą przez pięć miesięcy – opowiadał Juan Carlos Vortisch, były zawodnik Colonia Confluencia. Trenerem zespołu był znany w okolicy Ariste Omar Mendoza. Każdy z graczy oczywiście pracował, a futbol był dla nich tylko dodatkiem. Trenowali wieczorami trzy razy w tygodniu przy słabym świetle. W meczach Corbatta ograniczał się do dogrywania piłek partnerom z zespołu. Héctor Zuñigą był najlepszym strzelcem w 1972 r., a ja zająłem drugie miejsce w klasyfikacji. To wszystko dzięki pomocy Corbatty, który zawsze wystawiał nam piłkę z przodu. Nie biegał, ale potrafił fenomenalnie dograć piłkę – wspominał Vortisch.
Mimo że mieszkali razem, to nie spędzali ze sobą zbyt wiele czasu. Vortisch, jako że pracował, musiał wstawać przed świtem, kiedy Corbatta jeszcze spał. W pracy spędzał cały dzień, więc widywali się głównie na treningach. Omar, który nie pracował, wstawał po południu, jadł przygotowany dla niego posiłek i wracał do pokoju. Jednak jeszcze przed zachodem słońca opuszczał farmę i szedł dwa kilometry do centrum miasta. Tam zwykle odwiedzał położoną przy Avenida Argentina cukiernię El Ciervo, gdzie zaprzyjaźnił się z Juanem Biondim, który był kierownikiem lokalu.
,,Był moim idolem. Kiedy przyjechał do Neuquén i pojawił się w cukierni, porozmawialiśmy i zaczął przychodzić prawie codziennie. Został na obiad, ale ponieważ nie miał peso, nie miał z czego zapłacić, więc zaprosiłem go do domu”– opowiadał Biondi. Corbatta szybko stał się atrakcją cukierni. Klienci coraz częściej zaczynali odwiedzać lokal, podchodzili do stolika, przy którym siedział Omar i robili sobie z nim zdjęcia, a piłkarz opowiadał o swoich największych wyczynach. Co wieczór podawano mu jakiś drobny posiłek, potem wypijał kilka kieliszków wina i czekał do czwartej nad ranem, kiedy Biondi zamykał lokal i odwoził go swoim fiatem 600 na farmę. Biondi kibicował Independiente de Neuquén, który był jednym z najsilniejszych klubów w okolicy. Próbował namawiać Omara, żeby się tam przeniósł, a kiedy zbliżał się mecz pomiędzy Independiente a Colonią, powiedział koledze w żartach, że jeśli strzeli im bramkę, to nie ma po co do niego wracać. Colonia była zespołem, który dopiero trzeci sezon rywalizował w lokalnej lidze, a Independiente zmierzało po mistrzostwo. Wystarczyło tylko, że wygrają w pojedynku z Colonią. Piłka nożna to jednak sport, w którym ten malutki często potrafi pokonać tego wielkiego. I tak też było tym razem. Mieliśmy rzut rożny i Corbatta poszedł go wykonać. Uderzył jak bogowie i strzelił gola olimpijskiego [tak w Ameryce Południowej określa się bezpośrednie trafienie z rzutu rożnego – przyp. red.]. Pokonaliśmy ich, a oni chcieli się pozabijać – mówił Vortisch. Wieczorem następnego dnia Corbatta jak zwykle pojawił się przed cukiernią, ale nie wszedł do środka. Czekał po drugiej stronie ulicy i nie był pewny, czy może wejść, ale Biondi go zauważył i wyszedł go przywitać. ,,Śmiałem się do rozpuku i kiedy do niego podszedłem, to się wyściskaliśmy. „To było ciasteczko grubasku. Gdybym zagrał piłkę prosto w ręce bramkarza, to nawet by nie zauważył” – powiedział mi. Facet był naprawdę dobry”– wspominał Biondi. Corbatta był lokalną gwiazdą i mimo że w meczach na tym poziomie często trzeszczały kości, to on cieszył się specjalnymi względami. Grał z opuszczonymi getrami, bez ochraniaczy, ale nie obawiał się kontuzji, bo dla rywali gra z kimś takim, jak Corbatta była najwspanialszą rzeczą, jaka mogła ich spotkać w czasie przygody z piłką. Obojętnie czy był akurat w El Ciervo, czy w jakimś innym lokalu, to zawsze znajdował kogoś, kto postawił mu drinka czy jedzenie. Przebywanie między ludźmi pozwalało mu choć na chwilę zapomnieć o jego osobistych problemach. Najbardziej przeżywał fakt, że nie ma kontaktu z dziećmi. Dopóki przebywał wśród znajomych, to o tym nie myślał, ale kiedy kładł się na łóżko na farmie Torresów, to wszystkie koszmary wracały ze zdwojoną siłą. Osamotniony coraz bardziej pogrążał się w swoim osobistym piekle, a cały świat rozpadał mu się na kawałki. To wszystko męczyło go tak bardzo, że coraz częściej kończył, wymiotując w łazience. Kiedy pracownik Torresa wchodził do pokoju, żeby posprzątać i posłać łóżko, już na wejściu ogarniały go mdłości. W końcu Torres stwierdził, że nie może dłużej trzymać go w klubie, co wiązało się też z koniecznością opuszczenia farmy. Od tego czasu zaczęła się prawdziwa tułaczka Corbatty po małych lokalnych klubach. Po odejściu z Colonia Confluencia poznał Pedro Prospittiego, który miał za sobą występy w San Lorenzo i Independiente. Był uzależniony od hazardu i alkoholu i podobnie jak Corbatta uwielbiał nocne życie. Prospitti przenosił się akurat do rodzinnego miasta Allen położonego około 20 kilometrów od General Roca, gdzie miał grać w klubie Unión Progresista. Omar wybrał się tam razem z nim i występował w zespole przez półtora miesiąca. Polubili się z Prospittim i często razem się upijali, rozmawiając o piłce i życiu w Kolumbii, które obojgu z nich się podobało. Nigdzie jednak Corbatta nie zabawił dłużej, niż przez parę miesięcy. Kiedy grał w Independiente w Río Colorado, musiał razem z kolegami dorabiać przy pracach murarskich. Z kolei, kiedy przebywał w Villa Regina, został zatrudniony w miejskim kabarecie, gdzie miał przyciągać klientów. Zbliżał się już do czterdziestki, więc wystarczyło, że ktoś zapewnił mu dach na głową i ciepły posiłek, a Omar był gotowy, żeby tam grać i tak mijały mu kolejne miesiące. Niestety coraz bardziej się przy tym staczał, aż w końcu wylądował na ulicy. Na początku 1975 r. był już bezdomnym, ale szczęśliwie odnalazło go wówczas trzech pracowników plantacji owoców. Zabrali go do położonego 400 kilometrów na południe od Buenos Aires miasta Benito Juárez. Tam znalazł zatrudnienie w klubie Defensores de Mariano Moreno, który zapewnił mu też mały pokoik, w którym mieściło się tylko łóżko. Corbatta nie miał niczego, był bez pieniędzy i dokumentów, nie potrafił gotować, a jeśli nie chodził głodny, to tylko dzięki swojemu sąsiadowi, którym był Tulio Fauret pracujący wówczas w zarządzie klubu. Wkrótce potem zamieszkał razem z Tulio, który pomógł mu wyrobić nowe dokumenty i zameldował pod swoim adresem, gdzie mieszkał razem z bratem i ojcem. Z Tulio bardzo się zżył i kiedy opuszczał Benito Juárez, robił to z wielkim żalem. W sierpniu 1976 r. pojawił się w magazynie El Gráfico razem z bramkarzem José Perico Pérezem, któremu strzelał karnego na boisku Racingu. To był jego pierwszy powrót do byłego klubu. Znowu mógł założyć biało-błękitną koszulkę i zobaczyć się z Titą Mattiusi, która była opiekowała się młodymi graczami, którzy mieszkali na stadionie. Spotkał się też z Pedro Dellachą, który był trenerem drużyny i z Juanem Carlosem Giménezem, który szkolił zespoły rezerw. Po wojskowym zamachu stanu w marcu 1976 r. wiele w Argentynie się zmieniło. Zmiany nie ominęły też Racingu. W wyniku zmian na kierowniczych stanowiskach w klubie pojawił się Horacio Rodríguez Larreta. Ten sam, który gościł Omara w swojej willi kilkanaście lat wcześniej. Po objęciu rządów w klubie w 1977 r. kiedy tylko dowiedział się, gdzie Corbatta przebywa, postanowił ściągnąć go do Racingu. Omar miał pomagać Giménezowi w pracy z rezerwami. Wrócił do klubu niemal po piętnastu latach i zamieszkał w pokoju bardzo podobnym do tego, który zajmował jako 19-latek. W 1979 r. stanowisko trenera w klubie objął Omar Sívori, dla którego Corbatta był bardzo bliską osobą. Uważał go nawet za najlepszego piłkarza znakomitej argentyńskiej reprezentacji z 1957 r. Sívori chciał wykorzystać niesamowitą precyzję strzałów Corbatty do szkolenia bramkarzy. W pierwszych dniach pracy Sívoriego w klubie faktycznie Corbattę widziano na boisku treningowym z bramkarzami. Niestety nie trwało to długo, bo bardzo szybko okazało się, że Omar, zamiast pomagać w szkoleniu, odsypiał swoje nocne wycieczki. Z kolei w porze popołudniowych zajęć, Corbatta wychodził już na miasto. Dzień zwykle zaczynał od szklaneczki wina, a potem kolejnej. Kiedy kładł się na łóżku w swoim pokoiku i patrzył na puste ściany, nie potrafił tego znieść i wolał wyjść. Najczęściej można go było spotkać w barze Paraguayo. Miałem restaurację w Avellaneda, a naprzeciwko był bar. Ilekroć wyglądałem przez okno, widziałem Corbattę siedzącego i pijącego wino, aż zasnął. Potem prosiłem szwagra, żeby wsadził go do samochodu i odwiózł go do Tity – wspominał były kolega z reprezentacji Walter Jiménez. Zwykle przebywał wśród bliskich znajomych, których traktował jak rodzinę. Kiedy jakiś dziennikarz prosił go o chwilę rozmowy, towarzysze doradzali mu, że powinien brać pieniądze za wywiad, ale Corbatta w ogóle nie przywiązywał do nich wagi. Dzielił się tym, co miał, bo tak nauczyła go matka.
2
@FCBparasiempre
Corbatta po przyjeździe z Kolumbii nie miał nic. Znalazł pomoc w seminarium, gdzie w zamian za posiłki uczył młodzież gry w piłkę. Zmagał się jednak z problemami, na które w seminarium nie było miejsca. Zaprzyjaźniony ksiądz zapytał mnie, czy nie mógłbym mu pomóc. San Telmo grało wówczas w Primera B, a ja był prezydentem klubu. Musiałem najpierw porozmawiać z trenerem, który grał z nim razem w Racingu. Był nim Alberto Rastelli. „Posłuchaj” – powiedział Rastelli – „jeśli zagra jeden procent tego, co pokazywał za moich czasów, to niech przychodzi”. Powiedziałem więc potem księdzu, żeby przywiózł go do San Telmo – opowiadał Albino Bemposta. Księdzem, który prosił o pomoc dla Omara, był José Barbich z parafii San Rafael, która też znajdowała się w Villa Devoto. Ten sam ksiądz przy okazji debiutu Corbatty w nowym zespole mówił w rozmowie z prasą, że zna go od małego i po powrocie z Kolumbii zaproponował mu kierowanie młodzieżowym zespołem parafialnym. Możliwe więc, że zamiast w seminarium, Corbatta pomieszkiwał u niego na parafii i to tam pomagał w szkoleniu młodych adeptów futbolu. Warto jeszcze wspomnieć, że ksiądz Barbich był bliskim przyjacielem kardynała Jorge Bergoglio oraz że to on udzielał ślubie Diego Maradonie i Claudii Villafañe. O ile prześledzenie losów Corbatty od czasu powrotu z Kolumbii do debiutu w nowym zespole jest już dzisiaj raczej niemożliwe, o tyle wiemy na pewno, że w barwach San Telmo po raz pierwszy zaprezentował się 28 marca 1970 r. Jeśli zwykle na mecze przychodziło około tysiąca kibiców, to tego dnia przyszło pięć tysięcy. Przyszli zobaczyć swojego idola, który wrócił. Nie tylko miłośnicy San Telmo chcieli go oglądać. Przyszli nawet fani All Boys [występujący wówczas na tym samym poziomie rozgrywkowym klub z Buenos Aires – przyp. red.] – wspominał Bemposta. Ówczesny prezydent klubu zapewniał też, że to on wynajął Omarowi mieszkanie w Ramos Mejía. Klub swoją siedzibę miał w Isla Maciel w dzielnicy Dock Sud, czyli w tej samej okolicy, gdzie Corbatta przez jakiś czas pomieszkiwał u ciotki na początku swojej przygody z Racingiem. Razem z mamą poszliśmy go zobaczyć, kiedy debiutował. Byliśmy na trybunach podczas tego wydarzenia. Świetnie grał w San Telmo – opowiadał Jorge Brianes, syn kuzynki Omara Margarity. Dzielnicę Ramos Mejía dzieli od Isla Maciel około 25 kilometrów. Corbatta, żeby dostać się na trening, korzystał z komunikacji miejskiej, co oznaczało kilka przesiadek po drodze. Razem z nim jednak tę samą trasę zwykle pokonywał napastnik Carlos Pandolfi. Po drodze dużo rozmawialiśmy. Mówiłem mu, że przeczytałem o nim wszystko i że był idolem mojego brata. Ciągle jednak powtarzał mi, że popełnił dużo błędów. Mówił, że kiedy grał w Boca czasami za dużo pił i się upijał. (…) Ale miał wielkie serce. Dzięki niemu zdobyłem wiele bramek – mówił po latach Pandolfi. W wywiadach Corbatta podkreślał, że jest bardzo wdzięczny, że dostał szansę w San Telmo. Narzekał, że w Racingu nie znalazł pomocy i zwracał uwagę, że w jego nowym klubie potraktowano go tak, jakby spędził tam wiele lat. Pensja, jaką otrzymywał, nie była jednak zbyt wysoka i przez pewien czas dorabiał jako stróż w hipermarkecie. Duża odległość pomiędzy mieszkaniem a stadionem sprawiała, że nie zawsze brał udział w treningach. Zdarzało się też, że po zajęciach nie wracał do domu, ale udawał się do dzielnicy La Boca, gdzie szukał pocieszenia w alkoholu. W wywiadach zapowiadał, że na boisku będzie dawał z siebie wszystko i że stać go na co najmniej dwa lata gry na wysokim poziomie. Niestety jego lekceważący stosunek do treningów i brak dyscypliny spowodowały, że po paru miesiącach coraz mniej nadawał się do gry. Poprosiłem go, żeby dobrze zakończył rok. Ale on nie słuchał. Rastelli się wściekł i powiedział mi, że nie mamy więcej co na niego liczyć – wspominał Bemposta. Po raz ostatni w barwach San Telmo zagrał w grudniowym meczu z Ferro Carril Oeste. Ferro wygrało 2:0 i awansowało do ekstraklasy. Po latach Corbatta wspomniał, że w trakcie przerwy niektórzy z liderów San Telmo poprosili resztę, żeby nieco odpuścić, co bardzo go wówczas zniesmaczyło. Prezes Bemposta jednak stanowczo temu zaprzeczał. Corbatta przez dziewięć miesięcy gry w San Telmo strzelił dla klubu dziesięć bramek. Siedem z nich padło po wykorzystanych przez niego rzutach karnych. Po powrocie z Kolumbii Corbatta rozstał się też z żoną. Brak konkretnych informacji, kiedy to dokładnie nastąpiło, ale według July było to właśnie w czasie gry w San Telmo. Myślę, że zmusiła ich do tego sytuacja ekonomiczna. Tata kurczowo trzymał się picia i wierzył, że z mamą i dziadkami będzie nam lepiej. Jednak nigdy nie przestali się kochać. Mama zawsze to powtarzała. Nie było dla niej nikogo lepszego niż tata. Zawsze go kochała – mówiła Iliana.
Po rozstaniu z Omarem Silvia próbowała na nowo ułożyć sobie życie i związała się z innym mężczyzną. W 1971 r. przeprowadzili się do Chascomús, gdzie Corbatta stawiał pierwsze kroki w poważnej piłce. W połowie lat siedemdziesiątych Silvia wybrała się do Buenos Aires i spotkała z Omarem. Przygotowała byłemu mężowi ubranie i pieniądze i umówili się rano na śniadanie w hotelu Los Vascos. Mimo wczesnej godziny Corbatta dzień zaczął od lampki wina, Silvia nie miała już nawet siły się na niego złościć. To było jedno z ich ostatnich spotkań. Niestety z dziećmi Omar nie miał już później praktycznie żadnego kontaktu. Iliana wspominała, że kiedyś razem z matką i bratem pojechali do Buenos Aires, żeby załatwić jakieś urzędowe sprawy. Spotkała wtedy ojca, ale nie chciała się z nim przywitać. Ciągle miała do niego żal. Nigdy więcej go nie zobaczyła. Silvia utrzymywała potem kontakt z Titą Mattiusi, która później opiekowała się Omarem i pytała ją, jak sobie radzi jej mąż. Corbatta z kolei prosił Titę o przygotowanie kartek świątecznych dla dzieci i napisanie im, że je kocha. Kiedy w telewizji rozmawiali o tacie, albo gdy był jakiś reportaż, to mama zawsze robiła głośniej. Mama i mój brat go uwielbiali. Siadali i wiedzieli, kim jest tata – wspominała Iliana. Sama była zła na ojca i miała do niego żal. Gdy Wall zapytał ją, jak długo ta złość w niej siedziała, Iliana odparła: ,,Dopóki nie zostałam matką. Ale było już wtedy za późno. Jeszcze żył, kiedy Kimei, moja pierwsza córka, urodziła się w kwietniu 1991 r. Chciałabym móc mu powiedzieć: „Spójrz, to Twoja wnuczka”. Bardzo chciałabym z nim porozmawiać. Jednak tak się nie stało, bo nie wiedziałam, jak mnie przyjmie. Miałam mętlik w głowie”– opowiadała z żalem Iliana. Pięć miesięcy po swoim ostatnim meczu w barwach San Telmo Corbatta rozpoczął kolejny etap swojej piłkarskiej przygody. Pewnego majowego wieczoru 1971 r. zjawił się na stacji Retiro i wsiadł do autobusu firmy El Valle, który zabrał go ponad tysiąc kilometrów na południowy zachód od Buenos Aires. Celem podróży było położone w północnej Patagonii miasto General Roca, gdzie miał zostać zawodnikiem klubu Tiro Federal. Klubowi działacze od czasu do czasu odwiedzali Buenos Aires, gdzie szukali wzmocnień zespołu. Najczęściej ich celem byli już doświadczeni, odstawieni na boczny tor gracze, którzy jednak ciągle mogliby wnieść sporo do drużyny. Poza nimi rozglądano się też za młodymi chłopakami, którym nie poszczęściło się w zespołach z czołówki. Corbatta nie zaliczał się raczej ani do jednej, ani do drugiej grupy piłkarzy. Mimo to, kiedy trener Jorge Miranda dowiedział się, że Omar jest bez klubu, zapragnął mieć go w swojej ekipie. To jednak nie było takie proste, bo najpierw trzeba było ustalić, gdzie Corbatta obecnie przebywa. Zadanie to powierzono Raúlowi Moralesowi, który jako były dziennikarz miał spore znajomości w stołecznym regionie. Nie szukał jednak tylko Omara, ale rozglądał się za innymi wzmocnieniami. Pierwszym piłkarzem, którego udało mu się znaleźć był napastnik Eduardo Rosciglione, który jako 29-latek grał dla drużyny z sąsiedztwa. Razem z nim Morales udał się kilka przecznic dalej, do sklepu obuwniczego, gdzie Rosciglione przedstawił mu José Zagariego, 25-letniego obrońcę, który grał w Deportivo Español. Dopiero później udało im się dotrzeć do Corbatty. Morales twierdził, że znalazł go na stadionie Racingu, gdzie miał mieszkać, ale Rosciglione zdecydowanie temu zaprzeczył. Według niego Omara znaleźli w dzielnicy Mataderos na rogu ulic Murguiondo i Avenida del Trabajo (która dzisiaj nosi imię Evy Perón), gdzie w barze na stacji benzynowej grał w karty i raczył się winem. Corbatta nie odrywając się od gry, wysłuchał propozycji i zapytał o pieniądze. Morales nie był w stanie podać konkretnej kwoty, ale zapewnił go, że klub opłaci mu podróż, wyżywienie i zakwaterowanie na miejscu. Omar się wahał i odparł, że jeśli nie będzie pieniędzy, to nigdzie się nie wybiera. Wtedy spróbował przekonać go Rosciglione, który bardzo liczył na jego towarzystwo w czasie podróży. Loco, chodźmy na kilka dni, zobaczmy, jak to wygląda, a jeśli nam się to nie spodoba, to przynajmniej będziemy mieć dobre wakacje – przekonywał Rosciglione. To wystarczyło. Corbatta stwierdził, że w sumie nie ma niczego do stracenia i dwa dni później on, Morales, Zagari i Rosciglione wyruszyli do General Roca. Położone w prowincji Río Negro miasto General Roca znajdowało się na peryferiach wielkiego futbolu. Piłkarskie życie kraju koncentrowało się wokół Buenos Aires, a jeśli jakaś klasowa drużyna trafiła w te strony, to przeważnie podczas przedsezonowych przygotowań. Kierownictwo klubu było bardzo podekscytowane, że udało im się sprowadzić gracza z tak dużym nazwiskiem. Liczyli, że Corbatta stanie się lokalną gwiazdą, przyciągnie na stadion więcej kibiców i zwróci uwagę krajowej prasy na ten region. Dla miejscowych piłkarz stał się namiastką wielkiego futbolowego świata. Mimo że nie mieli telewizji, to doskonale wiedzieli, kim jest Omar i wielu znało jego historię. Kiedy dowiedzieli się, że Corbatta przybył do miasta, to niemal oszaleli ze szczęścia i nie mogli w to uwierzyć. Corbatta zamieszkał w pensjonacie, który prowadziła Corina Navarro. Była ona wdową i po śmierci męża na tyłach domu zbudowała kilka pokoi do wynajęcia, co miało zapewnić utrzymanie jej i ósemce jej dzieci. Pierwszą rzeczą, jaką trzeba było zapewnić Omarowi, były piłkarskie buty, bo tradycyjnie już swoich nie posiadał. Jego prezentacja w nowej drużynie odbyła się w siedzibie klubu przy ulicy Tucumán. Corbatta wyjaśniał, że ustalił z trenerem Mirandą, że nie będzie grał na skrzydle, ale w środku. Powiedział też, że oprócz gry na boisku będzie pomagał w szkoleniu. Dodatkowo opowiadał o najlepszych latach kariery, występach w reprezentacji i znakomitym turnieju w Limie.
,,Corbatta, kiedy przybył, był bardzo zniszczony, ale zaczął grać i zajął moje miejsce”– wspominał Norberto Berlatto. Trener Miranda dobrze jednak zdawał sobie sprawę ze słabości Corbatty i poprosił Berlatto, żeby zawsze był gotowy do gry, bo nie wiadomo było, kiedy Omar zgłosi niedyspozycję. Czasami grał całą połowę, a innym razem już po pół godziny nie był w stanie dalej grać i konieczna była zmiana. Pierwszy raz w błękitno-białej koszulce nowego klubu zagrał w miniturnieju, który zorganizowano z okazji przybycia nowych graczy. W niedzielę 16 maja 1971 r. ulice General Roca się wyludniły i wszyscy udali się na stadion. W imprezie oprócz Tiro Federal wzięły też udział zespoły Italia Unida, Círculo Italiano i Pacífico. Tiro najpierw wygrało z Pacífico 3:0, a potem w finale rozbiło 5:1 Italię Unida, która wcześniej 1:0 pokonała Círculo Italiano. Corbatta bramki co prawda nie zdobył, ale swoją grą wzbudził zachwyt kibiców i miejscowej prasy. Corbatta, fundamentalny element zespołu. Wielkie otwarcie. Zawsze bez krycia. Grał i tworzył grę. Kiedy uderzał, to jego strzały były jak pół gola, a kiedy chciał wejść z głębi, to robił to od ręki. Do tego wszystkiego dołożył dwa lub trzy genialne zagrania, które uświetniły ten znakomity występ – pisano po meczu na łamach kroniki Río Negro. Ciągle jednak brakowało oficjalnego potwierdzenia, że cała trójka dołączy do klubu. Piłkarze oczekiwali regularnej pensji, a także premii i nagród dla siebie. Bez tego nie zamierzali zostać w General Roca. Prezes Himerio Martínez nie mógł im jednak tego zapewnić. Jedyne, co mógł zaoferować to zakwaterowanie, wyżywienie i kilka diet. Żeby przekonać ich do pozostania, zaproponował im normalną pracę. Musieli tylko się zdecydować, co chcieliby robić. Mieli do wyboru pracę na dworcu kolejowym, gdzie liczyliby skrzynki jabłek przygotowywane do transportu, mogli też jako cywile wykonywać prace biurowe na komisariacie albo pracować jako kasjerzy w banku. Zawodnicy stwierdzili jednak, że jeśli mają pracować, to wolą wrócić do Buenos Aires. Wtedy Martínez wymyślił, że w trójkę mogą prowadzić sklep obuwniczy, gdzie głównym magnesem dla klientów miał być oczywiście Corbatta, ale ten pomysł też szybko upadł. Wreszcie prezes zaprosił ich do swojego biura, żeby podjęli ostateczną decyzję. Rosciglione i Zagari poszli tam sami, bo Corbatta wyjaśnił im, że nie może im towarzyszyć, ponieważ musiał zjeść przygotowanego dla niego indyka na farmie. Kiedy obaj stanęli przed prezesem, ten zapytał, czemu wreszcie się nie zgodzą zostać, tak, jak Omar, który podjął już decyzję. To dlatego Corbatta nie poszedł z nimi – już wcześniej dogadał się z prezesem. Rosciglione i Zagari jeszcze tej samej nocy udali się na dworzec, żeby wrócić do stolicy. Omar ich odprowadził, a na pytanie dlaczego chce zostać, odpowiedział, że oni obaj mają przecież rodziny, a on sam praktycznie nie ma do czego wracać. Tito Federal było amatorskim zespołem, choć zdyscyplinowany i bardzo ambitny trener Jorge Miranda próbował narzucić zawodnikom nieco bardziej profesjonalny rygor. Dbał o przygotowanie fizyczne i dietę piłkarzy, a także bardzo dużą wagę przywiązywał do meczowej taktyki. Drużyna trenowała jednak tylko dwa razy w tygodniu, wieczorami, kiedy większość zawodników skończyła swój dzień pracy, więc szkoleniowcowi ciężko było wykrzesać maksimum z piłkarzy. Corbatta na treningach się nie przemęczał. Trochę pobiegał i pograł z kolegami, a potem ruszał w swój rajd po miejscowych barach i knajpach. W klubach grywały lokalne zespoły, a na parkietach królowały tango, milonga, bolero, cumbia i rock’n’roll. Omara jednak najczęściej można było spotkać przy barze, gdzie raczył znajomych swoimi opowieściami. Obojętnie czy odwiedzał akurat cukiernię, kawiarnię czy kręgielnię, to zawsze znajdował się ktoś, z kim mógł porozmawiać o piłce i kto zapraszał go na jedzenie czy drinka. Miranda starał się pilnować swoich graczy i często incognito przechadzał się po barach, a kiedy spotkał jakiegoś swojego zawodnika, natychmiast odsyłał go do domu. Pomagało mu w tym dwóch niepijących napastników Carlo Carosanti i Cacho Montoto, którzy szczególną uwagę mieli zwracać na Corbattę. Kiedy któryś z nich spotykał Omara, to odwoził go do pensjonatu Coriny Navarro. Nie zawsze było to proste, bo czasami piłkarz się upierał, żeby jeszcze chwilę zostać. Koledzy jednak pozostawali niewzruszeni i zabierali kolegę do domu. Miranda kontrolował Corbattę nawet w pensjonacie. Często pilnował go wieczorami, próbując nie spać, ale Omar nawet wtedy potrafił się wymknąć. Czekał, aż trener zaśnie lub samochód, który go odstawił, odjedzie i wtedy ponownie wychodził. Trener próbował go przekonać do zmiany zachowania. Uświadamiał go, że musi być bardziej odpowiedzialny, jeśli chce dalej grać w drużynie. Jednak uzależniony Corbatta nawet jeśli wiedział, że robi źle, nie był w stanie przeciwstawić się nałogowi. Mecze w General Roca często obfitowały w brutalne starcie i przepychanki. Podczas towarzyskiego meczu z San Martín de Cipolletti sędzia wyrzucił z boiska jednego z zawodników tej drużyny, ale ten nie miał zamiaru opuszczać murawy. W końcu musiała pomóc mu policja. Zaczęły się przepychanki, a kiedy jeden z graczy Tiro został powalony na ziemię, rozpoczęła się regularna bijatyka. Równocześnie walka wywiązała się też między kibicami. Nie był to odosobniony przypadek i nieraz zdarzało się, że najbardziej krewcy piłkarze kończyli mecz w policyjnym areszcie. Dla Omara takie zachowania były czymś niespotykanym, ale zawsze starał się trzymać z dala od tych bijatyk.
2
@FCBparasiempre
Dla Corabtty najważniejsze było jednak to, co wydarzyło się pomiędzy tymi spotkaniami. Po meczu z Racingiem trener Hormazábal pozwolił argentyńskim piłkarzom na opuszczenie hotelu, ale zaznaczył jednocześnie, że mają wrócić wieczorem w przeddzień meczu z River Plate. Wrócili wszyscy oprócz Corbatty. Omar w hotelu pojawił się dopiero następnego dnia. Nikt nie wiedział, co się z nim działo w tym czasie, ale jasne stało się, że Corbatta znowu dał się ponieść nocnemu życiu. Kiedy Arriola wszedł do jego pokoju, zastał piłkarza pijanego, a pod łóżkiem walały się jeszcze puste butelki po piwie. Prezes klubu spełnił obietnicę złożoną trenerowi i natychmiast odsunął Omara od zespołu. Wyrzucił go też z hotelu, w którym zatrzymała się drużyna, ale nie odesłał do Kolumbii, tylko zostawił na miejscu. Corbatta razem z żoną i dziećmi został w Buenos Aires i zatrzymał się w domu teściów.
W kolumbijskiej prasie zawrzało. Gazeta El Colombiano wytykała praktycznie całkowity brak dyscypliny w zespole. Zwracano też uwagę, że Corbatta nie był jedynym, który podpał w Buenos Aires. Również inni argentyńscy gracze raczyli się wtedy winem, a dodatkowo wielu z nich miało też słabość do palenia. Hormazábal miał rzekomo spoliczkować Corbattę, kiedy zobaczył, w jakim jest stanie, ale później temu zaprzeczał. Pojawiały się wewnętrzne spory w zespole. Kolumbijczycy skarżyli się, że Argentyńczycy cieszą się większymi przywilejami. Sprawa nie ucichła po powrocie do kraju. W Boliwii DIM tylko zremisowało 1:1 z Bolívarem i wygrali 2:1 z 31 de Octubre. Na dodatek wyniki Santa Fe również nie powalały na kolana – trzy porażki i jeden remis. Magazyn Vea Deportes pisał o katastrofie kolumbijskiego futbolu. O niepowodzenia kolumbijskich klubów zaczęto oskarżać zagranicznych zawodników, którzy nie zawsze grali z pełnym zaangażowaniem i często zabierali miejsce młodym Kolumbijczykom. W DIM występowało wówczas więcej Argentyńczyków niż Kolumbijczyków. W prasie zaczęła się kampania na rzecz rodzimych zawodników, w którą wkrótce zaangażowały się też władze, czego efektem było wkrótce wprowadzenie limitu dla obcokrajowców. Od tej pory w zespole musiało występować przynajmniej siedmiu graczy z Kolumbii. Rozbrat Corbatty z Medellín nie był jednak ostateczny, gdyż wrócił do DIM w lutym 1968 r. Nie ma jednak zbyt wielu informacji o tym, co robił przed powrotem do Kolumbii. Latem 1968 r. udzielił wywiadu magazynowi Vea Deportes, w którym twierdził, że grał przez ten czas w klubie Comunicaciones, którego siedziba znajdowała się tylko dwadzieścia minut drogi od domu jego teściów. Zespół ten występował na trzecim poziomie rozgrywkowym, a jego szkoleniowcem był wówczas bliski znajomy Omara Ángel Perucca. Był on byłym zawodnikiem Newell’s, a w latach czterdziestych był ważnym elementem argentyńskiej reprezentacji. Nie ma jednak żadnych zapisków, które potwierdzałyby, że Corbatta rzeczywiście występował w Comunicaciones. Według Alejandro Walla najbardziej prawdopodobnym wydaje się, że Omar mógł po prostu tylko trenować z tą drużyną do czasu, aż jego sytuacja się nie wyjaśni. Corbatta miał też podjąć próbę powrotu do Racingu, ale również tutaj brak jest konkretnych szczegółów. Chciałem zostać w Argentynie, żeby grać, ale wygląda na to, że 30-latek jest już tu zbyt stary. U mnie wszystko jest w porządku. Trochę mi smutno, że ludzie tutaj tak dużo mówią o tym, że 30-latkowie są już za starzy. Ale tu w Argentynie bardzo się w tej ocenie wszyscy mylą. Prawda jest taka, że jako piłkarz byłem… Naprawdę nie potrafię siebie zdefiniować… Mogę powiedzieć, że z tego co wiem, to… wszyscy mówią, że jako prawy skrzydłowy byłem niesamowity… Tak mówią ludzie, ale sam nie wiem, jak będzie – mówił w wywiadzie udzielonym na lotnisku tuż przed wylotem do Kolumbii. Do Kolumbii wrócił w lutym. Ciągle był popularny w Medellín i kibice coraz głośniej zaczynali domagać się jego powrotu do zespołu. W końcu Arriola ugiął się pod wywieraną przez sympatyków klubu presją i w styczniu 1968 r. zaproponował Omarowi powrót do klubu. ,,Wszyscy gracze chcą, żeby wrócił”– mówił Arriola na łamach El Colombiano. DIM było już wówczas innym klubem. Słabe wyniki w Copa Libertadores spowodowały spore problemy finansowe i realne stało się widmo bankructwa. Bardzo duże koszty wiązały się z meczami wyjazdowymi zespołu podczas Copa Libertadores. W składzie było dziewięciu Argentyńczyków i każdy z nich zabierał ze sobą rodzinę. W efekcie klub więcej pieniędzy wydawał na zakwaterowanie niż na transport zespołu. Nowym trenerem drużyny został Kolumbijczyk Rodrigo Fonnegra. Był on odpowiedzialny nie tylko za wybór składu i opracowanie taktyki, ale do jego zadań należało też przygotowanie fizyczne zespołu. Łączenie tych funkcji było pierwszym z wielu elementów planu oszczędnościowego wprowadzonego w klubie. Tym, który zasugerował, żeby ponownie sięgnąć po Corbattę, był Argentyńczyk Héctor Chichí Molina. ,,Wiedziałem, że to zły pomysł. Jednak zespół potrzebował idola, a on właśnie takim idolem był”– mówił Molina. Powrót Corbatty nie tylko złagodził nastroje wśród kibiców, ale pomógł też zwiększyć wpływy z biletów. O tym, jak ważny dla sympatyków klubu był Corbatta, przekonano się już w dniu jego powrotu, kiedy na lotnisku wyczekiwała go spora grupa kibiców. Spodziewane większe dochody z biletów nie rozwiązały jednak wszystkich kłopotów finansowych klubu, który miał nawet problem z wypłacaniem pensji. Została więc utworzona spółdzielnia wśród piłkarzy, która miała odpowiednio rozdzielać zyski. 42 procent dochodów zatrzymywali zawodnicy, a reszta przeznaczona była na reklamę, pensje szeregowych pracowników klubu i spłatę zadłużenia. Corbatta zgodził się na takie warunki i zapowiedział, że z kolegami zarobią nawet więcej pieniędzy niż wcześniej, bo jeśli nie będą wygrywać, to nie będą też mieli co jeść. Nieco zdziwiona jego powrotem była kolumbijska prasa. El Colombiano miało wątpliwości, czy zawodnik rzeczywiście zmienił swoje podejście, ale jeśli tak, to według gazety powinien zostać w klubie przyjęty z wszelkimi honorami. Sam Corbatta w wywiadzie, którego udzielił Vea Deportes, zapewniał, że to, co złe zostawił już za sobą.
,,Wracam z czystą i podniesioną głową, żeby odpowiedzieć za moje słowa i czyny z przeszłości, ale w duchu chcę zapomnieć o minionych czasach. To jest początek nowego etapu”– mówił piłkarz. Fonnegra wiedział o problemach Omara, ale zdawał sobie też sprawę, że Corbatta ciągle potrafi grać na wysokim poziomie. W rozmowie z prezesem zasugerował, że Hormazábal być może nie potrafił odpowiednio dotrzeć do Omara i że on sam ma na to inny pomysł. Corbatta, który trochę przybrał na wadze, miał grać w środku, do czego ostatecznie udało się go przekonać i był bardzo podekscytowany przed pierwszym meczem po powrocie, w którym przeciwnikiem DIM był zespół Deportes Tolima. W tych okolicznościach Argentyńczyk lśnił na boisku. Przy swojej nadwadze stale był w ruchu i pokazywał tak charakterystyczną dla siebie kontrolę nad piłką – pisano po jego powrocie na łamach Vea Deportes. Corbatta z żoną i dziećmi znowu zamieszkał w dzielnicy Calasanz, ale w nieco innej okolicy niż poprzednio. Wiedli spokojne życie, Silvia nie nawiązywała bliższych relacji z żonami innych piłkarzy, a Omar większość czasu spędzał w domu. Zaprzyjaźnił się też z sąsiadem o imieniu Guillermo, z którym często popijali razem piwo. Nydia – żona Guillermo – przygotowywała im sancocho, czyli tradycyjną kolumbijską zupę z kurczakiem, kukurydzą i ziemniakami, która była przysmakiem Omara. Silvia była piękna, miała piękne ciało. Omar był wyjątkową osobą, bardzo dobrą. Byli bardzo swojscy i dobrze się dogadywali, nigdy nie traktowali się źle. Naprawdę się kochali. Omar i Silvia nigdy nie traktowali się źle i nigdy nie byli wplątani w żadne skandale. Nie mieli luksusów. Nie mieli samochodu. Czasami przyjeżdżał tu klubowy autobus – wspominała po latach swoich dawnych sąsiadów Nydia. W Medellín nigdy nie opływali w luksusy, ale problemy finansowe klubu sprawiły, że musieli żyć skromniej niż wcześniej. Wielu piłkarzy szukało jakiś dodatkowych zajęć poza futbolem, żeby zwyczajnie sobie dorobić. Rodolfo Ávila i Edgardo López otworzyli restaurację, Perfecto Rodríguez i Héctor Molina założyli sklep sportowy, a Ramón García z Germánem Acerosem sklep obuwniczy. Z kolei Corbatta, który nie umiał czytać i pisać, zaczął sprzedawać książki. W ten biznes wkręcił go Molina, który początkowo sam się tym zajmował. Jego kolega zajmował kierownicze stanowisko w wydawnictwie Plaza & Janés i zapewniał towar, a Molina miał się zająć wynajęciem biura i znalezieniem sprzedawców. Po jakimś czasie wpadł na pomysł, że dzięki swojej popularności w tej roli dobrze sprawdziłby się Corbatta. Z każdej sprzedanej książki otrzymywał dziesięć procent, a sprzedawał ich całkiem sporo. Wielu klientów przychodziło głównie ze względu na niego, chcąc też przy okazji zrobić sobie razem z nim zdjęcie. W pracy nie przeszkadzał mu fakt, że sam nigdy żadnej książki nie przeczytał, bo zawsze obok był inny sprzedawca, który mógł udzielić bardziej szczegółowych informacji na temat konkretnej pozycji. Corbatta miał tylko ładnie wyglądać i być miłym dla ludzi. Praca pozwoliła mu nieco podreperować domowy budżet, ale nie trwało to zbyt długo. Omar nie chciał mieć zbyt dużo zobowiązań poza piłką, a dodatkowo źle się czuł na spotkaniach z innymi sprzedawcami, gdzie wręczano mu długopis i notatnik, żeby mógł notować to, co było na nich omawiane. Znowu bardzo dobrze prezentował się na treningach. Często urozmaicał je sobie i kolegom różnymi konkursami czy popisami. Lubił wieszać ręczniki na poprzeczce i potem trafiać w nie futbolówką. Swoimi umiejętnościami przyciągał na treningi nie tylko fanów DIM, ale zdarzało się też, że chętnie podziwiali go kibice Atlético Nacional. Darzyli go dużym szacunkiem i cieszyli się, że piłkarz tej klasy gra w Medellín. Widok Corbatty w barze Atlenal, który był miejscem spotkań fanów Atlético, nikogo wówczas nie dziwił. Jednak do barów Corbatta nie zaglądał zbyt często, bo żona ciągle go kontrolowała. To ona rządziła w domu pieniędzmi i pilnowała, żeby mąż nie przesiadywał zbyt długo poza domem. Wolała go mieć pod kontrolą, nawet pijanego, ale w domu niż na mieście. W oczach kolegów Omara z zespołu była bardzo zaborczą kobietą, a niektórzy zarzekali się nawet, że uprawiała czary, żeby kontrolować męża. Doświadczyłem tego pewnego popołudnia, kiedy graliśmy w bilard. Byliśmy razem z Gallego i Santamaríą, a Omar zaczął się niepokoić i chciał wracać. „Poczekaj stary, skończymy grać” – powiedzieliśmy mu. Ale to do niego nie docierało i w końcu wyszedł. Mówiono, że Silvia zapaliła papierosa i wypuszczając dym, powiedziała „za pół godziny mam go w domu”. To go prześladowało – opowiadał Alfonso Jaramillo.
Trener Fonnegra również pilnował, żeby jego podopieczni zbyt często nie pojawiali się w barach. Oszczędności w klubie spowodowały, że przed meczami u siebie zawodnicy nie zbierali się już razem w hotelu, ale spali w swoich domach. Spotykali się w dniu meczu i po wspólnym posiłku udawali się na stadion. Szkoleniowiec, żeby mieć pewność, że zawodnicy poprzedni wieczór spędzają grzecznie, dzwonił do nich i sprawdzał w ten sposób, czy są w domu. Początkowo dzwonił o 21:00, ale po pół godziny niektórzy i tak wychodzili na miasto. W końcu więc zaczął dzwonić o 23:00, kiedy już było zbyt późno na wyjście. Ale i na to piłkarze znaleźli sposób. Prosili wtedy żony albo matki, żeby powiedziały, że ci już śpią, a trener nie chcąc ich budzić, wierzył w te zapewnienia. Canocho Echeverry powiedział mi dużo później, że tak robili, ale to był mój jedyny sposób na utrzymanie ich pod kontrolą, nie miałem innego wyjścia – mówił po latach trener Fonnegra. Dodatkowo w każdy wtorek po poniedziałkowym wolnym zbierał zawodników na środku boiska i jeśli któryś z piłkarzy podpadł przed meczem lub spóźnił się na trening, musiał zapłacić karę. Trzeba ją było uregulować przed końcem tygodnia, a pieniądze były przeznaczane na mięso, które miało później trafić na grill. Pierwszy swój sezon po powrocie Corbatta z kolegami zakończyli w środku tabeli. Jak na klub borykający się ze sporymi kłopotami finansowymi, wynik ten był całkiem niezły. W 1969 r. trener Fonnegra ustąpił ze stanowiska i zastąpił go Hector Molina. To właśnie z Moliną w roli trenera Corbatta zaliczył jeden ze swoich najbardziej spektakularnych występów w Kolumbii. 25 maja 1969 r. w Ibagué DIM rozbiło Deportes Tolima aż 8:3. Jak pisał Wall, Corbatta tym meczem zbudował swoje wielkie dzieło sztuki w Kolumbii i to ten występ jest pierwszym skojarzeniem z grą Omara w DIM. Powiedział mi, że nie chce biegać i grać na jako „ósemka”. Ale w końcu go przekonałem i się przełamał. Potem przyszedł do hotelu, żeby ze mną porozmawiać, a ja mu powiedziałem „Widziałeś, jakie to łatwe?”. Dzięki temu przekonałem go, żeby dalej grał na tej pozycji. Ale budowa ciała już mu nie pomagała. Nie nadawał się już wtedy, żeby grać jako „ósemka” ani „siódemka” – wspominał Molina. Niestety wkrótce później zespół zaczął grać coraz słabiej. Nie potrafił wygrywać ani na swoim terenie, ani tym bardziej na wyjeździe. Najbardziej bolesna była porażka 0:6 z Deportes Quindío. Wkrótce potem Molina musiał pożegnać się z posadą, a Alfonso Arriola za wszelką cenę próbował z powrotem ściągnąć Fonnegrę. Oliwy do ognia dolał syn prezesa – Mauricio, który pomagał w rozwiązaniu problemów finansowych i który jako głównego winowajcę słabej postawy drużyny wskazał Omara. ,,Rak zespołu nazywa się Orestes Omar Corbatta”– powiedział Mauricio dziennikarzom. Dodatkowo zapewnił dziennikarzy, że piłkarz zostanie zwolniony z klubu. Corbatta dowiedział się o tym od żony, która przeczytała o tym w prasie. Wściekły na takie potraktowanie Omar udał się do biura Arrioli i zaczął się z nim wykłócać. Razem z nim była też Silvia, która również nie przebierała w słowach. Krzyki i obelgi były tak głośne, że całe towarzystwo trzeba było rozdzielać, żeby nie skończyło się na rękoczynach. ,,To był skandal, na który instytucja taka jak DIM nie zasługuje”– oburzano się na łamach ,,El Colombiano.” Arriola zagroził, że albo on odejdzie, albo Corbatta. Dla Omara był to ostateczny koniec pobytu w Medellín. Opuścił drużynę pod koniec sierpnia 1969 r. Kilkanaście miesięcy później klub popadł w jeszcze większe kłopoty i wkrótce przestał być własnością rodziny Arriola. Losy Corbatty po powrocie z Kolumbii nie są do końca jasne. Najprawdopodobniej początkowo razem z Silvią i dziećmi zamieszkał u teściów. Później mieli przenieść się do domu w Ramos Mejía w zachodniej części metropolii Buenos Aires. Według siostry Silvii – July – mieszkanie to miał wynająć im ich ojciec Julio César. Inną wersję przedstawił Albino Bemposta – były prezes klubu San Telmo, w którym później występował Corbatta. Według niego Omar po powrocie był w bliskich kontaktach z seminarium metropolitarnym w Villa Devoto. Tym samym, które odwiedzał swego czasu na zaproszenie ojca Mugicy. Możliwe też, że tam pomieszkiwał.