8

Najstarszy profesjonalny i międzynarodowy turniej w dziejach futbolu:

5 grudnia 1959 r. Brazylia pokonała w Guayaquil Paragwaj 3:2. To był mecz otwierający 27 edycje Copa America. Po raz pierwszy i jedyny w historii Campeonato Sudamericano odbyło się dwukrotnie w tym samym roku. Jeszcze nie przebrzmiały echa i komentarze po wiosennej imprezie w Buenos Aires a już w grudniu tegoż 1959 roku najlepsi piłkarze z kontynentu zjeżdżali do Ekwadoru. Formalnym powodem było uroczyste otwarcie nowego, pięknego Estadio Modelo w Guayaquil, mieszczącego ponad 55 tys. widzów. Rzeczywiście frekwencja dopisała nad podziw i niemal na każdym meczu trybuny były szczelnie wypełnione. Żywe wciąż było w Guayaquil wspomnienie fantastycznego turnieju z 1947 i niezapomnianych wyczynów Moreno, Di Stefano, Loustau, Valeriono Lopeza, Gambetty czy Livingstone”a. Obrońca tytułu, Argentyna wydawała się murowanym faworytem. Postanowiono powtórzyć eksperyment z połowy dekady, zestawiając po raz drugi w historii w komplecie klubową piątke napadu. Ponieważ rozgrywki ligowe sezonu 1959 w wielki stylu wygrało San Lorenzo, reprezentacyjny atak sformowali: Facundo, Ruiz, Omar Garcia, Sanfilippo, Boggio. Wprawdzie formacja ta żadnego meczu nie dokończyła w takim zestawieniu bo na zmiany wchodzili Pizzuti i Belen, niemniej słynny rekord Independiente został wyrównany. Formacja ta była idealnie zgrana i rozumiejąca się ,,na pamięć”. Potwierdziło się to w pierwszym, zwycięskim meczu z Paragwajem(4:2). Rozbicie tej formacji już w następnym meczu z Ekwadorem zakłóciło płynność gry, co w efekcie zakończyło się nieoczekiwaną stratą punktu. Cztery dni później przeciwnikiem Argentyny był Urugwaj. Ciągłe roszady w składzie Albicelestes i brak konsekwencji taktycznej doprowadziło do klęski, której rozmiary były zatrważające. Po 25 minutach Urugwajczycy prowadzili 3:0, potem już tylko niemiłosiernie punktując rozbitych psychicznie przeciwników. Wynik 5:0 był szokiem dla całej sportowej Argentyny i zwiastował nadejście ciężkich czasów dla jej futbolu. Nie pomogło w niczym zwycięstwo nad Brazylią 4:1, tym bardziej iż mistrzowie Świata przysłali do Ekwadoru trzeciorzędną ekipe, złożoną z graczy stanu Minas Gerais. Urugwaj natomiast zaczął rozgrywki od wygranej z Ekwadorem i zakończył stratą punktu ze słabiutkim Paragwajem. Mimo zwycięstwa ,,Celestes” w turnieju, przez prase przetoczyła się namiętna fala krytyki a na trenerze Corazzo nie zostawiono suchej nitki. Wytykano mu złą koncepcje kadrową, rezygnacje z renomowanych piłkarzy Peñarol i tysiąc innych grzechów. Jednak personalnie eksperymenty trenera miały swoje uzasadnienie. Po niepowodzeniu w poprzednim turnieju postanowił on radykalnie odmłodzić zespół i głębiej sięgnąć do przebogatych rezerw, które jak słusznie podejrzewał, tkwią w mniejszych klubach. Trzon drużyny stanowili zawodnicy Nacional Montevideo, u boku których wspaniale rozkwitły nowe talenty. Podobny schemat zastosował Atilio Narancio w roku 1923. W efekcie Urugwaj tryumfuje po raz 10-ty w historii, wyprzedzając o 2 punkty Argentynę i o 3 Brazylię. Królem strzelców turnieju zostaje legendarny napastnik Jose Sanfilippo z dorobkiem 5 goli. Natomiast najlepszym piłkarzem turnieju wybrano Alcidesa Silveire.

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

10

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

5 grudnia 1930 r, w Zabrzu-Biskupicach urodził się Ginter Gawlik. Dorastał w Biskupicach, które dzisiaj są dzielnicą Zabrza. Pierwsze piłkarskie nauki zaczął pobierać w czasie okupacji. Trenował w niemieckim kolejowym klubie Reichsbahn SV Borsigwerk. Po zakończeniu działań wojenny był zawodnikiem Górnika Biskupice, w którym spędził pięć lat. Talent młodego zawodnika został dostrzeżony przez działaczy Górnika Zabrze. Gawlik był już wówczas w kadrze Śląska Opolskiego i wydawało się, że wszystko jest już załatwione. Jedną z form ekwiwalentu za zmianę barw klubowych miał być towarzyski mecz pomiędzy obiema drużynami. Jednak w przerwie tego spotkania Gawlik oświadczył, że nigdzie się nie wybiera i że zostaje w Biskupicach. Podobno taka była wola jego ojca, któremu kibice mieli zrzucić się na butelkę czegoś mocniejszego. Zabrzanie nie wyszli na drugą połowę i doszło do przepychanek i awantur. Ostatecznie jednak Gawlik zagrał w Górniku. W lidze zadebiutował w meczu z Odrą Opole. Przez kolejne lata był podstawowym zawodnikiem i razem z kolegami awansował do I ligi. W elicie występował przez dziewięć sezonów i w tym czasie pięciokrotnie cieszył się ze zdobycia mistrzostwa (1957, 1959, 1961, 1963, 1964). Karierę zaczynał jako prawy łącznik, ale trener Zoltán Opata przesunął go do pomocy. Był etatowym wykonawcą rzutów wolnych. Ze względu na świetną grę pozycyjną, bezbłędną grę głową, dalekie i celne podania, a także duże umiejętności strzeleckie nazywano go „polskim Bozsikiem”. W reprezentacji debiutował w przegranym 0:3 meczu z ZSRR w Moskwie 23 czerwca 1957 r. Zaliczył tylko siedem występów, ale miał swój udział w chorzowskim zwycięstwie nad naszymi wschodnimi sąsiadami, będąc jednym z najlepszych na boisku. Po odejściu z Górnika w 1964 r. wybrał życie w dalekiej Australii, gdzie grał w Polonii Sydney, którą później też trenował. Po australijskiej przygodzie nie wrócił do Polski i osiadł w Niemczech. ,,Ginter potrafił znakomicie prowadzić piłkę. Swoją posturą wzbudzał respekt u rywali. Był znakomicie wyszkolony technicznie. Potrafił świetnie strzelać z dystansu.” – wspominał kolegę Stanisław Oślizło. W Reprezentacji rozegrał 7 meczów, strzelając 1 gola.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

6

@FCBparasiempre
Znamy mistrzów jednej dziedziny. Nie cechuje ich wszechstronność, jednak w swoim fachu są najlepsi. Istnieją też ludzie, którzy nie ograniczają się do konkretnego fachu. Można ich określić mianem (jednych mniej, innych bardziej) „ludzi renesansu”. Stają się mistrzami na wielu frontach i udowadniają, że powiedzenie „Jak ktoś jest od wszystkiego, to jest do niczego”, jest nieprawdziwe. Jedną z takich postaci był Marian Łącz, piłkarz i aktor. Przed laty sportową wyobraźnię kibiców rozbudzał Wacław Kuchar. Uprawiał m.in. piłkę nożną, łyżwiarstwo szybkie, hokej na lodzie i lekkoatletykę. We wszystkich tych dyscyplinach był reprezentantem Polski. Na igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu urzekła nas Ester Ledecka. Czeszka dokonała rzeczy niesłychanej, zdobywając złote medale zarówno w narciarstwie alpejskim jak i snowboardzie. Wszechstronnych osób nie brakowało też w świecie kultury. David Bowie był prawdziwym muzycznym geniuszem. Grał na wielu instrumentach. Tworzył dzieła w różnych gatunkach. Nie ograniczał się do muzyki. Był także aktorem, malarzem i kolekcjonerem sztuki. Na wielu artystycznych płaszczyznach spełniał się również Stanisław Ignacy Witkiewicz. Zajmował się literaturą, malarstwem i fotografią. Był także filozofem. Wspomniane postaci zajmowały się wieloma dziedzinami, ale Kuchar i Ledecka to osobowości sportowe, a Bowie i Witkiewicz to ikony kultury. Marian Łącz połączył oba te światy. Spełniał się w sporcie i w kulturze. Pogodził kopanie piłki i aktorstwo. Występował na piłkarskich boiskach oraz na teatralnych deskach. Oklaskiwali go zarówno fani futbolu jak i miłośnicy kina i teatru.

Marian Łącz urodził się 5 grudnia 1921 roku w Rzeszowie. Jego pierwszym klubem była Resovia, w której grał do wybuchu II wojny światowej. Na boisku też odznaczał się wszechstronnością. Grać w piłkę zaczął w wieku 15 lat. Na początku był bramkarzem. Z czasem jednak zmienił pozycję i stał się napastnikiem. Tak o piłkarzu na łamach „Nowin” w artykule „Aktor, o którym Rzeszów zapomniał” opowiadał Gerard Górnicki – boiskowy kolega Łącza, późniejszy prozaik, publicysta, autor sztuk scenicznych i powieściopisarz: ,,Marian grał razem ze mną w juniorach, a potem w seniorach Resovii. Ja broniłem bramki, a on szalał w ataku. Był niezwykle zdolnym piłkarzem i wspaniałym człowiekiem: wesołym, dowcipnym, koleżeńskim. W wolnych od trenowania chwilach często chodziliśmy na różne imprezy, wesela.” W czasie wojny Niemcy zabraniali uprawiać sport. Bohater tego tekstu oczywiście tego zakazu nie zamierzał przestrzegać. Uczestniczył w tajnych meczach piłkarskich. Kopał piłkę w rzeszowskim Sokole. W tym mieście stawiał pierwsze kroki nie tylko w futbolu, ale i na scenie. Pod okiem Wandy Siemaszkowej, która w 1945 roku została dyrektorką tamtejszego teatru, zaczynał przygodę z aktorstwem. Debiutował rolą Janka Topolskiego w „Lekkomyślnej siostrze”. Ze stolicy Podkarpacia ruszył w Polskę. Pierwszym przystankiem w jego bogatej krajowej karierze była Jelenia Góra. Powodem przenosin do tego miasta była miłość. Opowiadał o tym na łamach „Nowin” Tadeusz Hogendrorf – kolega z szatni, występujący w latach 30. w Resovii: ,,W rzeszowskim teatrze pracowała aktorka Stefania Domańska. „Makuś”, jak go nazywaliśmy, zapałał ku niej gorącym uczuciem. Gdy więc Domańska wyjechała organizować teatr w Jeleniej Górze, Łącz podążył za nią.” Następnie wyjechał do Gdańska. To właśnie w Trójmieście zastał go koniec wojny. Trafił tam razem z kolegami z rodzinnego miasta, Stanisławem Baranem i Tadeusz em Hogendorfem. Byli graczami Klubu Sportowego Biura Odbudowy Portów „Baltia”. Rzeszowskie trio spisywało się znakomicie. Ich pobyt nad morzem nie trwał jednak długo. Gdańscy kibice, delikatnie mówiąc, nie byli zadowoleni z nazwy klubu, za który trzymali kciuki. Rzeszowianie namawiali do przyjęcia nazwę „Lechia”, wzorem słynnego lwowskiego klubu. Rady zostały wysłuchane i wcielone w życie. Ówczesne przepisy przewidywały możliwość wypowiedzenia umowy przez zawodnika w przypadku zmiany nazwy klubu. Byli piłkarze Resovii z tego skorzystali i przenieśli się do Łodzi. W Łódzkim Klubie Sportowym Łącz stał się prawdziwą gwiazdą. W sezonie 1948 zaliczył 17 trafień. W kolejnym, z wynikiem lepszym o jedną bramkę, został drugim najlepszym strzelcem ligi. Jako zawodnik tego klubu zadebiutował w reprezentacji. Pierwszy mecz w narodowych barwach rozegrał w 1949 roku przeciwko Rumunii. Później jeszcze dwukrotnie wystąpił w kadrze. W Łodzi zaczął też już całkiem poważnie myśleć o aktorstwie. Po przeprowadzce do tego miasta podjął studia na Akademii Teatralnej. Ta wkrótce została przeniesiona do Warszawy i jasne stało się, że do stolicy musi przenieść się także Łącz. Otrzymał angaż w Teatrze Polskim i został zawodnikiem stołecznej Polonii. Dlaczego Czarne Koszule? Przede wszystkim dlatego, że stadion tego klubu znajdował się blisko teatru. Aktorstwo i piłka nożna. Wydaje się to niezwykłe, ale Marian Łącz zdołał pogodzić obie pasje. Jego córka, znana aktorka Laura Łącz opowiadała w wywiadzie przeprowadzonym na łamach „Przeglądu Sportowego” przez Piotra Wołosika o swoim ojcu: ,,Trener zdejmował go z boiska chwilę przed końcem pierwszej połowy, by kibice mogli brawami nagrodzić swojego „Makusia”. Wiedzieli, że po przerwie na boisko nie wróci. Kiedy zawodnicy przygotowywali się do drugiej połowy meczu, on szykował się do zaprezentowania umiejętności przed publicznością zgromadzoną w teatrze. O tym jak trudne było łączenie dwóch tak odmiennych fachów, świadczy anegdota przywołana w tekście „Marian Łącz – najlepszy piłkarz wśród aktorów” opublikowanym na portalu Onet Sport: ,,Pewnego dnia pędził do teatru, by zagrać w „Ożenku” Nikołaja Gogola. Wpadł do garderoby tuż przed swoją kwestią, szybko założył strój, perukę i zziajany wybiegł na scenę. Zdziwił się, bo publiczność przywitała go salwami śmiechu. Powód wesołości widzów odkrył , gdy spojrzał w dół – na jego nogach wciąż tkwiły korki i getry piłkarskie. Komu jak komu, ale jemu zostało to wybaczone bez chwili wahania.”

Piłkarz, a jednocześnie aktor, był postacią barwną, kochającą życie, sypiącą anegdotami. Znany był z poczucia humoru. Potwierdza to jego córka we wspomnianym już wcześniej wywiadzie: ,,Ojciec był wielkim entuzjastą życia. Człowiek, który zawsze był w dobrym humorze, pogodniejszego nie spotkałam. Rano wstawał uśmiechnięty, radosny.” W Polonii Warszawa Łącz nie zawodził. Grał na wysokim poziomie, do jakiego przyzwyczaił będąc zawodnikiem ŁKS-u. Gorzej za to wiodło się drużynie. Zanim rzeszowianin przeniósł się do stolicy, Czarne Koszule zostały pierwszym powojennym mistrzem Polski. Później, po przyjściu Łącza, zespół spadł najpierw do drugiej, a następnie do trzeciej ligi. Jednak nie tylko złe chwile związane są z pobytem zawodnika w Warszawie. W 1952 roku Polonia zdobyła Puchar Polski. W finale rozegranym na Stadionie Wojska Polskiego pokonała Legię. Coraz trudniej było pogodzić rolę piłkarza i aktora. W końcu Łącz musiał zdecydować którą publiczność będzie urzekał – piłkarską czy teatralną. Decyzję podjął w 1956 roku. To właśnie wówczas grał w „Lalce” i z powodu boiskowych występów spóźnił się na swoją kwestię. Ponownie oddajmy głos Laurze Łącz: ,,W tej sztuce partnerował Ninie Andrycz. Wpadł do teatru w ostatniej chwili po meczu, co było nie do pomyślenia! Zdenerwowany dyrektor powiedział: no panie Łącz, wybieraj pan: piłka albo teatr! Tata był już po trzydziestce, więc kariera piłkarska i tak dobiegała końca. Wybrał teatr.” Sam bohater tak opowiadał o dokonanym wyborze na łamach książki „Być dzieckiem legendy”: ,,Grałem równolegle w Polskim i Polonii. W teatrze i drużynie. Nie muszę dodawać, że oba te zajęcia było mi coraz trudniej pogodzić. W końcu wszystko samo się ułożyło. Jako zawodnik dobiegałem kresu swojej kariery, jako aktor byłem natomiast na początku drogi. To nawet ładnie brzmi: równocześnie kończyłem i zaczynałem.” Marian Łącz ma na koncie wiele ról filmowych. Był Zbójnikiem Słowakiem w „Janosiku”. Występował w dziełach słynnego Stanisława Barei m.in. jako inkasent w „Misiu”. Osiągał sukcesy jako piłkarz, w końcu przecież wielu marzy o grze w reprezentacji i zdobyciu Pucharu Polski. Władysław Matraszak, sąsiad Balcerka z serialu „Alternatywy 4”. To chyba jedna z najbardziej charakterystycznych ról Mariana Łącza. W aktorstwie osiągnął chyba jeszcze więcej. Karierę piłkarską zakończył w wieku 35 lat. Do końca życia związany był z Polonią. Organizował mecze oldbojów. Do jego pasji należały nie tylko piłka i aktorstwo. Po zaprzestaniu uprawiania sportu zaczął rozwijać kolejne talenty. Śpiewał, grał na instrumentach, malował, odnawiał antyki. Zmarł w wieku 63 lat, we śnie. Przyczyną był zawał serca. Tak o tym przykrym zdarzeniu opowiadała jego córka: ,,Zmarł zupełnie niespodziewanie, nagle, przedwcześnie. Tak zresztą jak jego mama. Byłam z mężem na wakacjach w Sopocie. Dostałam telefon z wiadomością, że ojciec nie żyje. Od razu przyszedł mi na myśl wypadek samochodowy. A to był zawał serca. Zawał u ojca? Nie mogłam uwierzyć. Z sercem nigdy nie miał kłopotów a tu nocą, we śnie przestało bić…”

W 2007 roku gazeta „Nowiny” zaproponowała, by jednej z ulic Rzeszowa nadać imię Mariana Łącza. Niestety jak na razie ulicy takiej nie ma. Wydaje się jednak, że taka postać jaką był odtwórca wielu ról filmowych i teatralnych, a przy tym piłkarski reprezentant Polski, zasługuje na tego typu wyróżnienie. Należy zatem mieć nadzieję, że w przyszłości w stolicy Podkarpacia powstanie ulica jego imienia. „Makuś” to w końcu jedna z najciekawszych osobowości w historii podkarpackiego futbolu.

12

,,Vulgar, Bulgar”:

5 grudnia 1990 r. Christo Stoiczkow z premedytacją nadepnął na sędziego. Na początku lat 90-tych XX wieku mecze Superpucharu Hiszpanii odbywały się w trakcie sezonu i cieszyły się dużo mniejszym zainteresowaniem niż obecnie. Nawet El Clasico w tych rozgrywkach nie wywoływało dużych emocji. Barça w raz z Realem zaprezentowały składy z wieloma zmiennikami a na trybunach Camp Nou pojawiło się zaledwie 40 tys. kibiców. Mecz toczył się pod dyktando gospodarzy aż do końcówki pierwszej połowy. Cruijff wściekł się po decyzji arbitra Azpitarte, który nie ukarał gracza Realu po drugim faulu w ciągu kilku sekund. W efekcie arbiter odesłał go na trybuny a do akcji wkroczył Stoiczkow, słynący z kontrowersyjnych zachowań. Najpierw próbował przekonać Azpitarte do zmiany decyzji, chwytając go za ręke a po otrzymaniu drugiej żółtej kartki przydepnął noge sędziego. Po chwili Meksykanin Hugo Sanchez z Realu jeszcze podgrzał atmosferę, chwytając się za przyrodzenie i kierując ten gest w strone kibiców Barçy. Bułgar początkowo został zawieszony na ponad 2 miesiące, później kare powiększono aż do pół roku. Po niemal 17 latach sędzia i Bułgar spotkali się w programie telewizyjnym. ,,Stoiczkow jest świetnym człowiekiem, lecz na boisku zmieniał się nie do poznania. Za swoje nadepnięcie jest mi winien koszulkę”- żartował Azpitarte.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@JanneAhonen Ano tak, faktycznie! Rzeczywiście to było rozgrywane awansem, no ale z drugiej strony czy w czymś to przeszkadzało by tym razem pokazywać odwrotnie te mecze?

0

Wczoraj miałem okazje oglądać na Eleven Sports 1 ciekawy mecz pomiędzy Athletic Bilbao a Realem Madryt. Napisałem ciekawy? Ba! Arcyciekawy i arcyemocjonujący. Jak się skończyło to chyba już wszyscy wiemy? Natomiast mnie bulwersuje przy tej okazja taka rzecz: Canal + i Eleven na przemian transmitują mecze ,,naszej" Barcuni i Realu Madrid. Tymczasem 2 mecze Realu Madrid były transmitowane na Eleven! Jakim to niby prawem, skoro powinno być na zmiane!?

14

Tylko remis z Galijsyczykami:

4 grudnia 2008 r. w meczu 4. kolejki fazy grupowej Pucharu UEFA Lech Poznań po świetnym meczu zremisował z Deportivo La Coruña 1:1. Złe miłego początki. Mecz z siódmą drużyną hiszpańskiej ekstraklasy dla Lecha rozpoczął się w najgorszy możliwy sposób. Mimo straty bramki już w 2. minucie, piłkarze Franciszka Smudy rozegrali jednak bardzo dobre spotkanie i zremisowali z faworyzowanym Deportivo. Co więcej, po ostatnim gwizdku mogli czuć niedosyt, bo analizując przebieg spotkania, to oni byli bliżej odniesienia zwycięstwa. Remis pozwolił ,,Kolejorzowi” zachować szansę na wyjście z grupy i awans do fazy pucharowej. Wszystko miało rozstrzygnąć się niespełna dwa tygodnie później w Rotterdamie, w starciu z najsłabszym w stawce Feyenoordem. Dla poznaniaków potyczka z Deportivo była meczem o być albo nie być w Pucharze UEFA. Po tym jak w dwóch pierwszych spotkaniach w grupie zdobyli tylko punkt, z Hiszpanami nie mogli przegrać. Przed tym arcyważnym meczem aura nie sprzyjała gospodarzom. Gdy goście z La Coruñi opuszczali przyjemną o tej porze roku Galicję (temperatura 14-15 st. C) spodziewali się w Polsce arktycznych warunków. Zastali tylko kilkustopniowy chłód, który jak przyznali „jest do zniesienia”.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

4 grudnia 1945 r. urodził się Marian Kosiński. W latach 70-tych był podstawowym obrońcą mieleckiej Stali, z którą dwukrotnie zdobywał mistrzostwo Polski. Do Mielca przyszedł w styczniu 1969 r. z A-klasowego Gwarka Tarnowskie Góry. Początkowo miał trafić do Ruchu Chorzów, ale krótka nieobecność trenera chorzowian spowodowała, że to działacze z Mielca ściągnęli go do siebie. Stal grała wówczas w trzeciej lidze, a 24-letni wówczas obrońca nie potrzebował dużo czasu, żeby zadebiutować w nowym zespole i później ugruntować swoją pozycję. Dobrą postawą na trzecioligowych boiskach zapewnił sobie miejsce w składzie na kolejne mecze i rozpoczął z kolegami marsz ku największym sukcesom mieleckiego klubu. Sezon zakończyli awansem do drugiej ligi, gdzie spędzili tylko rok i mogli cieszyć się z powrotu na ekstraklasowe salony. Na najwyższym szczeblu potwierdził swoje niemałe umiejętności i szybko wyrobił sobie markę jednego z czołowych ligowych stoperów. Był podstawowym zawodnikiem drużyny, która dwukrotnie sięgała po mistrzostwo Polski (1972/73 i 1975/76) oraz raz po wicemistrzostwo (1974/75). W 1976 r. Stal dotarła do finału Pucharu Polski, gdzie uległa Śląskowi Wrocław. Drużyna godnie prezentowała się też w europejskich pucharach. Wiosną 1976 r. toczyła wyrównany, choć ostatecznie przegrany, bój w ćwierćfinale Pucharu UEFA z niemieckim Hamburgerem SV. Jesienią z kolei w pierwszej rundzie Pucharu Europy mielczanie trafili na Real Madryt. Pojedynek znowu był wyrównany, ale i tym razem lepsi okazali się bardziej znani rywale. Wspomnienia tych pucharowych starć są jednak żywe w pamięci kibiców do dzisiaj. Pod względem ilości meczów rozegranych dla Stali Kosińskiego wyprzedzają tylko Zygmunt Kukla i Grzegorz Lato. Obrońca na ligowych boiskach pojawiał się 303 razy, z czego aż 263 mecze to spotkania na szczeblu ekstraklasowym. Dwukrotnie też wpisywał się do protokołu jako strzelec gola. Mimo że był czołową postacią jednej z najlepszych drużyn w kraju, to nigdy nie dane mu było zagrać w reprezentacji. Umiejętności mu nie brakowało, co potwierdzał w lidze, ale na uznanie w oczach sztabu to było widocznie za mało. Sezon 1979/80 był jego ostatnim w zawodniczej karierze. Oficjalnie pożegnano go 23 sierpnia 1980 r. przed ligowym meczem z Zawiszą Bydgoszcz, a kibice zgotowali mu wówczas wielkie brawa. Już kilka miesięcy później stał się członkiem sztabu szkoleniowego mieleckiej ekipy. Kiedy wiosną 1981 r. odmłodzonej drużynie Stali w oczy zajrzało widmo spadku, rolę trenera-strażaka powierzono właśnie Kosińskiemu. Później jeszcze dwukrotnie stawał przed podobnym zadaniem. Poza tym w klubie pełnił jeszcze funkcję kierownika drużyny oraz kilkukrotnie asystenta trenera. Jako szkoleniowiec pracował również w latach 80. w mieleckim Gryfie, a na przełomie lat 80. i 90. prowadził Karpaty Krosno. Ukończył katowicką AWF i po uzyskaniu dyplomu podjął pracę w Zespole Szkół Budowlanych, gdzie był nauczycielem wychowania fizycznego. Kilka lat przed śmiercią wskutek choroby musiał przejść operację amputacji nogi powyżej kolana. Miał 75 lat.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

9

Feliz cumpleaños panie Amor!

4 grudnia 1967 r. urodził się Guillermo Amor, jedna z legend FC Barcelony. Katalończyk był jednym z pierwszych wychowanków, których do ,,Dream Teamu’’ wprowadził sam Johan Cruyff. Przez ponad 10 lat gry w Blaugranie zdobył 17 trofeów, co do czasu występów Xaviego było rekordem wśród piłkarzy Barçy. 421 meczów w pierwszej drużynie dało mu miejsce w pierwszej dziesiątce piłkarzy z największą liczbą spotkań w historii klubu. Z klubem rozstał się na ,,życzenie’’ Van Gaala(de facto był to swego rodzaju szantaż, po którym Amor popłakał się jak małe dziecko). W 2003 r. powrócił na łono Dumy Katalonii jako jeden z dyrektorów pod rządami Joana Laporty i sprawował ten urząd do połowy 2007 r. W 2010 r. wraz z objęciem urzędu przez prezydenta Rosella został dyrektorem technicznym. W późniejszym okresie Amor sprawował funkcje dyrektora technicznego sekcji młodzieżowych a obecnie piastuje stanowisko dyrektora ds. stosunków instytucjonalnych i sportowych pierwszej drużyny.

Dziękujemy panie Amor z całego serca za oddanie barwom ,,naszego” klubu.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@FcPortoFan1999 Wiem, słyszałem. Każdy kto go widział zachwycał się jego techniką. To był geniusz. Zdecydowanie najlepszy polski piłkarz w historii!

12

Spektakularny transfer spektakularnego piłkarza:

W grudniu 1933 roku 17-letni Ernest Wilimowski przeszedł z 1.FC Katowice do Ruchu Hajduki Wielkie. Był to sensacyjny transfer, gdyż opiewał na kwote 1000 zł. a dodatkowo klub z Katowic miał otrzymać zysk meczowy z dwóch spotkań z Ruchem. O ile to drugie rozwiązanie było dość często stosowane, o tyle zapłata tak dużej kwoty praktycznie się nie zdarzała w polskim futbolu. Należy pamiętać że były to czasy kryzysu gospodarczego, dużego bezrobocia oraz biedy. Żeby uzmysłowić wartość owej kwoty, należy zaznaczyć iż w 1934 roku dowódca kompanii we Lwowie w stopniu kapitana zarabiał 527 zł miesięcznie, co było bardzo wysoka pensją, praktycznie nieosiągalna dla ogółu społeczeństwa. Dla porównania zdecydowana większość urzędników państwowych i nauczycieli zarabiała do 200 zł miesięcznie, co oczywiście i tak było całkiem niezłym wynagrodzeniem. Podobnie zarabiali wykwalifikowani robotnicy w przemyśle ciężkim, jednakże większość robotników a także znaczna część pracowników umysłowych nie zarabiała więcej niż 150 zł miesięcznie. Trzeba dodać że najczęściej za tę jedną pensje trzeba było utrzymać często wieloosobową rodzine. Czy zatem pojawiająca się wielokrotnie informacja prasowa że wartość transferu była równa 10 miesięcznych pensji listonosza jest prawdą? Nie jest, gdyż listonosz potrzebował około 7 pensji ażeby taką kwote zarobić. Nie umniejsza to jednak faktu iż wysokość transferu była dla przeciętnego mieszkańca kraju zawrotna. Należało by postawić pytanie o powody transferu Wilimowskiego do Ruchu. Sam Ernest tylko raz wypowiedział się o okolicznościach zmiany klubu: ,,Po meczu Ruch-1.FC. zakończonym 4:4, Peterek namówił mnie bym przeszedł do Ruchu”. Chodzi tutaj o mecz rozegrany 25 grudnia 1932 r., w którym zarówno Peterek, jak i Wilimowski zdobyli po jednym golu. Było to jednak rok przed transferem i nawet jeżeli Wilimowski taką propozycje otrzymał, to transfer nie doszedł do skutku. Być może powodów należy szukać w obawach rodziców, spowodowanych młodym wiekiem Ernesta. Niewykluczone również iż podejmował kroki przejścia do Ruchu, lecz definitywnie sprzeciwili się takiemu pomysłowi działacze katowickiego klubu. Wszystko zmieniło zdobycie przez Ruch w 1933 r. pierwszego mistrzostwa Polski. Perspektywa grania nie tylko w najwyższej klasie rozgrywkowej, lecz także w najsilniejszym klubie w kraju była niezwykle atrakcyjna. Zarówno działacze hajduckiego, jak i katowickiego klubu zdawali sobie sprawę z wartości młodego piłkarza. 1.FC zaproponowało wysokie wymagania finansowe a Ruch je zaakceptował. Należy pamiętać że tak naprawdę hajducki zespół miał ogromny problem, gdyż kontuzja Gwosdzia w jednym z ostatnich meczów sezonu 1933 roku spowodowała wyrwe w formacji ofensywnej Ruchu. Potrzebny był gracz, który z miejsca zapełnił by luke w składzie a zarazem byłby gwarantem utrzymania hegemonii sportowej w kraju. Dla działaczy hajduckiego klubu Wilimowski był nadzieją na zrealizowanie powyższych kryteriów. 1.FC tak naprawdę mógł ,,sprzedać”, lecz Ruch Wilimowskiego ,,kupić” musiał. Prawdopodobnie Ruch dogadał się wpierw z graczem a dopiero później z katowickim klubem. Świadczyć może o tym kara jednego miesiąca dyskwalifikacji, którą Wydział Gier i Dyscypliny ŚOZPN-u wymierzył Wilimowskiemu za bezprawne grywanie w barwach KS. Ruch Wielkie Hajduki.

@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Symson

0

Potrafi nas w ostatnich meczach Barcunia zadziwiać, niekoniecznie pozytywnie ale zadziwiająco zadziwia...

1

@Pawel13sz Nie zagłębiałem się w psychike Flicka ale dla mnie Ferran Torres to jest zakała rodziny(czytaj klubu)...

2

Jest całkiem zrozumiałym iż bez względu na dzisiejszy wynik kwestia mistrzostwa Hiszpanii napewno nie będzię jeszcze rozstrzygnięta. Na tym etapie rozgrywek to chyba nawet i 15-punktowa strata była kiedyś odrabiana. Tyle że w naszym wypadku, kiedy ewentualnie przegramy, co na dzień dzisiejszy nie będzie jakimś wyjątkowym szokiem, może być brzemienne w skutkach natury psychicznej. W poprzednim sezonie było to bardzo widoczne kiedy pierwsi traciliśmy gola. W tym sezonie jest podobnie. W ostatnich meczach nie potrafimy stłamsić przeciwnika i szybko zamknąć mecz. Jak to zmienić i czy dzisiaj może to się udać...?

7

Bez ,,Roniego” nie ma zabawy:

3 grudnia 2003 r. FC Barcelona poniosła klęske 5:1 z Malagą CF na wyjeździe. Blaugrana w Andaluzji poniosła najwyższą porażke w erze Franka Rijkaarda. Osłabiona brakiem Ronaldinho i Puyola, zagrała kompromitujące spotkanie. Malaga wykorzystała niemal wszystkie okazje jakie stworzyła a jedyny stracony przez nią gol padł po samobójczym trafieniu Sanza, syna byłego prezydenta Realu Madryt. Dumie Katalonii nie pomógł ani debiut Mario, ani powrót do drużyny Luisa Enrique i Gerardo. Porażka 5:1 była najwyższą od 1995 r. a ostatni raz Barça przegrała w identycznym stosunku w sezonie 1964/65 z Levante. ,,Nie brakuje Ronaldinho, tylko przeszkadzają pozostali”- tak podsumowały mecz hiszpańskie gazety.


12

Feliz cumpleaños panie Davidzie!

Szanowni cules, dzisiaj 43 lat kończy David Villa, żywa legenda hiszpańskiego futbolu! Ma w swoim dorobku wiele triumfów, zwłaszcza z Dumą Katalonii, z którą wygrał m.in. Ligę Mistrzów, Superpuchar Europy czy Klubowe Mistrzostwo Świata. W reprezentacji Hiszpanii rozegrał 98 spotkań i strzelił 59 goli(rekord), zdobywając mistrzostwo Europy i Mistrzostwo Świata. Dziękujemy ,,El Guaje” za chwile radości, za gole i za poświęcenie Dumie Katalonii. Cules nigdy ci tego nie zapomną!



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Nieco zapomniane legendy futbolu:

2 grudnia 1948 r. w Pradze urodził się Antonín Panenka jedna z legend czeskiego futbolu, ofensywny pomocnik znany przede wszystkim ze stylu wykonywania rzutów wolnych i karnych. Przez większą część kariery grał w klubie Bohemians 1905, do którego dołączył w 1959 roku. W 1981 roku Antonin odszedł z klubu z Pragi do austriackiego Rapidu Wiedeń, gdzie zdobył Puchar Austrii i dwa razy wywalczył mistrzostwo kraju. W 1985 roku Rapid doszedł do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, w którym Panenka wszedł z ławki rezerwowych a jego klub przegrał 3-1 z Evertonem. Rok później Panenka przeniósł się do VSE St. Polten, gdzie grał jeszcze dwa sezony by w końcu zostać trenerem Bohemians Praga. Tam pracuje do dzisiaj. Antonín Panenka stał się popularny po tym jak w finale mistrzostw Europy '76 w serii rzutów karnych strzelił decydującą jedenastkę. Sposób wykonania tego rzutu karnego jest do dziś kojarzony z czeskim piłkarzem– Panenka wziął długi rozbieg, zasymulował silne uderzenie, czym zmylił bramkarza RFN Seppa Maiera, po czym lekkim, technicznym strzałem posłał piłkę pod poprzeczkę, ustalając wynik rzutów karnych na 5-3.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Uruguay Campeon!

2 grudnia 1923 r. Urugwaj pokonał Argentyne 2:0 na ,,Parque Central” w Montevideo w 6 meczu 7. Edycji Copa America i tym samym sięgnął po to trofeum trzeci raz w historii. Wszystkie emocje skupiły się na starciu Urugwaj-Argentyna, czyli de facto finale. ,,Albicelestes” choć dokładali starań, nie byli w stanie dorównać gospodarzom. Do ich składu po paroletniej przerwie powrócił fenomenalny Hector Scarone i on też wodził rej na Estadio Parque Central. Jednak debiutanci: Nassazi, Andrade, Petrone czy Cea, nie ustępowali mu ani na jotę. Do 22 tys. zdumionych i oczarowanych widzów docierało przeczucie iż towarzyszą właśnie narodzinom drużyny, jakiej jeszcze świat nie widział. Swój popis futbolowej maestrii ,,Celestes” zakończyli dwoma golami(Petrone i Sommy), które przygwoździły waleczną, lecz momentami niemal bezradną Argentynę.



@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

8

@FCBparasiempre
Dokładnie 121 lat temu rozegrano pierwsze w historii derby Madrytu. Zwyciężyło w nich Atletico 1:0 a właściwie Athletic, bo właśnie pod taką nazwą zespół jeszcze występował. W tym samym roku odbyły się jeszcze dwa mecze, zakończone po jednym zwycięstwie zarówno Realu, jak i Atletico. Podział na Real i Atletico od początku zarysowywał się, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, w „targecie” do jakiego działacze obu klubów kierowali swoją ofertę. Szefostwo Realu postawiło na kibiców, których stać było na głębsze sięgnięcie do portfela. Temu też służyło m.in. podniesienie cen biletów. Efekt? Główne grono kibiców Los Blancos zaczęło składać się z przedstawicieli burżuazji, bogatych mieszczan, słowem, ludzi zamożnych. Atletico zaś z kolei przyciągało tych biedniejszych, głównie robotników, proletariat. I nietrudno zgadnąć, że w związku z tym Real bardziej przyciągał konserwatystów, zwolenników prawicy. Los Colchoneros zaś w dużym stopniu zaczęło być kojarzone z lewicą. W lidze hiszpańskiej po raz pierwszy do meczu pomiędzy obydwoma zespołami doszło w 1929 roku. Real wygrał ten pojedynek 2:1. Do roku 1936 niezbyt wiele rozegrano takich spotkań, gdyż Atletico przez cztery lata znajdowało się dopiero w drugiej lidze hiszpańskiej. Rozpoczynająca się wojna na kilka lat zahamowała po raz kolejny szansę na wspólne starcia. Faktycznie jednak przed II wojną światową to Real mógł się pochwalić większymi sukcesami i lepszym bilansem w bezpośrednich pojedynkach. Największy w historii świata międzynarodowy konflikt, w Hiszpanii nie spowodował wielkich szkód. Jego przebieg okazał się na tyle łagodny, że liga hiszpańska już po wojnie domowej z powrotem zainaugurowała rozgrywki. Sam kraj był już jednak innym państwem, pogrążonym w reżimie generała Franco. Człowieka, który przez najbliższe lata miał walczyć o utrzymanie władzy w kraju, który na arenie państw był ze względu na panujący system polityczny po prostu izolowany. W cieniu tych wydarzeń futbol prędzej czy później musiał paść kolejną ofiarą. I rzeczywiście, po II wojnie światowej spory cień na piłkę nożną w kraju rzucił przede wszystkim sam generał Franco. Siłą rzeczy klub popierany przez dyktatora musiał być nienawidzony przez kibiców pozostałych zespołów, a już zwłaszcza tych, którym nie po drodze było z frankistowskim reżimem. Większość dziś przypisuje rolę klubu Franco, właśnie drużynie z Santiago Bernabeu. Łatwo jednak przeoczyć pewien fakt, że początkowo ulubionym klubem generała było jednak…Atletico. A wszystko dlatego, że przez pewien okres zespół ten otrzymywał dotację z Hiszpańskich Sił Powietrznych. Faktycznie jednak lata 50. przyniosły już nową sytuację. To Real stał się oczkiem w głowie generała Franco. Przede wszystkim wpływ miały na to dwie rzeczy. Po pierwsze, w klubie tym zaczęła się era tak wybitnych zawodników, jak De Stefano, Puskas, Gento, Raymond Kopa, Santamaria. Po drugie, ich geniusz i doskonała gra stały się doskonałą i w zasadzie jedyną wizytówką, jaką Franco mógł wysłać w świat. Jak już bowiem wspomnieliśmy, Hiszpania dalej tkwiła w izolacji. ,,Real Madryt to najlepszy ambasador jakiego mamy”– Francisco Franco. Na bazie tych doświadczeń przyjęło się mówić, że Real symbolizuje prawicę a Atletico lewicę. Ale czy na pewno? Dokładniej śledząc atmosferę panującą na Vicente Calderon, odkrylibyśmy, że prawda leży gdzieś pośrodku. Owszem, Atletico dalej reprezentuje głównie środowiska nieco mniej zamożne, to nie ulega wątpliwości, ale z drugiej strony daleko im do ogłoszenia siebie lewicowymi sympatykami. Bo target stricte robotniczy, niemal komunistyczny został już w pełni opanowany przez Rayo Vallecano, o czym pisaliśmy nie tak dawno. Prawda jest nieco inna. Na Vicente Calderon również nie brakuje nacjonalistów, którzy niechętnie zwłaszcza odnoszą się do ruchów separatystycznych np. katalońskich czy baskijskich. Z tego punktu widzenie mimo wszystko można dostrzec kilka nitek łączących kibiców dwóch stron Madrytu.

Wróćmy jednak do kwestii sportowych. Do roku 1999 to Real wciąż był bardziej utytułowanym zespołem. W ciągu kilkudziesięciu lat Atletico kilkukrotnie udało się zwyciężyć w lidze (od ostatniego triumfu w 1951, później wygrywali jeszcze pięciokrotnie). Z kolei na przestrzeni bezpośrednich pojedynków wciąż wygrywał głównie Real. Dlaczego jednak piszemy o roku 1999? Bo właśnie wtedy rozpoczęła się czarna seria, trwająca czternaście lat, w której trakcie drużynie z Vicente Calderon nie udało się pokonać zespołu z Santiago Bernabeu. Czternaście lat upokorzeń, porażek, a także chwilowej tułaczki w drugiej lidze. Smutny był to czas dla kibiców tego zespołu. Piłkarsko bowiem Atletico w derbowych pojedynkach najzwyczajniej w świecie nie miało argumentów. Brakowało również tego czegoś, co jest niezbędne w pojedynkach o takiej wartości, swoistego boiskowego cwaniactwa, zimnej krwi, walki. Dopiero to wszystko piłkarzom Atletico wpoił właśnie Diego Simeone. Nie dało się lepiej przygotować tego przełamania. 17 maja 2013 roku na Santiago Bernabeu odbył się mecz o Puchar Króla. Real Madryt po wyeliminowaniu Barcelony podejmował Atletico. To miał być prawdopodobnie jeden ostatnich meczów Jose Mourinho, którego media traktowały już jako przyszłego szkoleniowca The Blues. Real w tamtym czasie nie był sobą. Drużyną targały konflikty, na czele z tym na linii Mou – Casillas. Nie wyglądało to dobrze. Nadzieją dla Portugalczyka miało być zwycięstwo w Lidze Mistrzów, ale tam poległ w półfinałowym starciu z Borussią Dortmund. Atletico zaś chciało krwi. Zanim to jednak nastąpiło, na 1:0 gola strzelił Cristiano Ronaldo. Real prowadził. Klasyka. Większość pewnie odpuściłaby, ale nie zespół Simeone. Nie, Argentyńczyk na to by nie pozwolił. I właśnie dlatego mecz nie zakończył się takim wynikiem. Gong, Diego Costa 1:1, a później Jao Miranda w dogrywce na 2:1. Symboliczna zaś była nie tylko kartka dla Gabiego, ale przede wszystkim dla Cristiano Ronaldo. Największy as Realu opuścił plac gry w takim momencie. Atletico wygrało po raz pierwszy od czternastu lat i to w jak ważnym spotkaniu. Tu już nie chodziło tylko o przełamanie, ale też i zwycięstwo w tak kluczowym meczu. Bezpośrednim pojedynku o Puchar Króla. Trzeba to sobie jasno powiedzieć, od tej pory Atletico przestało być chłopcem do bicia, stając się przede wszystkim wielkim rywalem dla zespołu „Królewskich”. Od tej pory starcia te stały się wykwintnym daniem, które serwował m.in. właśnie Simeone. Bo nikt tak dobrze jak on nie zdołał stać się taki przekleństwem dla kibiców Realu. To właśnie przez Argentyńczyka z obawami Real podchodzi do pojedynków z rywalem. Nikt nie ma takiego patentu na wygrywanie z Realem jak właśnie Atletico. Oczywiście, nie jest tak, że teraz to zawodnicy z Santiago Bernabeu stali się chłopcem do bicia. Przecież wygrali m.in. pamiętnym finał Ligi Mistrzów z 2014 roku. Spokojnie, proporcje bynajmniej nie zostały odwrócone. Dziś z pewnością są one dużo bardziej wyważone. W obliczu niepodległości Katalonii i wykluczenia z ligi Barcelony już mało kto mówi o lidze jednej prędkości, raczej wspomina się o walce wewnątrz Madrytu. To tylko pokazuje, jak bardzo zmienił się obraz przez te kilka lat. Ktoś powie, że to tylko magia Simeone. Być może, ale może to właśnie na kogoś takiego czekano przez tyle. W historii derbów miało miejsce kilka ciekawych zdarzeń, spotkań, do których warto powrócić, aby zobrazować, że te derby faktycznie rządzą się swoimi prawami. Historia zna już takie przypadki, piłkarz grał w jednym klubie, by potem rywalizować w barwach wielkiego rywala. Nic nowego. W Madrycie również mieliśmy już wielokrotnie z tym do czynienia. Jaka jednak może być motywacja w przypadku zawodnika, który opuścił klub, bo właściciel nie chciał opłacać drużyn juniorskich? Prawdopodobnie duża. Chociaż z perspektywy lat wydaje się to nieprawdopodobne, właśnie ofiarą tej czystki został Raul Gonzalez, który do dziś kojarzony jest przecież z Realem. A tymczasem jako junior występował w barwach rywala z drugiej strony miasta. Jak mogła się skończyć ta historia? Styczeń 1997 roku, Real wygrywa na Vicente Calderon 4:1 a dwa gole strzela właśnie nie kto inny jak Raul. W obydwu klubach występował również Bernd Schuster. Niemiec miał przyjemność uczestniczyć w finale Pucharu Króla w 1992 roku już w barwach Atletico. Trenerem Los Colchoneros był wówczas legendarny Luis Arragones. A oto jak motywował on swoich piłkarzy do tego meczu: ,,Jeśli dzisiaj nie wygracie, wsadzę sobie tę butelkę w d..ę! To jest ten moment, na który czekaliście: Real Madryt i Santiago Bernabeu. Oni bardzo długo trzymali ją w Waszych d…ach, teraz macie szansę, żeby się zrewanżować! Po czym wskazał na tablicę z taktyką i powiedział: ,,Widzicie to? To nie ma znaczenia. Zapomnijcie o taktyce, to jest Real Madryt. Wychodźcie stąd i wsadźcie im to w d..ę!”. Atletico wygrało ten mecz 2:0. Przed spotkaniem w finale Lidze Mistrzów w 2014 roku, do tego czasu drużyny te spotkały się tylko raz w europejskich rozgrywkach. Puchar Europy, rok 1959. W Zaragozie dochodzi do dodatkowego spotkania między Realem i Atletico. Rojiblancos nie byli wskazywani jako faworyci. Mało tego, Real w tamtym czasie bronił tytułu jako drużyna wręcz galaktyczna, z wielkimi gwiazdami w składzie. Spodziewano się łatwego zwycięstwa „Królewskich”. To prawda, Real wygrał, lecz zwycięstwo to przyszło w nieco trudniejszych warunkach.

7

,,El Derbi Madrileño”(wiecie gdzie czytać? To czytajcie):
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Safrani Przepraszam że od razu nie odpisałem ale jeździłem na rehabilitacje. Jeśli chodzi o piłkarzy węgierskich to rzeczywiście mieli wybitnych i uwierz mi że mieli ich nawet więcej niż troche. Pierwszą wybitną węgierską postacią(o której już donosiłem na forum) był Imre Hirschl, który zrewolucjonizował futbol w Argentynie. Byli również wybitni György Sárosi, Zsengellér Gyula, Ferenc Deák. Wbrew pozorom było ich wielu, nie wspominając już o Bozsiku, Kocsisu i wreszcie Puskasu. Węgierski futbol był jednym z najlepszych przed I i II wojną światową i zdecydowanie najlepszy przez 10 lat po drugiej wojnie. Na mundialu w Szwajcarii byli najlepsi ale perfidnie przekręcili ich ,,Szwaby"! Opisywałem te szwabskie świństwo również kilkakrotnie. Uwierz mi to nie był żaden ,,Cud w Bernie". To był największy przekręt w dziejach mundiali. Jak będę miał więcej czasu to ci niebawem podeśle ten mój artykuł o tym...

1

@Czajka90 Coś podobnego! Nie dość że odszedł Brychczy to jeszcze w tym samym dniu Duckadam! Niezbadane są wyroki boskie...

12

Wyjątkowe legendy argentyńskiego futbolu:

2 grudnia 1938 r. urodził się argentyński napastnik Luis Artime, Zdobywca Copa Libertadores-1971(z Nacional Montevideo) Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1971(z Nacional Montevideo) oraz król strzelców Copa America-1967(5 goli). Piękna sylwetka jednego z lepszych snajperów w historii futbolu. Zadebiutował w lidze argentyńskiej jako zawodnik rewelacyjnej Atlanty w 1958 r. Po 4 latach za rekordową kwotę 15,216 mln pesos kupił go River Plate. Z kolei w 1966 r. ściągnął go CA Indepiendiente za 25 mln pesos! W 1968 przeszedł do brazyliskiego Palmeiras, w 1969 do urugwajskiego Nacional, w 1972 do brazylijskiego Fluminense aż w końcu po roku wrócił do Nacional by w następnym sezonie zakończyć karierę. Artime pasjonował się jedną czynnością: strzelaniem goli. Tytuły ,, goleadora’’ zgarniał seryjnie. W lidze argentyńskiej dwukrotnie w River(1962 i 1963) i dwukrotnie w Independiente(1966 i 1967). W urugwajskiej dla Nacionalu 3 razy z rzędu(1969,1970,1971). W Argentynie zdobył(dla Atlanta, River i Independiente)165 goli w 219 meczach(ze znakomitą przeciętną 0,75), w Urugwaju 74 gole a w Brazylii 65. W 23 spotkaniach reprezentacji Argentyny strzelił 23 gole! W Copa Libertadores strzelił łącznie 20 goli a w Copa Intercontinental-3. W całej karierze począwszy od amatorskiego Independiente de Junin uzyskał łącznie 1021 goli! Był mistrzem Argentyny z Independiente w 1967, trzykrotnym mistrzem Urugwaju z Nacoinal w latach 1969-71, mistrzem Brazylii z Palmeiras w 1969 oraz klubowym mistrzem Ameryki i świata z Nacional w 1971. Obdarzano go sugestywnymi brzmiącymi przydomkami: Artillero, Fantasma(duch), Diente(ząb), Senior. W pełni zasłużył na wszystkie. Do perfekcji absolutnej doprowadził technikę użytkową a zwłaszcza technikę strzału. Nie gustował w dryblingach, nie kręcił finezyjnych kółeczek tylko podawał, przyjmował piłkę albo też bez przyjęcia strzelał. Pojawiał się na polu karnym niczym zjawa, duch(fantasma) aby w tej jednej najbardziej sprzyjającej sekundzie przyłożyć głowę lub nogę do piłki. Szybki, ruchliwy, sprytnym manewrem potrafił wyprowadzić w pole każdego obrońcę. Wzorowo osłaniał piłkę ciałem, grał czysto będąc pod każdym względem ideałem sportowca w nieco staroświeckim, rycerskim stylu. Wspaniały kolega, dżentelmen w każdym calu, który zaskarbił sobie zasłużenie powszechny podziw i sympatię w całej Ameryce.

@Symson
@Sysia11
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

10

Cules pamiętają o wybitnych legendach Dumy Katalonii:

2 grudnia 1898 r. urodził się Ferenz Plattko Kopiletz, legendarny węgierski bramkarz FC Barcelony. Nieco zapomniany, niezwykle utalentowany bramkarz, który przyzwyczaił pierwszych kibiców Barçy do sukcesów na arenie krajowej. Początki jego kariery są owiane tajemnicą, niezwykle ciężko znaleźć wiarygodne informacje o tym zawodniku. Dopiero jego pojawienie się w latach 1910-1920 w klubie Vasas SC, pozwoliło odnaleźć początki jego kariery. Największe sukcesy osiągnął rzecz jasna z Blaugraną, zastępując samego Ricardo Zamorę, który był legendą w bramce. Zanim jednak do tego doszło, to warto przenieść się do roku 1917, gdy Barça zagrała dwa towarzyskie mecze z MTK Hungaria FC, której barw bronił Plattko. Obydwa spotkania zakończyły się bezbramkowymi remisami a Węgier wywarł tak wielkie wrażenie, na działaczach Azulgrany, że Ci postanowili go niezwłocznie zakupić. Tuż po przejściu do Katalońskiego Giganta, socios nie wyobrażali sobie możliwości zastąpienia kogoś takiego jak Zamora. Franz szybko jednak zaczął tworzyć swoją własną historię. W hiszpańskim klubie spędził siedem lat, od 1923-1930 roku. W tym czasie zdobył sześć Pucharów Katalonii, trzykrotnie wznosił Copa Del Rey i co najważniejsze, wygrał z drużyną pierwsze mistrzostwo Primera Division. Po siedmiu latach wspaniałej gry w bramce, Plattko przeszedł do Recreativo Huelva i tam zakończył swoją zawodową karierę. Później zaczynał jako trener, najpierw w podrzędnych klubach francuskich, by potem powrócić do FC Barcelona, lecz już w zupełnie innej roli, jako szkoleniowiec pierwszej drużyny. Mimo, że w sezonie 1934/35 zdobył Puchar Katalonii, to jednak został zastąpiony przez Patricka O'Conella. Minęły dwie dekady i ponownie przypomniano sobie o Ferenzu w Katalonii, który po raz drugi objął stery Blaugrany. Sezon 1955/56 był imponujący w wykonaniu FC Barcelony z przynamniej dwóch powodów. Pierwszym była wspaniała gra Ladislao Kubali i Luisa Suareza, którzy czarowali widzów swoją techniką. Drugą rzeczą był jeszcze do niedawna (2005), niepokonany rekord w ilości zwycięstw z rzędu w La Liga. Aż 10 spotkań pod rząd wygrywali podopieczni Ferenca Plattko. Jednak nawet te 10 wygranych pod rząd, nie pozwoliło Barçy zająć pierwszego miejsca. Druga lokata, tuż za Athletikiem Bilbao nie satysfakcjonowała zarządu, który postanowił zwolnić Węgra. Ciekawostką jest że Rafael Alberti napisał poemat o węgierskim bramkarzu, po trójmeczu w finale Copa Del Rey(wtedy jeszcze nie było dogrywek). Plattko grał z takim zapałem, determinacją i heroizmem, że Alberti nie mógł się powstrzymać, od upamiętnienia tego.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@FcPortoFan1999 To prawda, wyjątkowa legenda i wyjątkowa postać...

4

Kilkukrotnie o nim wspominałem a teraz chciałbym złożyć kondolencje całemu środowisku sportowemu z powodu śmierci wybitnej postaci polskiego futbolu Lucjana Brychczego.
Spoczywaj w pokoju wiecznym nasza legendo. Pamięć o tobie nigdy nie zaginie!

0

To my już we wtorek gramy na Majorce? Coś krótka ta przerwa, nie wiem czy nie przydałby się dluższy wypoczynek dla naszych milusińskich...

0

@ranger3120 No rzeczywiście ciężko w to uwierzyć. Nie wiem być może ktoś miał? Po prostu znalazłem taka ciekawą statystyke na internecie i ją wrzuciłem a na ile ona jest prawdziwa to trudno mi stwierdzić.....?

0

@Pnog37 Dla mnie on jest jeźdźcem bez głowy! Rzekłbym: Za szybkim jeźdźcem bez głowy...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?