FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
7
Wybitne legendy, wybitne postacie:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
11
Premierowe zwycięstwo o stawke:
27 stycznia 1901 r. FC Barcelona wygrała pierwszy w swojej historii mecz o punkty. Mecz ten był rozgrywany na ,,Camp del Hotel Casanovas”, w którym Duma Katalonii pokonała Sociedad Española de Futbol 4:1 w ramach Copa Macaya(prekursorze mistrzostw Katalonii). Wszystkie 4 gole strzelił wybitny i legendarny założyciel klubu Joan Gamper. Była to pierwsza edycja Pucharu Macaya i mimo strzelenia aż 51 goli w tych rozgrywkach, nie udało się Blaugranie sięgnąć po ten Puchar. Tryumfowała katalońska Hispania AC. Na pocieszenie pierwszym królem strzelców tegoż turnieju został nie kto inny jak sam Gamper, który zdobył 31 goli.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@Radko1976 Na tym etapie jeszcze przed meczem owszem(!) 10 punktów. Jednak w nawiasie dodałem; po dzisiejszej wygranej. Czytaj ze zrozumieniem
0
Oby ten przysłowiowy czas nie był za późny. Takie mecze jak z dzisiejszym przeciwnikiem(czytaj jednym z najgorszych w lidze) to powinno się wygrywać za przeproszeniem z palcem w dupie(!) i to minimum dwoma golami. Strata choćby jednego punktu może przekreślić całkowicie sprawe mistrzostwa w tym sezonie i nadszarpnąć morale drużyny. Tutaj nie ma miejsca na jakiekolwiek wymówki. Tu jest wymagana motywacja i zaangażowanie w 100%!
0
@Lisek Niekoniecznie. Na tym etapie strate 7 punktów(przy dzisiejszej wygranej) można jak najbardziej odrobić. Jeśli się nie myle to były już takie przypadki...
1
@Mixtape Dobre pytanie, biorąc pod uwage pechowe w tym sezonie Estadio Lluis Companys. Jeśli nie strzelimy przynajmniej 2,3 goli, będzie to rozczarowanie. Z drugiej strony liczą się przedewszystkim 3 punkty, zwłaszcza w sytuacji, kiedy musimy gonić te prześcieradła...
3
@Mitch_Atleta Dokładnie! To były moje początki uwielbienia Barcunią a zwłaszcza Ronaldinho i Eto'o. O oglądaniu meczów w Primera Division a zwłaszcza w Copa del Rey, to ja mogłem tylko pomarzyć! jedynie wybrane mecze na publicznej jedynce mogłem oglądać. Ten Klasyk dopiero po kilku latach ściągnąłem z laptopa(internetu) mojej żony. Cóż za pamiątka...
8
@FCBparasiempre
19 listopada 2005 r. Witamy na stadionie Santiago Bernabeu na meczu między Realem Madryt i FC Barceloną rozgrywanym awansem w 12 ligowej kolejce. Ostatnie zmiany w składzie Blaugrany: Leo Messi zajmuje miejsce francuza Ludowice Giuly’ego. Zmiana ta nie ma wpływu na schemat taktyczny Franka Rijkaarda. W składzie Realu Madryt Wanderley Luksemburgo postawił na Zidane’a, który będzie dyrygował grą w środku pola; sekundować mu będą Beckham, Pablo Garcia i Robinho. Będzie to typowy klasyk o wysokim napięciu na trybunach i na boisku. To pierwszy raz, gdy Samuel Eto’o gra na Bernabeu od czasu incydentu z poprzedniego sezonu. Wielu madrydistów nie zapomniało słów: ,, Madrid cabron, saluda al campeon", które Kameruńczyk wykrzyknął podczas świętowania tytułu mistrzowskiego. Wprawdzie później przeprosił, publicznie przyznał się do błędu Ale nie można zakładać że wszyscy kibice ,,Los Blancos" mu wybaczyli. Ponadto w tym tygodniu wielu madrydistów łącznie z niektórymi piłkarzami dolewało oliwy do ognia. Pomimo zapewnień obu prezydentów oczekuje się wrogiego przyjęcia rywali z Katalonii. Rijkaard nie przejmuje się atmosferą na Bernabeu, Nie obawia się tremy, o której zawsze wspominał Jorge Valdano. Według trenera FC Barcelony fakt że będą mieli przeciwko sobie cały stadion stanie się dla jego zawodników dodatkowym bodźcem. W tabeli różnica między Barça i Realem Madryt wynosi zaledwie jeden punkt. Jutro możemy mieć w tabeli nowego lidera, chociaż(jak mówi Luksemburgo) ,, w klasyku nie ma faworyta". Trybuny się zapełniają. Pierwszy warty zapamiętania obrazek: w tunelu Robinho wita się z Ronaldinho. Brazylijczycy ściskają się i życzę sobie powodzenia. Obie drużyny kończą właśnie rozgrzewkę na idealnie przygotowanej Murawie, po lewej ubrani na biało piłkarze Realu Madryt a po prawej zawodnicy FC Barcelony w swoich oślepiających żółtych fluorescencyjnych bluzach. Podopieczni Luksemburga Już skończyli i wracają do szatni pośród braw. Piłkarze Rijkaarda wciąż biegają i podają sobie piłkę. Później znikają w tunelu odprowadzani przez donośne gwizdy publiczności. Stadion jest pełen, właśnie zakomunikowano że na trybunach zasiadło 80 300 widzów. Rozpoczyna się mecz, piłkę wprowadza do gry Blaugrana.
Minuta 1: faul Marqueza na Ronaldo. Sędzia upomina go słownie. Minuta 3: Eto’o po raz pierwszy jest przy piłce i jak można się było spodziewać zostaje wybuczany. Na szczęście nie słychać rasistowskich odzywek. Minuta 4: Sergio Ramos przewraca Messiego tuż przed polem karnym. Zagrożenie dla Realu Madryt. Ronaldinho wykonujesz rzut wolny a piłka grzęźnie w murze. Stracona szansa. Minuta 7: Pablo Garcia zderza się z deko i uderza go łokciem. Barcelonista doznał urazu i musi zejść z boiska. Minuta 10: E to dostaje podanie od Ronaldinho i staje sam naprzeciw Casillasa. Strzela niecelnie. Minuta 13: na boisko wraca deko. Opatrzono mu rozciętą kość policzkową. Minuta 15: gol!!! Samuel Eto! Messi Biegnie środkiem, podaje piłkę do Eto, który czubkiem buta strzela na bramkę. 1:0. Kamerą czy celebruje gola. Wyzywają go od najgorszych, słychać nawet gardłowe dźwięki naśladujące odgłosy małp. Dla Realu Madryt sprawy się komplikują. Minuta 21: Beckham posyła piłkę w pole karne; nie ma nikogo do wykończenia akcji. Gospodarzy próbują się pozbierać po ciosie ale nie stwarzają groźnych sytuacji. Brakuje gry do przodu, wydaje się że drużyna nie wie co ma zrobić z piłką. Po golu na Bernabeu nastała cisza, Real Madryt nie odrabia strat. Minuta 27: pierwsza żółta kartka w meczu Dlatego za brutalny faul na Raulu. Minuta 30: Messi drybluje i mija jednego z obrońców Realu Madryt ale Casillas chwyta futbolówkę. Barça była blisko strzelenia drugiego gola. Minuta 31: sędzia pokazuje żółtą kartkę Ronaldinho. Brazylijczyk zbyt wysoko podniósł łokieć w starciu z Pablo Garcia. Minuta 36: ładna akcja Realu Madryt. Zidane zagrywa do Roberto Carlosa ale nie ma nikogo to mógłby wykończyć atak. Minuta 40: kolejny raz Ronaldinho wyprowadza w pole obrońcę gospodarzy, posyła piłkę na głowę Messiego ale strzał leci daleko od słupka. Minuta 45: E to w polu karnym, lecz Casillas znowu ratuje swoją drużynę. Minute później Salgado otrzymuje żółtą kartke a sędzia kończy pierwszą połowe meczu. Real Madryt jest niewidoczny. Barça gra dobrze, z niesamowitą szybkością, jej przewaga nad ,,Los Blancos" staje się ewidentna. Eto’o praktycznie niezawodny a nauczenie odpowiedział golem. ,, chapeau ba” dla Messiego, w wieku zaledwie 18 lat po raz pierwszy gra w tego typu meczu i pokazuje wielką dojrzałość i odpowiedzialność. Tymczasem Ronaldinho swoimi podaniami i wyprawami w pole karne wywołuje drżenie u obrońców Realu Madryt. Wydaje się że dziś jedna drużyna gra a druga z podziwem kontempluje wspaniałe akcje swoich przeciwników. Walthes ma niewiele pracy. ,, Święty" Casillas znów w wielu sytuacjach uratował swój zespół. Jeśli Luksemburgo nie znajdzie żadnego cudownego środka w ciągu tych 15 minut, rywale pozbawią Real Madryt wszystkich nadziei.
Rozpoczyna się druga połowa Piłka leży na środku. Na boisko wybiega nagi mężczyzna. To już kolejny ,, występ" Anglika Marka Robertsa. Trudno będzie go wyrzucić, ponieważ jest wysokie i krzepki. Ostatecznie jednak udaje się go wyprowadzić. Minuta 47: Messi strzela spoza pola karnego, lecz obrońca odbija piłkę. Minuta 48: Xavi strzela z dobrej pozycji ale futbolówka ociera się o słupek. Minuta 52: żółtą kartkę otrzymuje robinio, który upadł w polu karnym Po kontakcie z Van Bronchorstem. Minuta 54: kapitan Realu Madryt Raul opuszcza boisko utykając. Wydaje się że uszkodził kolano. Minuta 55: strzela Messi a Casillas ponownie łapie piłkę. To trzecia próba Argentyńczyka, wydaje się że nie ma dziś szczęścia, chociaż sprawiedliwie jest oddać zasługi Ikerowi. Minuta 57: Raul wraca na murawę ale Guti już się rozgrzewa. Minutę później Raul opuszcza boisko pośród braw a zmienia go właśnie Guti. Minuta 58: goool!!! Ronaldinho! Niebywałe, wszystko robi sam! Na środku boiska dostaje podanie od deko. Kontroluje piłkę zewnętrzną częścią prawej stopy, z ogromną szybkością przekracza linię środkową i zostawia Sergio Ramosa zmieniając kierunek futbolówki przełożeniem z lewej na prawą. Helguera jest spóźniony, Roni dezorientuje go ruchem tułowia, Roberto Carlos się przewraca. Ronaldinho zaskakuje Ikera Casillasa strzałem przy bliższym słupku. Fantastycznie! Cóż za umiejętności! Cała publiczność jest pod wrażeniem. Minuta 63: żółtą kartkę otrzymuje Pablo Garcia za bezsensowny faul na Eto w środkowej strefie boiska. Minuta 65: ta druga zmiana w Realu Madryt: schodzi Pablo Garcia a za niego wchodzi Baptista. Luksemburgu wyprowadza ciężką artylerię. Minuta 69: pierwsza zmiana w FC Barcelonie. Schodzi Messi a za niego Iniesta. Występ Argentyńczyka był znakomity, z każdej strony ogrywał Obrońców gospodarzy, wspaniale asystował przy golu Eto. Do pełni szczęścia zabrakło mu tylko zdobycia gola. Minuta 75: wreszcie mamy strzał na bramkę w wykonaniu ,, Los Blancos". Salgado dośrodkowuje a Baptista strzela. Minuta 76: kolejna okazja Realu Madryt. Salgado strzela lewą nogą a Wiktor Valdes cudem łapie piłkę. Minuta 76: goool!!! Ronaldinho! Drugi Brazylijczyka! Znów podaje do niego deko. Gauczo biegnie sam, zostawiając za sobą biednego Ramosa. Patrzy na Casillasa i wewnętrzną częścią stopy umieszcza piłkę przy dalszym słupku. Nie do obrony! To właśnie wtedy publiczność na Santiago Bernabeu, wstając z miejsc bije brawo piłkarzowi FC Barcelony. To niezapomniana chwila, transmitowana przez wszystkie stacje telewizyjne. Redaktorzy i dziennikarze zachowali dla potomności wyjątkowy obrazek: pierwszy plan, na którym dwóch kibiców ,,Los Blancos", bije brawo po golu strzelonym przez piłkarza Blaugrany. Wszyscy zadawali sobie pytanie skąd taka reakcja i dużo mówiło się o sportowym zachowaniu madryckiej publiczności ale nie było to tylko zwykłe sportowe zachowanie. 80 000 kibiców w ,,Chamartin" nie było ślepych, potrafili po prostu docenić dobrą grę. Piękno futbolu wzięło górę nad wiernością własnym barwą a podziw sprawił że fani zapomnieli na chwilę o fatalnym występie swojej drużyny. Trzeba zaznaczyć że zachowanie kibiców ,,Los Blancos" wynikało też z innych powodów: by w to sposób na wyrażenie urazy do swoich zawodników, pokazanie im że będą w stanie oklaskiwać najlepszą drużynę, jednego prawdziwego ,, galactico", którego widzieli na boisku. W każdym razie dla Ronaldinho brawa jakie dostał na boisku rywala były dowodem Wielkiego uznania. Od 22 lat na Santiago Bernabeu niesłyszano owacji dla przeciwnika. W poprzednim razem wydarzyło się to 26 czerwca 1983 roku w innym spotkaniu Realu Madryt z Barcą, pierwszym meczu finału Pucharu Ligi. Diego Armando Maradona wyszedł z połowy boiska przedryblował wszystkich rywali i stanął sam naprzeciwko nie bronionej bramki ale nie wepchnął do niej piłki. Poczekał aż Juan Jose, boczny obrońca Realu Madryt po twarzy Sandokana znów spróbuję odebrać mu futbolówkę. Wtedy Argentyńczyk oszukał go raz jeszcze i strzelił gola. Rozległy się brawa dla Maradony. Cofając się w czasie jeszcze bardziej, znajdziemy kolejny podobny epizod, którego bohaterem był Johan Cruijff. 17 lutego 1974 roku holenderski piłkarz dyrygował orkiestrą FC Barcelony, która pokonała Real Madryt 5:0! , zdumiona publiczność na Santiago Bernabeu wstała z miejsc i oklaskiwała szybkość klasę, styl i rytm Holendra. Ronaldinho mógł być dumny, takiego hołdu nie otrzymuje się codziennie. Tego typu momentach przypominają się stare pojedynki między dżentelmenami, których zawsze doceniano umiejętności oponenta. Dobrym tego przykładem była wypowiedź jednego z sympatyków Realu Madryt, zaczepionego po meczu: ,, Nie zostanę kibicem Barcelony ale owszem, jestem fanem Ronaldinho". Publiczność ewidentnie zajęła jednoznaczne stanowisko a prasa jednogłośnie zaakceptowała tę opinię. Następnego dnia sportowe gazety, choć raz zgodne co do pochwał, dalekie od nacjonalistycznego wytykania różnic między Hiszpanią a Katalonią, oddały Brazylijczykowi hołd: ,, Real Madryt jest u jego stóp, niech dadzą mu złotą piłkę i wszystko czego chce". Potwór z Barcelony zmienił się w ,,Króla”, w ,,Byt najwyższy” i nie tylko ze względu na dwa gole, lecz także cały występ. ,, Nigdy nie zapomnę tego meczu. Niewielu piłkarzy przeżyło coś takiego w ciągu swojej kariery. Poczuć sympatię ze strony kibiców Realu Madryt było czymś bardzo pięknym, bardzo emocjonującym. Ich brawa bardzo dużo dla mnie znaczą. Jestem im za to wdzięczny z całego serca"- powiedział później Ronaldinho. Kiedy dowiedział się że coś takiego przytrafiło się tylko Maradonie i Cruijffowi, był zaskoczony i dodał że to dla niego wielki zaszczyt. Potem zapytano go czy uznanie ze strony przeciwnika go uszczęśliwiło. ,, Uszczęśliwia mnie to że ludzie cieszą się futbolem. Gram w FC Barcelonie i brawa, za które jestem najbardziej wdzięczny, to te od mojej publiczności ale cieszę się też z owacji, nawet jeśli są one nieliczne, na innych boiskach. Czuję że ludzie na wszystkich stadionach w Hiszpanii doceniają mnie i szanują moją pracę I to sprawia że jestem szczęśliwy". Brawa publiczności i komplementy w prasie: ,, Obecna Barcelona jest dla klubów tym, czym Brazylia dla reprezentacji"- napisała ,, La Gazetta dello Sport". Zwycięstwo FC Barcelony nad Realem Madryt dało jej pierwsze miejsce w tabeli, którego nie opuściła już do końca sezonu i oznaczało zmierzch galaktycznego projektu. Od tego momentu odwieczni rywale pogrążyli się w czarnym kryzysie. Odszedł dyrektor sportowy Arrigo Sacchi; Wanderley Luksemburgo, który wyciągnął drużynę na powierzchnię został zwolniony. Jego miejsce zajął człowiek z klubu, Lopez Caro, którego szefostwo nie mogło zwolnić ponieważ na horyzoncie Nie było innych kandydatów. Florentino Perez, twórca ery galacticos, pod koniec lutego podał się do dymisji, przekonany że jego odejście może być bodźcem dla drużyny ale nic takiego się nie stało. Jego następca na fotelu prezydenta, Fernando Martin, chwycił się jedynej możliwości jaka mu pozostała a mianowicie Champions League. Okrutny Arsenal zdołał jednak wyeliminować Ronaldo i kompanię. Martin zapowiedział że surowo potraktuje tych, którzy nie bronią godnie klubowych barw i obiecał utworzenie drużyny, w której będzie panować rywalizacja. Jednak zamiast tego ostatecznie przekazał pałeczkę Louisowi Gomez-Montejano, który do czasu nowych wyborów pełnił funkcję tymczasowego prezydenta. Podczas gdy ,,Los Blancos" toneli, Barça wznosiła się na szczyt. Miała 13 punktów przewagi nad Realem Madryt i 15 nad Valencją. Mistrzostwo było na wyciągnięcie ręki…
8
Błysk geniuszu:
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
3
@13th To ja go pisałem i nie po to pisałem żeby go usuwać! Jeśli komuś nie pasuje to pies mu morde lizał!
2
Co za pasjonująca końcówka na Stadio Giuseppe Meazza. Barcunia by się nie powstydziła....:)
1
@Lionel_Messi10 Zaraz a co on w Argentynie i kiedy wygrał? bo wikipedia pokazuje że był tylko asystentem...?
0
@FcPortoFan1999 Tak szczerze to wogóle go nie znam. Ja nie mam czasu ani zdrowia nocami śledzić argentyńskiej ligi a co dopiero meksykańskiej!
10
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
25 stycznia 1962 r. urodził się Oscar Alfredo Ruggeri. Znakomity stoper, jeden z najbardziej utytułowanych argentyńskich obrońców w historii tamtejszej reprezentacji. Niezwykle silna, wyrazista osobowość, mocny psychicznie, idealny kapitan i lider zespołu. Obrońca zdecydowany, twardy, sprawny i szybki, nieustannie wspierający atak. Wyżej od niego skakał tylko niezrównany Passarella. Zaczynał w Boca Juniors (155 meczów/11 goli), później m.in. River Plate (81/4), Real Madryt (31/2) i CA San Lorenzo (114/12). Zdobył mistrzostwo kraju ze wszystkimi wymienionymi firmami(z Boca Juniors wraz z Maradoną w 1981), oprócz tego z River Plate Copa Libertadores, Puchar Interkontynentalny i Copa Interamericana. W reprezentacji Argentyny rozegrał 97 meczów i strzelił 7 goli. Mistrz i wicemistrz świata, dwukrotny zdobywca Copa América oraz zwycięzca Pucharu Konfederacji. Grał na trzech Mundialach (1986, 1990, 1994) i czterech turniejach Copa America. Dwukrotnie był wybierany do Najlepszej Drużyny w Ameryce Płd., był także m.in. Najlepszym Piłkarzem Ameryki Płd., Argentyny i Najlepszym Zagranicznym Piłkarzem La Liga. Grał 21 razy w meczach Copa América – to jeszcze do nie dawna rekord Federacji Argentyńskiej, który dzielił z Jose Salomonem. W 1986 roku wyrównał rekordowe osiągnięcie Pelego zdobywając w jednym sezonie z klubem Ligę, Puchar Kontynentalny, Interkontynentalny oraz Puchar Świata z kadrą. Zawiesił buty na kołku, gdy urodzili mu się synowie – bliźnięta Stephan i Federic. Całkowicie z futbolu jednak nie zrezygnował; był Dyrektorem Technicznym m.in. w San Lorenzo, hiszpańskim Elche czy meksykańskim Club América.
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
@Sysia11
5
@FCBparasiempre
,,Zarabiał dwa razy więcej niż jego koledzy, ale im to nie przeszkadzało, tłumaczyli, że jeśli Valentino jest zadowolony, to łatwiej im wygrać – opowiadał prezes Feruccio Novo o zarobkach Mazzoli. Sukcesy Torino i Mazzoli napędzały też reprezentację. Pozzo maksymalnie chciał wykorzystać zgranie klubowych kolegów na korzyść drużyny narodowej. W 1947 r. w meczu z reprezentacją Węgier wystąpiło dziesięciu graczy Torino. Po nieudanych igrzyskach w Londynie Vittorio Pozzo przestał być trenerem reprezentacji. Mimo to Mazzola i jego koledzy nadal stanowili o jej sile. 27 lutego 1949 r., rozgrywali towarzyski mecz z Portugalią, w którym zwyciężyli 4:1. Po meczu, kapitan Portugalczyków, Fransisco Xico Ferreira, zapytał Mazzolę, kapitana Włochów, czy Torino nie przyleciałoby do Lizbony na towarzyski mecz z jego Benfiką. Mazzola zgodził się. Pod koniec lat 40. rozgrywki europejskie były jeszcze w sferze marzeń. Urzeczywistniły się one dopiero kilka lat później. Najlepsze drużyny kontynentu spotykały się jednak w takich meczach towarzyskich. Torino pewnie zmierzało po czwarty tytuł z rzędu. Po remisie 0:0 z Interem 30 kwietnia mieli nad nimi cztery punkty przewagi. Do końca pozostały tylko cztery kolejki, więc wydawało się, że nic nie odbierze Mazzoli i jego kolegom kolejnego scudetto. 3 maja był zaplanowany mecz z Benfiką. Jednak Mazzola wahał się czy lecieć. Bał się latania, ledwie dwa tygodnie wcześniej się ożenił po raz drugi, a poza tym nie najlepiej się czuł. Ostatecznie jednak poleciał. ,,Ojciec źle się czuł, nie zagrał w ostatnim meczu z Interem i nie wiedział jeszcze czy pojedzie, ale przypomniał sobie, że obiecał to przyjacielowi. Nie mógł go więc zawieść” – mówił Sandro Mazzola o wahaniach ojca. Sława Torino przekraczała granice kraju. Mieli opinię niepokonanej drużyny, absolutnie nie do powstrzymania. Byli jak dobrze naoliwiona maszyna do strzelania goli. Sandro Mazzola, tak ich opisywał: ,,To byli świetni piłkarze, zespół młodych i starszych graczy, którzy żyli marzeniem o niezwyciężonej drużynie. Swoją niezwykłą siłę zawdzięczali determinacji zawodników i ich technice gry. To było wielkie torino. 3 maja 1949 w Lizbonie, Benfica i Torino stworzyły znakomite widowisko. Jak na mecz towarzyski przystało, padło dużo bramek. Zespół z Lizbony wygrał 4:3. Wieczorem odbył się bankiet, a nazajutrz zawodnicy Torino wracali do domu. Sauro Tomà, jeden z dwóch zawodników, którzy nie polecieli do Lizbony, wspominał: ,,Czasem w pogodne dni z mojego domu widać wzgórze Superga. wznosi się około 500 metrów nad ziemią, więc stale otaczają je chmury. Zwykle, w drodze powrotnej, widząc je, pakowaliśmy już prezenty dla dzieci i zbieraliśmy walizki. Widok domu z samolotu wywoływał wielki entuzjazm. Wtedy było pewnie tak samo. Jednak znienacka otoczyła ich mgła. Pilot nie widząc wzgórza, nie mógł go ominąć. Najpierw o ziemię uderzyło skrzydło, a potem cały samolot.” Z katastrofy nie ocal nikt. Kiedy Ferreira dowiedział się o tragedii, był zdruzgotany. Spędził wiele bezsennych nocy, później wysyłał nawet pieniądze rodzinom ofiar. W jego pokoju z trofeami szczególne miejsce zajmowało czarno-białe zdjęcie Grande Torino. Ceremonia pogrzebowa, która odbyła się 6 maja, zgromadziła prawie milion osób. ,,Całą noc czuwałem nad nimi w Palazzo Madama. Nad trumnami pokrytymi kwiatami. Wobec rodzin zabitych czułem wstyd, unikałem kontaktu wzrokowego” – wspominał Sauro Tomà. Całe Włochy były pogrążone w żałobie. Sandro Mazzola, który miał wtedy sześć lat, nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się stało: ,,Nie od razu powiedzieli mi, co zaszło, może bojąc się mnie zszokować. Przeniesiono mnie do domu przyjaciół ojca na przedmieściach Turynu. Ponad 10 dni nic nie wiedziałem. Powoli zaczynało coś do mnie docierać. Tak pewnie było i lepiej. Mówili mi, że tata wyjechał na mecz, potem, że miał wypadek i w końcu zrozumiałem, że nie żyje.” Po katastrofie włoska federacja zdecydowała, że przyzna tytuł Torino. Zdołało ono utrzymać przewagę w lidze. W meczach grali co prawda juniorzy, ale przeciwnicy w geście solidarności również wystawiali młodych piłkarzy.
Mazzola do dzisiaj zajmuje szczególne miejsce w historii nie tylko Torino, ale i całego włoskiego futbolu. W sercach kibiców obecny będzie zawsze. Kamil Glik w swojej autoryzowanej biografii tak opisywał pamięć o nim w klubie: ,,Każdy kibic Torino w swoim kalendarzyku ma zaznaczoną datę 4 maja. To jeden z najważniejszych dni w roku. Mazzola jest legendą nie tylko Torino, ale i całej włoskiej piłki. Kiedy nowi piłkarze, szczególnie ci z zagranicy, pojawiają się w zespole, szybko im się tłumaczy, kim był dla klubu i jak wielka była to postać.” Valentino wyróżniał się dryblingiem, walecznością, znakomicie się ustawiał i ciągle był w ruchu. Wszechstronny i inteligentny. Wiedział, o co chodzi w taktyce. Swoimi umiejętnościami i podejściem do gry, o dekady wyprzedzał swoje czasy. W barwach Il Granata rozegrał 195 meczów i strzelił 118 bramek. Osoby, które miały przyjemność go oglądać i zawodnicy, którzy z nim grali, twierdzą, że lepszego piłkarza we włoskiej piłce nie było. Uzasadnione są twierdzenia, że z Il Capitano w składzie, Włosi odegraliby dużo większą rolę na brazylijskich mistrzostwach. Jednak na kolejny tytuł musieli czekać do 1982 r. Ich ówczesny trener, Enzo Bearzot pytany o Mazzolę powiedział: ,,Największym włoskim piłkarzem wszech czasów był Valentino Mazzola. Był człowiekiem, który cały zespół dźwigał na swoich barkach”.
7
@FCBparasiempre
Tylko dwóm reprezentacjom w historii udało się obronić tytuł mistrza świata. Pierwsi dokonali tego Włosi, którzy triumfowali w 1934 i 1938 roku. Być może gdyby nie przerwa spowodowana II wojną światową, Vittorio Pozzo i jego zawodnicy świętowaliby po raz trzeci. Po wojnie dysponowali równie dobrą drużyną. Przed turniejem w Brazylii wymieniano ich w gronie faworytów. Trzon ówczesnej reprezentacji stanowili zawodnicy słynnego ,,Grande Torino”. Główną postacią zarówno w klubie, jak i w reprezentacji był ,,Il Capitano” – Valentino Mazzola – jeden z najlepszych rozgrywających w historii calcio.
Valentino urodził się 26 stycznia 1919 r. Dorastał w miejscowości Cassano d’Adda, która leży niedaleko Mediolanu. Kiedy jego ojciec stracił wszystko wskutek wielkiego kryzysu w 1929 r., Valentino zaczynał właśnie swoją przygodę z futbolem. Już od dziecka był odważny, dzielny i bohaterski. W wieku 10 lat uratował topiącego się w rzece kilkuletniego chłopca. Tym chłopcem był cztery lata młodszy Andrea Bonomi, który kilkanaście lat później założył kapitańską opaskę AC Milan i stał się jedną z legend klubu, zaliczając ponad 250 występów w jego barwach. Mazzola, na początku, zamiast piłki kopał puszki. Wraz ze swoimi czterema braćmi często grali na ulicach miasta, które były areną ich zmagań i na których wygrywali swoje pierwsze mecze. Jego dzieciństwo nie należało jednak do najłatwiejszych. Kiedy ojca zwolnili z pracy, zaczął na własną rękę szukać jakiegoś zajęcia, żeby wspomóc rodzinę. Wkrótce znalazł zatrudnienie jako pomocnik piekarza, a kiedy już trochę podrósł, zaczął pracę w młynie. Grywał amatorsko dla lokalnych zespołów: Tresoldi i Fara d’Adda. W 1938 r. zwrócił na siebie uwagę klubu Alfa Romeo. Zauważył go jeden z pracowników fabryki i wkrótce zaproponowano Mazzoli pracę mechanika w fabryce i miejsce w zakładowej drużynie piłkarskiej, która grała wówczas w Serie C. Ta oferta spadła rodzinie Valentino z nieba. Zmagała się ona wówczas z poważnymi problemami finansowymi, bo niedługo wcześniej ojciec zginął pod kołami ciężarówki. Mazzola nie tylko zyskał stałe źródło utrzymania, ale mógł równolegle rozwijać swoją pasję. Sam tak to wspominał: ,,Alfa romeo to był naprawdę dobry wybór. Gdybym został zawodnikiem Milanu, otrzymywałbym wynagrodzenie, 100 lirów miesięcznie i nie musiałbym pracować. Znacznie lepiej było jednak mieć coś do roboty. Istniało niebezpieczeństwo, że bezczynność zrujnuje moją pasję, tak było lepiej dla mnie i dla piłki.” Kiedy widmo wojny stawało się coraz bardziej wyraźne, dostał powołanie do wojska. Służbę odbywał w Królewskiej Marynarce Wojennej w bazie w Wenecji. Przez kilka miesięcy służył na niszczycielu Confienza, a po tym został oddelegowany do pracy w porcie. W Wenecji udało mu się ukończyć szkołę, którą musiał przerwać, żeby pomóc w utrzymaniu rodziny. Chciał mieć jakieś wykształcenie, które mogło być przydatne po zakończeniu kariery.
Oprócz pracy w marinie nie przestawał też grać w piłkę. Bał się, że zostanie wysłany na pierwszy front działań zbrojnych, ale jego piłkarskie umiejętności pozwoliły mu przetrwać wojenną zawieruchę w miarę spokojnie. Wkrótce został zawodnikiem AC Venezia. Nie do końca wiadomo, jak do tego doszło, ale mówi się o dwóch wersjach. Według pierwszej zwrócił na siebie uwagę wysłanników klubu, którzy widzieli go w meczach w marynarce. Druga opcja mówi o tym, że Mazzolę polecić miał jeden z oficerów, który był kibicem klubu. Kiedy pojawił się na testach, miał podobno grać na bosaka. Buty miał zostawić w domu, bo nie chciał ich zniszczyć. Po paru miesiącach spędzonych w drużynie rezerw, został oficjalnie zatrudniony 1 stycznia 1940 r. Debiut zaliczył cztery miesiące później w przegranym 0:1 meczu z Lazio. Miejsca w składzie nie oddał już do końca sezonu. Ustawiany na środku ataku, pomógł drużynie w utrzymaniu się w Serie A. Szybko dał się poznać jak gracz o dużych możliwościach. Venezia, która była beniaminkiem, ukończyła sezon na 10. miejscu. Mazzola spędzał dużo czasu na analizowaniu swojej gry. Chciał być coraz lepszy i poświęcał wiele godzin na naukę i próbę zrozumienia zawiłości calcio. Dzięki temu poprawił swoje ustawianie się w grze, przez co miał na nią większy wpływ. Był prawonożny, ale często odbijał piłkę o ścianę lewą nogą, tak, żeby ją jak najlepiej wyćwiczyć. W tamtych czasach mało kto przykładał do tego wagę. Przeciwnicy robili wszystko, żeby go zatrzymać, z łokciami i kopnięciami włącznie, ale z czasem nauczył się ignorować ból. Mimo stosunkowo niedużego (170 cm) wzrostu, dobrze i skutecznie grał głową. Piłki w jego czasach były dość ciężkie i szybko nasiąkały wodą, więc mało kto się na to decydował. Zarówno pod względem techniki, jak i w swoim profesjonalnym podejściu do zawodu był bardzo nowatorski. Niedługo, mimo młodego wieku, zaczął być porównywany do dwukrotnego mistrza świata – Giuseppe Meazzy. To właśnie w Wenecji Valentino po raz pierwszy spotkał Ezio Loika, z którym kilka lat później decydował o obliczu ofensywy Torino. Z początku nie przypadli sobie do gustu. Loik był spokojny i raczej wycofany, podczas gdy Mazzola bardziej impulsywny, przez co wydawał się nieco arogancki. Wkrótce jednak stworzyli duet, który cieszył się opinią najzdolniejszego w całych Włoszech. Fantastycznie czuli się razem na boisku i sprawiali wrażenie, jakby porozumiewali się telepatycznie. Oboje poprowadzili swój klub do największego sukcesu w historii – finał Pucharu Włoch, który odbył się 8 czerwca w Rzymie na Stadio Nazionale del PNF. Tam, przy wsparciu kibiców, Roma prowadziła już 3:0, ale Mazzola z kolegami ostro wzięli się do roboty i odrobili straty. Jako że dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, konieczne było rozegranie dodatkowego meczu. Tym razem spotkanie rozegrano w Wenecji. Miejscowi, po bramce Loika wygrali 1:0. Rok później pokazali, że to nie był przypadek, zajmując trzecie miejsce w Serie A. ,,Miałem szczęście widzieć niezwykły talent Valentino z bliska. Nie było bardziej wszechstronnego gracza we Włoszech. Ani przedtem, ani potem” – twierdził Amadeo Amadei, kapitan AS Roma i reprezentant kraju. Taki talent, poparty osiąganymi z klubem wynikami, nie mógł zostać niezauważony przez selekcjonera. Legendarny Vittorio Pozzo był pod wrażeniem umiejętności obu graczy Venezii i powołał ich na najbliższy mecz kadry narodowej. W Europie szalała wojna, w wielu krajach myślano o tym, żeby jakoś przeżyć ten koszmar, a gra w piłkę schodziła raczej na dalszy plan. Jednak nie we Włoszech. W 1942 r. kraj funkcjonował normalnie, a o działaniach wojennych czytano w gazetach. 5 kwietnia, w Genui, Włosi podejmowali reprezentację innego państwa osi – Chorwację. Pewnie wygrali 4:0, a debiut w niebieskich barwach zaliczył zarówno Mazzola, jak i Loik. Dwa tygodnie później, drużyna prowadzona przez Pozzo, podejmowała w Mediolanie Hiszpanię rządzoną przez generała Franco. Tutaj również rozprawili się szybko z rywalami, a Valentino otworzył wynik wygranego 4:0 spotkania. Od tego czasu był podstawowym zawodnikiem reprezentacji.
31 marca 1942 r. rozgrywano 38. kolejkę ligową. Venezia z Mazzolą w składzie, podejmowała u siebie Torino, które zajmowało fotel lidera. Turyńczycy zmierzali wtedy po scudetto, choć nad drugą w tabeli Romą mieli tylko punkt przewagi. Venezia jednak nie miała zamiaru kłaść się na boisku, postawiła twarde warunki gry i Il Granata przegrała 1:3. To w tym pojedynku zespół z Turynu pogrzebał swoje szanse na mistrzostwo. Prezydent Torino Feruccio Novo ostatecznie przekonał się do zatrudnienia Mazzoli i Loika. Miał podobno po meczu zejść do szatni i tam zawrzeć umowę, w myśl której, wspomniana dwójka przeniesie się do Turynu. Musiał działać szybko, bo oko na Mazzolę miał też Juventus, który miał być już nawet po słowie z Venezią. Ostatecznie jednak sam Mazzola wolał zostać zawodnikiem Byków, do czego przekonywał go sam Vittorio Pozzo. W ramach transakcji, prezes Novo zapłacił za nich 1 mln 200 tys. lirów, a do Venezii trafiło jeszcze w zamian dwóch graczy Torino – Walter Petron i Raúl Mezzadra. W ciągu swojego pobytu w mieście św. Marka, Valentino rozegrał dla Venezii 61 meczów i strzelił 12 goli. Jeszcze podczas gry w Wenecji poślubił 18-letnią Emilię Rinaldi, z którą miał dwóch synów. Ich ślub odbył się w rodzinnym Cassano d’Adda 16 marca 1942. Już w Turynie, 8 listopada 1942 na świat przyszedł Alessandro. Wśród kibiców znany jako Sandro, stał się później ikoną i legendą Interu Mediolan prowadzonego przez Helenio Herrerę. Urodzony 1 lutego 1945 r. Feruccio, który imię otrzymał na cześć prezesa Torino., też poszedł w ślady ojca i brata, ale nie osiągnął takich sukcesów jak oni, choć w trakcie swojej kariery zakładał opaskę kapitańską rzymskiego Lazio. Valentino z rodziną mieszkał w małym mieszkaniu przy Via Torcelli 66. Pracował w fabryce Fiata, dzięki czemu uniknął wysłania na front. Piłkarze Torino zarabiali dobrze, ale ich pensje nie były jakoś bardzo przesadzone w porównaniu do przeciętnych wynagrodzeń. Po wojnie Valentino prowadził sklep sportowy. ,,Gdy miałem 3-5 lat, ojciec przebierał mnie za maskotkę Torino, miałem piłkarskie buty i koszulkę z numerem „10”. Nie rozumiałem, czemu otacza go tylu ludzi, ale czułem po ich zachowaniu, że jest kimś ważnym. Mocno trzymałem go za rękę, bo wokół było tyle wielkich mężczyzn, których się bałem. Uścisk jego dłoni dawał mi siłę” – wspominał Sandro Mazzola. Mazzola, który uważał się za trochę samotnego człowieka, na pierwszym miejscu stawiał futbol. Swój profesjonalizm, którym imponował na boisku, starał się przekładać na wszystkie dziedziny życia. Był bardzo skrupulatny i wymagający, wręcz surowy. Wiele od siebie wymagał i równie dużo od osób ze swojego otoczenia. To właśnie te cechy jego charakteru były prawdopodobnie powodem rozpadu jego małżeństwa. Żona miała już dość dyscypliny, jaką zaprowadzał w domu i w 1946 r. się rozstali. Pierwszy mecz w barwach Torino, Valentino rozegrał 4 października 1942 r., kiedy to ulegli 0:1 Interowi. W kolejnym meczu również zanotowali porażkę – z Livorno, ale od 18 października rozpoczął się ich marsz po mistrzostwo. Wtedy to pokonali w derbach Turynu Juventus 5:2, a Mazzola zaliczył pierwsze trafienie dla klubu. Przez cały sezon w walce o tytuł liczył się tylko Inter, Livorno i Torino. Ostatni mecz sezonu Torino grało 25 kwietnia na wyjeździe z Bari. Na 5 minut przed końcem Mazzola trafił wreszcie do bramki rywali i był to gol dający Bykom upragnione scudetto. W swoim pierwszym sezonie zagrał we wszystkich meczach. Torino miało wtedy kapitalny atak, w którym oprócz Valentino grał jego przyjaciel z Venezii – Loik, były snajper Juventusu – Guglielmo Gabetto, Franco Ossola i były gracz Interu – Pietro Ferraris. Il Granata sezon zakończyła 30 maja. Mazzola pogrążył swój były klub, strzelając czwartą bramkę w finale Pucharu Włoch i ustalając wynik meczu na 4:0.
W kolejnym sezonie chcieli potwierdzić swój prymat, ale plany pokrzyżowali im alianci. 10 lipca wylądowali na Sycylii i tak odległa dotąd wojna, stała się czymś namacalnym. Rozgrywki Seria A zostały zawieszone na dwa lata. Dwa tygodnie później odsunięto Mussoliniego od władzy, a 8 września ogłoszono zawieszenie broni między Królestwem Włoch a aliantami. Na terenach środkowych i północnych Włoch, które były de facto pod okupacją niemiecką, po odbiciu Mussoliniego przez hitlerowców, utworzono Włoską Republikę Socjalną. To właśnie na jej terenach zorganizowano prowizoryczne rozgrywki ligowe. Zespoły rywalizowały w regionalnych grupach, a po kilkustopniowych eliminacjach, trzy najlepsze z nich spotkały się w turnieju finałowym w lipcu 1944 r. Torino zajęło w nim drugie miejsce, pokonując Venezię, a ustępując miejsca VV.F. Spezia, która zdobyła tytuł Campionato Alta Italia. Po tym, jak działania wojenne przeniosły się na teren północnych Włoch, nie przeprowadzano żadnych oficjalnych rozgrywek. Zespoły co prawda trenowały i grały między sobą, ale wielu trenerów i zawodników bało się zwyczajnie o swoje życie. Był nim m.in. jeden z twórców Grande Torino Ergi Ebstein – Węgier żydowskiego pochodzenia, co tłumaczy jego obawy. W trakcie piłkarskiej kariery grał w swojej ojczyźnie, ale też we Włoszech i w Anglii, więc doświadczenie zebrał naprawdę spore. Jego filozofia gry opierała się na szybkich, oskrzydlających atakach i twardej, nieustępliwej obronie. Zaszczepił w piłkarzach Torino przekonanie, że jeśli ich przeciwnik jest przy piłce, to coś jest nie tak i trzeba mu ją odebrać. Kiedy już przejmowali piłkę, często otrzymywał ją Mazzola. Zawsze wiedział co z nią zrobić, czy podać, czy dośrodkować w pole karne, czy przeprowadzić indywidualną akcję. Naprawdę rzadko się mylił. Po wojnie rozgrywki ruszyły na nowo w całych Włoszech. Erbstein jako dyrektor techniczny, wraz z byłym zawodnikiem Torino na ławce trenerskiej Luigim Ferrerą, w pełni wykorzystali potencjał zawodników, jakich mieli do dyspozycji. Byki zdominowali powojenne rozgrywki. W pierwszym sezonie po wojnie rozgrywki prowadzono w dwóch grupach: północnej – Serie A Alta Italia i centralno-południowej – Serie mista A-B Centro-Sud. Tornio wygrało swoją, a później triumfowali w rundzie finałowej. Mazzola stawał się prawdziwym liderem. Choć rozstanie z żoną położyło się cieniem na jego wizerunku, to na boisku był wzorem. Jego kolega z drużyny Sauro Tomà wspominał: ,,Czuliśmy, że kapitan Mazzola czuwa nad nami. Był wspaniałym członkiem drużyny. Górował nad nami jako zawodnik i jako człowiek.” Następny sezon był najlepszym w karierze Valentino. Z 29 bramkami zdobył koronę króla strzelców i poprowadził Torino do drugiego z rzędu scudetto. Tylko on i obrońca Aldo Ballarin zagrali we wszystkich meczach. Rok później Byki strzelili w lidze 125 bramek, co do dziś jest niepobitym rekordem, ale trzeba pamiętać, że w tamtym sezonie Serie A liczyło 21 drużyn. Wygrali aż 19 z 20 meczów na własnym stadionie, a w całych rozgrywkach zdobyli aż 65 punktów w 40 meczach. Zdominowali rozgrywki tak bardzo, że mało kto potrafił stawić im czoła. W szarych i ponurych powojennych czasach Turyńczycy dawali ludziom choć trochę powodów do optymizmu. ,,W latach 40-tych była u nas wielka bieda. Nie było nic. Grande Torino dawało ludziom nadzieję, trochę radości. Nie musieli myśleć o problemach dnia codziennego. To był wielki i wspaniały zespół, któremu kibicowano w całej Italii, może tak jak teraz JuventusowiG – opowiadał Alberto Lovisolo z muzeum grande Torino. Mazzola był wspaniałym dyrygentem zespołu i bożyszczem kibiców. Cieszył się wielką popularnością. Często wspomina się, że kiedy widział, że zespołowi nie idzie, że traci koncentrację, podwijał rękawy. Miał to być dla drużyny znak, że trzeba się wziąć do roboty i zacząć odrabiać straty. To było słynne quarto d’ora granata, czyli kwadrans, w którym Torino dominowało nad przeciwnikiem. Był tak wszechstronny, że w jednym z meczów stanął awaryjnie w bramce. Do końca meczu zachował czyste konto. Jego legenda wciąż rosła. ,,Był połową drużyny. Drugą część tworzyła reszta z nas” – mówił o nim Mario Rigamonti, kolega z drużyny. On sam jednak wcale się nie wywyższał i uważał, że „futbol zawsze będzie grą dla jedenastu”. W 1949 r. pojawiły się jednak głosy, że Mazzola ma opuścić Torino. Miał zostać zawodnikiem Interu, chciał zakończyć karierę w swoich rodzinnych stronach. Klubowi koledzy jednak mieli udać się wtedy do prezesa klubu i poprosić go, żeby obniżył im ich pensje, a w zamian dał podwyżkę Valentino. Wszystko po to, żeby zatrzymać go w zespole.
8
Pierwsza supergwiazda calcio:
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson
8
Ten jeden raz zagrały ze sobą tak wybitne legendy:
26 stycznia 1955 r. Afredo Di Stefano po raz pierwszy i ostatni zagrał mecz w trykocie Blaugrany u boku Ladislao Kubali. Wydarzyło się to podczas meczu charytatywnego na Camp de Les Corts, zorganizowanego przez szkołę dziennikarstwa w Barcelonie, w którym udział wzięły FC Bologna i FC Barcelona. Zgromadzeni tego dnia na stadionie cules na 90 minut przenieśli się do krainy snów. Oglądali w akcji dwóch genialnych piłkarzy, których młodzieńcza szybkość i siła wciąż pozostawały nienaruszone zębem czasu, równie utalentowanych na boisku. Kubala oraz Di Stefano zaprezentowali wcześniej niespotykany poziom piłkarskich umiejętności i wyobraźni a Barça pokonała Bologne FC aż 6:1.
@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
9
Debiuty legend FC Barcelony:
26 stycznia 1950 r. w towarzyskim meczu Barçy z Olimpique de Xativa zadebiutował legendarny obrońca Joan Segarra Iracheta. Mecz zakończył się zwycięstwem Blaugrany 6:1. Segarra rozegrał pełne 90 minut.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
3
,,Pepito"! ,,The Citizens"!! Victoria!!! Bravissimo!!!
0
@FcPortoFan1999 Nigdy nie mów nigdy...!
0
Naprzód OBYWATELE! Naprzód po mistrzostwo Anglii!
9
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
25 stycznia 1929 r. w Warszawie urodził się Edmund Zientara, pomocnik oraz napastnik. Wśród piłkarskich znaków rozpoznawczych stolicy nie może zabraknąć sylwetki Edmunda Zientary, piłkarza, który zarówno życie, jak i karierę związał z Warszawą. Pierwsze spotkania po II wojnie światowej rozgrywane tutaj, były dla niego przeżyciem szczególnym. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu widział swoje rodzinne miasto obrócone w gruz. Powstanie Warszawskie zabrało mu ojca, ostatnia okupacyjna zima położyła zaś schorowaną matkę do grobu. On sam ledwo wyrwał się spod ściany śmierci, tylko dlatego że znał po niemiecku akurat słowo ,,piętnaście” i uznano go za zbyt młodego do rozstrzelania. Musiał też potem w konspiracji używać dokumentów zabitego Andrzeja Szczepańskiego. Dlatego długi czas po wojnie wiele osób mówiło do niego per ,,Andrzej”. Ciężkie przeżycia jednak go nie złamały, lecz zahartowały jego ducha, czyniąc z niego twardego zawodnika z wielkimi zdolnościami przywódczymi. Był jednym z nielicznych piłkarzy, którzy w Ekstraklasie zagrali w barwach trzech różnych warszawskich klubach. Zaczynał w Polonii Warszawa, potem przeniósł się do Legii a następnie do Gwardii, by wrócić po kilku sezonach w szeregi Wojkowych i głównie z tym klubem jest do dzisiaj kojarzony Zientara. Jako kapitan Zientara sięgnął z Legia po dublet w 1956 r. Świetnie wyszkolony technicznie, wszechstronny zawodnik z bardzo dobrym przeglądem pola nadawał tempo grze Wojskowych. W ataku rządzili wtedy Kowal, Brychczy, Kempny oraz Pohl. On zaś był ostoją pomocy. Sam kiedyś zdradzał umiejętności do gry w najbardziej wysuniętej formacji. Ostatecznie jednak z powodu zbyt słabego strzału został nieco cofnięty. Poza jedynym mistrzostwem wywalczył po jednym medalu z pozostałych kruszców.
Jest do dziś jedynym w historii piłkarzem, który zagrał w reprezentacji Polski jako przedstawiciel trzech klubów ze stolicy. Jeden raz zrobił to będąc powołany z Polonii, trzy razy z Gwardii i aż 36 razy z Legii. Był dopiero drugim po Cieśliku zawodnikiem, który uzbierał 40 występów w drużynie narodowej. W białoczerwonych barwach występował aż 11 lat. Ostatni selekcjoner, pod którego wodzą grał, Ryszard Koncewicz, uważał go za jednego z najinteligentniejszych polskich piłkarzy. Brał udział w zwycięskim starciu ze Związkiem Radzieckim. Nie wspominał tego jednak najlepiej. Prasa uznawała Zientarę za jednego z najsłabszych piłkarzy po polskiej stronie. Omal też nie strzelił samobója. Na usprawiedliwienie- do rywalizacji przystąpił z kontuzją. Musiał dostać kilka zastrzyków aby stanąć na nogi. Podobnie jak w Legii, tak i w kadrze pełnił funkcje kapitana. Opaskę przejął po Cieśliku. Na ramieniu z nią wystąpił 19 razy. W tej roli prowadził również zespół narodowy podczas Igrzysk Olimpijskich w 1960 r. w Rzymie. Kariere zakończył w Australii. Nawet po zawieszeniu butów na kołku nie rozstał się całkowicie z futbolem. Przez wiele lat był jednym z najlepszych szkoleniowców w Ekstraklasie. To on poprowadził Legie do półfinału Pucharu Mistrzów a Stal Mielec do ćwierćfinału Pucharu UEFA, co czyni z niego jedynego szkoleniowca, który z dwoma polskimi klubami występował na tak zaawansowanym etapie w europejskich pucharach. Trzy razy w tej roli zdobył mistrzostwo Polski. Do czasu Jacka Magiery był jedynym w historii Legii człowiekiem, który po ten tytuł sięgał zarówno jako piłkarz, jak i szkoleniowiec Wojskowych. Prowadził także Pogoń Szczecin, Wisłe Kraków oraz kluby cypryjskie. Jego nie spełnionym marzeniem pozostawała jednak reprezentacja Polski. Ostatecznie krótko pełnił w niej role tylko asystenta. Był sekretarzem generalnym PZPN w latach 1991-95. Krajowa federacja uczciła go tytułem członka honorowego. Legia Warszawa przyjęła go natomiast do Galerii Sław.
@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
10
Wspaniałe legendy argentyńskiego futbolu:
25 stycznia 1954 r. urodził się Ricardo Bochini, ofensywny pomocnik, mistrz świata z 1986 r. ,,El Bocha” jak go nazywali jest jedną z legend Independiente Buenos Aires i jednym z najbardziej utalentowanych pomocników w historii argentyńskiego futbolu. Wystąpił w trzech finałach Pucharu Interkontynentalnego i dwa razy zwyciężał w tych rozgrywkach a najlepiej zaprezentował się w 1973 roku, kiedy to w wieku zaledwie 19 lat zdobył cudowną bramkę, która dała Independiente zwycięstwo nad Juventusem Turyn w Rzymie! Jedenaście lat później w roku 1984 nadal był kluczową postacią w drużynie, która pokonała FC Liverpool w finale Pucharu Interkontynentalnego w Tokio. W klubie z Avellaneda grał w latach 1972-1991. W tym okresie rozegrał 634 ligowe mecze i strzelił 97 goli. Z Independiente czterokrotnie był mistrzem Argentyny jak również czterokrotnie sięgał po Copa Libertadores (w tym 3 razy z rzędu!), a dwa razy wywalczył Puchar Interkontynentalny. Mimo niepodważalnej pozycji w Indepediente, w reprezentacji Argentyny pojawiał się epizodycznie. W kręgu zainteresowania kolejnych selekcjonerów znajdował się już od połowy lat 70., jednak w kadrze na mistrzostwa świata znalazł się dopiero w 1986. W turnieju w Meksyku zagrał 4 minuty w półfinałowym meczu z Belgią, co dało mu tytuł mistrza świata. Łącznie w kadrze rozegrał 11 spotkań (1977-1986).
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
@Sysia11
7
@FCBparasiempre
25 stycznia 1942 r. urodził się Eusebio da Silva Ferreyra, genialny portugalski snajper. Eusébio jest uważany przez wielu światowej sławy ekspertów w dziedzinie piłki nożnej, jak i kibiców za jedną z największych legend piłki nożnej w całej historii. Chociaż obiektywnie należy stwierdzić, że nie zdobył tak dużej popularności jak najwybitniejsi piłkarze tacy jak Pele czy „ boski ” Diego Armando Maradona. Grał na pozycji środkowego napastnika, nosząc przydomek ,,Czarnej Pantery” lub ,,Czarnej Perły z Mozambiku”. Był znany z doskonałej techniki i nieprzeciętnych dryblingów, dzięki którym zyskał przydomek pantery. Ojciec Eusebio był piłkarzem mozambickiej drużyny Ferroviario, ale nie grał w reprezentacji narodowej, ani nie osiągnął żadnych znaczących sukcesów. Pomimo tego właśnie w sporcie widział przyszłość dla swojego syna. Właśnie ojciec był pierwszym, o ile można to tak ująć trenerem legendarnego dziś piłkarza. Nauczył swojego syna wszystkiego co sam umie, dostrzegł też, dzięki doświadczeniu i fachowej wiedzy, którą zdobył podczas swojej zawodowej kariery, że jego syn ma naprawdę talent do gry. Eusebio już od najmłodszych lat interesował się piłką nożną i korzystał z każdej okazji żeby pokopać piłkę, doskonalą w ten sposób swoje umiejętności. Swoją karierę piłkarską zaczął w lokalnym klubie piłkarskim Sporting Lourenço Marques w 1957 roku, spędzając tam 3 sezony piłkarskie. Klub ten był dla młodego Eusebio miejscem gdzie dopiero nabierał doświadczenia w świecie piłki nożnej. Został on zauważony przez obserwatorów z Portugalii i w tym momencie jego kariera nabrała tępa. W 1960 roku przeniósł się do Benfici Lizbona, gdzie grał do 1975 roku odnosząc w tym czasie wiele sukcesów takich jak: jedenastokrotne Mistrzostwo Portugali, pięciokrotne zwycięstwo w Pucharze Portugalii i zwycięstwo w Pucharze Europy(Liga Mistrzów) w 1962 roku. Odnosił także indywidualnie sukcesy między innymi Europejski Piłkarz Roku w 1965, Europejska nagroda Złotego Buta w 1968 i 1973, dwukrotnie najlepszego piłkarza Portugalii i siedmiokrotnie króla strzelców ligi portugalskiej. Poza osiągnięciami indywidualnymi i klubowymi wraz z reprezentacją Portugalii udało mu się zając trzecie miejsce, zaraz za reprezentacjami Anglii oraz RFNu na mistrzostwach świata w 1966 roku, a on sam w tym samym roku dostał nagrodę Złotego Buta za dziewięć strzelonych goli na mistrzostwach. Eusébio w reprezentacji w latach 1961–1973 zagrał 64 mecze, strzelając 41 goli, co bardzo długo było rekordem narodowej reprezentacji Portugalii. Jego wynik pobił dopiero w 2005 roku Pedro Miguel Carreira Resendes, znany jako Pauleta, posiadając w swoim dorobku 47 goli. Eusébio praktycznie całą swoją karierę spędził w jednym klubie, czym nie może poszczycić się zbyt wielu znanych piłkarzy, mimo to osiągnął prawie wszystko, o czym każdy piłkarz marzy i jest w stanie osiągnąć. Mowa tu nie tylko o trofeach, pucharach i nagrodach, ale o niesamowitej liczbie fanów, honorowych tytułów, pomników a przede wszystkim tego, że został w pamięci każdego prawdziwego fana piłki nożnej.
W ciągu tych piętnastu lat strzelił dla Benfici 727 goli! w 715 meczach, co jest wynikiem wręcz niesamowitym, samym w sobie pokazującym klasę i umiejętności piłkarza. W 1975 nadeszła pora na powolne kończenie kariery, dlatego Eusébio przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, by podjąć współpracę z Rhode Island Oceaneers. Był to zespół zlokalizowany w małym mieście Pawtucket w stanie Rhode Island. Nie osiągał tam żadnych sukcesów, był to raczej początek jego piłkarskiej emerytury, gdzie daleko od prasy i całego medialnego szumu mógł w spokoju trenować swój ukochany sport. Klub ten został założony w 1974, a rozwiązany cztery lata później. Sam piłkarz spędził tam jeszcze krócej, bo w tym samym roku przeniósł się do innego amerykańskiego klubu Boston Minutenem. Klub piłkarski działający jeszcze krócej niż poprzedni bo tylko w latach 1974-1976 mieszczący się w Bostonie, stolicy stanu Massachusetts. Eusébio w tym samym roku, odszedł aby przenieść się do meksykańskiego klubu Club de Fútbol Monterrey. Był to jego trzeci klub w jednym roku, miał siedzibę w Monterrey, stolicy stanu Nuevo León. Ponownie nie grał tutaj zbyt długo, bo już w 1976 roku przeniósł się do SC Beira-Mar. Był to portugalski klub, w mieście Aveiro. Tak więc po dwóch latach piłkarz powrócił do Europy. Ponownie nie został za długo w jednym klubie i już po sezonie wrócił do Ameryki Północnej, ale tym razem do Kanday, dołączając do zespołu Toronto Metros-Croatia, mieszczącego się w Toronto w południowej części prowincji Ontario. Jeszcze w ty samym roku przeniósł się do zespołu Las Vegas Quicksilver. Po raz kolejny osiedlił się w Stanach Zjednoczonych, a dokładnie w Las Vegas w stanie Nevada. Po raz kolejny zmienił drużynę jeszcze w tym samym roku, przenosząc się do Newark w stanie New Jersey. Co ciekawe drużyna New Jersey Americans do której się przeniósł obecnie jest drużyną koszykarską, działającą pod nazwą New Jersey Nets. Ostatnim klubem w karierze Eusébio był União de Tomar, w portugalskim mieście Tomar. Po zakończeniu kariery „Czarna Pantera” nie wrócił do rodzinnego Mozambiku, osiedlił się na stałe w stolicy Portugalii Lizbonie. Mimo że od zakończenia kariery minęło ponad 30 lat, mieszkańcy Lizbony nadal uważają go za bohatera, o czym świadczyć może postawiony mu pomnik przed boiskiem Estadio da Luz. Do pamięci kibiców przeszły w szczególności jego dwa wyczyny na Mistrzostwach Świata w 1966 roku. Chodzi o zdobycie tytułu najlepszego strzelca mistrzostw z dorobkiem dziewięciu bramek i poprowadzenie w ten sposób Portugalii do najniższego stopnia podium, eliminując po drodze takie potęgi jak Brazylia czy ZSSR. Brazylia właśnie była jednym z głównych pretendentów do zdobycia tytułu mistrzowskiego. Tak obstawiała większość kibiców, którzy grali na zakładach. Drugim wyczynem było doprowadzenie stanu meczu z Koreą z 0 : 3 do 5 : 3, w ćwierćfinałowym meczu. Piłkarz jest znany nie tylko jako sportowiec, ale jako i człowiek. Mimo święcenia największych sukcesów swojej kariery w 1966 roku pamiętał o Maputo w jego rodzinnym Mozambiku, gdzie w tym samym czasie trwała krwawa wyzwoleńcza walka z Portugalczykami. Wypowiedział on znane słowa, do dziś oddającego jego wizerunek : „ Nienawidzę polityki. Moją polityką jest futbol!" W takim przekonaniu udało mu się zostać wielką gwiazdą i legendą piłki nożnej, mimo że urodzonemu w małej prowincji Portugalii nikt wcześniej nie dawałby żadnych szans na sukces. Jego karierę można z pewnością brać za wzór do naśladowania przez młodych piłkarzy.
Można wnioskować że Eusébio da Silva Ferreira wywarł ogromny wpływ na rozwój piłki nożnej nie tylko w Mozambiku, ale w Portugali i Europie. Interesującym jest że Eusébio posiada dwa paszporty, jest uznawany za Mozambijczyka ale kto wie jakby potoczyła się jego kariera gdyby zdecydował się na grę dla reprezentacji Mozambiku ? Można jedynie przypuszczać, że gdyby zdecydował się jednak na grę dla narodowej reprezentacji Mozambiku, mogło by to przyczynić się do zahamowania jego błyskotliwej kariery. Przypuszczać można, że nie byłby w stanie osiągnąć tego co osiągną, a co już zostało w powyższym artykule dość szczegółowo opisane, gdyby nie zdecydował się na grę w reprezentacji Portugalii. Na pewno nie zagrał by z reprezentacją Mozambiku w finałach mistrzostw świata. Pomimo tego, iż był piłkarzem ponadprzeciętnym, nie byłby w stanie sam pociągnąć swojej drużyny do zdobycia jednego z pucharowych miejsc. Jednakże, jego wpływ na ogólny poziom gry ówczesnej reprezentacji Mozambiku byłby bez wątpienia ogromny. Nie ma też wątpliwości w kwestii tego, że miałby realne szanse na zostanie kapitanem drużyny. Nie tylko ze względu na swoje umiejętności, ale także na charyzmę, która nie zawsze idzie jak wiadomo w parze z talentem sportowym nie tylko piłkarskim. Wróćmy jednak do tego, jaki wpływ Estadio da Luz wywarł na rozwój piłki nożnej w swoim ojczystym kraju. Wielu młodych Mozambijczyków, właśnie dzięki niemu zainteresowało się piłką nożną na poważnie, widząc w sporcie swoją szansę na lepsze, szczęśliwsze życie. Dla wielu z nich piłka nożna stała się nie tylko pasją ale też sposobem na życie. Ponadto w kraju, z którego pochodził znacznie powiększyła się liczba kibiców piłkarskich. Można mówić tutaj o zjawisku porównywalnym do tego jakie jeszcze kilka lat temu obserwować mogliśmy w naszym rodzimym kraju. Jak zapewne większość czytelników pamięta, skoki narciarskie w naszym kraju stały się popularne wśród kibiców właśnie wtedy gdy nasz, znany chyba wszystkim Polakom rodak – Adam Małysz osiągać zaczął sukcesy. Przyczyniło się to nie tylko do wzrostu liczby kibiców, ale ogólnie także do rozwoju tej, do niedawna mało popularnej dyscypliny sportu w naszym kraju. O podobnym zjawisku mówić można także w Mozambiku, z którego pochodzi „ czarna pantera ” Estadio da Luz. Kto wie na jakim poziomie stałby futbol w owym kraju gdyby nie błyskotliwa kariera piłkarska jednego z jego obywateli.
6
Wybitne legendy futbolu, o których nie wypada zapominać:
@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
1
@budel17 Nie no, co ty? Nie byłoby zdziwienia??? Nie przesadzaj...
0
@DonCarletto Szok to byłby jakby Hurkacz z nimi przegrał...!!!
0
Co za meczycho w Melbourne w kobiecym finale! Dwie terminatorki, dwie dominatorki! My chłopy byśmy od tych kobitek dostali wpierdziel a co się dziwić Idze że poległa po zażartej grze...
7
Zapomniane El Clasico:
25 stycznia 1948 r. FC Barcelona pewnie pokonuje Real Madryt na Camp de Les Corts 4:2 w 17 kolejce Primera Division, po 2 golach Basory i po jednym Josepa Seguera i Cesara Rodrigueza. To zwycięstwo w końcowym rozrachunku okazało się bardzo ważne, ponieważ Blaugrana sięgneła w tamtym sezonie po trzecie w historii mistrzostwo Hiszpanii.
@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360