1

@AFA90 No przecież już od dłuższego czasu konkretną historie zamieszczam w odpowiedzi na swój komentarz ponieważ dany komentarz jest zbyt długi dla redakcji i rzekomo ,,zaburza wizualność strony", czy jakoś tak, z czym ja się absolutnie nie zgadzam. Więc redakcja za takie długie komentarze nakłada mi bana! I to tygodniowego!

11

@FCBparasiempre
27 stycznia 1899 r. w Budapeszcie urodził się Bela Guttmann, wielka legenda futbolu. Niepokorny piłkarz wieszający szczury na drzwiach działaczom Federacji Piłkarskiej. Król nowojorskiego nocnego życia. Bankrut. Milioner. Poskramiacz dziennikarzy. Węgierski Żyd, który przetrwał Holokaust, zostawiając bliskich w obozie pracy. Odkrywca talentu Eusebio. „Wybitny trener bez, którego nie byłoby Złotej Jedenastki Węgier ani Wielkiej Brazylii” – tak mówił o nim Ferenc Puskas. To też człowiek naznaczony historią Europy XX wieku. Guttmann od małego był związany ze sztuką, a konkretnie tańcem, ponieważ właśnie tym trudnili się jego rodzice. Młody Bela upodobał sobie jednak inny sport. Urodzony w 1899 roku Węgier zaczął bowiem grać w piłkę w klubach z Budapesztu. Na początku lat 20. po krótkiej przygodzie z drużyną Torekves SE przeniósł się do będącego własnością bogatych żydowskich rodzin – MTK Hungaria. Z MTK wygrał dwa mistrzostwa, a następnie wyjechał ze stolicy Węgier. Niestety jego kolejny transfer nie był spowodowany wybitną grą młodego Beli, a w dużej mierze sytuacją polityczną. Na tym etapie życia po raz pierwszy(i nie ostatni) świat zaczął mu przypominać o jego żydowskim pochodzeniu. Więc z uwagi na rosnące nastroje antysemickie panującego na Węgrzech za rządów Admirała Horthego, Guttmann wyjechał do Wiednia. W Austrii wstąpił do drużyny Hakoah Wiedeń największego wówczas żydowskiego klubu w Europie. Tam grał w latach 1922-1926 zdobywając jeden tytuł mistrzowski. Zadebiutował również w reprezentacji Węgier właśnie jako zawodnik Hakoah. Tylko jak to było z tą reprezentacyjną przygodą…? Guttmann zagrał zaledwie w 4 meczach w biało-zielonych barwach, a wszystko nie przez brak talentu, ale swój dość problematyczny charakter. Młody pomocnik nigdy nie bał się mówić tego co myśli, przez co często popadał w konflikty. Najbardziej nie po drodze było mu z działaczami rodzimego związku piłkarskiego. Podczas pobytu na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 1924 roku, 25-letni reprezentant był bardzo niezadowolony z warunków pobytu oraz faktu, iż jak twierdził: „W ekipie jest więcej urzędników niż piłkarzy”. Swoje niezadowolenie zamanifestował jednak w bardziej dosadny sposób niż słownie. Bela na drzwiach każdego z działaczy powiesił martwego szczura. O dziwo nowe towarzystwo nie przypadło do gustu urzędnikom i zawodnik Hakoah musiał zakończyć karierę reprezentacyjną. Jego ostatni występ przypadł akurat na mecz z Polską, właśnie w Paryżu, rozegrany tuż przed „szczurzym manifestem”. W 1926 roku piłkarz pojechał na amerykańskie tournée z drużyną z Wiednia, postanowił jednak, że z niego nie wróci. Bela zadomowił się w Nowym Jorku i grał w tamtejszych klubach. Nie miał jednak zamiaru marnować ostatnich lat kariery wyłącznie na kopaniu piłki. Węgier zarobił oraz zainwestował sporo pieniędzy, które skrupulatnie wydawał w nowojorskich barach i restauracjach, oczywiście w towarzystwie gwiazd ówczesnej muzyki oraz kina. Syn żydowskich tancerzy z Budapesztu stał się królem życia spełniającym swój amerykański sen. Niestety pobyt w USA jak całe życie Guttmanna naznaczone jest kontrastami i ściśle związane z światową historią pierwszej połowy XX wieku. Nowojorską gwiazdę soccera dopadł kryzys finansowy spowodowany krachem na giełdzie w 1929 roku. Podobno w wyniku tych wydarzeń Guttmann stracił ok. pół miliona dolarów (dzisiaj byłoby to ponad 5 mln.) Po załamaniu finansowym, kluby nie były w stanie wypłacać piłkarzom tak dużych sum jak wcześniej, więc Węgier zdecydował się zakończyć karierę i w 1932 roku wrócił do Europy. Ze Stanów Bela wrócił do Wiednia, co prawda bez worka pieniędzy, ale za to z cennym bagażem piłkarskiego doświadczenia.

W 1933 roku podjął się pierwszej pracy jako trener w dobrze mu znanym Hakoah, gdzie naturalnie długo miejsca nie zagrzał. Następnie wyjechał do Holandii, by przez dwa sezony trenować Twente Enschede. Dobra, miał trenować przez dwa sezony. Guttmann został zwolniony, bo osiągał wyniki… zbyt dobre. Na początku pracy wynegocjował bowiem absurdalnie wysoką premię w przypadku zdobycia mistrzostwa, należy zaznaczyć, że obejmował drużynę ze strefy spadkowej. Bez problemu utrzymał się w lidze, a następnie w kolejnym sezonie szło mu za dobrze. Zarząd klubu uświadomił sobie, że nie stać ich na mistrzostwo więc pożegnano się z Węgrem. Z Holandii niedoszły mistrz wrócił oczywiście do pracy w drużynie Hakoah. Po kolejnej przygodzie wyjechał do Budapesztu, w którym to znalazł się po raz pierwszy od swojego wyjazdu ponad 15 lat wcześniej. W rodzinnym mieście osiągnął pierwszy sukces w pracy menadżera, zostając mistrzem z klubem Ujpest FC. Sprawy układały się fantastycznie, a kariera Guttmanna parła naprzód. Niestety na drodze stanął mu jeden mały problem – wybuch II wojny światowej, która zastała go w tak szczęśliwym dla niego czasie i tak znaczącym miejscu. Przez dziesięciolecia nie było wiadomo, co dokładnie Guttmann robił w czasie wojny, a na pytania, jak przetrwał Holokaust ten odpowiadał: „Tylko Bóg mi pomógł”. Jednak po latach wyszło na jaw, że przetrwanie zawdzięczał nie tyle bożej pomocy, co odrobinie sprytu i pomocy szwagra. W biografii węgierskiego trenera napisał o tym David Bolchover. Okazało się, że gdy na Węgrzech zaczęła się masowa eksterminacja Żydów, Bela ukrywał się właśnie na strychu szwagra. Niestety w 1944 roku rodzina Guttmannów została przewieziona do obozu pracy, skąd Bela uciekł w grudniu 1944 roku tuż przed wywiezieniem do Auschwitz. Węgier wyrwał się z objęć śmierci wraz z innym trenerem Ernestem Erbstainem. Ojciec i siostra Guttmanna zostali zamordowani w Oświęcimiu, a sam Bela do końca życia nie mógł pogodzić się z tym, że ich wtedy opuścił. Po wojnie Guttmann wrócił do pracy jako trener, najpierw podejmując się pracy w rumuńskich klubach, gdzie jednak nie było łatwo. Podczas pobytu w Rumunii, zdarzało się, że Bela z powodu niedoborów prosił, aby kluby wypłacały mu pensję w żywności. Po tym niezbyt udanym epizodzie przyszedł czas na powrót do swojego kraju, gdzie po raz kolejny objął stery Ujpest FC, a następnie Kispest. To właśnie tam jego podopiecznym był słynny Ferenc Puskas. Największa gwiazda węgierskiej piłki miała, delikatnie mówiąc, nie najlepsze stosunki z nowym szkoleniowcem. Między innymi dlatego, iż posadę trenera Guttmann przejął od ojca Puskasa, z czym ten najwyraźniej nie chciał się pogodzić. Bela nie zagrzał na dłużej miejsca w Kispest i pokłócony z kim tylko się da (łącznie z komunistycznymi władzami), wyjechał do Włoch. Co ciekawe wcześniej dostał propozycję objęcia reprezentacji Węgier, ale w obliczu konfliktu z Puskasem oraz swojej niechęci wobec ówczesnej władzy odmówił. Stracił tym samym szansę na zapisanie się w historii złotej jedenastki, choć to on był jednym z twórców systemu 1-4-2-4, którym grali podopieczni Gustava Sebsa. Poniekąd więc przyczynił się do ich późniejszych sukcesów. We Włoszech najlepszą drużyną, jaką prowadził Guttmann, był wielki AC Milan. Rossonerii pod wodzą nowego menadżera spisywali się świetnie i pewnie zmierzali po mistrzostwo. Jak to jednak nasz bohater miał w zwyczaju, zanim sezon się skończył, zdążył się z kimś pokłócić. Tym razem na cel wybrał członków zarządu, przez co został natychmiast zwolniony. Wtedy Węgier niczym Jose Mourinho zwołał konferencję prasową, na której wypowiedział słynne słowa: „Zostałem zwolniony, a nie jestem ani kryminalistą, ani homoseksualistą. Żegnajcie!”.

Wyszedł. Po wydarzeniach w Mediolanie Bela w każdym swoim kolejnym kontrakcie zamieszczał klauzulę, że nie może zostać zwolniony, jeśli jego drużyna będzie zajmowała pierwsze miejsce w tabeli. W 1957 roku z Włoch wrócił do Budapesztu, gdzie ponownie objął Kispest, które zostało przez socjalistyczną władzę przemianowane na Honved. Tam znalazł wspólny język z Puskasem i wydawało się, że będzie spokojnie pracować, niestety do głosu znów doszła historia. Podczas pucharowego starcia w Bilbao z tamtejszym Athletikiem, na Węgrzech wybuchła antykomunistyczna rewolucja. Drużyna nie wiedziała, czy i gdzie odbędzie się ewentualny rewanż, sami piłkarze natomiast, nie byli przekonani czy w ogóle wracać do kraju. Ostatecznie spotkanie odbyło się w Brukseli, a Honoved odpadł z rozgrywek. Niestety po Budapeszcie nadal jeździły sowieckie czołgi, więc Guttmann wraz z piłkarzami zdecydowali się nie wracać do kraju. Dostali kilka propozycji gry w różnych ligach, nawet w Meksyku. Ostatecznie cały team poleciał do Ameryki Południowej, gdzie rozegrał serię sparingów w Brazylii. Całe eldorado zakończyła FIFA, wykluczając Honved ze swoich struktur. Po dyskwalifikacji drużyny część jej członków wróciła do kraju, ale kilku piłkarzy rozjechało się po świecie. Wśród nich był również Bela, który zaczął pracę w Sao Paulo. W Brazylii mimo zaledwie rocznego pobytu zdążył wygrać stanowe mistrzostwo, a przede wszystkim spopularyzować swój styl gry. Nauczył piłkarzy i trenerów z kraju Pelego grać niezawodnym, w jego rękach systemem 1-4-2-4. Kiedy wyjeżdżał w 1958 roku, Brazylia zostawała mistrzem świata, stosując właśnie styl gry Guttmanna. Kolejnym przystankiem w karierze była Portugalia, gdzie Węgier święcił największe triumfy w karierze. W 1958 roku wraz z drużyną FC Porto wygrał ligę, przeskakując w tabeli Benfikę. Wówczas Guttmann jeszcze nie wiedział, że stanie się legendą klubu, który właśnie pokonał. Bela zmienił stronę barykady i od razu rozpoczął własne porządki. Zaczął od pozbycia się dwudziestu doświadczonych, lecz jak uważał, podstarzałych zawodników. W ich miejsce zatrudnił młodych adeptów futbolu mających stanowić o przyszłej sile Benfiki. Wśród nich znalazł się nikomu nieznany 17-latek z Mozambiku, niejaki Eusebio. Historia związana ze sprowadzeniem Eusebio jest przestrogą przed łysiną. Fantastyczny młodzieniec został znaleziony dzięki wizycie u… fryzjera. Pewnego razu roku 1960 Guttmann udał się ściąć swoje włosy. Tam spotkał Jose Carlosa Bauera, byłego reprezentanta Brazylii, którego Bela znał z czasów pracy w tym kraju. Okazało się, że Bauer jest na wakacjach w Lizbonie i za parę dni leci do Mozambiku. Węgier na wieść o tym niejako w żartach rzucił: „Posłuchaj mnie, staruszku, jeśli widzisz utalentowanego zawodnika, kogoś, kto urodził się w Portugalii, pamiętaj o jego imieniu”. Po kilku miesiącach przyjaciele znów się spotkali, a Guttmann dowiedział się o istnieniu jednej z największych przyszłych gwiazd futbolu. Już wtedy, jednak sprowadzenie utalentowanego zawodnika, nie należało do najprostszych zadań. O Eusebio wraz z Benfiką zabiegał lokalny rywal – Sporting. Guttmann postanowił nie odpuszczać i walczył o młodego gracza jak lew, aż wreszcie udało mu się dopiąć swego. Co ciekawe przed podpisaniem kontraktu złoty chłopiec był odizolowany od świata i pilnowany przez całą dobę przez pracowników Benfiki. Trwało to aż 12 dni, aby nikt ze Sportingu nie zdołał go przeciągnąć na swoją stronę. Eusebio wspominał jednak: „Dyrektor Sportingu dotarł do mnie położył pieniądze na stole i powiedział, że to moje, jeśli podpiszę kontrakt z nimi” Portugalczyk odparł: „Powiedziałem mu, że to niestosowne, że nie jestem zły, ale nie zamierzam podpisać dwóch kontraktów naraz”. Tak zaczęła się wspólna historia dwóch legend Benfiki. Guttmann stworzył w Lizbonie maszynę do wygrywania, czyniąc z Estadio da Luz twierdzę nie do zdobycia. Wygrał ligę oraz pierwszy Puchar Europy w 1961 roku. Wyniósł swój warsztat na wyżyny możliwości, będąc nie tylko najlepszym strategiem swoich czasów, ale przede wszystkim wybitnym psychologiem. Potrafił zarządzać drużyną, odpowiednio motywując swoich piłkarzy oraz świetnie ściągać z nich presję i wywierać ją na przeciwnikach.

Guttmann już 50 lat temu wiedział, jak ważne w tej branży są media. Stosował manewry, jakich nie powstydziłby się Diego Simeone czy Jose Mourinho. Przed jednym ze spotkań w półfinale Pucharu Europy z Tottenhamem, Bela powtarzał dziennikarzom brytyjskim jak bardzo obawia się silnej, fizycznej gry Anglików. Oczywiście zadowoleni dziennikarze pisali tylko o tym. Sęk w tym, że prasę czytał przed meczem również sędzia główny tego spotkania. Przejęty arbiter z Danii nie pozwolił zawodnikom z Londynu na ostrą grę, na czym skorzystała grająca technicznie Benfika. Co więcej, w rewanżu na White Hart Lane Guttmann zabronił wychodzić swoim zawodnikom na murawę równo z drużyną gospodarzy. –Zamknąłem drzwi garderoby i pozwoliłem Benfice wyjść w ostatniej chwili, z sędzią i liniowymi– powiedział. –Gra rozpoczęła się, zanim dotarła do nas obecność publiczności. Efektem tych działań był występ Benfiki w drugim z rzędu finale Pucharu Europy. W finale chłopcom Guttmanna przyszło się zmierzyć z piekielnie mocnym Realem Madryt. Królewscy mieli w składzie Alfredo Di Stefano oraz dobrego znajomego Guttmanna – Ferenca Puskasa. Bela widział siłę swojego zespołu nie w wielkich nazwiskach, a młodości. Przed meczem powtarzał jak mantrę, że gwiazdorzy Realu starzeją się i nie wytrzymają tempa, jakie narzucą im gracze ze stolicy Portugalii. Niestety do przerwy tablica wyników na stadionie w Amsterdamie wskazywała 3:2 na korzyść Realu. Węgier nie zmieniał jednak swojej taktyki, nadal wbijając do głowy swoim podopiecznym, by robili swoje. W żartobliwy sposób opowiadał o tym po latach jeden z zawodników Benfiki Antonio Simoes: ,,Naprawdę wierzyliśmy, że możemy wygrać. Pamiętam Guttmanna krzątającego się po szatni i mówiącego w jego własnym języku, swego rodzaju mieszanką portugalskiego i włoskiego, mówiącego nam: Panie, siadaj, panie, siadaj, Real Madryt zmęczony, Real Madryt zmęczony, Real Madryt stary, stary, stary, nie mogą wygrać, Real Madryt nie może biec, Di Stéfano nie żyje. Ta chwila naprawdę nas uderzyła. Wierzyliśmy, że wygramy”. Po drugich 45 minutach było już 5:3 na korzyść drużyny z Estadio da Luz, a puchar po raz drugi z rzędu powędrował do Lizbony. Po zdobyciu upragnionego trofeum Guttmann zaczął jeszcze bardziej cenić swoje umiejętności. Z tego powodu udał się do właścicieli Benfiki i zażądał podwyżki aż o 65% dotychczasowej pensji. Klub z Lizbony nie mógł przystać na takie warunki umowy i pożegnał się z Węgrem. Ten wpadł w szał i wypowiedział zdanie, które do teraz określane jest mianem klątwy Guttmanna: „Przez najbliższe sto lat Benfika nie zostanie mistrzem w Europie”. W Lizbonie do dziś czekają na międzynarodowe trofeum. Od tego czasu swoją szansę zaprzepaścili przegrywając w ośmiu finałach europejskich rozgrywek. Czy przyjdzie im czekać jeszcze ponad 40 lat?

3

@Lionel_Messi10 Uuuu chopie! Co ja bym dał żeby mieć jeszcze te 46 lat(!) a co dopiero 26! Tak czy inaczej, zdrówka, szczęścia i słodyczy, Zenek z Białej Podlaskiej tobie życzy! No i spełnienia najskrytszych marzeń :)

10

Premierowe starcie o punkty!

27 stycznia 1901 r. FC Barcelona wygrała pierwszy w swojej historii mecz o punkty. Mecz ten był rozgrywany na Camp del Hotel Casanovas, w którym Duma Katalonii pokonała Sociedad Española de Futbol 4:1 w ramach Copa Macaya(prekursorze mistrzostw Katalonii). Wszystkie 4 gole strzelił wybitny i legendarny Joan Gamper. Była to pierwsza edycja Pucharu Macaya i mimo strzelenia aż 51 goli w tych rozgrywkach, nie udało się Blaugranie sięgnąć po ten Puchar. Tryumfowała katalońska Hispania AC. Na pocieszenie pierwszym królem strzelców tegoż turnieju został nie kto inny jak sam Gamper, który zdobył 31 goli.


@Sensible
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@DaPidejpi

2

@FCBparasiempre
W kolejnym sezonie chcieli potwierdzić swój prymat, ale plany pokrzyżowali im alianci. 10 lipca wylądowali na Sycylii i tak odległa dotąd wojna, stała się czymś namacalnym. Rozgrywki Seria A zostały zawieszone na dwa lata. Dwa tygodnie później odsunięto Mussoliniego od władzy, a 8 września ogłoszono zawieszenie broni między Królestwem Włoch a aliantami. Na terenach środkowych i północnych Włoch, które były de facto pod okupacją niemiecką, po odbiciu Mussoliniego przez hitlerowców, utworzono Włoską Republikę Socjalną. To właśnie na jej terenach zorganizowano prowizoryczne rozgrywki ligowe. Zespoły rywalizowały w regionalnych grupach, a po kilkustopniowych eliminacjach, trzy najlepsze z nich spotkały się w turnieju finałowym w lipcu 1944 r. Torino zajęło w nim drugie miejsce, pokonując Venezię, a ustępując miejsca VV.F. Spezia, która zdobyła tytuł Campionato Alta Italia. Po tym, jak działania wojenne przeniosły się na teren północnych Włoch, nie przeprowadzano żadnych oficjalnych rozgrywek. Zespoły co prawda trenowały i grały między sobą, ale wielu trenerów i zawodników bało się zwyczajnie o swoje życie. Był nim m.in. jeden z twórców Grande Torino Ergi Ebstein – Węgier żydowskiego pochodzenia, co tłumaczy jego obawy. W trakcie piłkarskiej kariery grał w swojej ojczyźnie, ale też we Włoszech i w Anglii, więc doświadczenie zebrał naprawdę spore. Jego filozofia gry opierała się na szybkich, oskrzydlających atakach i twardej, nieustępliwej obronie. Zaszczepił w piłkarzach Torino przekonanie, że jeśli ich przeciwnik jest przy piłce, to coś jest nie tak i trzeba mu ją odebrać. Kiedy już przejmowali piłkę, często otrzymywał ją Mazzola. Zawsze wiedział co z nią zrobić, czy podać, czy dośrodkować w pole karne, czy przeprowadzić indywidualną akcję. Naprawdę rzadko się mylił. Po wojnie rozgrywki ruszyły na nowo w całych Włoszech. Erbstein jako dyrektor techniczny, wraz z byłym zawodnikiem Torino na ławce trenerskiej Luigim Ferrerą, w pełni wykorzystali potencjał zawodników, jakich mieli do dyspozycji. Byki zdominowali powojenne rozgrywki. W pierwszym sezonie po wojnie rozgrywki prowadzono w dwóch grupach: północnej – Serie A Alta Italia i centralno-południowej – Serie mista A-B Centro-Sud. Tornio wygrało swoją, a później triumfowali w rundzie finałowej. Mazzola stawał się prawdziwym liderem. Choć rozstanie z żoną położyło się cieniem na jego wizerunku, to na boisku był wzorem. Jego kolega z drużyny Sauro Tomà wspominał: ,,Czuliśmy, że kapitan Mazzola czuwa nad nami. Był wspaniałym członkiem drużyny. Górował nad nami jako zawodnik i jako człowiek.” Następny sezon był najlepszym w karierze Valentino. Z 29 bramkami zdobył koronę króla strzelców i poprowadził Torino do drugiego z rzędu scudetto. Tylko on i obrońca Aldo Ballarin zagrali we wszystkich meczach. Rok później Byki strzelili w lidze 125 bramek, co do dziś jest niepobitym rekordem, ale trzeba pamiętać, że w tamtym sezonie Serie A liczyło 21 drużyn. Wygrali aż 19 z 20 meczów na własnym stadionie, a w całych rozgrywkach zdobyli aż 65 punktów w 40 meczach. Zdominowali rozgrywki tak bardzo, że mało kto potrafił stawić im czoła. W szarych i ponurych powojennych czasach Turyńczycy dawali ludziom choć trochę powodów do optymizmu. ,,W latach 40-tych była u nas wielka bieda. Nie było nic. Grande Torino dawało ludziom nadzieję, trochę radości. Nie musieli myśleć o problemach dnia codziennego. To był wielki i wspaniały zespół, któremu kibicowano w całej Italii, może tak jak teraz JuventusowiG – opowiadał Alberto Lovisolo z muzeum grande Torino. Mazzola był wspaniałym dyrygentem zespołu i bożyszczem kibiców. Cieszył się wielką popularnością. Często wspomina się, że kiedy widział, że zespołowi nie idzie, że traci koncentrację, podwijał rękawy. Miał to być dla drużyny znak, że trzeba się wziąć do roboty i zacząć odrabiać straty. To było słynne quarto d’ora granata, czyli kwadrans, w którym Torino dominowało nad przeciwnikiem. Był tak wszechstronny, że w jednym z meczów stanął awaryjnie w bramce. Do końca meczu zachował czyste konto. Jego legenda wciąż rosła. ,,Był połową drużyny. Drugą część tworzyła reszta z nas” – mówił o nim Mario Rigamonti, kolega z drużyny. On sam jednak wcale się nie wywyższał i uważał, że „futbol zawsze będzie grą dla jedenastu”. W 1949 r. pojawiły się jednak głosy, że Mazzola ma opuścić Torino. Miał zostać zawodnikiem Interu, chciał zakończyć karierę w swoich rodzinnych stronach. Klubowi koledzy jednak mieli udać się wtedy do prezesa klubu i poprosić go, żeby obniżył im ich pensje, a w zamian dał podwyżkę Valentino. Wszystko po to, żeby zatrzymać go w zespole.

,,Zarabiał dwa razy więcej niż jego koledzy, ale im to nie przeszkadzało, tłumaczyli, że jeśli Valentino jest zadowolony, to łatwiej im wygrać – opowiadał prezes Feruccio Novo o zarobkach Mazzoli. Sukcesy Torino i Mazzoli napędzały też reprezentację. Pozzo maksymalnie chciał wykorzystać zgranie klubowych kolegów na korzyść drużyny narodowej. W 1947 r. w meczu z reprezentacją Węgier wystąpiło dziesięciu graczy Torino. Po nieudanych igrzyskach w Londynie Vittorio Pozzo przestał być trenerem reprezentacji. Mimo to Mazzola i jego koledzy nadal stanowili o jej sile. 27 lutego 1949 r., rozgrywali towarzyski mecz z Portugalią, w którym zwyciężyli 4:1. Po meczu, kapitan Portugalczyków, Fransisco Xico Ferreira, zapytał Mazzolę, kapitana Włochów, czy Torino nie przyleciałoby do Lizbony na towarzyski mecz z jego Benfiką. Mazzola zgodził się. Pod koniec lat 40. rozgrywki europejskie były jeszcze w sferze marzeń. Urzeczywistniły się one dopiero kilka lat później. Najlepsze drużyny kontynentu spotykały się jednak w takich meczach towarzyskich. Torino pewnie zmierzało po czwarty tytuł z rzędu. Po remisie 0:0 z Interem 30 kwietnia mieli nad nimi cztery punkty przewagi. Do końca pozostały tylko cztery kolejki, więc wydawało się, że nic nie odbierze Mazzoli i jego kolegom kolejnego scudetto. 3 maja był zaplanowany mecz z Benfiką. Jednak Mazzola wahał się czy lecieć. Bał się latania, ledwie dwa tygodnie wcześniej się ożenił po raz drugi, a poza tym nie najlepiej się czuł. Ostatecznie jednak poleciał. ,,Ojciec źle się czuł, nie zagrał w ostatnim meczu z Interem i nie wiedział jeszcze czy pojedzie, ale przypomniał sobie, że obiecał to przyjacielowi. Nie mógł go więc zawieść” – mówił Sandro Mazzola o wahaniach ojca. Sława Torino przekraczała granice kraju. Mieli opinię niepokonanej drużyny, absolutnie nie do powstrzymania. Byli jak dobrze naoliwiona maszyna do strzelania goli. Sandro Mazzola, tak ich opisywał: ,,To byli świetni piłkarze, zespół młodych i starszych graczy, którzy żyli marzeniem o niezwyciężonej drużynie. Swoją niezwykłą siłę zawdzięczali determinacji zawodników i ich technice gry. To było wielkie torino. 3 maja 1949 w Lizbonie, Benfica i Torino stworzyły znakomite widowisko. Jak na mecz towarzyski przystało, padło dużo bramek. Zespół z Lizbony wygrał 4:3. Wieczorem odbył się bankiet, a nazajutrz zawodnicy Torino wracali do domu. Sauro Tomà, jeden z dwóch zawodników, którzy nie polecieli do Lizbony, wspominał: ,,Czasem w pogodne dni z mojego domu widać wzgórze Superga. wznosi się około 500 metrów nad ziemią, więc stale otaczają je chmury. Zwykle, w drodze powrotnej, widząc je, pakowaliśmy już prezenty dla dzieci i zbieraliśmy walizki. Widok domu z samolotu wywoływał wielki entuzjazm. Wtedy było pewnie tak samo. Jednak znienacka otoczyła ich mgła. Pilot nie widząc wzgórza, nie mógł go ominąć. Najpierw o ziemię uderzyło skrzydło, a potem cały samolot.” Z katastrofy nie ocal nikt. Kiedy Ferreira dowiedział się o tragedii, był zdruzgotany. Spędził wiele bezsennych nocy, później wysyłał nawet pieniądze rodzinom ofiar. W jego pokoju z trofeami szczególne miejsce zajmowało czarno-białe zdjęcie Grande Torino. Ceremonia pogrzebowa, która odbyła się 6 maja, zgromadziła prawie milion osób. ,,Całą noc czuwałem nad nimi w Palazzo Madama. Nad trumnami pokrytymi kwiatami. Wobec rodzin zabitych czułem wstyd, unikałem kontaktu wzrokowego” – wspominał Sauro Tomà. Całe Włochy były pogrążone w żałobie. Sandro Mazzola, który miał wtedy sześć lat, nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się stało: ,,Nie od razu powiedzieli mi, co zaszło, może bojąc się mnie zszokować. Przeniesiono mnie do domu przyjaciół ojca na przedmieściach Turynu. Ponad 10 dni nic nie wiedziałem. Powoli zaczynało coś do mnie docierać. Tak pewnie było i lepiej. Mówili mi, że tata wyjechał na mecz, potem, że miał wypadek i w końcu zrozumiałem, że nie żyje.” Po katastrofie włoska federacja zdecydowała, że przyzna tytuł Torino. Zdołało ono utrzymać przewagę w lidze. W meczach grali co prawda juniorzy, ale przeciwnicy w geście solidarności również wystawiali młodych piłkarzy.

Mazzola do dzisiaj zajmuje szczególne miejsce w historii nie tylko Torino, ale i całego włoskiego futbolu. W sercach kibiców obecny będzie zawsze. Kamil Glik w swojej autoryzowanej biografii tak opisywał pamięć o nim w klubie: ,,Każdy kibic Torino w swoim kalendarzyku ma zaznaczoną datę 4 maja. To jeden z najważniejszych dni w roku. Mazzola jest legendą nie tylko Torino, ale i całej włoskiej piłki. Kiedy nowi piłkarze, szczególnie ci z zagranicy, pojawiają się w zespole, szybko im się tłumaczy, kim był dla klubu i jak wielka była to postać.” Valentino wyróżniał się dryblingiem, walecznością, znakomicie się ustawiał i ciągle był w ruchu. Wszechstronny i inteligentny. Wiedział, o co chodzi w taktyce. Swoimi umiejętnościami i podejściem do gry, o dekady wyprzedzał swoje czasy. W barwach Il Granata rozegrał 195 meczów i strzelił 118 bramek. Osoby, które miały przyjemność go oglądać i zawodnicy, którzy z nim grali, twierdzą, że lepszego piłkarza we włoskiej piłce nie było. Uzasadnione są twierdzenia, że z Il Capitano w składzie, Włosi odegraliby dużo większą rolę na brazylijskich mistrzostwach. Jednak na kolejny tytuł musieli czekać do 1982 r. Ich ówczesny trener, Enzo Bearzot pytany o Mazzolę powiedział: ,,Największym włoskim piłkarzem wszech czasów był Valentino Mazzola. Był człowiekiem, który cały zespół dźwigał na swoich barkach”.

10

@FCBparasiempre
Tylko dwóm reprezentacjom w historii udało się obronić tytuł mistrza świata. Pierwsi dokonali tego Włosi, którzy triumfowali w 1934 i 1938 roku. Być może gdyby nie przerwa spowodowana II wojną światową, Vittorio Pozzo i jego zawodnicy świętowaliby po raz trzeci. Po wojnie dysponowali równie dobrą drużyną. Przed turniejem w Brazylii wymieniano ich w gronie faworytów. Trzon ówczesnej reprezentacji stanowili zawodnicy słynnego Grande Torino. Główną postacią zarówno w klubie, jak i w reprezentacji był Il Capitano – Valentino Mazzola – jeden z najlepszych rozgrywających w historii calcio.





Valentino urodził się 26 stycznia 1919 r. Dorastał w miejscowości Cassano d’Adda, która leży niedaleko Mediolanu. Kiedy jego ojciec stracił wszystko wskutek wielkiego kryzysu w 1929 r., Valentino zaczynał właśnie swoją przygodę z futbolem. Już od dziecka był odważny, dzielny i bohaterski. W wieku 10 lat uratował topiącego się w rzece kilkuletniego chłopca. Tym chłopcem był cztery lata młodszy Andrea Bonomi, który kilkanaście lat później założył kapitańską opaskę AC Milan i stał się jedną z legend klubu, zaliczając ponad 250 występów w jego barwach. Mazzola, na początku, zamiast piłki kopał puszki. Wraz ze swoimi czterema braćmi często grali na ulicach miasta, które były areną ich zmagań i na których wygrywali swoje pierwsze mecze. Jego dzieciństwo nie należało jednak do najłatwiejszych. Kiedy ojca zwolnili z pracy, zaczął na własną rękę szukać jakiegoś zajęcia, żeby wspomóc rodzinę. Wkrótce znalazł zatrudnienie jako pomocnik piekarza, a kiedy już trochę podrósł, zaczął pracę w młynie. Grywał amatorsko dla lokalnych zespołów: Tresoldi i Fara d’Adda. W 1938 r. zwrócił na siebie uwagę klubu Alfa Romeo. Zauważył go jeden z pracowników fabryki i wkrótce zaproponowano Mazzoli pracę mechanika w fabryce i miejsce w zakładowej drużynie piłkarskiej, która grała wówczas w Serie C. Ta oferta spadła rodzinie Valentino z nieba. Zmagała się ona wówczas z poważnymi problemami finansowymi, bo niedługo wcześniej ojciec zginął pod kołami ciężarówki. Mazzola nie tylko zyskał stałe źródło utrzymania, ale mógł równolegle rozwijać swoją pasję. Sam tak to wspominał: ,,Alfa romeo to był naprawdę dobry wybór. Gdybym został zawodnikiem Milanu, otrzymywałbym wynagrodzenie, 100 lirów miesięcznie i nie musiałbym pracować. Znacznie lepiej było jednak mieć coś do roboty. Istniało niebezpieczeństwo, że bezczynność zrujnuje moją pasję, tak było lepiej dla mnie i dla piłki.” Kiedy widmo wojny stawało się coraz bardziej wyraźne, dostał powołanie do wojska. Służbę odbywał w Królewskiej Marynarce Wojennej w bazie w Wenecji. Przez kilka miesięcy służył na niszczycielu Confienza, a po tym został oddelegowany do pracy w porcie. W Wenecji udało mu się ukończyć szkołę, którą musiał przerwać, żeby pomóc w utrzymaniu rodziny. Chciał mieć jakieś wykształcenie, które mogło być przydatne po zakończeniu kariery.

Oprócz pracy w marinie nie przestawał też grać w piłkę. Bał się, że zostanie wysłany na pierwszy front działań zbrojnych, ale jego piłkarskie umiejętności pozwoliły mu przetrwać wojenną zawieruchę w miarę spokojnie. Wkrótce został zawodnikiem AC Venezia. Nie do końca wiadomo, jak do tego doszło, ale mówi się o dwóch wersjach. Według pierwszej zwrócił na siebie uwagę wysłanników klubu, którzy widzieli go w meczach w marynarce. Druga opcja mówi o tym, że Mazzolę polecić miał jeden z oficerów, który był kibicem klubu. Kiedy pojawił się na testach, miał podobno grać na bosaka. Buty miał zostawić w domu, bo nie chciał ich zniszczyć. Po paru miesiącach spędzonych w drużynie rezerw, został oficjalnie zatrudniony 1 stycznia 1940 r. Debiut zaliczył cztery miesiące później w przegranym 0:1 meczu z Lazio. Miejsca w składzie nie oddał już do końca sezonu. Ustawiany na środku ataku, pomógł drużynie w utrzymaniu się w Serie A. Szybko dał się poznać jak gracz o dużych możliwościach. Venezia, która była beniaminkiem, ukończyła sezon na 10. miejscu. Mazzola spędzał dużo czasu na analizowaniu swojej gry. Chciał być coraz lepszy i poświęcał wiele godzin na naukę i próbę zrozumienia zawiłości calcio. Dzięki temu poprawił swoje ustawianie się w grze, przez co miał na nią większy wpływ. Był prawonożny, ale często odbijał piłkę o ścianę lewą nogą, tak, żeby ją jak najlepiej wyćwiczyć. W tamtych czasach mało kto przykładał do tego wagę. Przeciwnicy robili wszystko, żeby go zatrzymać, z łokciami i kopnięciami włącznie, ale z czasem nauczył się ignorować ból. Mimo stosunkowo niedużego (170 cm) wzrostu, dobrze i skutecznie grał głową. Piłki w jego czasach były dość ciężkie i szybko nasiąkały wodą, więc mało kto się na to decydował. Zarówno pod względem techniki, jak i w swoim profesjonalnym podejściu do zawodu był bardzo nowatorski. Niedługo, mimo młodego wieku, zaczął być porównywany do dwukrotnego mistrza świata – Giuseppe Meazzy. To właśnie w Wenecji Valentino po raz pierwszy spotkał Ezio Loika, z którym kilka lat później decydował o obliczu ofensywy Torino. Z początku nie przypadli sobie do gustu. Loik był spokojny i raczej wycofany, podczas gdy Mazzola bardziej impulsywny, przez co wydawał się nieco arogancki. Wkrótce jednak stworzyli duet, który cieszył się opinią najzdolniejszego w całych Włoszech. Fantastycznie czuli się razem na boisku i sprawiali wrażenie, jakby porozumiewali się telepatycznie. Oboje poprowadzili swój klub do największego sukcesu w historii – finał Pucharu Włoch, który odbył się 8 czerwca w Rzymie na Stadio Nazionale del PNF. Tam, przy wsparciu kibiców, Roma prowadziła już 3:0, ale Mazzola z kolegami ostro wzięli się do roboty i odrobili straty. Jako że dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, konieczne było rozegranie dodatkowego meczu. Tym razem spotkanie rozegrano w Wenecji. Miejscowi, po bramce Loika wygrali 1:0. Rok później pokazali, że to nie był przypadek, zajmując trzecie miejsce w Serie A. ,,Miałem szczęście widzieć niezwykły talent Valentino z bliska. Nie było bardziej wszechstronnego gracza we Włoszech. Ani przedtem, ani potem” – twierdził Amadeo Amadei, kapitan AS Roma i reprezentant kraju. Taki talent, poparty osiąganymi z klubem wynikami, nie mógł zostać niezauważony przez selekcjonera. Legendarny Vittorio Pozzo był pod wrażeniem umiejętności obu graczy Venezii i powołał ich na najbliższy mecz kadry narodowej. W Europie szalała wojna, w wielu krajach myślano o tym, żeby jakoś przeżyć ten koszmar, a gra w piłkę schodziła raczej na dalszy plan. Jednak nie we Włoszech. W 1942 r. kraj funkcjonował normalnie, a o działaniach wojennych czytano w gazetach. 5 kwietnia, w Genui, Włosi podejmowali reprezentację innego państwa osi – Chorwację. Pewnie wygrali 4:0, a debiut w niebieskich barwach zaliczył zarówno Mazzola, jak i Loik. Dwa tygodnie później, drużyna prowadzona przez Pozzo, podejmowała w Mediolanie Hiszpanię rządzoną przez generała Franco. Tutaj również rozprawili się szybko z rywalami, a Valentino otworzył wynik wygranego 4:0 spotkania. Od tego czasu był podstawowym zawodnikiem reprezentacji.

31 marca 1942 r. rozgrywano 38. kolejkę ligową. Venezia z Mazzolą w składzie, podejmowała u siebie Torino, które zajmowało fotel lidera. Turyńczycy zmierzali wtedy po scudetto, choć nad drugą w tabeli Romą mieli tylko punkt przewagi. Venezia jednak nie miała zamiaru kłaść się na boisku, postawiła twarde warunki gry i Il Granata przegrała 1:3. To w tym pojedynku zespół z Turynu pogrzebał swoje szanse na mistrzostwo. Prezydent Torino Feruccio Novo ostatecznie przekonał się do zatrudnienia Mazzoli i Loika. Miał podobno po meczu zejść do szatni i tam zawrzeć umowę, w myśl której, wspomniana dwójka przeniesie się do Turynu. Musiał działać szybko, bo oko na Mazzolę miał też Juventus, który miał być już nawet po słowie z Venezią. Ostatecznie jednak sam Mazzola wolał zostać zawodnikiem Byków, do czego przekonywał go sam Vittorio Pozzo. W ramach transakcji, prezes Novo zapłacił za nich 1 mln 200 tys. lirów, a do Venezii trafiło jeszcze w zamian dwóch graczy Torino – Walter Petron i Raúl Mezzadra. W ciągu swojego pobytu w mieście św. Marka, Valentino rozegrał dla Venezii 61 meczów i strzelił 12 goli. Jeszcze podczas gry w Wenecji poślubił 18-letnią Emilię Rinaldi, z którą miał dwóch synów. Ich ślub odbył się w rodzinnym Cassano d’Adda 16 marca 1942. Już w Turynie, 8 listopada 1942 na świat przyszedł Alessandro. Wśród kibiców znany jako Sandro, stał się później ikoną i legendą Interu Mediolan prowadzonego przez Helenio Herrerę. Urodzony 1 lutego 1945 r. Feruccio, który imię otrzymał na cześć prezesa Torino., też poszedł w ślady ojca i brata, ale nie osiągnął takich sukcesów jak oni, choć w trakcie swojej kariery zakładał opaskę kapitańską rzymskiego Lazio. Valentino z rodziną mieszkał w małym mieszkaniu przy Via Torcelli 66. Pracował w fabryce Fiata, dzięki czemu uniknął wysłania na front. Piłkarze Torino zarabiali dobrze, ale ich pensje nie były jakoś bardzo przesadzone w porównaniu do przeciętnych wynagrodzeń. Po wojnie Valentino prowadził sklep sportowy. ,,Gdy miałem 3-5 lat, ojciec przebierał mnie za maskotkę Torino, miałem piłkarskie buty i koszulkę z numerem „10”. Nie rozumiałem, czemu otacza go tylu ludzi, ale czułem po ich zachowaniu, że jest kimś ważnym. Mocno trzymałem go za rękę, bo wokół było tyle wielkich mężczyzn, których się bałem. Uścisk jego dłoni dawał mi siłę” – wspominał Sandro Mazzola. Mazzola, który uważał się za trochę samotnego człowieka, na pierwszym miejscu stawiał futbol. Swój profesjonalizm, którym imponował na boisku, starał się przekładać na wszystkie dziedziny życia. Był bardzo skrupulatny i wymagający, wręcz surowy. Wiele od siebie wymagał i równie dużo od osób ze swojego otoczenia. To właśnie te cechy jego charakteru były prawdopodobnie powodem rozpadu jego małżeństwa. Żona miała już dość dyscypliny, jaką zaprowadzał w domu i w 1946 r. się rozstali. Pierwszy mecz w barwach Torino, Valentino rozegrał 4 października 1942 r., kiedy to ulegli 0:1 Interowi. W kolejnym meczu również zanotowali porażkę – z Livorno, ale od 18 października rozpoczął się ich marsz po mistrzostwo. Wtedy to pokonali w derbach Turynu Juventus 5:2, a Mazzola zaliczył pierwsze trafienie dla klubu. Przez cały sezon w walce o tytuł liczył się tylko Inter, Livorno i Torino. Ostatni mecz sezonu Torino grało 25 kwietnia na wyjeździe z Bari. Na 5 minut przed końcem Mazzola trafił wreszcie do bramki rywali i był to gol dający Bykom upragnione scudetto. W swoim pierwszym sezonie zagrał we wszystkich meczach. Torino miało wtedy kapitalny atak, w którym oprócz Valentino grał jego przyjaciel z Venezii – Loik, były snajper Juventusu – Guglielmo Gabetto, Franco Ossola i były gracz Interu – Pietro Ferraris. Il Granata sezon zakończyła 30 maja. Mazzola pogrążył swój były klub, strzelając czwartą bramkę w finale Pucharu Włoch i ustalając wynik meczu na 4:0.

7

O dwóch takich ,,co ukradli księżyc”:

26 stycznia 1955 r. Afredo Di Stefano po raz pierwszy i ostatni zagrał mecz w trykocie Blaugrany u boku Ladislao Kubali. Wydarzyło się to podczas meczu charytatywnego na Camp de Les Corts, zorganizowanego przez szkołę dziennikarstwa w Barcelonie, w którym udział wzięły FC Bologna i FC Barcelona. Zgromadzeni tego dnia na stadionie cules na 90 minut przenieśli się do krainy snów. Oglądali w akcji dwóch genialnych piłkarzy, których młodzieńcza szybkość i siła wciąż pozostawały nienaruszone zębem czasu, równie utalentowanych na boisku. Kubala oraz Di Stefano zaprezentowali wcześniej niespotykany poziom piłkarskich umiejętności i wyobraźni a Barça pokonała Bologne aż 6:1.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Symson
@patataj

11

Debiuty legend:

26 stycznia 1950 r. w towarzyskim meczu Barçy z Olimpique de Xativa debiutuje legendarny obrońca Joan Segarra. Mecz kończy się zwycięstwem Blaugrany 6:1.


@DaPidejpi
@patataj
@Sensible
@Symson
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz

0

@priest9999 No z tym to akurat się zgadzam w stu procentach, jednak aby zdobyć majstra, nie można grać na pół gwizdka i być aż tak nieskutecznym. Wygrywanie najmniejszym nakładem sił i goli zemści się i szybko się skończy a i Ter Stegen wszystkiego do końca nie wybroni. W rezultacie możemy się obejść smakiem a tym majstrem...

0

@priest9999 Konkretną odpowiedź na to zobaczymy w dwumeczu z Manchesterem United...

1

Owszem wygraliśmy i awansowaliśmy do półfinału. Tylko zastanawia mnie jak długo będzie sprzyjać nam takie szczęście i czy do końca sezonu będzie ratować nas Ter Stegen?
Wygrywanie tylko 1:0, nie domykając meczu, napewno nie będzie trwać długo i może się prędzej czy troche później skończyć...

7

(Nie)zapomniane Legendy polskiego futbolu:

25 stycznia 1929 r. w Warszawie urodził się Edmund Zientara, pomocnik oraz napastnik. Wśród piłkarskich znaków rozpoznawczych stolicy nie może zabraknąć sylwetki Edmunda Zientary, piłkarza, który zarówno życie, jak i karierę związał z Warszawą. Pierwsze spotkania po II wojnie światowej rozgrywane tutaj, były dla niego przeżyciem szczególnym. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu widział swoje rodzinne miasto obrócone w gruz. Powstanie Warszawskie zabrało mu ojca, ostatnia okupacyjna zima położyła zaś schorowaną matkę do grobu. On sam ledwo wyrwał się spod ściany śmierci, tylko dlatego że znał po niemiecku akurat słowo ,,piętnaście” i uznano go za zbyt młodego do rozstrzelania. Musiał też potem w konspiracji używać dokumentów zabitego Andrzeja Szczepańskiego. Dlatego długi czas po wojnie wiele osób mówiło do niego per ,,Andrzej”. Ciężkie przeżycia jednak go nie złamały, lecz zahartowały jego ducha, czyniąc z niego twardego zawodnika z wielkimi zdolnościami przywódczymi. Był jednym z nielicznych piłkarzy, którzy w Ekstraklasie zagrali w barwach trzech różnych warszawskich klubach. Zaczynał w Polonii Warszawa, potem przeniósł się do Legii a następnie do Gwardii, by wrócić po kilku sezonach w szeregi Wojkowych i głównie z tym klubem jest do dzisiaj kojarzony Zientara. Jako kapitan Zientara sięgnął z Legia po dublet w 1956 r. Świetnie wyszkolony technicznie, wszechstronny zawodnik z bardzo dobrym przeglądem pola nadawał tempo grze Wojskowych. W ataku rządzili wtedy Kowal, Brychczy, Kempny oraz Pohl. On zaś był ostoją pomocy. Sam kiedyś zdradzał umiejętności do gry w najbardziej wysuniętej formacji. Ostatecznie jednak z powodu zbyt słabego strzału został nieco cofnięty. Poza jedynym mistrzostwem wywalczył po jednym medalu z pozostałych kruszców.

Jest do dziś jedynym w historii piłkarzem, który zagrał w reprezentacji Polski jako przedstawiciel trzech klubów ze stolicy. Jeden raz zrobił to będąc powołany z Polonii, trzy razy z Gwardii i aż 36 razy z Legii. Był dopiero drugim po Cieśliku zawodnikiem, który uzbierał 40 występów w drużynie narodowej. W białoczerwonych barwach występował aż 11 lat. Ostatni selekcjoner, pod którego wodzą grał, Ryszard Koncewicz, uważał go za jednego z najinteligentniejszych polskich piłkarzy. Brał udział w zwycięskim starciu ze Związkiem Radzieckim. Nie wspominał tego jednak najlepiej. Prasa uznawała Zientarę za jednego z najsłabszych piłkarzy po polskiej stronie. Omal też nie strzelił samobója. Na usprawiedliwienie- do rywalizacji przystąpił z kontuzją. Musiał dostać kilka zastrzyków aby stanąć na nogi. Podobnie jak w Legii, tak i w kadrze pełnił funkcje kapitana. Opaskę przejął po Cieśliku. Na ramieniu z nią wystąpił 19 razy. W tej roli prowadził również zespół narodowy podczas Igrzysk Olimpijskich w 1960 r. w Rzymie. Kariere zakończył w Australii. Nawet po zawieszeniu butów na kołku nie rozstał się całkowicie z futbolem. Przez wiele lat był jednym z najlepszych szkoleniowców w Ekstraklasie. To on poprowadził Legie do półfinału Pucharu Mistrzów a Stal Mielec do ćwierćfinału Pucharu UEFA, co czyni z niego jedynego szkoleniowca, który z dwoma polskimi klubami występował na tak zaawansowanym etapie w europejskich pucharach. Trzy razy w tej roli zdobył mistrzostwo Polski. Do czasu Jacka Magiery był jedynym w historii Legii człowiekiem, który po ten tytuł sięgał zarówno jako piłkarz, jak i szkoleniowiec Wojskowych. Prowadził także Pogoń Szczecin, Wisłe Kraków oraz kluby cypryjskie. Jego nie spełnionym marzeniem pozostawała jednak reprezentacja Polski. Ostatecznie krótko pełnił w niej role tylko asystenta. Był sekretarzem generalnym PZPN w latach 1991-95. Krajowa federacja uczciła go tytułem członka honorowego. Legia Warszawa przyjęła go natomiast do Galerii Sław.

@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@AssisMoreira

10

Zapomniane legendy futbolu:

25 stycznia 1954 r. urodził się Ricardo Bochini, ofensywny pomocnik, mistrz świata z 1986 r. ,,El Bocha” jak go nazywali jest jedną z legend Independiente Buenos Aires i jednym z najbardziej utalentowanych pomocników w historii argentyńskiego futbolu. Wystąpił w trzech finałach Pucharu Interkontynentalnego i dwa razy zwyciężał w tych rozgrywkach a najlepiej zaprezentował się w 1973 roku, kiedy to w wieku zaledwie 19 lat zdobył cudowną bramkę, która dała Independiente zwycięstwo nad Juventusem Turyn w Rzymie! Jedenaście lat później w roku 1984 nadal był kluczową postacią w drużynie, która pokonała FC Liverpool w finale Pucharu Interkontynentalnego w Tokio. W klubie z Avellaneda grał w latach 1972-1991. W tym okresie rozegrał 634 ligowe mecze i strzelił 97 goli. Z Indepediente czterokrotnie był mistrzem Argentyny jak również czterokrotnie sięgał po Copa Libertadores (w tym 3 razy z rzędu!), a dwa razy wywalczył Puchar Interkontynentalny. Mimo niepodważalnej pozycji w Indepediente, w reprezentacji Argentyny pojawiał się epizodycznie. W kręgu zainteresowania kolejnych selekcjonerów znajdował się już od połowy lat 70., jednak w kadrze na mistrzostwa świata znalazł się dopiero w 1986. W turnieju w Meksyku zagrał 4 minuty w półfinałowym meczu z Belgią, co dało mu tytuł mistrza świata. Łącznie w kadrze rozegrał 11 spotkań (1977-1986).



@AssisMoreira
@patataj
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Symson
@Pawel13sz

10

@FCBparasiempre
25 stycznia 1942 r. urodził się Eusebio da Silva Ferreyra, genialny portugalski snajper. Eusébio jest uważany przez wielu światowej sławy ekspertów w dziedzinie piłki nożnej, jak i kibiców za jedną z największych legend piłki nożnej w całej historii. Chociaż obiektywnie należy stwierdzić, że nie zdobył tak dużej popularności jak najwybitniejsi piłkarze tacy jak Pele czy „ boski ” Diego Armando Maradona. Grał na pozycji środkowego napastnika, nosząc przydomek Czarnej Pantery lub Czarnej Perły z Mozambiku. Był znany z doskonałej techniki i nieprzeciętnych dryblingów, dzięki którym zyskał przydomek pantery. Ojciec Eusebio był piłkarzem mozambickiej drużyny Ferroviario, ale nie grał w reprezentacji narodowej, ani nie osiągnął żadnych znaczących sukcesów. Pomimo tego właśnie w sporcie widział przyszłość dla swojego syna. Właśnie ojciec był pierwszym, o ile można to tak ująć trenerem legendarnego dziś piłkarza. Nauczył swojego syna wszystkiego co sam umie, dostrzegł też, dzięki doświadczeniu i fachowej wiedzy, którą zdobył podczas swojej zawodowej kariery, że jego syn ma naprawdę talent do gry. Eusebio już od najmłodszych lat interesował się piłką nożną i korzystał z każdej okazji żeby pokopać piłkę, doskonalą w ten sposób swoje umiejętności. Swoją karierę piłkarską zaczął w lokalnym klubie piłkarskim Sporting Lourenço Marques w 1957 roku, spędzając tam 3 sezony piłkarskie. Klub ten był dla młodego Eusebio miejscem gdzie dopiero nabierał doświadczenia w świecie piłki nożnej. Został on zauważony przez obserwatorów z Portugalii i w tym momencie jego kariera nabrała tępa. W 1960 roku przeniósł się do Benfici Lizbona, gdzie grał do 1975 roku odnosząc w tym czasie wiele sukcesów takich jak: jedenastokrotne Mistrzostwo Portugali, pięciokrotne zwycięstwo w Pucharze Portugalii i zwycięstwo w Pucharze Europy(Liga Mistrzów) w 1962 roku. Odnosił także indywidualnie sukcesy między innymi Europejski Piłkarz Roku w 1965, Europejska nagroda Złotego Buta w 1968 i 1973, dwukrotnie najlepszego piłkarza Portugalii i siedmiokrotnie króla strzelców ligi portugalskiej. Poza osiągnięciami indywidualnymi i klubowymi wraz z reprezentacją Portugalii udało mu się zając trzecie miejsce, zaraz za reprezentacjami Anglii oraz RFNu na mistrzostwach świata w 1966 roku, a on sam w tym samym roku dostał nagrodę Złotego Buta za dziewięć strzelonych goli na mistrzostwach. Eusébio w reprezentacji w latach 1961–1973 zagrał 64 mecze, strzelając 41 goli, co bardzo długo było rekordem narodowej reprezentacji Portugalii. Jego wynik pobił dopiero w 2005 roku Pedro Miguel Carreira Resendes, znany jako Pauleta, posiadając w swoim dorobku 47 goli. Eusébio praktycznie całą swoją karierę spędził w jednym klubie, czym nie może poszczycić się zbyt wielu znanych piłkarzy, mimo to osiągnął prawie wszystko, o czym każdy piłkarz marzy i jest w stanie osiągnąć. Mowa tu nie tylko o trofeach, pucharach i nagrodach, ale o niesamowitej liczbie fanów, honorowych tytułów, pomników a przede wszystkim tego, że został w pamięci każdego prawdziwego fana piłki nożnej.

W ciągu tych piętnastu lat strzelił dla Benfici 727 goli! w 715 meczach, co jest wynikiem wręcz niesamowitym, samym w sobie pokazującym klasę i umiejętności piłkarza. W 1975 nadeszła pora na powolne kończenie kariery, dlatego Eusébio przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, by podjąć współpracę z Rhode Island Oceaneers. Był to zespół zlokalizowany w małym mieście Pawtucket w stanie Rhode Island. Nie osiągał tam żadnych sukcesów, był to raczej początek jego piłkarskiej emerytury, gdzie daleko od prasy i całego medialnego szumu mógł w spokoju trenować swój ukochany sport. Klub ten został założony w 1974, a rozwiązany cztery lata później. Sam piłkarz spędził tam jeszcze krócej, bo w tym samym roku przeniósł się do innego amerykańskiego klubu Boston Minutenem. Klub piłkarski działający jeszcze krócej niż poprzedni bo tylko w latach 1974-1976 mieszczący się w Bostonie, stolicy stanu Massachusetts. Eusébio w tym samym roku, odszedł aby przenieść się do meksykańskiego klubu Club de Fútbol Monterrey. Był to jego trzeci klub w jednym roku, miał siedzibę w Monterrey, stolicy stanu Nuevo León. Ponownie nie grał tutaj zbyt długo, bo już w 1976 roku przeniósł się do SC Beira-Mar. Był to portugalski klub, w mieście Aveiro. Tak więc po dwóch latach piłkarz powrócił do Europy. Ponownie nie został za długo w jednym klubie i już po sezonie wrócił do Ameryki Północnej, ale tym razem do Kanday, dołączając do zespołu Toronto Metros-Croatia, mieszczącego się w Toronto w południowej części prowincji Ontario. Jeszcze w ty samym roku przeniósł się do zespołu Las Vegas Quicksilver. Po raz kolejny osiedlił się w Stanach Zjednoczonych, a dokładnie w Las Vegas w stanie Nevada. Po raz kolejny zmienił drużynę jeszcze w tym samym roku, przenosząc się do Newark w stanie New Jersey. Co ciekawe drużyna New Jersey Americans do której się przeniósł obecnie jest drużyną koszykarską, działającą pod nazwą New Jersey Nets. Ostatnim klubem w karierze Eusébio był União de Tomar, w portugalskim mieście Tomar. Po zakończeniu kariery „Czarna Pantera” nie wrócił do rodzinnego Mozambiku, osiedlił się na stałe w stolicy Portugalii Lizbonie. Mimo że od zakończenia kariery minęło ponad 30 lat, mieszkańcy Lizbony nadal uważają go za bohatera, o czym świadczyć może postawiony mu pomnik przed boiskiem Estadio da Luz. Do pamięci kibiców przeszły w szczególności jego dwa wyczyny na Mistrzostwach Świata w 1966 roku. Chodzi o zdobycie tytułu najlepszego strzelca mistrzostw z dorobkiem dziewięciu bramek i poprowadzenie w ten sposób Portugalii do najniższego stopnia podium, eliminując po drodze takie potęgi jak Brazylia czy ZSSR. Brazylia właśnie była jednym z głównych pretendentów do zdobycia tytułu mistrzowskiego. Tak obstawiała większość kibiców, którzy grali na zakładach. Drugim wyczynem było doprowadzenie stanu meczu z Koreą z 0 : 3 do 5 : 3, w ćwierćfinałowym meczu. Piłkarz jest znany nie tylko jako sportowiec, ale jako i człowiek. Mimo święcenia największych sukcesów swojej kariery w 1966 roku pamiętał o Maputo w jego rodzinnym Mozambiku, gdzie w tym samym czasie trwała krwawa wyzwoleńcza walka z Portugalczykami. Wypowiedział on znane słowa, do dziś oddającego jego wizerunek : „ Nienawidzę polityki. Moją polityką jest futbol!" W takim przekonaniu udało mu się zostać wielką gwiazdą i legendą piłki nożnej, mimo że urodzonemu w małej prowincji Portugalii nikt wcześniej nie dawałby żadnych szans na sukces. Jego karierę można z pewnością brać za wzór do naśladowania przez młodych piłkarzy.

Można wnioskować że Eusébio da Silva Ferreira wywarł ogromny wpływ na rozwój piłki nożnej nie tylko w Mozambiku, ale w Portugali i Europie. Interesującym jest że Eusébio posiada dwa paszporty, jest uznawany za Mozambijczyka ale kto wie jakby potoczyła się jego kariera gdyby zdecydował się na grę dla reprezentacji Mozambiku ? Można jedynie przypuszczać, że gdyby zdecydował się jednak na grę dla narodowej reprezentacji Mozambiku, mogło by to przyczynić się do zahamowania jego błyskotliwej kariery. Przypuszczać można, że nie byłby w stanie osiągnąć tego co osiągną, a co już zostało w powyższym artykule dość szczegółowo opisane, gdyby nie zdecydował się na grę w reprezentacji Portugalii. Na pewno nie zagrał by z reprezentacją Mozambiku w finałach mistrzostw świata. Pomimo tego, iż był piłkarzem ponadprzeciętnym, nie byłby w stanie sam pociągnąć swojej drużyny do zdobycia jednego z pucharowych miejsc. Jednakże, jego wpływ na ogólny poziom gry ówczesnej reprezentacji Mozambiku byłby bez wątpienia ogromny. Nie ma też wątpliwości w kwestii tego, że miałby realne szanse na zostanie kapitanem drużyny. Nie tylko ze względu na swoje umiejętności, ale także na charyzmę, która nie zawsze idzie jak wiadomo w parze z talentem sportowym nie tylko piłkarskim. Wróćmy jednak do tego, jaki wpływ Estadio da Luz wywarł na rozwój piłki nożnej w swoim ojczystym kraju. Wielu młodych Mozambijczyków, właśnie dzięki niemu zainteresowało się piłką nożną na poważnie, widząc w sporcie swoją szansę na lepsze, szczęśliwsze życie. Dla wielu z nich piłka nożna stała się nie tylko pasją ale też sposobem na życie. Ponadto w kraju, z którego pochodził znacznie powiększyła się liczba kibiców piłkarskich. Można mówić tutaj o zjawisku porównywalnym do tego jakie jeszcze kilka lat temu obserwować mogliśmy w naszym rodzimym kraju. Jak zapewne większość czytelników pamięta, skoki narciarskie w naszym kraju stały się popularne wśród kibiców właśnie wtedy gdy nasz, znany chyba wszystkim Polakom rodak – Adam Małysz osiągać zaczął sukcesy. Przyczyniło się to nie tylko do wzrostu liczby kibiców, ale ogólnie także do rozwoju tej, do niedawna mało popularnej dyscypliny sportu w naszym kraju. O podobnym zjawisku mówić można także w Mozambiku, z którego pochodzi „ czarna pantera ” Estadio da Luz. Kto wie na jakim poziomie stałby futbol w owym kraju gdyby nie błyskotliwa kariera piłkarska jednego z jego obywateli.

8

5

Zapowiada się bardzo ciekawe widowisko, ponieważ w pucharowych konfrontacjach Barcy z Realem Sociedad pada dużo goli, zwłaszcza na Camp Nou. Smaczku dodaje również fakt najdłuższej serii wygranych Realu w historii a więc będzie się działo(!) i oby z happyendem ,,dla nas". Żałuje tylko że mecz jest tak późno(przynajmniej dla mnie) i będe niewyspany do roboty ale czego się nie robi dla ukochanej Barcuni.
Vamos Barca! Vamos a ganar!

10

Zapomniane El Clasico:

25 stycznia 1948 r. FC Barcelona pewnie pokonuje Real Madryt na Camp de Les Corts 4:2 w 17 kolejce Primera Division, po 2 golach Basory i po jednym Josepa Seguera i Cesara Rodrigueza. To zwycięstwo w końcowym rozrachunku okazało się bardzo ważne, ponieważ Blaugrana sięgneła w tamtym sezonie po trzecie w historii mistrzostwo Hiszpanii.


@DaPidejpi
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Monix10

3

No prosze! Kto by się spodziewał? To ja wylewam smutki i żale za naszą kochaną Ige Świątek a tu(!) nasza następna kochana rodaczka wyskakuje jak Filip z konopii i melduje się w półfinale Australian Open. Wielkie gratulacje dla Magdy Linet, bez względu na to czy dojdzie czy też nie do finału, zasługuje na ogromną pochwałe. Trzeba być dumnym z tego co osiągneła i jak dobrze spisuje się ostatnimi czasy polski tenis. Cieszmy i radujmy się tym co nam Pan Bóg z nieba zsyła a ostatnio obdarza nas wieloma sukcesami, zwłaszcza w kobiecym tenisie.

32

Feliz cumpleaños panie ,,Generale”! Xavi Hernandez Creus kończy dziś 43 lata! Twoja wytrwałość i pasja są godne podziwu. Serdeczne życzenia kolejnych sukcesów! Bywaj zdrów legendo!

Jeden z najwybitniejszych rozgrywających w historii futbolu rodem z Katalońskiej Terrasy trafił do La Masii w wieku 11 lat. Szansę debiutu w pierwszej drużynie otrzymał od van Gaala w meczu półfinałowym Pucharu Katalonii z UE Lleida. Wkrótce stał się podstawowym zawodnikiem i jednym z kapitanów Blaugrany. Przez lata pozostawał jednak w cieniu efektowniej grających kolegów. Jak sam wielokrotnie podkreślał, najwięcej zawdzięcza Luisowi Aragonesowi, trenerowi reprezentacji, z którą wygrał mistrzostwo Europy w 2008 r. To on pozwolił Xaviemu uwierzyć w swoje możliwości i stać się prawdziwym liderem drużyny. Niezwykła wizja gry, przegląd pola, kapitalne podania prostopadłe i słynne kółeczka były jego znakami rozpoznawczymi, gdy pod wodzą Guardioli poprowadził Dume Katalonii do 6 Pucharów w 2009 r. Ostatni mecz w koszulce Blaugrany ,,Generał’’ rozegrał w czerwcowym finale Ligi Mistrzów z Juventusem w 2015 r., wchodząc z ławki rezerwowych na ostatnie 20 minut gry. Oficjalnie rozegrał 767 spotkań w koszulce Barçy.



@Monix10
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
@Sensible

10

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

24 stycznia 1934 r. w Bytomiu urodził się Henryk Kempny. W latach 50-tych był czołowym strzelcem i prawdziwą gwiazdą polskiej ligi. Dorastał w Bytomiu w niemieckiej rodzinie. Kiedy na początku 1945 r. zbliżał się front, cała rodzina była już spakowana i gotowa do wyjazdu w głąb Niemiec. W ostatniej chwili będąc już na dworcu, jego rodzicie jednak zmienili zdanie. Zostali w Polsce, a młody Heniek już w 1948 r. zaczął chodzić na mecze Polonii. Wkrótce razem z dwoma kolegami postanowił spróbować swoich sił w klubie. Na ich talencie poznał się trener Józef Słonecki i chłopcy trafili do juniorskiego zespołu Polonii. W 1951 r. w jednym z meczów juniorów strzelił pięć bramek. Seniorski zespół miał wówczas problemy ze skutecznością, więc pod naciskiem prasy trener na kolejny mecz ligowy wystawił Kempnego w pierwszym składzie. Debiut zaliczył 23 września 1951 r. w przegranym 0:1 meczem z AKS-em Chorzów. Rok później w skróconym z powodu przygotowań do igrzysk w Helsinkach sezonie grał już we wszystkich spotkaniach. W 1954 r. swoimi 13 bramkami bardzo pomógł zespołowi w zdobyciu pierwszego w historii tytułu mistrza kraju. Sam zdobył wówczas koronę króla strzelców. Po utalentowanego snajpera sięgnęła warszawska Legia. Kiedy w listopadzie Kempny hucznie świętował z kolegami sukces, miał już w kieszeni bilet do wojska. Miał początkowo wątpliwości czy to dobry krok. Dodatkowo dyrektor kopalni Radzionków przekonywał go, żeby dołączył do jego zespołu, a on zapewni mu etat górnika, dzięki czemu uniknąłby wojska. Do Legii przekonała go jednak rozmowa z pułkownikiem Malczewskim, który obiecał mu, że po odbyciu służby będzie miał wolną rękę. W stołecznym klubie trafił pod opiekę trenera Steinera, który ustawiał go na skrzydle. Legia dzięki śląskiemu zaciągowi zdobyła pierwszy dublet, a Kempny odegrał w tym sukcesie ważną rolę. Rok później Koncewicz przesunął go na środek ataku, a zawodnik odwdzięczył się strzeleniem 21 bramek w 22 meczach i na koniec sezonu mógł świętować swoje trzecie z rzędu mistrzostwo Polski i dorzucił do tego kolejny triumf w pucharze Polski. W Warszawie został jeszcze rok, a później wrócił do Bytomia. W Polonii grał do 1963 r. Pod koniec miał problemy z kontuzjami. W 1960 r. złamał nogę po raz pierwszy i z trudem doszedł do dawnej formy. Kiedy jednak w starciu z Jackiem Gmochem kości ponownie nie wytrzymały, wiedział, że jego kariera dobiega końca. Dla Polonii w lidze rozegrał 194 spotkania i strzelił 100 goli. Był klasycznym środkowym napastnikiem, pewnym siebie, zdecydowanym i nadzwyczajnie skutecznym. Grał dynamicznie, elegancko i czarował techniką. Jako trener próbował swoich sił w Górniku Wałbrzych i CKS Czeladź, a także w ukochanej Polonii. W 1989 r. wyemigrował do Niemiec. W reprezentacji grał tylko przez trzy lata. Zdążył w tym czasie rozegrać 16 spotkań i sześć razy trafić do siatki rywali. Brał udział w meczach z ZSRR w 1957 r. Pożegnał się z kadrą meczem z NRD w 1958 r., w którym strzelił ostatniego gola.

@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

10

Czy wiecie że…..

24 stycznia 1982 r. padł ligowy gol nr. 3000 dla FC Barcelony. Jego autorem był Quini, który trafił do siatki w 60 minucie wygranego 4:3 meczu Primera Division z CD Castellon.




@Ogorinho1974
@Monix10
@Lionel_Messi10
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Symson
@Pawel13sz
@patataj

31

Feliz cumpleaños panie Luisie! Swoje 36 urodziny obchodzi dziś Luis Alberto Suarez Diaz, bardzo dobrze znany wszystkim cules. Dziękujemy serdecznie ,,gryzoniu” za zaangażowanie, ducha walki i wiele ważnych i wspaniałych goli. Zdrówka i wszystkiego najlepszego!



@Ogorinho1974
@Symson
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@DaPidejpi

2

@kubix05 Z tym aktorem Rutgerem Hauerem to normalnie żeś mnie zastrzelił. W życiu bym nie przypuszczał że on był holendrem a w dodatku że już nie żyje. Grając w amerykańskich filmach zawsze był dla mnie... Amerykaninem. Zawsze będe go kojarzył z filmami: Ślepa furia, W mgnieniu oka, Łowca Androidów a chyba najlepszym dreszczowcem jakiego oglądałem to był wybitny Autostopowicz!

10

@FCBparasiempre

Gdy cofamy się do lat 50-tych, przywołujemy „Maracanazo”, węgierską „Złotą Jedenastkę”, Brazylię Pelego, zaś z drużyn klubowych przychodzi większości z nas do głowy bodaj jedynie Real Madryt z Kopą, Di Stefano i Puskasem. Tymczasem jeszcze przed wielką serią Królewskich w Pucharze Europy swą klasę zademonstrowała ekipa wielkiego rywala Madrytczyków – FC Barcelony. Ów zespół ochrzczono „Barcą Pięciu Pucharów”. Legenda, która dziś została przyćmiona przez Dream Team Cruyffa czy erę Guardioli. Obecnie pamiętają o niej jedynie prawdziwi „cules”. Historia ma swój początek latem 1950. Wtedy to bowiem na Półwysep Iberyjski zawitała Hungaria, drużyna złożona z emigrantów ze wschodu kontynentu. Zagrali oni kilka meczów w Hiszpanii, podczas których ówczesny już skaut Barcelony, wcześniej będący piłkarzem katalońskiego klubu, Josep Samitier (historię jego występów w Barcelonie przeczytasz tutaj) zwrócił uwagę na lidera gości Laszlo Kubalę. Problem polegał na tym, że jak to ma miejsce także w dzisiejszych czasach, na tego samego zawodnika sidła zasadzili ludzie związani z Realem Madryt. Ostatecznie jednak Samitier wywiódł ich w pole wsadzając pijanego Kubalę do samochodu i zawożąc go do Barcelony, gdzie Laszlo parafował umowę z „Blaugraną”. Laszlo został oszukany, gdyż podczas jazdy spytał Samitiera: „Jedziemy do Madrytu?”, a w odpowiedzi otrzymał potwierdzenie.

Dzięki temu Kubala niejako w pakiecie z trenerem Hungarii Ferdinandem Daucikiem i kolegą klubowym Nicolae Simatociem, znanym pod węgierskim nazwiskiem Miklos Szegedi, podpisał kontrakt z Dumą Katalonii. Co ciekawe, przyszły idol Les Corts był prywatnie szwagrem szkoleniowca. Interesująca jest również sprawa pochodzenia zawodnika. W jego żyłach płynęła krew słowacka, ale też polska. Na przestrzeni piłkarskiej kariery występował dla reprezentacji Czechosłowacji, Węgier i Hiszpanii. Życie Kubali jest jednak materiałem na odrębną historię, skupmy się na ówczesnej Barcelonie. Rywalizacja o wspaniałych piłkarzy między wielkimi rywalami rozgorzała później wokół Alfredo Di Stefano, co można poczytywać jako swego rodzaju zemstę „Królewskich” za sprzątnięcie im Kubali sprzed nosa przez „Blaugranę”. Gdy Argentyńczyk porozumiał się już z Barceloną, a zarząd klubu dogadał szczegóły transferu z klubami roszczącymi sobie prawa do Alfredo – Milionarios Bogota( o tym klubie przeczytasz tutaj) i River Plate, plany pokrzyżował im prezydent Realu Santiago Bernabeu. Przekonał napastnika do gry w Madrycie. Rozstrzygnięcia sporu podjęła się federacja, która wydała wyrok orzekający o tym, że cztery lata kontraktu mają zostać podzielone po równo kolejno między Real i Barcę. „Blaugrana” oprotestowała tę decyzję, lecz apelację odrzucono, po czym władze katalońskiej ekipy zrezygnowały ze starań o pozyskanie piłkarza. Z pierwszej połowy sezonu 1950/51, a zwłaszcza jego pierwszej połowy, „cules” nie mogli się cieszyć. Podstawową przyczyną porażek Katalończyków było zawieszenie na rundę wiosenną Laszlo Kubali. Jako powód kary nałożonej na Węgra wskazano nieuprawnione opuszczenie ojczyzny i uchylanie się od służby wojskowej. W Primera Division FC Barcelona nie zdołała się przebić nawet na podium. Jej wyniki z tamtych rozgrywek ligowych w dzisiejszych czasach wyglądają jak zły sen. Aż 11 porażek w 30 spotkaniach, co dało czwartą pozycję, a Barcelona zdążyła już wcześniej wypracować sobie miano czołowej ekipy w kraju i na kontynencie. Aby zrozumieć jednak ówczesną sytuację w klubie wypada nadmienić, że rok wcześniej Barca zakończyła ligę na piątym miejscu, przegrywając przy tym 10 spotkań ligowych.

Duet Daucik-Kubala wyprowadził „Blaugranę” ponownie na salony. Pierwszy sukces bordowo-granatowych miał miejsce wiosną 1950. Ekipa z Les Corts triumfowała w Pucharze Generała. Pod ową nazwą krył się, za rządów Francisco Franco, dzisiejszy Copa Del Rey. Turniej nie trwał tak jak dziś prawie cały sezon, lecz zamknął się na przestrzeni niecałego miesiąca już po wyłonieniu mistrza kraju. Przeciwnikami graczy z Miasta Gaudiego w pierwszej rundzie została FC Sevilla. „Blaugrana” nie napotkała na swojej drodze do awansu problemów. W spotkaniu na Estadio de Nervion rozpoczynającym pucharowy marsz triumfalny wygrała 1:2. Rewanż tylko pogrążył Andaluzyjczyków, gdyż zakończył się pewnym zwycięstwem Barçy 3:0. W ćwierćfinałowym dwumeczu „Duma Katalonii” zmasakrowała wręcz Atletico Tetuan (dziś siedziba mieści się w granicach Maroka, a sam klub nie został zlikwidowany). Dwie wygrane, bilans bramek 7:2 mówią same za siebie. O awans do finału Katalończycy zmierzyli się z sztandarowym klubem Baskonii – Athletikiem Bilbao. Publiczność zgromadzona na Les Corts nie miała okazji do obejrzenia choćby jednej bramki, a w Kraju Basków przyjezdni zdołali triumfować 2:1. W batalii o trofeum los skojarzył „Blaugranę” z kolejnym baskijskim klubem – Realem Sociedad San Sebastian. Areną finału wybrano Nuevo Chamartin w Madrycie. Śpieszę z wyjaśnieniem dla nieświadomych – dziś tenże stadion funkcjonuje pod nazwą Estadio Santiago Bernabeu ku pamięci byłego prezydenta Realu. Ostateczna konfrontacja okazała się łatwizną dla FC Barcelony. „Blaugrana” pokonała przeciwników 3:1 i zdobyła pierwsze trofeum po dwuletniej posusze. Copa del Generalisimo jedynie było początkiem prawdziwej zwycięskiej serii, jakiej barcelonismo doświadczyło w roku 1952. Pięć pucharów w 12 miesięcy. Osiągnięcie to w roli rekordu funkcjonowało aż do ery Guardioli.

Pierwszy z pięciu kroków postawiony został poprzez wygranie ligi. Walka o prymat toczyła się praktycznie do końca. „Blaugrana” z 43 punktami na koncie o ledwie trzy „oczka” wyprzedziła „Lwy” z Bilbao, wtedy grające pod nazwą Atletico ze względu na represje. Wtedy hierarchia wyglądała trochę inaczej, gdyż ekipy Primera Division prezentowały bardziej wyrównany poziom. Barca wygrała dziewiętnaście spotkań, pięć zremisowała a sześciokrotnie zmuszona była uznać wyższość rywali.

Później w krajowym pucharze podopieczni Daucika niszczyli wszystkich, których napotkali na swej drodze. Zdemolowane zostały ekipy „Los Colchoneros” i Malagi, a także Realu Valladolid w pierwszym meczu. Rewanż przeciwko Kastylijczykom, poprzedzony La manitą na Les Corts, Barceloniści przegrali 3:1, lecz ogromna zaliczka z pierwszego meczu pozwoliła im bez trudu awansować. 25 maja Blaugrana stanęła przed szansą obrony wywalczonego rok wcześniej tytułu, a utrudnić jej tę sztukę miała Valencia. Mimo starań Nietoperzy, Barca udowodniła swoją przewagę w stosunku do pozostałych klubów hiszpańskich i po zwycięstwie 4:2 mogła cieszyć się z potwierdzenia panowania na krajowym podwórku wznosząc ku niebu Puchar Generała. Niemal miesiąc później, 15 czerwca, bordowo-granatowi dołożyli piękne, acz mające symboliczne znaczenie trofeum za wygranie Copa Martini&Rossi. W corocznym, kończącym sezon na Les Corts spotkaniu o charakterze towarzyskim pokonali zaproszoną ekipę z francuskiej Nicei. W czerwcu Barça wzięła udział też w Pucharze Łacińskim na paryskim Parc des Princes. Na przełomie lat 40. i 50. rywalizowali w nim mistrzowie Francji, Portugalii, Włoch i Hiszpanii. W Paryżu najlepsza hiszpańska ekipa sezonu zostawiła w pokonanym polu mistrzów Włoch – Juventus (4:2) i, ponownie w ciągu dwóch tygodni, Francji – OGC Nice (1:0). Do wyżej wymienionych trofeów automatycznie doliczono dzięki dubletowi w kraju Copa Eva Duarte (Superpuchar Hiszpanii). Ten wielki team błyszczał niemniej krótko, bo do roku 1953. Bezpośrednio po mitycznym sezonie z trudem wywalczył „tylko” dublet a następnie całkowicie spuścił z tonu, co poskutkowało zwolnieniem Ferdinanda Daucika jesienią 1954. Lecz „Barca de las Cinco Copas” to nie tylko tytuły. Zespół ten był również jak jedna wielka rodzina, z mnóstwem smaczków i anegdot. Naiwni ci, którzy myślą, że dzisiejsi piłkarze są bardziej rozrywkowi od tych, którzy dawniej zachwycali fanów. Gustau Biosca, obrońca w talii Daucika, wdał się w płomienny romans z wszechstronnie utalentowaną i ciemnowłosą Lolą Flores, obiektem westchnień wielu Hiszpanów. Lola zajmowała się tańcem, śpiewem, a także grała w filmach. Mimo tych atutów Lola dla Gustaua okazała się wyłącznie zabawką i piłkarz rzucił ją, by zostać przy swej żonie.

Bohaterem szklanego ekranu przez chwilę miał okazję być portero Antonio Ramallets. Wystąpił on w filmie Francisco Roviry-Velety „11 par butów” i „Asy szukają spokoju” wraz z Andresem Boschem, Estanislau Basorą i Kubalą. Antonio bardzo dbał o swój wygląd. Żartowano nawet, że ma lustro przymocowane do prawego słupka, by po każdej interwencji patrzeć, czy jego fryzura pozostała nienaruszona. Zawsze przed pierwszym gwizdkiem wykonywał również swego rodzaju rytuał: podchodził do bramki, witał kibiców i rzucał do siatki rękawiczki wraz z czapką. Obecnie wszyscy gracze „Barcy Pięciu Pucharów” niestety już nie żyją (ostatnim żyjącym był Biosca, który odszedł w dzień wszystkich świętych 2014 roku), więc tym bardziej cenne jest utrzymywanie pamięci o nich. Szczególnie w umysłach miłośników nie tylko FC Barcelony, ale całego hiszpańskiego futbolu.


11

,,Barça pięciu pucharów”(przeczytajcie w odpowiedzi na mój komentarz):

@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

0

@DzikiGD Ja biore pod uwage ogólnokrajowe rozgrywki pierwszoligowe, tzn. na najwyższym krajowym poziomie. Za czasów Pelego były tylko rozgrywki poszczególnych regionów.

2

Karim Benzema strzelając wczoraj gola przeciwko Athletic Bilbao uzbierał łącznie 271 goli na poziomie ligowym, zrównując się w tej klasyfikacji z Wenezuelczykiem Rivasem i Węgrem Toldim. Dla przykładu do Davida Villi w tej klasyfikacji traci zaledwie 7 goli a do Samuela Eto"o i Johana Cruijjfa traci odpowiednio 15 i 19 goli. Gole Kameruńczyka i ,,Latającego Holendra" są jak najbardziej do pobicia ale już Roberta Lewandowskiego to nie uda mu się dogonić, gdyż na te chwile Robert ma 357 goli! Przypominam że Lionel Messi uzbierał takich goli 488 a Cristiano Ronaldo 495. Rekord wszechczasów Josefa Bicana(518 goli) jest więc zagrożony.

12

Żywe legendy futbolu:

23 stycznia 1984 r. urodził się Arjen Robben, pomocnik reprezentacji Holandii i Bayernu Monachium. Z "Oranje" (96 meczów, 37 goli) w 2010 roku zdobył wicemistrzostwo świata a przez 10 sezonów gry w Monachium (309 meczów, 144 gole i 101 asyst) aż ośmiokrotnie sięgał po mistrzostwo Niemiec i raz wygrał Ligę Mistrzów. To właśnie Robben strzelił zwycięskiego gola w finale na Wembley z Borussią Dortmund (2:1) w 2013 roku. 39-letni Holender, którego wielokrotnie dręczyły kontuzje, występował także w PSV Eindhoven, Chelsea i Realu Madryt, a karierę rozpoczął i zakończył w holenderskim FC Groningen.


@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Sensible
@patataj
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Symson
@Pawel13sz

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?