FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
Wybitni snajperzy futbolu:
11 października 1889 r. w Budapeszcie urodził się Imre Schlosser, wybitny węgierski snajper. As Ferencvarosu (169 meczów i 269 goli!) i MTK Budapeszt (125 występów i 141 goli!) uchodził za niezwykle skutecznego snajpera. Swój niebywały instynkt strzelecki potwierdził też w reprezentacji Węgier, w której strzelał średnio 0,87 gola na mecz (68 występów i 59 goli). Schlosser próbował też swoich sił w austriackim Wiener AC, choć tam nie był już aż tak skuteczny (17 gier i sześć goli). Ciekawostką jest fakt, że węgierski napastnik jako pierwszy piłkarz spoza Wielkiej Brytanii został najlepszym snajperem lig europejskich w 1911 roku.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
1
@ArkonSwego czasu w publicznej telewizji oglądałem go w europejskich pucharach i choć nie jestem kibicem Legii(w europejskich pucharach zawsze) to zawsze robił na mnie wrażenie swoim spokojem i opanowaniem. Tak jak napisałeś, świetny piłkarz i człowiek, nic dodać, nic ująć.
9
Prezydenci FC Barcelony:
11 października 1944 r. urodził się Joan Gaspart, 43 w kolejności prezydent FC Barcelony. Swoją funkcje pełnił w latach 2000-2003. Wcześniej przez 22 lata był wiceprezydentem w zarządzie Jospa Lluisa Nuñeza. W 1992 r. obiecał że jeśli Blaugrana wygra finał Pucharu Europy, to wykąpie się w Tamizie i słowa dotrzymał. Przez wiele lat piastowania poważnego stanowiska w klubie dał się poznać jako fanatyczny kibic, który nie przebiera w słowach. Jego prezydentura, mimo pełnego zaangażowania była pasmem klęsk klubu i nieudanych transferów. Przez 3 lata sekcja piłki nożnej FC Barcelony nie zdobyła żadnego trofeum i Gaspart musiał odejść.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:
10 października 1967 r. urodził się Jacek Zieliński, obrońca. Dębica miała szczęście do wielu wybitnych piłkarzy. Stąd pochodził Leszek Pisz; długo grał tu Jerzy Podbrożny. Do czołówki pod względem sławy należy jednak z pewnością Zieliński, przez 7 lat zawodnik miejscowego Iglopolu. ,,Zielek” nie ustępuje dwóm pozostałym pod względem sukcesów klubowych a dodatkowo jako jedyny zagrał na mundialu. Wszyscy trzej spotkali się zresztą potem w Legii i to Zieliński zakotwiczył w niej najdłużej. Stanowił opoke tego klubu. Należał do najlepszych polskich stoperów. W lidze zaś na ogół konkurował ze swym bardzo dobrym przyjacielem a zarazem partnerem z reprezentacji – Tomaszem Łapińskim. Bardzo twardy i skuteczny w swych interwencjach a zarazem obdarzony sporymi umiejętnościami w grze głową. Murem obstawali za nim kolejni trenerzy Legii. ,,Zielek” odpłacał się za to im pomocą w zapisywaniu kolejnych trofeów na koncie. Wraz z Markiem Jóźwiakiem(swoim partnerem z defensywy) i Wojciechem Kowalczykiem są jedynymi piłkarzami, którzy z Legią zdobyli mistrzostwo Polski zarówno w XX, jak i XXI wieku. O ile jednak ,,Berer” oraz ,,Kowal” na długie lata wyemigrowali do innych lig a po kilkusezonowej tułaczce powrócił w progi Łazienkowskiej, to Zieliński przez ponad dekade był filarem tego zespołu. Razem z nim najważniejszy tytuł w polskich rozgrywkach zdobył w sumie 3 razy. Dołozył do tego taką sama liczbe Pucharów Polski. Czterokrotnie był wicemistrzem Polski, 2 razy kończył z Wojskowymi rywalizcje na 3 miejscu. Razem z tym klubem awansował do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Praktycznie zawsze kiedy był zdrowy, miał miejsce w składzie swojego klubu. Od premiery nie było sezonu bez dwucyfrowej liczby meczów w jego wydaniu. Nawet w pożegnalnej edycji, gdy liczył sobie już 37 lat, zagrał ponad 20 razy. Obecnie plasuje się na 20 miejscu pod względem rozegranych meczów w historii Ekstraklasy. W samej Legii wyprzedza go w tej klasyfikacji wyłącznie Brychczy. Na obronie w najwyższej polskiej lidze częściej od niego występowali tylko Bendkowski, Baszczyński i Barczak. W reprezentacji zagrał 60 razy i strzelił jednego gola. Uczestniczył w MŚ w Korei i Japonii, gdzie jako kapitan wystąpił przeciwko USA. Jest on jednym z 10 Polaków, którzy zakładali tę opaske na najważniejszym turnieju świata a zarazem ostatnim przedstawicielem Ekstraklasy w tym gronie. Wcześniej należał do najważniejszych postaci w eliminacjach zwieńczonych sukcesem. Po upadku komuny nie było piłkarza z większą liczbą występów w reprezentacji w reprezentacji Polski jako piłkarz Ekstraklasy. W całej historii pod tym względem ustępuje tylko Lacie, Deynie, Szymanowskiemu, Żmudzie i Kasperczakowi.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
70 lat temu(10 października 1952 r.) urodził się Janusz Sybis. Urodzony w Częstochowie zawodnik zawsze był najmniejszy w klasie. Jako dorosły chłopiec też nie imponował warunkami fizycznymi (164 cm wzrostu i 60 kg). W wieku ośmiu lat przeprowadził się do Wrocławia. Na treningi trampkarzy Śląska Wrocław zaczął chodzić w piątej klasie szkoły podstawowej, ale nawet wtedy mówiono, że jest za mały. Sybis jednak się tym nie przejmował i zawzięcie trenował, czym zaskarbił sobie sympatię ówczesnego trenera grup młodzieżowych Jana Hasa. Szansa na grę w pierwszym zespole przyszła, kiedy Śląsk spadł z ekstraklasy. W II lidze obowiązywał przepis, zgodnie z którym w każdym meczu powinien zagrać przynajmniej jeden junior. W ten sposób mógł grać w jednym zespole z Janem Tomaszewskim. Obaj piłkarze często urządzali sobie zawody, polegające na strzelaniu karnych. Kiedy wygrywał Sybis, to Tomaszewski musiał go znosić „na barana” z boiska, a kiedy wygrywał bramkarz, to Sybis musiał go znosić na plecach z boiska. Sybis szybko zaczął odgrywać kluczową rolę w zespole. W sezonie 1972/73 sięgnął nawet po koronę króla strzelców II ligi, a jego bramki miały ogromny wpływ na awans Śląska do elity. Już w drugim sezonie wśród najlepszych wrocławianie zajęli miejsce się na podium, dzięki czemu zagrali w europejskich pucharach. W 1976 r. zdobył z kolegami Puchar Polski, a rok później okazali się najlepsi w lidze. Nie był to przypadek, bo później jeszcze dwukrotnie zajmowali drugie miejsce na finiszu rozgrywek (1978 i 1982). Po odejściu ze Śląska w 1983 r. został piłkarzem Pittsburgh Spirit, gdzie cieszył się doskonałą reputacją. Tęsknił jednak za Polską i choć mógł zostać za oceanem znacznie dłużej, w 1988 roku wrócił do kraju i do ukochanego Śląska, gdzie zajął się pracą szkoleniową. ,,Cały zespół grał świetnie, ale on wyjątkowo. Jak był już kompletnym i dojrzałym zawodnikiem, posiadał wszystkie cechy piłkarskiej gwiazdy. Stylem gry z tamtych lat przypominał mi Messiego z Barcelony. Ośmieszał rywali”– mówił o nim Aleksander Papiewski, który trenował Sybisa w Śląsku w latach 1977-1979. Dobre występy w lidze nie znalazły zbyt dużego uznania w oczach selekcjonerów. Sybisa zabrakło w Montrealu, w Argentynie i w Hiszpanii. Być może gdyby grał w którymś z „bardziej uprzywilejowanych” klubach, to dostałby szansę. Debiutował w 31 października 1976 r. w wygranym 5:0 meczu z Cyprem. Na kolejną szansę musiał jednak czekać trzy lata. W sumie uzbierał 18 meczów i strzelił 2 gole. Oba w 1980 r. w meczach z Włochami i z Jugosławią. Ostatni raz w narodowych barwach wystąpił w wygranym 4:1 meczu z Kolumbią.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
7
Kluczowe zwycięstwo:
10 października 1981 r. reprezentacja Polski pokonała w Lipsku NRD 2:3 w eliminacjach mistrzostw Świata España 1982. Piękne zwycięstwo nad reprezentacją NRD w Lipsku dało nam wejście na mundial w Hiszpanii rok później. I choć kadra NRD nie była aż tak silna jak zespół zachodniej części Niemiec, to zwycięstwo to budziło szacunek. Zwłaszcza, że gospodarze u siebie meczów raczej nie przegrywali, tymczasem Andrzej Szarmach i szalejący Włodzimierz Smolarek wbili rywalom aż trzy gole! Smaczku temu wynikowi daje również fakt, iż dzięki temu meczowi NRD na mundial nie pojechało, my tak. Dlaczego więc mówiło się że z Niemcami nigdy nie wygraliśmy? Wschodnia część kraju była pod wpływami komunistów tak jak Polska a o porażkach przyjaciół dużo się nie mówiło. Ponadto, jak wspominałem, sama drużyna była słabsza niż ta zza muru berlińskiego, choć nie zmienia to faktu, iż jest to spotkanie zaniedbane historycznie, o którym mało kto pamięta.
Gole: 0:1 Szarmach 2 m., 0:2 Smolarek 5 m., 1:2 Schnuphase 47 m., 1:3 Smolarek 62 m., 2:3 Streich 67 m.
NRD: Hans-Ulrich Graphentin - Konrad Weise, Hans-Jürgen Dörner, Rudiger Schnuphase, Frank Baum, Lothar Kurbjuweit, Jürgen Pommerenke (46. Wolfgang Steinbach), Matthias Liebers, Hans-Jurgen Riediger, Joachim Streich, Martin Trocha
Polska: Józef Młynarczyk - Marek Dziuba (kapitan) (65. Roman Wójcicki), Władysław Żmuda, Paweł Janas, Jan Jałocha Ż, Grzegorz Lato, Waldemar Matysik, Zbigniew Boniek, Stefan Majewski, Andrzej Szarmach (9. Andrzej Iwan), Włodzimierz Smolarek
Trener: Antoni Piechniczek
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
Po pierwszy awans na mundial:
10 października 1937 r. Polska pokonała Jugosławie 4:0. Polacy, aby uzyskać przywilej gry na francuskich mistrzostwach, musieli wyeliminować bardzo poważnego rywala, Jugosławię. Kiedy w eliminacjach do mistrzostw świata 1938 roku we Francji reprezentacja Polski trafiła na Jugosławię, nastroje w naszym obozie nie były najlepsze. Wszyscy doskonale pamiętali lanie, jakie otrzymaliśmy od tego zespołu w trzydziestym szóstym. Warto przypomnieć, że Jugosłowianie wygrali wtedy w Belgradzie z naszą reprezentacją aż 9:3! Trzeba też pamiętać, że oni grali już na turnieju rangi mistrzowskiej w 1930 r. i to z powodzeniem, gdyż odpadli tam przecież dopiero w półfinale po porażce z późniejszym mistrzem z Urugwaju, a w fazie grupowej byli lepsi od wielkich Brazylijczyków, pokonując ich 2:1. A wiadomo, że jeśli jakaś drużyna pokonuje Brazylię na turnieju o mistrzostwo świata, to trzeba ją traktować poważnie, bo nie są to(jak dziś byśmy powiedzieli) ogórki. Okazało się jednak, że te wszystkie obawy były niesłuszne i już pierwszy mecz praktycznie zdecydował o tym, że do Francji pojedzie Polska. Mecz rozegrano 10 października 1937 roku na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie. Spotkanie na żywo oglądało dwadzieścia tysięcy ludzi. Polacy zdecydowanie w tym meczu dominowali i odprawili rywala z wynikiem 4:0, choć „Przegląd Sportowy” relacjonował, że najbardziej sprawiedliwym wynikiem byłoby 6:0. Strzelanie rozpoczął już w drugiej minucie gry Leonard Piątek z AKS Chorzów, ligowego przeciętniaka. Tegoż Piątka śmiało możemy nazwać bohaterem tamtego meczu, ponieważ jeszcze w pierwszej połowie zdobył drugiego gola. Ówczesny wicekról strzelców pierwszej ligi spisał się więc na medal. Bramkę strzelił także jego klubowy kolega Jerzy Wostal a na 4:0 podwyższył niezawodny Ernest Wilimowski z innej chorzowskiej drużyny, Ruchu. Co prawda kwietniowy rewanż w Belgradzie Polacy przegrali 1:0 ale to Białoczerwoni zadebiutowali na mundialu we Francji.
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
12
O tym się pisze, o tym się wspomina:
10 października 1984 r. Johan Cruijff oznajmił: ,,Zostanę sekretarzem technicznym FC Barcelony jak odejdzie Nuñez”. Cruijff w owym czasie powrócił do Barcelony aby rozegrać mecz pożegnalny Quiniego. To samo uczynił, gdy karierę w klubie z Katalonii kończył kilka miesięcy wcześniej Hugo Sotil. Na oba mecze nie został zaproszony Diego Maradona. W pierwszym przypadku zakazał tego Komitet Rozgrywek po wydarzeniach w finałowym meczu Pucharu Króla z Athletic Bilbao. W drugim natomiast przypadku zabroniła tego sama FC Barcelona. ,,To absurdalne że nie chcą aby Maradona zagrał w tak szczególnym meczu. Nie dziwi mnie że dzieją się tu takie rzeczy. Mając do czynienia z ludźmi, którzy rządzą teraz w Barcelonie można oczekiwać wszystkiego. Jaką winę w całej sytuacji ponosi Quini?”- podsumował Cruijff, który zagrał na innej pozycji niż zwykle. ,,Od dawna nie grałem całego spotkania a w wieku 37 lat pozycja libero pozwala na dobrą gre przy mniejszym zmęczeniu”. Na pytanie dotyczące gry Blaugrany pod wodzą Terry’ego Venablesa Holender nie miał wiele do powiedzenia: ,, Wiem że są liderem bez straty punktów. Co do gry, mogę się jedynie wypowiedzieć na podstawie ostatniego meczu. Mówią mi jedynie że gra nie jest spektakularna ale bardzo efektywna”. Najciekawsza była wypowiedź Cruijjfa na temat jego pracy w Barcelonie w przyszłości: ,,Nie jest to mój jedyny cel na poziomie sportowym ale byłoby absurdem gdybym powiedział że o tym nie myślę. Musi jednak minąć jeszcze trochę czasu. Dopóki on(Nuñez) rządzi, nie pojawię się tutaj. Nie jesteśmy wrogami, lecz mamy zgoła różne opinie na temat futbolu. On chce wszystko kontrolować a ja uważam iż zarząd powinien zajmować się tym, co należy do zarządu a nie sprawami czysto sportowymi”.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
9
Żywe legendy argentyńskiego futbolu:
9 października 1962 r. urodził się Jorge Luis Burruchaga. Grał zarówno jako ofensywny pomocnik, jak i napastnik. Zasłynął ze strzelenia zwycięskiego gola w finale Mistrzostw Świata Mexico 1986. Burruchaga zaczął grać w 1980 roku w Arsenalu de Sarandí w ówczesnej drugiej lidze Argentyny. Następnie został kupiony przez Independiente w 1982 roku i zadebiutował w zwycięskim meczu z Estudiantes de La Plata 12 lutego. Był częścią zespołu, który wygrał Metropolitano 1983, Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny w 1984. Następnie został zakontraktowany do francuskiej drużyny Nantes, gdzie grał przez siedem lat. Grał także rok dla Valenciennes, gdzie brał udział w skandalu przekupstwa, w którym mistrz Francji i Europy Olympique de Marseille „kupił” ligowe zwycięstwo 1:0 w Valenciennes 20 maja 1993 roku. Marsylijski pomocnik Jean-Jacques Eydelie i Dyrektor generalny klubu, Jean-Pierre Bernes, zaoferował mu pieniądze za przeprowadzenie meczu, Burruchaga powiedział, że się zgodzi ale potem zmienił zdanie. Został następnie skazany na sześć miesięcy w zawieszeniu, kiedy ogłoszono wyrok 15 maja 1995 r. Wrócił do Argentyny na swój ostatni okres w Independiente, kiedy wygrał Supercopa Sudamericana i Recopa Sudamericana, oba w 1995 roku. Kariere piłkarza zakończył 10 kwietnia 1998 roku w meczu z Vélezem Sársfieldem.
Burruchaga był częścią zespołu, który wygrał Mistrzostwa Świata 1986, strzelając dwa gole, w tym gola, który dał Argentynie zwycięstwo 3-2 z RFN w ostatnim meczu. Brał także udział we wszystkich meczach argentyńskich na Mistrzostwach Świata FIFA 1990 i strzelił jednego gola w turnieju. Strzelił w sumie 13 goli dla Argentyny w 59 meczach w latach 1983-1990. Burruchaga trenował Arsenal de Sarandí od momentu jego przybycia do pierwszej ligi w 2002 roku i udało mu się utrzymać drużynę z dala od dna tabeli. Na sezon 2005-06 podpisał kontrakt z Estudiantes de La Plata. W maju 2006 przeniósł się do Independiente i zrezygnował w kwietniu 2007. Zarządzał również Banfield od 2008 do 2009. 5 maja 2009 roku Burruchaga powrócił do Arsenalu de Sarandí ale zrezygnował w 2010 roku. Od 2011 roku zarządzał Paragwajskim Klubem Libertad. Od 2012 do czerwca 2014 roku zarządzał Atletico Rafaela w argentyńskiej Primera Division. W 2015 roku Burruchaga powrócił do Rafaeli w swoim drugim okresie jako trener. Rok później został trenerem Sarmiento de Junin.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
0
@Eto'o9 R10 Oczywiście że sędziowanie pozostawia wiele do życzenia. Jednak takiemu klubowi jak FC Barcelona nie przystoi tak na stojąco zaczynać meczów i dostawać 2 gole w niecałe pół godziny od najsłabszej drużyny w lidze. To bardzo źle świadczy o ,,naszej" drużynie, bądź trenerze...
11
Czy wiecie że:
Dokładnie 12 lat temu ,,El Mundo Deportivo” zaprezentowało video z faulami Pepe. ,,Zamknij się Pepe”- grzmiała z okładki gazeta Katalońska. To odpowiedź na słowa Portugalczyka o tym że piłkarze Blaugrany są teatralni w swoich reakcjach. ,,Moglibyśmy zrobić video ze wszystkimi faulami Pepe”- odpowiedział trener Francesc Vilanova. Na spełnienie ,,życzenia” szkoleniowca nie trzeba było długo czekać. Na stronie tytułowej kataloński dziennik umieścił zdjęcia z najbardziej brutalnymi zagraniami Pepe: kopnięcie w plecy Casquero(za które dostał 10 meczów kary), faul na Alvesie w półfinale Ligi Mistrzów, czy agresja wobec kilku zawodników Lyonu w tych samych rozgrywkach. Jednocześnie dziennik pokazał teatralne reakcje Pepe z kilku spotkań: rzekome uderzenie w twarz przez Pique(,,Zachowuj się jak profesjonalista”- zareagował arbiter) czy też starcie z Aritzem Adurizem(Casillas ponaglał kolegę: ,,Wstawaj Pepe, wstawaj!”). Portugalczyk krótko skomentował zdjęcia i video na stronie internetowej gazety: ,,Jeżeli czują się dotknięci, to dlatego że prawda w oczy kole”.
@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
@ChampionLW Wiem o tym że do klasyku jest inne podejście ale u nas jakość defensywy pozostawia bardzo wiele do życzenia a i skuteczność bardzo razi...
0
Co się dzieje z naszą Barcunią? Co się dzieje z naszą defensywą? Jules Kunde okiwany na śmierć przez jakiegoś Saragosse! Mało nie przegrany mecz z przedostatnią drużyną w tabeli! Co się dzieje z Barcą w pierwszych połowach meczu a zwłaszcza w pierwszych minutach? Przecież z takim podejściem to my nie wygramy El Clasico...
1
@Lionel_Messi10 Własnie miałem pytać co się dzieje do cholery z Kevinem? Co to za kontuzja i kiedy wraca do gry?
0
@FcPortoFan1999 22? Niedowiary! To jak ona wygrała z Ostapenko i Rybakiną?
0
A któreż to miejsce w rankingu zajmuje ta Samsonowa że gra z Igą prawie jak równy z równym?
1
Iga, Igunia, dajesz czadu kochaniunia!
Czy Iga wróci w końcu na pierwsze miejsce gdy wygra z Samsonową?
8
@FCBparasiempre
Piłka nożna cały czas ewoluuje. W ostatnich latach widać to przede wszystkim przez nowinki techniczne. VAR czy też technologia goal-line wspierają sędziów, aby ograniczyć liczbę błędów. Z czasem zmianie ulegały również przepisy, czego najnowszym przykładem jest wycofanie premiowania bramki strzelonej na wyjeździe. Nie wszyscy pamiętają jednak, że w przeszłości nie było możliwości przeprowadzenia zmian, a sędziowie nie rozdawali kartek. Zapraszam do zestawienia najdziwniejszych zasad futbolu, o których mogliście nie wiedzieć.
Pandemia koronawirusa sparaliżowała również świat piłki. Zdecydowana większość rozgrywek została zawieszona, a po ich wznowieniu zdecydowano się zmodyfikować liczbę przeprowadzanych zmian. Obecnie w zdecydowanej większość rozgrywek trenerzy mogą zmienić pięciu, a nie jak wcześniej trzech zawodników. Ciężko jest więc w to uwierzyć, ale do 1965 r. nie można było przeprowadzić ani jednej zmiany. Co więc jeśli jeden z piłkarzy doznał kontuzji i nie mógł kontynuować gry? Rozwiązanie było proste, poszkodowana drużyna musiała kończyć mecz w dziesiątkę. Trenerzy przygotowania fizycznego mieli więc pełne ręce roboty, aby przygotować perfekcyjnie zawodników pod względem kondycyjnym. Na szczęście później porzucono tę regułę, co wpływa pozytywnie na zdrowie piłkarzy i atrakcyjność widowiska.
Brak kartek:
To wręcz nie do pomyślenia ale aż do 1963 r. sędziowie nie mieli przy sobie żółtych i czerwonych kartek. W tym momencie możemy puścić wodze fantazji i zobaczyć np. Paolo Montero lub Sergio Ramosa, którzy bezkarnie mogliby znęcać się nad rywalami. Na szczęście wprowadzone później kartki ograniczały sytuacje rodem z ulicznego futbolu.
Wróćmy do 1963 r., którego przełomowym momentem był mecz Włochów z Chile, który prowadził arbiter Ken Aston. Po jednym z ostrych fauli sędzia poprosił Giorgio Ferriniego o opuszczenie boiska. Włoch nie znał jednak angielskiego, więc nie mógł dostosować się do poleceń arbitra. Później Aston wpadł na pomysł, aby komunikować z się piłkarzami za pomocą żółtych i czerwonych kartek.
Fair catch– łapanie piłki przez zawodników z pola:
Każdy, kto widział chociaż jeden mecz w życiu, wie doskonale, że największym grzechem w piłce nożnej jest zagranie piłki ręką. Jednak kiedy ta dyscyplina zaczynała dopiero raczkować, piłkarze mogli złapać futbolówkę, odstawić ją na ziemię i kontynuować grę. Przypominać więc mogło to bardziej mecze dzisiejszego futbolu amerykańskiego. Zakaz nastąpił w 1865 r., a do tego momentu nie istniała pozycja bramkarza. Świat piłki pełen jest spryciarzy, którzy dziś z pewnością opanowaliby skuteczny sposób na przechytrzenie rywali poprzez wspomnianą regułę.
Shootouty– dziwne rzuty karne w Ameryce:
Amerykanie zawsze dążyli do tego, aby urozmaicić każdy rodzaj rozrywki, również sport. W latach 70-tych powstała North American Soccer League ale piłka nożna nie zdobywała popularności w USA, przez co zaczęto się zastanawiać, jak uatrakcyjnić mecze. Podjęto więc decyzję, że wszystkie spotkania zakończone remisem musiały być rozstrzygnięte przez dogrywkę lub ostatecznie rzuty karne. Finalnie mecze trwały jeszcze dłużej i stawały się nudniejsze. Kolejny pomysł wyłonienia zwycięzcy został wprowadzony w 1977 r. Piłkarze wykonywali tzw. shootouty, które przypominały rzuty karne z hokeja na lodzie. Atakujący gracz miał piłkę ustawioną 35 jardów od bramki (ok. 32 metrów), a na zdobycie gola miał 5 sekund. Była to więc znana wszystkim sytuacja jeden na jednego z bramkarzem. Do serii shootoutów dochodziło po upływie 90. minuty gry. W praktyce nie wpłynęło to na atrakcyjność widowiska. Wielu piłkarzy nie wytrzymało po prostu presji i nie znajdowało rozwiązania w ciągu zaledwie pięciu sekund. North American Soccer zakończyła swój żywot w 1982 r, co dawało nadzieję na wymarcie również dziwnego sposobu rozstrzygania spotkań. Shootouty powróciły jednak wraz z powstaniem dzisiejszej Major League Soccer w 1995 r. Po czterech latach wymyślne rzuty karne zostały wycofane i nie przyjęły się nigdzie więcej na świecie.
Dwa punkty za zwycięstwo:
Dziś jesteśmy przyzwyczajeni, że mecz piłkarski to walka o trzy punkty. Jeszcze jednak w latach 80-tych za zwycięstwo przyznawano tylko dwa oczka. Remis oznaczał jak dzisiaj po jednym punkcie dla obu drużyn, a za porażkę punktów nie przyznawano. Jak można przeczytać na poniższym tweecie, pierwszym mundialem, na którym przyznawano trzy punkty za zwycięstwo był turniej w USA w 1994 r. Zaledwie dwa punkty wpływały negatywnie na atrakcyjność gry. Wiele drużyn kalkulowało sobie, że nie warto angażować wszystkich sił, skoro różnica między zwycięstwem i remisem wynosiła tylko jedno oczko. Pula za zwycięstwo została zwiększona, aby skutecznie zmotywować piłkarzy do bardziej zaciętej walki.
Złoty i srebrny gol:
FIFA zdecydowała się wprowadzić zasadę ,,Złotego gola” w 1993 r. Zakładała ona, że jeśli drużyna strzeli gola w dogrywce, kończy automatycznie mecz i zostaje zwycięzcą. FIFA miała nadzieje, że zachęci to do bardziej ofensywnej gry, ponieważ piłkarze będą chcieli uniknąć rzutów karnych. Przynosiło to niestety odwrotny skutek a tzw. „nagła śmierć” została utrzymana aż do początku sezonu 2004/2005. Słynnym złotym golem był strzał Davida Trezeguet w finale Euro 2000. Napastnik dał Francuzom tytuł w 104. minucie a w pokonanym polu zostawieni zostali Włosi. Kolejnym pomysłem była tzw. ,,Srebrna Bramka”. Oznaczała, że jeśli drużyna zdobędzie gola w pierwszej części dogrywki, rywale będą mieli czas na odpowiedź tylko do końca tej części gry. To rozwiązanie również nie cieszyło się powodzeniem. Ostatecznie Srebrna Bramka została wycofana wraz z końcem Mistrzostw Europy w Portugalii w 2004 r.
Gol wyjazdowy liczony podwójnie:
Zasada premiowania gola strzelonego na wyjeździe odeszła do lamusa dopiero w poprzednim sezonie. Podczas fazy pucharowej danych rozgrywek bramka strzelona na wyjeździe liczona była podwójnie. To rozwiązanie miało wielu przeciwników. Uważano je za krzywdzące, kiedy po fascynującym dwumeczu nie mogło dojść do dogrywki, ponieważ znaczenie miało miejsce zdobycia decydujących bramek. UEFA zdecydowała się więc na zmiany, co uważa się za bardziej sprawiedliwe rozwiązanie. Swoistym symbolem starej zasady jest bramka Andrea Iniesty w ostatnich minutach rewanżowego półfinału Ligi Mistrzów między Chelsea i Barceloną w 2009 r. Na Camp Nou padł remis 0:0 a w rewanżu ,,The Blues” prowadzili długo 1:0. Remisowe trafienie Hiszpana rozstrzygnęło rywalizację w tamtym bardzo kontrowersyjnym meczu.
Nikt nie ma wątpliwości, że gdyby dziś przywrócić część dawnych zasad, mecze wyglądałyby bardzo dziwnie, o ile w ogóle dałoby się je płynnie rozgrywać.
6
Najdziwniejsze zasady w historii futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Arkon
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
8
Zapomniane legendy futbolu:
8 października 1922 r. urodził się Nils Erik LIEDHOLM, szwedzki pomocnik oraz napastnik. Nazywany „Baronem” uważany jest za jednego z najwybitniejszych europejskich piłkarzy wszechczasów. Karierę rozpoczynał w drużynie swojego rodzinnego miasta, zanim dołączył do Norrkoeping w 1946 roku. Do Włoch przybył w 1949 roku z zamiarem gry w Milanie, drużynie, w której grał przez 12 sezonów, tworząc wraz ze swoimi rodakami Gunnarem Grenem i Gunnarem Nordhalem słynny „Gre-No-Li”. Jako zawodnik i kapitan drużyny Rossoneri rozegrał 394 mecze, w których zdobył 89 goli i zdobył 4 tytuły mistrzowskie. Z reprezentacją Szwecji zdobył złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 1948 r. i zajął drugie miejsce w Pucharze Świata w 1958 r. Po przejściu na emeryturę w 1961 r. rozpoczął karierę trenerską, zasiadając na ławkach rezerwowych AC Milan, Hellas Verony, Monzy, Varese, Fiorentiny oraz AS Romy.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
12
Feliz cumpleaños panie Sanchez! Z okazji 67 urodzin.
8 października 1956 r. urodził się Jose Vicente Sanchez. Ten środkowy pomocnik rodem z Barcelony debiutował w pierwszej drużynie w 1975 r. i spędził na Camp Nou aż 11 sezonów, rozgrywając w granatowo-bordowej koszulce ponad 300 meczów, będąc kapitanem Blaugrany. Zdobył z Barçą 9 pucharów, w tym mistrzostwo Hiszpanii oraz dwukrotnie Puchar Zdobywców Pucharów.
@Arkon
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
0
@Barca1922 Dokładnie(!), tak, tak, masz racje. Rzeczywiście to należałoby zrobić na zmodernizowanym Camp Nou. No ale na to trzeba chyba będzie z rok poczekać...
1
Niech nasz kochany Leoś Messi wraca na swoje miejsce, do naszej Barcuni, choćby na ten jeden pożegnalny mecz. Po tym wszystkim jak został potraktowany należy mu się to jak psu buda!
1
@Lionel_Messi10 Ja już 2 lata temu chciałem ażeby Lautaro trafił do ,,naszej" Barcuni ale wówczas Barca była ruiną po Bartomeu...
8
Legendy brazylijskiego futbolu:
7 października 1973 roku urodził się Nelson de Jesús Silva, lepiej znany pod pseudonimem „Dida”, zapisał się w historii reprezentacji Brazylii, zdobywając Puchar Świata, a w Cruzeiro zdobywając Wieczną Chwałę. Musiał wyemigrować ze swojego rodzinnego miasta Irará, aby zadebiutować w Esporte Club Vitória de Bahía, mijając kilka ważnych brazylijskich drużyn piłkarskich, takich jak między innymi Cruzeiro, Corinthians, Internacional de Porto Alegre, aby później przenieść swój talent do europejskiej piłki nożnej święcąc triumfy z AC Milan. Dobre występy zaowocowały jego pierwszym zwycięstwem w Pucharze Świata U-20 w Australii w 1993 roku. Bramkarz szybko stał się legendą. Dzięki świetnemu refleksowi, szybkim nogom i cudownym obronom światło reflektorów padło na trajektorię wspaniałego bramkarza. Z reprezentacją Brazylii wystąpił w 3 Pucharach Świata, wygrywając jeden z nich w Korei-Japonii w 2002 roku. Jeden z jego najlepszych momentów miał miejsce podczas CONMEBOL Copa América 1999, kiedy stworzył zespół gwiazd wraz z Rivaldo, Ronaldo, Cafú, Ronaldinho i innymi wielkimi ikonami. Wśród kilku innych tytułów z Brazylią wyróżniają się dwa Puchary Konfederacji zdobyte w latach 1997 i 2005. Złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie, Stany Zjednoczone, 1996. W kadrze narodowej seniorów rozegrał 92 mecze. Na poziomie klubowym miał kilka chwil chwały związanych z niezapomnianymi występami, takimi jak ten, w którym zdobył Copa Libertadores w koszulce Cruzeiro w 1997 roku, grając w finale przeciwko Sporting de Cristal (PER), będąc jednym z filarów drużyny. Dida wyróżnia się również tym, że jest jednym z niewielu bramkarzy, który wygrał CONMEBOL Libertadores i Ligę Mistrzów UEFA. Jest także zdobywcą Pucharu Zdobywców Pucharów CONMEBOL oraz dwukrotnym mistrzem Superpucharu Europy i Klubowego Pucharu Świata. Po powrocie do Brazylii, grał w Portuguesa, Gremio i ostatecznie zakończył kariere w Internacional de Porto Alegre w 2016 roku.
@Arkon
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Hattrick ,,Jusko” i hattrick ,,Taty”:
7 października 1997 r. Polska pokonuje na wyjeździe Mołdawie 0:3. Selekcjonerski debiut Janusza Wójcika w meczu o punkty i pierwszy hat-trick w reprezentacji od pamiętnego wyczynu Zbigniewa Bońka w meczu z Belgią na España ‘82. Tyle kibice zapamiętali z przedostatniego występu biało-czerwonych w eliminacjach mistrzostw świata we Francji. Na stadionie w Kiszyniowie błysnęła gwiazda Andrzeja Juskowiaka. Jeden z ulubionych piłkarzy „Wójta”, król strzelców igrzysk w Barcelonie, tego dnia jako jedyny trafiał do bramki.
7 października 2000 roku Polska pokonuje Białoruś 3:1 na starym stadionie Widzewa w Łodzi. W czasach już dawno minionych niegrzeczne dziecko mogło spodziewać się kary w postaci klapsa od jednego z rodziców. Najczęściej kimś takim był ojciec. Nie bez kozery przywołujemy w tym miejscu taką sytuację. W spotkaniu Polski z Białorusią w roli wymierzającego lanie przeciwnikowi, ale też ojca zwycięstwa wystąpił bowiem... „Tato”. Pod tym wdzięcznym pseudonimem kryje się Radosław Kałużny. Pomocnik reprezentacji Polski zaliczył świetny mecz. Wymierzył rywalom trzy potężne razy, po których nie byli w stanie się podnieść. Tak świetnego startu, jaki zanotowała nasza drużyna w eliminacjach MŚ 2002, chyba mało kto się spodziewał. Polacy wygrali drugie spotkanie w stosunku 3:1, mieli na koncie sześć 6 punktów i umocnili się na prowadzeniu w tabeli grupy 5. ,, Najlepszy mecz w życiu? Bez przesady. Grałem przeciętnie, tylko skutecznie”- Radosław Kałużny w wywiadzie dla Sport.pl
@Arkon
@kamyk_23
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
11
Koncert dwóch gwiazd na Estadio Camp Nou:
7 października 2012 r. rozegrano El Clasico na Camp Nou w 7 kolejce La Liga zakończone remisem 2:2 po 2 golach Messiego i Cristiano Ronaldo. Piłkarze Jose Mourinho przyjechali na Camp Nou, by zniwelować stratę do Barcelony, która wygrała wszystkie dotychczasowe mecze nowego sezonu. W 23. minucie wyszli na prowadzenie. Cristiano Ronaldo uderzył lewą nogą tak, jakby była to jego ulubiona, prawa. W geście triumfu uciszył kibiców gospodarzy. Niecałe 10 minut później było już 1:1. Barça wyrównała po akcji dla siebie bardzo nietypowej - nieskładnej, szczęśliwej, chaotycznej - którą zakończył Leo Messi. Do przerwy wynik już się nie zmienił. Na początku drugiej połowy w polu karnym Realu miała miejsce jedna z nielicznych kontrowersji tego spotkania. Pepe wyraźnie sfaulował Andresa Iniestę ale sędzia dał Barcelonie tylko rzut rożny. W 61. minucie sędzia już się nie pomylił. Przyznał gospodarzom rzut wolny, który pięknym strzałem na bramkę zamienił Messi. Na odpowiedź Argentyńczyk czekał tylko chwilę. Pięć minut później wyrównał Cristiano Ronaldo. Nikt z dwójki Messi - Ronaldo nie pokusił się o hat-tricka. Najładniejszego i decydującego gola wieczoru mógł strzelić w 88. minucie Martin Montoya, który w pierwszej połowie zmienił kontuzjowanego Daniego Alvesa ale trafił w poprzeczkę. To był pierwszy mecz sezonu 2012/13, którego FC Barcelona nie wygrała, lecz Tito Vilanova raczej nie mógł narzekać ponieważ jego drużyna nadal pozostała liderem i zachowała 8 punktów przewagi nad największym rywalem do tytułu.
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
9
Grande Espectacolo El Clasico!
7 października 1989 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 3:1 po dwóch golach Koemana i jednym Salinasa w 6 kolejce Primera Division. Zespół prowadzony przez Johana Cruyffa nie był w dobrym położeniu, ponieważ przegrał trzy z pięciu meczów LaLigi, a w spotkaniu z Realem już w siódmej minucie stracił pierwszego gola. Przyczynił się do tego sam Koeman, który faulował Emilio Butragueño w polu karnym, a jedenastkę na bramkę zamienił Hugo Sánchez. Nie był to dobry początek w El Clásico nowego obrońcy Blaugrany. Koeman wraz z kolegami potrafił jednak pokazać hart ducha i pojedynek ostatecznie zakończył się sukcesem Katalończyków. Już po kilku minutach od pierwszego gola wyrównał Julio Salinas, a w drugiej połowie o losach rywalizacji przesądził sam winowajca przy trafieniu rywali. Holender wykorzystał dwa rzuty karne, dając swojemu zespołowi trzy punkty. 26-letni wówczas zawodnik pokazał, że ma nerwy ze stali, zwłaszcza że drugą jedenastkę musiał powtórzyć po wbiegnięciu w pole karne kilku zawodników. Nie pomylił się jednak i zakończył swoje pierwsze El Clásico z dubletem!
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
6
Transfer Vitora Roque jest absolutnie niezbędny. Na rynku nie ma wielu jakościowych napastników a ci najlepsi są nie do ruszenia. Z całym szacunkiem dla Roberta Lewandowskiego ale jego czas świetności już przeminął i na pewno lepszy nie będzie, nie wspominając o kontuzjach. Jeśli chcemy zaistnieć w Lidze Mistrzów to trzeba zrobić wszystko żeby Roque trafił do FC Barcelony a konkurencja nie śpi.
8
@FCBparasiempre
6 października 1957 r. urodził się Bruce Grobbelaar. Stara ludowa prawda mówi, że dobry bramkarz powinien być odrobinę szalony. W naszej interpretacji moglibyśmy wyróżnić golkiperów zrównoważonych więc słabych, lekko stukniętych i całkowitych świrów. Osobną kategorię należałoby stworzyć dla Bruce’a Grobbelaara, którego sylwetkę dzisiaj przypominamy. Urodzony w RPA zawodnik to postać co najmniej barwna, nie tylko ze względu na trykoty, które przyodziewał w meczach narodowej reprezentacji Zimbabwe. Cechowały go niepowtarzalny ekscentryzm, zamiłowanie do życia i olbrzymia pewność siebie. To wszystko pozwoliło mu przetrwać trudy pierwszych miesięcy na Anfield. Nim trafił do miasta Beatlesów, grywał w zimbabwejskim Highlanders, południowoafrykańskim Durban City i kanadyjskim Vancouver Whitecaps. Miejsca egzotyczne i prowincjonalne, wobec których jedyną szansą by wypłynąć na szerokie wody, było wypożyczenie do czwartoligowego Crewe Alexandra. Do składu The Railwaymen wkroczył jak po swoje – zachował osiem czystych kont w 24 meczach, a w spotkaniu z York City, choć tylko z karnego, pokonał swojego boiskowego vis-a-vis. Udane występy Zimbabwejczyka, bo sam siebie za takiego uważa, na Gresty Road szybko przykuły uwagę skautów z Liverpoolu. Być może nawet oni sami nie spodziewali się, że pośród półamatorskiej szarzyzny wyłowią taki diament. Urocze lica włodarzy z Merseyside wespół z 250 tys. funtów oczarowały Kanadyjczyków, którzy wciąż posiadali pełne prawa do piłkarza, a transfer został potwierdzony 17 marca 1981 r. Liverpool miał genialny w swojej prostocie plan na rozwój Grobbelaara i, jak to najczęściej bywa, w trybie przyspieszonym tenże prysnął niczym mydlana bańka. Bruce miał zbierać bramkarskie szlify pod okiem Raya Clemence’a – prawdziwego fachmistrza, legendy i ulubieńca The Kop, który w barwach The Reds zdobył wszystko, co się dało i to do kwadratu. Anglik niespodziewanie zdecydował się jednak na transfer do Tottenhamu, pozostawiając młodego padawana samemu sobie. Nietrudno się domyślić, jak to się skończyło. Nie byłoby sprawiedliwie pierwszych meczów Grobbelaara nazwać słabymi, więc skategoryzujmy je jako małą katastrofę. 24-latek tracił mnóstwo bramek, Liverpool zaś jeszcze więcej punktów. W dużej mierze były to strzały, z którymi nikt na tym poziomie nie powinien mieć najmniejszych problemów. Sprawy w swoje ręce wziął ówczesny menedżer, legendarny Bob Paisley. Mimo stanowczej, surowej wręcz postawy, nie tracił wiary w swojego podopiecznego. W grudniu 1981 r. Liverpool zajmował trzynastą lokatę w ligowej tabeli, tracąc do lidera trzynaście punktów. Napiętą sytuację miał poprawić rozgrywany w Boxing Day mecz z Manchesterem City. Jak na ironię, spotkanie zakończyło się łatwym zwycięstwem The Citizens 3:1, w czym dużą zasługę miał, a jakże, Grobbelaar. Po latach przyznał, że rozczarowany Paisley wziął go po meczu na stronę, pytając dyskretnie, jak ocenia swoje pierwsze pół roku na Anfield. Mogło być nieco lepiej to jedyne, co piłkarz dał radę z siebie wydusić. Szef docenił błyskotliwość tego określenia dorzucając, że jeżeli Bruce nie przestanie popełniać idiotycznych błędów, z powrotem wyląduje w czwartej lidze. Niemal 40 lat później trudno jest zweryfikować, jaki wpływ na formę Zimbabwejczyka miała przytoczona rozmowa. Fakty pozostają jednak faktami – Grobbelaar rósł w oczach, a wraz z nim odżyła cała drużyna. Co prawda bramkarz nie wyzbył się nigdy maniery popełniania gaf, ale udało mu się znacznie ograniczyć ich ilość, a zamiast nałogowo tracić cenne punkty, zaczął je ratować. Opadł kurz, a The Reds z nową gwiazdą między słupkami sięgnęli po mistrzowski tytuł dokładając do tego Puchar Ligi. To drugie osiągnięcie nabrało wymiaru symbolicznego, bowiem w bezpośrednim, finałowym pojedynku Bruce okazał się lepszy od Raya Clemence’a. Dawid poniósł Goliata na tarczy.
Lata mijały, a brzydkie kaczątko przeobraziło się w dorodnego łabędzia. W maju 1984 r. żaden fan Liverpoolu nie wyobrażał sobie, by w bramce miał stanąć ktoś inny. Mocna pozycja w drużynie nie mogła jednak uczynić łatwiejszym wyzwania, jakim był rozgrywany w Rzymie finał Pucharu Europy przeciwko miejscowej AS Romie. Najważniejszy mecz sezonu, ba, kariery, włoski przeciwnik grający na własnym podwórku. Bruce zdawał się jednak nic sobie z tego nie robić. Jako pierwsi wyszliśmy do tunelu i zaczęliśmy śpiewać „I don’t know what it is, but I love it” Chrisa Rea’i. Im dłużej zwlekali rywale, tym my byliśmy głośniejsi. Gdy wyszli z szatni, wyglądali na zszokowanych. Graeme Souness szepnął mi do ucha: „Mamy ich!” – opowiadał. Souness miał rację. Mieli. Spotkanie nie należało do najwybitniejszych – może nie rozczarowało, ale o tym, co działo się w podstawowym czasie gry, nie opowiadano przez dekady. Ot, najzwyklejsze, przeciętne 1:1. Historia dopiero miała się napisać, bowiem po raz pierwszy miano klubowego mistrza Europy zależało od powodzenia w konkursie rzutów karnych. Role się obróciły – to bramkarze znaleźli się w świetle jupiterów, a strzelający stali się tłem. Bruce rozgrywał swój własny mecz. Istnym fenomenem było, że bohaterem został bramkarz, który nie obronił ani jednego strzału. Wygrały proste gierki psychologiczne, po mistrzowsku skonfundował napastników. Przed drugą serią próbował przegryźć siatkę, przed kolejnymi w ekstrawagancki sposób wił się na nogach, co po dziś dzień określane jest jako nogi spaghetti. Trudno to opisać, najlepiej obejrzeć samemu. Nogi spaghetti były prototypem Dudek Dance, a bramkarze Liverpoolu już na zawsze zostaną zapamiętani ze swoich zachowań na linii bramkowej. Swoje próby zepsuło dwóch piłkarzy Giallorossich, a Grobbelaar, nie po raz ostatni, znalazł się na ustach wszystkich. Gdy zmierzałem w stronę bramki, Joe Fagan objął mnie i powiedział: „Słuchaj, nikt nie będzie Cię winił, jeżeli nie obronisz karnego. Ja, trenerzy, prezes, dyrektorzy, twoi koledzy i kibice. Nikt”. Te słowa dodały mi otuchy, stres wyparował. Na odchodne rzucił jeszcze: „Postaraj się wybić ich z rytmu”. To właśnie zrobiłem, wybiłem z rytmu dwóch reprezentantów Włoch, Bruno Contiego i Francesco Grazianiego – opowiadał bramkarz. To nie musiał być pierwszy tryumf Grobbelaara w Pucharze Europy. W 1981 r., niespełna trzy miesiące po transferze, Bob Paisley zakomunikował mu, że będzie zmiennikiem Raya Clemence’a w finałowym starciu z Realem Madryt. Bramkarz wprawił swojego zwierzchnika w osłupienie komunikując, że miejsce na ławce bardziej należy się doświadczonemu Steve’owi Ogrizoviciowi. Menedżer wyraził zgodę, warunkiem była jednak rozmowa obu bramkarzy, w której Bruce miał we własnej osobie przekazać instrukcje starszemu koledze. Co miał zrobić, to zrobił. Na własne życzenie pozbawił się najłatwiejszego złotego medalu w karierze i cierpliwie czekał na swoją kolej. Mimo altruistycznej postawy i pogodnego nastawienia do życia, nie zawsze żył w przyjacielskich stosunkach z kolegami z zespołu, o czym na własnej skórze przekonał się Steve McManaman. We wrześniu 1993 r., gdy Grobbelaar powinien raczej służyć radą i doświadczeniem, dał o sobie znać wybuchowy temperament Zimbabwejczyka. Bramkarz dwoił się i troił, by uratować choćby punkt na Goodison Park, jednak był to jeden z tych dni, kiedy drużynie nie wychodziło absolutnie nic. Zmasowane ataki Evertonu jeszcze w pierwszej połowie zostały ukoronowane zdobyciem bramki, co wprawiło Bruce’a w prawdziwą furię. Zaczął wściekle wymachiwać rękoma, po czym rzucił się na będącego w pobliżu McManamana. Młody pomocnik usłyszał parę cierpkich słów o zaangażowaniu całej drużyny i wszystko poszłoby w zapomnienie, gdyby skończyło się na perswazji ustnej. Z powództwa bramkarza doszło jednak do rękoczynów, wywiązała się jedna z najsłynniejszych szarpanin między zawodnikami tej samej ekipy w historii angielskiego futbolu. Nie trwało to długo, ale Anglik raczej nigdy później nie wdawał się w dyskusję z bramkarzem The Reds. Kochał takie smaczki. W pewien deszczowy dzień, kiedy The Reds gromili swojego rywala 5:0, pożyczył od kibica parasol, rozłożył go i stał pod nim do ostatniego gwizdka. W momentach tryumfu paradował w dziwacznych nakryciach głowy, nie rozstawał się z majestatycznym wąsem, w końcu zapuścił mały warkoczyk z tyłu głowy. Pozowanie do zdjęć sprawiało mu radość a uśmiech na jego twarzy nie bladł. Na murawie kradł show. Pole karne było jego królestwem, a piłka własnością. Miał ponadprzeciętny refleks, a co najważniejsze, potrafił sprawić by najprostsza interwencja wyglądała jak cuda na kiju. Jeżeli piłka nożna to widowisko, Grobbelaar rozumiał jej istotę, jak mało kto. The Kop oddało mu serca na długie trzynaście lat. W tym czasie rozegrał 627 spotkań i zdobył trzynaście pucharów – nieźle jak na kogoś, kogo na Anfield mogło, a wręcz nie powinno już być po pół roku.
Czy życie Bruce’a Grobbelaara to sielanka, niekończące się momenty chwały i zabawne wydarzenia? Bynajmniej. W 1994 r. stał się bohaterem afery korupcyjnej, w którą zamieszani byli także Hans Segars i John Fashanu. Ten wstydliwy rozdział był ostatnim we wspólnej historii Grobbelaara i Liverpoolu. Zmiana pokoleniowa nastąpić musiała tak czy siak, a młody David James już zdążył wygryźć weterana z bramki The Reds. Reprezentantowi Zimbabwe, który został oczyszczony z zarzutów, należało się jednak inne, lepsze pożegnanie z Merseyside. Do dziś całą sytuację wspomina niechętnie i traktuje jako swoją osobistą krucjatę. Jak sam uważa, miał za co odpokutować, wszak przyziemna afera korupcyjna ma się nijak do patosu życia i śmierci. Właśnie śmierć podążała z nim ramię w ramię od młodzieńczych lat, gdy po ukończeniu szkoły średniej został zmobilizowany i wcielony do armii. Brał udział w wojnie domowej w Rodezji (dzisiejsze Zimbabwe) i aż za dobrze pamięta widok jego towarzysza broni, który w akcie zemsty i desperacji odcinał uszy wrogim żołnierzom, którzy zabili całą jego rodzinę. Grobbelaar nie pamięta lub nie chce ujawnić, ilu ludzi sam pozbawił życia, przyznaje jednak, że było ich wielu. Przepraszał, ale przeszłości zmienić nie mógł. Brał udział w finale Pucharu Europy na belgijskim Heysel, przed którym życie straciło 39 kibiców Juventusu. Brał udział w półfinałowym meczu FA Cup na Hillsborough, po którym 96 fanów The Reds nigdy nie wróciło do swoich domów. Jakim cudem Bruce poradził sobie z tym wszystkim? Nie było łatwo, ale jak sam przyznał, on po prostu kocha życie – i to doskonale spina klamrą jego historię.