7

@FCBparasiempre
Po awansie na MŚ 1938 i zaciętym pojedynku z Brazylią wydawać by się mogło, że Polska stopniowo zaczyna stawać się znaczącym punktem na futbolowej mapie świata. Kolejne miesiące błyskawicznie jednak to zweryfikowały. Biało-czerwoni nie byli w stanie pokonać m.in. Łotwy, Norwegii czy Irlandii, rywali, którzy jeszcze do niedawna wydawali się być w naszym zasięgu. Na szczęście ze wsparciem przybyły posiłki z Wielkiej Brytanii. Na zaproszenie PZPN do Polski zawitał legendarny zawodnik Arsenalu – Alec James, który miał wpajać szkoleniowcom znad Wisły metody pracy poznane w ojczyźnie. Nasza kadra czekała na zwycięstwo już od 12 miesięcy, kiedy latem przybywał do kraju. A lato było piękne tego roku… Alec James nie został ściągnięty do Polski w charakterze selekcjonera. Ponieważ pod względem wyszkolenia taktycznego, jak i przygotowania kondycyjnego nasz kraj znajdował się lata za Wielką Brytanią, postanowiono zainwestować w nauczyciela. James nie był trenerem, po zakończeniu kariery piłkarskiej realizował się bardziej jako dziennikarz. Tym niemniej w kraju, który nie miał od kogo czerpać wzorców, dobre było i to, nawet pomimo dużych problemów z przeskoczeniem bariery językowej. James, wbrew temu, co pisała większość ówczesnych gazet nie był Anglikiem, a Szkotem. Styl gry swojej ojczyzny starał się wpoić w naszej kadrze. Tym samym mieliśmy grać krótszymi podaniami i cierpliwiej przenosić piłkę z obrony do ataku, zamiast szukać natychmiastowych wykopów. Był on również wielkim zwolennikiem systemu WM, święcącego triumfy w Wielkiej Brytanii, a w Polsce praktycznie nieznanego. Jego wdrożenie u nas do najprostszych rzeczy jednak się nie zaliczało. Przed meczem z Węgrami nikt nie dawał naszym zawodnikom najmniejszych szans. My nie wygraliśmy 9 meczów z rzędu, zaś rywale byli aktualnymi wicemistrzami świata. Mimo, że skład Węgrów był nieco okrojony (do mniej niż połowy tego z finału MŚ), także i my mieliśmy swoje problemy kadrowe, wynikające z przygotowań mobilizacyjnych. Z tego powodu mimo klasy przeciwnika w podstawowym składzie naszych zawodników znalazło się aż trzech debiutantów, a czwarty pojawił się na murawie w trakcie spotkania. Newralgicznym punktem był środek naszej pomocy, który sprawił, że w tym jednym meczu Polska zastosowała własną wariację systemu WM. Wszystkie gazety zapisały nasze ustawienie w formacji 2-3-5, podkreślając jednak pozycję „stopera”. W teorii miał to być, zgodnie z zamysłem twórcy tego systemu Herberta Chapmana i wdrażającego go Aleca Jamesa, jeden z pomocników wycofany do wspierania działań defensywy. W naszym modelu jednak pozostał on w drugiej linii. Pierwsze próby z grą w tym stylu miały miejsce jeszcze przed pojawieniem się Anglika, kiedy w środku pomocy ofensywnie usposobionego Wasiewicza zastępowano zorientowanym bardziej na destrukcję Nycem. W tym spotkaniu nie mógł on jednak wystąpić. Zastępstwo było sporym zaskoczeniem – padło na Edwarda Jabłońskiego. Zawodnik Cracovii nie dość, że debiutował w kadrze, to dodatkowo po raz pierwszy grał w środku pomocy. Pod nieobecność przede wszystkim Wostala doszło też do przetasowań w ataku. Na flankach szansę dostali kolejni debiutanci – Jażnicki i Cyganek. Zwłaszcza ten drugi, wypatrzony w Fabloku Chrzanów, miał stać się jednym z kluczowych zawodników tego spotkania. Węgrzy, jako pierwszy nasz rywal w meczu międzypaństwowym, zawitali do kraju samolotem. Było to jednak podyktowane względami bezpieczeństwa. W obliczu niepewnej sytuacji międzynarodowej chcieli jak najszybciej opuścić Polskę po meczu. Już przed nim dało się słyszeć drobne narzekania ze strony węgierskiej odnośnie terminu spotkania, który ich zdaniem nie pozwalał na odpowiednie przygotowani fizyczne. Nie zmienia to faktu, że z ich strony każdy spodziewał się zwycięstwa. Pierwsze minuty tylko to potwierdziły. Po chwilowej przewadze Polaków, Węgrzy przejęli inicjatywę. Dzięki szybkim i krótkim podaniom, raz po raz przedzierali się pod nasze pole karne. Słabo wyglądał nasz środek, mający problem z łączeniem obrony i ataku. Piłki po ewentualnych przechwytach były wybijane na ślepo i rzadko zbierane przez naszych napastników. Pomoc z kolei nie zapewniała możliwości krótkiego rozegrania, sama zaś nie stanowiła trudnej do przejścia zapory. 30 minut potrzebowali nasi rywale na zdobycie dwubramkowego prowadzenia po składnych kombinacjach. Chwilę później Polakom udało się jednak zdobyć kontaktowego gola, od którego rozpoczął się teatr jednego aktora. Ernest Wilimowski zaczął raz po raz rozmontowywać defensywę Węgrów indywidualnymi akcjami. Polacy zaczęli grać twardziej, zostawiając rywalom znacznie mniej miejsca niż do tej pory. W efekcie akcje naszych rywali stawały się mniej liczne, coraz częściej odzyskiwaliśmy piłkę wyżej. W środku harował za dwóch Dytko. Właśnie dzięki jego ofensywnym akcjom, Polacy atakowali całą szerokością boiska, rozciągając szeregi rywala. Bardzo często zapuszczał się on w głąb połowy Węgrów, kiedy nasza drużyna miała piłkę, natomiast w momencie jej straty, natychmiast cofał się by wesprzeć defensywę. Z tego względu więcej ataków pozycyjnych tworzonych było naszą lewą stroną. Tutaj również objawił się talent Pawła Cyganka. Wynaleziony przez Kałużę na boiskach A-Klasy zawodnik swoją nienaganną techniką doskonale radził sobie w indywidualnych starciach z rywalami, dzięki dynamice i dryblingom tworzył przewagę, która dawała więcej miejsca innym zawodnikom. Mógł na tym korzystać Wilimowski, który w drugiej połowie był już nieco mniej pilnowany, nawet pomimo tego, że rywale zostali zepchnięci do głębszej i liczniejszej defensywy. O ile Cyganek został cichym bohaterem tego spotkania (choć docenionym przez większość obserwatorów), tak pierwsze skrzypce kolejny raz zagrał Wilimowski. W drugiej połowie dorzucił dwa gole po indywidualnych akcjach. Według części źródeł także czwarty gol padł po tym, jak „Ezi” został sfaulowany w szesnastce po minięciu kilku rywali. „Przegląd Sportowy” w swojej relacji pisze z kolei o strzale Barana zablokowanym ręką. W obu wersjach egzekutorem rzutu karnego jest Piątek. Hat-trick Wilimowskiego wystarczył mu do zastania według ówczesnych relacji prasowych najlepszym strzelcem w historii reprezentacji, wyprzedzając Józefa Nawrota. Według aktualnych statystyk, w których nie liczona jest bramka długoletniego piłkarza Legii z uznanego za nieoficjalny meczu z Austrią, nastąpiło to jednak już wcześniej. Po latach to zwycięstwo ocenia się jako wielki sukces, z konkluzją, że przez wojnę doskonały polski zespół nie miał możliwości pokazania swojej klasy. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że przez pierwsze 30 minut nasi zawodnicy nie mieli zbyt wiele do powiedzenia. Węgrzy królowali niepodzielnie i wszystko wskazywało na to, że ten mecz skończy się pogromem. Taktyka z wysoko grającym „stoperem” nie okazała się zbyt skuteczna. Nie udało się poprawnie wdrożyć ustawienia WM, o wskazówkach nauczyciela ze Szkocji szybko zapomniano, po wojnie grając ponownie ustawieniem 2-3-5. Samo zwycięstwo w dużej części można zawdzięczać woli walki i indywidualnym umiejętnościom zawodników, którzy doskonale radzili sobie w pojedynkach. James mógł czuć pismo nosem, że pod względem organizacji gry mimo wszystko kroi się katastrofa. Jego zalecenia na mecz z Węgrami zakładały skupienie się na defensywie i liczenie na szczęśliwy remis.

Wszystko to miało formę przekazu zdalnego, bo Aleca Jamesa nie było już w kraju. Według jednych przekazów wrócił na wyspy po wypełnieniu kontraktu w połowie sierpnia, według innych – nie poczekał na mecz, wyjeżdżając w obawie przed nadchodzącą wojną. A ta już wtedy wisiała w powietrzu. Na trybunach sporo było osób w mundurach a na pomeczowym bankiecie (z którego zresztą goście urwali się tak szybko, że zapomnieli zabrać honoriarium za mecz) płk Kazimierz Glabisz stwierdził, że być może to ostatni mecz przed kolejną wojną. Słowa okazały się prorocze, gdyż już kilkanaście dni później dowodził improwizowaną grupą „Kielce”. I choć wszystko zmierzało ku najgorszemu, te 90 minut meczu dało Polakom nie tylko mnóstwo radości, ale też, jeśli wierzyć cytowanym opiniom ze stadionu, wiarę, że skoro dało się wygrać ten mecz, da się wygrać i wojnę. Przy golu na 4-2 jeden z widzów nie wiedząc za bardzo jak zamanifestować radość, zdecydował się otworzyć parasol. A lato było piękne tego roku i również była niedziela…

Dla zainteresowanych podaje jeszcze inne źródło: https://sport.tvp.pl/44111679/polska-wegry-42-1938-piec-dni-przed-westerplatte-wielkie-zwyciestwo-polakow

7

A lato było piękne tego roku...
O jednym z najlepszych meczów reprezentacji Polski w jej historii przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz. Życze wszystkim miłej lektury.

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

0

@FcPortoFan1999 W moim wypadku odpowiedź jest bardzo prosta. Zresztą widnieje na moim zdjęciu użytkownika fcbarca.com. To ze względu na mojego idola z dzieciństwa a mianowicie Diego Armando Maradone!
To można też troche porównać z Realem i FC Barceloną, gdzie zawsze tym bogatszym klubem był Real a w Argentynie Boca...

0

@FcPortoFan1999 ...... i Boca Juniors! Tak, zgadza się!

0

@FcPortoFan1999 Nie będzie, a to dlatego że to jest Polka!

0

Iga, Igunia kochana na Eurosporcie! Dawaj Igusia, kochamy cię...!

0

@mordini123 Dzięki śliczne za informacje ale no niestety nie interesuje się dziennikarzami z całego świata a już na pewno nie z Kazachstanu...

0

@FcPortoFan1999 Przykro mi ale nie oglądałem...

0

@FcPortoFan1999 Pierwsze w życiu słysze! Kto to?

0

@FcPortoFan1999 Co to do cholery znaczy Borata?

0

@FcPortoFan1999 Z kraju... jakiego?

0

O prosze! Jednak jest nasz Hubercik na Eurosporcie! No i fajniutko.........!

1

@Lionel_Messi10 Powiedział Baca macając kiszke... :)

0

@Culer9002 Masz na myśli prezydenta Joana Laporte?

0

Dlaczego nie ma transmisji meczu Hurkacza na Eurosporcie(?) bo chyba już gra...?

1

@Marian_Pazdzioch Włąśnie go sobie odtworzyłem i rzeczywiście strzał nie był w róg bramki tylko w połówke połowy bramki a więc bardzo ryzykownie. Widać było bardzo duże napięcie na twarzy Messiego, chyba mało kto chciałby wówczas być w jego skórze...
No ale cóż, jak to mówią latynosi, karne to taniec diabła!

11

Puchar Gampera wędruje po raz ósmy w ręce Blaugrany:

27 sierpnia 1975 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Feyenoord Roterdam 3:1 w finale Pucharu Gampera po golach Marciala, Sotila oraz Cruyffa.


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

10

Feliz cumpleaños panie Andersonie!

Dzisiaj swoje 47 urodziny obchodzi właśnie Anderson Luis de Souza, ofensywny pomocnik rodem z Brazylii. Sławe zdobył grając w FC Porto, dla którego grał w latach 1999-2004. W 2002 r. otrzymał portugalskie obywatelstwo i zdecydował się na gre w reprezentacji tego kraju. Był największą gwiazdą portugalskiej drużyny, gdy rok po roku wygrywała Puchar UEFA oraz Lige Mistrzów. Ten drugi triumf wywołał prawdziwy exodus najlepszych piłkarzy oraz trenera Jose Mourinho. Wydawało się iż Anderson podąży za swoim trenerem do Chelsea, lecz ostatecznie wylądował na Camp Nou. W przeciwną stronę powędrował Ricardo Quaresma oraz pokaźna suma pieniędzy(kilkanaście milionów euro). Pod koniec 2004 r. Anderson zajął drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki, przegrywając jedynie z Szewczenką. Bardzo szybko zaadoptował się w zespole Franka Rijkaarda i był jedną z gwiazd drużyny, która w latach 2005/06 zdobyła 5 trofeów. Poza walorami technicznymi doceniano olbrzymią pracowitość naturalizowanego Portugalczyka(w meczach regularnie przebiegał ponad 12 kilometrów). W FC Barcelonie zdobył ogółem 20 goli i zaliczył 37 asyst w 161 meczach. Niektóre źródła przypisują mu większą zdobycz bramkową(22), gdyż Anderson miał wyjątkowe szczęście do goli po rykoszetach, a zazwyczaj takie gole wywołują kontrowersje w momencie ustalania strzelca. Po fatalnym sezonie 2007/08 był jednym z piłkarzy, których odejścia zażądał Pep Guardiola. W efekcie Anderson trafił do Chelsea, gdzie spotkał Luisa Felipe Scolariego, dawnego trenera reprezentacji Portugalii. W sierpniu 2013 r. zakończył piłkarską karierę.



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

1

Vamos Bosteros! Vamos a ganar!

1

@escarabajo O prosze! No to tego akurat nie wiedziałem...
Ale że Sergi Roberto wylądował w Como? Chyba go musiał Fabregas namówić...

0

@escarabajo Co to znaczy że debiutuje u Cesca? Fabregasa? A co to Fabregas jest trenerem?

10

Pamiętajmy także o legendach rumuńskiego futbolu:

26 sierpnia 1947 r. urodził się Nicolae Dobrin. Piłkarz ten, występujący na pozycji ofensywnego pomocnika, jest jedną z ikon rumuńskiej piłki. Bardzo często określano go mianem majestatycznego a znaczne grono obserwatorów rumuńskiego futbolu uważa go za jednego z największych dryblerów w historii futbolu. Dobrin praktycznie całą swoją karierę spędził w Arges Pitesti, gdzie zadebiutował w 1959 roku. W tym klubie grał przez 22 lata i zdobył tam dwa tytuły mistrzowskie(1971/72 i 1978/79). „Książe Trivale” był trzykrotnie wybierany na najlepszego rumuńskiego piłkarza. Nicolae Dobrin miał również ogromny wkład w awans reprezentacji Rumunii na mundial w 1970 roku. Co dziwne, po awansie do turnieju finałowego, nie zagrał w nim ani minuty. Po dziś dzień, jego brak gry jest uważany za główny powód fatalnego wyniku kadry na tamtych mistrzostwach. W ciągu całej swojej kariery rozegrał 409 spotkań a na swoim koncie zapisał 111 goli. Ciekawostką jest, że w 1972 roku Dobrin był jedną nogą w Realu Madryt, jednak transfer piłkarza nigdy nie doszedł do skutku. Jak w ogóle znalazł się on w kręgu zainteresowań włodarzy z Madrytu? Jego Arges w ramach Pucharu Mistrzów zmierzył się z zespołem Królewskich, a Dobrinowi udało się strzelić gola. Zaimponował swoją postawą na tyle, iż Real był w stanie wyłożyć za niego 2 miliony dolarów. Transfer piłkarza upadł przez panujący ówcześnie reżim komunistyczny. Rozmowy w sprawie piłkarza prowadził sam Santiago Bernabeu z Nicolae Ceausescu (Sekretarz Generalny Rumuńskiej Partii Komunistycznej; od 1967 roku do 1989 roku sprawował władzę dyktatorską), jednak ten drugi uważał piłkarza za dobro narodu, które nie ma prawa wpaść w obce ręce. Nicolae był sfrustrowany takim rozwojem sytuacji. Kto wie, czy dziś nie mówilibyśmy o nim, jak o jednym z największych piłkarzy świata!?


@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

2

@FCBparasiempre
Nieszczęsna porażka z Danią pozbawiła nas wszelkich złudzeń. Załamaliśmy się i do pojedynku z Argentyną przystąpiliśmy apatyczni, bez woli walki. Walczyć zresztą nie było już o co. Tuż przed rozpoczęciem gry na stadionie w Neapolu przekazano nam informację o zwycięstwie Duńczyków nad Tunezją. Do sensacji nie doszło, sprawa dalszego awansu została rozstrzygnięta. Z Argentyną gładko przegraliśmy i trzeba było wracać do Polski. Start, po którym tyle sobie wszyscy obiecywali, zakończył się fiaskiem – wspominał Lucjan Brychczy w „Wielkim finale”. Duńczycy wygrali grupę i dotarli aż do finału, gdzie musieli uznać wyższość Jugosławii. Dla nas igrzyska skończyły się przedwcześnie. Trzecie miejsce w grupie to bez wątpienia wynik poniżej oczekiwań, ale i poniżej naszych ówczesnych możliwości. Nie można jednak wszystkiego tłumaczyć pechem. Dlaczego zabrano tak mało obrońców? Czy z Koryntem nasza defensywa byłaby bardziej szczelna? Tego się nie dowiemy. Na siłę można też doszukać się kilku pozytywów. To przy okazji rzymskiego turnieju pojawiło się coś na kształt przyszłego banku informacji. Same przygotowania nie były już planowane na łapu-capu i cała organizacja zaczynała mieć ręce i nogi. Boleśnie też przekonaliśmy się, że w rezerwie trzeba mieć zawodników na każdą pozycję na wypadek kontuzji, co przed turniejem nie było tak oczywiste. Włoska lekcja nie poszła na marne, choć na efekty nauki trzeba było jeszcze poczekać. Swoje wysokie umiejętności Polacy potwierdzali w meczach towarzyskich. Tuż po igrzyskach potrafiliśmy zremisować z Francją – trzecią drużyną świata, a w maju 1961 r. wygraliśmy z ZSRR. Swoje debiuty zaliczyli tacy piłkarze jak Bernard Blaut, Erwin Wilczek, czy jeden z najlepszych obrońców w całej historii naszej piłki – Stanisław Oślizło. W eliminacjach do mistrzostw świata w Chile starliśmy się z Jugosławią. W pierwszym meczu, po wyrównanej walce przegraliśmy 1:2, więc uzasadniony był umiarkowany optymizm przed rewanżem. Niestety na Stadionie Śląskim straciliśmy bramkę już w 1 minucie i mimo że po 30 minutach zdołaliśmy wyrównać, to goście na nic więcej nam nie pozwolili. Szkoda, bo zwycięzca tego dwumeczu grał w barażu interkontynentalnym ze słabiutką jeszcze wtedy Koreą Południową, więc droga do Chile stała otworem. W listopadzie 1961 udało się wziąć srogi rewanż na Duńczykach i na pokrytym śniegiem boisku zwyciężyliśmy aż 5:0. Warto też odnotować kolejne zwycięstwo z Francją (3:1 w Paryżu), po którym Raymond Kopaszewski powiedział o naszych zawodnikach, że to dobrzy piłkarze, mają przed sobą przyszłość. Wkrótce dołożyliśmy wygraną z Belgią i przed eliminacjami do mistrzostw Europy znowu humory dopisywały. 10 października 1962 r. na Stadionie Śląskim zmierzyliśmy się z drużyną Irlandii Północnej. To w tym meczu pierwszy raz tak wyraźnie trener Koncewicz ustawił nasz zespół, przyjmując jeden z wariantów ,,brasiliany”. Na niewiele się to zdało, bo kierowana przez znakomitego Dannego Blanchflowera drużyna strzeliła nam dwa gole i praktycznie rozstrzygnęła losy dwumeczu. W rewanżu w Belfaście graliśmy bez odsuniętego od kadry Ernesta Pohla i podobnie jak w Chorzowie, przegraliśmy 0:2. Wobec tych niepowodzeń uwaga kibiców po raz kolejny skierowała się na drużynę olimpijską. Początkowo naszym rywalem miało być NRD, a zwycięzca tego dwumeczu miał spotkać się z lepszym z pary Włochy – Turcja. MKOl zdecydował jednak, że na igrzyskach wystąpi wspólna niemiecka reprezentacja. Zaszła więc konieczność przeprowadzenia wewnętrznych niemieckich eliminacji, w których lepsi okazali się gracze z NRD. Zmienił się wtedy program kwalifikacji i dzięki temu nie musieliśmy rozgrywać pierwszej rundy. O bilety do Tokio zagraliśmy z Włochami, którzy bez problemów uporali się z Turcją. Należy jeszcze w tym miejscu wspomnieć o pewnej zmianie w regulaminie. Otóż po mistrzostwach świata w Chile, FIFA zdecydowała, że w drużynach olimpijskich nie mogą występować zawodnicy, którzy grali w mistrzostwach świata czy w eliminacjach do tego turnieju. Miało to na celu rozgraniczenie zawodowców i amatorów. Choć oficjalnie w Polsce wszyscy byli amatorami, to kadra musiała się obejść bez takich graczy jak Szymkowiak, Oślizło, Brychczy, Lentner czy pozostający nadal poza reprezentacją Pohl. Dzięki temu otworzyła się szansa dla takich zawodników jak Kornek, Gmoch, Szołtysik czy Lubański. 18 czerwca 1964 r. oczy kibiców były zwrócone na Rzym. Doceniano klasę rywala i brano pod uwagę możliwą porażkę 1-2 bramkami, które można by odrobić w rewanżu. Nastroje przedmeczowe były dobre, ale niestety Polacy dali sobie wbić trzy gole i praktycznie przekreślili szanse na awans. Nadzieje na odrobienie strat w rewanżowym meczu w Poznaniu okazały się płonne. Z tego pojedynku również zwycięsko wyszli Włosi, choć wygrali dość szczęśliwie. Jedyną bramkę zdobyli po błędzie Kornka, a Lubański dwa razy uderzał w słupek i poprzeczkę i młody Dino Zoff pozostał niepokonany. Obiektywnie jednak patrząc, ustępowaliśmy umiejętnościami rywalom, a krótkie, ostre krycie przeciwnika skutecznie wybijało nas z rytmu. Kiedy już oswojono się z myślą, że piłkarzy zabraknie na tokijskim turnieju, w połowie września okazało się, że włoska drużyna została zdyskwalifikowana. Wykluczono ją z uwagi na fakt, że w obu meczach z Polakami zagrali nieuprawnieni piłkarze. W pierwszym był nim Sandro Mazzola, a w drugim Giacinto Facchetti, którzy mieli już podpisane zawodowe kontrakty. Wobec tego MKOl w porozumieniu z FIFA zdecydował, że awans należy się Polsce, ale nasze piłkarskie władze zrezygnowały z tej szansy. Czy unieśli się honorem, czy może chodziło o koszty podróży? Prawda leży pewnie gdzieś pośrodku, choć z pewnością sami zawodnicy mogli czuć rozgoryczenie taką decyzją, bo nie codziennie dostaję się szansę występu na największej sportowej imprezie czterolecia.

Do mistrzostw świata, które rozgrywane były w Anglii, nie udało się awansować. W grupie graliśmy z Włochami, Szkocją i Finlandią, ale porażka z Finami na wyjeździe i klęska 1:6 w Rzymie przekreśliły nasze szanse na udział w turnieju. W grupie zajęliśmy dopiero trzecie miejsce. Niektóre z meczów towarzyskich były jednak bardzo dobre w naszym wykonaniu. Pół roku przed mistrzostwami zremisowaliśmy na wyjeździe z przyszłymi mistrzami świata 1:1, a tuż przed turniejem nieznacznie tylko przegraliśmy 0:1. W eliminacjach do mistrzostw Europy, które odbyć się miały we Włoszech mieliśmy szczęście w losowaniu. Tak się nam przynajmniej wydawało. Za rywali w walce o awans dostaliśmy Francuzów, Belgów i Luksemburczyków. Jednak już wiosną 1967 r. nasz optymizm został znacząco ostudzony. W czterech spotkaniach zdobyliśmy ledwie 5 punktów i kolejna duża impreza nam uciekała. No, ale jeśli remisujemy bezbramkowo z Luksemburgiem, to trudno traktować poważnie deklaracje o awansie. Znowu więc pozostawało kibicom liczyć na reprezentację olimpijską. Decydujące o awansie na meksykańskie igrzyska mecze mieliśmy rozegrać na przełomie lipca i sierpnia. Za rywala los przydzielił nam drużynę ZSRR. Opieka nad kadrą olimpijską powierzono Kazimierzowi Górskiemu. To właśnie lwowianin po pierwszych sparingach miał przedstawić swoje propozycje obsady poszczególnych pozycji. Po meczu z olimpijską drużyną Bułgarii przegranym 2:3, trener selekcjoner Michał Matyas powołał 20-osobową kadrę, która przez dwa tygodnie miała przygotowywać się na zgrupowaniu w Kraśniku. Kilka dni przed meczem trener nie miał jeszcze ustalonej koncepcji, jak ma wyglądać drużyna. Zdawał sobie sprawę z ograniczeń i słabej formy niektórych zawodników i z tego, że zespołowi mimo solidnie przepracowanego obozu brakuje zgrania. Luki w składzie postanowił załatać graczami pierwszej reprezentacji. Poprzez PZPN zwrócił się do FIFA o wyrażenie zgody na występ w dwumeczu Gmocha, Oślizły i Liberdy. Światowa federacja nie miała co do tego żadnych zastrzeżeń. Podobne ustępstwa poczyniła zresztą wobec naszych przeciwników. Takie postępowanie trenera nie przysparzało mu jednak zwolenników: ,,Chyba nigdy jeszcze nasza reprezentacja nie rodziła się w takich okolicznościach i przy takiej żonglerce nazwiskami kandydatów do drużyny jak obecnie. Wątpię czy wpływa to dodatnio na wartość samej pracy przygotowawczej i na atmosferę wśród zawodników, bo nerwowe decyzje kierownictwa nie pozostają bez echa w zespole”– pisał Grzegorz Aleksandrowicz. Trudno nie przyznać mu racji, bo powoływanie w ostatniej chwili zawodników, co do których nie było przecież pewności, że są w wystarczająco wysokiej formie, ducha drużyny raczej nie buduje. Pierwszy mecz rozegrano we Wrocławiu na Stadionie Olimpijskim. Goście wygrali 1:0 i na tym można poprzestać, choć warto jeszcze dodać, że to w tym meczu zadebiutował Robert Gadocha. Rewanż w Moskwie rozgrywano na Łużnikach przy komplecie publiczności. Nasi zawodnicy zagrali o niebo lepiej niż w pierwszym meczu. Nie mieli już praktycznie nic do stracenia, więc walczyli z wielką ambicją, ofiarnie, ale i rozsądnie, starając się nie popełniać niepotrzebnych błędów. Nawet radzieccy komentatorzy przyznali, że Polacy byli w tym meczu lepsi. Niestety jednak Szesterniew, Churciława, Czislenko, Strielcow, Byszowiec i spółka już po trzech minutach prowadzili 1:0. Po przerwie podwyższyli na 2:0 i jedyne, na co nas było stać, to zmniejszenie strat po bramce Lubańskiego z rzutu karnego. Tym samym zakończyliśmy swoją olimpijską przygodę, zanim tak naprawdę się zaczęła. Lata 60-te to ciekawy i chyba pozostający nieco w cieniu okres w dziejach naszego piłkarstwa. Wielka szkoda, że pokolenie tak wspaniałych piłkarzy jak Ernest Pohl, Lucjan Brychczy, Stanisław Oślizło, Jan Liberda, Edward Szymkowiak, Erwin Wilczek, Roman Lentner, Bernard Blaut czy wielu innych nie odniosło jakiegoś sukcesu z reprezentacją. Wielu z nich było przecież graczami europejskiego formatu. Igrzyska w Rzymie przegraliśmy pechowo, ale trudno mówić o pechu w przypadku braku awansu na kolejne turnieje. Można się zastanawiać czy faktycznie zabrakło szczęścia, doświadczenia czy odpowiedniej organizacji, bo braku talentu i umiejętności tym piłkarzom nie można zarzucić. Potwierdzają to ich następcy, którzy często w wywiadach podkreślają, że nie osiągnęliby takiego poziomu i co za tym idzie, nie świętowaliby tylu sukcesów, gdyby nie ich starsi koledzy, którzy nauczyli ich więcej niż niejeden trener. Żeby jednak te sukcesy nadeszły, potrzebny był ktoś, kto zbierze to całe towarzystwo i odpowiednio ustawi i zmotywuje. O tym jednak następnym razem.

5

@FCBparasiempre
W latach 50-tych XX w. polski futbol zaczynał coraz więcej znaczyć na arenie międzynarodowej. Pojawiło się wielu bardzo utalentowanych zawodników, którzy błyszczeli w klubach i którzy chcieli również zaistnieć w reprezentacji. Częstsze stawały się kontakty międzynarodowe naszych drużyn. W 1955 r. Gwardia Warszawa jako pierwszy klub reprezentowała nas w europejskich pucharach. Kadra narodowa brała udział w eliminacjach do mistrzostw świata w Szwecji i do premierowego turnieju o mistrzostwo Europy. Co prawda bez sukcesów, ale nie chowaliśmy już głowy w piasek jak wcześniej. Wydawało się, że po latach niepowodzeń w końcu nadchodzi dobry czas dla polskiej piłki. W 1957 r. po reorganizacji struktury sportu w naszym kraju, do życia przywrócono PZPN. Polska reprezentacja wystartowała w eliminacjach do mistrzostw świata w 1958 r., ale niestety w decydującym starciu z ZSRR zabrakło chyba trochę szczęścia a może też doświadczenia. Mimo pechowo przegranej rywalizacji o awans na turniej w Szwecji w sercach wielu kibiców pojawiła się iskierka nadziei na choćby namiastkę sukcesu naszej kadry. Rok później rozpoczęliśmy batalię w premierowej edycji turnieju o mistrzostwo Europy. Znowu jednak nie mieliśmy szczęścia. W eliminacjach los zetknął nas z Hiszpanią, o której sile decydowali, tak jak i dzisiaj, piłkarze Realu i FC Barcelony. W pierwszym meczu 28 czerwca w Warszawie na trafienia Pohla i Brychczego piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego odpowiedzieli aż czterema golami – po dwa strzelili wielcy Alfredo Di Stéfano i Luis Suárez. W październikowym rewanżu Gento i spółka nie pozostawili wątpliwości, odprawiając Polaków 3:0. Co ciekawe spotkania z naszą drużyną były jedynymi dla Hiszpanii w tamtej edycji mistrzostw. W ćwierćfinale mieli zmierzyć się z ZSRR, ale znowu w sport wmieszała się polityka i ostatecznie wycofali się z rywalizacji. Wróćmy jednak nad Wisłę. Po niepowodzeniach w eliminacjach do dwóch dużych turniejów trzeba było szukać swojej szansy w igrzyskach olimpijskich. Chęć udziału w nich wyraziły aż 52 zespoły, więc nie mogło się obyć bez kwalifikacji. Polacy w grupie mieli zmierzyć się z Finlandią i z amatorską reprezentacją RFN. Po wylosowaniu względnie niezbyt wymagających przeciwników wśród władz naszej federacji zapanował optymizm i liczono na awans, a przy odrobinie szczęścia być może nawet na punktowane miejsce w igrzyskach. Cztery dni po porażce z Hiszpanią na Estadio Santiago Bernabéu nasi reprezentanci byli już w Helsinkach. Gospodarze okazali się dosyć gościnni i 12 tys. widzów na Stadionie Olimpijskim oglądało porażkę swoich ulubieńców 1:3. Rewanż w Chorzowie rozwiał wszelkie ewentualne wątpliwości. Po świetnym meczu Polska wygrała 6:2, a znakomite zawody rozegrał Ernest Pohl – strzelec trzech bramek. Do pełni szczęścia była potrzebna wygrana z amatorami z RFN. 24 listopada w Essen biało-czerwoni pokonali rywali 3:2 i już można było świętować awans. Do rozegrania został jeszcze co prawda rewanż, ale trudno było przypuszczać, że mogliśmy wypuścić z rąk taką szansę. Kropkę nad i postawiliśmy 18 kwietnia w Warszawie, zwyciężając 3:1. Warto podkreślić, że tylko Węgrzy i właśnie nasz zespół zakończyli eliminacje z kompletem zwycięstw. Do igrzysk pozostawały cztery miesiące. W tym czasie trzeba było przeprowadzić selekcję i odpowiednio zgrać ze sobą zawodników. Zadanie wyboru piłkarzy na turniej spadło na barki kapitana związkowego – Czesława Kruga. Natomiast o formę naszych reprezentantów miał zadbać Francuz Jean Prouff, któremu pomagać mieli Ryszard Koncewicz i Wacław Pegza. Wkrótce po zakończeniu eliminacji powołano szeroką kadrę na igrzyska. Wśród 35 zawodników było 4 bramkarzy, 9 obrońców, 6 pomocników i 16 napastników. Niestety w reprezentacji nie było miejsca dla Romana Korynta. Obrońca gdańskiej Lechii, podpora polskiej defensywy i według Kazimierza Górskiego jeden z najlepszych ówcześnie obrońców w Europie nie pojechał na igrzyska. Podobnie jak w przypadku Wilimowskiego w 1936 r. o braku powołania dla Korynta decydowały względy pozasportowe. Cała afera wzięła się stąd, iż korespondując z byłym działaczem Lechii, który przeniósł się na stałe do Niemiec, napisałem mu, że za wygrany mecz płacą nam 300 złotych. On tę wiadomość upublicznił. W efekcie zostałem wyrzucony z reprezentacji nieomal w przeddzień wyjazdu na igrzyska olimpijskie w Rzymie i otrzymałem kilkuletni zakaz wyjazdów zagranicznych – wspominał stoper Lechii. W ramach przygotowań pierwsza reprezentacja i drużyna B, którą tworzyli gracze do lat 23, rozgrywały szereg meczów sparingowych. Kadra młodzieżowa wzmocniona Szymkowiakiem w bramce i Szymborskim w ataku, w Warszawie zremisowała z Czechosłowacją 1:1. Parę dni później pierwsza jedenastka udała się do Glasgow, gdzie rozegrali spotkanie z reprezentacją Szkocji. Polacy wygrali na Hampden Park 3:2, a do siatki rywali trafiali Baszkiewicz, Brychczy i Pohl. Bramka tego ostatniego była wyjątkowej urody i ustaliła wynik meczu, a prasa pisała, że bomba Pohla wstrząsnęła Szkocją. W tym samym dniu młodzieżówka wygrała z NRD 3:0 i coraz ufniej patrzono w przyszłość.

Kolejnym sprawdzianem był mecz z reprezentacją ZSRR na Łużnikach w Moskwie. Przeciwnik był wtedy jedną z najlepszych drużyn na kontynencie, ale przed spotkaniem w naszym obozie panował ostrożny optymizm i wierzono, że można uzyskać dobry wynik. Tym bardziej że mieliśmy wystąpić w tym samym składzie co w Glasgow. Niestety jednak 19 maja zostaliśmy upokorzeni i doznaliśmy miażdżącej porażki aż 1:7. Marnym pocieszeniem jest fakt, że trzy bramki straciliśmy w ostatnich pięciu minutach. Tak dotkliwą porażkę próbowano usprawiedliwiać tym, że podobno ustaloną wcześniej godzinę rozpoczęcia spotkania przesunięto w ostatniej chwili o całe 30 minut. Polacy ledwie zaczęli rozgrzewkę, a już wezwano ich do gry. To by tłumaczyło, że już po pierwszych dwóch kwadransach przegrywali 0:4. Komuś w piłkarskiej centrali zabrakło wyobraźni. Mecze w Glasgow i Moskwie dzieliło zaledwie kilka dni, między którymi była jeszcze kolejka ligowa! Do tego Pohl i Zientara mieli zatrucie pokarmowe a gospodarze nie dali nam się rozgrzać przed meczem. Skończyło się kompromitacją. 1:7 w Moskwie to był chyba najgorszy mecz reprezentacji Polski w całej historii – wspominał w książce „Kici” Lucjan Brychczy. W kraju jednak zbytnio nie przejmowano się tym wynikiem. Uwagę wszystkich skupiała wizyta w Polsce brazylijskiego Santosu z 20-letnim Pelém w składzie. 25 maja na Stadionie Śląskim wirtuozi zza oceanu dali prawdziwy popis piłkarskiego rzemiosła. Publiczność wiele akcji nagradzała brawami, przyjacielska atmosfera udzielała się wszystkim, a kiedy Szymkowiak po raz kolejny w akrobatyczny sposób obronił strzał Pelégo, to Brazylijczyk podbiegł do niego i serdecznie go uściskał. Goście wygrali 5:2, ale nie wynik był najważniejszy. W tym samym dniu w siedzibie FIFA w Zurichu odbyło się losowanie czterech grup turnieju olimpijskiego. Polska trafiła do grupy C razem z Tunezją, amatorską reprezentacją Argentyny i z Danią. Tylko zwycięzcy grup grali dalej, bezpośrednio awansując do półfinałów. Celem dla Polaków było więc zajęcie pierwszego miejsca. O ile zwycięstwo nad Tunezją było niemal pewne, o tyle po meczach z Danią i Argentyną spodziewano się ciężkich batalii. Awans był bardzo trudnym zadaniem, ale na pewno nie niemożliwym. Opracowano szczegółowy plan przygotowań do igrzysk. Zadanie obserwowania rywali w meczach towarzyskich powierzono Czesławowi Krugowi. Po zakończeniu rundy wiosennej (grano jeszcze systemem wiosna-jesień) w lidze zmniejszono kadrę do 25 zawodników. Ostatni oficjalny mecz przed igrzyskami rozgrywaliśmy 22 czerwca z Bułgarią. Pewne zwycięstwo 4:0 na pewno dodało pewności siebie kadrowiczom. Na początku sierpnia wykrystalizował się skład drużyny. W Rzymie mieli nas reprezentować: bramkarze Edward Szymkowiak (Polonia Bytom) i Tomasz Stefaniszyn (Gwardia), obrońcy Henryk Szczepański (ŁKS), Stefan Florenski (Górnik), Hubert Pala (Ruch), Henryk Grzybowski i Jerzy Woźniak (obaj Legia), pomocnicy Ryszard Grzegroczyk (Polonia Bytom), Marceli Strzykalski i Edmund Zientara (obaj Legia) oraz napastnicy: Marian Norkowski (Polonia Bydgoszcz), Engelbert Jarek (Odra Opole), Eugeniusz Faber (Ruch), Stanisław Hachorek (Gwardia), Ernest Pohl i Roman Lentner (obaj Górnik), Lucjan Brychczy i Zygmunt Gadecki (obaj Legia). Powołano teoretycznie najlepszych aktualnie zawodników, choć na miejsce w kadrze zasługiwało na pewno kilku innych zawodników – jak np. wspomniany wyżej Korynt czy Jan Liberda z Polonii Bytom. Z różnych względów nie znaleźli się oni w kadrze. Zespół nie był monolitem. Przed trenerami stało trudne zadanie zgrania poszczególnych formacji, wiele zależało od psychicznego nastawienia piłkarzy. Niestety przygotowania nie przebiegały bez problemów. Podpora defensywy – Henryk Grzybowski w sparingu z Dynamem Zagrzeb naderwał więzadła w kolanie. Lekarz kadry, dr Soroczko włożył mu nogę w gips, a piłkarz miał pauzować 10 dni. Oznaczało to, że na pewno nie zagra w premierowym meczu z Tunezją, ale na najważniejsze starcie z Duńczykami powinien już wydobrzeć. Kontuzja Grzybowskiego psuje nam mocno szyki. Tak chcielibyśmy wrócić z Rzymu z tarczą, ale przy braku jednego z najmocniejszych punktów w zespole będzie to trudne. W pierwszym meczu z Tunezją być może zagramy w rezerwowym składzie, a dopiero przeciwko Danii wystawimy najsilniejszą jedenastkę – mówił Czesław Krug. Piłkarza Legii na pozycji stopera miał zastąpić Stefan Florenski. Po przylocie do Rzymu pech jednak nadal nie opuszczał naszych zawodników. W sparingu z miejscową drużyną Latium Quadraro Florenski podczas wybijania piłki złamał nogę w kostce i jego udział w igrzyskach był wykluczony. Byliśmy więc bez stoperów, a turniej nawet się nie zaczął. Rozgrywany 26 sierpnia mecz z Tunezją był spotkaniem numer jeden olimpijskiego turnieju. Z nieba lał się żar, a termometry wskazywały 30oC. Mimo trudnych warunków Polacy pewnie wygrali 6:1, ale to rywale jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Już w 3 minucie Brahim Kerrit strzelił pierwszego gola rzymskich zawodów. Później jednak dał o sobie znać geniusz Ernesta Pohla. Urodzony w Rudzie Śląskiej zawodnik strzelił w tamtym pojedynku pięć bramek, czego w kadrze nie dokonał nikt przed nim. Radość po odniesionym zwycięstwie zmąciły wieści, jakie z polskiego obozu nadeszły nazajutrz. Okazało się, że uraz, jaki odniósł w starciu z Tunezyjczykami Henryk Szczepański, jest na tyle poważny, że eliminuje go z meczu z Danią. Z pięciu obrońców zostało tylko dwóch plus wracający do zdrowia Grzybowski. Na dwa kluczowe mecze z najgroźniejszymi rywalami dysponowaliśmy tylko trójką defensywnych graczy. A przecież w kraju został Korynt – zwycięzca Challenge’u „Złote Buty” redakcji Sportu, uznawany za najlepszego polskiego piłkarza. W sobotę wieczorem do grona kontuzjowanych dołączył trener Jean Prouff. Francuz wybrał się do Palazetto dello Sport, gdzie oglądał swoich rodaków w meczu koszykówki z Jugosławią. Wychodząc z hali, przewrócił się na schodach tak nieszczęśliwie, że złamał nogę. Trudno się dziwić, że wobec tych wydarzeń nastroje w polskiej ekipie nie były najlepsze.

Duńczycy nie byli jakimś potentatami w europejskim futbolu, ale wyjątkowo nam nie leżeli. Z siedmiu rozegranych z nimi meczów wygraliśmy ledwie jeden i to jeszcze przed wojną. To oni obnażyli nasze słabości w pamiętnym meczu w Kopenhadze i to oni zakończyli naszą przygodę na helsińskich igrzyskach. Nadarzała się więc idealna okazja do rewanżu, choć w głowach piłkarzy już mocno zakorzenił się duński kompleks i o zwycięstwo wcale nie było tak łatwo. W spotkaniu w Livorno Polacy zagrali w rezerwowych, niebieskich strojach. Graliśmy praktycznie w tym samym składzie co z Tunezją. Dziurę na środku obrony załatał tylko Grzybowski. W bramce grał Szymkowiak, obronę obok wspomnianego Grzybowskiego stanowili Pala i Woźniak, w środku pola wystąpili Strzykalski i Zientara, a o obliczu ataku decydowali Gadecki, Brychczy, Hachorek, Pohl i Lentner. Polacy zaczęli bez kompleksów, od pierwszego gwizdka grali dokładnie i dosyć swobodnie. Na prowadzenie mogliśmy wyjść już w 3 minucie, ale minimalnie pomylił się Hachorek. Wraz z upływem czasu coraz więcej kłopotów naszym obrońcom sprawiały długie przerzuty Duńczyków. Bramkę jednak straciliśmy po nieporozumieniu Szymkowiaka i Grzybowskiego. Nasz bramkarz obronił strzał Haralda Nielsena i podał piłkę do Grzybowskiego właśnie, a ten, zamiast oddalić grę od pola karnego, wdał się w niepotrzebny drybling. Duński napastnik przejął piłkę i natychmiast oddał strzał. Piłka odbiła się najpierw od słupka, ale dobitka była już skuteczna. Stracona bramka nie podcięła nam skrzydeł i Polacy dalej zawzięcie atakowali. Niestety w naszych akcjach brakowało szybkości i dynamiki, przez co duńska obrona nie miała większych problemów z neutralizowaniem naszych ataków. Najbliżej szczęścia był w 40 minucie Ernest Pohl, ale po jego strzale piłka trafiła w słupek. Chwilę później trójkową akcję rozegrali Lentner, Brychczy i Pohl, ale gracz Górnika znowu minimalnie chybił. Tuż przed przerwą trwało prawdziwe oblężenie duńskiej bramki, ale From nie dał się pokonać. Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie. Duńczycy byli zepchnięci do defensywy, ale nasze ataki były zbyt chaotyczne i rozpaczliwe, żeby wyrządzić jakąkolwiek krzywdę przeciwnikowi. Dopiero w 62 minucie Brychczy podał do grającego na skrzydle Gadeckiego, który do tamtej chwili był stanowczo zbyt rzadko wykorzystywany. Piłkarz Legii przejął piłkę i wbrew oczekiwaniom duńskiej obrony nie dośrodkował, a uderzył płasko w róg bramki, nie dając szans Fromowi. Wreszcie przyszło upragnione wyrównanie. Dzisiaj trener pewnie kazałby się cofnąć, pilnować wyniku i nastawić się na grę z kontry, ale Polacy dali ponieść się emocjom. Podekscytowani zdobyciem wyrównującej bramki walczyli na przedpolu Froma, który jednak bronił bez zarzutu. Odkrywając się, narażaliśmy się na kontrataki Duńczyków, którzy raz po raz stwarzali zagrożenie pod bramką Szymkowiaka. Niestety na pięć minut przed końcem jeden z ataków rywali okazał się zabójczy. Przy dość biernej postawie obrońców po raz drugi w tym spotkaniu Szymkowiaka pokonał Nielsen. O wyrównanie w ostatnich minutach było bardzo ciężko, zwłaszcza przy tak dobrze dysponowanej obronie duńskiej. Jeden z liderów olimpijskiej kadry – Lucjan Brychczy – po kilkunastu latach tak mówił o tamtym spotkaniu: ,,Tego, co działo się na stadionie w Livorno, nie potrafię sobie wytłumaczyć do tej pory. Zagraliśmy świetnie, mieliśmy ogromną przewagę, momentami miażdżyliśmy przeciwnika, a mimo to zeszliśmy z boiska pokonani. Sądzę, że mecz o tak niesamowitym przebiegu może się zdarzyć raz na kilkadziesiąt lat. Moja opinia nie jest odosobniona, podobnego zdania byli wszyscy obserwatorzy tego spotkania. I jeszcze jedno – powszechnie podkreślano, iż był to jeden z najlepszych występów reprezentacji Polski w całej historii naszego futbolu. Trudno byłoby zliczyć ile strzałów trafiło w słupki i poprzeczkę bądź minimalnie ominęło bramkę. Sam zmarnowałem co najmniej pięć idealnych sytuacji i chyba tyleż samo każdy z kolegów w ataku i pomocy. (…) Na próżno szukać racjonalnych przyczyn porażki”. W podobnym tonie na łamach Sportu pisał Tadeusz Bagier: ,,Na próżno szukam słów, aby oddać to, co widziałem i przeżywałem w poniedziałek na stadionie w Livorno. Widowisko, jakie rozegrało się tam między 22 a 24 naszego czasu, było dla 7000 widzów czymś zgoła niewiarygodnym, wręcz irracjonalnym. Rzadko przecież zdarza się, aby drużyna, która przez 70 minut gra na jedną bramkę, góruje nad przeciwnikiem we wszystkich elementach sztuki piłkarskiej, oddaje blisko 40 strzałów, opuszczała boisko pokonana!”. W drugim meczu Argentyna po nieoczekiwanie ciężkim meczu pokonała 2:1 Tunezję. Teoretycznie mieliśmy jeszcze szanse na zajęcie pierwszego miejsca, ale do tego było potrzebne zwycięstwo Tunezji z Danią i nasza wygrana z Argentyną. Ani jeden, ani drugi warunek nie został spełniony. Po zwycięstwie Duńczyków nad piłkarzami z Afryki było już wiadomo, że z Albicelestes zagramy o pietruszkę. 1 września w Neapolu przegraliśmy z amatorami z Ameryki Południowej 0:2. Przeciwnik grał nie tylko szybciej, ale co ważne skuteczniej. Mieli o połowę mniej sytuacji, a mimo to strzelili nam dwa gole. Pierwszy co prawda padł z wyraźnego spalonego, ale marna to pociecha. Mecz był rozgrywany przy sztucznym świetle, co też nie pomagało naszym zawodnikom.

6

1

@FcPortoFan1999 A i owszem! Przy takich przeciwnikach to nikt wówczas nie miał szans...!

11

Blaugrana w Superpucharach:

26 sierpnia 2011 r. FC Barcelona zdobyła Superpuchar Europy. 36 mecz o to trofeum rozegrano na Stade Lluis II w Monaco. Naprzeciwko siebie stanęły Barça oraz FC Porto. W 39 minucie Messi wykorzystał fatalny błąd piłkarzy Porto, którzy w praktyce podali mu piłke, stwarzając sytuację sam na sam i Argentyńczyk nie miał problemów z pokonaniem Heltona. W 88 minucie rywali dobił rezerwowy w tym meczu Fabregas. Porto kończyło ten mecz w dziewiątke po czerwonych kartkach dla Rolando(po dwóch żółtych) oraz bezpośredniej dla Guarina.

Przypomnijmy sobie:





@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

1

@Zecik11 Jesteś bardzo odważny! Ja nie znając żadnego obcego języka w życiu bym sobie tam nie poradził...!

9

Zapomniane legendy FC Barcelony:

26 sierpnia 1961 r. zadebiutował w barwach Blaugrany Jose Zaldua, znakomity napastnik z lat 60-tych. Miało to miejsce w meczu Copa Ramon de Carranza z Rivert Plate Buenos Aires. Zaldua rozegrał oficjalnie 361 spotkań w koszulce Dumy Katalonii. Łącznie zdobył w nich 178 goli. Najlepszy okazał się dla niego pierwszy sezon, w którym zapisał na swoim koncie 27 goli w 46 meczach. Pamiętajmy również że Zaldua jako pierwszy zawodnik FC Barcelony zdobył pięć goli(!) w międzynarodowym meczu klubowym o punkty. Dokonał tego 6 października 1965 r. w spotkaniu przeciwko FC Utrecht w ramach pierwszej rundy Pucharu Miast Targowych.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

5

@FCBparasiempre
Nie był jedynym świetnym graczem w tym towarzystwie. Był jednak najlepszy z nich, mimo że był najniższy. Na widok tej konstelacji obiecujących chłopaków brat Garrinchy Wieloryb, wpadł na pomysł utworzenia drużyny trampkarzy i przygotowania ich po trochu do gry w młodzieżowej sekcji S.C. Pau Grande. Drużyna wieloryba nazywała się Palmeiras FC i traktowała swoją misję śmiertelnie poważnie. Mieli zestaw koszulek kupionych za 80 cruzeiro rozłożonych na 10 rat, trenowali o umówionych godzinach i w latach 1945-1946 mieli w podstawowym składzie Garrinche. Tyle że na lewej pomocy. W owych czasach brazylijskie drużyny nie nosiły koszulek z numerami. Gdyby je miały, Garrincha grałby w zespole Wieloryba z dziesiątką. Nie wiadomo dlaczego Garrincha wybrał pozycję, która wymaga od zawodnika przynajmniej minimum umiejętności grania obiema nogami. Nie strzelał lewą nogą, nie potrafił nią nic zrobić a według jego kuzyna Renato, nie wiedział nawet, która noga jest lewa. Jak się dobrze zastanowić, to i po co miałby to wiedzieć, skoro kiwał się i strzelał prawą? Wieloryb nauczył go, która noga jest która i wygląda na to że podszkolił go jeszcze w paru innych sprawach. Jego i innych chłopaków, gdyż w 1947 i 1948 roku niemal cała drużyna Palmeiras FC przeszła do sekcji juniorów S.C. Pau Grande a od 1949 roku do jego podstawowego składu. Inne miasta miały chłopaków spał Grande na oku. Fabryczna drużyna nie była zrzeszona w okręgowej lidze Mage, w związku z czym okoliczne kluby uważały że mają prawo podbierać spał Grande Tych piłkarzy, którzy im się podobali, tak jak wybiera się pomarańcze na targu. Cruzeiro do sól z Petropolis za jednym zamachem zabrał do swojej sekcji młodzieżowej Garrinche, Diquinha i France. Garrincha i jego koledzy grali w Barwach cruzeiro 2 lata, W 1949 i 1950 roku, jeżdżąc do Petropolis tylko w niedzielę w porze meczu ale nie porzucili macierzystej drużyny. Pewien taksówkarz, Cabinio, który był fanem Garrinchy i jechał po niego do Paul Grande, zawodził go rano na mecz cruzeiro i przywoził go z powrotem, tak aby po południu mógł zagrać w Barwach SC Pau Grande. Do tej pory Garrincha nigdy nie myślał o piłce nożnej w kategorii pieniędzy ani w jakiejkolwiek innej. Nie lubił rozmawiać o futbolu, nigdy nie jeździł do Rio na mecze, nie słuchał nawet w transmisji w radio. Kibicował z grubsza Flamengo ale jedynie dlatego że kiedy miał sześć lat, w 1939 roku, Flamengo wygrało mistrzostwo stanu, mając w składzie legendarnego Domingosa da Guie, Leonidasa i Zizinho, którzy byli na ustach wszystkich. W 1950 roku Brazylia przegrała na Maracakanie finałowy mecz mistrzostw świata z Urugwajem i Garrincha nie pamiętał nawet żeby słuchać transmisji z głośnika zawieszonego na placu. Pojechał na ryby i kiedy wrócił, zastał całe miasto we łzach. Kiedy dowiedział się dlaczego stwierdził że to głupota. Piłka nożna była po to żeby w nią grać. Jednak Serrano płacił mu właśnie za to i kiedy jego wujkowie podliczyli honoraria, okazało się że to wcale nie taka symboliczna kwota. Za półtorej godziny na boisku otrzymywał 25 razy więcej niż wynosiła teraz jego Fabryczna stawka: 1,20 cruzeiro. To były pieniądze ale Garrincha nie brał ich sobie do serca po trzech miesiącach zawodowca zmęczył się co tego cotygodniowymi dojazdami do Petropolis i pozostawił srana na pastwę losu. Zapomniał o kontrakcie, który podpisał i już nigdy więcej nie pokazał się w klubie. Jego klubem było SC Pau Grande Gdzie grał za darmo i jeśli miałby go zamienić na inny, jak nalegali wszyscy z jego otoczenia, to na klub z Rio. Już kiedyś tego spróbował. Rok wcześniej w 1950 roku, tuż przed jego 17 urodzinami, jeden z dyrektorów fabryki nakłonił go do tego żeby pojechał z nim potrenować w Vasco da Gama raczej żeby spróbować potrenować. Znane kluby rezerwowały jeden dzień w tygodniu na testowanie chłopaków, którzy chcieli otrzymać szansę gry w juniorach. Był to czasami Dramatyczny spektakl. Prawie wszyscy chłopcy byli biedni i piłka nożna była dla nich szansą na to żeby do czegoś w życiu dojść. Bywało to też komiczne, gdy chłopcy z najbogatszych dzielnic wchodzili na teren klubu z korkami pod pachą wylęknieni i skromni. Selekcji dokonywał zwykle były piłkarz, który niedawno przeszedł na emeryturę i pałętał się po terenie klubu niczym upiór albo ktoś z zarządu, kto miał dobre oko do wypatrywania zdolniejszych i bardziej chętnych, niekoniecznie do piłki, chłopców. Kandydaci otrzymywali kanapkę z mortadelą, co niektórym z nich było bardzo potrzebne, jako że widać po nich było że nic nie jedli od samego rana i byli dzieleni na dwie drużyny, które grały przeciwko sobie sparing. Dla wszystkich była to szansa życia. Jedno błyskotliwe zagranie zauważone przez trenera mogło oznaczać przyjęcie do klubu, miejsce w podstawowej drużynie a w przyszłości powołanie do reprezentacji Brazylii, co w latach 50 było szczytem marzeń wszystkich piłkarzy ale to marzenie mogło rozwiać zwyczajne kichnięcie. Na treningi przyjeżdżały tłumy chłopaków. Wołano ich po kolei, wchodzili na boisko, kopali piłkę i byli zmieniani, po czym słyszeli zdanie, które kładło kres ich nadzieją: ,, Słuchaj no, nie musisz już tu wracać, dobrze?". Chłopak, do którego kierowano te słowa, zaczynał się zastanawiać czy odebrać sobie życie a tymczasem na boisko wchodził cały podekscytowany następny w kolejce, o krok od identycznego losu. Jednego na stu zapraszano do powrotu nazajutrz. Garrincha nie usłyszał nawet tego zdania. Vasco znane w 1950 roku jako ,, Ekspres zwycięstwa" było niepokonanym mistrzem stanu w 1945,1947 i 1949 roku oraz podstawowym źródłem piłkarzy powoływanych do reprezentacji. To prawda że właśnie ta reprezentacja z sześcioma zawodnikami Vasco w składzie, z trenerem Flaviem Costą, przegrała parę miesięcy wcześniej 16 lipca z Urugwajem, zaprzepaszczając szansę na tytuł mistrza świata. Jednak ta narodowa katastrofa nie pomniejszyła prestiżu Vasco, który w tym samym roku ponownie zdobył stanowy tytuł. Marzeniem każdego brazylijskiego chłopca, który potrafił kopać piłkę nadal było zagrać w drużynie obok takich Sław jak: Ademir, Ely, Danilo, Jorge, Ipojucan, Barbosa, Augusto. I tego ranka, kiedy Garrincha przybył na stadion São Januario wyglądało na to że wszyscy ci chłopcy tam są. W Vasco selekcją zawodników zajmował się były piłkarz Argentyńczyk Volante. Kiedy zobaczył garnitur stojącego w tłumie chłopców w samych skarpetach, zapytał dlaczego jest boso. Garrincha odparł słabym głosem że zapomniał zabrać korków z domu podartych korkach, których używał w Petropolis. Volante skwitował to krótko: ,, Bez korków nie trenuje". Garrincha opowiadał później że Volante spojrzał jeszcze na jego nogi i nazwał go ,, kaleką" ale nikt oprócz niego tak tego nie słyszał a ci, co znali Volante twierdzą że nie byłby on zdolny do podobnego grubiaństwa...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?