FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@Cobra303 W to nie wątpie bo to w końcu kibice Athletic i oni z pewnością zrobili wszystko by nie musieć wstawać rano do roboty. No ale mi chodzi o tych kibiców przed telewizorami, zwłaszcza Hiszpanów...
0
@dv7wisnia Czyli o jaki kontynent chodzi? A tak poza tym to sami Hiszpanie nie narzekają że muszą rano wstać do roboty?
0
Mecz z Athletikiem Bilbao rozgrywany w środku tygodnia o 21:30!? Natomiast kolejne mecze naszej Barcuni: w sobote o 18:30 a dokładnie tydzień później(również w środku tygodnia) o 19:00. Gdzie tu sens, gdzie logika? Ech, ci Hiszpanie(!) mają gdzieś zwykłych kibiców
9
Latynoska potęga:
W latach 20-tych ubiegłego wieku, do czasu pierwszych mistrzostw świata w piłce nożnej, zdobycie złotego medalu na igrzyskach olimpijskich było traktowane przez FIFA jako równoznaczne ze zdobyciem mistrzostwa świata. Reprezentacja Urugwaju jechała na igrzyska olimpijskie w 1924 r. jako wielka niewiadoma a wracała jako zespół, który zmienił europejskie myślenie o futbolu. Mecz finałowy był niemalże defiladą. Zawodnicy z Ameryki Południowej grając z rewolucujną płynnością i rozmachem, pokonali Szwajcarię 3:0 i odebrali zlote medale, których mogli być pewni w zasadzie od pierwszego występu na turnieju. Dla całej południowoamerykańskiej piłki był to moment przełomowy. Sport, który narodził się na błotnistych polach i dziedzińcach angielskich szkół, osiągnął niewyobrażalny poziom subtelności i wyrafinowania. Większość Europejczyków(co charakterystyczne: z wyjątkiem Brytyjczyków) podziwiała wirtuozerie piłkarzy z Urugwaju. Na wydobytych z archiwów filmach widać zaskakującą nowoczesność ich gry. Mecze toczono w znacznie wolniejszym tempie ale podania z pierwszej pilki i płynność, jaką dawało wrzucenie piłki na wolne pole, pokazują że tylko szybkość odróżnia ich od tego, co stanowi fundament futbolu XXI wieku. ,,Najważniejszym przymiotem zwycięzców była cudowna wirtuozeria przyjmowania piłki, panowania nad nią i dalszego jej wykorzystywania. Imponowali nie tylko świetnym wyszkoleniem technicznym. Potrafili także dostrzegać ustawienie kolegów z drużyny. Nie stali w bezruchu czekając na podanie. Biegali bez przerwy, gubiąc krycie i ułatwiają tym samym zadanie partnerom”- pisał Gabriel Hanot, późniejszy redaktor ,,L’Eqipue” i pomysłodawca Pucharu Europy. Historia tamtego Urugwaju jest naprawdę niezwykła. Jeśli wierzyć legendzie, którą opowiedział poeta i myśliciel polityczny Eduardo Galeano, był to zespół prawdziwych amatorów, wśród których znajdowali się kamieniarz, sklepikarz i sprzedawca lodu.
Nawet jeśli w opisach Galeano jest trochę ,,licentiae poeticae”, nie ulega wątpliwości że Urugwajczycy mieli do dyspozycji znacznie skromniejsze środki od rywali. Do Europy przypłynęli korzystając z najtańszych miejsc na dolnym pokładzie, które opłacili udziałem w serii meczów towarzyskich(zanim dotarli do Francji, po 30-godzinnej podróży pociągiem, wygrali 10 sparingów w Hiszpanii). Ich pierwszy mecz na olimpiadzie z Jugosławią obejrzało tylko 3 tysiące widzów. ,,Założyliśmy urugwajską szkołę gry w piłke nożną, bez trenerów, bez przygotowania fizycznego, bez medycyny sportowej”- mówił Ondino Viera, który później został trenerem reprezentacji. Futbol w estuarium La Platy narodził się jego zdaniem w opozycji do bardziej usystematyzowanego podejścia brytyjskich klubów. Opowiadał: ,,Byliśmy tylko my, wśród pól Urugwaju, ganiający za kawałkiem skóry od świtu do popołudnia i jeszcze potem przy świetle księżyca. Graliśmy przez 20 lat żeby stać się piłkarzami w sensie ścisłym, absolutnymi mistrzami kontroli nad piłką, takimi, którzy po przejęciu jej nie pozwalali nikomu na odbiór. Futbol w naszym wydaniu był dziki, był domeną samouków bazujących na własnym doświadczeniu, był pierwotny i nie miał nic wspólnego z kanonami trenerów ze Starego Kontynentu. To była nasza gra, dzięki której ukształtowaliśmy własną szkołe futbolu a wraz z nią szkołe futbolu całego Nowego Świata”. ,,Przed każdym następnym meczem kibice dopuszczali się rękoczynów, byle tylko móc zobaczyć w akcji nieuchwytnych jak wiewiórki futbolistów, którzy grali w piłkarskie szachy. Angielska szkoła gry preferowała długie górne podania ale ci nieznani synowie, poczęci w dalekiej Ameryce nie zamierzali słuchać ojca. Woleli futbol oparty na krótkich podaniach, częstym kontakcie z piłką, z piorunującymi zmianami rytmu i zwodami wykonywanymi w pełnym biegu”- pisał Galeano. Powracającą ze złotymi medalami reprezentacje witały w porcie uszczęśliwione tłumy. ,,W Paryżu sprzedano miliony małp, gdyż ludzie chcieli wiedzieć, gdzie dokładnie mieści się maleńka ojczyzna tych artystów futbolu. Rychło to argentyńskie i urugwajskie kluby będą podróżować do Europy, jak niegdyś angielskie drużyny przybywały do Ameryki Południowej, by uczyć nas gry w piłke. Argentyńczycy i Urugwajczycy cieszyli się ze zwycięstwa Urugwaju, jakby to był wspólny sukces. Na trubunach nie zasiadło zbyt wielu kibiców z Ameryki Południowej, Europejczyków było co najmniej 3 razy więcej ale i tak zostali zagłuszeni głośniejszym dopingiem”- donosił podekscytowany dziennikarz ,,El Grafico”. W kraju ogłoszono dzień wolny od pracy i wydano okolicznościowe znaczki pocztowe, natychmiast zdając sobie sprawę że sukces sportowy może mieć głębsze konsekwencje. Był to także sukces kulturowy i potwierdzenie że Nowy Świat z powodzeniem może konkurować ze Starym…
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Compadre
@Culer9002
@Arkon
12
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
24 stycznia 1934 r. w Bytomiu urodził się Henryk Kempny. W latach 50-tych był czołowym strzelcem i prawdziwą gwiazdą polskiej ligi. Dorastał w Bytomiu w niemieckiej rodzinie. Kiedy na początku 1945 r. zbliżał się front, cała rodzina była już spakowana i gotowa do wyjazdu w głąb Niemiec. W ostatniej chwili będąc już na dworcu, jego rodzicie jednak zmienili zdanie. Zostali w Polsce a młody Heniek już w 1948 r. zaczął chodzić na mecze Polonii. Wkrótce razem z dwoma kolegami postanowił spróbować swoich sił w klubie. Na ich talencie poznał się trener Józef Słonecki i chłopcy trafili do juniorskiego zespołu Polonii. W 1951 r. w jednym z meczów juniorów strzelił pięć goli. Seniorski zespół miał wówczas problemy ze skutecznością, więc pod naciskiem prasy trener na kolejny mecz ligowy wystawił Kempnego w pierwszym składzie. Debiut zaliczył 23 września 1951 r. w przegranym 0:1 meczem z AKS-em Chorzów. Rok później w skróconym z powodu przygotowań do igrzysk w Helsinkach sezonie grał już we wszystkich spotkaniach. W 1954 r. swoimi 13 golami bardzo pomógł zespołowi w zdobyciu pierwszego w historii tytułu mistrza kraju. Sam zdobył wówczas koronę króla strzelców. Po utalentowanego snajpera sięgnęła warszawska Legia. Kiedy w listopadzie Kempny hucznie świętował z kolegami sukces, miał już w kieszeni bilet do wojska. Miał początkowo wątpliwości czy to dobry krok. Dodatkowo dyrektor kopalni Radzionków przekonywał go, żeby dołączył do jego zespołu a on zapewni mu etat górnika, dzięki czemu uniknąłby wojska. Do Legii przekonała go jednak rozmowa z pułkownikiem Malczewskim, który obiecał mu, że po odbyciu służby będzie miał wolną rękę. W stołecznym klubie trafił pod opiekę trenera Steinera, który ustawiał go na skrzydle. Legia dzięki śląskiemu zaciągowi zdobyła pierwszy dublet a Kempny odegrał w tym sukcesie ważną rolę. Rok później Koncewicz przesunął go na środek ataku a zawodnik odwdzięczył się strzeleniem 21 goli w 22 meczach(!) i na koniec sezonu mógł świętować swoje trzecie z rzędu mistrzostwo Polski i dorzucił do tego kolejny triumf w pucharze Polski. W Warszawie został jeszcze rok a później wrócił do Bytomia. W Polonii grał do 1963 r. Pod koniec miał problemy z kontuzjami. W 1960 r. złamał nogę po raz pierwszy i z trudem doszedł do dawnej formy. Kiedy jednak w starciu z Jackiem Gmochem kości ponownie nie wytrzymały, wiedział, że jego kariera dobiega końca. Dla Polonii w lidze rozegrał 194 spotkania i strzelił 100 goli. Był klasycznym środkowym napastnikiem, pewnym siebie, zdecydowanym i nadzwyczajnie skutecznym. Grał dynamicznie, elegancko i czarował techniką. Jako trener próbował swoich sił w Górniku Wałbrzych i CKS Czeladź a także w ukochanej Polonii. W 1989 r. wyemigrował do Niemiec. W reprezentacji grał tylko przez trzy lata. Zdążył w tym czasie rozegrać 16 spotkań i sześć razy trafić do siatki rywali. Brał udział w meczach z ZSRR w 1957 r. Pożegnał się z kadrą meczem z NRD w 1958 r., w którym strzelił ostatniego gola.
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
1
@Popitek12 Bo z dziewczynami nigdy nie wie, oj nie wie się, czy dobrze jest, czy może jest, może jest już źle...
10
Czy wiecie że…..
24 stycznia 1982 r. padł ligowy gol nr. 3000 dla FC Barcelony. Jego autorem był Enrique Castro Gonzalez, który trafił do siatki w 60 minucie wygranego 4:3 przez Barçe meczu Primera Division z CD Castellon.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
2
@Sysia11 Właśnie miałem zapytać @Lionel_Messi10 czy Federico jest synem Fernando Carlosa Redondo(?) ale skoro w komentarzu widnieje słowo tatuś, no to chyba tak jest! Miło byłoby go obejrzeć w Serie A. Nie mam kompletnie czasu aby oglądąć Primera Argentina Division, więc nie mam pojęcia jak on gra?
0
@Mixtape Przede wszystkim Baskowie nie grają tak frywolnie jak Betis(zwłaszcza w defensywie), tylko zdecydowanie bardziej odpowiedzialnie taktycznie. Do tego Betis grał poważnie osłabiony w porównaniu z ..dzisiejszym" Athletikiem. Baskowie grają bardzo twardy i wyrachowany futbol, więc nie podzielam twojej opinii że z przytupem wejdziemy do półfinału. Wręcz przeciwnie, w kraju Basków niemal zawsze jestem pesymistą i przeczuwam porażke. Chciałbym się mylić...
0
Ale że Carlos Alcaraz przegrał(?) i to z jakimś ni to, niemcem, ni to ruskim? Nie wierze!
0
A co to, jeszcze Zwerew z Alcarazem grają? O tej porze? Przecież w Australii to chyba już pierwsza w nocy! Powariowali z tymi godzinami, czy co?
10
Feliz cumpleaños panie Luisie! Swoje 37 urodziny obchodzi dziś Luis Alberto Suarez Diaz, bardzo dobrze znany wszystkim cules. Dziękujemy serdecznie ,,gryzoniu” za zaangażowanie, ducha walki i wiele ważnych i wspaniałych goli. Zdrówka i wszystkiego najlepszego!
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
10
Żywe legendy futbolu:
40 lat temu urodził się Arjen Robben, pomocnik reprezentacji Holandii i Bayernu Monachium. Z "Oranje" (96 meczów, 37 goli) w 2010 roku zdobył wicemistrzostwo świata a przez 10 sezonów gry w Monachium (309 meczów, 144 gole i 101 asyst) aż ośmiokrotnie sięgał po mistrzostwo Niemiec i raz wygrał Ligę Mistrzów. To właśnie Robben strzelił zwycięskiego gola w finale na Wembley z Borussią Dortmund (2:1) w 2013 roku. 39-letni Holender, którego wielokrotnie dręczyły kontuzje, występował także w PSV Eindhoven, Chelsea i Realu Madryt, a karierę rozpoczął i zakończył w holenderskim FC Groningen.
@AFA90
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
8
@FCBparasiempre
Wielu piłkarzy z niższych lig na świecie marzy o tym, by kiedykolwiek przebić się na najwyższy poziom. Chcą oni wyrwać się z piłkarskiej nicości, zarobić więcej pieniędzy i przede wszystkim zdobywać puchary. Nie ma tu wyjątków. Wszyscy, którzy kiedyś zaczynali, dążyli do tego samego. Taki sam był Moreno Torricelli, piłkarz, który z nieznanego chłopaka z regionu Como stał się jedną z ikon Juventusu lat dziewięćdziesiątych. Poznajcie jego historię. Torricelli urodził się 23 stycznia 1970 r. w miejscowości Erba. Jest to nieduża wioska w regionie Lombardii w prowincji Como. Piękne miejsce do wychowywania się i spędzania czasu nad jeziorem. Młody Moreno postanowił jednak wziąć sobie za cel bycie wybitnym piłkarzem. Urodzony w 1970 roku przyszły czołowy obrońca ligi włoskiej, zaczął jednak swoją piłkarską przygodę stosunkowo późno. Dopiero mając osiemnaście lat, stawiał pierwsze poważne kroki na boisku. W dzisiejszych czasach byłoby to dość dziwne, ponieważ często chłopaki w tym wieku są już gwiazdami futbolu. Jako że w Erbie trudno znaleźć profesjonalną drużyną piłkarską, Moreno Torricelli musiał szukać dalej. Los okazał się dla niego łaskawy. Pierwszym klubem, w którym zbierał szlify, było Oggiono. Miejscowość w prowincji Lecco (nie mylić z Lecce) dała szansę Torricelliemu. Tam rozwijał się spokojnie, jego talent nie wystrzelił w górę od razu, jak ma to miejsce z wieloma piłkarzami z małych miejscowości. Czterdzieści dziewięć spotkań wystarczyło jednak do sportowego awansu. Trafił bowiem do Caretese, klubu obecnie znajdującego się w Serie D. Wtedy występowali w rozgrywkach Campionato Interregionale, które w przypadku zwycięstwa premiowały do Serie C2. Tam Torricelli w ciągu dwóch lat rozegrał pięćdziesiąt siedem spotkań. Wtedy nastał moment, który na zawsze zmienił jego życie. Wszystko zawdzięczam Trapattoniemu. Miał odwagę postawić na amatora. Na początku jego wsparcie było fundamentalne. Był w wieku mojego ojca, pochodził z Brianzy, natychmiast się uspokoiłem. Mówił do mnie w dialekcie, nazywał mnie drewnem, cieślą w dialekcie – Moreno Torricelli. Uwagę na niego zwrócił ówczesny trener Juventusu Giovanni Trapattoni, który zdecydował, że nasz bohater trafi do drużyny „Starej Damy”. To był istotnie szalony ruch. Nikt o zdrowych zmysłach nie miał prawa sądzić, że ta decyzja może wpłynąć i na Juventus i na samego Torricelliego. Mało kto ma bowiem tyle odwagi, by zaufać piłkarzowi, który nigdy wcześniej nie kopał piłki na poziomie nawet Serie B, nie mówiąc już o Serie A. Nie dziwi zatem to, że Moreno tak wiele zawdzięcza słynnemu Trapowi. Nie było jednak tak, że Giovanni był troskliwym ojcem. Wręcz przeciwnie, wymagał wiele od swojego nowego podopiecznego. Torricelli wspominał historię, jak szkoleniowiec Juventusowi wpajał mu, by ćwiczył lewą nogę. Wymagał tego od niego w sposób oryginalny. Wpoił Torricelliemu, że jest piłkarzem drewnianym. Sam Moreno dodał od siebie, że jego lewa stopa przypominała w swojej funkcjonalności motykę. Była równie drewniana, jak przyrząd używany przy wykopywaniu ziemniaków, czy plewieniu chwastów. Torricelli sam później plewił chwasty, którymi dla niego byli rywale, ale po kolei.
Moreno grę w piłkę łączył z pracą w magazynie z meblami i byciem stolarzem. Nic nadzwyczajnego mając na uwadze, gdzie grał. Na szczęście dla calcio ktoś inteligentny podsunął Trapattoniemu, by jednak sprawdzić dwudziestodwuletniego wówczas młodego chłopaka. To był strzał w dziesiątkę, który dał później Juventusowi wiele sukcesów. Skromność przejawiała się aż nadto. Był on zachwycony samą możliwością gry w Turynie, ale przede wszystkim faktem, że mógł spotkać się z ikoną calcio, Giampiero Bonipertim. Wewnątrz były jego buty, trofea, skórzane piłki: jakie to ekscytujące. Dał mi pensję w wysokości 80 milionów lirów. Dla mnie, jako stolarza zarabiałem milion i 200 miesięcznie, to była ogromna kwota – Torricelli. Nie dziwił zatem podziw i zachwyt Torricelliego, który nigdy wcześniej nie zaznał takich luksusów. Szybko jednak został sprowadzony na ziemię etyką pracy w Juventusie. Nie było tam czasu na nadmierne podniecanie się, ważniejsza była praca i treningi. Miał niewiele czasu na zaadaptowanie się, co pomogło mu również wykreować swój charakter. Z czasem wywalczył sobie miejsce w składzie na prawej stronie obrony, co ukształtowało później zespół Juventusu na lata. Pierwszym sukcesem Torricelliego na większą skalę był zdobyty w 1993 roku Puchar UEFA. Mimo wszystko zespół „Starej Damy” nie mógł być zadowolony, ponieważ sezon 1992/1993 był pasmem porażek, włącznie z przegranym mistrzostwem Serie A. Drużyna zajęła wtedy odległe czwarte miejsce. Później jednak było lepiej. Od 1994 roku Juventus z Torricellim zdobywał trzy mistrzostwa Włoch, Ligę Mistrzów w finale przeciwko Ajaxowi, Superpuchar Włoch i Europy oraz Puchar Interkontynentalny. Najciekawiej jednak wspomina zdobyty Puchar Europy. Juventus został bowiem oskarżony o stosowanie dopingu w finale Ligi Mistrzów 1996 roku. Torricelli, usłyszawszy oskarżenia Davida Endta, byłego kierownika Ajaxu, wyśmiał je, dodając, że nic nie mogą im udowodnić, gdyż kontrola antydopingowa się nie odbyła. Po owocnym w sukcesy okresie w Turynie Moreno Torricelli postanowił poszukać nowych wyzwań. Obrał sobie za cel Florencję, by nie opuszczać jeszcze ojczyzny. Idealnie złożyło się, że ruch w stronę Włoch poczynił człowiek, bez którego historia Torricelliego nie miałaby miejsca. Chodzi tu oczywiście o Trapattoniego. Ich losy ponownie zetknęły się w Fiorentinie. Role tym razem nieco się odwróciły. To Torricelli był wtedy bardziej na piedestale. Trapattoni wracał z kolei z Niemiec, gdzie nie poszło mu zbyt dobrze podczas drugiej przygody w Bayernie Monachium. Tam obaj spotkali całkiem ciekawe grono piłkarzy. Wśród nich znaleźli się choćby Gabriel Batistuta, Tomas Repka, Francesco Toldo, czy Rui Costa. Piłkarze, którzy gwarantowali wiele wrażeń, ale przede wszystkim walory piłkarskie. Sam Torricelli, który gwarantował duże doświadczenie, w pierwszym sezonie wraz z kolegami zdobył trzecie miejsce w lidze. Później było niestety gorzej. Sezon później zajęli ledwie siódme miejsce, ale nie mogło to dziwić, ponieważ stracili przed sezonem Batistutę, który w tamtym sezonie zdobył scudetto z Romą. Sezon 2000/2001 był jeszcze gorszy, ponieważ Fiorentina spadła o dwie pozycje w tabeli. Ten sezon był w ogóle bardzo trudny, gdyż „Violę” prowadziło wówczas dwóch trenerów – Fatih Terim i Roberto Mancini. To był powolny koniec kariery Torricelliego. We Florencji pograł jeszcze dwa lata, by w 2003 roku trafić do Espanyolu. Tam jednak wytrzymał sezon, po czym odszedł do Arezzo, gdzie powiesił buty na kołku.
Torricelli nie miał zbytnio szczęścia do występów w kadrze narodowej. Mimo dobrego czasu w Turynie nie dostawał szans w „Squadra Azzurra”. Najpierw Arrigo Sacchi, później Cesare Maldini, a wreszcie Dino Zoff mieli swoich faworytów na pozycję prawego obrońcy. Pierwszym meczem, jaki Moreno rozegrał w niebieskiej koszulce reprezentacji Włoch, było towarzyskie starcie z Walią, przygotowujące Italię do EURO 1996. Później co prawda był powołany na ten turniej, ale tam rozegrał jedno spotkanie grupowe przeciwko Niemcom. To był zarazem ostatni mecz Torricielliego na wielkiej imprezie. Co prawda był powołany jeszcze na mundial w 1998 roku, lecz tam nie wyszedł ani razu na boisko. Moreno Torricelli miał bardzo barwny życiorys. Charakterystyczne długie włosy wyróżniały go na boisku, ale kluczowa w jego przypadku była skromność. To właśnie ona i pokora zaprowadziły go na szczyt włoskiej piłki klubowej. Niestety nie przełożyło się to na funkcję trenera. Jedynymi klubami, które prowadził, były Pistoiese i Figline, które występowały w Lega Pro Prima Divisione.
6
Legendy włoskiego futbolu:
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
@AFA90
1
@shahman Jeden warty drugiego! Powinni do tej pory siedzieć w więzieniu...
12
,,Osobistości” Blaugrany:
Dokładnie 10 lat temu prezydent FC Barcelony Sandro Rosell podał się do dymisji. Ta informacja była ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich cules gdyż nic nie zapowiadało odejścia prezydenta w połowie kadencji. Rosell podkreślał iż jego czas w klubie się skończył a także opowiadał o pogróżkach, które otrzymywała jego rodzina. Sandro tłumaczył się również z nieprawidłowości przy transferze Neymara, które zdaniem wielu komentatorów były głównym powodem jego odejścia. „Nie chce aby niesprawiedliwy atak wpłynął negatywnie na wizerunek klubu”- podsumował.
,Niesprawiedliwy atak’? I on ma jeszcze czelność domagać się sprawiedliwości? Co za łajdak! Kto został jego następcą dobrze wiemy. Jakaż szkoda że w tym 2014 cały zarząd nie podał się do dymisji. Dzisiaj bylibyśmy zapewne w zupełnie innej sytuacji, zwłaszcza finansowej…
@AFA90
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
1
@maroon Gdyż miał kręcone włosy. W szatni Widzewa chcieli go jakoś brzydko przezywać, w tej chwili już nie pamiętam jak, więc któryś z piłkarzy palną ,,Murzyn"
Tam coś chodziło o to, że któryś powiedział na Bońka że jest Rudy jak c**j a że taka ksywka nie pasowała to zmienili na Murzyn.
Akurat nie mam pod ręką książki o Widzewie, gdyż tam jest to opisane. Jak kiedyś znajde to ci podeśle jak było...
1
Pozwole sobie zamieścić tutaj fragment jednego z moich wielu zapisków. Może kiedyś uda mi się ulepić(w sumie już zaczałem lepić) z tego wszystkiego jakąś książke? A oto ten fragment:
,,Najważniejszymi postaciami Widzewa w tamtych czasach byli: Ludwik Sobolewski(wieloletni prezes), Stefan Wroński(zastępca prezesa) oraz trener Leszek Jezierski. To oni wiosną 1975 r. wprowadzili zespół do ekstraklasy, tworząc kadre głównie z utalentowanych piłkarzy z regionu oraz zawodników niechcianych w innych klubach. Oni też wykonali transferowy majstersztyk, ściągając z wojskowego wówczas Zawiszy Bydgoszcz niejakiego Zbigniewa Bońka. Popularny ,,Murzyn” z miejsca stał się liderem zespołu pełnego boiskowych ,,walczaków”. Tamtej jesieni nikt jednak w nich nie wierzył a Tony Book trener MC zapowiadał pogrom Polaków 5:0. Jego zapowiedzi szybko zaczęły się materializować, gdy już w 10 minucie Barnes pokonał Burzyńskiego. To właśnie golkiper Widzewa zachował jako jedyny zimną krew i w pierwszej połowie obronił wiele groźnych strzałów. Pięć minut po przerwie Channon do spółki z Keeganem wykorzystali błąd Bońka i było 2:0. Kolejne gole dla gospodarzy jednak nie padły, za to do głosu doszli goście. W 6 minut uciszyli 40-tysięczny ,,Maine Road”. Najpierw Boniek kropnął z pierwszej piłki po podaniu Kowenickiego a niedługo potem Jerzy Krawczyk wywalczył karnego. Nikt nie chciał go strzelać. W końcu koledzy podeszli do Bońka i powiedzieli: ,,Zbyszku, strzelaj! Jeśli nie strzelisz, trudno!”. Zbyszek wytrzymał próbe nerwów i było 2:2! Taki wynik utrzymał się do końca a następnego dnia angielskie gazety tak pisały o wyczynie Bońka i kolegów: ,,Czerwony diabeł zdmuchnął sen Tony’ego Booka o potędze”. Rewanż na stadionie ŁKS(obiekt Widzewa nie spełniał wtedy wymogów UEFA) był typowym meczem walki. Wyspiarze przyjechali już nie tacy pewni swego. Mecz zakończył się korzystnym dla łodzian bezbramkowym remisem a kluczem do sukcesu okazała się taktyka nakreślona przez trenera Bronisława Waligóre. ,,Nie spodziewałem się tak twardej i agresywnej walki w obronie”- stwierdził po meczu angielski menadżer i dodał że takiej gry nie spotyka się nawet w jego kraju. Tak oto rodził się widzewski charakter. Jego uosobieniem w starciu z Manchesterem City był Zdzisław Kostrzewiński. ,,Dziadek” walczył na całego a gdy zabrzmiał ostatni gwizdek. Okazało się że na karku ma ślady po… korkach rywala oraz rozoraną łydke, na którą nałożono kilkanaście szwów. Ech, dziś próżno szukać takich graczy wśród Polaków. Może trzeba sklonować Kostrzewińskiego? "
10
Takiego bramkarza to już chyba nie będzie:
22 stycznia 1973 r. urodził się Brazylijczyk Rogerio Ceni. Przez całą karierę był wierny São Paulo FC, gdzie występował 25 lat, z czego 23 w pierwszej drużynie. Rozegrał 1236 meczów i strzelił 131 goli! Jest golkiperem z największą liczbą zdobytych goli w historii, bijąc na głowę poprzedniego rekordzistę Jose Luisa Chilaverta(68 goli). Zanim w oficjalnym meczu odważył się wykonać rzut wolny, na treningach oddał podobno 15 tysięcy strzałów. Pierwszego gola zdobył w 1997 roku ale strzały z wolnych zaczął trenować zaledwie rok wcześniej. ,,Byłem wtedy rezerwowym Zettiego. Na treningi przychodziłem wcześniej niż inni, brałem worek z piłkami, szedłem na boisko i ćwiczyłem rzuty wolne – wspominał Ceni. – Zapytałem raz Zettiego, dlaczego on nigdy nie wykonywał wolnych, na co odparł, że chyba jestem szalony. Kiedy zostałem podstawowym bramkarzem, trener Muricy Ramalho dał mi pozwolenie i zostałem oficjalnie wykonawcą wolnych i karnych”– opowiadał Brazylijczyk. W barwach São Paulo wygrał wszystko: trzy razy mistrzostwo stanowe, trzy razy mistrzostwo Brazylii, dwukrotnie Copa Libertadores i Klubowe Mistrzostwo Świata, by wymienić najważniejsze trofea. W reprezentacji Canarinhos wystąpił zaledwie 17 razy (bez gola). Jest mistrzem świata z 2002 roku ale na mundialu zadebiutował dopiero w 2006 roku, zmieniając Didę w spotkaniu z Japonią. 7 grudnia 2015 r. ogłosił zakończenie kariery, teraz, jak mówi, będzie się zajmował „kibicowaniem São Paulo”.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
@AFA90
0
@Colon No tak, to prawdziwa ikona polskiego dziennikarstwa sportowego. Niepodrabialny, jedyny w swoim rodzaju, wręcz genialny!
10
Czy wiecie że…
22 stycznia 1927 r. odbyła się pierwsza w historii transmisja radiowa z meczu piłki nożnej: Arsenal – Sheffield United ze stadionu Highbury w Londynie. Również w tym samym roku po raz pierwszy w radiu transmitowano finał Pucharu Anglii: Cardiff City – Arsenal na Wembley 23 kwietnia. W celu ułatwienia słuchaczom orientacji w grze, władze stacji zdecydowały się na rozwiązanie wyprzedzające czasy. Mapę boiska podzielonego na sektory wydrukowano w oficjalnym magazynie radiowym BBC. Oprócz Teddy’ego Wakelama, który stał się najważniejszym komentatorem sportowym w Wielkiej Brytanii w okresie międzywojennym, słuchacze mogli usłyszeć głos drugiego komentatora, czytającego cyfry oznaczające sektor, w którym znajdowała się piłka. Na antenie BBC na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych transmitowano około stu meczów piłkarskich rocznie. Audycje trafiały do coraz większej liczby Brytyjczyków; ponad połowa gospodarstw domowych w tym kraju miała odbiorniki radiowe. Był to jeden z powodów zmniejszenia frekwencji na stadionach, władze ligi piłkarskiej zdecydowały się zatem na drastyczny krok, wprowadzając trwający ponad dekadę zakaz relacji ze spotkań. Jedynym wyjątkiem był mecz finałowy Pucharu Anglii. Oprócz tego wydarzenia stałym punktem programu radiowego były wyścigi konne Grand National i Derby, tenisowy Wimbledon, międzynarodowe mecze krykietowe oraz zawody wioślarskie między uniwersytetami Oxford i Cambridge.
@AFA90
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
0
@JordiAlbion Skoro nawet takie Kosowo ma swoją lige, to dlaczego tak bogata Katalonia nie mogłaby mieć swojej!? Na początku istnienia klubu Barca grała w mistrzostwach Katalonii i nie za każdym razem je wygrywała. Poza Espanyolem i Gironą znalazło by się jeszcze kilka ciekawych klubów, jak choćby Gimnastic Tarragona. To tylko jedno z rozwiązań...
0
@Matheu12 Dokładnie w punkt! Już kiedyś o tym wspominałem że dopóki Katalonia nie stanie się suwerennym państwem, dopóty na każdej płaszczyźnie, zwłaszcza sportowej, będzie gnębiona i uciskana...
10
Snajper co się zowie!
22 stycznia 1907 r. urodził się William Ralph Dean, lepiej znany jako ,,Dixie” Dean. Każdy, kto choć raz był na meczu na Goodison Park wie, kim był „Dixie” Dean. Ten środkowy napastnik to jeden z najbardziej znanych piłkarzy angielskiego futbolu, choć wielu kibiców poza Wielką Brytanią może go nie kojarzyć. Deane jest legendą Evertonu (399 meczów i 349 goli), jest także wicerekordzistą wszech czasów w ilości zdobytych goli w jednym sezonie ligowym. W sezonie 1927/28 strzelił ich aż 60! Gwiazdor Evertonu imponował również niesamowitą skutecznością w reprezentacji Anglii, o czym świadczy fakt, że ma na swoim koncie więcej goli niż występów (16 gier i 18 goli!).
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon
@AFA90
11
Klubowy rekord Barçy:
22 stycznia 2006 r. FC Barcelona pokonuje Deportivo Alaves 2:0. Jest to ostatni mecz z passy 19 kolejnych wygranych drużyny Franka Rijkaarda. Stanowi to klubowy rekord! Od 22 października 2005 Blaugrana wygrała 13 kolejnych meczów w La Liga, 3 w Lidze Mistrzów, 2 w Pucharze Króla oraz jeden w Pucharze Katalonii. Bilans bramkowy wyniósł 60 do 8. Niestety 4 dni później fantastyczną serie przerwała porażka 4:2 z Realem Saragossa w pierwszym meczu ćwierćfinału Pucharu Króla.
@AFA90
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
1
@mekston Mecze piękne owszem, jednak ten ,,szalony" Betis nie może być klarowną weryfikacją jakości naszej Barcy w tym sezonie...
0
@FcPortoFan1999 Oj spekulowałbym czy to nie była sensacja...
Własnie spojrzałem na ranking i ta Noskova widnieje na... 50 pozycji! Więc co to ma być jeśli nie sensacja!?
0
O prosze! Almeria prowadzi na Estadio Santiago Bernabeu 1:0. Skoro nasza Igunia ,,narobiła" sensacji na Australian Open, no to może Almeria również pokusi się o taką sensacje?
8
,,Celestes” u siebie? Nie do pokonania!
21 stycznia 1956 r. Urugwaj pokonał Paragwaj 4:2(3:0) na Estadio Centenario. Ten mecz zapoczątkował 24 edycje Copa America. Do stolicy Urugwaju zjechała cała kontynentalna śmietanka. Tym razem zabrakło Ekwadoru, Boliwii i Kolumbii, niezawodnych dostarczycieli punktów. Wyłącznie dobrzy i bardzo dobrzy byli skazani na siebie. Monumentalny stadion Centenario huczał wrzawą 80 tysięcy ludzi tylko wówczas, kiedy na murawe wybiegała jedenastka ,,Celestes”. W innym przypadku raczej świecił pustkami a chętnych obejrzenia zmagań Chile z Paragwajem znalazło się raptem 4 tysiące. Gospodarze dołożyli wszelkich starań by drużyna była przygotowana wzorowo. Trenerem został Bagnulo, ongiś świetny piłkarz a jeszcze wcześniej obiecujący… pięściarz, postać barwna i polemiczna, lecz z wielkim autorytetem, do tego wytrawny pedagog. Bagnulo potrafił z niezwykłym wyczuciem dotrzeć do psychiki swych podopiecznych, wyzwalając w nich poczucie pewności siebie i ambicje graniczącą z determinacją. W gruncie rzeczy była to stara tradycja ,,garra”, ów mityczny urugwajski ,, lwi pazur”, który należało tylko należycie wyostrzyć, nadając mu należytą wytrzymałość. Do tego celu nikt nie nadawał się lepiej niż profesor Alberto Langlade, najsłynniejszy ,,preparador fisico” w dziejach urugwajskiego futbolu. Spod twardej ręki Langlade wyszło jedenastu atletów nie do zdarcia. Siłą teamu Bagnulo-Langlade był zwarty, zgrany zespół, choć nie brakowało w nim indywidualności. Święci patroni Montevideo, Filip i Jakub, mieli w niebie dodatkowe powody do satysfakcji. Urugwaj był poza zasięgiem rywali. Wygrał 4 mecze a tylko z Brazylią zremisował 0:0, łącznie uzyskując 9 punktów i do ostatniego meczu z Argentyną przystępując z Pucharem Ameryki w kieszeni.
To rozstrzygnięcie przed czasem nieco obniżyło dramaturgie imprezy, co nie znaczy że było nudno. Ostatecznie Urugwaj pokonał Argentyne 1:0 po golu Ambroisa, pieczętując 9 w historii tytuł Copa America. Właściwie tylko Paragwaj i Peru odstawały trochę od reszty. Paragwajczycy nastawili się na przygotowania do eliminacji MŚ ’58, traktując Sudamericano jako mniej ważny przystanek na drodze do celu głównego. Peruwiańczycy natomiast grali bez zwykłej dla nich werwy, ospale i wolno, chociaż na wysokim technicznym poziomie. Rozgrzali publiczność tylko w ciekawym meczu z Chile, przegranym 3:4, po bezpardonowej wymianie ciosów. Pozostałe 3 ekipy: Chile, Argentyna i Brazylia, zebrały po 6 punktów. Blado wypadła Brazylia, najlepsza w wygranym 1:0 meczu z Argentyną. Jednak klęska z Chile zatarła dobre wrażenie. Zastanawiało iż świetna defensywa Canarinhos, w której szeregach grało tylu przyszłych mistrzów Świata(Gilmar, Djalma Santos, Mauro i de Sordi) momentami pozostawała zupełnie bezradna. Na swoją wielkość Brazylia musiała jeszcze trochę poczekać. Z kolei Argentyna pokazała solidną obronę i pomoc, identyczną jak w 1955 i mocno przemeblowany atak, z którego pozostali Micheli, Grillo, Labruna a w niektórych meczach także grający wcześniej Cecconato, Cucchiarioni i Bonelli. Kiedy indziej na skrzydłach występował Pentrelli i coraz częściej zastępujący w River Plate samego Loustau, malutki Zarate. Tych zmian było stanowczo za dużo. Powszechną uwagę przykuwała natomiast filigranowa sylwetka pomocnika River a mianowicie Omara Sivoriego, który popisywał się kapitalnymi sztuczkami technicznymi. Tym razem służyły one tylko ku ozdobie, chociaż nie ulegało wątpliwości że pojawił się piłkarz nietuzinkowy. W sumie eksperymenty w linii ataku nie dały efektów. Trener Stabile wyciągnął z tej lekcji wnioski na przyszłość.
Rewelacją było za to Chile, może jeszcze lepsze niż przed rokiem, kiedy to dopiero na finiszu uznało wyższość Argentyny. Teraz uległo jej wprawdzie dość gładko po 2 golach Labruny ale zwycięskiemu Urugwajowi ustąpiło minimalnie pola po wyrównanym boju(1:2), zaś Brazylię wprost znokautowało 4:1(!) bezlitośnie dziurawiąc jej zagubioną obronę błyskawicznymi wypadami. Euforia Chilijczyków po tej historycznej wiktorii była tak wielka że cała ekipa jeszcze w szatni wspólnie odśpiewała hymn narodowy a w Santiago na wieść o niewyobrażalnym wcześniej w takich rozmiarach sukcesie, ogromny tłum kibiców zapełnił place i ulice hałaśliwie manifestując swój entuzjazm. Konsekwencją między innymi zwycięstwa z Brazylią był wywalczony przez Chilijczyka Hormazabala tytuł króla strzelców imprezy z dorobkiem 4 goli.
@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson