FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Feliz cumpleaños panie Filipie! Z okazji 54 urodzin!
29 października 1970 r. urodził się Phillip Cocu. Holenderski pomocnik trafił na Camp Nou za darmo z PSV Eindhoven w 1998 r. W pierwszym sezonie strzelił aż 12 goli w La Liga co zaowocowało mistrzostwem Hiszpanii, jedynym tytułem jaki Holender zdobył w barwach Blaugrany. W kolejnych latach był pewnym punktem drużyny a w 2003 r. zgodził się nawet na obniżke pensji ze względu na trudną sytuacje finansową klubu. Rok później nie doszedł do porozumienia w sprawie przedłużenia kończącego się kontraktu. ,,To było wspaniałe 6 lat, chociaż pod względem sportowym nie było już tak dobrze. Mimo że dałem z siebie wszystko nie odczułem wdzięczności ze strony klubu”-podsumował Holender. Cocu wrócił do PSV, któremu obiecał w 1998 r. że powrót do Eidhoven będzie dla niego priorytetem.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Consigliere Ale On inaczej się nazywa: Vinícius José Paixão de Oliveira Júnior!
0
Robert Lewandowski nie zdobędzie Złotej Piłki France Futbol tylko Lamine Yamal i dlatego nie moge obejrzeć tego na TVP Sport!?! Hamstwo w hamstwie!!! Bojkotuje to wydarzenie w tym roku...
4
@FCBparasiempre
Pierwszy raz obie ekipy mogły się spotkać już w sezonie 1961/62. Górnik jednak dość pechowo przegrał rywalizację z Tottenhamem już w rundzie wstępnej. Anglicy dotarli do ćwierćfinału, gdzie ich rywalem była właśnie Dukla. Czesi po drodze odprawili CSKA Sofia i Servette FC. Jednak w zderzeniu z twardym, angielskim futbolem polegli. Podobnie jak Górnik wygrali pierwszy mecz u siebie, ale w rewanżu nie byli w stanie obronić zaliczki. Kolejny ćwierćfinał Pluskal, Masopust i koledzy zaliczyli sezon później. Tym razem musieli uznać wyższość Benfiki z Eusébio w składzie, z którą przegrali 1:2 w Lizbonie. Sezon 1963/64 Górnik zaczął od zwycięskiego trzymeczowego boju z Austrią Wiedeń. Dukla z kolei w rundzie wstępnej trafiła na mistrza Malty – Vallettę FC, z którą nie miała żadnych kłopotów. Łatwej przeprawy prowadzeni przez Jaroslava Vejvodę piłkarze spodziewali się też z Górnikiem. Tymczasem nieoczekiwanie dla prażan zespół z Zabrza wygrał 2:0 i sam Vejvoda przed rewanżem nie był w najlepszym nastroju. Dukla miała jednak w składzie kilku wicemistrzów świata i była nieznacznie, ale jednak lepszym zespołem od Górnika. Ta przewaga uwidoczniła się podczas meczu w Pradze, gdzie Dukla pewnie wygrała 4:1 i awansowała dalej. Tam trafili na Borussię Dortmund. Porażka 0:4 w pierwszym meczu praktycznie przekreśliła ich szanse, a Pluskal rozegrał wtedy jeden ze swoich słabszych meczów. Jak niewielu innych, dość rzetelnie przestrzegał założeń taktycznych. Większość graczy daje się ponieść grze i często nie realizuje lub zapomina o otrzymanych instrukcjach. To się nie przytrafiało Svatopulkowi. Zapomniał o nich tylko raz podczas meczu Pucharu Europy z Borussią Dortmund – wspominał po latach Jaroslav Vejvoda. Rewanż w Dortmundzie wygrali co prawda 3:1, ale na tym ich pucharowa przygoda w tamtym sezonie się zakończyła. Nie będzie chyba wielką przesadą stwierdzenie, że Dukla i Górnik były w połowie lat sześćdziesiątych czołowymi klubami wschodniej socjalistycznej Europy. W sezonie 1964/65 los skrzyżował ich drogi już w rundzie wstępnej. Po porażce 1:4 w Pradze kibicom Górnika trudno było wierzyć, że Lubański, Oślizło, Pohl i spółka będą w stanie odwrócić losy rywalizacji. Tymczasem 20 września na Stadionie Śląskim w Chorzowie Górnik wygrał 3:0. Zasada bramek strzelonych na wyjeździe jeszcze wtedy nie obowiązywała i o awansie miał rozstrzygnąć trzeci mecz. Ten rozegrano w Duisburgu, ale przez 120 minut żadna ze stron nie była w stanie strzelić gola. O tym, że do następnej rundy przejdzie Dukla, zadecydowało losowanie. Tam jednak prażanie musieli uznać wyższość Realu Madryt. Największy sukces w Pucharze Europy Dukla odniosła w 1967 r., kiedy dotarła aż do półfinału. Po drodze ograli duński Esbjerg, Anderlecht i Ajax. Na drodze do finału stanęła im świetna ekipa Celtiku. Pluskala jednak nie było już wówczas w Pradze. Svatopluk Pluskal nie był wybitnym technikiem. Zawsze jednak grał z pełnym zaangażowaniem, nigdy nie odstawiał nogi, a jego koszulka po meczu często była tak mokra, że można było ją wyżymać. Był dobrym kolegą, któremu inni często się zwierzali. Swoim humorem i optymizmem potrafił zarażać innych i często też podnosił kolegów na duchu. Na boisku czasami grał ryzykownie. Jako jeden z pierwszych zaczął wykorzystywać w swojej grze wślizgi. ,,Nieważne czy boisko było trawiaste, czy żużlowe – kiedy sytuacja tego wymagała, Pluskal odważnie atakował piłkę. Dzięki swoim długim nogom mógł praktycznie otoczyć nimi rywala i odebrać mu piłkę. Całe generacje rozgrywających nauczyły się od Pluskala bardzo skutecznego elementu gry – czystego wejścia wślizgiem pod nogi przeciwnika. To jest wkład Pluskala w rozwój futbolu, który przetrwa wieki”– mówił o jego grze legendarny Sepp Herberger. To właśnie z gry wślizgiem uczynił jeden ze swoich największych atutów. Nie był piłkarzem wybitnym i wszystko, co osiągnął, było efektem wielu godzin ciężkich treningów. Vejvoda wspominał, że Pluskal pracował nawet więcej, niż trzeba było. I to właśnie ta pracowitość pozwoliła mu się wybić ponad przeciętność. Niezbyt przywiązywał wagę do dbałości o sprzęt. Kiedy Novák i Masopust starali się, żeby zawsze mieć czyste buty, to Pluskal bez skrępowania zakładał ubłocone po poprzednim meczu obuwie, tłumacząc, że to zwycięskie błoto.
Częsta gra wślizgiem pociągała za sobą liczne urazy, ale ani trochę nie osłabiało to jego woli walki i nigdy nie narzekał. Nawet kiedy w jednym z meczów doznał kontuzji łąkotki, to nie chciał nawet słyszeć o zejściu z boiska i mimo ogromnego bólu w kolanie dokończył mecz. Nawarstwiające się przez lata mikrourazy i nie zawsze zaleczone kontuzje odcisnęły jednak piętno na jego silnym organizmie. W końcu Pluskal musiał pogodzić się z faktem, że nie jest już w stanie grać na takiej intensywności jak kiedyś i dawać drużynie tyle, ile by chciał. Z reprezentacją pożegnał się w przegranym 0:1 meczu z Portugalią 25 kwietnia 1965 r. Z kolei w 1966 r. opuścił Duklę i przeniósł się do zespołu LIAZ Jablonec, gdzie po jednym sezonie zawiesił swoje pewnie ubłocone buty na kołku. Swoim występem na chilijskim mundialu czechosłowaccy piłkarze zrobili spore wrażenie na dziennikarzach i ekspertach. Kiedy w 1963 r. z okazji stulecia angielskiej federacji zorganizowano na Wembley mecz Anglii z zespołem reszty świata, to przeciw Anglikom zagrało aż trzech piłkarzy z Czechosłowacji. Byli to Ján Popluhár, Josef Masopust i oczywiście Svatopluk Pluskal. Gospodarze wygrali 2:1, ale dla takich piłkarzy jak Pluskal, sam udział w takim meczu był ogromnym wyróżnieniem. Zawsze podkreślał, że kiedy grał w narodowych barwach, to czuł wielką radość w sercu, ale kiedy został wybrany do zespołu reszty świata, to odczuwał naprawdę wielką dumę. Mówił, że dzięki temu, że otrzymali od organizatorów po 100 funtów, to po raz pierwszy czuł się jak prawdziwy zawodowiec. Nie wiedział nawet za bardzo, co zrobić z taką gotówką. Nie było zbytnio czasu na zakupy w Londynie, a oficjalnie do Czechosłowacji pieniędzy nie mógł za bardzo przywieźć. Schował więc je do butów. Po zakończeniu czynnej kariery próbował swoich sił jako trener. Doprowadził praski Bohemians do awansu do I ligi, a później trenował jeszcze Škodę (dzisiejsza Victoria) Pilzno. Jako jeden z pierwszych Czechów pracował w klubach cypryjskich, gdzie zdobył sobie całkiem sporą renomę. Zdecydowanie lepiej jednak radził sobie na boisku niż na ławce trenerskiej. Kiedy skończył 70 lat, to w przeprowadzonym wywiadzie z rozrzewnieniem wspominał czasy swojej gry w piłkę. Żalił się też, że we znaki daje mu się kolano. Podbiegnięcie na tramwaj czy wejście po schodach do mieszkania były już dla niego dość dużym wysiłkiem. Z domu wychodził rzadko, dwa lub trzy razy w miesiącu. Głównie na pocztę, żeby opłacić rachunki. Zaznaczał jednak przy tym, że zawsze przy okazji wstępował do pubu, gdzie wypijał parę piw ze znajomymi, którzy często zachęcali go do piłkarskich wspomnień. W domowym zaciszu cenił sobie szklaneczkę dobrej szkockiej whisky, a popielniczka już po południu zwykle była pełna. Palił też w trakcie swojej kariery. Trener Vejvoda o tym wiedział, ale uważał, że te kilka papierosów dziennie nie jest w stanie zaszkodzić tak silnemu organizmowi. Pluskal po latach wspominał, że palenie wciągnęło go po sukcesach w USA. W nagrodę piłkarze dostali wojskowe awanse. Svata został kapitanem. Nocami nie mogąc zasnąć, palił i zastanawiał się, czy dobrze zrobił, przyjmując nominację. W 2004 r. czeskie media poinformowały, że Pluskal miał ciężki udar. Został przykuty do łóżka i wymagał stałej opieki, przez co trafił do domu spokojnej starości w Uściu nad Łabą. Tam też zmarł 29 maja 2005 r. Miał 74 lata. W pamięci kibiców najczęściej zapisują się ci, którzy grali najbardziej efektownie i strzelali najwięcej goli. Gracze mniej błyskotliwi, tacy jak Pluskal często popadają w zapomnienie i odchodzą w samotności. Bez nich jednak ci najwięksi wirtuozi nie mogliby sobie pozwolić na tak efektowną grę. Pluskal jest też znakomitym przykładem piłkarza, który do wszystkiego doszedł ciężką pracą. Od pierwszych treningów w Zlínie do końca kariery zawsze dawał z siebie wszystko. Zawsze też najważniejsze dla niego było dobro zespołu. Świetnie dbał o atmosferę, zarażał uśmiechem, ale kiedy trzeba było na murawie nieco podostrzyć, to w tej roli też się znakomicie odnajdował. To od niego wślizgów uczył się Stefan Florenski i całe rzesze innych obrońców. Kiedy był w formie, stanowił na boisku zaporę niemal nie do przejścia. Nie sposób było go ominąć dołem, bo świetnie grał wślizgiem, ani górą, bo w powietrzu radził sobie równie dobrze. Tacy zawodnicy są na wagę złota. Nie będzie chyba przesadą nazwanie go defensorem kompletnym i jednym z fundamentów sukcesów czechosłowackiej piłki w latach sześćdziesiątych.
,,Nie urodził się wielkim piłkarzem, ale stał się takim dzięki swoim cechom”– trafnie podsumował go Jaroslav Vejvoda.
4
@FCBparasiempre
Dobre występy w klubie nie mogły pozostać niezauważone przez sztab reprezentacji. Pluskal pierwszy raz w narodowych barwach zagrał 11 maja 1952 r. w przegranym 1:3 meczu z Rumunią, a swój debiut uświetnił bramką. Jak się później okazało, było to jego pierwsze i jedyne trafienie dla reprezentacji. Kilka miesięcy po nim swój reprezentacyjny debiut zliczył też Novák. Masopust na swoją kolej musiał jeszcze poczekać dwa lata. Pluskal i Novák znaleźli się w kadrze na mistrzostwa świata w 1954 r. Lepsze wejście do reprezentacji miał Novák, który zdołał uzbierać jedenaście występów, a na turnieju pełnił funkcję kapitana. Pluskal miał na koncie ledwie trzy mecze w narodowych barwach. Czechosłowacja nie jechała na mistrzostwa jako faworyt. Ich futbol ciągle był na etapie budowania i do Szwajcarii jechali głównie po naukę. W grupie ich rywalami były Szkocja, Austria i mistrz świata Urugwaj. Po porażce z Urusami 0:2 w pierwszym meczu musieli pokonać Austrię, żeby myśleć o awansie. Pluskal, który nie grał w pierwszym meczu, miał zagrać jako obrońca. Obok niego linię defensywną tworzył Novák i inny kolega z klubu František Šafránek. Żaden z nich nie może jednak miło wspominać tego meczu. Pierwszą bramkę stracili już w 3. minucie po trafieniu Stojaspala, a ledwie minutę później Probst podwyższył na 2:0. Dwadzieścia minut później było już 4:0 po kolejnych dwóch golach Probsta, wynik w 65. minucie ustalił Stojaspal. Tak wysoka porażka pokazała Czechom i Słowakom, że jeszcze sporo im brakuje do europejskiej i światowej czołówki. Zdobyte doświadczenie miało jednak zaprocentować w przyszłości. Cztery lata później w Szwecji w grupie znowu trafili na mistrzów świata – RFN. Oprócz Niemców rywalami Czechosłowacji były Irlandia Północna i wracająca na mistrzostwa po długiej nieobecności Argentyna. Reprezentację prowadził Karel Kolský. Ten sam szkoleniowiec był też wtedy trenerem Dukli. Pluskal, Masopust i Novák byli już wówczas pełnoprawnymi reprezentantami i odgrywali główne role w drużynie. Bogatsi o pucharowe doświadczenia jechali do Szwecji z nadziejami na dobry wynik. Tym bardziej że w sierpniu 1956 r. potrafili ograć na Maracanie Brazylijczyków, co wcześniej nie udało się żadnemu z europejskich zespołów. Mecz otwarcia na szwedzkiej imprezie znów im jednak nie wyszedł. Przegrali 0:1 z Irlandczykami i mocno skomplikowali sobie sytuację w grupie. W drugiej kolejce ich przeciwnikiem był zespół RFN. W starciu z mistrzami świata nie byli faworytami. Przed meczem atmosfera w drużynie była dość napięta, bo każdy zdawał sobie sprawę, że kolejna porażka przekreśli ich szanse na dobry wynik w turnieju. Dodatkowo napięcie podnosił fakt, że przed rozpoczęciem pojedynku piłkarze mieli zostać przedstawieni królowi Gustawowi Adolfowi VI. Ta ceremonia miała dość sztywną i mocno oficjalną oprawę, ale podniosły nastrój szybko się ulotnił, kiedy król podszedł do Pluskala. ,,Guten Tag, Herr König!”– rzekł z rozbrajającą szczerością Pluskal do monarchy. To był właśnie cały Pluskal – jednym żartobliwym stwierdzeniem potrafił rozładować napiętą atmosferę w zespole. W życiu codziennym nie zawsze mu się układało, ale do drużyny za każdym razem wnosił dużo radości i potrafił odpowiednio zmotywować kolegów. Z Niemcami zagrali dość spokojnie i nad wyraz skutecznie. Do przerwy po bramkach Dvořáka z karnego i Zikána prowadzili 2:0. Jednak piłkarze RFN nie po raz pierwszy pokazali, że zawsze grają do końca i w drugiej połowie odrobili straty. Wynik 2:2 sprawiał, że Czechosłowacy ciągle zachowali szanse na wyjście z grupy. W ostatnim meczu bez Pluskala w składzie rozbili aż 6:1 Argentynę i razem z Irlandczykami mieli na koncie po trzy punkty. W myśl ówcześnie obowiązującego regulaminu konieczne stało się rozegranie dodatkowego meczu. Po 90 minutach był remis 1:1, ale gol McParlanda w 99. minucie dał wygraną Irlandczykom. Czechosłowacja na swoją szansę musiała jeszcze poczekać, ale już niedługo. Koniec lat sześćdziesiątych to czas, kiedy w Pradze była już drużyna, którą można się było pochwalić za granicą. Kluby, które pozostawały pod opieką państwa, a zwłaszcza kluby wojskowe, jakim była Dukla, mogły za pośrednictwem swoich działaczy załatwić naprawdę wiele. Kierownictwo praskiego klubu skrzętnie z tego korzystało. Niczym niezwykłym nie były już zimowe zgrupowania na jugosłowiańskim wybrzeżu Adriatyku. Zdawano sobie również sprawę, że żeby podnosić swoje umiejętności, konieczny jest jak najczęstszy kontakt z zespołami zagranicznymi. Rozgrywane w europejskich pucharach mecze nie były jedynym kontaktem Dukli z drużynami z innych państw. W celu znalezienia odpowiednich partnerów chętniej zaczęto spoglądać za ocean. Pod koniec grudnia 1958 r. Dukla wybrała się na małe tournée do Ameryki. Najpierw wzięła udział w Torneo Cuadrangular w San José w Kostaryce. Nie zaprezentowali się tu najlepiej, wygrywając tylko jeden mecz z Alajuelense i przegrywając dwa (z Saprissą i Bangu z Brazylii). Nieco lepiej poszło czechosłowackiej ekipie na turnieju w Meksyku. W stawce pięciu ekip – América, Guadalajara, León i brazylijski Santos – zajęli drugie miejsce. Mocno we znaki dawały im się miejscowe upały, ale w każdym meczu dawali z siebie wszystko. Ostatnie spotkanie rozgrywali z Santosem z ciągle jeszcze młodziutkim Pelé w składzie. Po pierwszej połowie przegrywali już 0:2. Po przerwie jednak rzucili się do odrabiania start i wygrali 4:3.
Pluskal podczas tournée się rozchorował i nie zagrał w meczu z Santosem, ale to jak ważnym jest zawodnikiem w drużynie, pokazał podczas innej wizyty na kontynencie amerykańskim. W 1960 r. William D. Cox wcielił w życie pomysł utworzenia w Stanach Zjednoczonych Interligi, w której rywalizowałyby czołowe europejskie kluby, co miało przełożyć się na wzrost zainteresowania piłką nożna w USA. W 1961 r. do udziału w drugiej edycji zaproszono Duklę. Rozgrywki toczyły się w dwóch ośmiozespołowych grupach, których zwycięzcy spotkać się mieli w finale. Prażanie w siedmiu meczach strzelili aż 36 bramek, tracąc tylko sześć. Pewnie wygrali swoją grupę, a w pokonanym polu zostawili takie ekipy jak AS Monaco, Crvena Zvezda, Español czy wiedeński Rapid. W finałowym dwumeczu ich przeciwnikiem był Everton. Zespół z Czechosłowacji nie pozostawił nikomu złudzeń. Wygrali 7:2 i 2:0 i w pełni zasłużenie mogli cieszyć się z sukcesu. Rok później nieco zmieniła się formuła rozgrywek. Znów były dwie grupy i znów ich zwycięzcy mierzyli się ze sobą w dwumeczu. Wygrany zostawał mistrzem Interligi i w kolejnym dwumeczu ze zwycięzcą sprzed roku grał o Puchar Ameryki. To właśnie w tej fazie do rywalizacji przystępowała praska Dukla. Ich przeciwnikiem miała być brazylijska drużyna América ze stanu Rio de Janeiro. Pierwszy mecz zakończył się remisem 1:1, a drugi też nie zapowiadał się na łatwą przeprawę. Brazylijczycy postawili bardzo twarde warunki i prażanom ciężko było sforsować ich szyki obronne. Wtedy Pluskal przypomniał wszystkim, że znakomicie potrafi grać głową. Często, kiedy drużynie nie szło, ruszał do przodu i szukał swojej szansy po centrach kolegów. Tak też było w tym meczu. Pluskal wziął długi rozbieg i wyskoczył do dośrodkowania. Uderzył piłkę głową na linii pola karnego i nie dał szans bramkarzowi rywali.
Dukla wygrała drugi mecz 2:1, a gol Pluskala na długo zapadł kibicom w pamięć. Czesi posiadali wreszcie drużynę, z której mogli być dumni. Dukla była na ustach wszystkich, a duża część piłkarskiego świata z zazdrością i podziwem spoglądała na praską ekipę. Władze chciały wykorzystać sukces z 1961 r. W tym celu razem z piłkarzami wysłali do Ameryki wspomnianego już wyżej Otę Pavla, który miał napisać książkę o drużynie. Przez cały czas towarzyszył ekipie i bez końca zadawał piłkarzom pytania, ale, co ważne, potrafił też słuchać z nieustającym zaangażowaniem. ,,Przeżyłem z nimi sławę i owacje, przeżyłem szał kibiców, którzy wygrażali im pięściami i pluli na szyby autokaru. W nowojorskim Central Parku biegałem z nimi w strasznym amerykańskim upale, dusiłem się i spływałem potem, krótko mówiąc, harowałem jak dziki osioł”– wspominał Pavel. Efektem jego pracy jest znakomita książka Dukla mezi mrakodrapy (w wolnym tłumaczeniu Z Duklą wśród drapaczy chmur). Pavel opisuje w niej pobyt zespołu w Ameryce, rozgrywane przez nich mecze i przybliża sylwetki zawodników. Historię tę opowiada naprawdę pięknie, niektórzy mówią, że wręcz baśniowo i wielka szkoda, że książka nie doczekała się jeszcze polskiego wydania. Do Ameryki wracali jeszcze trzykrotnie. W 1963 r. wygrali z West Hamem, który wcześniej okazał się lepszy od Górnika Zabrze. Rok później w wielkim finale pokonali sosnowieckie Zagłębie i dopiero w 1965 r. musieli uznać wyższość Polonii Bytom z Edwardem Szymkowiakiem, Janem Liberdą i Zygmuntem Anczokiem w składzie. Sukcesy na amerykańskiej ziemi cieszyły, ale prawdziwą weryfikacją umiejętności czechosłowackich piłkarzy miały być mistrzostwa świata w Chile w 1962 r. Nasi południowi sąsiedzi pierwszy sygnał, że ich futbol wchodzi na coraz wyższy poziom, wysłali już w 1960 r. Wtedy to w premierowym turnieju o mistrzostwo Europy zajęli trzecie miejsce. Pluskal zagrał co prawda tylko w dwóch spotkaniach eliminacyjnych, ale swoją małą cegiełkę do sukcesu dołożył. O bilety do Chile Czechosłowacja walczyła ze Szkocją i Irlandią. U siebie nie dali szans rywalom, wygrywając odpowiednio 4:0 i 7:1. Na wyjeździe w Dublinie wygrali 3:1, ale w Glasgow grając bez Pluskala minimalnie przegrali 2:3. Wobec równej liczby punktów o awansie decydował wówczas trzeci mecz. W Brukseli do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka. Ostatecznie jednak Czechosłowacja wygrała 4:2 i mogła się szykować do wyjazdu na swój kolejny mistrzowski turniej.
Nastroje przed mistrzostwami nie były jednak najlepsze. Reprezentacja nie zachwycała swoją grą i pojawiały się nawet głosy, żeby zrezygnować z udziału w turnieju. Na szczęście tak się nie stało. Trener Rudolf Vytlačil postawił na mieszankę rutyny z młodością. Najbardziej doświadczonymi zawodnikami byli oczywiście kapitan Ladislav Novák, Josef Masopust i Svatopluk Pluskal. To oni byli niekwestionowanymi liderami zespołu i to na nich opierała się gra drużyny. W grupie trafili na Meksyk, Hiszpanię i po raz trzeci z rzędu na aktualnego mistrza świata, którym tym razem była Brazylia. Pierwszy mecz Czechosłowacja grała z Hiszpanami. Bój był wyrównany i długo utrzymał się bezbramkowy remis. Hiszpanie grali bez di Stéfano, ale w ataku nie brakowało wielkich graczy. Jednak ani Francisco Gento, ani Ferenc Puskás, ani Luis Suárez nie potrafili rozbić szyków obronnych rywali. W bramce Czechosłowacji świetnie spisywał się Viliam Schrojf, a obronę w ryzach trzymali Pluskal, Popluhár i Novák. Ostatecznie wygrali nasi południowi sąsiedzi, a autorem zwycięskiej bramki na dziesięć minut przed końcem był młody Jozef Štibrányi. Drugie spotkanie Pluskal i spółka grali z Brazylią. Canarinhos również wygrali swój pierwszy mecz i obu ekipom w pierwszej kolejności zależało na tym, żeby nie przegrać. Pojedynek z aktualnym mistrzem świata to jednak zawsze duże wydarzenie. Nie dziwi więc fakt, że w czechosłowackiej szatni przed pierwszym gwizdkiem było spore napięcie. Wszyscy w milczeniu i w nerwach czekali na rozpoczęcie spotkania, ale Pluskal po raz kolejny pokazał, że potrafi zadbać o dobrą atmosferę w zespole.
,,Chłopcy! Ale ci Brazylijczycy muszą się nas bać! Spotkałem teraz Djalmę Santosa, a on ze strachu jest cały biały!”– zawołał do kolegów, którzy momentalnie wybuchnęli śmiechem. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Obie ekipy nie zrobiły sobie krzywdy, ale w dość przypadkowym starciu Pelé doznał urazu, który wykluczył go z gry do końca turnieju. Przed ostatnim grupowym meczem z Meksykiem Czechosłowacja była już pewna awansu. Trener mówił swoim podopiecznym, żeby nieco odpuścili, ale ci byli innego zdania. Już w 1. minucie wyszli na prowadzenie i myśleli, że mecz sam się wygra. Ambitni Meksykanie jednak wyrównali i potem wyszli na prowadzenie. Ostatecznie wygrali 3:1. Dzięki temu Czechosłowacja w ćwierćfinale trafiła na Węgrów zamiast na Anglię. Po dość wyrównanym boju wygrali 1:0 po golu Scherera i po raz pierwszy od 1934 r. znaleźli się w sferze medalowej. W półfinałowym meczu z Jugosławią nie brakowało twardej gry i ostrych starć. Zresztą cały chilijski turniej zapisał się w historii jako jeden z bardziej brutalnych. W 48. minucie Czechosłowację na prowadzenie wyprowadził strzałem głową Kadraba, ale dwadzieścia minut później wyrównał Jerković. Czas płynął i coraz więcej kibiców zaczynało myśleć o dogrywce. Jednak na dziesięć minut przed końcem Scherer strzelił na 2:1, a w 84. minucie z rzutu karnego ustalił wynik na 3:1 i Czechosłowacja mogła szykować się na finał. W wielkim finale spotkali się w wielką Brazylią. Przewaga była po stronie Canarinhos, ale nieoczekiwanie to nasi południowi sąsiedzi pierwsi strzelili bramkę. W 15. minucie trafił Masopust, ale radość nie trwała długo, bo już dwie minuty później było 1:1. Błąd Schrojfa wykorzystał Amarildo, który zastąpił w składzie Pelégo. W drugiej połowie Zito wyprowadził Brazylię na prowadzenie, a Vavá ustalił wynik meczu na 3:1. Brazylia była wtedy poza zasięgiem. Czechosłowacja pokazała się jednak z bardzo dobrej strony. Chwaleni byli przede wszystkim za grę w defensywie. Świetny turniej rozegrał bramkarz Schrojf i cała linia obrony z Pluskalem na czele. Spotkania Dukli z polskimi zespołami w Stanach Zjednoczonych nie były jednymi kontaktami naszych klubów z czeską ekipą. Kiedy na początku lat sześćdziesiątych Górnik Zabrze powoli pukał do bram piłkarskiej Europy, to właśnie Dukla stawała w progu i nie przepuszczała zabrzan dalej.
9
@FCBparasiempre
W latach sześćdziesiątych czechosłowacki futbol stał na bardzo wysokim poziomie. W 1962 r. nasi południowi sąsiedzi dotarli do finału mistrzostw świata, a czeskie kluby na czele z praską Duklą były liczącą się siłą w Europie. Bardzo ważnym elementem obu ekip był Svatopluk Pluskal. Ten twardo grający zawodnik stanowił na boisku zaporę niemal nie do przejścia i jako jeden z pierwszych stosował grę wślizgami. Poza murawą zmieniał się w sympatycznego, skorego do żartów człowieka, który zawsze dbał o dobrą atmosferę w zespole. Położona na wschodnich Morawach miejscowość Zlín na początku XX w. była małym, zapyziałym miasteczkiem, o którym Czesi mówili, że tam kończy się chleb, a zaczyna kamień. Jednak to właśnie w Zlínie przedsiębiorczy Tomáš Baťa postanowił otworzyć fabrykę obuwia, która wkrótce odmieniła oblicze miasteczka. Dzięki zamówieniom dla wojska i wizjonerskiemu spojrzeniu na biznes firma szybko stała się ważnym graczem nie tylko na krajowym, ale i na europejskim rynku. Baťa zainstalował taśmy produkcyjne, zbudował lotnisko, otwierał szkoły i wprowadził pięciodniowy tydzień pracy z wolnymi sobotami. Pracownicy mieli pracować od siódmej do siedemnastej, ale w południe przysługiwała im dwugodzinna przerwa. Do dyspozycji mieli również największe w Europie Środkowej kino z dwoma tysiącami miejsc. Liczba ludności Zlína wzrosła od niespełna trzech tysięcy u progu XX stulecia do ponad 20 tysięcy w roku 1930. Dbał również o rozwój sportu. Kiedy piłkarze z miejscowego klubu SK Zlín po zakończeniu I wojny światowej mieli problem ze znalezieniem miejsca do gry, o pomoc zwrócili się do Baťy. Przedsiębiorca udostępnił im położoną w pobliżu jego fabryki i linii kolejowej łąkę, którą wkrótce zamieniono na boisko z prawdziwego zdarzenia. W 1924 r. klub został członkiem krajowego związku i za namową przyrodniego brata Tomáša(Jana Antonína) przeszedł pod opiekę fabryki i został przemianowany na SK Baťa Zlín. W takim właśnie otoczeniu we wtorek 28 października 1930 r. przyszedł na świat Svatopluk Pluskal. Jego ojciec Alois nie pracował jak większość mieszkańców w fabryce obuwia. Zajmował się krawiectwem i miał własny warsztat. Mieszkali na Cigánovie – biednym osiedlu nad brzegami Dřevnicy, nad którym górowało wzgórze, będące w przeszłości miejscem straceń. Ojciec pochłonięty pracą nie do końca zdawał sobie sprawę z pasji, jaka ogarniała dwójkę jego synów. Nie był też do końca zadowolony, że tuż obok wnosiło się ogrodzenie boiska klubu Letná Zlín. Svatopluk i jego brat Jaroslav spędzali sporo czasu na obserwowaniu, jak grają starsi i marzyli, żeby samemu móc biegać za piłką. Wybitny czeski prozaik Ota Pavel pisze w swojej książce Dukla mezi mrakodrapy, że dla obu braci świat za ogrodzeniem miał zapach trawy i gorzkich mleczów. Często pomagali w usuwaniu tych kwiatków z murawy i w nagrodę za to zarządca obiektu nazwiskiem Talaša pożyczał im na trochę piłkę, żeby mogli pograć. Gra prawdziwą piłką była jednak dla nich rzadkością, więc postanowili, że założą młodzieżowy zespół Letnej. Na pierwszy mecz Talaša wręczył im jaskrawoczerwone koszulki, które zabrali do łóżek i z którymi spali całą noc. Ojciec początkowo uważał grę w piłkę na marnotrawstwo czasu, a chłopcy przywykli do zadawanych co wieczór pytań, gdzie tak długo byli i gdzie tak zniszczyli buty. Widział jednak, z jak wielkim sercem podchodzą do gry i zrozumiał, jak wiele futbol dla nich znaczy. Odwiedzający go klienci często chwalili jego synów i Alois w końcu zdecydował się wybrać na boisko i zobaczyć swoich chłopców w akcji. Na jednym razie się nie skończyło i od tej pory regularnie obserwował grę Svaty i Jaroslava. Kierownictwo zespołu postanowiło nawet, że u podnóża wielkiej wierzby postawią dla pana Alosia ławeczkę, co na swój sposób było wyrazem szacunku dla umiejętności jego synów. Ota Pavel pisze, że Svatopluk nie był może aż tak uzdolniony, jak jego brat, ale braki nadrabiał pracą. Nawet podczas przechadzek nad brzegami Dřevnicy podskakiwał do gałęzi i starał się głową sięgnąć do liści. To właśnie dobra gra w powietrzu stała się jednym z pierwszych jego znaków rozpoznawczych i obrońcy coraz baczniej zwracali na niego uwagę przy stałych fragmentach gry. Po zakończeniu II wojny światowej mógł w pełni skupić się na piłce i wkrótce zwrócił na siebie uwagę klubu SK Baťa Zlín. Lokalny potentat chciał podobno w pierwszej kolejności ściągnąć do siebie brata Svaty, ale niestety Jaroslav doznał urazu kręgosłupa w wyniku wypadku samochodowego i musiał przez jakiś czas zapomnieć o futbolu. Od kiedy opiekę nad klubem roztoczyła firma Baťa, znacząco się on rozwinął. Pojawiało się coraz więcej klasowych zawodników i częstsze stały się kontakty międzynarodowe. O rosnącej klasie morawskiej ekipy dobrze świadczy fakt, że w towarzyskim meczu w Poznaniu pokonała ówczesnego mistrza Polski – Wartę. W 1937 r. w klubie utworzona została pierwsza w pełni profesjonalna drużyna. Po roku wywalczyła awans do pierwszej ligi z imponującym bilansem w swojej grupie (25 zwycięstw i jeden remis w 26 meczach). W najwyższej klasie rozgrywkowej swój premierowy sezon zakończyli na dobrym, piątym miejscu. W czasach Protektoratu Czech i Moraw dwukrotnie zajmowali w krajowych rozgrywkach trzecie miejsce (1942/43 i 1943/44).
Po wojnie zespół nadal utrzymywał dobrą formę. Podczas trzech wyjazdów na tournée do Francji wygrali piętnaście z szesnastu meczów. W pokonanym polu zostawili m.in. Olympique Marsylia, a gazeta Le Courier pisała po spotkaniu o spektakularnym pokazie piłki nożnej zespołu Baty. Podczas wizyty we Francji za granicą zdecydował się pozostać jeden z czołowych zawodników Josef Humpál. W zespole nie brakowało jednak innych klasowych graczy. O obliczu tamtej ekipy decydowali znakomity strzelec Vladimír Hönig, środkowy pomocnik Rudolf Bartonec, skrzydłowy Josef Janík i obrońca Stanislav Kocourek. Wszyscy oni zaliczyli też występy w drużynie narodowej. Sezon 1946/47 zakończyli tuż nad strefą spadkową. W ostatniej kolejce grali z SK Kladno i wygrali 2:0, dzięki czemu się utrzymali. Wkrótce jednak wyszło na jaw, że spotkanie było ustawione i oba kluby zostały zdegradowane. Pluskal, kiedy dołączył do zespołu, miał ledwie 17 lat. Doskonale zdawał sobie sprawę, że niczego za darmo nie dostanie i pozycję w drużynie będzie musiał sobie sam wywalczyć ciężką pracą. Początki nie były jednak łatwe. Josef Hlobil, kiedy zobaczył młokosa na pierwszym treningu, stwierdził, że chodzi po boisku, jak bocian po oborniku. Svata jednak się nie poddawał i przez cały czas uczciwie pracował. Po zajęciach, kiedy inni zawodnicy udawali się już do domu, Pluskal zostawał i aplikował sobie dodatkowe porcje treningów. Potrafił pokonywać od dziesięciu do piętnastu okrążeni wokół stadionu, asystując tym samym średniodystansowym biegaczom. Wkrótce miał zacząć zbierać owoce swojej pracy. W lutym 1948 r. doszło w Czechosłowacji do zamachu stanu. W konsekwencji pełnia władzy znalazła się w rękach komunistów na czele z Klementem Gottwaldem. Zmiany, jakie wprowadzali, dotyczyły nie tylko życia społecznego i politycznego, ale także sportu. Podobnie jak w Polsce pojawił się pomysł zrzeszeń sportowych, a zmiany nazw klubów stały się czymś powszednim. Nazwę klubu Pluskala z SK Baťa Zlín zmieniono na ZK Botostroj I. Zlín. 1 stycznia 1949 r. przemianowano z kolei miasto Zlín na Gottwaldov, żeby uhonorować w ten sposób sekretarza generalnego partii komunistycznej. Fabryka obuwia też zmieniła nazwę – z Baťa na Svit, a klub nazywał się już ZSJ Sokol Svit Gottwaldov. Rok później z nazwy zniknął Sokol i jako ZSJ Svit Gottwaldov Pluskal wraz z kolegami wywalczyli awans do pierwszej ligi. W tabeli zajęli drugie miejsce za ZSJ Trojice Ostrava. Być może awansować udałoby się im szybciej, ale na przeszkodzie stawały ciągłe poszukiwania optymalnego formatu rozgrywek zaplecza ekstraklasy. Praktycznie co roku wyglądały one inaczej. Drużyna Pluskala zawsze była jednak w czołówce – zarówno wtedy, kiedy rozgrywki toczono w kilku regionalnych grupach, jak i wtedy, kiedy II liga była ogólnokrajowa (jak w roku 1950, kiedy awansowali). W czasie, kiedy rywalizowali w grupach regionalnych, to jednym z ich głównych rywali do awansu, był zespół Vítkovické železárny, który swe mecze rozgrywał w Ostrawie. W skład tej ekipy wchodzili tacy piłkarze jak Josef Bican czy dobrze u nas później znany Jaroslav Vejvoda. W latach 1948 i 1949 Pluskal z kolegami dwukrotnie musieli uznać ich wyższość na finiszu rozgrywek. Sam Svata jednak w starciach z renomowanymi rywalami pokazał się z bardzo dobrej strony. Vejvoda, który później był jego trenerem w Dukli, tak zapamiętał pierwsze spotkanie z nim: ,,Poznałem go jeszcze jako zawodnik, w Vítkovicach. Tam Svata rozegrał swój pierwszy ligowy mecz dla Gottwaldova w drugiej lidze. Prowadziliśmy po bramce Bicana, a sędzia odgwizdał przeciw nam jedenastkę. Wśród rywali panowała spora nerwowość i nikt nie kwapił się do wzięcia odpowiedzialności. Nawet tak doświadczeni gracze jak Křižák, Sršeň, Majer czy Hlobil. Nagle zobaczyłem, jak chwytają za koszulkę najmłodszego zawodnika, takiego żylastego, chudego blondyna i ciągną go za rękę w pole karne. Wtedy usłyszałem jak mówią do niego: „Ananasku, jak nie trafisz, to rozbijemy ci dziób”. Svata wziął rozbieg, nasz bramkarz Petruška rzucił się w kierunku słupka, a piłka wylądowała w siatce na środku bramki”– opowiadał po latach Jaroslav Vejvoda. Sam Pluskal zapytany po latach o tę sytuację odpowiedział z przymrużeniem oka, że tak naprawdę chciał posłać piłkę przy słupku. Bramkarz zauważył to w jego ruchu i rzucił się w dobrą stronę, ale Pluskal nieczysto trafił w futbolówkę i ta poleciała w środek bramki. Sam Vejvoda z kolei mówił, że takie żartobliwe umniejszanie swoich dokonań i zasług było typowe dla Pluskala. Svit Gottwaldov długo w pierwszej lidze nie zabawił. W dość wyrównanej stawce czternastu zespołów zajęli dwunaste miejsce, co oznaczało spadek. Do utrzymania zabrakło im dwóch punktów. Grali jednak bez kompleksów i nie bali się ofensywnego futbolu, o czym świadczy fakt, że tylko jeden zespół strzelił więcej bramek niż oni. Gottwaldov po roku wróci do elity, ale już bez Svaty w składzie. W swoim debiutanckim sezonie na najwyższym szczeblu Pluskal był podstawowym zawodnikiem zespołu i wystąpił w 23 meczach, strzelając jedną bramkę. Pokazał się jednak z tak dobrej strony, że postanowił po niego sięgnąć praski ATK. Ten wojskowy klub w 1953 r. zostanie przemianowany na ÚDA, a trzy lata później na AS Dukla. Nazwa pochodziła od Przełęczy Dukielskiej na Słowacji, gdzie armia czechosłowacka pod koniec II wojny światowej toczyła wyjątkowo krwawe boje z Niemcami.
To w Pradze Pluskal stworzył znakomity duet z Josefem Masopustem. Nie był może tak błyskotliwy, jak on i nie imponował takim wyszkoleniem technicznym, ale w dużej mierze dzięki Pluskalowi, który zabezpieczał tyły, Masopust mógł grać tak odważnie. Panowie poznali się jeszcze zanim trafili do Pragi. Pluskal grał wówczas w Zlínie, a Masopust był zawodnikiem Vodotechny Teplice. Obaj otrzymali powołania na zgrupowanie młodzieżowej reprezentacji. Byłem jeszcze wtedy w Teplicach, a on był w Zlínie. Spotkaliśmy się na zgrupowaniu narodowej drużyny „lwiątek” (jak nazywano reprezentację juniorów – przyp. aut.) w Klánovicach. Przywiózł ze sobą torbę z bułkami od mamy. Ostatecznie nie zagraliśmy, ale zjedliśmy wszystkie bułeczki i wróciliśmy do domu. Od tamtej pory jesteśmy przyjaciółmi – wspominał pierwsze spotkanie z Pluskalem Josef Masopust. Wspólne początki w Pradze nie należały jednak do najlepszych. Swój pierwszy sezon w stolicy Pluskal i Masopust zakończyli dopiero na ósmym miejscu w tabeli. Udało im się jednak zdobyć krajowy puchar po wygranej 4:3 nad Sokolem Hradec Králové, choć trzeba zaznaczyć, że nie wszystkie kluby brały udział w tych rozgrywkach. Początek lat 50-tych to jednak czas, kiedy w Pradze zaczyna powstawać naprawdę klasowa ekipa. Do wojskowego klubu ściągano najzdolniejszych piłkarzy ze Sparty czy Slavii. Zatrudniano cenionych szkoleniowców i nie szczędzono pieniędzy na sprzęt i boiska. Działacze postawili sobie za cel stworzenie drużyny, która zawojuje Europę i świat. Najpierw jednak trzeba było zawojować Czechosłowację. Pierwszy sukces na krajowym podwórku prażanie odnieśli już w 1953 r. W sezonie, na którego wyniki składała się tylko jedna runda spotkań, ÚDA zajęła pierwsze miejsce i Pluskal z Masopustem mogli cieszyć się ze swojego pierwszego mistrzostwa. Obaj bardzo szybko wypracowali na boisku nić porozumienia. Na pamięć potrafili odczytywać wzajemne intencje i rozumieli się niemal bez słów. W systemie 4-2-4 stanowili prawdziwy kręgosłup drużyny. Trzecim znakomitym zawodnikiem, który zasilił szeregi praskiej ekipy w tym samym czasie, co Pluskal i Masopust był obrońca Ladislav Novák. Swoją grą bardzo szybko zdobyli serca kibiców, którzy zaczęli ich nazywać świętą trójcą. Do zdobytego w 1953 r. mistrzostwa dołożyli kolejne w 1956 r. już jako Dukla. Sukces powtórzyli też w sezonie 1957/58, który był przejściowym, wydłużonym ze względu na zmianę systemu rozgrywek na jesień-wiosna. Mistrzowski tytuł zdobyty w 1956 r. otworzył Dukli możliwość występu w Pucharze Europy. Pierwszy raz czechosłowacki klub wziął udział w rozgrywkach w trakcie drugiej edycji i był to Slovan Bratysława. Teraz wielki europejski futbol miał zawitać do Pragi. Do rywalizacji Dukla przystąpiła od pierwszej rundy. Los nie był dla nich szczególnie łaskawy, bo trafili na będący wówczas w bardzo dobrej formie Manchester United. Prowadzona przez Matta Busby’ego ekipa, w której ważne role odgrywali młodzi, utalentowani zawodnicy grała bez kompleksów. Piłkarze Dukli mieli dotąd raczej ograniczony kontakt z brytyjskim futbolem. Na Old Trafford w Manchesterze nie byli w stanie upilnować będącego w świetnej formie Duncana Edwardsa i przegrali 0:3. Rewanż wydawał się formalnością, ale czeska ekipa odrobiła lekcje. W Pradze zagrali dużo uważniej w defensywie, nie spuszczali oka z Edwardsa i mieli przewagę w posiadaniu piłki. Ta przełożyła się jednak tylko na jedną bramkę, a to było za mało, żeby myśleć o awansie.
6
Czeski rygiel:
@Safrani
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
8
@FCBparasiempre
Wieczór 17 października 1973 był wyjątkowy dla polskiego futbolu. Gdyby nie to, co wydarzyło się wówczas, nie byłoby późniejszych sukcesów. Nie byłoby wspomnień o wielkich „Orłach Górskiego” i niezapomnianych bojów z Argentyną, Włochami czy Brazylią. Nie byłoby słynnego meczu na wodzie z RFN. Prawdopodobnie nie byłoby też wielkiej drużyny Antoniego Piechniczka i medalu na mundialu w Hiszpanii. To o czym w wielu polskich domach opowiada się do dziś, jest w dużej mierze zasługą Jana Domarskiego. To on strzelił być może najważniejszego gola w dziejach polskiej piłki. Domarski zaczynał karierę w Stali Rzeszów i jest prawdziwą legendą tego klubu. Występował w nim, gdy rzeszowianie grali w najwyższej klasie rozgrywkowej. Kiedy spadli do drugiej ligi, późniejszy architekt pierwszego powojennego awansu Polaków na mundial musiał odejść. Nie trzeba było wyjeżdżać daleko. W jego rodzinnych stronach w siłę rosła Stal Mielec, która miała wielkie ambicje sportowe. Po latach występów w stolicy Podkarpacia w 1972 roku przeniósł się do lotniczego miasta. Już wtedy miał na koncie debiut w reprezentacji. Po raz pierwszy w narodowych barwach zagrał bowiem już w 1967 roku. Ówczesny selekcjoner Michał Matyas powołał go na mecze eliminacji turnieju olimpijskiego przeciwko drużynie Związku Radzieckiego. W pierwszym spotkaniu Domarski siedział na ławce rezerwowych. Zagrał za to od początku w rewanżu na Łużnikach. Polacy przegrali bój o igrzyska, ale pochodzący z Podkarpacia zawodnik został zapamiętany, zwłaszcza przez Kazimierza Górskiego, który wówczas pełnił funkcję asystenta selekcjonera. Wielkie chwile Domarskiego pod wodzą tego trenera miały dopiero nadejść. Jak już wspomniałem, w Mielcu powstawała drużyna z dużymi aspiracjami. Nic dziwnego, skoro w jej szeregach znajdowali się tacy zawodnicy jak Grzegorz Lato, Zygmunt Kukla czy Henryk Kasperczak. Mimo to chyba mało kto przypuszczał, że zespół ten będzie w stanie wejść na szczyt krajowego futbolu. Tymczasem już w pierwszym sezonie gry Domarskiego w Mielcu, Stal sięgnęła po mistrzostwo Polski. Rywalizację zakończyła, mając trzy punkty przewagi nad Ruchem Chorzów. Dla piłkarskiego środowiska stanowiło to duże zaskoczenie. Edward Kazimierski, który pełnił wówczas rolę wiceprezesa Stali, powiedział: ,,Pamiętam, jak ogólnopolskie media pisały o nas, że jesteśmy prowincjonalnym mistrzem, że to przypadek. Wyśmiewano nas, nazywano wieśniakami. Dla wielu dziennikarzy było niepojęte, że mistrzem nie jest ani Górnik, ani Legia, ani nawet Ruch, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków czy Gwardia Warszawa. Tytułu nikt jednak nie mógł mielczanom zabrać. Solidnie na niego zapracowali. W kraju nad Wisłą pojawiła się nowa piłkarska siła”.
Wprawdzie Domarski zadebiutował w reprezentacji wcześnie, ale musiał długo czekać, by zadomowić się w niej na dobre. Niecałe trzy lata po premierowym meczu z ZSRR zagrał jeszcze w towarzyskiej potyczce z Irakiem. Ponownie biało-czerwony strój założył dopiero w 1973 roku, kiedy wybiegł na murawę podczas jednego z najważniejszych spotkań w historii naszego kraju. 6 czerwca na Stadionie Śląskim w Chorzowie zespół Kazimierza Górskiego walczył o punkty w eliminacjach mistrzostw świata. Rywalem była Anglia, z którą nigdy wcześniej Polacy nie wygrali. Tego dnia udało się jednak dokonać czegoś wyjątkowego. Gospodarze zwyciężyli 2:0. Domarski pojawił się na boisku w drugiej połowie, kiedy koszmarnej kontuzji, mającej duży wpływ na dalszą karierę, doznał Włodzimierz Lubański. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, jak trudno będzie zastąpić gwiazdę Górnika Zabrze, ale rzeszowianin pokazał, że jest w stanie dać wiele kadrze w najbliższej przyszłości. Kibice mogli się o tym przekonać 26 września, kiedy w niezwykle ważnym meczu eliminacyjnym Polska pokonała Walię 3:0. Domarski zdobył jedną z bramek. Wyjazd do RFN wydawał się coraz bardziej realny. Z jednej strony, przed ostatnim meczem w eliminacjach, od awansu dzielił nas tylko remis. Z drugiej, trzeba było zdobyć wymarzony punkt w jaskini lwa, na słynnym Wembley, w starciu z reprezentacją Anglii, która zaledwie siedem lat wcześniej sięgnęła po tytuł najlepszej drużyny globu. Mimo zwycięstwa w Chorzowie nikt nie dawał Polakom wielkich szans na sprawienie kolejnej niespodzianki. A jednak nadzieja się tliła. Chyba każdy zna historię o tym, jak lekceważąco do polskich piłkarzy odnosili się Anglicy. Nie pierwszy raz w sporcie brak szacunku do rywala i nadmierna pewność siebie przyniosły zgubę.
17 października 1973 roku to być może najważniejsza data w dziejach polskiej piłki. Na początku drugiej połowy kapitalną akcję przeprowadziła trója ze Stali Mielec. Kasperczak, Lato i Domarski. Resztę znamy na pamięć. To wtedy padł gol, który stał się legendą. Tego dnia Anglicy przeważali. Zdołali wyrównać, ale na więcej nie było ich stać. Remis dał Polakom awans, pierwszy po wojnie. Tak na łamach wydanej przez „Rzeczpospolitą” publikacji „Piłka w grze” wspominał tę chwilę Kazimierz Górski: ,,Przejmująca cisza na trybunach. Starsi angielscy kibice mieli łzy w oczach. W czasie meczu panował taki huk, że nic nie było słychać. A teraz mogłem coś powiedzieć normalnym głosem i słychać by mnie było pod drugą bramką”. Największymi bohaterami tamtego pamiętnego wieczoru byli Jan Tomaszewski, o którym do dziś mówi się, że zatrzymał Anglię oraz, rzecz jasna, Domarski. Przez lata opowiadał o tym wydarzeniu. Opowiadanie o tamtym meczu nigdy mi się nie znudzi. Taka bramka i taka historia? To nie męczy nigdy. Naprawdę – mówił w wywiadzie przeprowadzonym przez Łukasza Jachimiaka na portalu Sport.pl. Nigdy nie ukrywał dumy. Nic dziwnego – w końcu razem z kolegami dokonał czegoś wielkiego. Tak wspominał to wyjątkowe wydarzenie na portalu Łączy nas piłka: ,,Pytają mnie często, jakie było to uczucie, gdy pokonałem Petera Shiltona. Muszę powiedzieć, że radość, radość i jeszcze raz radość. Nawet po wielu latach, to uczucie we mnie nie maleje a wręcz przeciwnie, narasta. Myślę, że to dotyczy wszystkich chłopaków, którzy wystąpili 17 października 1973 roku na Wembley. Weszliśmy do elity…” Gol na Wembley nie był zwykłą bramką. To nie tylko trafienie na wagę pierwszego po wojnie awansu do finałów mistrzostw świata. To niemal element popkultury. Świadczyć może o tym jedna ze scen w filmie „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego. To gol, którego nie zapomnimy nigdy. W 1974 roku Domarski pojechał do RFN na mistrzostwa świata. Zabrakło tam kontuzjowanego Lubańskiego a jednak pochodzący z Rzeszowa napastnik nie był pierwszoplanową postacią naszej drużyny. W pierwszej jedenastce zadomowił się Andrzej Szarmach. ,,Żadnej sensacji w tym nie ma. To była zdrowa rywalizacja i Andrzej Szarmach pokazał, że ma więcej atutów. Nie wykluczam, że mogła decydować jego świetna gra głową. Po tych wszystkich przygotowaniach nikt z nas nie miał wątpliwości, że miejsce w jedenastce należy się Szarmachowi”– wspominał na łamach Newsweeka Andrzej Strejlau, ówczesny asystent Górskiego. Sam zainteresowany nie miał do nikogo pretensji i rozumiał selekcjonera, o czym można przeczytać w cytowanym wcześniej artykule Antoniego Bugajskiego: ,,Nie jestem i nie byłem rozczarowany. Trener Górski postawił na Szarmacha i trudno mieć pretensje, bo przecież spełnił oczekiwania, na mundialu strzelił aż pięć goli. Byłoby śmieszne, gdybym kwestionował ten wybór”. Na mundialu Szarmach był jedną z największych gwiazd. W dużym stopniu przyczynił się do olbrzymiego sukcesu, jakim było zajęcie trzeciego miejsca. Domarski wystąpił w trzech spotkaniach. Wchodził z ławki rezerwowych w wygranych meczach z Argentyną i Jugosławią. Od pierwszej minuty wyszedł na plac gry w słynnym „meczu na wodzie” przeciwko gospodarzom. O tej rywalizacji chyba już napisano wszystko. Zawodnik Stali Mielec zastąpił tego dnia kontuzjowanego Szarmacha. Robił co mógł, ale to Niemcy awansowali do finału. Dalsza część historii jest znana. Biało-czerwoni pokonali Brazylię i mogli poszczycić się mianem trzeciej drużyny świata. Domarski nie został postacią pierwszoplanową, ale był częścią wspaniałego zespołu, który do dziś rozpala wyobraźnię polskich kibiców i przywołuje piękne wspomnienia. Domarski już nigdy później nie zagrał w reprezentacji. Nie znaczy to jednak, że jego przygoda z piłką się zakończyła. W sezonie 1975/76 drugi raz w karierze zdobył mistrzostwo Polski, po czym zdecydował się odejść z Mielca. Przeniósł do Francji, gdzie przez dwa sezony reprezentował barwy Nimes Olympique. Następnie wrócił do ukochanego Rzeszowa. Przez krótko znów był piłkarzem Stali. W sezonie 1979/80 został graczem jej lokalnego rywala – Resovii, dla której występował przez trzy sezony. Zawodniczą karierę kończył w Stanach Zjednoczonych, amatorsko kopiąc piłkę w klubie SAC Wisła Chicago. Kiedy Jan Domarski przestał biegać za piłką, nie chciał definitywnie kończyć z futbolem. Próbował sił jako trener. W roli szkoleniowca pracował na Podkarpaciu. Prowadził m.in. trzecioligową Stal Sanok czy występujący na piątym poziomie rozgrywkowym Wisłok Wiśniowa.
Zdobywca najsłynniejszej polskiej bramki zaliczył też epizod w polityce, ale większego powodzenia w tej dziedzinie nie odniósł. Kilka lat temu dostał pracę w Podkarpackim Związku Piłki Nożnej. Został szefem Rady Trenerów. W przywoływanym już artykule redaktora Bugajskiego mówił: ,,Jestem przy piłce, bo trudno się od niej oderwać. Ze starymi kumplami z boiska też próbuję mieć kontakt. Warto się spotykać i wspominać, bo życie ucieka”. Nie ma wątpliwości, że Jan Domarski to postać zasłużona dla polskiego futbolu. Zawsze będzie kojarzył się z październikowym wieczorem na Wembley i złotym kopnięciem, po którym piłkę pod brzuchem puścił Peter Shilton. Nie ma w tym nic dziwnego. Ta bramka zapewniła mu szczególne miejsce w historii naszego piłkarstwa. Należy jednak pamiętać też o innych osiągnięciach. Domarski to w końcu medalista mistrzostw świata, dwukrotny mistrz Polski, a do tego lokalny bohater. Jeden z najważniejszych zawodników w dziejach podkarpackiej piłki. Pamiętajmy, że to w dużej mierze dzięki niemu oglądanie archiwalnych nagrań z komentarzem Jana Ciszewskiego budzi, również dziś, wzruszenie w milionach polskich domów.
Osiągnięcia i statystyki:
Osiągnięcia klubowe:
Stal Mielec
2 x mistrzostwo Polski (1973, 1976)
Osiągnięcia Reprezentacyjne:
3. miejsce na mistrzostwach świata (1974)
8
Legenda Wembley kończy dziś 78 lat:
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Symson 7 lat??? No ja cie nie kręce!! Przecież ty śmiało mógłbyś być moim dzieckiem! Ja miałem wówczas 33 lata i siedziałem w lesie, nie wiedząc co się tak naprawde dzieje w poważnym świecie...
Generalnie zazdroszcze tobie tej młodości, no ale każdy z nas zmierza prędzej czy później do starości...
8
@FCBparasiempre
28 października 1933 r. urodził się Manoel Francisco dos Santos, wybitny skrzydłowy i napastnik; 2-krotny Mistrz Świata, król strzelców MŚ 1962 i najlepszy piłkarz MŚ 1962. Garrincha to zdaniem większości fachowców jeden z najwybitniejszych piłkarzy wszechczasów, dorównujący umiejętnościom i talentem takim piłkarzom jak Maradona, Pele czy Messi. Garrincha często wdawał się w drybling w czym był mistrzem. Dryblował i robił szybkie i niespodziewane zwody, często tylko dla samej frajdy. Był niski i posiadał silne nogi co pozwalało mu na niesamowitą zwrotność na boisku. Potrafił też uderzyć bardzo precyzyjnie z dystansu. Jednak z powodu problemów z prowadzeniem się nigdy nie osiągną sławy i pozycji takiej, na jaką faktycznie zasługiwał. To właśnie Garrincha zapoczątkował gest fair play, polegający na wybiciu piłki na aut w momencie, gdy któryś z zawodników przeciwnej drużyny leży na boisku lub jest kontuzjowany. Brazylia grając w składzie z Garrinchą i Pele, nigdy nie przegrała! Jego pseudonim oznacza „Śpiewający Ptak”, był też nazywany Mane Garrincha. Garrincha przyszedł na świat w miejscowości Pau Grande, w dystrykcie Mage i stanie Rio de Janeiro. Jego ojciec był alkoholikiem, Garrincha niestety odziedziczył skłonność do alkoholu po ojcu.
Genialny Brazylijczyk wcale nie miał predyspozycji do zostania wysokiej klasy piłkarzem; miał wadę kręgosłupa, jedną nogę krótszą i wygiętą do wewnątrz w kolanie, chorował również na polio(Choroba Hainego-Medina). O dziwo wcale mu to nie przeszkadzało w płynnym i sprawnym poruszaniu się po boisku. Niektórzy nawet twierdzą, że dziwne powykrzywiane nogi stały się to jego atutem i pomagały w dryblingach i oszukiwaniu przeciwników. Mimo, że Garrincha uwielbiał grać i miał wielki talent to nie od razu to dostrzeżono. Pierwszym klubem w którym zaczął grywać jako nastolatek był; Pau Grande Sports Club. Następnie trafił do Botafogo Rio de Janerio, z którym się związał mając 20 lat. Już w pierwszych meczach pokazał swoje niezwykłe umiejętności driblingu i trzymania piłki przy nodze. W debiucie w pierwszym składzie drużyny Botofago ustrzelił hat tricka! Jednak minęło trochę czasu zanim dostrzeżono w nim przydatność do reprezentacji Brazylii. Pierwsze mecz w barwach Canarinhos rozegrał w 1955 r. W 1957 roku wraz z drużyną Botafogo zdobył mistrzostwo stanowe. Tego roku także zabłysną w reprezentacji, jednak wielu niepokoiło nonszalanckie zachowanie Garrinczy, który często bawił się z obrońcami drużyny przeciwnej, mijając ich, a następnie czekał aż wrócą i ponownie dryblował. Został powołany do szerokiej kadry na Mistrzostwa Świata w 1958 r. odbywające się w Szwecji. Jednak nie wystąpił w dwóch pierwszych meczach z obawy trenera, że może się zachowywać nieodpowiedzialnie w bardzo ważnych meczach. Wystąpił za to w meczy trzecim z ZSSR, w którym grał główne skrzypce. Pierwsze minuty były tak miażdżące w wykonaniu Brazylii, w której w składzie był także niespełna 18 letni Pele, że niektórzy nazywają je najlepszymi trzema minutami w historii piłki nożnej. Brazylia zdobyła gola już w drugiej minucie, a w pierwszej po rajdzie Garrinchy był słupek, a potem poprzeczka Pelego. Ostatecznie Canarinhos wygrali 2:0. Następnie pokonali Walię, a jeden z zawodników Walijskich, Mel Hopkins opisał Brazylijczyka jako zjawiskowego i magicznego piłkarza. W półfinale Brazylia pokonała Francję 5:2. Identyczny wynik padł w finale w meczu ze Szwecją. I mimo, że to młodziutki Pele był największą gwiazdą Mistrzostw to Garrincha znalazł się w pierwszej „11” mistrzostw. Garrincha zaczął nadużywać alkoholu, od którego i tak nigdy nie stronił. Wdawał się w liczne romanse. Po mistrzostwach sporo przytył i daleki był od prowadzenia sportowego życia. Zastał nawet odsunięty od kadry. Ale powrócił i zagrał na kolejnych Mistrzostwach Świata w 1962 r., odbywających się w Chile. To właśnie ten mundial sprawił, że Garrinchę zaczęto nazywać najlepszym piłkarzu świata. Z powodu kontuzji Pelego w trakcie mistrzostw, stał się numerem jeden w reprezentacji i największą gwiazdą mistrzostw. Brylował na skrzydle wypracowując sytuacje bramkowe kolegom i jak również sam strzelał bramki. W ćwierćfinale z Anglią zdobył dwa gole w wygranym meczu 3:1, a w półfinałowym spotkaniu z Chile również dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, a mecz zakończył się wynikiem 4:2. W meczy finałowym Cnarinhos pokonali Czechosłowację 3:1, a Garrincha grał w nim mimo gorączki. Genialny Brazylijczyk został królem strzelców(4 gole) i został wybrany Piłkarzem Mistrzostw, a ludzie półżartem zadawali sobie pytania z jakiej on jest planety. Po mistrzostwach, genialny Brazylijczyk poprowadził swój klub do zwycięstwa w Campeonato Carioca(jedne z najbardziej prestiżowych rozgrywek w Brazylii), pokonując w finale Flamengo. W sumie Garrincha przez 12 lat gry dla Botafogo zdobył trzy razy Campeonato Carioca, wystąpił w 581 meczach strzelając 232 goli. Jest tym samym dla klubu z Rio de Janerio co Pele dla Santosu.Do reprezentacji Brazylii powrócił dopiero w 1965 r. , poza problemami z samym sobą, Garrincha borykał się z kontuzją kolana. Jednak pojechał na już swoje trzecie z rzędu Mistrzostwa Świata, tym razem odbywające się w Anglii. Garrincha już nie zachwycał tak jak dawniej, a dla reprezentacji Brazylii były to jedne z najgorszych mistrzostw w historii. Mimo dobrego początku i wygranej 2:0 z Bułgarią, kolejne dwa mecze przegrali, kolejno z Włochami i Portugalią. W meczu z Portugalią Garrincha nie wystąpił. Do słabszej postawy Brazylii przyczyniła się także kontuzja Pelego(który był brutalnie faulowany przez piłkarzy przeciwnych drużyn), który nie wystąpił w drugim meczu, a w trzecim biegał utykając. Spadek formy Garrinchy poskutkował przejściem do nowego klubu – FC Corinthians Paulista. Długo tam nie zabawił, rozegrał tam tylko 4 mecze i w 1967 r. powrócił do Rio de Janerio podpisując kontrakt z miejscowym Portuguesa Carioca. Nie zagrał tam ani razu. W 1968 r. trafił do kolumbijskiego Atletico Junior, rozgrywając tam tylko jeden mecz. W tym samym roku powrócił do ojczyzny, a dokładnie do Flamengo. Do 1969 roku wystąpił w czterech meczach bez większych sukcesów i rozstał się z klubową piłką. Jeszcze raz spróbował swoich sił w 1972 r. kiedy jako 39-latek rozegrał 8 spotkań w barwach Atlético Clube Olaria. W 1973 r. za zasługi dla brazylijskiej piłki, Garrinchy zorganizowano mecz pożegnalny. Na słynnym stadionie Maracana w Rio de Janeiro mecz obejrzało 130000 widzów!!! A gdy schodził z boiska został owacyjnie pożegnany przez tłumy. Dla reprezentacji Brazylii zagrał 50 razy strzelając 12 bramek. Garrincha był lekkoduchem zarówno na boisku jak i poza nim. Niczym się nie przejmował i korzystał z życia, co nie zawsze przynosiło pozytywne skutki. Uczestniczył w kilku wypadkach, z czego w jednym z nich zginęła jego teściowa. Był uzależniony od alkoholu i tabaki. Zdecydowanie alkohol zabrał mu sporo zdrowia i sprawił, że stał się wrakiem psychiczny i fizycznym. Spłodził osiem córek z swoją żoną i miłością z dzieciństwa Nair Marques, druga żoną była piosenkarka Nair Marques, z która również się rozwiódł. Miał też liczne potomstwo z kochankami i przypadkowymi kobietami. Po zakończeniu kariery piłkarskiej stopniowo i powoli się staczał na dno borykając się z problemami finansowymi i zdrowotnymi, …zapomniany przez świat. Zmarł w wieku 49 lat w Rio de Janerio na skutek śpiączki alkoholowej. Na jego pogrzeb przybyło tysiące fanów. Ma własny pomnik przy stadionie Maracana a na jego nagrobku widnieje napis: "Tutaj odpoczywa w pokoju ten, który był Pociechą dla Ludzi – Mané Garrincha”. Jego nazwiskiem nazwano również stadion w Brasilii-stolicy Brazylii.
9
Cóż za genialna legenda futbolu:
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@messi33 męczennika? Jakiego znowu męczennika?
9
Historia pisana Blaugraną:
28 października 1987 r. FC Barcelona dokończyła mecz z Atletico Madryt. Pojedynek na Camp Nou w pierwotnym terminie(3 październik) został przerwany przy stanie 1:1 z powodu ulewnego deszczu. Po ponad 3 tygodniach dokończono mecz i w ciągu 20 minut działo się więcej , niż przez poprzednie 70. Jedynego gola strzeliło Atletico, co wywołało protest piłkarzy Barçy domagających się odgwizdania spalonego. ,,Gardził nami na boisku a rzut wolny przelał czare goryczy. Atletico nie chciało ustawienia muru i wykonało szybko niecelny strzał. Arbiter zarządził powtórke i powiedział nam że gdyby padł gol, to uznał by bramke”- żalił się Gerardo. Sędzia odpowiedział natychmiast: ,,Nie chciałem tego mówić ale teraz nie mam wyboru. Alexanco kłamie. Barcelona jest, gdzie jest przez swoją gre. Drużyna, która przez 20 minut nie stwarza żadnej okazji, nie może zrzucać winy na arbitra. Nie przyjechaliśmy tutaj uzbrojeni w pistolety, to gracze Barçy wywoływali cały czas konflikty”.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
Z całym szacunkiem i sympatią dla ,,mojego" Widzewa ale tak oczy krwawią że nie da się na to patrzeć i już wole ogladać Inter z Juventusem i tak też przełączam na ten hit...
1
@Symson No tak ale w tym meczu z Gramanet w podstawie wyszli: Puyol, Xavi, Iniesta, Marquez czy van Bronchorst. W dodatku w drugiej połowie wszedł Eto'o! Oczywiście od początku meczu grał Messi ale w jego przypadku trudno było wówczas oczekiwać już cudów. Pomimo takiego składu, to jednak bardzo zdumiewa porażka z trzecioligowym rywalem. Mam wrażenie że całkowicie zlekceważyli tego rywala...
11
Grande Espectacolo El Clasico!
27 października 2013 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madryt 2:1 w ramach 10 kolejki La Liga i umocniła się na prowadzeniu w tabeli. Do wygranej nad Królewskimi nie potrzeba było nawet kunsztu Messiego. Tym razem bowiem ze świetnej strony pokazali się inni gracze. Gerardo Martino ustawił Barcę zgodnie z oczekiwaniami. Największy znak zapytania mieliśmy przy jednym miejscu w linii ataku i ostatecznie zamiast Pedro Rodrigueza czy Alexisa Sancheza szansę od pierwszego gwizdka otrzymał Cesc Fabregas. Prawdziwą rewolucję mieliśmy za to w zespole Realu Madryt. Chyba nikt nie był w stanie przewidzieć podstawowej jedenastki Królewskich. Carlo Ancelotti zamienił system z 4-2-3-1 na 4-3-3. Dodatkowo rolę defensywnego pomocnika odgrywał nominalny obrońca - Sergio Ramos, a na szpicy w miejscu Karima Benzemy pojawił się Gareth Bale. Taktyka włoskiego szkoleniowca zdecydowanie nie sprawdziła się w pierwszej połowie. Zbyt wielu pomocników było ustawionych defensywnie, przez co Victor Valdes praktycznie pozostawał bezrobotny. Dodatkowo bardzo skutecznie kryty był Cristiano Ronaldo, a Gareth Bale po kontuzjach wciąż nie był piłkarzem, który jeszcze nie tak dawno fantastycznie prezentował się w Premier Legue. Tymczasem Barca grała swoje i defensywną skałę Realu rozkruszyła w 19. minucie. Ostatnio krytykowany Andres Iniesta wypuścił lewą stroną pola karnego Neymara, który bardzo sprytnie po rykoszecie umieścił piłkę w siatce tuż przy długim słupku. Co ciekawe, niewidoczny nie był tylko gwiazdor Realu Madryt, ale również FC Barcelony. Lionel Messi grał wyraźnie za linią napadu, nie ruszał wraz z atakami i ciągle szukał wolnego miejsca, ale głównie przed polem karnym. Po zmianie stron Królewscy wyszli już ofensywniej ustawieni z myślą o wyrównaniu. Widowisko od razu nabrało rumieńców, a Królewscy byli bardzo bliscy zdobycia upragnionego gola. Ataki większą liczbą piłkarzy sprawiły, że defensywa Barcy już nie radziła sobie tak idealnie z przykryciem przyjezdnych gwiazd i o swoim kunszcie przypomniał Valdes, dla którego było to prawdopodobnie ostatnie El Clasico na Camp Nou. Golkiper reprezentacji Hiszpanii świetnie bronił uderzenia Sami Khediry i Ronaldo. Dodatkowo miał wiele szczęścia przy atomowym strzale Benzemy z dystansu, po którym zatrzęsła się cała poprzeczka, a swoje "trzy grosze" dorzucił sędzia Undiano Mallenco, który przymknął oko na starcie Javiera Mascherano i Ronaldo w polu karnym Barcy. Jeśli należał się Królewskim karny, to Argentyńczyk powinien wylecieć z boiska. Zamiast tego 9 minut po wejściu na boisko kapitalnym lobem popisał się Alexis Sanchez, który otrzymał podanie od Neymara. Gości stać było jedynie na honorowe trafienie w doliczonym czasie gry Jese Rodrigueza. W poprzednich pięciu El Clasico Barca ani razu nie wygrywała. Wszystko za sprawą Jose Mourinho, którego serii nie przedłużył Carlo Ancelotti. Włoch przegrał spotkanie pod względem taktycznym - w pierwszej połowie jego ekipa nie istniała, Bale musi jeszcze poczekać na swoją szansę, a przez pełne 90 minut na boisku zabrakło niezwykle aktywnych Isco czy Alvaro Moraty. Były trener AC Milan czy PSG zdecydowanie przekombinował z ustawieniem jedenastki a mina zdziwionego Ramosa przed pierwszym gwizdkiem idealnie to potwierdziła.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
1
To wspaniały rekord i wspaniały zawodnik, jednak należy również pamiętać o Paulino Alcantarze, który od momentu debiutu w Blaugranie mając 15 lat, musiał czekać aż 3 lata na swój pierwszy Klasyk, w którym oczywiście otworzył wynik meczu zakończony zwycięstwem Barcy 2:1 a miało to miejsce w półfinale Copa del Rey 26 marca 1916 r.
11
Niechlubne wspomnienia:
Dokładnie 20 lat temu FC Barcelona przegrała w pierwszej rundzie Pucharu Hiszpanii z trzecioligowym UDA Gramanet 0:1 po dogrywce. W 2003 r. Blaugrana potrzebowała gola Ronaldinho żeby wyeliminować tego samego przeciwnika z Pucharu Króla. Rok później nie miała już tyle szczęścia. Po golu w dogrywce swojego wychowanka Oscara Ollesa poniosła kolejną w Copa del Rey porażke z nisko notowanym rywalem(w 2001 z Figueres i w 2002 z Noveldą). W ataku grał wówczas młodziutki Messi, który po meczu ,,czuł złość z powodu porażki” i narzekał że ,,gospodarze zamknęli się na swojej połowie”. Tamten sezon był pierwszym od kiedy pokochałem Blaugrane, jednak o tym meczu i że grał w nim Messi nie miałem żadnego pojęcia. Do prasy miałem wówczas nieco ograniczony dostęp, w telewizorze miałem tylko jedynke, dwójke i Polsat, a o internecie to mogłem co najwyżej pomarzyć. Jedyne wyniki Barçy znałem z telegazety plus wybrany mecz przez publiczną tv w Lidze Mistrzów.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
9
Teatr ,,Novedades”:
Jedną ze sztuk teatralnych pokazywanych w ,,Novedades”, jak powszechnie nazywano teatr była ,, L' honor del barri". Jej autorem był rysownik i satyryk Valenti Castanys i Borras, który firmował tekst pseudonimem ,, Dova". Wystawienie sztuki było częścią kampanii zorganizowanej przez tygodnik ,, La Rambla" na rzecz byłego piłkarza Marii Martineza Vallesa, w futbolowym świecie znanego jako ,, Rini", który zrządzeniem losu urodził się przy ulicy Industria, tuż przed stadionem FC Barcelony. Ten prawoskrzydłowy grający w takich klubach jak New Catalonia, Barça, Espanyol, Saragossa i Centre d'Esports Sants, doznał bardzo poważnej kontuzji kręgosłupa. Zmusiło go to do zakończenia przygody ze sportem a to z kolei spowodowało że wpadł w depresję. Wiedząc jak duże problemy finansowe miał Rini, jego koledzy z CE Sants odwiedzili Josepha Sunyola, wydawcę ,,La Rambli”, prosząc o pomoc. Żeby zdobyć pieniądze wpadli na pomysł zorganizowania spektaklu teatralnego. Skontaktowali się z Castanysem, który w 1925 roku w teatrze ,,Romea” miał premierę swojej sztuki ,, El partit diumenge"(Niedzielny mecz) aby specjalnie na tę okazję napisał tekst. Poza tym wielu piłkarzom zaproponowano udział w przedstawieniu w roli aktorów. Po kilku zamkniętych próbach 11 marca 1930 roku w Casal del Esports odbyła się premiera sztuki reżyserowanej przez Ramona. Sprzedano wszystkie bilety. W spektaklu wystąpili piłkarze: Ricardo Gallart, Manel Cros, Angel Arocha, Ricardo Zamora, Manuel Parera, Francesc Alcoriza, Vicenc Piera, Josep Samitier, i Jose Padron. Udział wzięli również dziennikarze, jak Louis Aymani a nawet dyrektorzy Katalońskiej Federacji Piłkarskiej, w tym Salva czy Sunyol we własnej osobie. Do tego dobroczynnego przedstawienia dołączyły też zawodniczki z sekcji koszykarskiej Barçy Anita Gonzalez i Lina Vivarelli, które zagrały postaci kobiece. Dzięki wpływom z przedstawienia oraz anonimowym darowizną uzbierano ponad 5000 peset dla Riniego. Byłemu piłkarzowi udało się dojść do siebie i niedługo potem zaczął pracować jako dozorca w centrum klinicznym Mutual Esportive de Catalunya, założonym w 1930 roku przez chirurga z Sabadel Emilego Moragasa i Ramireza, który w 1928 roku zajmował stanowisko doradcy FC Barcelony a w latach 1923-1929 był prezydentem klubu CE Sabadell. Jeśli chodzi o teatr, w którym odbył się Festiwal Pro-Rini, to działał on też w czasie wojny domowej. Ciągle wystawiano w nim opery aż w 1938 roku pożar wywołany bombardowaniem zniszczył lokal. Budynek był ruiną do 1953 roku, kiedy to odnowiła go firma ,,Teatro Novedades S.A”. Podczas święta ,,Festes de la Merca” w 1959 roku na nowo zaczął funkcjonować jako sala widowiskowa aż rok później, z inicjatywy ,,Grup Balana” został zamieniony na kino które mogło pomieścić 1600 widzów. Ta Grupa Inwestycyjna ożywiła także przyległy budynek znany jako ,,Palacio Novedades”, organizując w nim wiele widowisk a poza tym zbudowała też teatr Hotel Barcelona, będący dziełem Francesca Mitjansa i Miro, jednego z Architektów Camp Nou, kuzyna prezydenta Barçy Francesca Miro Sansa. W 1992 roku ,,Novedades” na powrót zaczął funkcjonować jako teatr, mimo że nadal wyświetlano w nim filmy. Wreszcie w maju 2006 roku budynek został definitywnie zamknięty wraz z ostatnim przedstawieniem grupy ,,La Cubana”, która wystawiła spektakl ,,La Cubana 25 anys".
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
0
@fcbfan1993 Mam również bardzo podobne zdanie. Najważniejsze to nie pompować tego przysłowiowego balonika i nie popadać w samozachwyt, tylko dalej rzetelnie pracować z tym sztabem szkoleniowym...
0
To był spektakularny Klasyk z niewiarygodnym wręcz wynikiem, biorąc pod uwage tylko jedną połowe. Na tą chwile jesteśmy wielcy i w związku z tym na usta ciśnie się pytanie: Czy Hansi Flick poprowadzi nas już do trypletu...?
0
Komentarz usunięty przez użytkownika
1
Lejdis en dżentelmen, przed nami Grande Espectacolo El Clasico po raz 301 w historii i po raz 189 w Primera Division. Bilans ,,klasyków” w La Liga przemawia na korzyść Realu Madryt(79 zwycięstw przy 74 zwycięstwach Barçy; gole również: 304 do 301). Czas najwyższy aby zacząć odwracać tą niekorzystną statystykę. Osobiście przeczuwam remis, co będzie bardzo dobrym wynikiem i tak też bym obstawiał(2:2). Natomiast zwycięstwo da nam porządnego kopa i sprawi że możemy osiągnąć dosłownie wszystko, czego sobie i wszystkim cules serdecznie życze :)
1
@Safrani No a ja niestety tego meczu nie kojarze, choć nie wykluczone że oglądałem...
9
Nie taki diabeł straszny, jak go malują:
26 października 1988 r. FC Barcelona sensacyjnie zremisowała 1:1 z Lechem Poznań na Camp Nou w pierwszym meczu 1/8 Pucharu Zdobywców Pucharów. Katalończycy zagrali najgorsze spotkanie w sezonie, w dodatku obrońca Aloisio został po meczu wygwizdany. Bogusław Pachelski już na początku meczu zmarnował sytuacje sam na sam z Zubizarretą, natomiast Blaugrana objęła prowadzenie po kontrowersyjnym rzucie karnym, będącym efektem zagrania ręką Łukasika. W drugiej połowie gospodarze rzadko zagrażali bramce Lecha a po jednej z kontr do wyrównania doprowadził Pachelski. Dziennikarze chwalili dobre przygotowanie fizyczne Lecha i świetną gre bramkarza Jankowskiego. Ja tylko przypomnę że był to debiutancki sezon w roli szkoleniowca Ś.P. Johana Cruijffa.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
1
@Linghunter88 No ja mam odmienne zdanie ale wkrótce się przekonamy...
1
@Lionel_Messi10 Dam sobie ręke uciąć że dzisiaj nie powtórzy się wynik 2:6! Za mocni są dzisiaj te skurczybyki...!
9
Supercopa de España:
26 października 1983 r. FC Barcelona pokonała na San Mames Athletic Bilbao 1:3 w pierwszym meczu o Superpuchar Hiszpanii. Gole dla Barçy zdobywali: Alexanco(31 m.), Carrasco(48 m.) oraz Rojo(77 m.). Była to druga edycja turnieju, promowanego przez prezydenta Barcelony Josepa Lluísa Núñeza.
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
2
@misterio Powiem tak: Byłoby cudownie to powtórzyć ale nawet i remis będzie dla nas bardzo dobrym rezultatem, zważywszy na naszą defensywe, grającą bardzo wysoko i nie zawsze skuteczną...