8

Czy wiemy że:

127 lat temu kilku młodych chłopaków siedząc na ławce przy Scuola Massimo D'Azeglio w Turynie postanowiła założyć klub sportowy, a nazwali go 'Juventus' co znaczy 'młodość'. Tak oto powstała ,,Stara Dama".



@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
@Arkon

12

Wybitne postacie polskiego futbolu:

135 lata temu urodził się Józef Lustgarten, piłkarz i działacz Cracovii. Urzędnik i radca prawny, dr praw po studiach w Krakowie i Wiedniu. Przez wielu błędnie uważany za założyciela Cracovii - w istocie nie był nim, bo do klubu dołączył dopiero we wrześniu 1906. Z pewnością natomiast był i jest jednym z symboli Cracovii. To właśnie on był pomysłodawcą nazwy Cracovia, jaką na jesieni 1906 obrał Akademicki Klub Footballistów. Wieloletni bramkarz drużyny, choć grał w niej także jako napastnik i pomocnik. W klubie był kierownikiem drużyny, sekretarzem i wiceprezesem, działał także w KOZPN i PZPN. Był sędzią międzynarodowym. Syn Wilhelma, kupca z Krakowa. Był Żydem i Polakiem zarazem, początkowo określał się jako osoba wyznania mojżeszowego i narodowości żydowskiej, później stanowczo deklarował wyznanie mojżeszowe i narodowość polską. Żołnierz Legionów Polskich. W 1915 powrócił z frontu do Krakowa. Miasto było wówczas opustoszałe - niemal wszyscy mieszkańcy zostali ewakuowani gdy pod koniec 1914 wojska rosyjskie dotarły do przedmieść. Zorganizował z powrotem drużynę piłkarską, doprowadził do odbudowy zniszczonych przez wojsko obiektów sportowych i do rozegrania spotkań z wojskową drużyną Twierdzy Kraków. Został odznaczony Medalem Niepodległości oraz Złotym Krzyżem Zasługi za działalność na polu sportu. W 1939 został aresztowany we Lwowie przez NKWD. Zesłany do stalinowskich łagrów spędził w nich 17 lat życia, do Polski powrócił dopiero w 1956.

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Przestroga przed lekceważeniem przeciwnika:

1 listopada 2016 r. Manchester City pokonał FC Barcelone na Etihad Stadium 3:1 w ramach 4 kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów. Dwa gole dla ,,Cityzens” strzelił Gundogan a jednego De Bruyne. Honorowe trafienie dla Barçy zanotował Lionel Messi.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

2

@Safrani Ja też tego zdarzenia nie pamiętam z tamtego okresu. Dowiedziałem się o tym 10 lat temu z książki...

9

Ku pamięci zmarłych:

1 listopada 2014 r. zmarł Gustau Biosca, ostatni ocalały z legendarnej drużyny „ Pięciu Pucharów ”, która wyznaczyła epokę w historii FC Barcelony . Biosca, który był asystentem Ladislao Kubali w hiszpańskiej drużynie lat siedemdziesiątych, zmarł 1 listopada w wieku 86 lat. Urodzony 29 lutego 1928 w L'Hospitalet de Llobregat, trenował w niższych kategoriach Barcelony, zanim przeszedł do pierwszej drużyny, gdzie grał od sezonu 1950-51 do 1957-58, będąc niekwestionowanym liderem i kapitanem. Pomimo tego, że był twardym obrońcą o dużej sile fizycznej, charakteryzowała go znakomita technika użytkowa, co było rzadkością w ówczesnych liniach defensywnych. Był kluczowym graczem Barçy „Pięciu Pucharów” sezonu 1951-52, w skład którego wchodzili Ramallets, Martín, Biosca, Seguer, Mariano Gonzalvo, Bosch, Basora, César Rodriguez, Kubala, Vila i Manchón. W tej legendarnej jedenastce był jednym z najbardziej medialnych i popularnych graczy, głównie ze względu na swoją otwartą i żartobliwą naturę. Kontuzja w Atocha przerwała mu karierę i musiał przejść na emeryturę w 1958 roku, w wieku 30 lat, po rozegraniu 187 meczów w koszulce Blaugrana, z którą wygrał 2 mistrzostwa Hiszpanii, 4 puchary Hiszpanii, Puchar Łaciński, Puchar Miast Targowych oraz Puchar Evy Duarte.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

0

@Sysia11 Sztos??

9

Rekordy i jubileusze Katalońskiej Dumy:

1 listopada 2011 r. Lionel Messi strzelił w barwach Blaugrany swojego dwusetnego gola. FC Barcelona po wyjazdowym zwycięstwie nad Viktorią Pilzno 0:4 zapewniła sobie awans do 1/8 Ligi Mistrzów. Leo Messi strzelił w tym meczu 15-tego hattricka w karierze przekraczając tym samym liczbę 200 goli dla Dumy Katalonii. Również dla trenera Guardioli był to jubileuszowy mecz(numer 200) na ławce pierwszego zespołu. To nie wszystko, ponieważ Valdes nie puścił gola w tym meczu i pobił rekord Miguela Reiny i stał się najdłużej niepokonanym bramkarzem w historii FC Barcelony, gdyż nie stracił gola przez 896 minut z rzędu. W dodatku na boisku jednocześnie pojawili się Pique, Messi i Fabregas, co nie zdarzyło się od 2002 r., kiedy razem grali w drużynie kadetów.





@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

11

Gest Kozakiewicza w El Clasico:

1 listopada 1997 r. Giovanni Silva de Oliveira, wykonał na Santiago Bernabeu tzw. ,,gest Kozakiewicza”. FC Barcelona w 1997 r. pokonała Real Madryt na Santiago Bernabeu(2:3) dopiero po raz drugi w ciągu 14 lat i uzyskała nad Królewskimi siedmiopunktową przewagę w tabeli ligowej. Wynik tym razem jednak zszedł na drugi plan ponieważ Giovanni po decydującym golu na 2:3 wykonał trzykrotnie ,,gest Kozakiewicza” w kierunku kibiców Realu Madryt. Tak oto Brazylijczyk opisywał tą sytuacje: ,,Nie było moją intencją urażenie kogokolwiek. Był to spontaniczny gest. Nie wierzę że mogą mnie za to ukarać, zwłaszcza że od razu przeprosiłem za swoje zachowanie. Czy ktoś ukarze Fernando Hierro za brutalną gre i uderzenie mnie pięścią?”. Komitet Rozgrywek złożony z trzech zdeklarowanych kibiców Realu nie był jednak pobłażliwy i zawodnik musiał pauzować w dwóch kolejnych spotkaniach. Dlaczego nas to nie dziwi…



@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

11

Zapomniane legendy Blaugrany:

1 listopada 1906 r. urodził się Ramon Llorens Pujadas, zapomniany i niedoceniany bramkarz FC Barcelony. Popularny ,,Ramonet”, jak nazywali go koledzy, trafił do Barçy w bardzo młodym wieku. W pierwszej drużynie grał w latach 1926-29, do czasu gdy znakomity Węgier Plattko i Aragończyk Josep Nogues odsunęli go na ławke rezerwowych. Mimo wszystko pozostał w klubie aż do 1936 roku i w barwach blaugrana rozegrał łącznie 142 mecze. Po zakończeniu kariery został członkiem sztabu szkoleniowego klubu. W nowej roli wyróżniał się tym iż odkrywał młode talenty, takie jak środkowy obrońca Gustau Biosca czy też kapitalny lewoskrzydłowy Eduardo Manchon. W 1950 r. Pujadas trenował nawet pierwszą drużynę Barçy, zastępując na ławce trenerskiej Urugwajczyka Enrique Fernandeza Violę.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Safrani Też mi się podobał. Miał to coś, co go wyróżniało od wszystkich. Elegancki napastnik...

0

@Lionel_Messi10 Przecież on wygląda jak kobieta? Gdyby nikt nie określił kto jest na tym zdjęciu, to chyba bym nie uwierzył że to mężczyzna!

10

Wybitne legendy, nie tylko holenderskiego futbolu:

31 października 1964 r. w Utrecht urodził się Marco Van Basten, holenderski napastnik. Pierwsze piłkarskie szlify zdobywał jako dziecko(a później nastolatek) w miejscowych klubach – EDO Utrecht oraz UW Utrecht. Jako siedemnastolatek, został dostrzeżony przez wysłanników słynnego Ajaksu Amsterdam, by w rok później zadebiutować w jego pierwszym zespole. Debiutancki występ młodego Marco uznać można za naprawdę udany – w pojedynku z NEC Nijmegen van Basten zdobył gola. Gola, który wróżył wspaniałą i obfitą w sukcesy karierę... W roku 1983 van Basten, jako niespełna dziewiętnastolatek zadebiutował w seniorskiej reprezentacji swojego kraju. Co prawda w pojedynku z Islandią (wygranym przez Holendrów 3:0) nie zdobył żadnej bramki, ale patrząc na jego znakomitą postawę można było spodziewać się, iż będzie to piłkarz wybitny, który jeszcze nie raz przysłuży się zarówno reprezentacji narodowej, jak i każdemu klubowi, którego barwy będzie reprezentował... Van Bastenowi śmiało można nadać przydomek „maszynka do zdobywania goli”. Zawodnik ten nie miał sobie równych. W barwach Ajaksu zdobył 128 bramek w 133 meczach, czterokrotnie zostając królem strzelców. Trzykrotnie osiągał Mistrzostwo oraz dwukrotnie Puchar Holandii. Przed pożegnaniem się z drużyną Ajaksu zdobył niezwykle cenną - bo przesądzającą o zwycięstwie – bramkę w pojedynku z Lokomotive Lipsk. Tym sposobem wspaniała kariera van Bastena w zespole z Amsterdamu została przypieczętowana zdobyciem Pucharu Zdobywców Pucharów. W roku 1987 Marco zmienił barwy klubowe. Kuszony wieloma propozycjami z największych europejskich zespołów przeszedł do wielkiego AC Milan za jedyne 800 tysięcy dolarów. W barwach Rossonerich zdobył wszystko, co było do zdobycia. Trzy Mistrzostwa Włoch, trzy Superpuchary Włoch, dwa Puchary Mistrzów, dwa Superpuchary Europy, dwa Puchary Interkontynentalne. Ponadto zdobył dwa tytuły króla strzelców Serie A, trzykrotnie ogłoszony został Najlepszym Piłkarzem Europy i raz Najlepszym Piłkarzem Świata. W lidze włoskiej rozegrał 147 meczów i zdobył 90 goli. Tym samym na stałe zapisał się w historii jednego z największych włoskich zespołów. Kariera reprezentacyjna van Bastena również obfitowała w sukcesy. W reprezentacji Holandii Marco rozegrał 58 spotkań, zdobywając 24 gole. W roku 1988 walnie przyczynił się do zdobycia przez Pomarańczowych Mistrzostwa Europy. Mimo iż był świeżo po wyleczeniu kontuzji potrafił zdobyć kilka fenomenalnych bramek, gwarantujących mu tytuł najlepszego strzelca oraz najlepszego zawodnika mistrzostw. Start van Bastena i całej reprezentacji Holandii na Mundialu w 1990 roku uznać można za naprawdę nieudany. Pomarańczowi grali słabo, dochodząc jedynie do 1/8 finału, gdzie odnieśli porażkę z drużyną Niemiec 1:2. Marco nie zdobył w tym turnieju ani jednego gola, dlatego też na rozegrane dwa lata później Mistrzostwa Europy jechał z wielkimi nadziejami. Holendrzy byli świetnie dysponowani i niezwykle zmotywowani na obronę tytułu. Jednak udało im się dojść jedynie do półfinału, gdzie w rzutach karnych odnieśli sensacyjną porażkę z niedocenianą drużyną Danii. Dla samego van Bastena fakt ten był o tyle przykry, iż to jedenastka nie strzelona właśnie przez niego, zadecydowała o przegranej reprezentacji Oranje. Rok 1992, choć przyniósł van Bastenowi sukcesy klubowe, okazał się jednym z najczarniejszych w jego karierze. Ba! uznać go można za „początek końca”. Większość czasu Marco poświęcał na zabiegi, operacje i rehabilitacje. Po długiej rekonwalescencji wrócił na boisko na trzy spotkania. Ostatnim meczem w jego karierze był przegrany 1:0 finał Pucharu Europy przeciwko Olympique Marsylia. Z reprezentacją narodową z kolei, Marco pożegnał się w październiku 1992 roku w zremisowanym 2:2 meczu przeciwko Polsce. Nigdy więcej nie zobaczyliśmy już go na boisku... 17 sierpnia 1995 po długiej walce z kontuzją podjął ostateczną decyzję o zakończeniu kariery. Był młody, waleczny i utalentowany – mógł osiągnąć jeszcze wiele, mógł stać się legendą na miarę największych. Gdyby nie problemy zdrowotne być może jeszcze przez kilka lat moglibyśmy oglądać go w akcji. Moglibyśmy dalej zachwycać się jego niezwykłymi umiejętnościami. Moglibyśmy, jednak nie było nam to dane. Teraz pozostaje nam tylko ściskanie kciuków za sukcesy trenerskie wielkiego Marco van Bastena...

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

7

@FCBparasiempre
Fritz Walter to postać w światowym futbolu ikoniczna. Dorastał w czasach międzywojennych. Został zmuszony przerwać swoją karierę piłkarską przez obowiązkowe wstąpienie do Wehrmachtu. Marzył, żeby cudem przetrwać karne zesłanie do Rumunii, gdzie potem miał trafić na daleką Syberię. Jego wytrwałość i talent do gry w piłkę pozwoliły mu znieść najtrudniejsze chwile w latach czterdziestych, a potem sięgnąć ze swoją reprezentacją po mistrzostwo świata. Dzisiaj przypominamy jego sylwetkę. Walter urodził się 31 października 1920 roku w Kaiserslautern. Z tym miastem był związany do końca swojego życia. W drużynie 1. FC Kaiserslautern zaczął trenować, mając osiem lat. Na początku grywał na pozycji bocznego obrońcy. Długo tam jednak nie zagościł, a trenerzy widzieli go bardziej w roli ofensywnego pomocnika. Walter był diamentem niemieckiego futbolu. Szybko się rozwijał i w wieku siedemnastu lat zadebiutował w zespole pierwszej drużyny. W 1940 roku po raz pierwszy zagrał w narodowych barwach. Wówczas reprezentacja III Rzeszy pokonała Rumunię 9:3, a Fritz zdołał strzelić trzy bramki. Kiedy wybuchła II wojna światowa, Walter został powołany do wojska. Jako żołnierz niemieckiej piechoty wyruszył do Francji. Dzięki tryumfom państw Osi na froncie Niemiec nie musiał walczyć i nastawiać głowy na polu bitwy. Piłkarze byli bardzo szanowani i lepiej traktowani od przeciętnych żołnierzy. Podczas wojny niemieccy zawodnicy nie zapomnieli jak grać w piłkę. Trener kadry Sepp Herberger organizował na początku lat czterdziestych dużo meczów kontrolnych. Między 1940 a 1942 rokiem rozegrano takich spotkań około trzydziestu! Po wojnie Walter został schwytany przez wojska amerykańskie i przekazany oddziałom sowieckim. Przetransportowały go one do rumuńskiego obozu w Maramures, skąd finalnie miał trafić na Syberię. Fritzowi udało się uniknąć zsyłki, gdyż zachorował na ciężką chorobę malarię. Był bardzo osłabiony i miał wysoką gorączkę. Podczas choroby grywał w piłkę ze słowackimi i węgierskimi strażnikami, którzy zafascynowali się jego umiejętnościami technicznymi. Pamiętali go ze wcześniejszych lat jako zawodnika reprezentacji Niemiec i bardzo Fritza polubili. Strażnicy zaprowadzili Waltera i jego brata Ludwiga do Sowieckiego komendanta. Tłumaczyli mu, że Walterowie są Austriakami, a nie Niemcami, prosząc go o wypuszczenie ich z obozu. Prośby ich zostały wysłuchane i bracia wrócili na zachód Europy. W 1945 roku Walter ponownie grał dla 1. FC Kaiserslautern. Sześć lat później po raz pierwszy wygrał z „Czerwonymi Diabłami” mistrzostwo Niemiec. Po dobrym sezonie dostał ofertę od Atletico Madryt. „Rojiblancos” proponowali Fritzowi 500 tysięcy marek, dwuletni kontrakt, samochód oraz dorzucali do tego opłacony czynsz za mieszkanie. Niemiec nie był jednak zainteresowany grą w stolicy Hiszpanii, zostając wiernym swojemu ukochanemu klubowi. W 1953 roku Walter po raz drugi sięgnął po tytuł mistrza kraju. Znakomita gra w lidze, została zauważona przez trenera kadry narodowej Herbergera. Fritz na zbliżające się mistrzostwa świata dostał opaskę kapitana i miał poprowadzić reprezentację „Die Mannschaft” do końcowego zwycięstwa. Mundial rozgrywany w 1954 roku w Szwajcarii stał się turniejem historycznym. Po raz pierwszy transmitowała go telewizja. Były to nieliczne spotkania, ale kibice w końcu mogli je oglądnąć, nie będąc na stadionie. Na inaugurację grupy B, RFN wysoko wygrało z Turcją 4:1. W drugim meczu Niemcy mierzyli się z faworytami mistrzostw Węgrami. „Madziarze” byli uznawani za drużynę nie do pokonania. Nie przegrali spotkania od czterech lat, a gwiazdy takie jak Puskas, Kocsis czy Hidegkuti budzili szacunek u każdego przeciwnika. Węgrzy zwyciężyli 8:3, pokazując światu, że pewnie zmierzają po złoty medal. Warto jednak pamiętać, że trener Herberger wystawił przeciwko „Madziarzom” mocno rezerwowy skład, oszczędzając swój zespół na następne starcia. W kolejnych fazach turnieju Niemcy znacznie poprawili swój styl gry. Zaczęli demolować swoich przeciwników. Wygrali odpowiednio z Turcją, Jugosławią i Austrią, a Walter zaliczył w tych meczach łącznie trzy trafienia. RFN awansowało do finału i po raz drugi musieli się zmierzyć z drużyną „złotej jedenastki”. Mecz finałowy mundialu był tytułowany jako „Cud w Bernie”. W dniu spotkania padał bardzo obfity deszcz, który utrudniał warunki gry. Taką pogodę eksperci nazywali „pogoda Fritza Waltera”, gdyż Niemiec czuł się wtedy wybornie. Walter, grając w aurze deszczowej, pokazywał swoje największe walory i często prowadził swoje drużyny do zwycięstw. Niektórzy tłumaczyli ten fakt tym, że pomocnik 1. FC Kaiserslautern po przejściu malarii miał problemy z trenowaniem przy pełnym słońcu. Węgrzy przystępowali do tego pojedynku bardzo pewni siebie. Starcie finałowe zaczęli najlepiej, jak mogli. Już po 9 minutach prowadzili 2:0. W kolejnych fragmentach meczu „Madziarze” mieli wiele sytuacji do podwyższenia wyniku, lecz byli bardzo nie skuteczni. Niemcy po pierwszych naporach przeciwników zaczęli dochodzić do głosu i do przerwy zdołali wyrównać. Bramki dla RFN-u strzelili Maxa Morlock i Helmut Rahn, któremu asystował Walter.

Podopieczni Herbergera przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść w 84 minucie. Wynik ustalił Rahn, zdobywając swoją drugą bramkę w finale. Gola na 3:3 zdobył co prawda Puskas, ale sędzia uznał, że w tej akcji Węgier był na pozycji spalonej. Do dzisiejszego dnia trwają spory, czy decyzja ta była prawidłowa a sami Węgrzy podobno mają nagrania, które dowodzą, że bramka została zdobyta zgodnie z przepisami gry. Wynik jednak nie uległ już zmianie i Niemcy po raz pierwszy zostali mistrzami świata, sprawiając olbrzymią sensację. Oczywiście ta sensacja jest postrzegana oficjalnie, gdyż dla mnie osobiście był to największy przekręt w historii mistrzostw świata, o czym wspominam przy okazji tego finału. Warto także dodać, że Fritz i Ottmar Walterowie byli pierwszymi braćmi, którzy wygrali mundial. Po powrocie do domu piłkarze niemieccy mogli się poczuć jak bohaterowie narodowi. 100 tysięcy ludzi powitało ich z owacją na stojąco na monachijskim placu. Zawodnicy stali się gwiazdami. Głównymi architektami zwycięstwa byli trener Sepp Herberger, kapitan Fritz Walter, strzelec dwóch goli w decydującym meczu Helmut Rahm oraz świetnie broniący Toni Turek. W RFN odżyły nadzieje na lepszą przyszłości. Turniej w Szwajcarii był przede wszystkim wygraną polityczną. Niemcy skompromitowali się podczas wojny, a teraz znowu poczuli się kimś. Niestety po latach badania wykazały, że zawodnicy RFN-u byli na dopingu. Przed meczem o złoto Niemcy zażyli metamfetaminę. Podobną substancję także podawano żołnierzom podczas drugiej wojny światowej. Miała ona powodować zmniejszenie uczucie zmęczenia i większą koncentrację w kryzysowych momentach. Zresztą po mundialu w Szwajcarii większość zawodników zachorowała na żółtaczkę, co dowodziło o zażywanych przez nich niedozwolonych środkach. Cztery lata później Fritz Walter znowu pojechał na mistrzostwa świata. Tym razem były one rozgrywane w Szwecji. W meczu półfinałowym Niemcy grali z gospodarzami turnieju. W 75 minucie Walter doznał poważnego urazu, który zakończył jego karierę w narodowych barwach. Mecz w Goteborgu ze Szwecją był rozgrywany dla Niemców w bardzo nieprzyjaznych warunkach. Stadion Ullevi media naszych zachodnich sąsiadów ochrzcili nazwą „domu wariatów”. Kibice miejscowi ich wyzywali, Szwedzi grali brutalnie, a sędzia prowadził zawody w sposób stronniczy. Wyrzucił z murawy gracza RFN-u Ericha Juskowiaka. Niemcy zaczęli snuć teorię spiskową, że arbiter z Węgier został przekupiony. Uważali, że chce on pomścić swoich rodaków, którzy sensacyjnie przegrali w Bernie. Niemcy ostatecznie uległy Szwedom 1:3, a w kolejnym meczu o brąz musieli uznać wyższość Francuzów. Walter w kadrze rozegrał 61 spotkań, w których strzelił 33 gole. W 1958 roku Walter otrzymał tytuł honorowego kapitana reprezentacji Niemiec. Do dzisiejszego dnia oprócz niego, tego zaszczytu dostąpiło pięciu zawodników „Die Mannschaft”: Seeler, Beckenbauer, Matthaeus, Klinsmann oraz Lahm. Dla drużyny 1. FC Kaiserslautern Walter rozegrał ostatni mecz w 1959 roku. Wystąpił w 384 meczach, notując aż 327 trafień. Herberger proponował Walterowi, żeby ten zagrał jeszcze na MŚ w Chile w 1962 roku. Niemiec jednak nie grał od trzech lat w piłkę i odmówił szkoleniowcowi. Walter zmarł 17 czerwca 2002 roku. Na jego cześć stadion w Kaiserslautern nosi jego nazwę. To pokazuje, jak bardzo jest szanowany w swojej ojczyźnie i rodzinnym mieście. Jest postacią, która poprzez swój talent piłkarski, tytaniczną pracę, upór w dążeniu do celu i odrobinę szczęścia został mistrzem świata, a może przede wszystkim uratował swoje życie.

„Najważniejszy mecz mojego życia to ten, który rozegrałem ze strażnikami w obozie jenieckim”.

1

@Safrani No właśnie! Już pomijając fakt jak wybitnych mieliśmy piłkarzy na czele z Wilimowskim przed wojną, to jeszcze taką niespotykaną historie dotyczącą prawa transferowego napisali Ślązacy...

7

@FCBparasiempre
Prasa francuska była zauroczona postawą Wilimowskiego i Wodarza, których niezaprzeczalny talent oraz piłkarski kunszt robiły wrażenie. Zwłaszcza Wilimowski, dzięki swoim żonglerskim talentom, zyskał uznanie w oczach żurnalistów paryskich, którzy określili go najwybitniejszym zawodnikiem ,,Turnieju Wszystkich Świętych”. Wizyta polskich ligowców we Francji była doskonałą okazją dla działaczy francuskich na podjęcie kolejnej próby skaperowania Wilimowskiego. Działacze Racingu nie zrazili się marcową porażką i tym razem zarzucono też wędke na innych graczy. ,,Ezi” za gre we francuskim klubie miał otrzymać 3000 franków i regularne premie. Po powrocie piłkarzy media tradycyjnie rozkręciły afere. ,,Śląski Kurier Poranny” napisał: ,, Jeden z największych dzienników sportowych w Paryżu ,,L’Auto” zamieszcza w środowym numerze sensacyjną wiadomość. Oto czterej nasi znakomici piłkarze: Wilimowski, Piątek, Wodarz i Góra, podpisali kontrakt do Racing Clubu. Gdy wiadomość ta rozeszła się w Paryżu, zawodnicy nasi byli już w pociągu, udając się do Polski. Według jednak zebranych informacyj, sprawa skaperowania naszej czwórki piłkarzy przedstawia się następująco: W poniedziałek o godzinie 10-tej wieczorem, do hotelu, gdzie zamieszkiwali Polacy, przybyło kilku przedstawicieli Racing Clubu. Zabrali Wilimowskiego i Góre i udali się najpierw do jednej z restauracji w okolicach Folier Berger a później do lokalu Racing Clubu, gdzie uraczono ich obficie winem. Dotychczas nie udało się stwierdzić, czy w towarzystwie Góry i Wilimowskiego byli i inni zawodnicy. Portier hotelowy zauważył bowiem w stanie nietrzeźwym tylko Góre i Wilimowskiego. W kieszeni Wilimowskiego znaleziono gotowe kontrakty przystąpienia do Racingu, na ich nazwiska a oprócz tego kontrakty podpisane przez Piątka i Wodarza. Podczas wyjazdu ekspedycji polskiej z Paryża kilku dziennikarzy francuskich zapytywało Góre, czy wiadomość o podpisaniu kontraktu jest rzeczywiście prawdziwą. Zarówno Góra, jak i inni zawodnicy oświadczyli iż o niczym nie wiedzą. Z Wilimowskim nie można było przeprowadzić rozmowy, gdyż był on jeszcze w stanie zamroczenia. Paryskie ,,L’Auto” dodaje że Góra w dniu wyjazdu miał otrzymać list z Racing Clubu, w którym miała być wyszczególniona jego pensja miesięczna w wysokości 3.000 franków, czyli około 550 zł. Kontrakt ważny jest od dnia 1 listopada do 1 czerwca 1938 r. List adresowany do Góry miał podpisać prezes Racingu, Bernard Levi. Zainterpelowany przez dziennik ,,L’Auto”, Levi zaprzecza by jakiekolwiek listy podpisywał i wysyłał pod adresem Polaków. Nie neguje on jednak że klub jego zaraz po meczu z Bologną powziął decyzje zaangażowania kilku graczy polskich. Wiadomość o skaperowaniu w tak nieetycznych okolicznościach czterech czołowych graczów polskiej reprezentacji wywołała w PZPN olbrzymie wrażenie. Nie wątpliwie po powrocie do Warszawy Wilimowski i jego towarzysze będą przesłuchani przez władze PZPN, które wówczas zadecydują, jakie kroki poczynić w stosunku do Racing Clubu”.

O ile tekst ,,Śląskiego Kurjera Porannego” dość wiernie tłumaczył cały artykuł zamieszczony w ,,L’Auto”, o tyle pominął dwa dość istotne akapity. Na wstępie francuska gazeta stawia sprawę jasno że podpisanie kontraktu przez polskich graczy przypomina brytyjskie historie, w których sierżanci rekrutowali w trakcie szalonych wieczorów nieszczęśników, którzy następnego dnia budzili się jako marynarze Floty Jej Krolewskiej Mości z kontraktem na 5 lat. ,,L’Auto-velo” trafnie zauważyło że polscy piłkarze byli amatorami, zatem byli łatwym łupem dla zawodowych klubów francuskich. Z problemu zdawała sobie sprawę polska federacja, która oddelegowała specjalnie jednego ze swoich członków dla zapobiegania tego typu sprawom. Kiedy o godz. 7 rano portier budził owego opiekuna żeby zobaczył swoich piłkarzy, to najpierw zbladł, lecz gazeta wyraziła duże zdziwienie że jednak nie umarł na miejscu, kiedy zobaczył dwa kontrakty Góry i Wilimowskiego oraz kolejne dwa Piątka i Wodarza. W kolejnym numerze francuskiego ,,L’Auto-velo” wypowiedział się prezes Racingu(warto nadmienić iż był to mistrz Francji z 1936 r.), który najpierw zaprotestował że ktoś porównał rozmowy działaczy jego klubu z kaperowaniem do angielskiej floty. Dodatkowo w 6 punktach odniósł się do tego że już kilka miesięcy wcześniej Wilimowski wyrażał chęć grania w paryskim klubie i to od samego ,,Eziego” wyszła propozycja spotkania z włodarzami Racingu. O godz. 20.00 w trakcie spotkania z Wilimowskim i Górą polscy zawodnicy nie byli pijani. Sporządzono jedynie projekty umów a także pisma gwarantujące roczne wynagrodzenie wraz z regulaminem, które polscy zawodnicy mieli sobie przetłumaczyć już po powrocie do kraju. Dodatkowo prezes wprost powiedział że Wilimowski i Góra nic nie podpisywali, co zresztą Góra przekazał francuskim żurnalistom. Niestety ten artykuł nie przebił się do polskiej prasy. Z ogromnym więc zainteresowaniem oczekiwano we czwartek w godzinach przedpołudniowych przyjazdu naszej reprezentacji. Znaczna liczba kibiców, którzy przybyli powitać przede wszystkim graczy śląskich, stwierdziła z zadowoleniem że jednak mimo pogłosek Wilimowski, Piątek i Wodarz przyjechali z Francji. Zarzucono ic pytaniami dotyczącymi tej ciekawej afery. Zarówno Wilimowski, jak i Piątek oraz Góra stanowczo zaprzeczyli by podpisywali kontrakty. Wilimowski i Góra dodali że faktycznie byli gośćmi Racing Club. Trzeźwiejszy niż węszący sensacji dziennikarze osąd sytuacji wykazał tym razem wiceprezes PZPN Żołędziowski: Podpisanie kontraktu po pijanemu nie ma znaczenia, zwłaszcza że gracze nasi wsiedli już w pociąg i wracają do Polski. Już my ich stąd nie wypuścimy. Wilimowski idzie za kilka tygodni do wojska. Jego wyjazd do Francji jest więc niemożliwy. Trudno teraz przewidzieć, czy i jakie represje wyciągniemy w stosunku do czterech naszych graczy. Może się pewnie okazać że nie ponoszą oni żadnej winy i że podpisy ich wymuszonu wskutek nadużycia alkoholu. W każdym razie nie powstrzymamy się od wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do tych działaczy francuskich, którzy nie cofnęli się przed podobnymi metodami. Można namawiać kogoś na zawodowstwo , uzyskać jego zgode ale nie przy pomocy takich sposobów. Zresztą nie można popierać takich metod postępowania w piłkarstwie. Piłkarze polscy, którzy przechodzą na zawodowstwo by zasilić kluby innych państw, muszą uzyskać zwolnienie z naszego związku. Bez tej formalności nie mogą grać w żadnym klubie, zrzeszonym w międzynarodowej federacji piłkarskiej. Nie trzeba chyba dodawać że o zwolnieniu nie ma mowy. Ciesze się jednak że gracze wracając dali w ten sposób dowód że nie poczuwają się do żadnej winy.

Stosowna wypowiedź działacza nie mogła oczywiście zrównoważyć ciekawości reporterów. Czytelnicy chcieli czytać o piłkarskich gwiazdorach, więc temat żył nadal swoim życiem. Poniżej podaje kilka sensacyjnych szczegółów związanych z kaperowaniem graczy polskich do Racingu. Szczegóły te różnią się znacznie od wywodów Wilimowskiego i Góry. Następnego dnia po nocy spędzonej w lokalu Racingu Wilimowski dal znać Wodarzowi i Piątkowi by przybyli do jego pokoju. Z Wodarzem i Piątkiem zjawił się u Wilimowskiego również Kotlarczyk, potem Wilimowski oświadczył im: No, ja już jestem w Racingu; kontrakt podpisałem. ,,Ty nie rób głupstw, odpowiedział Piątek, na co Wilimowski oświadczył że Góra też przechodzi do Racingu i że załatwili też przejście Wodarza i Piątka”. Następnie wyciągnął z pod poduszki jakieś dokumenty, z których nie wiele wiedzieli, gdyż żaden z obecnych nie znał języka francuskiego. Jeden z tych dokumentów potargał od razu Wodarz, drugi zaś Kotlarczyk poszedł oddać p. Frankowi. W międzyczasie Wilimowski wyjaśnił Piątkowi i Wodarzowi że w razie podpisania kontraktu otrzymają od razu czek na 36 tysięcy franków. P. Franek po zaznajomieniu się z treścią dokumentu otrzymanego od Kotlarczyka, zwrócił się do Wilimowskiego z twierdzeniem iż z treści pisma wynika że umowa jest już podpisana. Na to Wilimowski tłumaczył się że nic nie podpisywali że to są tylko wzory kontraktów. Podobnego zdania jest kierownik ekspedycji p. Delekta z Krakowa, który w wywiadzie z przedstawicielem ,,IKC” oświadczył: ,,Wszystko to wygląda na dużą przesadę. Przede wszystkim nasi gracze od samej chwili wyjazdu z Polski do ukończenia meczu finałowego w Paryżu, pozostawali pod ścisłą opieką kierownictwa ekspedycji, przy czym będąc sami przeświadczeni o doniosłości obydwu spotkań, zachowywali się wzorowo. Dopiero po zwycięstwie w finale nad FC Bologna drużyna udała się na wspólną kolacje, która nosiła już swobodniejszy charakter. Po kolacji gracze otrzymali ,,urlop”. Dodać przy tym należy że przedstawiciele Polonii francuskiej towarzyszyli naszym graczom i opiekowali się nimi nadzwyczaj serdecznie. Późną nocą cała drużyna powróciła do hotelu. Spóźnili się jedynie Wilimowski i Góra, którzy widocznie nie docenili siły wina francuskiego i zawieruszyli się na mieście. Rano drużyna udała się na wystawe i już wtedy rozeszły się pogłoski o rzekomym podpisaniu kontraktów przez dwóch graczy polskich. List paryskiego Racing Club, który znaleziono u Wilimowskiego, został przez kierownictwo drużyny ,,skonfiskowany”. Gdy drużyna polska przybyła na wystawe, oczekiwał już na nią jeden z managerów klubu paryskiego, który w dalszym ciągu namawiał ich do przejścia na zawodowstwo i do wstąpienia do jednej z drużyn francuskich. Propozycje te były kierowane nie tylko do Wilimowskiego i Góry ale do wielu graczy, lecz zostały z miejsca przez nich odrzucone. Więc mamy do czynienia z wielkim hałasem o nic? - W gruncie rzeczy tak jest. Mam nadzieje ze dalsze dochodzenia potwierdzą nasze przewidywania. Faktem niezaprzeczalnym jest że Wilimowski i Góra faktycznie przekroczyli miarę w użyciu alkoholu ale to już tak u nas jest, że po meczu, zwłaszcza wygranym, oblewa się suto zawody. Zwyczaj ten wykorzystali sprytni managerowie ale im się to nie udało. Okazje do zabrania głosu wykorzystał także piłkarz ŁKS-u Antoni Gałecki: ,,Powiem szczerze jak było. Graliśmy tak wspaniale że nie dziw iż zawodowe drużyny zainteresowały się niektórym i graczami. Na Wilimowskiego zarzucano już sieci w marcu, kiedy po raz pierwszy grał przeciwko lidze paryskiej. Już w Lille kręciły się jakieś typy dookoła niego. W Paryżu, po jego żonglerskiej grze, starano się do niego dostać. Podobno Wilimowski był w korespondencji z Racing Clubem i możliwe że dawali mu 50 tysięcy franków jako jednorazową sume dla ,,matki” i 36 tys. za gre w ciągu niespełna sezonu, gdyż za 10 miesięcy. Może cyfry są nie ścisłe, gdyż we wszystkim jest trochę przesady, choć prawde mówiąc on jest wart tej sumy. Widzieliśmy już zawodowców, którzy otrzymuję te wynagrodzenia a nie umywają się do klasy Wilimowskiego. Poważnie tylko nim się zainteresowano.

Po zwycięskim meczu nad Włochami udaliśmy się do hotelu ,,Ecosse” na kolacje a potem mieliśmy wieczór wolny, który zamierzaliśmy wspólnie spędzić. W międzyczasie hol hotelu zapełnił się kibicami i emigrantami, którzy przyszli dziękować za wrażenia z meczu i zaofiarowali swe usługi przy zwiedzaniu Paryża w nocy. Niespodziewanie wymknął się z hotelu Góra, pociągając za sobą następnie Wilimowskiego. Niby to wyszli ,,na chwile”, ,,zaraz wrócą”. Nikt nie przywiązywał większej wagi do tego faktu, gdyż i tak partiami wyszliśmy na miasto. Wróciliśmy do domu po północy. Ja mieszkałem razem z Górą w jednym pokoju. Kiedy wróciłem do pokoju hotelowego, nie było go jeszcze. Położyłem się spać i momentalnie zasnąłem. O godz. 7 rano wrócił w różowym humorze mój współtowarzysz. Zachowywał się głośno, obudził mnie. Byłem wściekły na niego za to, gdyż spałem twardo. Kiedy mu przygadałem odezwał się: Antek! Patrz! Podpisałem kontrakt do Racingu Club. Płacą 3 tys. franków miesięcznie! Pozostaje w Paryżu! I wykrzykując jakieś nie zrozumiałe zdania, pokazuje mi list pisany po francusku a ja do niego: Nie mieli by kogo angażować, tylko Ciebie? Puknij się w głowe. Z ludźmi podgazowanymi nie wolno się wdawać w dyskusje, to też odwróciłem się plecami do niego i dalej spałem. Wkrótce usnął i Góra. Przy śniadaniu pękła bomba z Wilimowskim. On miał większy humor niż Góra. Zachowywał się głośno wykrzykując: ,,Nie jade do Polski! Pozostaje w Paryżu!” Wilimowski nie kładł się tego dnia spać i do wieczora był w takim humorze. Wreszcie wyperswadowano mu nierozważne postępowanie. Wilimowski miał podobno również jakieś podpisane papiery i podobno we wtorek zgłosił się nawet ktoś z Racingu po niego. Kiedy obaj(Góra i Wilimowski) przyszli do siebie, zaczeli się wypierać całej historii i obrócili ją w żart. Dobrze się widocznie w towarzystwie Francuzów bawili i albo zakpili z nich, albo też nie zdawali sobie sprawy z tego co robią. Opinie o żarcie potwierdzają członkowie ekspedycji. Wiadomości o Wodarzu i Piątku są zmyślone. Obaj o niczym nie wiedzieli. - Jakie jest więc zdanie pana o tej całej sprawie? – Nie można tej całej historii brać poważnie. Wilimowski zdawał sobie sprawę ze we Francji pozostać nie może, jest bowiem w wieku przedpoborowym i nie otrzymał by prawa pobytu a o Górze nikt poważnie nie myślał. W ogóle nabroił Góra, który zabawił się w ,,ważnego”. Całą więc historie należy potraktować jeżeli nie jako żart, to w każdym bądź razie jako nieporozumienie. Piłkarze potrafili się bawić. Sprawa miała swój rozrywkowy ciąg dalszy i dostarczyła prasie kolejnych smakowitych kąsków. Koniec końców zarząd PZPN nie ukarał żadnego z zawodników wyżej wymienionych, gdyż nie miał ku temu podstaw. Mógł ich zdyskwalifikować z chwilą, gdy staliby się zawodowcami a PZPN zajmował się bowiem tylko graczami-amatorami. Generalnie cała afera medialna, której ponownie głównym bohaterem był Wilimowski, wyraźnie podniosła sprzedaż prasy. Artykuły o ,,Ezim” cieszyły się ogromną popularnością, w związku z tym dziennikarze gotowi byli na wiele aby zaspokoić żądnych sensacji czytelników. Sprawa Wilimowskiego miała jednak pewien pozytywny aspekt. W artykule ,,Un probleme se pose maintentat: le transfert international d’un joueur amateur” poruszono kwestię pozyskiwania graczy z zagranicy. Sprawa przejścia z klubu zawodowego do zawodowego między różnymi krajami była opisana w przepisach ale kwestia przejścia zawodnika z zespołu amatorskiego do zawodowego z dwóch różnych krajów nie miała żadnego uregulowania prawnego. W tym miejscu pojawiało się bardzo duże pole do nadużyć. Przykład próby pozyskania Wilimowskiego był pierwszym tego typu we Francji, po którym zasygnalizowano aby FIFA zajęła się tym zagadnieniem.

10

Tournee po Francji:

31 października 1937 r. zorganizowano mecz Liga Polska – Francuska Liga Północna. W Lille w obecności 20 tys. widzów Polacy wygrali 2:1 po golach Leonarda Piątka i Ernesta Wilimowskiego. Następnie w Paryżu Polacy zagrali przeciw drużynie mistrza Włoch Bologna FC, pokonując ją 5:1(!) i znów w głównej roli pokazali się Ślązacy: 2 gole ,,Eziego”, po jednej Piątka, Wostala i Korbasa.

Co też tak frapującego wydarzyło się we Francji(?), tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.


@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

10

Święto futbolu w Barcelonie:

31 października 1973 r. w Barcelonie odbył się I Światowy Dzień Piłki na Camp Nou. Z okazji tej imprezy odbył się mecz Europa kontra Ameryka, w którym oprócz gwiazd Barçy( Cruijff czy też Sotil) zagrało kilku świetnych piłkarzy z całego świata, takich jak Eusebio, Cubillas, czy Rivelino. Najlepiej na boisku rozumieli się Cruijff z Eusebio. Z podania Holendra ,,Czarna Pantera z Mozambiku” strzeliła pięknego gola głową. Mecz zakończył się wynikiem 4:4 a w karnych zwyciężyli gracze z Ameryki. Kubala, ówczesny trener reprezentacji Hiszpanii i selekcjoner drużyny Europy, żalił się iż część graczy nie pojawiła się w Barcelonie a z niektórymi zawodnikami przywitał się dopiero kilka godzin przed spotkaniem. Nic w tym dziwnego, gdyż Węgier do każdego meczu podchodził bardzo poważnie. Najsłabszym elementem piłkarskiego święta była mała liczba widzów na trybunach a mianowicie jakieś 20 do 25 tysięcy.


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

8

Magiczny chłopiec z Porto Alegre:

Wszystko zaczęło się od telefonu. Odebrała Miguelina. Dzwonili z brazylijskiej federacji piłkarskiej i zapytali o jej syna Ronaldo. Nie było go. Pojechał do Rio Grande do Sul aby spędzić tydzień na plaży. Matka się rozłączyła i natychmiast wybrała numer syna: ,, Musisz wracać do domu. Dostałeś powołanie do reprezentacji. Czekają na ciebie w Rio de Janeiro". Był marzec 1995 roku, ,,Ronnie” nie skończył jeszcze 15 lat a już trafił do reprezentacji. To było coś niezwykłego a chłopiec płakał z radości. Informacja pojawiła się w lokalnych gazetach. Wydawało się czymś niewiarygodnym że to Nino Barroso, trener reprezentacji U-16 wybrał młodego zawodnika właśnie stąd, szkolonego w Gremio żeby rozegrać dwa towarzyskie mecze w Wielkiej Brytanii w ramach przygotowań do Mistrzostw Świata w Peru. powołanie otrzymał również inny piłkarz z miasta, Maickel, napastnik z dobrym strzeleckim instynktem. 7 marca Brazylijczycy rozegrali pierwsze spotkanie w Glasgow i je wygrali. 4 dni później udali się na Wembley aby zmierzyć się z Anglią. Chłopiec powiedział Miguelinie: ,, Mamo, zagram tam, gdzie nawet Pele w trakcie całej swojej kariery nie postawił stopy!". Miał powody do dumy. Występ na tym stadionie był dla niego spełnieniem marzeń. Było to tak ważne wydarzenie że wciąż przechowuje w domu pamiątkową tabliczkę z tamtego spotkania. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Ronaldinho nie zdołał strzelić gola, którego tak pragnął. Bliscy dodawali mu otuchy: ,, Spokojnie. Najważniejsza jest to że zadebiutowałeś w zielono-żółtej koszulce. Będziesz miał jeszcze inne okazje do strzelenia gola". Dwa lata później 4 września 1997 roku w Kairze odbył się inauguracyjny mecz mundialu U-17 między Egiptem i Tajlandią. Brazylia zakwalifikowała się do tego turnieju 7 miesięcy wcześniej, w Paragwaju, wygrywając siódmą edycję mistrzostw Ameryki Południowej. Pokonała Argentynę w ostatnich minutach dzięki golom matuzalema i Giovanniego. Ronnie został wybrany do podstawowej 11; miał być jednym z mocnych punktów drużyny, która była ,, zobligowana" do wygrania mundialu, jako że Brazylia nigdy wcześniej nie zdobyła tytułu U-17. Selekcjoner Carlos Custodio dokonał tylko pięciu zmian w składzie, który zapewnił reprezentacji awans. Brazylijczycy znaleźli się w grupie C razem z Omanem, USA i Austrią. W tych trzech meczach fazy grupowej strzelili łącznie 13 goli i stracili tylko jednego. Sukces na całej linii. Najbardziej niezwykły był pierwszy mecz przeciwko Austrii, który wygrali 7:0 a Ronaldinho był autorem 6-tego gola z rzutu karnego. W ćwierćfinale Brazylia znów spotkała się z Argentyną, tym samym rywalem, z którym grała kilka miesięcy wcześniej i wygrała 2:0. W półfinale ,,Canarinhos” pokonali Niemców 4:0 a Ronnie strzelił ostatniego gola, znów z rzutu karnego. W finale ich rywalem była Ghana. 2 lata wcześniej w Ekwadorze, Brazylijczycy grali już przeciwko tej reprezentacji i ponieśli porażkę, jednak za drugim razem wszystko wyglądało zgoła inaczej. Afrykańczycy objęli prowadzenie w 39 minucie ale Brazylia ostatecznie wygrała 2:1, zaś Ronaldinho został wybrany najlepszym piłkarzem finału.

Żeby to uczcić, do wielkiego radiomagnetofonu, który podarowano drużynie, włożył kasetę z Sambą i zaczął tańczyć na boisku. W walizce ,,Gaucho” oprócz medalu i tytułu, znalazło się też mnóstwo zdjęć. Widzimy go na nich u stóp piramid, gdzie czuł się bardzo malutki, jadącego na wielbłądzie czy spacerującego po kairskim bazarze, otoczonego mocnymi aromatami korzennych przypraw i zaskoczonego widokiem (niezwykłym dla Brazylijczyka) tylu kobiet z zasłoniętymi twarzami. Na lotnisku w Porto Alegre czekał na niego prawdziwy komitet powitalny na czele z jego matką i siostrą. Już w domu mógł na spokojnie przypatrzeć się transparentną, jakie przygotowali sąsiedzi aby świętować Jego zwycięstwo. Ten sukces pociągnął za sobą pierwszy kontrakt. Cacalo, prezydent Gremio, nie chciał żeby wymknął mu się tak utalentowany zawodnik, między innymi dlatego że po mundialu pogłoski o nim rozprzestrzeniły się na cały świat. Kilka miesięcy później PSV Eindhoven, który zawsze miał dobrą intuicję do obiecujących przedstawicieli brazylijskiego futbolu był w stanie zapłacić za Ronaldinho 7 milionów euro ale oferta została odrzucona. Była to pierwsza spośród długiej serii propozycji. Tymczasem zawodnik przebywał na zgrupowaniu z pierwszą drużyną i zadebiutował w niej 18 stycznia 1998 roku. Było to towarzyskie spotkanie ze skromnym Ortope a Ronnie strzelił jednego z ośmiu goli. W swoim pierwszym sezonie rozegrał 48 meczów i zdobył 7 goli; występował w rozgrywkach stanowych, w lidze, w pucharze Brazylii, w Copa Libertadores i w pucharze Merco Sól. Jednak jego gra nie przekonywała trenera Gremio Lanzaroniego, zwolennika taktyki defensywnej. Ronaldinho nie spodobał się też Edinho, szkoleniowcowi, który go zastąpił. Przyszły gwiazdor wyznał później europejskiemu dziennikarzowi Huertasowi: ,, To był jedyny moment w moim życiu, kiedy straciłem wiarę w siebie. Zaczynałem myśleć że skończę w jakimś zapomnianym klubie. Wtedy wróciłem na boisko z ubitej ziemi i grałem z przyjaciółmi, których znałem od dziecka i tam odzyskałem radość z futbolu".

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

8

Ta wspaniała Copa!

30 października 1927 r. Argentyna pokonuje Boliwie 7:1 na Estadio Nacional w Limie. To był mecz inaugurujący 11-tą edycję Copa America. Po raz pierwszy w historii organizację turnieju powierzono Peru. Warunki klimatyczne Limy oraz odległość dzieląca stolicę tej andyjskiej republiki od metropolii nadatlantyckich, przysparzały dodatkowych problemów organizacyjnych. Przed turniejem ekipa Argentyny ćwiczyła intensywnie elementy kondycyjno-atletyczne na obiektach Boca Juniors po kierownictwem profesora Jose Lago Millana, specjalisty od kondycji fizycznej. Wtedy to narodziło się pojęcie ,,preparador fisico”, od tej pory nieodstępnego towarzysza wszystkich poważnych trenerów. Peru potraktowało impreze niezwykle prestiżowo, jako niewątpliwy awans do elity kontynentalnej. W ceremonii otwarcia uczestniczył prezydent państwa, dr. Augusto Leguia. Gospodarze dopiero raczkowali w wielkiej piłce, ba! Ich mecz z Urugwajem(1 listopada 1927) był w ogóle debiutem na arenie międzynarodowej. Toteż obu głównym faworytom ulegli różnicą 4 goli a z Boliwią wymęczyli pierwsze w dziejach zwycięstwo 3:2.

Jak zwykle wszystko miało się rozstrzygnąć pomiędzy Argentyną a Urugwajem. Albicelestes przywieźli do Limy dwóch przyszłych mistrzów Świata, jednak w 1934 r. ci wybitni piłkarze grali dla reprezentacji Włoch. Mowa tu o pomocniku Luisie Montim z San Lorenzo oraz napastniku Raymundo Orsim z CA Independiente. Oprócz tej pary i znanego już wówczas napastnika Seaone, który został wybrany najlepszym piłkarzem tunieju, Argentyna pokazała cały zastęp piłkarzy wielkiego formatu. Argentyńskiej armadzie obrońca tytułu(Urugwaj) przedstawił wypróbowaną olimpijską gwardie(Andrade, Hector Scarone, Petrone) i kolejnych pretendentów do sławy, spośród których obrońca Tejera oraz napastnicy Arremon i Roberto Figueroa potwierdzili owe aspiracje. Swoje pozycje umacniali Lorenzo Fernandez i napastnik Hector Castro. Urugwaj w meczu z Argentyną grał doskonale, stworzył fascynujące widowisko. ,,Mag” Hector Scarone dał popis swej iście czarnoksięskiej magii. ,,Urusi” jednak przegrali to spotkanie z jednego powodu. Otóż z powodu kontuzji nie mógł wystąpić ich żelazny kapitan, wielka legenda- Jose Nasazzi. Okazało się że ,,Marszałka” nie są w stanie zastąpić nawet najzdolniejsi generałowie. W efekcie Argentyna pokonała Urugwaj 3:2 w przedostatnim meczu turnieju i sięgnęła po raz trzeci po puchar Ameryki Południowej. Co prawda w ostatnim meczu turnieju Argentyna grała jeszcze z Peru, jednak pewnie wygrała aż 5:1, więc dodatkowy mecz z Urugwajem nie był już potrzebny. W trakcie tych mistrzostw wydarzył się pewien incydent, który przeszedł do historii jako ,,Gol de la diplomacia”. Chodzi o gola dyplomatycznego ambasadora USA w Limie, Poixdaxtera. Poproszono go o symboliczne kopnięcie piłki czyli kick-off. Pan ambasador w meloniku uśmiechnął się promiennie, ukłonił grzecznie i kopnął piłke do Nolo Ferreiry. Ten nie namyślając się wiele ruszył z nią do przodu, przekazał do Maglio, ten do Seaone. Futbolówka wróciła do Ferreiry, który spokojnie wjechał z nią do peruwiańskiej bramki. Stadion zamarł w osłupieniu. Obrońcy gospodarzy przyglądali się całej akcji, nawet nie myśląc o interwencji. Refleks wykazał tylko amerykański dyplomata. W swoich lakierkach przytrzymując ręką melonik, wpadł na boisko i po krótkiej rozmowie urugwajski sędzia Cariboni… anulował gola. Od tamtej chwili kick-off zachował wyłącznie symboliczny wymiar; po uroczystym kopnięciu piłka wracała do zawodników, którzy dopiero wówczas inicjowali(już między sobą) prawdziwą akcje.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

10

Argentina Campeon!


30 października 1921 r. Argentyna pokonuje na Estadio Sportivo Barracas reprezentacje Urugwaju 1:0 w szóstym meczu(de facto finale) Copa America i tym samym sięga po raz pierwszy w dziejach po Puchar Ameryki Południowej. Zwycięskiego gola dającego historyczny triumf w imprezie strzelił legendarny napastnik Julio Libonatti w 57 minucie.



@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

9

Panie i panowie, gdyby żył, świętowalibyśmy dzisiaj jego urodziny. Geniusz futbolu, którego wszyscy doskonale znamy:

30 października 1960 r. w Lanus urodził się Diego Armando Maradona. Geniusz futbolu jakich niewielu, stawiany na równi z Pele! Jako piłkarz posiadał przydomki "El Diez" ("Dziesiątka") i "Pelusa" ("Puszek"). W internetowej sądzie na oficjalnej stronie FIFA, gdzie należało wskazać najlepszego piłkarza XX wieku uzyskał 53% głosów. W podobnym głosowaniu członków Komisji Futbolowej FIFA i prenumeratorów FIFA Magazine uzyskał trzecie miejsce.

Przygodę z futbolem Maradona rozpoczął w wieku 10 lat, gdy zapisał się do szkółki Los Cebollitas. Debiut w profesjonalnym futbolu datuje się na1976, gdy został piłkarzem Argentinos Juniors. W tym zespole rozegrał 167 spotkań, w których strzelił 115 goli. Kolejnym klubem był CA Boca Juniors (1981-1982), w barwach którego wystąpił w 40 spotkaniach i strzelił 28 goli. W latach 1979, 1980 i 1981 zdobywał tytuł króla strzelców Primera División Argentina, z osiągiem odpowiednio 27, 25 i 40 goli. Pierwszym zagranicznym klubem piłkarza była FC Barcelona. Grając w tym zespole Maradona zdobył Puchar Króla, Puchar Ligi Hiszpańskiej oraz Superpuchar Hiszpanii. Popadł jednak w konflikt z prezesem klubu Josepem Lluisem Núñezem, dodatkowo odniósł groźną kontuzję w starciu z Andonim Goikoetxeą. To wszystko zadecydowało o przeprowadzce do Włoch. Maradona przeszedł do włoskiego Napoli. W Neapolu został przywitany przez 75 tysięcy kibiców, co stanowiło niepobity rekord do 2009 roku. Pierwsze trofeum zdobył po trzech latach gry dla klubu i było to od razu Mistrzostwo Włoch. Kolejnymi zdobyczami były: puchar i superpuchar Włoch, a także kolejne scudetto. W 1989 roku Napoli zdobyło Puchar UEFA. Maradona stał się ikoną klubu. Dla Napoli zagrał 258 meczów i strzelił 115 bramek. Kolejnym klubem była hiszpańska Sevilla FC. Tutaj nie zanotował sukcesów. Głośny stał się konflikt z wiceprezesem Jose Marią del Nido i innymi członkami władz, dlatego spędził w nim ledwie sezon, po czym powrócił do Ojczyzny. Z zespołem Newell's Old Boys, zajął ostatnie, 20. miejsce w argentyńskiej ekstraklasie. W tym samym czasie FIFA nałożyła na Maradonę 15-miesięczną dyskwalifikację, za stosowanie niedozwolonych środków dopingujących. Piłkarz powrócił do piłki nożnej w 1995, podpisał wówczas ostatni w karierze kontrakt – z klubem Boca Juniors. Kłopoty ze zdrowiem i narkotykami nie przeszkodziły mu w zdobyciu tytułu wicemistrza Argentyny w 1998. Swój ostatni oficjalny mecz Maradona rozegrał 25 października 1997 roku, przeciwnikiem było River Plate, a drużyna Maradony wygrała 2:1. Piłkarz wystąpił w pierwszej połowie spotkania. 30 października 1997 oficjalnie ogłosił zakończenie kariery sportowej. Debiut Maradony w reprezentacji Argentyny miał miejsce 27 lutego 1977 na La Bombonerze, w wygranym meczu z Węgrami (5:1).

Pierwszy poważny sukces reprezentacyjny osiągnął zdobywając w 1979 tytuł Mistrza Świata Juniorów. W finale jego drużyna pokonała ZSRR 3:1. Zajął ponadto drugie miejsce w klasyfikacji strzelców. W 1982 po raz pierwszy pojechał na turniej Mistrzostw Świata Seniorów. Argentyna odpadła w drugiej rundzie, a Maradona w ostatnim meczu został wyrzucony z boiska. Następne mistrzostwa w 1986 roku w Meksyku, drużyna Maradony wygrała, a on był zdecydowanie największą gwiazdą turnieju. W ćwierćfinale z Anglią Maradona strzelił dwa gole. Każdy wyjątkowy. Pierwszego ręką, natomiast drugiego po rajdzie przez niemal całe boisko i minięciu sześciu reprezentantów Anglii. Odnosząc się do pierwszego gola stwierdził, że pomogła mu ręka Boga. W przepięknym finale Argentyna pokonała reprezentację RFN 3:2. Cztery lata później na turnieju we Włoszech Maradona był kapitanem reprezentacji. Kierowana przez niego drużyna dotarła do finału, pokonując po drodze m.in. Brazylię, Jugosławię i Włochy. W finale przegrała jednak z drużyną RFN 0:1. Jedyny gol został zdobyty z karnego w ostatnich minutach spotkania. Przeprowadzony w marcu 1991 test antydopingowy wykrył w organizmie Maradony niedozwolone środki. Kolejny mundial, w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku to był koniec reprezentacyjnej kariery Maradony. Rozegrał na nim co prawda świetne mecze przede wszystkim z Grecją, jednak wykluczenie po kolejnym w karierze pozytywnym teście antydopingowym było ciosem dla całego zespołu, z którego już się nie podniósł. Ostatnim meczem w reprezentacyjnej karierze było spotkanie z 25 czerwca 1994 roku z Nigerią, wygrane 2:1. W 2000 roku Maradona wydał swoją autobiografię, którą zatytułował "El Diego". Napisał ją we współpracy z Danielem Arcuccim i Ernesto Cherquisem Bialo. W książce opisał swoje dzieciństwo, karierę piłkarską, a także umieścił listę stu, według niego, najlepszych piłkarzy świata. Książka ukazała się także w Polsce pięć lat później. W 2004 roku, z okazji stulecia FIFA, Maradona oraz Brazylijczyk Pelé, zostali wybrani najwybitniejszymi zawodnikami wszechczasów.

@Sysia11
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

1

@Safrani Ja generalnie też nie przepadam za Legią ale chyba się domyślam o co ci chodzi. Podejrzewam o ściąganie piłkarzy z całej Polski do służby wojskowej...

1

@Safrani A to z jakiego powodu jeśli można wiedzieć?

11

30 października 1993 r. Atletico Madryt rozgrywało spotkanie z FC Barceloną na Vicente Calderon a bohaterem owego meczu został…Roman Kosecki! Romario w tym meczu rozegrał jedno z najlepszych spotkań w Blaugranie, lecz to nie on został bohaterem. Po jego 3 golach Katalończycy prowadzili pewnie na Vicente Calderon a wynik mógł być nawet większy gdyby uderzenie lobem Romario nie trafiło w poprzeczke. W drugiej połowie najlepszy na boisku był już tylko Polak- Roman Kosecki, który strzelił 2 gole, w tym drugi dający remis. W 83 minucie Pirri z Atletico dostał czerwoną kartkę, lecz mimo to w 88 minucie Kosecki wyprowadził kolejną kontre, którą celnym strzałem zakończył Caminero. Dzięki temu gospodarze wygrali tamten wspaniały mecz 4:3! Nie zapominajmy że wówczas Kosecki dokonał tej sztuki grając przeciwko ,,Dream Team” Johana Cruijffa!



@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

@FCBparasiempre
29 października 1973 r. urodził się Robert Pires, rewelacyjny skrzydłowy, odznaczający się świetną wizją gry, której nie powstydziliby się najlepsi rozgrywający świata. Oprócz znakomitych inklinacji do gry kombinacyjnej wyróżniał się instynktem strzeleckim najwyższej klasy snajpera. Jego bramki zawsze były piękne oraz starannie dopieszczone. „Przed kontuzjami był najlepszym piłkarzem na świecie na swojej pozycji. Wystarczyło oddać mu piłkę, a on robił resztę.” – zwykł mawiać na temat Roberta Piresa zasłużony menedżer Arsenalu, Arsene Wenger. Aby rozjaśnić nieco więcej faktów z piłkarskiego życia francuskiego skrzydłowego, zanurzmy się w jego historii. Niemal każdy młody chłopak, kopiąc futbolówkę na podwórku, żyje marzeniami o grze w piłkę na profesjonalnym poziomie, reprezentując swój kraj i zdobywając trofea. Nie inaczej było w przypadku młodego Roberta. Jednak nie był on taki sam jak inni chłopcy. Miał trudniej. Mimo tego, że urodził się we Francji, słabo radził sobie z językiem, jego mama bowiem była Hiszpanką, a ojciec – Portugalczykiem. A tego powodu w domu nie posługiwano się francuskim. Jednak pasja do piłki nożnej, którą zaszczepił w Robercie jego ojciec, oraz talent do gry pokonały przeciwności losu, gdyż w wieku 15 lat opuścił szkołę i zaczął realizować własne marzenia, rozpoczynając karierę w Stade Reims, a później przenosząc się do akademii FC Metz. Kariera Piresa rozwijała się w naturalny sposób. Powoli, krok za krokiem, dawał znaki, że jest gotowy do gry w pierwszej drużynie z północno–wschodniej Francji. Przełomowym momentem w karierze Roberta był rok 1996. Mając wówczas 23 lata, ugruntował swoją pozycję w klubie, strzelając, jak na lewoskrzydłowego, imponującą liczbę bramek, bo aż 22 w samej lidze, na przestrzeni dwóch sezonów. Forma młodego Francuza zaowocowała debiutem w reprezentacji i coraz większym zainteresowaniem ze strony silniejszych i bogatszych klubów, co w końcu przekuło się w transfer do Olympique Marsylia. Tam nie czuł się jednak dobrze. Nie mógł się zaaklimatyzować, mimo tego, że został w kraju. Grał sporo, ale już nie aż tak efektywnie, jak miało to w FC Metz. Koniec końców, po dwóch latach gry w klubie znad Lazurowego Wybrzeża, poleciał na Wyspy Brytyjskie. by tam stać się legendą Arsenalu. Sześć milionów funtów wystarczyło, aby skusić właścicieli Marsylii do sprzedania Francuza. Przyszły numer 7 Arsenalu stanął w obliczu dużego wyzwania, ponieważ zmiana ligi zawsze niesie ze sobą ryzyko, a dodatkowo przybył na Highbury, aby zastąpić Marc Overmarsa, który odszedł do hiszpańskiej FC Barcelony za ogromną kwotę trzydziestu dziewięciu milionów euro. Jednak wszystko zdawało być się łatwiejsze, ze względu na to, że nowym trenerem Roberta został jego rodak – Arsene Wenger. Mimo wszystko kibice z dużym dystansem patrzyli na nowy nabytek, który nie omieszkał skrytykować stylu gry, jaki jest prezentowany w Anglii. Francuz zamknął jednak usta fanom cudownym golem zdobytym przeciwko Lazio w Lidze Mistrzów. Potem mogło być już tylko lepiej! Pires jest jednym z niewielu piłkarzy, którzy mogą być dumni zarówno ze swoich osiągnięć w klubie, jak i w reprezentacji. Grając w barwach narodowych, zaliczył 79 meczów i 14 goli. Jednak najważniejszymi osiągnięciami w karierze Roberta są dwa złote medale wywalczone w MŚ we Francji w 1998 roku oraz ME w Belgii i Holandii w 2000. Były to dwie świetne imprezy dla Trójkolorowych, gdzie pierwsze skrzypce dla grali wówczas tacy piłkarze jak Zinedine Zidane, Thierry Henry, Emmanuel Petit czy Laurent Blanc. Jednak niemałą zasługę w obu tych sukcesach odegrał główny bohater dzisiejszego tekstu – Robert Pires, aczkolwiek z pewnych, sympatycznych dla niego przyczyn, to turniej z 2000 roku zapamięta bardziej. Asystował przy złotym golu Davida Trezegueta w finale z Włochami, który dał tytuł Trójkolorowym. W 2005 roku został odsunięty od kadry Francji. Wówczas trenerem Les Bleus był Raymond Domenech, który… darł koty z większą częścią reprezentacji. W tym kręgu znajdowali się tacy piłkarze jak: Franck Ribery, Henry czy Nicolas Anelka. Pires czuł się w Arsenalu jak ryba w wodzie. Szalał po skrzydle rozumiejąc się bez słów z Patrickiem Vieirą, Thierrym Henrym czy Denisem Bergkampem. Czysta siła ognia z przodu londyńczyków zagwarantowała Kanonierom mistrzostwo w sezonie 2001/2002 oraz 2003/2004, który chyba najbardziej zapadł w pamięć każdemu kibicowi piłki nożnej. Wówczas drużyna prowadzona przez Wengera nie przegrała żadnego meczu w sezonie i została ochrzczona przydomkiem „The Invincibles” – Niepokonani. Niemałą zasługę w tym pozytywnym zamieszaniu miał Pires, który strzelał dużo, bardzo dużo – dokładnie 19 goli w sezonie. Po sześciu latach gry w koszulce Arsenalu Robert zmienił otoczenia. Po pewnym czasie zdecydował się udzielić wywiadu dla News of the World, w którym przyznał, co naprawdę stało u podstaw przenosin do Villarreal CF.

Ostatnim meczem Roberta w barwach Kanonierów był ten w finale Ligi Mistrzów z Barceloną, w którym musiał opuścić boisko po kilkunastu minutach gry, ponieważ ówczesny bramkarz londyńczyków, Jens Lehmann, ujrzał czerwoną kartkę. „W finale Ligi Mistrzów zagrałem wówczas tylko 18 minut. Wenger zabił wtedy moją chęć do dalszego reprezentowania Arsenalu. Dlatego przeniosłem się do Villarrealu” – powiedział – „Graliśmy wtedy w Paryżu, na meczu była cała moja rodzina i przyjaciele. Decyzja trenera naprawdę zabolała” Po przygodzie w Villareal i rocznym powrocie na Wyspy i występowania w koszulce Aston Villi, nadeszła oczekiwana przerwa. Jednak mimo wszystko 38-letni wówczas Francuz nie powiedział ostatniego słowa. Po trzech latach okazało się, że wciąż drzemie w nim chęć do gry w piłkę i zarobienia niemałych pieniędzy. Ostatnim klubem w jego bogatej karierze okazał się być… indyjski FC Goa. Po zakończeniu sezonu 2014/2015 odczekał jeszcze kilka miesięcy i 25 lutego 2016 roku za pośrednictwem Twittera ogłosił zakończenie kariery, dodając przy tym wymowne zdjęcia z podpisem „Thank you” – Dziękuję.

8

Nieco zapomniane postacie futbolu:

29 października 1947 r. urodził się Henry Michel. Grał na pozycji pomocnika w drużynie FC Nantes i w latach 1967–1980 zaliczył 58 występów w reprezentacji. Trzykrotny zdobywca tytułu mistrza Francji. Przejął olimpijską kadrę Francji w 1982 roku, prowadząc ją do złotego medalu w Los Angeles w 1984 roku, gdzie w finale pokonali Brazylię. Następnie Michel przejął francuską drużynę składającą się z Michela Platiniego, która właśnie zdobyła Mistrzostwa Europy pod wodzą Michela Hidalgo. Pod rządami Michela Francja dotarła do półfinału Mistrzostw Świata w 1986 roku, gdzie przegrała 2:0 z Niemcami Zachodnimi. Czas Michela u steru drużyny dobiegł nieszczęśliwego końca, gdy jego drużynie nie udało się zakwalifikować do Euro 1988, a następnie zremisował 1:1 ze skromnym Cyprem w eliminacjach do Mistrzostw Świata w 1990 roku. Po pobycie we Francji Michel przez krótki czas był trenerem Paris Saint-Germain na początku lat 90., zanim poprowadził wiele afrykańskich drużyn, po czym pojechał na trzy kolejne Puchary Świata z Kamerunem (1994), Marokiem (1998) i Wybrzeże Kości Słoniowej (2006). Był jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy francuskiego futbolu. Zmarł 24 kwietnia 2018 r.



@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

11

Gol(!) stadiony świata:

29 października 1977 r. Polska zremisowała z Portugalia w eliminacjach MŚ ‘78. Na trybunach stadionu Śląskiego zasiadło 80 tysięcy widzów. Od początku to my prowadziliśmy grę. Mieliśmy wiele sytuacji bramowych. Brakował jednak kropki nad „i” w postaci gola. W 36 minucie daleki strzał wybił na rzut rożny portugalski obrońca Humberto Coelho. Do kornera podszedł Deyna. W tym momencie trener Gmoch dokonał zmiany. Za Bohdana Masztalera wszedł na boisko Zbigniew Boniek. Przerwa w grze wyraźnie zdekoncentrowała graczy z półwyspu Iberyjskiego. Dopiero po dwóch minutach Deyna wykonał rzut z rogu. Alfredo Murca stojący przy krótszym słupku bramki oddalił się od niego na nie więcej niż metr. Był przekonany, że piłka będzie skierowana w centralny punkt pola bramkowego. Tymczasem Deyna uderzył w lukę pomiędzy Portugalczykiem a słupkiem. Tak zwanego „rogala”. "Deyna... Gol! Prosto z rogu, Kazimierz Deyna! Coś niesamowitego, proszę Państwa! Rzadko się zdarza w meczach międzypaństwowych taka sytuacja. Osłupieli zupełnie Portugalczycy, nie bardzo wiedzieli, co się stało"- skomentował niezapomniany Jan Ciszewski w Telewizji Polskiej. Szał radości został przerwanym gwizdami w momencie kiedy spiker podał nazwisko strzelca. Sytuacja niewyobrażalna. Piękny gol, prowadzenie i prymitywne zachowanie publiczności. Widownia klubowe wojenki przedłożyła nad sukces Polski. Deyna był piłkarzem Legii Warszawa, która nie cieszyła się i do dnia dzisiejszego nie cieszy, popularnością poza stolicą. W 61 minucie wyrównał Manuel Fernandes po podaniu z lewej strony Octavia Machado. Na nasze szczęście do końca meczu wynik nie uległ zmianie.

„W końcówce nie było łatwo ale remis dał nam awans. Ten mecz zapamiętałem z dwóch skrajnych sytuacji, z jednej strony wynik 1:1 dał nam upragniony awans, a z drugiej był niesmak spowodowany gwizdami na Kazia Deynę. Strzelił wtedy bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego, a kibice i tak gwizdali. Potem już w końcówce, nie wiem dlaczego czy z powodu kontuzji, kiedy schodził z boiska, to gwizdy były jeszcze większe. Był jednak twardą sztuką, wytrzymał presję i nie zrezygnował z gry w reprezentacji, pojechał na kolejne mistrzostwa”- tak opisał wrażenia z twego meczu Henryk Kasperczak na łamach katowickiego Sportu. Pojechaliśmy do Argentyny jako faworyt. Wróciliśmy bez medalu. Zaraz po mundialu ze stanowiskiem pożegnał się Jacek Gmoch. Tylko trzy razy w historii reprezentacja Polski strzeliła gola bezpośrednio z rzutu rożnego. Pierwszą bramkę zdobył także na stadionie Śląskim Kazimierz Kmiecik. Przegraliśmy 1:2 w sparingu towarzyskim z Argentyną w roku 1976 . Drugim w kolejności był gol w meczu z Portugalią. Trzecie trafienie zaliczył Maciej Żurawski w spotkaniu z Irlandią Północną w 2004. Graliśmy w roli gościa na Mourneview Park w mieście Lurgan.


@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

8

Campeonato Sudamericano de Selecciones:

Mecz Argentyna - Paragwaj(4:3) z 29.10.1923 r. zainaugurował 7 edycje Copa America. W 1923 r. znów Urugwaj gościł uczestników Sudamericano. Tym razem do Montevideo nie dojechali Chilijczycy, zaś Brazylia kompletnie bez sensu niemal zupełnie wymieniła zwycięski skład z przed roku. Pochłonięty przeprowadzką do Boca Juniors znakomity Fleitas Solich nie zagrał w drużynie paragwajskiej. W tych okolicznościach było jasne iż finałowa batalia rozstrzygnie się między Urugwajem a Argentyną. Zresztą pod tym właśnie kątem organizatorzy ułożyli kalendarz spotkań, który i w przyszłości stał się niepisaną regułą. Tak jak smakowity deser spożywa się na końcu posiłku, tak podobnie i starcie futbolowych gigantów znad La Platy miało od tej pory stanowić smakowitą kulminacje imprezy. Tak więc 2 grudnia 1923 r. wszystkie emocje skupiły się na starciu Urugwaj-Argentyna, czyli de facto finale. ,,Albicelestes” choć dokładali starań, nie byli w stanie dorównać gospodarzom. Do ich składu po paroletniej przerwie powrócił fenomenalny Hector Scarone i on też wodził rej na Estadio Parque Central. Jednak debiutanci: Nassazi, Andrade, Petrone czy Cea, nie ustępowali mu ani na jotę. Do 22 tys. zdumionych i oczarowanych widzów docierało przeczucie iż towarzyszą właśnie narodzinom drużyny, jakiej jeszcze świat nie widział. Swój popis futbolowej maestrii ,,Celestes” zakończyli dwoma golami(Petrone i Sommy), które przygwoździły waleczną, lecz momentami niemal bezradną Argentynę. Szczególnie wśród koneserów starszej generacji dominuje pogląd że wciąż jeszcze nie narodził się obrońca lepszy niż Jose Nasazzi. Największy autorytet futbolowy i dziennikarski po tamtej stronie Atlantyku, Śp. Diego Lucero, uważa że porównanie z nim wytrzymują najwyżej Beckenbauer i Passarella. Ta opinia ma swój ciężar gatunkowy. Trzeba również pamiętać iż zwycięstwo Urugwaju w turnieju dało kwalifikację do Igrzysk Olimpijskich organizowanych w 1924 roku.

@Pawel13sz
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?