0

@Kulakula Ależ ja doskonale sobie zdaje sprawe że my nie wygramy mistrzostwa. Chodziło mi tylko żeby skupić się na minimum 4 pozycji w La Liga, która gwarantuje kolejną Lige Mistrzów a może nawet udałoby się wywalczyć wicemistrzostwo Hiszpanii co już o niebo lepiej by wygladało niż 3 czy 4 miejsce. Natomiast kto nam zagwarantuje wygranie Ligi Europejskiej w obecnym czasie budowania i zgrywania nie pełnowartościowej jeszcze drużyny?

0

To losowanie idealnie toruje nam droge do finału. Ja jednak uważałem(i nadal tak sądze) że nie jesteśmy w stanie wygrać tej Ligi europejskiej i że odbije się to na rozgrywkach La Liga. Obym się bardzo mylił. Już w niedziele w Klasyku zobaczymy jak nasi milusińscy będą wyglądać po Lidze Europejskiej? Zmęczenie może dać o sobie znać a pamiętajmy że absolutnym priorytetem jest gra w przyszłorocznej Lidze Mistrzów, gdzie najłatwiej można się do niej dostać właśnie przez La Liga.

3

Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:

17 marca 1959 r. w Krakowie urodził się Jan Karaś, pomocnik, zdobywca Pucharu Polski z Legią(1989). Niedawno oglądał z synem nasz mecz z Brazylią na Mundialu. ,,Ojciec a dlaczego ty za każdym razem tak ostro wpieprzasz się w tego Socratesa?”. ,,Bo inaczej nie dałbym mu rady. Na każdego trzeba mieć skuteczny sposób”- uśmiecha się Karaś, jeden z najciekawszych polskich piłkarzy i niespełniony bohater Mundialu w Meksyku. Po jego kapitalnym strzale z 25 metrów w meczu z Brazylią o ćwierćfinał mistrzostw Świata piłka trafiła w poprzeczke i z impetem odbiła się tuż przed linią bramkową. ,,Gdybym więcej ćwiczył w młodości, to pewnie wpadłaby do siatki”- przekomarza się pan Jan. Wtedy było jeszcze 0:0. Ostatecznie Polacy przegrali 0:4 i odpadli z Mundialu. Kto wie, może na turniej w ogóle by nie pojechali, gdyby w październiku 1984 r. Karaś nie wszedł do gry w drugiej połowie meczu z Grecją. W Zabrzu do przerwy przegrywaliśmy 0:1. Dopiero akcje pomocnika Legii całkowicie odmieniły gre Polaków i w końcu wygraliśmy 3:1. Karaś jest wychowankiem Hutnika Kraków. Spędził tam dużo czasu, chyba zbyt dużo. ,,Przyjeżdżali do mojego domu ludzie z Widzewa, kierownik Stefan Wroński i nawet sam prezes Sobolewski. Namawiali na przenosiny, zabrali mnie do Łodzi, żebym sobie wszystko zobaczył. Czułem że im strasznie zależało i mnie też zaczynało się podobać”- opowiada Karaś. To był początek lat 80-tych. Widzew już pokazał się w pucharach, grał coraz ciekawszą piłke. Niemal w tym samym momencie co Widzew do Karasia zaczeli przyjeżdżać wysłannicy innych klubów- Górnika Zabrze, Lecha Poznań, Stali Mielec, no i pytała o niego też Legia. ,,Głowa aż mi puchła od tych ofert ale szybko na ziemie sprowadził mnie dyrektor Kombinatu Metalurgicznego Huty imienia Lenina. Osobiście przyjechał do klubu z krótkim przemówieniem do działaczy, że kogo jak kogo ale tego Karasia nie wolno nikomu sprzedawać. W mig szefowie klubu wezwali mnie na dywanik i jasno przekazali że żadne podchody Widzewa ich nie interesują i że nie pójde też do Legii, nawet jeśli dałaby za mnie czołg, ani do Lecha, choćby oferował dwie lokomotywy, ani do Stali za obietnice trzech samolotów, ani do Górnika za cztery pociągi towarowe z węglem”- relacjonuje pan Jan. Miał zostać w Nowej Hucie i już! ,,No i ja, grzeczny chłopak zostałem. Grałem jak najlepsi. Następnie 3 lata uparcie walczyłem o awans do ekstraklasy ale się nie udawało. Najpierw drugie miejsce, potem trzecie… Ciągle czegoś brakowało”- zaznacza Karaś. Nie był już juniorem i nie chciał do końca życia kisić się w drugiej lidze. ,,Jesienią 1982 r. kończył mi się kontrakt ale zaczynał… szantaż. Straszyli że muszę zostać bo będę miał problem. Tylko że ja strachliwy nie byłem. Zdążyłem się zahartować. Gdy wszedłem do szatni Hutnika miałem 17 Lat. Jakież tam się działy sceny! Kłótnie, bójki, obraza boska! I ja młodzian w takim towarzystwie. Szybko sięgnąłem po papierosy. Trener Brożyniak jak to zobaczył to chciał mi urwać łeb i wlepiał kary finansowe. Zresztą z powodu tych fajek przezywał mnie ,,Pecik”. Nikt mnie jednak nie złamał! Każdemu umiałem się postawić, nikomu nie pozwoliłem żeby mną bezdusznie rządził. Nigdy!”- na ostatnie słowo kładzie bardzo mocny nacisk pan Jan. ,,Po 7 latach gry liczyłem że będę mógł odejść jak normalny piłkarz, który zostawił w klubie trochę zdrowia, a tu nagle taki ordynarny szantaż… Straszyli mnie że jak odejde to nigdzie nie będę grał a ja patrzyłem jak widzewiacy znakomicie pokazują się w Europie i szlag mnie trafiał bo przecież mógłbym być jednym z nich”- wspomina Karaś. Dociśnięty do muru przedłużył kontrakt ale jednocześnie wymyślił desperacki sposób na wyrwanie się z drugoligowego więzienia. ,,Do tej pory przez 5 lat udawało mi się wykręcać od armii. Układ był taki że co roku dostawałem bilet do wojska, zanosiłem go do klubu i tam załatwiali odroczenie, no bo jedyny żywiciel rodziny albo niezbędny pracownik przemysłu hutniczego. Za piątym razem, gdy znowu dostałem bilet, zamiast odnieść działaczom, włożyłem go do kieszeni. Poprosiłem brata żeby mnie zawiózł tam, gdzie jestem wzywany, czyli do jednostki wojskowej do Warszawy”- relacjonował pan Jan. Karaś doskonale wiedział iż w takiej sytuacji Hutnik nie jest w stanie go zatrzymać i że w końcu odezwie się Legia. Domyślał się że nie przypadkowo wszystkie wezwania do wojska jako miejsce odbycia zasadniczej służby zawsze wskazywały stolicę. Przyjechał pare dni wcześniej przed datą zameldowania w jednostce. Uznał że to doskonała okazja by wybrać się na trening Legii. Całkiem prywatnie jako przypadkowy kibic, który zza płotu chce się pogapić na legionistów. ,,Patrzyłem sobie na ćwiczących piłkarzy i krążącego wśród nich Kazimierza Górskiego, który wtedy prowadził drużynę. Patrzyłem i… jakoś odechciało mi się zgłaszać tak od razu do wojska. Dopiero co przyjechałem, więc uznałem że mam jeszcze czas. Nie ukrywam, narozrabiałem trochę. Jak? No… porządziłem, wrzuciłem na luz. Do jednostki spóźniłem się 3 dni, więc na przywitanie od razu powędrowałem do ancla(wojskowego aresztu). Wiele mi to nie pomogło bo w koszarach też odzywała się moja niepokorna dusza. Byłem w nich w sumie 43 dni ale większość jednak w anclu.”- snuje swoją opowieść Karaś. Sprawy się komplikowały bo przecież wyjechał do Warszawy żeby wreszcie zacząć grać w ekstraklasie a póki co przytrafiały mu się przygody godne wojaka Szwejka. Na szczęście w Legii nie tracili Karasia z radarów. Z drużyną zdążył już się rozstać Kazimierz Górski, lecz jego następca Jerzy Kopa też miał pojęcie o istnieniu takiego piłkarza, tyle że właśnie na tym fakcie jego skromna wiedza się kończyła. Pojechał do jednostki zobaczyć krnąbrnego kandydata do gry w Legii. ,,Dali mi nawet nowy mundur żebym porządnie wyglądał przy tej prezentacji. Ktoś Kopie błędnie przekazał że jestem obrońcą a że miałem tylko 175 cm, patrząc na mnie, wyraźnie się skrzywił. Sam był trochę wyższy ode mnie, więc zmierzyl mnie z góry: ,,Ty jakiś mikry jesteś. Co z ciebie za obrońca?”. Ależ mnie zagotował! Nie wytrzymałem, odezwał się mój charakter. Spojrzałem mu zaczepnie prosto w oczy i cofnąłem się o krok: ,,Nie będę stal blisko żeby o pana nie zawadzić ale wie pan co? Takich jak pan to ja – o tak wciągam, jedną dziurką nosa a drugą wypuszczam. Nawet nie poczuje że ktoś tam był”. Po czym oczywiście wykonałem gest wciągania nosem. Taki byłem, nic na to nie poradze”- opowiadał pan Janek o pierwszym spotkaniu z trenerem Legii. Jerzy Kopa nie skreślił go po osobliwej wymianie uprzejmości. Dal mu szanse na treningu i szybko doszedł do wniosku iż ma do czynienia z bardzo dobrym piłkarzem. Zanim jednak Karaś w nowym klubie zaczął normalnie funkcjonować, czekał go jeszcze kawałek wyboistej drogi w wojsku. W szatni Legii lubił gadać z Krzysztofem Adamczykiem ale największe wrażenie robił na nim Henryk Miłoszewicz. ,,Byliśmy świetnymi kolegami. Imponował mi technika użytkową. Czasami ludzie zachwycają się że ktoś ileś tam razy odbije piłke piętą czy kolanem. Dla mnie miarą jakości techniki jest to, czy w pełnym biegu, na maksymalnym zmęczeniu potrafisz dograć precyzyjna piłke do zasuwającego kolegi. Jeśli to potrafisz, wtedy jesteś gość. Heniek potrafił, ja też się starałem”- zaznacza bez fałszywej skromności Karaś. ,,Na wiosne 1983 gramy z Lechem Poznań a w Lechu Mirek Okoński. Gdyby ,,Mundek” dzisiaj grał w naszej lidze, robiłby nie za gwiazde, tylko za konstelacje gwiazd. Wszyscy na boisku bali się do niego zbliżać bo wiadomo jaki był z niego magik, sztuczką mógł każdego ośmieszyć. Ja to miałem gdzieś, ostro wpieprzyłem się w niego na początek. Musiało zaboleć. No i dobra, teraz to możemy grać”- zagaj jak łobuziak pan Jan. Podobną metode zastosował w pamiętnym meczu z Brazylią na Mundialu. ,, Zakładałem że jeśli Brazylijczycy są lepsi, to pewnie wygrają ale najpierw muszą nas pokonać. Piechniczek kazał mi pilnować Socratesa. Wszyscy wiedzieli kto to jest. Pan piłkarz. Patrze na niego, chudy, wysoki i myśle sobie: ,,No to zobaczymy, na co cię stać, tyczko do podpierania gałęzi”. No i nie dawałem mu spokoju. Wszystkie chwyty dozwolone, inaczej z takim czarodziejem nie miałbym żadnych szans”- wyjaśnia ale w jego słowach nie czuć nawet nuty usprawiedliwienia. Tak samo było w meczu z Holandią w eliminacjach ME 1988 już za trenera Łazarka. ,,Zbyszek Boniek zaproponował w szatni: ,,Niech Janek Karaś będzie kapitanem”. Wszyscy się zgodzili. Założyłem opaske i mówię: ,,Panowie, gramy tak, że wióry muszą lecieć, bo inaczej nie ma co wychodzić na boisko”. Też wszyscy przytaknęli. Wśród rywali Koeman, Rijkaard, Gullit, Van Basten… Niedawno zapytał mnie kolega oglądając ten mecz w telewizji: ,,Słuchaj, była ta akcja że wyjechałeś z jednym Holendrem za linie końcową między fotoreporterów i dość długo nie wstawaliście. Co tam się działo?”. Bo ja koniecznie musiałem go jeszcze przygnieść kolanem- odpowiadam. Taka to była walka o bezbramkowy remis”- relacjonuje pan Janek. Karaś przypomina iż boisku nie jest miejscem do kalkulacji. To pole bitwy dosłownej. Tak jak we wspomnianym meczu z Grecją, w którym choć sam gola nie strzelił, został cichym bohaterem. Wejść przy stanie 0:1 i skończyć na 3:1- oto marzenie każdego dublera. Lecz Karaś zapłacił za to słoną cene… ,,Miałem świetną okazje sam na sam. Bramkarz rzucił mi się na lewą noge. Powinien być rzut karny ale mniejsza z tym. Coś mnie zabolało w kolanie. Zamrozili i grałem dalej. Schodzę po meczu do szatni, lekarz ogląda noge i mówi: ,,Janek, ty masz chyba zerwane więzadło!. Wróciłem do Warszawy a tam doktor Machowski: ,,Człowieku jak ty mogłeś grać przez pół godziny z zerwanym więzadłem?! Zdziwiłem się jeszcze bardziej niż on. Kilka miesięcy miałem z głowy ale na wiosne wróciłem i znowu była forma”- uściśla Karaś. Dziś jest schorowanym człowiekiem, jakby natura wystawiała mu bezduszny rachunek za te wszystkie piłkarskie lata i burzliwe przygody. ,,Położe się spać a rano nie mogę się ruszyć. Mam tak zniszczone stawy że aż mi palce powykrzywiało. O pracy fizycznej mogę zapomnieć. Nie mam siły chodzić. Od 15 lat jestem na rencie. W lutym 2020 roku wygasło mi świadczenie a potem w kraju były ważniejsze sprawy niż rozpatrzenie wniosku o przedłużenie go na kolejny rok. Ale walcze, żyje. Taki już jestem że nigdy się nie poddam”- podsumowuje swoje życie pan Janek. Z meczu z Brazylią zostały mu wspomnienia, buty piłkarskie oraz koszulka grającego wówczas z nr. 4 Edinho…

@AssisMoreira

1

@Janiama Masz racje, trudno a nawet bardzo trudno wytypować dzisiejszy wynik, tak więc ja strzelam 2:2!

2

Fantastyczne rekordy Blaugrany:

17 marca 1901 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe Gimnastic Tarragona 18:0! w Pucharze Alfonso Macaya(prekursorze Mistrzostw Katalonii). Jest to najwyższe zwycięstwo w historii klubu o stawke. W meczu tym 9 goli! (co również jest rekordem klubu) strzelił Joan Gamper. Uczynił to zresztą po raz drugi z rzędu w tych rozgrywkach co jest absolutnie niebywałe! Tak, tak, założyciel Barçy był wówczas nie tylko znakomitym napastnikiem ale również świetnym sportowcem w innych dyscyplinach. Natomiast jeśli chodzi o Copa Macaya, to pomimo wysokich wygranych Blaugrany, po puchar sięgnęła wówczas Hispania CF(nie istniejący już klub z Barcelony). Następną edycje Copa Macaya rok później, zdobyła już jednak Duma Katalonii

@AssisMoreira

1

@kubix05 Chyba zapomniałeś że 83 lata kończy dziś Giovanni Trapattoni!

2

Wczoraj oglądałem se mecz Juventusu z Villareal na TVP1 i jak chyba większość z nas, tak i ja byliśmy zaskoczeni takim a nie innym obrotem sprawy meczowej. Tylko zaraz, bo tak sobie patrze na tą kolejke Ligi Mistrzów i widze że wszyscy gospodarze przegrali swoje mecze i automatycznie goście awansowali. Czy my nie byliśmy czasem świadkami rzeczy historycznej, bezprecedensowej? Osobiście nie przypominam sobie aby wszystkie 4 kluby w jednej kolejce Ligi Mistrzów wygrały na wyjeździe swoje mecze i awansowały do następnej rundy? No chyba że się myle, to prosze mnie poprawić. Mało tego, wczoraj Villarel oddał tylko i wyłącznie 3 strzały w światło bramki, które jednocześnie były trzema golami. Takiej historii na stadionie Juventusu również nie pamiętam w Lidze Mistrzów, no chyba że się myle to prosze mnie poprawić. Teraz uważam że Benfika będzie łakomym kąskiem w losowaniu, również dla Villarealu, który w efekcie może się zameldować w półfinale, jak w 2006 za czasów Pellegriniego i Riquelme, który bodaj przestrzelił rzut karny w meczu z Arsenalem a szkoda bo wtedy nasza Barcunia zagrałaby w finale włąśnie z ,,Żółtą Łodzią Podwodną".

5

Spektakularny wyczyn w dziejach polskiego futbolu:

16 marca 1983 r. na Anfield Road, FC Liverpool pokonał Widzew Łódź 3:2 w rewanżowym meczu ćwierćfinałowym Pucharu Mistrzów i… odpadł z rozgrywek! Jeszcze w dniu rewanżu Widzew zyskał niewielką przewagę. Wcześniej poważnym problemem były kartki Andrzeja Grębosza. W związku z tym iż bohater pierwszego meczu pauzował, na jego pozycji zagrał Tłokiński a więc była to strata po części podwójna. Tyle że z drugiej strony Kenny Dalglish, lider Liverpoolu, z samego rana obudził się z potężnym bólem brzucha i mimo wysiłków lekarzy po południu ogłoszono że nie będzie w stanie zagrać. Jednak zawodnicy z Anfield sprawiali wrażenie, jakby ta informacja ich nie dotyczyła. Po fatalnym zagraniu ręką Filipczaka, gola z rzutu karnego strzelił dla gospodarzy Phil Neal. W tym okresie widzewiacy bronili się jak nigdy przedtem. Dziennikarz ,,The Times” w swojej relacji podkreślał że ,,Obrona Widzewa nie panikowała, choć po początkowym okresie, kiedy składała się z 9 zawodników, szybko przeszła do ustawienia z jedenastoma piłkarzami w okolicy własnego pola karnego. Teraz piłkarze Liverpoolu rzadko pojawiali się na własnej połowie, walili raczej nieustannie w mur białych koszulek”. Powodzenie przyniosła tradycyjna polska szkoła gry, czyli szybki atak. Graeme Souness poślizgnął się, piłke przechwycił Rozborski i od razu posłał ją do Smolarka a ten popędził na bramke Grobbelaara i został sfaulowany. Sędzia podyktował rzut karny. Souness po meczu przyznał iż był to najgorszy błąd w jego całej dotychczasowej karierze. Może wpływ na pomyłke Sounessa miała śliska murawa. Przecież jeszcze na godzinę przed meczem była kompletnie zalana. Tadeusz Świątek opowiadał że był wówczas zafascynowany systemem zupełnie w Polsce nie znanym. Kilku pracowników chodziło po boisku i wbijało w nie metalowe pręty. Wkrótce powierzchnia nadawała się do gry, była wręcz stworzona do szybkiej wymiany piłki ale i błędów, takich jak ten, który przytrafił się szkockiemu pomocnikowi. Pierwotnie karnego miał strzelać Smolarek. Trener Żmuda zaznaczył że jeśli to on będzie faulowany, wtedy wykonawcą będzie kolega Smolarka z pokoju Tłokiński i tak też się stało. Nie był to jakiś nadzwyczajnie wykonany karny. Właściwie przy odrobinie szczęścia Grobbelaar mógł go obronić ponieważ piłka przeleciała mu pod brzuchem. Tłokiński wypuścił powietrze, znowu wszystko do niego docierało. Nawet na chwile ucichł doping, który większość z nich pamięta do dziś jako najlepszy przy jakim kiedykolwiek grali. Gdy w 52 minucie Filipczak zagrał do Smolarka a ten podwyższył na 2:1, wszystko było rozstrzygnięte. Liverpool strzelił jeszcze 2 gole ale do awansu potrzebował czterech. Trener Paisley przed sezonem zapowiadał 4 trofea. Kilka dni przed swoim pierwszym meczem z Widzewem przegrał w Pucharze Anglii a teraz odpadł z Pucharu Europy. Pozostałe trofea zgarnął, wygrał tytuł mistrza Anglii oraz Puchar Ligi. ,,Było wielkie rozczarowanie. Byliśmy przekonani iż mamy najlepszy zespół w Europie. Oczywiście Widzew nam zaimponował w pierwszym meczu, lecz wciąż uważaliśmy że jesteśmy w stanie odrobić straty. To był w końcu Liverpool”- podkreślał pomocnik Ronnie Whelan. Piłkarze Widzewa wygrali nie tylko awans ale również uznanie angielskiej publiczności. Widzewiacy początkowo chcieli szybko umknąć do szatni bo mieli w pamięci stek wyzwisk i przedmiotów, które leciały swego czasu na nich z trybun Old Trafford. Spotkała ich jednak niespodzianka. Fani The Reds urządzili Widzewowi owacje na stojąco a przecież początkowo było zupełnie inaczej. Młynarczyk w pierwszej połowie miał za sobą kibiców z The Kop, najtańszej trybuny zawładniętej przez najwierniejszych fanów. Na początku gdy chodził po piłke, musiał wycierać twarz ze śliny miejscowych chuliganów, uchylać się przed monetami, udawać że nie słyszy różnych odmian najpopularniejszego słowa tworzących najbardziej wymyślne przekleństwa znane w języku angielskim. Teraz wszystko się zmieniło. ,,Przeszły mnie dreszcze”- przyznał Włodzimierz Smolarek, który potem paradował w oryginalnym hełmie, który dostał od angielskiego policjanta, podobnie zresztą jak Tłokiński. To oni byli największymi bohaterami tego meczu. Wieczorem podczas kolacji Paisley rozmawiał nawet ze Smolarkiem, sondował możliwości jego przejścia do klubu z Anfield. Pan Włodek już wcześniej miał oferty z europejskich klubów, choćby w tym samym roku negocjował z Hellas Verona, która wkrótce miała stać się jedną z najmocniejszych włoskich drużyn ale Liverpool to był zupełnie inny poziom. Zresztą Smolarek był wówczas rozchwytywany, wiadomo że był bardzo zaawansowany w rozmowach z Eintrachtem i ostatecznie trafił właśnie do niemieckiego klubu, tyle że 3 lata później. Podczas gdy rozmawiał z przedstawicielami Liverpoolu i rozdawał autografy, z Tłokińskim wstępnie negocjowali przedstawiciele RC Lens, którzy przyjechali, a jakże, po Smolarka. Ówczesny trener Lens, Gerard Houllier i jego asystent Joachim Marx, były reprezentant Polski, mieli przełamać lody pomiędzy Smolarkiem a Francuzami. Po pierwszej rozmowie z trenerem Żmudą wiadomo było że nic z tego nie wyjdzie. Żmuda zaproponował więc Tłokińskiego. Do Polski piłkarze Widzewa wracali jako bohaterowie już nie tylko łodzi ale całego kraju. Stali się jego ambasadorami, tak jak kiedyś w latach 60-tych piłkarze Górnika Zabrze, którzy walczyli i zwyciężali w meczach z największymi drużynami Starego Kontynentu. Pokonując Liverpool stali się na pewno jedną z dwóch największych drużyn klubowych w historii polskiego futbolu. Przez długie jeszcze miesiące na stadionach Polski byli witani owacyjnie, wizytowali zakłady pracy, domy dziecka, zakłady karne. Było to apogeum popularności Widzewa bo przecież zespół już od dłuższego czasu był numerem 1 w kraju, co zresztą doskonale wykorzystywał prezes Sobolewski, wprowadzający wbrew wszystkim swój kapitalistyczny model zarządzania. Fani z całej polski wysyłali prośby o pamiątki do klubu. Widzew stał się więc symbolem i wzorem. Dziennikarze usłyszeli nawet pod szatnią poznańskiego Lecha, jak Wojciech Łazarek, trener bezpośredniego rywala łodzian do wygrania mistrzostwa Polski, krzyczy na odprawie: ,,Musicie grać twardo! Musicie być jak Widzew!”.

Gorąco pozdrawiam wszystkich sympatyków Widzewa!

@AssisMoreira

2

To najwspanialsza wiadomość jaką słyszałem od tej Julii, za którą nie przepadam a raczej za jej wpisami...

2

Rekordy ,,La Pulgi”

16 marca 2014 r. Lionel Messi strzela hattricka w meczu La Liga z Osasuną, czym bije rekord klubowy Blaugrany należący do Paulino Alcantary(395 goli). Niektóre źródła błędnie podają 369 goli Alcantary. Tutaj oficjalnie: https://www.fcbarcelona.com/en/card/648422/paulino-alcantara

@AssisMoreira

6

Wobec takiej historii nie możemy przejść obojętnie:

16 marca 1938 r. Barcelona została zbombardowana przez włoskie lotnictwo. Od początku wojny domowej niektórzy piłkarze Barçy wraz z zawodnikami Athletic Bilbao uczestniczyli w walkach. Rok wcześniej po zamordowaniu Josepa Sunyola, Rossend Calvet wraz z trzema byłymi działaczami klubu załatwił Blaugranie tournée po Ameryce Południowej. Część piłkarzy zdecydowała się zostać w Meksyku a Balmanya i Escola uciekli do Francji. W 1938 r. podczas jednego z nalotów na Barcelone, jedna z bomb spadła na budynek siedziby Barçy, w którym znajdowały się trofea i dokumenty klubowe. Calvet wraz z Josepem Cubellsem i innymi działaczami przez kilka dni odzyskał większość przedmiotów.

@AssisMoreira

1

A cóż to się stało że nasz kochany przyjaciel Ajax poległ na Johan Cruijff Arena z Benfiką? Ja rozumiem przegrać i odpaść z Manchesterem City, Liverpoolem, Bayernem czy Atletico ale z tak przeciętną Benfiką? Jak to się mogło stać? To bardzo smutne z punktu widzenia cules. W końcu przecież to Ajax zbudował potęge naszej Barcuni począwszy od Rinusa Michelsa, poprzez Śp. Cruijffa a skończywszy na Franku Rijkaardzie.

3

Wydarzyło się w Lidze Mistrzów:

15 marca 1995 r. FC Barcelona przegrała w Paryżu z tamtejszym PSG 2:1 w ćwierćfinale rewanżowego starcia w Lidze Mistrzów i odpadła z rozgrywek. Gole dla PSG zdobyli Rai i Guerin; honorowe trafienie dla Barçy zaliczył Bakero. W pierwszym meczu na Camp Nou padł wynik 1:1. Jak widzimy już wówczas PSG mocno zalazło nam za skóre. Niejako ciekawostką jest fakt iż bramki Barçy strzegł wówczas Carles Busquets(ojciec Sergio).

@AssisMoreira

4

Czy wiecie że...
15 marca 1947 r. zagrał najstarszy piłkarz na boisku a był nim Neil McBain, który zagrał dla New Brighton AFC mając 51 lat i 120 dni. Jest to rekord jako najstarszy zawodnik w angielskiej Football League, czyli w najwyższej klasie rozgrywek.
@AssisMoreira

1

No i co teraz, będzięmy się zachwycać ,,nowym Andre Gomesem" bo przychodzi za darmo? Kolejne ryzykowne posunięcie...

8

130 lat temu(15 marca 1892 r.) powstał słynny FC Liverpool a wszystko przez skąpstwa….Evertonu, który wynajmował stadion Anfield. Jego właściciel John Houlding podwyższył czynsz ze 100 funtów w 1884 r. do 250 w roku 1890, co zmusiło członków Evertonu do opuszczenia obiektu. Wówczas Houlding zdecydował się założyć własny klub. @AssisMoreira

3

Karim Benzema strzelając wczoraj 2 gole zrównał się w klasyfikacji strzelców ligowych z Davidem Jackem. Obaj maja po 257 goli. Benzema do Maradony traci zaledwie jednego gola, natomiast dla przykładu do Raula Gonzaleza traci 18 goli a do Sergio Aguero 21 goli. W przyszłym sezonie swobodnie do pobicia.

6

Prawdziwi cules podtrzymują pamięć:

14 marca 1909 r. FC Barcelona rozegrała pierwsze spotkanie na stadionie będącym jej własnością o nazwie Camp del Carrer Indústria, popularnie nazywanym La Escopidora, czyli spluwaczka (nazwa wzięła się od małego rozmiaru stadionu). Niewiele wcześniej klub z pomocą lokalnego biznesmena zakupił grunty przy Carrer de la Industria(obecnie Carrer de Paris). Był to pierwszy w mieście stadion z dwupiętrową trybuną a jego pojemność wynosiła około 6 tysięcy miejsc. Pierwszym rywalem na otwarcie stadionu była FC Catala, z którą Blaugrana zremisowała 2:2 w ramach Mistrzostw Katalonii. Gole dla Barçy strzelili legendarny Katalończyk Roma Forns oraz Anglik Charles Wallace.

@AssisMoreira

1

@Janiama Zgodze się w 100 %!

9

Wybitne legendy polskiego futbolu:

14 marca 1946 r. urodził się Zygmunt Anczok. Zygmunt Anczok uważany jest za najlepszego lewego obrońcę w historii polskiej piłki nożnej. Karierę piłkarską rozpoczął w 1959 roku w Sparcie Lubliniec, w którym występował do 1963 roku. Następnie przeniósł się do Polonii Bytom, z którym odnosił spore sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej. Ból głowy związany z obsadą lewej obrony był całkowicie obcy selekcjonerowi reprezentacji Polski na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Dysponowali bowiem w swoich szeregach jednym z najlepszych specjalistów od gry na tej flance defensywy na świecie- Zygmuntem Anczokiem. Potwierdzeniem tej pozycji w międzynarodowym futbolu było powołanie zawodnika grającego wówczas w Polonii Bytom do reprezentacji Europy przez Seppa Herbergera na mecz pożegnalny Lwa Jaszyna rozgrywany w Moskwie przy stu tysiącach widzów. Akurat w tamtym starciu zagrał on na prawej stronie obrony. Zyskał jednak bardzo pozytywne recenzje a dodatkowo zdobył na własność piłke, którą rozegrano spotkanie i zebrał na niej autografy swoich kolegów z boiska. A było od kogo zbierać. U jego boku wystąpili między innymi Bobby Charlton, Gerd Müller, Dragan Dżajič, Christo Bonew czy Giacinto Facchetti. On sam zmienił Jeana Djorkaeffa(ojca przyszłego mistrza świata- Youriego) po przerwie. W tym gronie mistrzów i medalistów najważniejszych imprez Anczok nie był postacią anonimową. O jego sile zdołali się już wcześniej przekonać Garrincha, Pele czy Allan Ball. ,,Anczok w szybkim tempie wyrósł nam na obrońcę klasy doprawdy już międzynarodowej. Nazywanie go ,,polskim Facchettim” jest już uzasadnione. Anczok jest na tą chwile najlepszym naszym piłkarzem”- pisali dziennikarze po meczu reprezentacyjnym z Anglią, gdy stanowił mur nie do przebicia dla dumnych synów Albionu. Wielkie wrażenie robiła jego elegancja, szybkość i wytrzymałość ale przede wszystkim dalekie ofensywne wypady, rzadkie jeszcze wtedy u zawodników na jego pozycji. Sam wziął ten styl od Facchettiego, którego podglądał dzięki… nielegalnie oglądanej czechosłowackiej telewizji. Znakomita wydolność pozwalała mu bez szwanku dla drużyny wracać do swojej formacji, gdzie już z wielką pieczołowitością zajmował się przeciwnikiem. Swoimi występami w kadrze przeciwko Brazylii, Argentynie czy Anglii wywołał tak wielkie wrażenie że już jako 20-latek został pierwszym w historii Piłkarzem Roku w plebiscycie katowickiego ,,Sportu”. Ten elegancki, dystyngowany wręcz obrońca był autorem ,,psikusa” zrobionego sędziemu Padureanu na pomeczowym bankiecie. Rumuński arbiter w starciu z Bułgarią wyraźnie forował rywali. Anczok udał że ostrzy nóż i pokazał sędziemu kilka wyzywających gestów. Podobno ten nieomal wybiegł z sali… Duże sukcesy odnosił także ze swoim klubem na arenie międzynarodowej. W 1965 r. z Polonią Bytom zdobył Puchar Rappana. Brał udział w obu spotkaniach finałowego dwumeczu przeciwko Lokomotiwowi Lipsk. Kilka miesięcy później przyczynił się do sukcesu w rozgrywkach Interligi oraz Pucharu Ameryki, czyli prestiżowych turniejach organizowanych w USA dla europejskich zespołów. Po powrocie do kraju kibice z Bytomia nieśli na rękach cały zespół, od dworca aż do stadionu. Na pierwsze(i jedyne) mistrzostwo Polski w karierze musiał jednak poczekać do przenosin w szeregi Górnika Zabrze. Złoto udało mu się zdobyć w sezonie 1971/72. Był to zresztą szczęśliwy dla niego rok. Kilka miesięcy po triumfie w lidze odniósł swój największy sukces reprezentacyjny. Razem z zespołem trenowanym przez Kazimierza Górskiego zdobył mistrzostwo Olimpijskie. Anczok czuwał nad lewą stroną w każdym z 7 meczów tego turnieju. Niewiele później musiał jednak zakończyć poważną karierę. Wielokrotne kontuzje kości śródstopia uniemożliwiły mu wyjazd na Mistrzostwa Świata w RFN. W tym samym czasie zagrał po raz ostatni w Ekstraklasie. Swój bilans zamknął na 232 meczach i czterech medalach(złoto, srebro i dwa razy brąz). Zdobył także Puchar Polski z Górnikiem. Na mistrzostwach świata w RFN zastąpił go Adam Musiał. Zrobił to poprawnie, dał bardzo dużo drużynie. Czy gdyby Anczok był zdrowy i utrzymał miejsce w zespole, to osiągnęlibyśmy więcej? Pewnie nie ale przez to, że nie mógł uczestniczyć w mundialu, wielu kibiców o nim zapomina. Zresztą złoci medaliści z Monachium, którzy później nie zagrali na mistrzostwach świata, nie cieszą się taką popularnością jak ekipa z 1974 r. Zupełnie niesłusznie, bo bez takich graczy jak Anczok, Kraska, Ostafiński, Szołtysik czy Marx nie byłoby sukcesu z 1972 r. a co za tym idzie dużo trudniej byłoby o dobry wynik w RFN.

@AssisMoreira

3

@Pawel13sz No gdyby Laporta nie pożegnał godnie naszego kochanego Leo to bym go znienawidził totalnie! Zresztą nie tylko pewnie i ja bym go znienawidził? Osobiście chciałbym aby Barca z Leo w pożegnalnym meczu zagrała z Newell's Old Boys

2

Legendy futbolu:
14 kwietnia 1955 r. urodził się Daniel Ricardo Bertoni, argentyński napastnik, mistrz świata z 1978, 3-krotny zdobywca Copa Libertadores oraz zdobywca Pucharu Interkontynentalnego. Bertoni jest wychowankiem Quilmes Atlético Club. To w jego barwach zadebiutował w 1971 roku w drugiej lidze argentyńskiej mając zaledwie 16 lat. W 1973 roku Bertoni przeniósł się do innego klubu ze stolicy- Independiente. Od razu zaczął grać w podstawowym składzie i jeszcze w tym samym roku wywalczył Copa Libertadores (wystąpił w obu meczach z Colo Colo Santiago). Niedługo potem zdobył kolejne trofeum – Puchar Interkontynentalny, w którym to Independiente pokonało 1:0 Juventus Turyn. Rok później Bertoni znów wystąpił w finale Pucharu Wyzwolicieli, a Independiente tym razem okazało się lepsze od São Paulo FC. W 1975 klub po raz trzeci z rzędu powtórzył ten sukces pokonując Unión Española Santiago. Od tego czasu Bertoni nie osiągał już sukcesów z Independiente na arenie międzynarodowej, ale na krajowej, gdy w latach 1977 i 1978 wywalczył z nim mistrzostwo fazy Nacional. Latem 1978 Bertoni opuścił ojczyznę i wyjechał do Europy. Jego pierwszym klubem na tym kontynencie była hiszpańska Sevilla FC. Pierwszy sezon miał mniej udany, gdy zdobył tylko 8 goli w lidze, a z Sevillą zajął 11. pozycję, ale w kolejnym zagrał już dużo lepiej zdobywając 16 bramek i zostając najlepszym strzelcem zespołu, który zakończył na 8. miejscu w tabeli. W 1980 roku Bertoni wyjechał do Włoch. Przez pierwsze 4 sezony grywał we Fiorentinie. W 1982 roku osiągnął z nią wicemistrzostwo Włoch (zdobył 9 goli), ale z czasem tracił miejsce w składzie i w swoich dwóch ostatnich sezonach w klubie z Florencji opuścił prawie 30 ligowych spotkań, a w ostatnim (1983/1984) zajął z nim 3. miejsce. W 1984 roku Bertoni przeszedł do SSC Napoli, gdzie w linii ataku grał ze swoim rodakiem, Diego Maradoną, jednak z klubem nie osiągnął większych sukcesów.

W sezonie 1986/1987 Daniel grał w Udinese Calcio, w którym zdobył zaledwie jednego gola i spadł z nim do Serie B. Po tamtym sezonie zakończył piłkarską karierę w wieku 32 lat. W reprezentacji Argentyny Bertoni zadebiutował w 1974 roku. W 1978 roku został powołany przez selekcjonera Césara Luisa Menottiego do kadry na Mistrzostwa Świata, których gospodarzem była Argentyna.

Tam występował w podstawowym składzie w ataku u boku Mario Kempesa oraz Leopoldo Luque. Już w pierwszym meczu przeciwko Węgrom zdobył zwycięskiego gola, ustalającego wynik meczu na 2:1. Grał we wszystkich meczach, także w finałowym z Holandią, gdy w 116. minucie pokonał Jana Jongbloeda i Argentyna wygrywając 3:1 została mistrzem świata.

W 1982 roku Bertoni ponownie znalazł się w kadrze "Albicelestes" na mistrzostwa świata, tym razem był to mundial w Hiszpanii. Tam podobnie jak 4 lata wcześniej był podstawowym zawodnikiem kadry i grał we wszystkich meczach, jednak Argentyna nie obroniła mistrzostwa i odpadła już w drugiej rundzie przegrywając 1:2 z Włochami oraz 1:3 z Brazylią. Podobnie jak na mundialu w Argentynie tak i tu zdobył 2 gole, oba w grupowych meczach: z Węgrami (4:1) oraz Salwadorem (2:0). Po tym turnieju Bertoni zakończył reprezentacyjną karierę. W kadrze przez 8 lat wystąpił łącznie w 31 meczach i zdobył w nich 12 goli.

@AssisMoreira

1

@Janiama No to ja wytupuje tym razem 3:1 dla Barcy

0

Coś czuje że prędzej czy później ta cala Liga Europejska, której i tak nie wygramy, wyjdzie nam bokiem i pogubimy punkty w La Liga. Jeśli nie dziś to zapewne w EL Clasico. Ech ta LE szlak by ją trafił!

4

Zapomniane ale wybitne legendy polskiego futbolu:

Gdyby żył skończył by dziś 90 lat! 13 marca 1932 r. urodził się Edward Szymkowiak. Przez wielu uznawany jest za pierwszego z wielkich polskich bramkarzy w dziejach światowego futbolu. Wiele jego rekordów pobiły dopiero odległe pokolenia, sporo zaś jeszcze czeka na poprawienie… Szymkowiak dla przyszłych następców w tym fachu poprzeczke zawiesił wysoko. Starcia Polonii Bytom z Górnikiem Zabrze miały na przełomie lat 50-tych i 60-tych olbrzymi ładunek emocjonalny. W 1960 r. na boisku spotkali się aktualni mistrzowie oraz wicemistrzowie Polski. Drużyny nie szczędziły sobie ostrej gry. Arbiter Maciarz podyktował łącznie aż 4 rzuty karne. Jedną dla Polonii(wykorzystaną przez Liberde) oraz 3 dla Górnika. Do pierwszej z nich podszedł Ernest Pohl. Sędzia jednak po jego strzale zarządził powtórkę. Tę drugą ,,jedenastke” na gola chciał zamienić Roman Lentner. Trzecia próba padła natomiast udziałem Erwina Wilczka. Po zakończeniu meczu wynik brzmiał jednak… 3:0 dla Polonii Bytom. Wszystkie rzuty karne wybronił bowiem Szymkowiak! Dokonał przy tym zresztą nie lada sztuki. Przy karnym Lentnera rzucił się w przeciwną strone ale zdołał jeszcze wykonać szpagat i wybił piłke nogą. ,,W tym dniu nie było na ,,Szymka” sposobu. Jeszcze kilkakrotnie napastnicy Górnika mieli świetne sytuacje podbramkowe ale polonista łapał wszystkie strzały. Świetnie spisywał się zarówno na linii bramkowej, jak i przedpolu. Szymkowiak był głównym bohaterem meczu, nie tylko dlatego że świetnie bronił swej świątyni ale również i dlatego że zupełnie wyprowadził z równowagi napastników Górnika. Doszło w końcu do tego że stracili oni wszelka nadzieje aby strzelić w tym meczu gola i przy stanie 2:0 zrezygnowali z walki”- tak pisał o nim Katowicki ,,Sport” po tym występie. Rzuty karne w tak ważnych spotkaniach były zresztą jego wielką specjalnością. Znakomicie potrafił wygrywać te wojny psychologiczne nawet z najbardziej renomowanymi przeciwnikami. Kiedyś w spotkaniu reprezentacji wybronił karnego wykonywanego przez jednego z najlepszych piłkarzy Europy w tym czasie- Ferenca Puskasa. Za czołowego bramkarza świata uważał go też kolega po fachu Villiam Schrojf, wicemistrz Świata z kadrą Czechosłowacji z 1962 r. W Ekstraklasie pan Edward był pierwszym zawodnikiem w historii, który rozegrał 20 sezonów na tym szczeblu rozgrywek. Do dziś jego wynik przebił wyłącznie Łukasz Surma. Został też założycielem Klubu 300. Trzechsetny mecz rozegrał w 1965 r. Rekordzistą pod względem występów w elicie pozostał jeszcze przez kolejne 6 lat. Na najwyższym poziomie rozgrywkowym grał w 3 klubach: Ruchu Chorzów, Legii Warszawa oraz Polonii Bytom i w każdym z nich minimum raz zdobył mistrzostwo kraju. Jego wynik pod tym względem pobił dopiero Maciej Szczęsny(mistrzostwo w czterech klubach). Łącznie 5 razy stawał na najwyższym podium rozgrywek krajowych. Tyle samo razy zdobył srebro i dołożył dwa brązowe krążki. Do tego doszły dwa Puchary Polski. Sam 4 razy uznawany był za Piłkarza Roku w Polsce w klasyfikacji katowickiego ,,Sportu” ,,Złote buty”. Wraz ze Staszkiem Oślizłą jest rekordzistą tego zestawienia. Dwukrotnie też znajdował się w TOP-10 Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”. Znakomicie też pokazał się na arenie międzynarodowej. Z Polonią Bytom w 2 sezonach z rzędu osiągnął finał Pucharu Rappana. Drugi z nich przyniósł mu triumf w finale przeciwko Lokomotivowi Lipsk. W pierwszym spotkaniu tego dwumeczu nie grał z powodu kontuzji i bytomianie przegrali aż 0:3. W drugim(już z nim na bramce) drużyna ewidentnie poczuła się pewniej. Ostatecznie wygrała 5:1! Choć kilkanaście sekund przed końcem rywale mieli na nodze strzał na wage dogrywki ale Szymkowiak znalazł się na posterunku i obronił tę próbe w doskonałym stylu. Nic dziwnego że po spotkaniu reporter ,,Trybuny”, Z. Dutkowski napisał: ,,Na pochwałę najbardziej zasłużyli Liberda, Banaś, Orzechowski i Szymkowiak.” Do dziś jest to jedyne trofeum polskiej drużyny, wywalczone w oficjalnych europejskich całosezonowych rozgrywek klubowych przeprowadzonych pod egidą UEFA. Również w reprezentacji zapisał piekną karte. W dwóch okresach(1962-1963 i 1965-1967) był rekordzistą w liczbie występów w kadrze. Ostatecznie zakończył grę z orłem na piersi z dorobkiem 53 meczów. Wśród jego kolegów po fachu przewyższył go pod tym względem dopiero Jan Tomaszewski. Do dziś oprócz ,,Tomka” wyprzedzili Szymkowiaka jeszcze tylko dwaj golkiperzy znani z XXI wieku: Artur Boruc i Jerzy Dudek. Pozostaje on natomiast jedynym bramkarzem, który dwukrotnie nosił miano olimpijczyka(w 1952 i 1960). Oprócz niego z przedstawicieli innych pozycji taki wyczyn padł udziałem jeszcze tylko Szymanowskiego , Gorgonia, Maszczyka, Laty, Kmiecika i Deyny. W pierwszym podejściu został bohaterem starcia z Danią. ,,Szymkowiak w bramce zdobył sobie uznanie publiczności doskonałymi interwencjami w najcięższych momentach”- odnotował ,,Dziennik Bałtycki”. W obu próbach skończyło się jednak tylko na fazie grupowej. Szymkowiak był także jednym z największych bohaterów meczu przeciwko ZSRR. Doskonałą postawą przyćmił swego konkurenta z drugiej strony boiska, uznawanego za najlepszego golkipera świata- Lwa Jaszyna. ,,Szymek fruwał w powietrzu imponując zwłaszcza w pierwszym kwadransie niezwykle trudnymi interwencjami. Również po przerwie, dzięki wspaniałemu refleksowi, zapobiegł wielokrotnie katastrofie”- pisała ,,Trybuna Ludu”. Wagę jego postawy docenił sam kapitan drużyny i zarazem zdobywca dubletu w tamtym spotkaniu- Gerard Cieślik. Po końcowym gwizdku podbiegł i ucałował z wdzięczności swego bramkarza. ,, Dużo miałem w tym meczu roboty, Śliska piłka nie chciała się kleić do rąk. Zawaliłem bramke bo nie wyczułem intencji strzelca. Myślałem bowiem ze strzał pójdzie w krótki róg a tymczasem stało się odwrotnie. Przy zmianie pozycji do interwencji poplątały mi się ręce i piłka niepotrzebnie wpadła mi do siatki. Myślę że ten błąd podarują mi kibice bo przecież wygraliśmy mecz”- komentował Szymkowiak swa gre. Kariere zakończył w 1969 w wieku 37 lat. Potem trenował drużyny młodzieżowe Polonii Bytom. Zmarł w 1990 roku. Dziś jego imie nosi stadion Polonii. Przed wejściem znajduje się pomnik Szymkowiaka w pozie efektownej robinsonady. Wielu uznaje go nawet dziś za najlepszego bramkarza wszechczasów w Polsce.

@AssisMoreira

7

Przypadki niepokornego Bułgara:

13 marca 1998 r. Stoiczkow odszedł na dobre. Już 22 lipca 1997 van Gaal na treningu kazał Bułgarowi włożyć koszulke w spodenki, co bardzo nie spodobało się nieposłusznemu napastnikowi. Dwa miesiące później Christo poprosił o transfer, mówiąc że ,,tylko Cruijff uczył go gry w piłke”. Na jednym z treningów Stoiczkow dla żartu założył okulary asystenta trenera ale nie wzbudziło to zachwytu van Gaala. Na przestrzeni sezonu piłkarz wymieniał z Holendrem ,,uprzejmości” aż w końcu poleciał do ojczyzny bez zgody szkoleniowca. Na pożegnalnej konferencji Bułgara nie pojawił się nikt z przedstawicieli klubu. ,,Dziś jego krzesło jest puste a kiedy mnie pozyskał do klubu, siedział w pierwszym rzędzie”- skomentował Bułgar brak prezydenta Nuñeza. Na pytanie jednego z dziennikarzy, czemu wielcy piłkarze Barcelony z reguły opuszczają klub kuchennymi drzwiami, odpowiedział ostro: ,,Tacy piłkarze pozostawiają w cieniu malutkich”, mając oczywiście na myśli prezydenta i trenera.

@AssisMoreira

0

@Ogorinho1974 Łapiński to raczej nie dorównywał Żmudzie a już napewno nie Szczepaniakowi czy Gorgoniowi.

0

@Ogorinho1974 No mieliśmy kilku bardzo wybitnych defensorów jak Szczepaniak, Oślizło, Gorgoń czy Władek Żmuda! Ale Arek też im nie ustępował. A zapomniałem jeszcze o Romanie Wójcickim

6

Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:

13 marca 1979 r. urodził się Arkadiusz Głowacki. Obok Ibrahimovicia, Buffona czy Diego Forlana, Głowacki był jednym z ostatnich uczestników Mundialu w 2002 r., który 16 lat później nadal występował w najwyższej lidze krajowej. Po sezonie 2017/18 twardy jak skała defensor a zarazem rekordzista Wisły Kraków w liczbie rozegranych spotkań w Ekstraklasie zdecydował się powiedzieć ,,pas”. Od zawsze imponował przede wszystkim twardą, inteligentną i skuteczna grą w defensywie. Zdarzało się jednak iż w decydujących fragmentach zawodziły go nerwy. Szczególnie głosy o słabej odporności psychicznej ,,Głowy” nasiliły się po eliminacjach MŚ 2006 i jego(dość efektownym) samobójczym trafieniu z Anglią. Mawiano że rzadkie są mecze, by nie przytrafiła mu się przynajmniej jedna z trzech rzeczy: samobój, kontuzja lub czerwona kartka. Dziś z perspektywy 14 lat okazało się jak mało trafne były takie żarciki. W kategorii najtrudniejszych rywali wśród obrońców już praktycznie od dekady Głowacki figuruje na pierwszych lokatach. Jego twarda gra, umiejętność rywalizacji bark w bark często skutecznie studziły zapędy ofensywne rywali. Od 2017 r. jest już rekordzistą Wisły Kraków w liczbie występów w Ekstraklasie. Wyprzedził na tej pozycji Władysława Kawule. Zajmuje też 4 miejsce w tabeli wszechczasów pod względem rozegranych starć w najwyższej lidze ze wszystkich piłkarzy. Do podium zabrakło mu 17 meczów. Na 6 miejscu uplasował się zaś w klasyfikacji występów w jednym klubie w Ekstraklasie. Do poprzedzających go Barczaka oraz Brychczego, zabrakło mu odpowiednio: siedmiu i ośmiu spotkań. Wśród członków TOP-10 Klubu 300 pod tym względem osiągniętych sukcesów ,,Głowa” ustępuje swa kolekcją wyłącznie Szołtysikowi. 6-krotnie zdobywał z Białą Gwiazdą mistrzostwo Polski, 3 razy był wicemistrzem kraju. Do tego doszły 2 Puchary Polski oraz jeden Puchar Ligi. Indywidualnie zyskał nagrodę dla Obrońcy Sezonu w edycjach 2008/09 i 2013/14. Wystąpił też we wszystkich meczach Wisły w pamiętnej kampanii w Pucharze UEFA zakończonej na ⅛ finału. Po drodze pomógł w wyeliminowaniu między innymi AC Parmy czy Schalke 04. Ponad dwie dekady grał na najwyższym poziomie rozgrywkowym Debiutował w maju 1997 w barwach Lecha Poznań. Później stał się filarem Wisły Kraków. Z wyłączeniem 2 sezonów spędzonych w barwach tureckiego Trabzonsporu nie było od edycji 2000/01 rozgrywek by nie rozegrał przynajmniej 12 meczów! Po abdykacji Łukasza Surmy stał się najstarszym zawodnikiem w Ekstraklasie. Był też ostatnim zawodnikiem, który mógł się pochwalić medalem piłkarskich mistrzostw Polski zdobytym w XX wieku a także golem strzelonym w minionym stuleciu. Podczas konferencji prasowej w maju 2018, gdy ogłaszał swój rozbrat z futbolem, poleciały łzy, tak głównemu bohaterowi, jak i części zgromadzonych dziennikarzy. W reprezentacji Polski wystąpił 29 razy. Jerzy Engel zabrał go na Mundial w 2002 r. W Korei ,,Głowa” wystąpił w starciu z USA, zakończonym wygraną 3:1. Po raz ostatni dał mu szanse gry Franciszek Smuda w towarzyskiej konfrontacji z Węgrami w listopadzie 2011 roku.

@AssisMoreira

3

Ostatnio co raz więcej oglądam meczów z Premier League i oczywiście nie odkryje Ameryki iż ta liga jest zdecydowanie najlepsza na świecie i super się ją ogląda. Mnie natomiast przychodzi na myśl jaki to zespół/zespoły z Europy zdobywały mistrzostwo kraju nie przegrywając żadnego meczu! Otóż ostatnim takim zespołem z 5 najsilniejszych lig był Juventus z sezonu 2011/12(23 zwycięstw). Wcześniej dokonał tego Arsenal w sezonie 2003/2004(26 zwycięstw). Jeszcze wcześniej dokonał tego AC Milan w sezonie 1991/92(34 zwycięstwa). Z kolei na naszym krajowym podwórku tego wyczynu dokonał łódzki Widzew w sezonie 1995/96(27 zwycięstw). Natomiast przed wojną spektakularnego wyczynu dokonał Ferencvaros z sezonu 1931/32 gdzie na 22 mecze wygrał wszystkie 22! strzelając 105 goli. Również przed wojna i również na Węgrzech dwukrotnie MTK Hungaria zdobywała mistrzostwo bez porażki w sezonach 1917/18 oraz 1935/36. Patrząc na obecną sytuacje tak się zastanawiam czy z Top 5 najsilniejszych lig w Europie będzie kogoś stać dokonać takiego wyczynu? Byłby to iście spektakularny, wybitny wyczyn. Osobiście wątpie aby to się komuś udało...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?