FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
36 obserwujących
0 obserwowanych
Kto wygra mistrzostwo świata?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
7
Mija 60 lat od rzezi w Limie:
@Visca_barca
@Rastafarnianin
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
8
@FCBparasiempre
Sezon 1994/95 był być może najbardziej drastycznym przełomem w dziejach rywalizacji o najcenniejsze klubowe trofeum w Europie. Po raz pierwszy bowiem nie wszyscy mistrzowie dostali szansę rywalizacji o najważniejsze trofeum na kontynencie. Z 48 zwycięzców rozgrywek ligowych do walki w eliminacjach Ligi Mistrzów przystąpiło bowiem tylko 24. Triumfatora poprzedniego sezonu oraz siedmiu Mistrzów z najwyższym współczynnikiem klubowym zwolniono z eliminacji, pozostała 16-tka została zaś podzielona na 8 par. Po raz pierwszy też owa runda pucharowa nosiła nazwę kwalifikacji i nie była przez nikogo traktowana jako część właściwej Ligi Mistrzów. Na trybunach Ernst Happel stadion na meczu finałowym(24.05.1995) pomiędzy Ajaksem a AC Milanem zasiadło 20 000 kibiców obu zespołów, przy czym ci z Amsterdamu zostali wyposażeni przez klub w chorągiewki, więc można powiedzieć że sprawiali lepsze wrażenie. Gdy piłkarze wychodzili z tunelu na boisko na pierwszy rzut oka widać było różnicę między rywalami. Poorane zmarszczkami oblicza Baresiego i Tasottiego kontrastowały z dziecinnymi twarzyczkami Reizigera, Davidsa czy braci de Boerów. W 11-tce Milanu znalazł się tylko jeden zawodnik mający mniej niż 26 lat, w jedenastce Ajaxu ledwie dwóch mających więcej niż 25. Było to zatem prawdziwe starcie generacji, lecz Louis Van Gaal wiedział że nie można czekać ze zwycięstwem w Lidze Mistrzów aż jego zawodnicy trochę dojrzeją. Może przeczuwał że niedługo świat futbolu całkowicie się zmieni i dojdzie do rewolucji w przepisach transferowych? W każdym razie jeszcze przed pierwszym występem swego zespołu w Lidze Mistrzów powiedział: ,, Obawiam się że nasi najzdolniejsi zawodnicy niebawem nas opuszczą". Zatem teraz albo nigdy! Po zakończeniu półfinałów Van gal ucieszył się że rywalem jego zespołu w meczu o puchar będzie Milan a nie PSG. ,, Milan gra jak my, przede wszystkim po to by wygrać. Podstawową strategią PSG natomiast jest uniknięcie porażki"- powiedział nieco naginając rzeczywistość do własnych wyobrażeń. Jakże bardzo się pomylił oczekując ze strony rywala z Lombardii ofensywnego nastawienia! Milan przystępował do meczu mocno osłabiony, brakowało bowiem kontuzjowanego Dejana Savicevicia, który z trybuny honorowej oglądał mecz w towarzystwie wciąż jeszcze pozostającego na liście płac u Berlusconiego, czy trwale już niezdolnego do gry Marco van Bastena. Capello bał się Ajaxu. Świadczy o tym najlepiej obrana przezeń na finał taktyka. Marcel Desailly miał indywidualnie kryć Litmanena. Robił to zresztą w sposób, który sprowokował Louisa Van Gaala do wykonania najsłynniejszej trenerskiej akcji w historii Ligi Mistrzów. Po tym jak Francuz zaatakował Fina we własnym polu karnym wysoko uniesioną nogą, co uszło uwadze arbitra, van Gaal za linią boczną wykonał skok przypominający cios kung-fu, za pomocą którego chciał zademonstrować całemu światu co stało się przed chwilą na boisku. Fotoreporter uwiecznił to na kliszy, zdjęcie obiegło świat a Van Gaal został zapamiętany jako świetny karateka. Desailly zajmował się więc Litmanenem a Boban Rijkaardem, choć w trochę bardziej subtelny sposób. Włoscy napastnicy Marco Simeone i Daniele Massaro mieli przeszkadzać Blindowi i Frankowi de Boerowi w wyprowadzaniu piłki z własnej połowy, tak by musiał to robić najbardziej chaotyczny z tego tercetu i miewający głupie pomysły Reiziger. Donadoni i Albertini byli zorientowani na utrudnianie życia Seedorfowi i Davidsowi. Milan prezentował więc taktykę na ,, nie", nastawioną na niwelowanie atutów przeciwnika. Ciekawe dlaczego Capello tym razem, inaczej niż w finale Ligi Mistrzów przed rokiem przystał na warunki rywala zamiast postarać się narzucić mu swoje? Może postąpiłby inaczej gdyby miał Savicevicia? A może tak bardzo wystraszyły go dwie porażki grupowe z Ajaxem i to co zespół ten zrobił w półfinale z Bayernem że obecność Czarnogórca niczego by nie zmieniła? Johann Cruyjff całym sercem kibicował Ajaksowi. Powiedział przed meczem że ma nadzieję iż tym razem wygra zespół prezentujący bardziej ofensywny i ładniejszy football. Zarazem jednak przestrzegał przed kontratakami Milanu, w ich zatrzymaniu widząc klucz do sukcesu rodaków. Myślenie ludzi z Amsterdamu przed finałem najlepiej wyraziło zdanie wypowiedziane przez Litmanena: ,, Jedyne czego potrzebuje Milan, to byśmy raz popełnili błąd w obronie". Niestety dla widowiska Van Gaal był tego samego zdania i podobnie jak Capello nie zaplanował szturmu. Do obrania ofensywnej strategii od pierwszej minuty nie przekonał go nawet fakt że jego zespół dwa razy pokonał Milan 2.0 w fazie grupowej, grając normalnie czyli po swojemu. Najwidoczniej zapamiętał jak rok wcześniej otwarty futbol w finale Ligi Mistrzów przeciwko Milanowi skończył się dla FC Barcelony. W pierwszej połowie Włosi zagrali więc skrajnie defensywnie a Ajax bardzo ostrożnie. Patrząc na futbol prezentowany przez Holendrów można było sprawować znane porzekadło i stwierdzić że najlepszym atakiem jest według nich obrona. Ostatecznie to Milan dominował choć wcale tego nie chciał. Nic zresztą z tej dominacji nie wynikało, gdyż kapitalnie spisywała się obrona Ajaxu dowodzona przez Blinda oraz pomoc. Jeden z najlepszych meczów w karierze rozgrywał Rijkaard ale w ofensywie w pierwszej połowie amsterdamczycy prezentowali się (jak powiedział sam Ronald) bardzo źle, to był gówniany mecz. W szatni Ajaxu doszło w przerwie do awantury. Van Gaal nie mógł dojść do głosu, gdyż kłócili się Rijkaard i Seedorf. Ostatecznie to starszy z graczy zyskał posłuch u kolegów i wytłumaczył im co powinni robić inaczej. Chodziło mu o szybszą wymianę podań. Kibice nie słyszeli jego słów i dlatego martwili się że do końca meczu nic się nie wydarzy. Po przerwie jednak Ajax z minuty na minutę poczynał sobie śmielej. Od początku tej części meczu Rijkaard odgrywał de facto rolę obrońcy a dzięki cofnięciu się o kilkanaście metrów miał więcej czasu i miejsca na konstruowanie akcji zaczepnych. Ciekawe kto wymyślił ten manewr - on sam czy Van Gaal? W 54 minucie Kanu zastąpił Seedorfa (miało na to wpływ wydarzenie w szatni), co zwiększyło siłę ognia i szybkość gry ofensywnej zespołu.
Gdy w 69 minucie Van Gal dokonywał drugiej zmiany, kibice byli mocno zdziwieni. Holenderski szkoleniowiec postanowił bowiem ściągnąć z boiska swojego Asa Jariego Litmanena, który nie potrafił w żaden sposób uwolnić się spod opieki Desaillyego i wpuścić w jego miejsce 18-letniego Patricka Kluiverta. ,, Byłem nieco rozczarowany faktem że zaczynam tylko na ławce rezerwowych ale rozumiałem że trener na finał potrzebuje bardziej doświadczonych zawodników"- mówił po latach napastnik w materiale ,, Guardiana". Kluivert dostał od van Gaala polecenie by nie cofał się do pomocników aby rozgrywać z nimi akcje, lecz szukał przede wszystkim wolnego pola i w nie wbiegał. Ponieważ Kanu był o miesiąc młodszy uprawnione jest stwierdzenie że menedżer Ajaxu postanowił uśmiercić Milan przy użyciu dzieci i ten plan się powiódł. 85 minucie, po akcji zaczętej przez van der Sara i wymianie przez amsterdamczyków 9 podań Rijkaard doskonale zagrał prostopadle do Kluiverta a ten z uśmiechem na ustach wykończył całość przytomnym strzałem. Kluivert nie ukrywał nigdy że Rijkaard był jednym z jego sportowych wzorów, tak więc zwycięski gol padł po akcji przeprowadzonej przez Mistrza i ucznia. ,, Pobiegłem gdzieś ale dopadli mnie koledzy, wszyscy się na mnie rzucili. Nie mogłem oddychać. Musiałem użyć wszystkich sił żeby się od nich uwolnić i nie dać się udusić"- wspominał autor decydującego trafienia. Po chwili po podaniu od Blinda gola mógł strzelić Kanu ale chybił a potem sędzia zakończył mecz. ,, Po ostatnim gwizdku zapanowało szaleństwo. Po prostu zwariowaliśmy, straciliśmy nad sobą kontrolę"- wspominał Kluivert. ,, Wulkan eksplodował- tak określił to w dwóch słowach Ronald de Boer i zakończył: - nie wiedzieliśmy że to się zbliża. Erupcja zaskoczyła nawet nas samych". Z kolei z twarzy piłkarzy Milanu bił smutek jakby głębszy niż tylko z powodu porażki. Po latach Daniele Massaro, dla którego był to ostatni mecz w Barwach zespołu z San Siro powiedział w reportażu ,, Guardiana": ,, Ten mecz zakończył okres pięknych 10 lat, w trakcie których wygraliśmy wszystko i zapisaliśmy piękną kartę w dziejach futbolu. Rok wcześniej nie byliśmy faworytami w meczu z FC Barceloną i wyszliśmy na mecz odpowiednio zmotywowani. Teraz popełniliśmy jakiś mentalny błąd, gdyż nie byliśmy równie zdeterminowani". W historii zawodu trenera było wielu nadętych buffonów, którzy uważali że pozjadali wszystkie rozumy ale wyraz w przekonaniu o własnej wyjątkowości dawali oni jednak zazwyczaj dopiero wtedy gdy wygrali coś znacznego, zdobyli ważne trofeum. Van Gaal nie potrzebował samemu sobie dowodzić własnej wielkości. Gdy w 1991 roku został awansowany z funkcji asystenta pierwszego trenera Ajaxu na naczelne stanowisko powiedział zarządowi: ,, Gratuluję zatrudnienia najlepszego managera na świecie". Słowa te przedostały się do wiadomości publicznej. Ton Harmsen prezydent klubu nie miał innego wyjścia niż przedstawić nowego Bossa dziennikarzom mówiąc: ,, Luis jest cholernie arogancki, tutaj lubimy takich ludzi". Ajax Amsterdam Luisa van Gaala jest głównym bohaterem pierwszego rozdziału świetnej książki Michaela Coxa: ,, Gegen pressing i Tiki Taka". Cox pisze o holenderskim futbolu totalnym wprowadzonym przez Rinusa Michelsa w latach 70-tych XX wieku. ,, Zawodnicy Ajaxu i reprezentacji Holandii nie byli rzekomo przypisani do pozycji i zdawało się że mogą błąkać się po boisku gdzie tylko chcą dzięki czemu grają energiczny, płynny, piękny futbol w rzeczywistości jednak piłkarze wymieniali się pozycjami tylko w linii pionowej, choć teoretycznie mogli swobodnie przemieszczać się po boisku, ciągle myśleli o swoich obowiązkach, biorąc pod uwagę działania kolegów z drużyny". Michels miał kilku uczniów, wśród nich Cruyffa i Van Gaala. Ci dwaj zaś rozwinęli jego myśl w różnych kierunkach. ,,Cruyff z całego serca wierzył w rolę gwiazdorów, Van Gaal nieugięcie podkreślał znaczenie kolektywu". Cox przywołuje słowa Michelsa: ,, W podejściu Van Gaala jest mniej miejsca na swobodę i wymienność pozycji. Ponadto dopracował budowanie akcji do najmniejszego szczegółu". Doszło do tego że w zasadzie zabronił typowej dla futbolu totalnego wymienności pozycji między graczami biegającymi po tej samej stronie boiska, czyli tak bardzo rozwijał ideę Michelsa aż w końcu im zaprzeczył. W jego ideale zawodnicy mieli jak najmniej biegać po boisku, za to być na nim idealnie rozstawieni. Van Gaal nie cierpiał dryblingów. Nie tylko uważał je za nieefektywne, lecz także sądził że są przejawem skrajnego piłkarskiego egoizmu. To wszystko było w pewnym sensie gryzieniem się przez psa we własny ogon ale jakże owocnym! Cox pisze dalej: ,, kiedy Ajaxowi nie udawało się wygrać Van Gaal narzekał zwykle że jego podopieczni nie trzymali się ustaleń. Praca z młodymi chłopakami cieszyła go właśnie dlatego że dało się ich kształtować. Nie potrzebuję 11 najlepszych, potrzebuję najlepszej jedenastki"- powiedział. O co dokładnie chodziło wyjaśnił po latach Kluivert. Otóż (jako wychowanek) ,, wszedłem do nowego dla siebie zespołu Jakbym grał w nim od lat, od razu odnalazłem się w jego taktyce". Van Gaal oczywiście nie pracował sam. Zbudował sztab składający się z oryginałów, wręcz maniaków. Jos Geysels, który wcześniej pracował z hokeistami odpowiadał w nim za ukształtowanie wytrzymałości piłkarzy oraz ich szybkości dynamicznej. Nad techniką biegu pracował były koszykarz Laszlo Jambor. Siła i gibkość były domeną Renne Wormhoudta, wcześniej opiekującego się drużyną Futbolu Amerykańskiego ,,Amsterdam Admirals”. Ronald de Bouer w rozmowie z ,,For for to” wspominał że ćwiczenie Wormhoudta były bardzo ciekawe, ich wykonywanie bawiło zawodników a jednocześnie przynosiło szybkie efekty.
W Ajaxie wielkiej wagi nie przywiązywano tylko do jednego- w kwestii żywieniowych. Doprawdy w kontekście wszystkiego tego co zostało napisane o perfekcjonizmie Van Gaala i jego sztabu zdumiewają słowa Marka Overmarsa z wywiadu dla ,, Independent" z 2017 roku: ,, wszystkie kluby miały już wtedy swoje laboratoria, dietetyków a my w dniu finału poszliśmy w dresach na stołówkę i dostaliśmy na obiad to co dostają zwykle uczniowie, którymi wielu z nas wciąż było a mianowicie małą zupkę, spaghetti i szarlotkę". Na boisku jednak Ajax Van Gaala, nawet jeśli napędzany tylko spaghetti i szarlotką był prawdziwą mechaniczną pomarańczą, zespołem, którego gra pozostawała skrajnie zautomatyzowana, zaprogramowana przez trenera. Nikt tak jak Gaal nie wierzył bowiem siłę schematów i nikt nie umiał ich tak wcielać w życie jak wychowankowie klubu, w którym pracował. Zazwyczaj schematami posługują się drużyny nastawione na defensywę i Ajax także znakomicie wykorzystał je próbując odzyskać piłkę. To było prekursorskie podejście, dlatego van Gaal jest jednym z ojców ,,gegenpressingu” a także rozkładania na czynniki pierwsze ekipy rywali. ,, Van Gal analizował nagrania ze spotkań najbliższych rywali i szczegółowo tłumaczył jak konstruują akcje a także w jaki sposób je przerywać a jego asystent Bruins Slot bezustannie zaskakiwał piłkarzy poziomem wiedzy na temat konkretnych przeciwników"- pisze Cox. Przy tym wszystkim Ajax był ekipą nastawioną na wskroś ofensywnie. Po odbiorze piłki amsterdamczycy natychmiast rozpoczynali realizację innego schematu, nakierowanego na rozciągnięcie szeregów obronnych rywala i szybkie zdobycie dostępu do jego bramki. Bardzo wiele akcji krzyżowym przerzutem rozpoczynał świetnie wyszkolony lewy kryjący Frank De Boer. Danny Blind wolał raczej atakować środkiem, szukać prostopadłego podania. Z kolei Reiziger po odzyskaniu piłki ruszał do przodu a był jednym z najszybszych zawodników Europy. Właśnie jego szybkość umożliwiała też całemu zespołowi wysokie ustawienie linii obronnej. Reizeger zawsze zdążył wrócić jeśli drużynie nie udała się pułapka ofsajdowa. Cox kwartet Reiziger- Blind-Rijkaard-De Boer nazywa najbardziej utalentowaną technicznie czteroosobową obronę, jaką widziała piłka nożna, co być może jest pewną przesadą ale niewielką. Wszyscy jednak, łącznie z Rijkaardem byli owocami pracy van Gaala. ,, Nasz trener był zawsze skupiony na jednym: poprawianiu umiejętności i jakości gry każdego piłkarza"- scharakteryzował go w 2017 roku Edwin van der Sar. Van Gaal miał obsesję na punkcie niektórych ćwiczeń, rozgrzewka polegała na podawaniu piłki prawą nogą do lewej i na odwrót, codziennie też jego zawodnicy trenowali grę na jeden kontakt i 30-metrowe przerzuty, które potem w meczu wykonywali z zamkniętymi oczami. W ataku charakterystyczne było wykorzystywanie całego pola gry. Jari Litmanen po stracie piłki pierwszy obrońca (Van Gal do prawdy potrzebował dziesiątki z niewielkim ego, który nie przeszkadzałoby w paraniu się brudną robotą) po jego odzyskaniu przeistoczą się w zawodnika zawsze pozostającego pod grą, pokazującego się do podania każdemu koledze przy piłce. Fin był przy tym Także najlepszym strzelcem zespołu (zdobył 6 z 13 goli w tamtej kampanii Ligi Mistrzów), gdyż zarówno skrzydłowi, jaki środkowy napastnik odgrywali rolę przynęty (jak to ujął koks), mającej wyprowadzić defensorów z pola karnego, by Litmanem mógł tam poszaleć. Może nie wykonywał tylu efektownych zagrań co jego poprzednik Denis Bergkamp ale za to wszechstronnością bił nawet Holendra. ,, Naszą najlepszą dziesiątką w historii był Litmanen"- powiedział kiedyś Rijkaard. Ze skrzydłowych wybijał się Mark Overmars, zawodnik dysponujący niebywałym przyspieszeniem i potrafiący w zasadzie wszystko. ,, Overmars należał do absolutnej czołówki. Dobrze dryblował, potrafił wygrać pojedynek"- mówił o nim Van Gaal, co dowodzi że może i zakazywał piwek ale gdy jeden z jego zawodników spróbował i mu wyszło, szkoleniowiec nie był zły tylko zadowolony. Finidi George też zresztą lubię dryblować i też był klasycznym skrzydłowym, który miast ścinać do środka wolał bawić się z przeciwnikiem w kotka i myszkę przy linii bocznej. Jednak z sercem drużyny pompującym nieustannie krew do żył amsterdamskiej ekipy był duet znakomity w środkowych pomocników Edgar Davids- Clarens Seedorf. Myślę że ich grę w tamtym sezonie oraz rolę w zespole spokojnie można porównać do gry i roli Xaviego oraz Iniesty w FC Barcelonie Guardioli oraz Luki Modricia i Toniego Crossa w Realu Zidane. ,, Obaj byli znakomici technicznie ale zarazem na tyle pełni energii by toczyć boję w pomocy i ruszać do przodu ze wsparciem dla grających na środku piłkarzy ofensywnych"- pisze trafnie Cox.
Najcenniejszy opis specyfiki i fenomenu Ajaxu z sezonu 1994/95 wyszedł wszakże z ust Jorge Valdano, w roku 1995 trenera Realu. Po triumfie ekipy van Gaala w wiedeńskim finale powiedział: ,, Ajax zbliża się do futbolowej utopi. Ma znakomitą koncepcję gry a zarazem jego zawodnicy są bardzo silni fizycznie. Ajax jest zarazem piękną i bestią". Można by dodać że był w 1995 roku ekipą zarazem młodą, jaki doświadczono ,, Nigdy nie widziałem tak intensywnego rytmu gry i takiej koncentracji u tak młodych piłkarzy"- powiedział Daniele Massaro. A oto opinia Danego Blinda z wywiadu z 2020 roku udzielonego stronie ad.nl: ,, Byliśmy piłkarzami, którzy potrafili myśleć o krok do przodu. Dużo pracowaliśmy taktycznie na treningach, taktyka zawsze była podczas gry najważniejsza. Potrafiliśmy dobrze ocenić każdą boiskową sytuację. Mieliśmy młodą ale też bardzo dorosłą grupę z mądrymi graczami". Prawda jest taka że zwycięski Ajax był dziełem (kreaturą) swego trenera w takim stopniu, w jakim chyba żaden inny z triumfatorów tej imprezy. Jednak sukcesu z 1995 roku nie byłoby też bez tych, którzy zaszczepili Ajaksowi jego wyjątkową kulturę piłkarską a mianowicie Rinusa Michelsa i Johana Cruyffa a z kolei bez van Gaala nie byłoby półfinału Ligi Mistrzów w sezonie 2018/19, kiedy klubem zarządzali w van der Sar i Overmars. ,, Byliśmy 10 sekund od finału Ligi Mistrzów. Mam nadzieję że pewnego dnia uda się Ajaksowi znów w nim zagrać. W 2019 roku stało się jasne że nie jest to niemożliwe mimo że czasy zmieniły się tak bardzo"- powiedział wówczas Danny Blind.
6
Ajax po raz pierwszy ze srebrnym trofeum:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca
1
@fart No oczywiście może tak być ale jak dotychczas Laporta w dalszym ciągu rujnuje Barce. Żeby całkowicie wyjść na prostą, Flick musiałby zdobyć co najmniej Lige Mistrzów a na to trzeba budowania kadry piłkarzy co najmniej 2 lata, jak nie więcej...
7
@FCBparasiempre
Erwin Nyc urodził się 24 maja 1914 roku, tuż przed wybuchem I wojny światowej. Przygodę z piłką nożną rozpoczął w wieku 15 lat a jego pierwszą drużyną stała się wówczas Pogoń Katowice. Tu po raz pierwszy widać przejaw polskości w rodzinie Nyców. Żaden Niemiec nie zapisałby swojego dziecka do polskiego klubu. Pogoń była w tych czasach odpowiednikiem 1.FC Kattowitz, który był niemieckim klubem na naszych ziemiach. Nawet Ruch Wielkie Hajduki nie posiadał aż tylu polskich patriotów, jak w katowickiej Pogoni. W żadnym wypadku więc nie można uznawać Erwina za Niemca, co najwyżej za człowieka wywodzącego się ze środowisk śląskich, o skomplikowanych korzeniach. W 1935 roku Erwin został wezwany do odbycia służby wojskowej w Warszawie, gdzie formalnie pełnił obowiązki w jednostce lotniczej. Większość czasu spędzał, grając na pozycji środkowego pomocnika, w najpopularniejszej stołecznej drużynie, czyli Polonii Warszawa. Dla zespołu Czarnych Koszul był to sezon nadziei. Klub dopiero awansował po grach eliminacyjnych do Ligi a Erwin w tym pomógł, z marszu stając się bohaterem kibiców. Od tamtego momentu niesamowicie zżył się z drużyną a jego nazwisko zaczynało nabierać renomy. Także po zakończeniu służby, Erwin pozostał wierny Polonistom, pracując przy okazji w firmie górniczej. Poza tym Nyc był świetnym zawodnikiem, którego warunki fizyczne (180 cm wzrostu) predysponowały do gry nie tylko w pomocy, ale przede wszystkim w obronie. To był jeden z piłkarzy, który zaczął odgrywać rolę stopera. Umiejętność ta skłoniła Józefa Kałużę oraz szefostwo PZPN, aby w 1938 roku zabrać Erwina na Mistrzostwa Świata na sławny mecz z Brazylią. Trzeba wspomnieć, że nie znalazłby się na nim, gdyby nie kontuzja Jana Wasiewicza, zawodnika lwowskiej Pogoni. Dzięki nieszczęściu kolegi, to Nyc wskoczył do kadry, powiększając w niej grono Polonistów(wcześniej powołanym był Władysław Szczepaniak, który przy okazji tego meczu był kapitanem) Robert Gawkowski, polski historyk kultury fizycznej i sportu, doktor historii, autor publikacji naukowych. W spotkaniu z Brazylią, Erwin zagrał jako jeden z trzech pomocników, obok Wilhelma Góry i Ewalda Dytki. Nie był to jednak pierwszy mecz Nyca w kadrze narodowej. Jego debiut rok wcześniej przypadł na mecz z Danią, który Polska wygrała 3:1. Grywał również w eliminacjach do mistrzostw świata 1938 we Francji, kiedy to przeciwnikiem Biało-Czerwonych była Jugosławia. Licznik gier w kadrze tego rosłego pomocnika zatrzymał się na liczbie 11. Nyc znowu staje się Nytzem. Na początku II wojny światowej, luksusowe mieszkanie Erwina, które znajdowało się w Warszawie, zostało zbombardowane przez niemieckie lotnictwo. Później Nyc został zobowiązany do walki na froncie i popadł w niemiecką niewolę, jednak już po kilku dniach został z niej zwolniony. Powrócił na Górny Śląsk, który wówczas dostał się pod panowanie niemieckie. Jak wszyscy inni piłkarze z tego regionu, został zmuszony do podpisania volkslisty. Górnoślązacy, którzy wówczas występowali do końca sierpnia 1939 roku w najwyższej polskiej Lidze, stali się znowu obywatelami Rzeszy. Ich nazwiska spolonizowane w połowie lat trzydziestych zarządzeniem wojewody Michała Grażyńskiego, otrzymały z powrotem swą niemiecką formę, tak jak były zapisane w metrykach urodzenia. W 1940 roku Erwin zaczął występować w niemieckim klubie. Dzisiaj każdy rozgrzesza taką sytuację, zwłaszcza na Śląsku. Był nawet wzywany dwukrotnie do gestapo. Dopiero po tych rozmowach, pod groźbą wywozu do obozu pracy, zdecydował się na wstąpienie do drużyny okupanta. Nadszedł moment wyboru – być prześladowanym czy grać w piłkę? Katowicki przełożony NSDAP Georg Joschke przyłączył więc Nyca do drużyny 1. FC Kattowitz, podobnie jak dwóch innych graczy: Ewalda Dytko i Ernesta Willimowskiego (który odszedł z niej po niespełna czterech miesiącach). Joschke, w latach trzydziestych, sam prowadził ten klub dla mniejszości niemieckiej w Polsce. W ciągu pięciu sezonów w Gaulidze Górnego Śląska nie osiągnął z nim większych sukcesów. Nie wzbił się nawet powyżej czwartego miejsca w tabeli. W czerwcu tego samego roku w Katowicach, Nyc wziął udział w pierwszym szkoleniu dla graczy z Górnego Śląska, przeprowadzonym przez ówczesnego szkoleniowca Reichu, Seppa Herbergera. Gazeta „Kicker” widziała wtedy w Erwinie podstawowego stopera niemieckiego zespołu, lecz do takiego obrotu spraw nie doszło. Kilka razy Nyc brał udział w meczach zespołu Gauligi Górnego Śląska, gdzie jego opiekunem był Kurt Otto, były trener Schalke i polskiej drużyny narodowej. Tego samego roku został powołany do niemieckiej służby lotniczej w Fliegerhorst. W tym czasie nadal grał w piłkę, w drużynie Luftwaffen Sport Verein. Stacjonował w Berlinie, ale bardzo często w mundurze Luftwaffe przyjeżdżał do Warszawy. Prawdę mówiąc, Erwin lotnikiem nigdy nie został, był jedynie w wojsku pomocniczym. Później został przeniesiony do jednostki Markersdorf w dolnej Austrii, gdzie również grał w lokalnej drużynie złożonej z lotników. Po kilku miesiącach powrócił do Fürstenwalde. ,,Dawno temu rozmawiałem ze Zdzisławem Gierwatowskim, który grał w Polonii Warszawa od 1938 roku, więc znał Nyca osobiście. Mówił mi, że to był swój chłopak, żaden Niemiec, nawet nie posiadał niemieckiego akcentu a rozmawiali ze sobą w języku polskim”– wspominał Robert Gawkowski.
W środku wojny, podczas jednego z rozgrywanych meczów, kiedy to Polonia grała w konspiracyjnej lidze, przywdziewając czarne trykoty, wypatrzono Erwina w mundurze Luftwaffe. Przyglądał się swoim kolegom na boisku, a po spotkaniu wybrał się z nimi na prawdziwą „biesiadę”. Podczas wojny moralne opory znikały. Ludzie nie wiedzieli, czy dożyją kolejnego dnia, tygodnia, miesiąca… Najnormalniej na świecie, Nyc przesadził z alkoholem i podczas godziny policyjnej wyszedł na ulicę. Zaczął przy tym wymachiwać pistoletem i wołać: dajcie mi jakiegoś szwaba, ja go ukatrupię! Nie mogło obyć się bez patriotycznego akcentu. Wyobrażacie sobie, że niemiecki żołnierz zaczyna śpiewać hymn Polski? Tak też uczynił Erwin, nad którym prawdopodobnie opatrzność sprawowała swą opiekę – żaden patrol nie przechodził obok miejsca zdarzenia. Pan Zdzisław Gierwatowski mówił, że piłkarze Polonii będący wówczas z Nycem, zaciągnęli go siłą do jakiegoś pokoju, gdzie zasnął. Na szczęście miał broń, którą wymachiwał nadal przy sobie. Gdyby zastrzelił jakiegoś Niemca, to prawdopodobnie czekałby go pluton egzekucyjny albo w najlepszym wypadku karna kampania na Wschód. Pod koniec wojny dostał się także pod rosyjską niewolę. Po powrocie do Pogoni Katowice, gdzie Erwin grał po wojnie, napotkał wiele przeszkód. Był szkalowany przez władze komunistyczne, które mówiły, że musi ponieść konsekwencje za to, iż grał w niemieckich klubach. Poloniści stanęli jednak murem za swoim byłym zawodnikiem. Pisali listy, że Nyc nigdy nie był kolaborantem, współpracował z ruchem oporu, załatwiał pistolety dla Armii Krajowej, lecz nie wiadomo, ile w tym jest prawdy. Wszyscy, którzy z nim kiedyś grali czuli, że żaden z niego Niemiec. Erwin przyznał również, że na początku wojny miał kontakt z byłym polskim selekcjonerem Józefem Kałużą, który doradzał mu, że w ten sposób może uniknąć represji ze strony niemieckich okupantów. Te wypowiedzi pomogły Nycowi, a dochodzenie zostało przerwane. Nie mógł on jednak wyjeżdżać za granicę i nie można było powołać go do reprezentacji piłkarzy z ligi okręgowej, a także reprezentacji Polski. W przypadku Erwina Nyca, Ewalda Dytko, Teodora Peterka i Gerarda Wodarza, UB chciało dokładnie wiedzieć, co robili podczas służby we Wehrmachcie, a przede wszystkim u aliantów. Te przesłuchania napędziły im mnóstwo strachu, że dopiero wiele lat później poczynili jakieś uwagi na ten temat. Oficjalnie ich życiorysy podawały, że zostali zmuszeni do służby we Wehrmachcie, poczuwali się polakami i przy pierwszej okazji zdezerterowaliby – fragment książki Thomasa Urbana „Czarny orzeł, biały orzeł”. Erwin był człowiekiem o dobrym sercu – przywoził czasem z Niemiec, podobnie jak Karol Kossok to, czego nie było wtedy w Polsce. Mowa tutaj o piłkach, korkach czy sprzęcie piłkarskim. Prawdziwy spokój w jego życiu nadszedł po 1948 roku, kiedy zmienił pisownię nazwiska na polską. Z Erwina Günthera Nytza stał się Edwardem Piotrem Nycem. Brzmiało po naszemu, ale na Polonii nadal wołano na niego Erwin. Nikt nie widział w tym nic złego – znacząca część tych Polonistów zamieszana była w powstanie warszawskie, więc byli uczuleni na zdradę, lecz do Erwina nic nie mieli. Widzieli, że zmiana imienia ma na celu ułatwić mu drogę w tej nowej, komunistycznej rzeczywistości. Po zakończeniu aktywnej kariery sportowej Nyc próbował swoich sił w latach 50. w kilku drużynach z Górnego Śląska jako trener (m.in. w AKS Chorzów), jednak nie udało mu się zaistnieć w żadnym z prowadzonych zespołów. Opowieść o Erwinie Nycu sięgnie 1957 roku, kiedy to zorganizowany został jubileusz Wacława Kuchara. Zrobiono wówczas wielki mecz oldbojów pomiędzy Pogonią Lwów a Polonią Warszawa. Trzeba widzieć to, jako pewien opór w stosunku do komuny – był to październik, więc można było pozwolić sobie na więcej. Plakaty i wypowiedzi sugerowały, że Polonia podejmować będzie starą Pogoń. Spotkanie to miało przypomnieć o tym, że Lwów kiedyś był polski. Z Bytomia czy Wrocławia przyjechali dawni lwowiacy a Polonia zaprosiła Erwina Nyca a także Wilhelma Grolika, postać mniej znaną, ale również w swej historii kontrowersyjną. Wszyscy cieszyli się z obecności Erwina. To najlepszy dowód na to, jak go odbierano. Podczas wojny, w stosunku do jego osoby, było sporo niedomówień. Dzisiaj chyba już nikt nie mówi negatywnie o poczciwym Erwinie, który zmarł 1 maja 1988 r. w wieku 73 lat na terenie Piekar Śląskich.
8
Pamiętamy!
Polski patriota w mundurze Luftwaffe:
@Visca_barca
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
2
Problem ,,naszej" Barcuni leży w tym że Joan Laporta już nie nadaje sie na prezydenta FC Barcelony a z kolei Xavi jeszcze(bądź nawet wogóle) nie nadaje się na prowadzenie FC Barcelony, z tąd te konieczne zmiany. Podobnie sprawa ma się z piłkarzami, których część nie powinna się znaleźć w ,,naszym" klubie. Następna sprawa to sztab szkoleniowy a zwłaszcza medyczny, w tym psychologiczny, to wszystko leży i kwiczy a ktoś przecież za to odpowiada! Kto? No przecież nie papież Franciszek, tylko pan Laporta.....!
9
Tragiczny w skutkach wypadek legendy FC Barcelony:
Francisco Javier Urruticoechea czyli ,,Urruti” był bramkarzem Barçy w latach 1981-88. Pochodzący z Kraju Basków zawodnik trafił na Camp Nou z Espanyolu i w latach 1982-86 był podstawowym golkiperem Dumy Katalonii. Po odejściu z Barcelony zakończył karierę i został trenerem bramkarzy. Kilka godzin przed feralną nocą(24 maja 2001 r.) oglądał wraz z przyjaciółmi finał Ligi Mistrzów. Następnie wsiadł do swojego Mercedesa 320 CE i ruszył w strone domu. Będąc blisko celu około godziny 3:37 w nocy na północnej obwodnicy Barcelony stracił panowanie nad kierownicą i jego samochód trzykrotnie uderzył w bariere ochronną a sam Urruti wypadł z pojazdu. Jadący za nim kierowca BMW nie był w stanie go ominąć i bramkarz poniósł śmierć na miejscu.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca
9
Szczęśliwa końcówka sezonu:
24 maja 1992 r. FC Barcelona rozgromiła na wyjeździe Real Valladolid 0:6(!) w 36 kolejce Primera Division, po 2 golach Stoiczkowa, Koemana i Nadala. To zwycięstwo pozwoliło Blaugranie zbliżyć się na jeden punkt do Realu Madryt a w ostatniej kolejce(dzięki wygranej Tenerife z Realem) sięgnąć po mistrzostwo Hiszpanii.
@Visca_barca
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
,,Oficjalnie: Barcelona zwolniła Xaviego!"
,,Wszystko zmierza ku temu, że Hansi Flick wkrótce zastąpi Xaviego na stanowisku trenera Barcelony. Mundo Deportivo informuje, że oficjalne ogłoszenie tego nastąpi w poniedziałek, a wkrótce ma odbyć się spotkanie obecnego szkoleniowca z Joanem Laportą i Deco. Mogą oni przekazać Xaviemu decyzję o zwolnieniu go ze stanowiska".
Skoro mogą oni przekazać Xaviemu decyzje o zwolnieniu go i oficjalne ogłoszenie tego nastąpi wkrótce, to ja się pytam, jakie to jest: ,,Oficjalnie: Barcelona zwolniła Xaviego"?
Przecież to jest groch z kapustą!
10
Pierwszy Puchar Króla w gablocie Blaugrany:
24 maja 1910 r. rozpoczął się pierwszy w historii wygrany przez FC Barcelone turniej finałowy Pucharu Króla Hiszpanii. Co ciekawe z powodu nieporozumień między klubami odbyły się równolegle dwa turnieje i obydwa są uważane za oficjalne. Duma Katalonii wzięła udział w rozgrywkach pod egidą nowo powstałego Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej (RFEF). Właśnie 24 maja Barça pokonała w półfinale Deportivo La Coruña 5:0 a dwa dni później pokonała Club Español de Madrid 3:2 po golach Wallace’a, Commamali i Pepe Rodrigeuza. W turnieju tym brały udział tylko 3 kluby a turniej był rozgrywany w Madrycie.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca
11
Aranycsapat, czyli ,,Złota jedenastka”:
Dokładnie 70 lat temu Węgrzy rozbili w Budapeszcie reprezentacje Anglii w meczu towarzyskim aż 7:1(!) co do dziś jest najwyższą porażką w historii angielskiej piłki nożnej. Był to rewanż za przegrany mecz listopadowy na Wembley z ubiegłego roku, jakim pałali wówczas Anglicy. Węgrzy znów byli o klasę lepsi i 3 tygodnie później pojechali na mundial jako faworyt. Tam dopiero w finale zatrzymała ich reprezentacja RFN po słynnym ,,cudzie”(de facto przekręcie, o czym już pisałem i niejednokrotnie będę przypominał) w Bernie i zwycięstwie 3:2.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Visca_barca
6
@FCBparasiempre
Wszyscy młodzi chłopcy zarażeni baskijskim patriotyzmem, chcieli tak jak on zdobywać mnóstwo goli. Pozostaje idolem do dziś. Możemy narzekać, że jego sława opiera się w dużym stopniu na zasadzie przedwczesnej śmierci. Jednak trofea pozostają wieczne i przemawiają na jego korzyść. W czasach swojej świetności dumnie reprezentował tylko jeden klub – Athletic Bilbao. Każdy pasjonat przyodziany w biało-czerwone, pionowe pasy, wyobraża sobie jak Rafael Moreno Aranzadi lub po prostu „Pichichi” sto lat temu mijał obrońców. Kolczyk w uchu, różnokolorowe buty, idealnie nażelowane, pofarbowane lub przystrzyżone w wymyśle wzory włosy, koszulki rozchodzące się jak świeże bułeczki w sklepiku osiedlowym – zarówno te oryginalne, jak i tanie podróby(koszulki, nie bułki!). Własna firma najwygodniejszych na rynku (podobno) bokserek, zdjęcia wrzucane najnowszym IPhonem 6 na Instagrama, fanpage, mający blisko 20 milionów polubień i unikanie paparazzich, mknąc naprzód swoim Astonem Martinem One-77 z silnikiem V12. Takie życie być może w dzisiejszych czasach wiódłby Rafael w jednej z dzielnic Bilbao (o ile nie skusiłby się na grube pieniądze szejków). Ponad sto lat temu wyróżnić mógł się zaledwie białą chustką na głowie, co umożliwiało rozpoznanie go na boisku, w jednej chwili. Aranzadi kochał Bilbao od zawsze. Tutaj się urodził i wychował. Ludzie mówili, że ma intelektualny potencjał, jednak on nie chciał się kształcić. Nie marzył, żeby pójść w ślady ojca, który był prawnikiem, a z czasem został burmistrzem miasta. Wujek Rafaela (brat matki) był bardzo znanym hiszpańskim filozofem i pisarzem, ale i to do niego nie przemawiało. Do inżynierii też nigdy nie ciągnęło, choć tym zajmował się jego brat – Raymond. Wolał kopać szmacianą piłkę z kolegami i wracać późno do domu. Dołączył do Athleticu w 1911 roku, mając 19 lat. Wówczas uzyskał przydomek „Pichichi” (mała kaczka) z racji swoich warunków fizycznych. Szybko awansował do pierwszego zespołu. Najważniejszym trofeum w Hiszpanii był w tamtym czasie Puchar Króla. Brały w nim udział drużyny z całego kraju. Ceniono go ponad wszelkie mistrzostwa regionalne. Finał Copa del Rey (przeciwko Racing Club de Irun) w 1913 roku Aranzadi przegrał, ale szybko im się zrewanżował kilka miesięcy później – strzelając historyczną, pierwszą bramkę na stadionie San Mames, już w 5. minucie. „Pichichi” w dużym stopniu przyczynił się do zdobycia czterech Pucharów Króla, trzech mistrzostw północy, oraz dwóch Mistrzostw Vizcayan. W finale Copa del Rey 1915 ustrzelił nawet hat-tricka, a Athletic pokonał Espayol, aż 5 do 0. Znakomita część tych trofeów jest też zasługą angielskiego trenera Billy’ego Barnesa. Szkoleniowiec rozumiał doskonale pozycję Rafaela. Szczególnie że nie minął rok, odkąd sam przestał grać w piłkę. Grał jako skrajny lewy napastnik w drużynie Queens Park Rangers. Skupiał się więc najmocniej na pozycji „Pichichiego”. Wówczas grano na pięciu, czy nawet sześciu napastników, zupełnie nie dbając o środek pola. „Pichichi” grał na tej samej pozycji, co jego trener w przeszłości. Stąd bardzo dobrze się rozumieli. Często schodził do środka i pełnił poniekąd rolę mediapunta. Znakomity drybling, zwrotność, dobra gra obiema nogami, i silny strzał – to cechy, które pomagały mu bardzo często kończyć akcję indywidualnie. Pichichi był więc jednocześnie mediapuntą i lisem pola karnego. Teraz trudno to sobie wyobrazić, jednak wtedy proporcje obrońców w stosunku do napastników były jak w piłkarzykach stołowych – atakujący mieli przewagę. „Pichichi”, zdobył też srebro olimpijskie w 1920 r., strzelając na turnieju jedną bramkę. Kariera reprezentacyjna jednak nie zdążyła rozkwitnąć, bo licznik zatrzymał się na 5 spotkaniach.
Pod koniec swojego życia (nikt tak wtedy nie przypuszczał) przestał imponować formą. Ikona „Pichichiego” nie była tak silna za jego życia. Wówczas był bez żalu krytykowany. Fani domagali się tego samego piłkarza, który jeszcze niedawno był piłkarskim czarodziejem. W maju 1921 roku postanowił zostać piłkarskim sędzią. To zabolało fanów jeszcze bardziej niż zawieszenie butów na kołku. Sędziowski debiut wypadł mu na stadionie… San Mames. Jednak w wieku 29 lat, zmarł w swoim mieszkaniu na tyfus. Przyczyną było prawdopodobnie zjedzenie nieświeżych ostryg. Pośmiertnie więc „Pichichi” znów stał się ulubieńcem i ikoną Bilbao. Dziś legenda jeszcze bardziej urosła. Jest wymieniany naprzemiennie z Telmo Zarrą (także istnieje nagroda nazwana jego imieniem – Trofeo Zarra – przyznawana najlepszemu hiszpańskiemu strzelcowi Primera Division i Segunda Division) jako najwybitniejszy zawodnik w historii baskijskiego klubu. Od 1926 r. na cześć snajpera powstało popiersie z brązu, które od tamtego zdobi San Mames. W 1953. roku „Marca” postawiła „Pichichiemu” najtrwalszy pomnik, nazywając nagrodę najlepszego strzelca Primera Division jego imieniem, a właściwie przydomkiem. To hołd dla bramkostrzelnego gracza, który paradoksalnie nigdy nie był królem strzelców ligi, bo ta powstała przecież w 1929 roku. Nie miał więc okazji, którą pewnie by wykorzystał. Na setną rocznicę powstania klubu Athletic Bilbao, został odkryty wielki pomnik „Pichichiego” wraz z jego małżonką Aveliną Rodriguez. Na głowie posągu nie mogło zabraknąć białej chusty. To przecież stały atrybut Rafela. Ten „gigante” możemy podziwiać w muzeum Euskal Museoa Bilbao Museo Nasco. W świątyni San Mames istnieje pewna tradycja. Jeśli drużyna gra na tym stadionie pierwszy raz – to jej kapitan składa kwiaty przy popiersiu „Pichichiego”, które od 2013 roku, czyli od powstania nowego San Mames, znajduje się przy wyjściu z tunelu. Jeszcze do niedawna Cristiano Ronaldo i Lionel Messi konsekwentnie walczyli o „małą kaczkę”.
7
Od „Małej kaczki” do pięknego łabędzia:
@Visca_barca
@Rastafarnianin
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
9
Szanowni cules, czy wiecie że:
23 maja 1912 r. Alfonso Albeniz Jordana został pierwszym piłkarzem, który przeszedł z FC Barcelony do Realu Madryt(wówczas FC Madrid). Powodem przeniesienia się do stolicy było rozpoczęcie studiów w tym mieście. Albeniz został potem dyrektorem w Realu i prezesem pierwszego Hiszpańskiego Kolegium Sędziów. W 1902 r. jeszcze jako piłkarz Blaugrany zagrał w pierwszym El Clasico jako najmłodszy gracz w historii(16 lat i 132 dni), choć jak pisano wówczas w gazetach ,,ze względu na wiek nie powinien uczestniczyć w tak brutalnej i niebezpiecznej grze”. Z kolei inny zawodnik, Jose Quirante, będąc piłkarzem Barçy, grał dwa lata dla Realu w latach 1906-1908 ze względu na obowiązki w pracy, które zmusiły go do przeprowadzki do Madrytu. W tym czasie był jednak formalnie nadal piłkarzem FCB. No cóż, takie to właśnie były wtedy amatorskie czasy…
@Arkon
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Rastafarnianin
4
No prosze, kiedy nie oglądałem meczów Bayeru Leverkusen w całości w tym sezonie, tylko jakieś krańcowe ,,ogony" to oni nie przegrywali żadnego meczu! A kiedy wczoraj obejrzałem ,,Aptekarzy" od deski do deski to akurat kompletnie nie istnieli, zwłaszcza w pierwszej połowie! Takie to paradoksy...
2
@MesQueUnClub96 Aha, tak też przypuszczałem. Dzięki śliczne i pozdrawiam :)
0
Słuchajcie no kochani pasjonaci futbolu. Mam pytanie dotyczące rekordu Bayeru Leverkusen. Otóż aby ,,Aptekarze" mogli dzisiaj w finale wyśrubować rekord do 52 meczów bez porażki wystarczy im remis w regulaminowych 90 minutach(?) czy też muszą ten mecz rozstrzygnąć ogólnym zwycięstwem?
0
@FcPortoFan1999 Owszem ale powtarzam(!) byliśmy świeżo upieczoną trzecią siłą na świecie! Taka Portugalia a zwłaszcza ZSRR były od nas gorsze a już zdecydowanie w naszym zasięgu. Czegoś zabrakło, pytanie tylko czego(?) bo napewno nie umiejętności...
10
@FCBparasiempre
Rok 2010 był dla Ligi Mistrzów szczególny. Po raz pierwszy od pięciu lat w finale tych rozgrywek zabrakło angielskiej drużyny. W ostatecznym meczu na Santiago Bernabeu stanęły naprzeciwko siebie dwa zespoły, które marzyły o zakończeniu sezonu z potrójną koroną. Z kolei trenerzy obu klubów już wcześniej triumfowali w tych rozgrywkach, Louis van Gaal z Ajaksem a Jose Mourinho z FC Porto. Przypominamy dziś finał Champions League: Bayern – Inter. Historia sezonu 2009/2010 w Lidze Mistrzów mogła wyglądać zupełnie inaczej, ponieważ finaliści aż do ostatniej kolejki fazy grupowej walczyli o awans do 1/8. Bayern potrzebował zwycięstwa w Turynie, gdzie czekał na niego odradzający się powoli z drugoligowych popiołów Juventus. Był to bezpośredni pojedynek o wyjście z drugiego miejsca, a przed samym spotkaniem to Włosi zajmowali premiowane miejsce. Gospodarze objęli prowadzenie, ale Niemcom udało się odpowiedzieć aż czterema trafieniami. Warto dodać, że wyrównującego gola z rzutu karnego zdobył dla gości… bramkarz Hans-Jörg Butt. Sensacyjnym zwycięzcą grupy okazało się francuskie Girondins de Bordeaux. Dosyć niespodziewane jest to, że problemy z awansem w grupie F miał Inter, gdzie wyrastał na jej zdecydowanego faworyta, obok broniącej tytułu Barcelony. Remisy z Rubinem Kazań i Dynamem Kijów, a także porażka z Hiszpanami sprawiły, iż w ostatnim meczu z rosyjską drużyną Włosi nie mogli przegrać. Gole Samuela Eto’o i Mario Balotellego dały im pewny triumf. Później miało się okazać, że po raz pierwszy w historii w finale nie wystąpi ani jeden zwycięzca swojej grupy. W 1/8 finału na Bayern czekała Fiorentina, która stawiała rywalom bardzo silny opór – dwumecz zakończył się wynikiem 4:4, a Bawarczycy przeszli dalej tylko dzięki bramkom strzelonym na wyjeździe. Do historii przeszły ich dwa spotkania w ćwierćfinale, gdzie spotkali się z Manchesterem United. Pierwszy mecz u siebie Niemcy wygrali dzięki trafieniu Ivicy Olicia w doliczonym czasie gry. Rewanż na Old Trafford nie do końca układał się po ich myśli – po 41 minutach przegrywali już 0:3. Przed przerwą gola zdobył jednak niezawodny Olić, a na kwadrans przed końcowym gwizdkiem przepięknym uderzeniem z woleja popisał się Arjen Robben, dzięki czemu Bayern prześlizgnął się do kolejnej rundy, ponownie korzystając z zasad wyjazdowych goli. Półfinałowy dwumecz z Olympiquem Lyon nie pozostawił już żadnych wątpliwości – trzy gole Olicia w rewanżu zapewniły chłopcom van Gaala bilet do Madrytu. Droga Interu do upragnionego finału miała dla Jose Mourinho kilka osobistych podtekstów. Jego pierwszym rywalem w rundzie pucharowej była Chelsea, z której Portugalczyk jeszcze nie tak dawno został przegoniony przez Romana Abramowicza. Łatwo można się domyślić, ile satysfakcji dały szkoleniowcowi mediolańczyków dwie wygrane w starciach z Anglikami – 2:1 u siebie i 1:0 na wyjeździe. Dwa jednobramkowe zwycięstwa nad CSKA Moskwa dały Interowi przepustkę do swojego pierwszego półfinału od 2003 roku. Tam czekała na nich Barcelona, w której z kolei Mourinho był asystentem i tłumaczem Bobby’ego Robsona, a później współpracował jeszcze… z van Gaalem. W pierwszym spotkaniu na San Siro gospodarze zagrali być może najlepszy mecz za kadencji portugalskiego trenera i w świetnym stylu pokonali Katalończyków 3:1. Rewanż na Camp Nou dziś należy do klasyków Champions League – czerwona kartka dla Thiago Motty jeszcze przed upływem 30. minuty, potem ponad godzina walenia przez Barcelonę głową w mediolański mur, gol Gerarda Pique, chwilę później nieuznane trafienie gospodarzy i koniec meczu. Następnie miała miejsce celebracja gości na murawie, prowokacje Mourinho i włączone zraszacze… Takie było tło awansu Interu do wielkiego finału Ligi Mistrzów, swojego pierwszego od 1972 roku.
Bayern – Inter. 22 maja 2010 roku (po raz pierwszy mecz był rozgrywany w sobotni wieczór!) w Madrycie stanęły naprzeciw siebie dwie wspaniałe europejskie firmy prowadzone przez dwóch wielkich taktyków. Było to piąte starcie w historii pomiędzy tymi zespołami. W ciągu paru tygodni poprzedzających ten finał zarówno monachijczycy, jak i mediolańczycy wygrali swoje ligi oraz krajowe puchary. Jedni i drudzy mieli zatem jasny cel: wywalczyć trofeum numer trzy i szczycić się zdobyciem potrójnej korony. Stawką był nie tylko puchar – zwycięstwo Bayernu oznaczało, że Bundesliga otrzyma w kolejnym sezonie dodatkowe miejsce w Champions League kosztem… Serie A. Inter zatem musiał wygrać nie tylko dla siebie, lecz także i dla całego calcio. Van Gaal i Mourinho – obaj panowie mieli szansę na swój ponowny triumf w tych rozgrywkach. Holender po raz pierwszy wygrał je w 1995 roku, gdy prowadzony przez niego młodziutki Ajax dosyć niespodziewanie pokonał AC Milan. Nie mniejszą sensacją była wygrana w 2004 roku FC Porto, którym dowodził Portugalczyk. Smoki ograły wówczas w finale AS Monaco 3:0. Ernst Happel i Ottmar Hitzfeld zdobywali Puchar Europu z dwoma różnymi zespołami. Pewne było to, że tej nocy dołączy do nich trzeci szkoleniowiec. Pytanie tylko brzmiało: który? ,,Moją filozofią jest zawsze atakowanie. Mourinho woli stawiać na defensywę, ale ma zawodników, którzy mogą przesądzić o wyniku meczu” – Louis van Gaal przed spotkaniem finałowym. Po raz czwarty na arenę finału wybrano Santiago Bernabeu. Wcześniej takie mecze rozgrywane były tutaj w 1957, 1969 oraz 1980 roku. Ten drugi raz był szczęśliwy dla innej drużyny z Mediolanu. AC Milan pokonał wówczas Ajax aż 4:1. W majowy wieczór 2010 roku na trybunach zasiadło ponad 73 tysiące widzów. Sędzią był dobrze znany polskim kibicom Howard Webb. Oba zespoły do finału przystępowały bez swoich kluczowych zawodników. Van Gaal nie mógł skorzystać z Francka Ribery’ego, który pauzował za czerwoną kartkę obejrzaną w dwumeczu z Lyonem. Z tego samego powodu zabrakło w składzie Włochów Motty. Gdy jedni i drudzy ustawili się już wreszcie w tunelu, można było rozpoczynać finał. Bayern na ponowny sukces w rozgrywkach czekał dziewięć lat, z kolei Inter – aż czterdzieści pięć. Jak można się było spodziewać, od początku zaatakowali Bawarczycy. Szczególnie aktywny na prawym skrzydle Robben przez cały sezon był motorem napędowym ofensywnych akcji klubu z Monachium. Holender w dziesiątej minucie łatwo ograł Cristiana Chivu oraz Waltera Samuela i dograł do Olicia, ale napastnik nie trafił w bramkę. Chwilę później były gracz Realu Madryt dorzucił piłkę na głowę Daniela Van Buytena, a ta po jego strzale trafiła w rękę Maicona. Sędzia nie odgwizdał rzutu karnego, chociaż śmiało mógł to zrobić. Inter, stojący za podwójną gardą, odpowiedział dwoma mocnymi uderzeniami Wesleya Sneijdera z rzutów wolnych ustawionych ponad trzydzieści metrów od bramki Butta. Bayern miał dużą przewagę w posiadaniu piłki, ale nie potrafił udokumentować tego trafieniem. Zespół Mourinho w tym sezonie przyzwyczaił do bardzo defensywnej gry, ale w odpowiednich momentach potrafił zadać zabójczy cios. Tak też się stało w 35. minucie finału. Julio Cesar wykopał piłkę z własnego pola karnego, Diego Milito zgrał ją głową do Sneijdera, a ten oddał mu ją natychmiast po przyjęciu, dzięki czemu Argentyńczyk znalazł się w sytuacji sam na sam z niemieckim bramkarzem. Napastnik Interu nie zwykł marnować takich okazji i celnym strzałem dał prowadzenie swojemu zespołowi. Jeszcze przed przerwą Włosi mogli zdobyć drugiego gola. Tym razem to Milito podawał do Sneijdera, ale Holender z dwunastu metrów trafił prosto w Butta. Pierwsza połowa zakończyła się zatem jednobramkową przewagą mediolańczyków. Zaledwie dwadzieścia sekund po rozpoczęciu drugiej części młodziutki Thomas Müller mógł wyrównać, ale fantastyczną interwencją nogami popisał się Cesar. Bayern wyszedł po przerwie niezwykle zdeterminowany. Dziesięć minut później groźnie uderzał Hamit Altintop. W polu karnym Interu robiło się coraz gorąco – ponownie próbował Müller, lecz tym razem jego strzał został sparowany przez Estebana Cambiasso. Po ponad godzinie Cesar znów musiał się wspiąć na wyżyny swoich umiejętności, broniąc mocne uderzenie Robbena.
Gdy wydawało się, że remis wisi w powietrzu, dwadzieścia minut przed końcem mediolańczycy zadali drugi cios. Samuel Eto’o podał piłkę do Milito, który wdał się w pojedynek z Van Buytenem. Argentyński snajper w piękny sposób ograł rywala i nie dał żadnych szans Buttowi. Co prawda belgijski obrońca karierę zakończył rok później, ale ,,El Principe” wysłał go na przedwczesną emeryturę tamtej nocy. Istnieją podejrzenia, że ,,Big Danowi” do tej pory kręci się w głowie po tamtej akcji. Wynik zmienił się na 2:0 i wyglądało na to, że nic już nie odbierze Interowi pucharu. Mourinho gestami uspokajał swoich zawodników, ale w środku czuł już wielki triumf. Wszystko przebiegało według jego planu. Do końca spotkania pozostawały już sekundy, a rezerwowi piłkarze mediolańczyków przygotowywali się do świętowania zwycięstwa. Wówczas Mourinho dokonał trzeciej zmiany tej nocy – zdjął bohatera Milito a w jego miejsce wprowadził Marco Materazziego. Do ucha nie przekazał mu jednak żadnych uwag taktycznych a jedynie słowa: ,,Byłeś na boisku w pierdolonym finale mistrzostw świata i będziesz w dzisiejszym pierdolonym finale ligi mistrzów”. Zaraz po tym Howard Webb zagwizdał po raz ostatni. Inter wygrał Champions League, zdobył potrójną koronę, a Jose dołączył do Happela oraz Hitzfelda. Dla niego i dla klubu to był wielki i niezapomniany sezon. ,,W piłkarskim sensie to była prowokacja ze strony Van Gaala, gdy powiedział, że Inter jest defensywną drużyną ale wiem, czego chciał a ja pragnąłem tej samej rzeczy – zwycięstwa. Nie zatraciliśmy naszej osobowości, jesteśmy bardzo zwartą drużyną i udało nam się wygrać po kontratakach. Po drugiej bramce mecz był już skończony” – Jose Mourinho. 34% – zaledwie tyle czasu przy piłce utrzymywali się mediolańczycy. Wystarczyło to jednak, aby strzelić dwa gole. Parę dni po finale Materazzi wyjawił, że jego trener już dużo wcześniej wiedział, jak potoczy się to spotkanie. Na początku maja Portugalczyk był w Berlinie, gdzie oglądał starcie Bayernu z Herthą. Gdy włoski obrońca wysłał do niego SMS-a z pytaniem, jak prezentują się Bawarczycy, Mourinho odpisał mu: Wygramy 2:0. 28 maja Jose zrezygnował z posady trenera Interu, aby podjąć pracę w Realu Madryt. Zastąpił tam Manuela Pellegriniego, który z Królewskimi odpadł z Champions League w 1/8 finału po dwumeczu z Lyonem. Swoje odejście z Mediolanu portugalski szkoleniowiec zapowiedział już chwilę po triumfie nad Bayernem, gdy stał przed telewizyjnymi kamerami: ,,To był wspaniały, niesamowity sezon. Brakuje mi słów, aby opisać, jak się czuję. Jestem bardzo szczęśliwy i dumny, ale… jednocześnie jestem smutny, bo to prawdopodobnie mój ostatni mecz z Interem a Inter jest moim domem – w taki sam sposób, w jaki moim domem jest Chelsea. Trudno było mi opuszczać Chelsea a teraz równie ciężko jest zostawić Inter ale takie jest życie, taki jest futbol”. Na Santiago Bernabeu nie udało się Mourinho wywalczyć upragnionego trofeum Ligi Mistrzów – trzeciego dla niego i dziesiątego dla klubu. Po zwolnieniu z Realu powrócił do Chelsea, gdzie w drugim sezonie wygrał Premier League. Co łączy natomiast Mourinho i Van Gaala? Ten pierwszy próbuje sprzątnąć po bardziej doświadczonym koledze, który zawiódł w Manchesterze United. Próbuje udowodnić, że The Special One wciąż jest wyjątkowy. Czy uda mu się kiedykolwiek jeszcze wywalczyć swoją własną, trenerską potrójną koronę albo choć wygrać Champions League?
Bayern Monachium – Inter Mediolan 0:2 (0:1)
Gole: Milito 35 i 70 m.
Bayern: Butt – Lahm, Van Buyten, Demichelis, Badstuber – van Bommel, Schweinsteiger, Robben, Müller, Altintop (Klose) – Olić (Gomez)
Inter: Cesar – Maicon, Lucio, Samuel, Chivu (Stanković) – Zanetti, Cambiasso, Sneijder – Eto’o, Milito (Materazzi), Pandev (Muntari)
9
Było sobie ,,meczycho” w finale Champions League:
@Visca_barca
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 Wiedziałem że prędzej czy później odpiszesz ;)
No nie do końca się zgodze że awans był niedostępny. Wówczas byliśmy trzecią drużyną świata(!) i w zasadzie obowiązkiem był awans na ME. Po mundialu coś pękło, przecież piłkarzy mieliśmy znakomitych aby uzyskać ten awans...
10
Ponowny remis po samobójczym golu:
22 maja 1983 r. reprezentacja Polski remisuje z ZSRR 1:1 na Stadionie Śląskim w eliminacjach Euro ’84. Trzeba mieć wyjątkowego pecha, by w drugim meczu z rzędu strzelić dwa gole, nie dać rywalom zdobyć bramki, a mimo to... znów nie zwyciężyć. Taką serię na wiosnę 1983 roku zanotowała jednak reprezentacja Polski. Najpierw w Warszawie nie udało się wygrać z Finami, bo po trafieniu Włodzimierza Smolarka własnego bramkarza pokonał Paweł Janas. W Chorzowie historia się powtórzyła. W meczu z ZSRR piłkę do siatki posłał Zbigniew Boniek, a potem samobója strzelił Roman Wójcicki. Dziennikarze „Przeglądu Sportowego” po tym spotkaniu nie mieli już złudzeń. „Trzeba się pogodzić raczej z tym, że biało-czerwonych zabraknie w przyszłorocznych finałach we Francji” – podsumowali w redakcyjnym komentarzu, czego nie trudno było przewidzieć. To był drugi w ciągu niespełna roku mecz przeciwko ZSRR i znów zakończył się podziałem punktów. Na mistrzostwach świata w Hiszpanii padł bezbramkowy remis, tym razem każda z drużyn zapisała na swoim koncie po golu. Jednego z nich strzelił szarżujący na radziecką bramkę Zbigniew Boniek. To był również 20-ty występ w reprezentacji Janusza Kupcewicza i Józefa Młynarczyka oraz 60-ty Zbigniewa Bońka i jego 21 strzelony gol.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca
7
@FCBparasiempre
22 maja 1946 r. urodził się George Best, napastnik, dwukrotny mistrz Anglii(Manchester United) - 1965, 1967; Zdobywca Pucharu Europy(Manchester United) - 1968 r.; Zdobywca Złotej Piłki France Football – 1968 r.; Najlepszy Piłkarz Świata według ,Football Writers Association’ – 1968 r. Wybrany do drużyny wszechczasów Ligi Angielskiej w 2007 roku. Zdobywca 9 goli w 37 meczach w reprezentacji Irlandii Północnej. Ogółem zdobywca 214 goli w 616 meczach. George Best był pierwszym dzieckiem Dickie Besta i Anne Best. Dorastał w rodzinnym mieście wraz z piątką rodzeństwa : czterema siostrami i bratem. W wieku 11 lat uzdolniony naukowo Best dostał się do Grosvenor High School, ale wkrótce potem zaczął coraz częściej chodzić na wagary i unikać uczęszczania do szkoły na zajęcia. Szkoła ta specjalizowała się w bardzo popularnym w tamtych czasach na wyspach sporcie – rugby. Gdyby nie buntowniczy charakter Besta kto wie czy nie został by gwiazdą rugby. Jednak los sprawił inaczej i po wydaleniu go z Grosvenor High School przeniósł się do Lisnasharragh Secondary School, gdzie spotkał swoich przyjaciół ze szkoły podstawowej. Połączyła ich ponownie bliska przyjaźń i miłość do piłki nożnej. Wspólnie cały wolny czas poświęcali na trenowanie tego sportu. W tym momencie talent Besta dopiero zaczynał rozkwitać i dawać o sobie znać światu i samemu piłkarzowi. Swoją prawdziwą przygodę z piłką nożna rozpoczął w wieku 14 lat w lokalnym klubie piłkarskim Cregagh Boys Club. Niedługo potem bo już w wieku 15 lat Best został zauważony przez obserwatora angielskiej drużyny Manchesteru United, Boba Bishopa. Bishop poinformował telegramem ówczesnego trenera drużyny Manchesteru Matta Busby’ego słowami : „ Myślę że znalazłem Ci geniusza”. Nie trwało to długo gdy przeniósł się do Manchesteru na okres próbny, by w wieku 17 lat, a dokładnie 14 września 1963 zadebiutować w pierwszej drużynie angielskiego klubu w wygranym meczu 1:0 z drużyną West Bromwich Albion. Genialne dziecko piłki nożnej było niestety za młode aby przebić się do pierwszej drużyny nowego klubu i przez połowę pierwszego sezonu większość czasu spędził na ławce. Jego druga szansa na pokazanie się przed publicznością w Manchesterze przyszła 28 grudnia tego samego roku. Trener Matt Busby dał Bestowi szansę do gry w meczu z drużyną Burnley F.C. Dla Sir Matt'a Busbiego od samego początku było wiadomo, że 16-letni, chudy chłopak z Belfastu jest kimś wyjątkowym. W meczu tym, młody zawodnik strzelił swojego pierwszego gola, a sam mecz zakończył się zwycięstwem Manchesteru United wynikiem 5 - 1. To właśnie wtedy pierwsza dywizja angielskiej piłki nożnej dostrzegła wschodzącą gwiazdę i jego pierwszego strzelonego gola. Po meczu Busby uznał że Best zasługuje na częstszą grę. Jak powiedział, tak zrobił, po Nowym Roku Geaorge Best zaczął regularnie grywać występując w 26 meczach i strzelając 6 goli. Sezon Manchester zakończył na drugim miejscu, cztery punktu za drużyną Liverpoolu. Kolejny sezon był dla Manchesteru United i Besta lepszy, udało im się zdobyć tytuł mistrzowski, a Best grywał regularnie. Do eksplozji talentu Besta doszło w 1966 roku. Wtedy to Best strzelił dwie bramki Benfice Lizbona w wygranym przez Manchester United meczu, w ćwierć finale Pucharu Europy. Od tamtego momentu George Best stał się prawdopodobnie najważniejszym graczem angielskiej drużyny i to właśnie wtedy oficjalnie nadano mu pseudonimy „ Piąty Beatles” i „Chłopak z Belfastu”. Stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy na wyspach i w Europie.Następny sezon był dla niego równie owocny. Wraz z Manchesterem ponownie zdobył tytuł mistrzowski ligi angielskiej. Jego forma i sława rosły z meczu na mecz, zadziwiał wszystkich równie dobrymi występami w każdym meczu. Następujący sezon przyniósł Bestowi kolejne trofeum – zwycięstwo w Pucharze Europy po wygranym meczu z Benfiką Lizbona aż 4 : 1. Dla Besta ten sezon był o tyle udany, że po za wygraną zespołu udało mu się także zdobyć tytuł Europejskiego Piłkarza Roku i nominacje do honorowego tytułu Najlepszego Piłkarza Roku Na Świecie. Po tym idealnym dla piłkarza sezonie nastąpiło zatrzymanie niesamowitego rozwoju kariery. Był to jego najwyższy szczyt, którego potem już niestety nie osiągnął.
W roku 1969 Best otworzył dwa nocne klubu w centrum Manchesteru, były to „Oscar „ i „Slack Alice”. Po za nocnymi klubami stał się właścicielem paru butików z modną odzieżą w partnerstwie z innym dość znanym piłkarzem Manchesteru United Mike’em Summerbee. Jednakże mimo skutecznego działania biznesowego rozwinął w sobie mniej pozytywne cechy, takie jak alkoholizm i nałóg do hazardu. Stał się kobieciarzem i zaczął spotykać się z gwiazdami estrady i znanymi modelkami. Jak sam podkreślał - roztrwonił cały majątek na kobiety, alkohol i samochody. W tym okresie stały się one dla niego najważniejszym celem w życiu. Z dnia na dzień osiągał dno, a właściciele Manchesteru United coraz częściej myśleli co powinni zrobić z takim człowiekiem. W końcu działacze „Czerwonych Diabłów” nie mieli wyboru i zdecydowali zrezygnować z pobłażania Bestowi i zakończyć z nim oficjalną współpracę. Trener i działacze nie widzieli miejsca w zespole dla człowieka z problemem alkoholowym, nie potrafi sobie z nim poradzić i była to jedyna metoda jaka im pozostała. Przez kolejne osiem lat swojej kariery, a raczej imitacji wcześniejszej kariery tułał się po wielu klubach, mimo to, że nadal czarował swoimi umiejętnościami z żadnym z klubów w których grał nie osiągnął żadnych sukcesów takich jak z Manchesterem, a nawet do nich zbliżonych. Pierwszym z klubów do którego się przeniósł w 1974 roku był afrykański Jewish Guild. Źle znosił krytykę związana z jego opuszczaniem treningów i nieprofesjonalnego podejścia do gry. Podczas krótkiego pobyty w tym zespole to on był głównym powodem dla którego na stadion przychodziło tysiące widzów. W afrykańskiej drużynie zagrał pięć oficjalnych meczów i w grudniu 1975 roku przeniósł się z powrotem do europy, do irlandzkiego klubu Cork Celtic. Podobnie jak w drużynie Jewisg Guild tutaj także przyciągał ogromną liczbę widzów, ale nie był w stanie już im zaimponować, ani strzelić gola. Zagrał tylko trzy oficjalne ligowe gry po przez cały swój pobyt w Cork Celtic. Będąc tam na tymczasowej umowie musiał pokazać, że warto podpisać z nim normalny kontrakt. Niestety nieudało mu się to, ani trochę nie przypominał siebie z wcześniejszych lata. Zakończyło się to odejściem z klubu i wyruszeniem do kolejnego. W 1976 roku trafił do Fulham, a więc ponownie do Anglii. W angielskim klubie spędził sezon 1976 – 1977, w którym nastąpiło częściowe odrodzenie jego formy. Co prawda nie był już taki szybki jaki kiedyś, ale znowu zaskakiwał swoimi technicznymi umiejętnościami. Ten okres zaowocował spotkaniem w drużynie Fulham swojego starego kompana do picia Rodneya Marsha. W późniejszym etapie życia otwarcie przyznał, że mimo braku zwycięskich zaszczytów w drużynie Fulham, bardzo podobał mu się czas którym tam spędził. Można domyślać się że przypominał mu on jego najlepsze lata z drużyny Manchesteru. Po sezonie odszedł z angielskiej drużyny by przenieść się do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Grał tam w trzech klubach piłkarskich : Los Angeles Aztecs, Fort Lauderdale Strikers oraz San Jose Earthquakes. Rozkoszował się tam anonimowością, której brakowało mu w Anglii, ponownie mógł pokazać swoje umiejętności. Grając w pierwszym swoim sezonie wraz z drużyną Los Angeles Aztec zdobył 15 goli w 24 meczach. Został dzięki temu osiągnięciu wybrany najlepszym pomocnikiem amerykańskiej ligi piłki nożnej. Podczas swojego trzyletniego pobytu w Stanach Zjednoczonych udało mu się także wraz ze swoim menadżerem Ken’em Adam’em otworzyć „Bestie's Beach Club” , który został później przemianowany na The Underground na cześć Londyńskiego systemu metra. Klub działał efektywnie do około 1990 roku. W 1979 ponownie powrócił do Europy rozpoczynając grę w szkockim klubie Hibernian. Spędził tam dwa lata bez godnych odnotowania sukcesów czy wydarzeń. Podobnie było w jego kolejnych klubach Bournemouth, Brisbane Lions, Testimonial i Tobermore United. Północno Irlandzki Tobermore United był jego ostatnim w karierze klubem, tak więc skończył karierę tam gdzie ją rozpoczął – w swojej ojczyźnie. Po za karierą klubową George Best rozegrał w reprezentacji Północnej Irlandii 37 meczy strzelając 9 bramek. Była to drużyna dość słaba i nie udało mu się odnieść z nią żadnych sukcesów. Zakończenie kariery przyniosło Bestowi kolejny życiowy upadek, trafił na trzy miesiące do więzienia za jazdę samochodem pod wpływem alkoholu. Jego daleki od sportowego tryb życia doprowadziło do transplantacji wątroby w 2000 roku. Stan zdrowia Georga wyraźnie pogorszył się w 2005 roku i trafił on do szpitala w stanie ciężkim. 25 listopada zmarł. George Best jest uważany za jednego z piłkarzy o największym naturalnym talencie sportowym, był nawet często porównywany do Edson Arantes do Nascimento a właściwie Pelé, Erica Cantony, a nawet „ boskiego ” Diego Armando Maradony, jednak z powodu problemów ze sobą wielka kariera Besta szybko się skończyła. On sam dobrze wiedział, że mógł osiągnąć znacznie więcej, mówiąc kiedyś półżartem: ” Żebym tyle nie pił, nikt by nie słyszał o Pele i Maradonie”. Kibice nazywali go często „ Piątym Beatlesem ” ze względu na wygląd i jego fryzurę, która nadawała mu wygląd do złudzenia przypominający doskonałych muzyków. Zawodnik, o którym sam Pele powiedział: „ To najlepszy piłkarz na świecie ” cieszył się szacunkiem i dosłowną miłością kibiców, fanów i specjalistów piłki nożnej. Był niesamowicie szybki, skoczny, posiadając przy tym doskonałe umiejętności techniczne – robił z piłką co chciał. Był w stanie ogrywać nawet dużo lepiej predysponowanych przeciwników. Geniusz, jakich mało, pochodzący z kraju i ziemi ubogiej w talenty piłkarskie.
6
Wybitne legendy futbolu:
@Visca_barca
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
12
Diego Forlan dał popis na Camp Nou:
22 maja 2005 r. FC Barcelona zremisowała w przedostatniej kolejce Primera Division z Villarreal CF 3:3 a wydarzeniem wieczoru była prezentacja pucharu za mistrzostwo Hiszpanii i wielka fiesta, która odbyła się na Camp Nou po zakończeniu meczu. Na drugim planie toczyła się jednak walka o ,,Trofeo Pichichi”, czyli tytuł najlepszego snajpera. Niespodziewany hattrick zdobyty przez Diego Forlana pozwolił mu niemal dogonić Samuela Eto’o. Napastnik Villarreal miał po 37 kolejkach 23 gole wobec 24 goli snajpera Blaugrany. Trzeba jednak zaznaczyć iż kontrowersje wywołał gol strzelony 19 lutego w meczu z Mallorca, gdy uderzona przez Deco piłka odbiła się od Eto’o i zmyliła bramkarza z Balearów. Katalońskie media zaliczały to trafienie Kameruńczykowi ale madrycka ,,Marca”(fundator nagrody Trofeo Pichichi) i europejska organizacja ESM(przyznająca ,,Złotego Buta”) uznały że strzelcem gola jest Deco. Jak się okazało była to kluczowa decyzja, gdyż w rozegranej tydzień później ostatniej kolejce ligowej Forlan strzelił 2 gole a Eto’o nie trafił ani razu i to reprezentant Urugwaju sięgnął po Pichichi, zdobył także, ex aequo z grającym w Arsenalu Henry’m, Złotego Buta.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Visca_barca
9
Debiuty zapomnianych legend FC Barcelony:
22 maja 1927 r. w towarzyskim meczu FC Barcelony z Motherwell wygranym 2:0 debiutuje w barwach Blaugrany legendarny napastnik Angel Arocha.
@Visca_barca
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
9
,,Cafe Baviera”:
Między mieszkańcami, którzy mieli w zwyczaju spacerować w pobliżu fontanny Canaletes, włóczyli się kibice Barçy. Na początku XX wieku, wraz z popularyzacją futbolu w Katalonii, sympatycy Blaugrany stworzyli tradycje spotykania się w poniedziałkowe wieczory wokół nieistniejącego już okrągłego kiosku ażeby porozmawiać na temat wyników meczów rozegranych w miniony weekend. Oprócz fontanny Canaletes kibice spotykali się również w innych miejscach w tej okolicy, takich jak Cafe Baviera. Lokal ten(własność Estevego Sali) mieścił się przy skrzyżowaniu Rambli z ulicą Pelai, blisko fontanny i otworzył podwoje w maju 1898 r. Wcześniej na parterze budynku znajdowała się kawiarnia Petit Palayo, będąca własnością wuja szefa FC Barcelony. To tam pracował Sala, kiedy przyjechał do miasta z Girony. W Bavierze, jak powszechnie nazywano kawiarnie, klienci mogli spróbować świeżego kawioru Romanoff, który Sala importował z Moskwy drogą lotniczą, oraz jego cenionego piwa beczkowego. Gorące ,,pastissets” nadziewane anchois(specjalność lokalu) przyciągały niezdecydowanych. W ten sposób taras Baviery stał się centrum piłkarskich spotkań tamtej epoki. Pośród zebranych na spontanicznych rozmowach na ulicy oprócz kibiców nie brakowało także dyrektorów klubu a nawet samych piłkarzy, jak choćby Samitiera, Sagi-Barby czy nawet Alcantary. Jednak przy Canaletes zbierali się nie tylko sympatycy Blaugrany żeby debatować o ostatniej kolejce. Przychodzili tutaj również kibice pozostałych klubów z miasta. Powodowało to że po derbach dyskusje były bardzo gorące a często prowadziły nawet do ostrych kłótni, zwłaszcza kiedy ścierali się ze sobą najbardziej zagorzali barceloniści i espanyoliści. Cafe Baviera bynajmniej nie popadła w zapomnienie, lecz podtrzymywała więzi z Barçą dzięki radiowemu programowi pod takim właśnie tytułem, który prowadził barceloński dziennikarz Xavier Bosch. Od czasu pierwszej audycji we wrześniu 2000 roku, Cafe Baviera stał się pierwszym codziennym sportowym programem stacji RAC1 emitowanym w paśmie nocnym. Program, zdjęty z anteny w sierpniu 2004 roku, miał na celu odzyskanie ducha spotkań z Cafe Baviera i stał się jednym z najpopularniejszych w kręgu barcelonistów, wszak nie na darmo jego slogan brzmiał: ,,Primer el Barça. Despres tambe(Najpierw Barça. Potem też). W późniejszym czasie Bosch założył blog Cafe Baviera, na którym na gorąco publikuje relacje z każdego meczu rozgrywanego przez pierwszą drużynę FC Barcelony.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Visca_barca
9
@FCBparasiempre
W maju 2021 roku mineło dokładnie sto lat od kiedy na polskim rynku wydawniczym ukazał się pierwszy numer ,,Przeglądu Sportowego”. Jedna z najważniejszych gazet sportowych w naszym kraju do dziś wyznacza trendy odnośnie funkcjonowania na rodzimym rynku prasowym. Pismo to nie święciłoby jednak swoich sukcesów gdyby nie kilku oddanych sprawie zapaleńców, którzy zaryzykowali i swoją ciężką pracą wynieśli słabo prosperujący tytuł na wyżyny przedwojennej publicystyki sportowej. Początki były jednak trudne, a miały one dużo wspólnego z futbolem. Dwudziestolecie międzywojenne przyniosło wiele zmian odnośnie zawodu dziennikarza. W porównaniu z latami przed Wielką Wojną ciężko było znaleźć prawdziwych fachowców, którzy nadaliby kierunek tworzącym się formom dziennikarskim. Wielu przedwojennych ,,nowiniarzy” poniosło śmierć na frontach I wojny światowej, wojny polsko-ukraińskiej lub polsko-bolszewickiej. Stanowiska pierwszych dziennikarzy w odrodzonej ojczyźnie obejmowali często byli lub obecni sportowcy, od których od razu wymagano wszechstronności w nowym zawodzie. Jeden z najlepszych dziennikarzy sportowych w dwudziestoleciu Tadeusz Grabowski tak wspominał swoje początki w redakcji bytomskiego ,,Sportowca”: ,,(…) razu pewnego na pierwszą kolumnę nie miałem nic poza ilustracją z ,,Miroir” z meczu Francja-Anglia, gdzie głowy graczy, tworząc skomplikowaną gmatwaninę, ledwo odcinały się od tła. Trzeba było to wszystko, a zwłaszcza głowy ,,podmalować”. Dorywczo współpracujący plastyk przepadł gdzieś bez wieści, drukarnia biła na alarm, także wreszcie… sam chwyciłem za farby i pędzle”. Ta sytuacja bardzo dobrze oddaje ogrom trudności, z którymi musieli się borykać. Innym palącym problemem była nieumiejętność odnalezienia się w panującej rzeczywistości wielu dziennikarzy, którzy nie umieli funkcjonować bez cenzorskiej kontroli. Nie potrafili oni porzucić przedwojennych przyzwyczajeń, a co za tym idzie zachęcić ewentualnych czytelników do nabywania ich pism. Zbyt trudne dla nich było również przerzucenie się z tematyki narodowowyzwoleńczej na bardziej rozrywkową, co skazywało ich na zawodowy niebyt. Dużą wagę w pracy przedwojennych dziennikarzy przykładano do języka, który w obliczu panującego w II Rzeczypospolitej analfabetyzmu (33% obywateli kraju) musiał zostać uproszczony. Chciano w ten sposób, aby poszczególne artykuły były zrozumiałe zarówno dla ludzi z nizin społecznych, jak i tych z wyższych sfer. Po pewnym czasie dało się jednak zauważyć, że wspomniany zabieg nie przyniósł pożądanych skutków. Do innych dziennikarskich niedogodności pierwszych lat niepodległości możemy zaliczyć także niedostatki na polu sprzętowym, brak papieru, na którym można by drukować poszczególne tytuły czy słabą sieć komunikacyjno-informacyjną, która była skutkiem różnego prawodawstwa u poszczególnych zaborców. Kłopoty pojawiały się często również z powodu zbyt częstych polemik między poszczególnymi tytułami, co jednak w dużej mierze napędzało sprzedaż pism. W powojennej rzeczywistości politycy szybko zdali sobie sprawę, że dziennikarstwo, a zwłaszcza to sportowe, ma olbrzymi potencjał propagandowy. Nie powinien dziwić nas więc fakt, że istniała możliwość wykorzystywania zajmowanych stanowisk do własnych interesów przez wielu przedstawicieli państwowych. Szybko do zadań żurnalistów sportowych dołączyło propagowanie w społeczeństwie aktywności fizycznej, o której wielu Polaków wciąż myślało, że między innymi powoduje choroby. Wspomniany wcześniej analfabetyzm spowodował jednak, że misja poszerzania horyzontów spaliła na panewce.
Dwudziestolecie międzywojenne z perspektywy lat jawi się jako czas walki o poprawę wizerunku dziennikarzy. Walki, którą z perspektywy olbrzymich sukcesów polskiego dziennikarstwa w latach trzydziestych, należy uznać za wygraną. Kraków, dawna stolica Polski oraz centralne miasto austriackiej Galicji, długo hamował rozwój prasy sportowej. Ta tendencja została przełamana dopiero pod koniec XIX wieku. Następstwem takiego stanu rzeczy był fakt, że tytułów prasy sportowej zaczęło przybywać niczym grzybów po deszczu. Jednym z nich był wydawany od 21 maja 1921 roku ,,Przegląd Sportowy”. Początki obecnego hegemona branży dziennikarstwa sportowego mocno związane były z postacią Tadeusza Synowca. Nie pełnił on co prawda roli redaktora naczelnego (tę przez pierwszy rok sprawował Ignacy Rosenstock, a później do 1926 roku Ferdynand Goetel), ale wywarł on olbrzymi wpływ na funkcjonowanie owego tytułu. Późniejszy selekcjoner reprezentacji Polski dużo czasu w tamtym okresie spędzał w dobrze sobie znanej kawiarni ,,Bizanca”, w której przy jednym ze stolików zajmował się grą w szachy oraz poprawianiem tekstów, które miały ukazać się na szpaltach ,,Przeglądu Sportowego”. Pierwsze wydanie gazety w pełni poświęcone było futbolowi, co można łatwo wytłumaczyć jeśli wie się, że już na początku swojego funkcjonowania tygodnik (,,Przegląd Sportowy” stał się dziennikiem dopiero po II wojnie światowej) stał się organem Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Z czasem został on częścią okręgowych związków piłkarskich również w Wilnie, Lublinie, Katowicach, Łodzi i Warszawie. Formuła miała oscylować wokół naukowego charakteru publikacji, co po dość krótkim czasie zostało zmienione. Nakład pisma wynosił wtedy około pięciu tysięcy numerów, ale z powodu panującego w Galicji ubóstwa oraz dlugotrwałej pracy nad wydaniem pojedynczego numeru zaczął on spadać. Widmo upadku zniknęło, gdy właściciel Cracovii Jan Gebethner z własnej kieszeni sfinalizował powstanie Towarzystwa Wydawniczego ,,Przegląd Sportowy”. Nie oznaczało to jednak, że problemy zniknęły w ogóle. Nudna szata graficzna, informowanie o wydarzeniach związanych tylko z zespołem Cracovii czy publikowanie informacji z opóźnieniem sprawiły, że nastąpił drugi poważny odpływ czytelników. Inne gazety, w tym ,,Rzeczpospolita” czy ,,Słowo Polskie”, także weszły do rywalizacji o odbiorcę, co objawiło się poprzez redagowanie interesujących działów sportowych. Dewaluacja marki natomiast doprowadziła do podniesienia ceny pisma aż trzydzieści cztery razy w przeciągu trzech lat. Stojący na czele gazety zdawali sobie sprawę z faktu, że jeśli nic nie zrobią, to pismo będzie musiało ogłosić upadłość. Jan Gebethner i jego współpracownik Marian Strzelecki musieli zdecydować pomiędzy przekształceniem ,,Przeglądu Sportowego” w elitarny magazyn dla małej liczby czytelników a zrobieniem z niego ogólnopolskiej gazety nastawionej na masowego odbiorcę. Decyzja ta zmieniła polskie dziennikarstwo sportowe na zawsze. Milowy krok w historii ,,Przeglądu Sportowego” nastąpił na przełomie 1924 i 1925 roku. Wtedy to właśnie redakcja gazety została przeniesiona z Krakowa do Warszawy. Większość obowiązków pod nowym adresem przejął Marian Strzelecki, członek zarządu Polonii Warszawa i jej piłkarz w wicemistrzowskim sezonie 1921. ,,Przegląd Sportowy” został przejęty przez spółkę wydawniczą ,,Prasa Polska”, co w ostateczności sprawiło, że jego ciągłość nie wygasła. Funkcję nowego redaktora naczelnego przejął natomiast współtwórca grupy poetyckiem Skamander, czyli Kazimierz Wierzyński. ,,Nowa miotła” od razu zabrała się do robienia porządków w piśmie. Innowacyjne było praktycznie wszystko. Nie oznacza to jednak, że gazeta przerodziła się w zbiór poetyckich utworów, ale pozostała pismem przekazującym informacje ze sportowych aren. Wraz z zatrudnieniem przez Wierzyńskiego wielu wybitnych sportowców jako sprawozdawców (między innymi piłkarza Cracovii i przyszłego selekcjonera kadry biało-czerwonych Józefa Kałuży) można było doszukać się artykułów, w których uczestnicy poszczególnych zawodów opowiadali o swoich odczuciach z nimi związanych. Była to nowość, która sprawiała, że „ Przegląd Sportowy” zaczął zyskiwać na popularności.
Po upływie dwóch lat „Przegląd Sportowy” powiększył nakład do czterdziestu trzech tysięcy egzemplarzy. Na taki stan rzeczy duży wpływ miała charyzma przyszłego złotego medalisty olimpijskiego (Wierzyński zdobył to wyróżnienie w 1928 roku w konkursie sztuki za tomik poezji ,,Laur olimpijski”, w którym jeden z wierszy został poświęcony wybitnemu hiszpańskiemu bramkarzowi Ricardo Zamorze). Jego podwładny Jerzy Jakub Rohatiner wspominał: ,,Nawet w telefonach niedzielnych (…) redaktor naczelny spodziewał się odpowiedniego poziomu oraz imaginacji. A przy tym baczył pilnie na czystość i zwięzłość języka, jedność myśli, oszczędność słowa”. Nie można było spotkać go jednak nigdy w redakcji, gdyż większość czasu spędzał na trybunach poszczególnych zawodów sportowych. Jego postawa sprawiła, że ,,Przegląd Sportowy” znalazł się na salonach europejskiej prasy sportowej. Ten czas w historii pisma najlepiej oddają jego własne słowa na temat wykonywanej przez siebie pracy: ,,Gdy je objąłem, nadałem mu format gazety, powiększyłem objętość i przekonałem wydawców, aby zaryzykować nakład pięciu tysięcy egzemplarzy. Chwyciło z miejsca”. Innym trafionym pomysłem było ustanowienie w 1926 roku plebiscytu dla najlepszego polskiego sportowca w roku kalendarzowym. Pierwszym jego laureatem został Wacław Kuchar, wszechstronny sportowiec ze Lwowa, który najbardziej znany był jako wybitny napastnik tamtejszej Pogoni. Oprócz niego takiego zaszczytu dostąpiło jeszcze tylko dwóch piłkarzy: Zbigniew Boniek w 1982 oraz Robert Lewandowski w 2015 roku. Plebiscyt z krótką przerwą na okres II wojny światowej odbywa się po dziś dzień. Pochwały dla sternika ,,Przeglądu Sportowego” płynęły z całej Europy. Gdy gazeta miał już ugruntowaną pozycję na rynku przyszła jednak pora na zmianę. Redakcję przejął wspominany już Marian Strzelecki, który pełnił funcję redaktora naczelnego aż do wybuchu II wojny światowej. Legenda Czarnych Koszul uważała, że należy wzbogacać szatę graficzną, doskonalić warsztat oraz informować o rezultatach ze sportowych aren w sposób jak najszybszy. Gazeta zaczęła być redagowana pod gusta czytelników, co doprowadziło do wprowadzenia sensacyjności w jej stylu. Najważniejsze było jednak to, że ,,Przegląd Sportowy” wciąż znajdował się w grupie pism informacyjnych, których rola była wiodąca zarówno w kraju, jak i za granicą. Charakterystyczną cechą pisma w okresie rządów redaktora Strzeleckiego było dość mocne angażowanie się w różnego typu polemiki, wśród których najgłośniejsza dotyczyła militaryzacji sportu w Polsce. Punktem wyjścia była sytuacja z meczu derbowego Cracovia-Wisła Kraków, który miał miejsce w 1933 roku. Na pięć minut przed końcowym gwizdkiem zawodnicy Białej Gwiazdy zeszli z boiska po tym, jak sędzia wykluczył z gry zawodowego oficera i jednocześnie kapitana gości Henryka Reymana. Według kibiców Pasów miał on powiedzieć do arbitra: ,,Żaden Żyd nie będzie mi rozkazywał”, podczas gdy fani Wisły utrzymywali, że ich idol wykrzyczał: ,,Nikt w tym kraju, a zwłaszcza byle sędzina, nie będzie ubliżał polskiemu oficerowi”. Następstwem owego zdarzenia był rozkaz prezesa Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej generała Bernarda Monda, że wojskowi, którzy grają w klubach cywilnych, mają zaprzestać robienia tego. Szybko zareagował ,,Przegląd Sportowy”, na którego łamach słowa oburzenia przedstawił jeden z nestorów polskiego dziennikarstwa Jan Erdman: ,,Interwencja gen. Monda nie jest dla nas dostatecznie zrozumiała. Jeżeli nawet dopuścimy celowość nadzoru zwierzchnictwa wojskowego nad graczami wojskowymi, to w przytoczonym wypadku akcja władz wojskowych ograniczyć się mogła tylko do zajęcia stanowiska wobec niesubordynowanego kapitana”. ,,Przegląd Sportowy” przez osiemnaście lat swojego funkcjonowania przed II wojną światową poczynił olbrzymi postęp, który owocuje również dziś. Jego wkład w rozwój polskiego sportu, również piłki nożnej, jest nieoceniony. Lata sukcesów, głównie w okresie rządów Kazimierza Wierzyńskiego, sprawiły, że pismo stało się szalenie ważnym graczem na polskim i europejskim rynku prasowym. Olbrzymią szkodą jest to, że nigdy nie będzie nam dane dowiedzieć się, jak rozwinęłoby się to pismo oraz cała polska publicystyka sportowa gdyby nie niemiecko-sowiecki atak we wrześniu 1939 roku oraz prawie pięćdziesiąt lat komunizmu na naszych ziemiach.
6
Piłkarskie początki potentata:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Visca_barca