La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 1600 Culés

7

8

@FCBparasiempre
19 czerwca 1934 r. Włochy pokonały Węgry 4:2 w finale II mistrzostw świata. Włosi byli najlepszą drużyną mistrzostw świata w 1934 roku i zasłużenie zdobyli mistrzowski tytuł ale w tle tego sukcesu była faszystowska propaganda i sędziowskie skandale. Mistrzostwa były wykorzystywane przez faszystów do „narodowej konsolidacji”. Reżim chciał pokazać że 12 lat rządów Benito Mussoliniego doprowadziło Włochy do nadzwyczajnej pozycji. Nakłady finansowe na organizację były ogromne, a determinacja, by zwyciężyć jeszcze większa. Człowiekiem Mussoliniego do pilnowania, by turniej zakończył się sukcesem, był generał faszystowskiej milicji Giorgio Vaccaro, zarazem szef włoskiej federacji piłkarskiej. ,,Celem jest pokazanie, że faszystowski sport jest napędzany ideałami swojego przywódcy, jest natchniony przez Duce”– mówił Vaccaro. Chwilami można było nie zauważyć, że mistrzostwa organizuje FIFA. To była pierwsza w historii tak upolityczniona impreza sportowa, igrzyska w Berlinie pod okiem Hitlera odbyły się 2 lata później. Wciąż pojawiają się głosy, że zawody mogły być przez faszystów „ustawione”. Ostatnio, na konferencji organizowanej przez FIFA, taki pogląd wygłosił włoski autor i historyk futbolu Marco Impiglia. Twardych dowodów jednak brak. Na pewno Włosi mocno wpływali na to, kto będzie sędziował ich mecze, bezspornym faktem są też kontrowersyjne decyzje arbitrów na korzyść gospodarzy. Czy ktoś był przekupiony, czy tylko ulegał presji? Na to pytanie pewnie nigdy nie znajdziemy ostatecznej odpowiedzi, choć w propagandowej, faszystowskiej atmosferze wszystko było możliwe. Nie zmienia to faktu, że mundial był doskonale zorganizowany. Jak się oblicza przyjechało aż 40 tys. kibiców z sąsiednich krajów, którzy mogli korzystać z wysokich zniżek na podróże koleją. Poczta włoska wydała w milionowym nakładzie serię okolicznościowych znaczków, a w setkach tysięcy drukowano plakaty i kartki pocztowe z symbolami mistrzostw. Na każdym kroku podkreślano wpływy kasowe, do tego stopnia, że gdy zaszła konieczność powtarzania meczu Włoch z Hiszpanią pojawiły się plotki, że to ukartowana sprawa, by tylko więcej zarobić. Przed mistrzostwami powszechnie typowano finał Włochy – Austria. Losowanie zmieniło te prognozy, bo oba zespoły znalazły się w tej samej "połówce" turniejowej drabinki. Druga część, z Czechosłowacją i Niemcami, była znacznie słabsza. Przynajmniej to jedno przeczy tezie, że wszystko w mistrzostwach układane było "pod Włochów". Grano wówczas bez podziału na grupy, najprostszym systemem pucharowym, czyli przegrywający odpada. W pierwszej rundzie Włosi, występując w Rzymie w obecności Mussoliniego, bez problemów rozbili USA aż 7:1. Jak się okazało był to ich jedyny mecz bez jakichkolwiek kontrowersji. Wszystko przerosła ich rywalizacja w ćwierćfinale z Hiszpanią, we Florencji. Trwała aż 210 minut! Pierwszy mecz, po dogrywce zakończył się remisem 1:1. Baraż rozegrano już następnego dnia (!). Włosi wygrali 1:0, ale do dziś o sędziowaniu tych spotkań krążą legendy. Hiszpanie, z genialnym Ricardo Zamorą w bramce i Isidro Langarą w ataku, byli bliscy sukcesu, mając w pierwszym meczu doskonałe sytuacje. Pod koniec gra była bardzo ostra z obu stron, a belgijski sędzia Louis Baert kompletnie sobie nie radził z falą fauli. W efekcie w barażu oba zespoły musiały dokonać łącznie aż 11 zmian! Włochom udało się postawić na nogi swojego lidera Meazzę, zniesionego pod koniec z boiska. Bardziej ucierpieli Hiszpanie, którzy wymienili aż siedmiu zawodników, tracąc przede wszystkim będącego w wybornej formie Zamorę, najlepszego bramkarza świata. Był cały poobijany, bo Włosi grali bardzo agresywnie i atakowali go w wyskokach łokciami i kolanami, albo po prostu wpadali na niego i taranowali. Wyrównujący gol dla Italii padł po faulu. Schiavio bez skrupułów tak blokował Zamorę, że Ferrari mógł strzelać nie obawiając się interwencji bramkarza. Rewanż był jeszcze brutalniejszy. Nasz "Przegląd Sportowy" pisał, że "nie przypominał spotkania piłkarskiego, a szereg pojedynków jiu jitsu". Decydującą, niechlubną rolę odegrał sędzia Rene Mercet, do dziś uznawany za jeden z "czarnych charakterów" w historii mundiali. Pochodził ze Szwajcarii, ale wielu umyka fakt, że z części tego kraju, która jest… włoskojęzyczna. Otwarcie i bez skrupułów faworyzował gospodarzy, brutalne zagrania przede wszystkim Montiego zostawiał bez konsekwencji, ulegał presji 40 tysięcy włoskich kibiców na stadionie we Florencji i przede wszystkim nie uznał Hiszpanom dwóch goli. Dopuszczał też do wielu fauli na Noguesie, który dobrze między słupkami zastępował Zamorę. Zdaniem wielu jedyna bramka meczu, po rzucie rożnym i główce Meazzy, też została zdobyta po nieprzepisowym blokowaniu bramkarza Hiszpanii. Oszustwa Merceta odbiły się tak szerokim echem, że po mistrzostwach jego macierzysta, szwajcarska federacja wyrzuciła go ze swoich szeregów. W opinii wielu obserwatorów zwycięstwo Włochów było bardzo szczęśliwe. Może gdyby nie Mercet, Hiszpanie nie musieliby czekać na tytuł mistrzowski aż do 2010 roku? W półfinale na Włochów czekali, tak jak się spodziewano, Austriacy. Jednak, ku zdziwieniu fachowców, grali nierówno.

W 1 rundzie zaskoczyli wszystkich in minus, bo zwycięstwo z Francją 3:2 wywalczyli dopiero po dodatkowych 30 minutach. To była pierwsza w historii mistrzostw świata dogrywka. W ćwierćfinale odzyskali uznanie kibiców, prezentując ładne, kombinacyjne akcje. Wygrali 2:1 "habsburskie derby" z Węgrami, którzy kończyli w dziewięciu bez wyrzuconego z boiska Marcosa i kontuzjowanego Avara. W "przedwczesnym finale", w Mediolanie, jednak znowu rozczarowali. Być może dlatego, że wcześniej padał deszcz i boisko nasiąkło. Na grząskiej nawierzchni austriacki "wunderteam" nie mógł prowadzić swojej koronkowej, technicznej gry. Włosi pokazali natomiast wielką klasę. To był ich trzeci mecz w ciągu czterech dni (30 maja – z Hiszpanią, 1 czerwca – baraż z Hiszpanią, 3 czerwca – z Austrią)! Byli doskonale przygotowani nie tylko kondycyjnie, ale i mentalnie, sześciotygodniowe zgrupowanie w górach, a potem w Rovecie koło Florencji uczyniło z nich niezłomną drużynę. Wygrali 1:0, będąc przez cały mecz zespołem lepszym. Jednak uznanie gola dla Italii było absolutnym skandalem. Sędziował Ivan Eklind ze Szwecji i w najłagodniejszej dla niego wersji można przypuszczać, że był zasłonięty i nie widział dobrze całej akcji. Faul był jednak więcej niż oczywisty. Bramkarz Austrii złapał piłkę po strzale i gdy klęcząc trzymał ją w rękach, wpadł na niego z impetem Meazza. Platzer padł i wypuścił piłkę, a gdy ponownie po nią sięgał, nadbiegający Guaita wepchnął ją tuż sprzed linii bramkowej do siatki. "Ślepy" Eklind chyba w nagrodę został wyznaczony do sędziowania kolejnego meczu Włochów, finału z Czechosłowacją. To też wzbudziło kontrowersje, bo wyznaczono go w ostatniej chwili (pierwotnie arbitrem miał być Baert, który prowadził pierwszy mecz Italii z Hiszpanią). Włosi zdobywali z Hiszpanami i Austriakami tylko po jednej bramce, zawsze w ogromnym zamieszaniu i po bezpośrednim ataku na bramkarza. Do dziś, gdy ogląda się archiwalne filmy, zadziwia niesamowita żywiołowość i agresywność włoskiego napadu. Górna piłka w pole karne przeciwnika i potem ostra walka z użyciem wszelkich środków, dozwolonych i niedozwolonych. Dopiero w finale Włosi natknęli się na odważnego Planickę, mistrza bramkarskiej gry na przedpolu i wtedy… wygrali dzięki pięknym strzałom z dalszej odległości. Trener Pozzo miał w ataku wielką gwiazdę mistrzostw Giuseppe Meazzę, a w środku pola Luisa Montiego, który dzielił i rządził, łącząc brutalne zagrania z inteligentnym rozgrywaniem piłki. Przede wszystkim miał jednak kolektyw. Nie brak głosów, że faszystowska atmosfera tamtych lat pozwoliła Pozzo, jak nikomu wcześniej i później, wytworzyć "wojenne" poczucie walki. Ewenementem jest, że w finale kapitanami obu drużyn byli bramkarze, Combi i Planicka. Dlatego, nie zapominając też o wspaniałej grze Zamory, nazwano ten mundial "mistrzostwami bramkarzy". 19 czerwca 1934 roku na trybunach rzymskiego Stadio P.N.F. (Narodowej Partii Faszystowskiej) siedział oczywiście Benito Mussolini. Sędzia Eklind przed meczem poszedł na jego trybunę, chwilę rozmawiali. To zdarzenie stało się później głównym argumentem, że sędziowanie było nieobiektywne. Owszem, nie obyło się bez kontuzji w drużynie czechosłowackiej (od pierwszej połowy mocno utykał Krcil), ale w rzeczywistości finał był prowadzony poprawnie, a same drużyny zachowywały się fair. Pamiętny jest obrazek, gdy urazu doznał Antonin Puc. Z boiska znieśli go wspólnie obaj trenerzy, ramię w ramię z Czechem Petru dźwigał Pozzo. Puc wrócił do gry po kilkunastu minutach i… zdobył gola dla Czechosłowacji. To była 71. minuta. Zaraz potem mogło być 2:0, ale piłki meczowej nie wykorzystał Svoboda, strzelając w słupek. Czechosłowacja grała świetnie, ale Włosi okazali się jeszcze lepsi, choć trener Pozzo nie wytrzymywał nerwowo i zaklinał bramkę Planički, stojąc tuż obok niej, za linią końcową. W 81 minucie Orsi strzelił jednego z najpiękniejszych goli w historii meczów finałowych. Stojąc z piłką na linii pola karnego, zrobił obrót i pięknie uderzył lewą nogą. Potrzebna była dogrywka. W 95. minucie Schiavio, agresywnie, ale bez faulu wykorzystał niepewne zagranie obrońców i z kilku metrów huknął nie do obrony na 2:1 dla Włochów. Sukces faszystowskich organizatorów był wielki a Benito Mussolini mógł wręczyć ogromny puchar, Coppa del Duce, swojej drużynie.

Komentarz usunięty przez użytkownika

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?