Przy Canaletes mówią. Salid y disfrutad

Mateusz Bystrzycki

24 lipca 2015, 19:05

27 komentarzy

Nareszcie. W sobotę zakończył się w Barcelonie proces elekcyjny. Na kataloński tron, po raz pierwszy wskutek głosowania socios, wstąpił Josep Maria Bartomeu. Tym samym okres interregnum i kampanii wyborczej zepchnęło do lamusa to, co w tym całym rozgardiaszu skurczyło się do rozmiarów mikro, a powinno być przecież najważniejsze. Futbol.

miesiące bez futbolu to dużo.
miesiące bez futbolu sygnowanego barcelońskim znakiem jakości to bardzo dużo. Dwa miesiące bez futbolu sygnowanego barcelońskim znakiem jakości, w dodatku połączone z czekadełkiem w postaci wyborczej przepychanki, to przerażająco dużo. Na szczęście od niedzielnego poranka wszyscy culés mogą już skupić się na piłce nożnej, o której w ostatnich tygodniach jakby zapomniano. Trypletową radość zastąpiły kampanijne licytacje na populizm i demagogię. Mało w tym wszystkim było merytorycznej, trzeźwej dyskusji o futbolu, tym tu i tym za chwilę, o teraźniejszości i przyszłości Barçy. Kandydaci na urząd prezydenta katalońskiego klubu woleli stadnie wdepnąć w bajoro połajanek, inwektyw, wzajemnych oskarżeń i aukcji na coraz to bardziej bałamutne hasła i obietnice. Najwyżej na tej huśtawce emocji i uczuciowego rozedrgania bujał się Joan Laporta, ale miękkie lądowanie przypadło w udziale Josepowi Marii Bartomeu.

Spadkobierca Sandro Rosella nie był najlepszym prezydentem (o czym wspominałem m.in. tu i tu). Kampanię też miał nieszczególną, raczej sprytną i prostą, bez przywoływania konkretnych nazwisk i pomysłów. Nic dziwnego, że unikał telewizyjnych debat, a także bezpiecznie i wygodnie skrył się za tarczą skleconą z trypletu, tridente i Espai Barça. Trudno jednak mieć o to do niego pretensje. Siłą rzeczy Bartu wystąpił w tej kampanii w roli ostrzeliwanego nabojami krytyki przez pozostałych kandydatów na prezydencki urząd. Stosował więc niewyszukane, naturalne i łatwe do przewidzenia uniki. Wsparty potrypletową euforią culés, wizerunkową siłą rażenia tridente oraz medialnym frontem grupy Godó uzyskał zadowalający wynik.

Zupa Jana

Wygląda więc na to, że największe rozczarowanie przylepiło się do pleców Laporty. Jeszcze w styczniu Katalończyk postrzegany był przez pokaźną grupę socios w kategoriach mesjasza, zbawiciela i panaceum na wszystkie bolączki Blaugrany. W zasadzie można odnieść wrażenie, że 53-latek miał w swoim orężu wszystkie niezbędne do osiągnięcia wyborczego sukcesu atrybuty. Od 2010 roku duet Rosell i Bartomeu zrobił wystarczająco dużo złego, aby - przynajmniej na polu wizerunkowym - móc go w oczach culés bezlitośnie wypunktować. De facto Laporta miał Bartu na talerzu. Nie wykorzystał jednak swojej okazji, zamiast konkretów wybierając emocjonalny roller-coaster. Do tej nieapetycznie wyglądającej i pachnącej zupy Jan wrzucił bezmyślnie kilka demagogicznych postulatów i resentymentów z przeszłości, doprawił je zestawem bardziej lub mniej udanych współpracowników (np. Éric Abidal i Alexanko w jednym rzędzie z Eusebio Sacristánem), aby na końcu całość posypać nieustającymi, furiackimi atakami na Bartomeu. Przypuszczalnie pierwotny pomysł nie był zły, składniki wzięty prawnik dobrał nawet odpowiednio, ale najpierw pomylił proporcje, następnie kolejność ich dodawania, a na końcu zastawę. Być może sobotni wybór socios to bardziej porażka Laporty, nie zaś spektakularny triumf Bartomeu.

Żadna z prekandydatur nie reprezentowała w pełni moich przekonań dotyczących stylu i sposobu zarządzania Barceloną. A przecież kilkunastodniowa kampania wyborcza mogła być dla zatęchłej i nieco zagubionej Barçy zbawienna. Oczekiwałem, że nad Barcelonetą powieje wreszcie świeża bryza, która przyniesie ze sobą merytoryczne rozliczenie z przeszłością, kompetentną dyskusję nad teraźniejszością oraz mądre i wyważone spojrzenie na przyszłość. Być może wcale nie chodziło o zmianę personalną, a o wzmocnienie Blaugrany nowymi pomysłami, koncepcjami i spojrzeniami. Tymczasem wyborczy wyścig raczej osłabił instytucjonalnie i wizerunkowo Barcelonę aniżeli ją wzmocnił. Wskutek działań chętnych do objęcia prestiżowej funkcji dyskusję o katalońskim klubie przeniesiono na poziom wzajemnych pomówień i obelg. A stąd już tylko o krok od rynsztoka.

Święto barcelonismo

Na tej fali triumfalnie wypłynął Bartomeu. Bez względu na wszystko trzeba uszanować decyzję podjętą przez niemal 50 tysięcy socios (szkoda, że frekwencja wyniosła jedynie 43,12%). W moim odczuciu należy także oddzielić krytykę dotychczasowych poczynań 52-latka, zgłaszanych przez niego propozycji lub postaci tworzących jego środowisko od podważania demokratycznego wyboru członków klubu. Owszem, sobotnie głosowanie poprzedziły momentami żenujący spektakl medialny i wyścig na tanie, nośne maksymy, ale już sam akt elekcyjny był wielkim świętem wolności, niezależności i samostanowienia. Świętem całego barcelonismo. Jasne, miał on swoje wady (np. elektorat Bartomeu stanowią ludzie starsi, z różnych przyczyn podatni na ściśle określony przekaz; bardziej zmobilizowani, ale mniej świadomi; dopieszczeni przez Jordiego Cardonera; raczej nieskłonni do zmiany przyjętego wcześniej stanowiska), ale należy je zwalić na karb ułomności procesu demokratycznego. Wszak nie od dziś wiadomo, że „demokracja jest najgorszą formą rządów, ale nic lepszego nie wymyślono”. A przecież na końcu i tak jest Barça. Barça należąca do wszystkich, bez względu na aktualnie sprawujących władzę. Culés mogą się różnić i spierać, przynależąc do tak popularnych w środowisku barcelonismo „-izmów”, ale przecież wszyscy kibicujemy temu samemu klubowi, pod tą samą banderą.

Lucho jak Cruyff

Szczęśliwie, niemal bezkolizyjnie Barcelona dopłynęła więc do końca wyborczej rywalizacji. Zanim jednak zaczniemy dyskutować tylko o futbolu, polityka znów da o sobie znać, rozpaczliwie walcząc o słabnącą uwagę kibiców Blaugrany. Otóż można odnieść wrażenie, że w wakacyjnym rozproszeniu części culés umknęły dwie, niezwykle istotne wypowiedzi. Na początek Diego Simeone w rozmowie z AS-em: „po tym, jak Real wygrał tylko jedno mistrzostwo przez siedem ostatnich lat, oni przygotowują ich do wygrania ligi w nadchodzącej kampanii. To będzie trudne dla wszystkich pozostałych”. I jeszcze Javier Tebas, szef Liga de Fútbol Profesional, w rozkosznym zwierzeniu wygłoszonym na antenie Cadena SER: „mam czwórkę dzieci. Wszystkie są kibicami Realu Madryt, więc nietrudno zgadnąć, z kim sympatyzuje ich ojciec”. Niedziwne więc, że biorąc pod uwagę również oczywiste zaszłości historyczne, w rozlosowanym terminarzu ligowym piłkarze Barcelony dopatrują się bliżej nieokreślonych machlojek. W skrócie - na San Mamés, Vicente Calderón, Sánchez Pizjuán, Bernabéu i Mestalla Duma Katalonii zagra w pierwszej rundzie. Bez Ardy Turana i Aleixa Vidala.

Na szczęście już za chwilę liczyć się będzie wyłącznie futbol, a Luis Enrique, powtarzając za Johanem Cruyffem, będzie mógł powiedzieć swoim podopiecznym: „salid y disfrutad”. Symboliczne dla barcelonismo „Idźcie i cieszcie się” to w końcu zapowiedź czegoś wielkiego.

Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou”

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (27)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze