To musiało się tak skończyć. Głośnym, spektakularnym upadkiem, przywołującym na myśl czarne skojarzenia. Bo cóż mogło wyrosnąć na ziemi skażonej niekompetencją, szkolnymi błędami, zaniechaniem i nieustannie podsycanymi fobiami? Rządy świty Sandro Rosella wieńczą proces sportowo-instytucjonalnej degradacji FC Barcelony. Pięć lat. O pięć za długo. Żegnajcie i nigdy już nie wracajcie.
Narcís de Carreras, były prezydent FC Barcelony i autor słów més que un club, od dawna przewraca się w grobie. On i jemu podobni, którzy w ponurych czasach kształtowali, a potem bronili wartości barcelonismo. Wartości unikalnych, niepodrabialnych, które uczyniły Barçę zjawiskiem społeczno-kulturalnym. Ale tożsamość malowana bordowo-granatowymi barwami wyblakła, została zdeptana i zdewastowana. I to przez ludzi, którzy przez lata wycierali sobie usta frazesami oscylującymi wokół nadrzędnego hasła „dobra klubu”. - Nie można kwestionować naszej pracy - powiedział na środowej konferencji prasowej Josep Maria Bartomeu, który przed rokiem przejął stery po Sandro Rosellu. A to wszystko w oparach doniesień o tym, że Leo Messi jest skonfliktowany ze sztabem szkoleniowym oraz zarządem Blaugrany i życzliwym okiem spogląda na możliwość opuszczenia Camp Nou. Tym samym najlepszy piłkarz w historii FC Barcelony, znajdujący się w optymalnym dla futbolisty wieku, przypuszczalnie chce pójść śladami niezwykle zasłużonych dla historii Dumy Katalonii Joana Laporty, Johana Cruijffa, Pepa Guardioli, Txikiego Beguiristaina, Víctora Valdésa, Carlesa Puyola czy też Érica Abidala.
W ostatnich dniach o komentarz w sprawie aktualnej sytuacji FC Barcelony pokusił się Christo Stoiczkow, inna z klubowych legend. - To przykre, smutno się na to patrzy. Mamy jeden wielki chaos. Wszystko jest wywrócone do góry nogami - powiedział w rozmowie z radiem Cope Bułgar. Swoje stanowisko w nabrzmiewającej w Katalonii dyskusji wygłosił również Agusti Benedito, były i przyszły kandydat na prezydenta Barçy. - Sytuacja jest bardzo poważna. Klub trawi kryzys instytucjonalny - powiedział.
A to tylko najświeższe z krytycznych głosów na temat panującej w Barcelonie świty. Na środowej konferencji prasowej Bartomeu stwierdził, że nie zdawał sobie sprawy z tego, jak zły image posiada aktualnie FC Barcelona. Ale na wizerunkowo-instytucjonalną katastrofę upadły już zarząd pracował od lat, uparcie i konsekwentnie. Zaczęło się niewinnie, bo od rzekomego sporu statutowego wokół honorowej prezydentury Cruijffa. A potem? Niejasny i tajemniczo poddańczy wręcz związek z Qatar Foundation, a także sprawy Guardioli, Abidala, Valdésa, Guillermo Amora czy też Alberta Puiga. Ponadto pomniejsze, sportowo-personalne gafy jak te związane z Thiago, Davidem Villą, Thomasem Vermaelenem czy też Douglasem, oraz te poważniejsze „wielbłądy” - sądowa przepychanka z firmą MCM (domaga się od klubu 100 mln euro za niewywiązanie się z umowy traktującej o reklamie na budynku nowej La Masíi), pozyskanie Neymara i prawne konsekwencje zażyłości Rosella z ojcem Brazylijczyka, zakaz transferowy nałożony na klub przez FIFA, podważenie nienaruszalnej dotąd świętości La Masíi, fatalne wyniki Barçy B i obniżenie jakości sportowej drużyn młodzieżowych (w tym sezonie wyniki są najsłabsze od lat).
To pokaźna, zawstydzająca liczba niewybaczalnych błędów. Ale dla mnie najbardziej rażącym, a jednocześnie symptomatycznym przykładem niezdarnych rządów dworu Rosella było pożegnanie z Txemą Corbellą.
63-letni Corbella był pracownikiem klubu przez 32 lata. Przygodę z Camp Nou rozpoczął w 1978 roku, kiedy trafił do ekipy ochraniającej stadion. Od początku lat 80. odpowiadał za przygotowywanie sprzętu dla piłkarzy. Kolejne pokolenia zawodników i trenerów nazywały go El Presidente. Wzbudzał zaufanie i estymę, ponoć nigdy nie podnosił głosu, mimo że jako jeden z nielicznych spoza sztabu trenerskiego miał prawo przemawiać w szatni. Kochali go wszyscy. Przed rozpoczęciem bieżącego sezonu został jednak zwolniony. Bez słowa wyjaśnienia (choć zaoferowano mu inne stanowisko, którego nie przyjął), stosownych podziękowań i należnych honorów. Jednym z moich ulubionych cytatów z Guardioli jest sformułowanie, że „w ostatecznym rozrachunku to człowiek jest najważniejszy”. Wydaje się, że dla Rosella i spółki człowiek nie znaczy nic. Albo niewiele.
Wszystkie przewiny obecnego zarządu klubu były występkiem przeciwko etosowi i wartościom FC Barcelony. Ludzie Rosella i Bartomeu zasłynęli niekompetentnymi decyzjami, dającymi się porównać do niezgrabnego człapania słonia w składzie porcelany. Podeptali niezwykłą filozofię, tożsamość i wartości Blaugrany, które sprawiały, że Barça była postrzegana ponad sportowe wzloty i upadki. I na nic zdały się sukcesy, jak np. redukcja klubowego długu czy wygranie Ligi Mistrzów w 2011 roku. To ostatnie było zresztą raczej efektem posiadania fantastycznej drużyny i świetnego trenera niż działań zarządu Rosella, który na budowę tego zespołu nie miał wpływu. W tym wypadku gigantyczne, monumentalne minusy aż przygniatają niewielkie plusy.
- Podczas naszej kadencji klub poprawił się pod względem sportowym. (…) Sądzę, że socios są szczęśliwi. (…) Eusebio wykonuje dobrą pracę z Barceloną B - perorował na środowym spotkaniu z dziennikarzami Bartomeu, sprawiający wrażenie oderwania od rzeczywistości, życia w wyimaginowanym, alternatywnym świecie. Uwaga kibiców futbolu w Hiszpanii była wówczas podzielona pomiędzy Barceloną a Madrytem. Głównie z uwagi na fakt, że stołeczni kibice sposobili się do wieczornego starcia na Vicente Calderón. Środowa Marca słusznie zauważyła, że w Madrycie znajdują się wszystkie najważniejsze puchary, jakie hiszpańskie kluby mogły zdobyć w poprzedniej kampanii. Królewscy sięgnęli po dziesiąty w ich historii Puchar Europy, Puchar Króla, Superpuchar Europy i Klubowe Mistrzostwo Świata. Rosnące w siłę Atlético zgarnęło sprzed nosa Blaugranie mistrzostwo Hiszpanii (i to na jej stadionie!) oraz wygrało Superpuchar Hiszpanii. Fakt, że stolicą futbolowego świata stało się wrogie Barcelonie miasto, to najlepsze świadectwo dokonań grupy Rosella. Oby w czerwcowych wyborach pamiętali o tym wszyscy socios.
Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou”.
Komentarze (82)