W ciszy stadionu. Fuks

Karol Chowański 'Challenger'

18 kwietnia 2013, 00:42

185 komentarzy

Pałac Kultury to symbol stolicy, Mike Sorrentino – obciachu i wesołych czasów, w jakich żyjemy, kaseta VHS – tych, które chyba już nie wrócą, anime i bushidō przywołują na myśl Japonię, a FC Barcelona kojarzy się z supremacją w sporcie na najwyższym poziomie.

Temu miłemu sercu każdego culé skojarzeniu drużyna Vilanovy i Roury nie podołała w zeszłą środę ani ciutkę. Katalończycy zawdzięczają końcowy awans nie tylko drastycznej nieskuteczności rywali w przekroju całego meczu i ich zaskakującej – bo tak kontrastującej z końcówką meczu w Paryżu – spolegliwości w ostatnim kwadransie. Przede wszystkim: szczęściu.

Tak intensywnego poczucia nie miałem nawet po Stamford Bridge, po Iniestazo. Tam była walka, męskość, pot i łzy. Grali do końca. Sami to sobie wyrwali. Tu było inaczej. Mało przyjemne uczucie.

Barcelona uzależniona od Fàbregasa

Już w trakcie meczu na Twitterach i innych „Fejach” miłośnicy prostych wyjaśnień ogłosili Messiego Mesjaszem awansu Barçy do półfinału. Wejście Argentyńczyka w istotnym stopniu odmieniło mecz z Francuzami, lecz warto zadać w tym miejscu pytanie, czy właściwszą diagnozą stojącą za metamorfozą zespołu nie byłaby: „zejście Fàbregasa odmieniło mecz”. Najciekawszą opinię o rzekomej Messidependencii usłyszałem od Grahama Huntera, ale rozważania o jej (nie)istnieniu w minionym międzyczasie odłóżmy na inną okazję i wróćmy do rewanżowego starcia z PSG.

Jego przebieg od pierwszej do ostatniej minuty skłania do wniosku, że Barcelona na pewno nie jest uzależniona od Messiego tak bardzo, jak od wyborów swoich trenerów. Mając do wyboru dużo bezpieczniejszą, „pewniejszą” formację ataku w składzie: Pedro-Villa-Alexis postawiono na trio Pedro-Fabs-Villa. Po co?! Opcja nr 1 to pełnowymiarowy środkowy napadzior i dwóch skrzydłowych. Opcja nr 2 stanowiła zagadkę – owszem, zmontowaną z dwóch świetnych indywidualności, tylko w tej konfiguracji: co z tego?

Po co kombinowano? Niepojęte. Kompletnie zbędne ryzyko. Fabs na szpicy z Villą na skrzydle - nigdy nie grali ze sobą w takim ustawieniu. Choćby w sparingu! A to był najważniejszy mecz sezonu. Mało właściwy czas na nowe „cescperymenty”. Po Milanie na San Siro oraz Realu w PK znów zapomniano o instynkcie samozachowawczym i na siłę upchnięto Fàbregasa w podstawie.

Przynajmniej cień uzasadnienia merytorycznego miałoby to, gdyby Cesc wyszedł na PSG u boku Alexisa. Miazgę z Mallorki zrobili panowie razem, a nie Katalończyk w pojedynkę. Mimo to, duet ten rozdzielono i wybrano coś zupełnie innego. Jakby ktoś zapomniał, że jakościowo PSG to nie Mallorca, a i ranga meczu chyba nie ta sama.

To oczywiste, że trenerzy nie mogli pozwolić sobie na zostawienie na ławce Davida Villi, bo byłoby to jeszcze większym idiotyzmem niż wybrane finalnie rozwiązanie, ale imperatyw (jaki ewidentnie kierował decyzją kadrową trenerów) zmieszczenia w formacji Fàbregasa (... też) zrodził kompromis, którego nie sposób nazwać dla wydarzeń na boisku inaczej niż zgnile szkodliwym. Trenerzy najlepszego klubu świata zachowali się jak dzieci wychowane na „FM” kierujące się przy doborze składu nazwiskami i stojącym przy nich ciągiem cyferek, kompletnie przy tym ignorując nominalne pozycje poszczególnych piłkarzy, wynikające z roszady ryzyko niekompatybilności i potencjalne scenariusze, zgodnie z którymi taka hybryda funkcjonować będzie na boisku.

A raczej: nie będzie. Zlekceważenie nominalnej topografii zespołu oznacza dobrowolną rezygnację z maksymalizowania jakości drużyny jako całości na płaszczyźnie indywidualnej i kolektywnej. W imię czego? Efekty widzieliśmy jak na dłoni. Gra wzajemna nie istniała, dynamika ataku kulała, Cesc próbował niczym Messi cofać się głębiej po piłkę, w zwalnianą przez niego strefę wbiegał zdezorientowany w tej konfiguracji Villa, i efekt był taki, że dla uniknięcia wbiegania koledze na plecy Fàbregas raz po raz decydował się na nieprzygotowane uderzenia z daleka. Świadomie uogólniam, ale zgodzimy się chyba wszyscy, że po płynnej współpracy z Alexisem nie było nawet wspomnienia. Villa wyglądał w tym wszystkim jak ryba wyjęta z wody, nie wiedział co ze sobą zrobić, jak się ustawiać. Myślę, że było to przewidywalne dla wielu widzów, którzy tylko zobaczyli infografikę z wyjściowym ustawieniem FCB. Jak to zatem możliwe, że nie spodziewali się tego trenerzy, dla których stanowi to nie hobby, lecz zawód.

W momencie, gdy wszedł Messi, metamorfoza Villi była natychmiastowa. Momentalna. Wiedział, co ma robić i jak się ustawiać, grał swoje, nie dublował niczyjej pozycji, w najlepsze „klepał” z kolegami z pierwszej piłki i dynamizował akcje zespołu. Fenomenalne zachowanie przy golu jest najlepszym dowodem tej odmiany. Messi zainicjował tę akcję, ale to "El Guaje" ustawieniem typowym dla środkowego napastnika ściągnął na siebie uwagę trzech rywali i doskonale odegrał Pedro. Bez tej asysty nie byłoby gola, za to jedno zagranie Villa został moim prywatnym bohaterem meczu.

Hint : Tito już wrócił. Pozwala to na tezę, że wyborom taktycznym na San Siro i z Realem nie bylo winne 6 tysięcy km dystansu, lecz wybory sztabu szkoleniowego. Błędy nie zniknęły po powrocie Tito do domu. Znów powtórka z „rozrywki” z lutego i kolosalny błąd strategiczny, który niemal kosztował klub awans do półfinałów. Oby trenerzy wyciągnęli wreszcie odpowiednie wnioski.

Nie, Fabs na bramce to nie jest jeden z nich.

Raz, dwa, trzy, 
szczęście ma-my

Szczęście w tym podobne bywa miłości, że różne miewa oblicza. Fuks Barcelony w rewanżu z PSG miał ich kilka naraz. Nr 1 polegał na tym, że do momentu opuszczenia boiska przez świeżo upieczonego tatę, paryżanie nie raczyli podwyższyć swego prowadzenia. Okazji mieli co niemiara. Oczywiście, wspaniała postawa VV godna jest najwyższego uznania i zrobiliśmy to przy ocenach, ale np. w tym, że w kluczowym momencie szarży Lavezziego z 3. minuty zaplątała mu się pod nogami piłka – żadna zasługa Valdésa. Czysty fuks. Z tym zastrzeżeniem, że takich wynikających z defensywnego rozluźnienia Barçy okazji PSG miało do końca meczu znacznie więcej niż jedną.

Szczęście Barçy nr 2: postawa w całym meczu na Camp Nou Zlatana Ibrahimovicia. Śliczna piłka do Pastore, pojedyncze inne zagrania, jedyny strzał oddany na sam koniec meczu – tak pasywnej, nieszkodliwej wersji Szweda dawno nie widziano nawet w lidze. Zupełnie inny człowiek niż w Paryżu, kiedy nieustannie liderował poczynaniom całej drużyny na atakowanej połowie.

Po trzecie, Jordi Alba. Przykro to mówić, ale nasz młody gniewny zasłużył na czerwoną kartkę. Nie tylko dał arbitrowi pretekst do wyciągnięcia kartonika, ale faktycznie doszło do kontaktu, co widać na filmikach dostępnych „all around the web”. Więcej szczęścia niż rozumu. Inna rzecz, że Alba leżał na boisku w wyniku własnego faulu. Sędzia puścił grę, ale na parę minut przed końcem podopieczni Ancelottiego powinni dostać rzut wolny i kolejną wrzutkę w pole karne. Oznaczającą to samo, co wszystkie pozostałe: „stan oblężenia”.

Dalej – faul Piqué na 10 minut przed końcem przy prawym krańcu pola karnego spokojnie zasługiwał na żółtą kartkę. Tak, to byłaby decydująca kartka. O nieobecności w półfinale jedynego zdrowego stopera klubu.

Małych szczęść już nie liczę, ale warto zachować świadomość, że też miały miejsce: nieszkodliwość paryżan na koniec meczu można tłumaczyć tylko „oklapnięciem” po golu Pedro, paradoksalnym „spoczęciem na laurach”, które wyglądało mi na pogodzenie się z losem wyeliminowania przez tych, których przed meczem i tak faworyzował cały świat. Po golu Pedro PSG praktycznie nie podjęło walki. Deficyt mobilizacji w ich szeregach, sportowej agresji, odwagi trenera i frontalnego ataku po bramkę na 1:2 dającą awans – wielkie szczęście FCB. Mimo to, w ostatniej minucie meczu zostawiony bez opieki Ibra i tak uderzał na samotnię Valdésa – na szczęście w sam środek bramki. Inna rzecz, że sędziowie doliczyli za mało czasu mimo sowitych przerw w grze (sytuacja z Albą, zmiany). Ufff!

Limit wyczerpany

Były też plusy, pewnie. Wspaniały wieczór Valdésa, swoboda gry Iniesty, kolejny epizod dobrej współpracy Leo z Villą, postawa Bartry czy wejście Songa. Nie zmienia to faktu, że żadne z tych zjawisk nie oddaje ostatecznego rezultatu dwumeczu wierniej niż tytuł tego artykułu.

Pamiętając o tym, że Matuidi swoją bramkę również zdobył po błędach defensywy (Alves, Bartra, Valdés), awans Barçy do półfinałów po tak słabym (dwu)meczu cieszy, ale to jak z wygraną w totka. Limit szczęścia wyczerpany na dłuższy czas.

Myślę, że przed tygodniem Barça wyszła „jak po swoje”, ze zbyt dużą pewnością siebie. Uśpiona tym, że „to tylko PSG”. Mimo łatki przypinanej przez tych, którzy sami nigdy nie wejdą do ¼ finału LM choćby w charakterze masażysty, PSG pokazało pazury, charakter i chwała im za to. W moim odczuciu zasłużyli na awans i nie miałbym prawa biadolić gdyby tak się stało. Efekt niezamierzonego sabotażu, jakim okazało się niedorzeczne ustawienie formacji ataku, w połączeniu z „rozbujaniem się” rywala, który nie mając nic do stracenia mógł prowadzić do przerwy dwoma bramkami, przyniosły sytuację, w której 20 minut przed końcem dwumeczu Barcelona była za burtą Ligi Mistrzów.

Takie błędy – na płaszczyźnie taktycznej i indywidualnej – nie mogą się powtórzyć w starciu z Bayernem. Podopieczni Heynckesa różnią się od paryżan co najmniej jedną rzeczą. Wykorzystają je bezlitośnie.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (185)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze