W ciszy stadionu. Jedenaście punktów

Karol Chowański 'Challenger'

28 listopada 2012, 19:18

102 komentarze

Miniony weekend daje świetną okazję, by znów poeksploatować sobie skojarzenia atmosferyczne. Mróz na Bernabéu wzrósł do -11. Z miesiąca na miesiąc pozycja głównego rywala Barcelony w wyścigu po wszystkie trofea słabnie w oczach.

Dochodzimy tu do swoistego paradoksu. Nie zapominając o wpadkach na wyjazdach i zawaleniu serii meczów Chelsea-Real-Chelsea, Barcelona ogólnie rozgrywała solidny, momentami bardzo dobry zeszły sezon (czego jakimś potwierdzeniem są trofea w gablocie i zupełne odarcie ze złudzeń silnego na tamtą chwilę Athletiku w finale Pucharu Króla). Mistrzostwa zdobyć nie zdołała, bo Real był jeszcze lepszy. W bieżącym sezonie Barça w większości elementów gry prezentuje się relatywnie gorzej (kosmiczna jak na nią liczba straconych goli jest tu tylko jednym z argumentów), ale na fotelu lidera La Liga rozsiadła się w najlepsze. Real gra jeszcze gorzej.

Utracone atuty "Królewskich"

Barcelona zdobywa ligowe punkty z ogromną determinacją. Ciężko zapracowała na każdy z nich. Rzecz w tym, że z taką grą jak w poprzednim sezonie Real byłby tuż za nią, jeśli nie zaraz obok. Nie jest, bo w niecałe pół roku utracił niemal wszystkie atuty, które doprowadziły go do mistrzostwa.

Tydzień po walce do końca w meczu na wodzie z Levante dającej heroiczną wygraną oraz tuż po wyklarowaniu sobie sytuacji w LM, wydawało się, że Real Madryt nareszcie stworzył sobie warunki do nabrania wiatru w żagle. A tu porażka z Betisem i Barça odskakuje na 11 punktów. Trudniej utrzymać się na szczycie niż się tam znaleźć.

Oczywiście, że w budowaniu morale i formy, drużynie nie pomaga postępowanie José Mourinho. Podczas gdy Vilanova korzysta z pięciu napastników (szósty był kontuzjowany), Mou używa ledwie dwóch; kariery Kaki i Carvalho (Raphael kto?!) są przez niego zwyczajnie sabotowane, Modrić po trzech miesiącach od transferu wciąż odgrywa w zespole rolę marginalną, a legendarna intuicja portugalskiego coacha nad wyraz często jest w tym sezonie zastępowana decyzjami taktycznie niepojętymi i chybionymi eksperymentami. Poza tym, taktyka motywowania piłkarzy gniewem i szczucia ich na cały boży świat po trzech latach chyba przestaje się na Bernabéu sprawdzać. W klubie i drużynie z taką historią i takimi sukcesami sprzed ery „Wybrańca”, coraz mniej piłkarzy ma ochotę pląsać, jak zagra Portugalczyk.

Praktycznie od wygranej z City forma Realu stacza się w bagno, w ostatnich dniach pogrążając się w nim głębiej niż kiedykolwiek w ostatnich trzech latach. Niemoc na połowie rywali bije po oczach. Z kolejnymi ekscesami trenera, Realowi wymyka się cały sezon.

Tymczasem w Barcelonie

Trofea nie są zarezerwowane wyłącznie dla „doskonałych”. Cudowny eliksir alchemika Guardioli trochę zaburzył nam percepcję, a przecież futbol to gra błędów. Te Barcelony, kosztowały ją już w tej kampanii Superpuchar i punkty w Glasgow, lecz na tym etapie sezonu krajowi rywale popełniają ich więcej. Podobnie jak kilku pretendentów z kontynentu.

Nie zapominajmy, że Barcelona Tito może grać jeszcze lepiej. Ostatnie tygodnie wymowniej - niż np. wrzesień - wskazują, że to tylko kwestia czasu. Powroty Piqué i Puyola zwiastują pobudkę barcelońskiej defensywy. Mecz ze Spartakiem pokazał, że jakość gry Mascherano u boku jednego z nich zyskuje z miejsca, a show Valdésa z Levante odzyskało Barcelonie bramkarza. Praktycznie żadnego pożytku w tym sezonie drużyna nie doczekała się ze strony Alvesa. Systematycznie rozkręca się Song, którego siła fizyczna i umiejętność rozerwania obrony rywala jednym podaniem jeszcze przydadzą się zespołowi w przekroju całego sezonu. Byłoby miło, gdyby Villa ustrzelił coś z Alavés, bo lekko się ostatnio zaciął, a Pedro począł prezentować taką skuteczność jak w kadrze. Gdy strzelać będą inni, Messiemu będzie się grało i łatwiej, i swobodniej.

Gdy te wszystkie elementy zaczną wreszcie trybić, gorzej być nie powinno, a trudno o śmiałość stwierdzenia, że "będzie lepiej" gdy mówimy o rekordowym otwarciu sezonu w całej historii hiszpańskiej ligi. Po prostu poczekajmy.

Koniec cyklu? Dobre sobie

O ocieplenie atmosfery w Madrycie trener dbać nie chce, a piłkarze nie potrafią, jakby nagle zapomnieli jak się wygrywa. Z pozycji sympatyka Blaugrany trudno nie być takiego stanu rzeczy życzliwym obserwatorem. Dzień po rewanżu Superpucharu Hiszpanii żaden culé nie miał podstaw do marzeń o dwucyfrowej przewadze, a już na pewno nie w listopadzie. A tu proszę... Barça się rozkręca i mimo widocznych gołym okiem niedoskonałości regularnie zbiera punkty w lidze, w dobrym stylu zapewniła sobie pierwsze miejsce w grupie LM. Atlético? Wrócimy do pytania po derbach Madrytu.

Po meczu w Sewilli, Realowi zamiast punktów przybyło tylko konfliktów. Po meczach w Moskwie i Walencji, zachwycanie się Barçą znów staje się modne.

Pamiętając o rozstrzygnięciach sezonu 1991/1992, nawet z tak luksusową przewagą w lidze i zrealizowaniu planu w CL, nie ma żadnej pewności jak zakończy się ten sezon dla Azulgrany. Na pewno wiem tylko jedno. Będzie diabelnie ekscytująco. Wygląda na to, że król cholernie stęsknił się za swoją koroną.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (102)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze