Życiowi minimaliści wymagają od innych tyle, co od siebie. Niewiele. W życiu prywatnym, zawodowym i intymnym osiadają chętnie na mieliznach półlaurów, ćwierćsukcesów. Od karczowania swoich własnych, wolą dawno przetarte już ścieżki. Jedni z lenistwa, inni z wygodnictwa, niektórych po prostu na to stać. Inni jeszcze inaczej nie potrafią. Fabs potrafi. Zawsze potrafił.
Jak na egzaminie z ekonometrii, wszystko jest kwestią zmiennych. Proporcji. Subiektywnie dobranego mianownika. Jeżeli piłkarza z takim dorobkiem, tak bezgranicznym potencjałem udowodnionym latami ciągnięcia w tabeli Arsenalu za uszy, ocenia ktoś, kto rzadko musi lub ma odwagę się napocić - ukontentowan będzie pięcioma minutami czystej magii i ledwie błyskiem megatalentu. Pozostałe 85 puściwszy sobie wygodnie w niepamięć. Gdy ktoś zna cierpki smak wysiłku i parę rzeczy musiał w życiu ugrać sam - patrzy z autentycznym zdumieniem jak piłkarz o potencjale i umiejętnościach Fàbregasa po powrocie do Barcelony tydzień w tydzień rozmienia swą - budowaną latami znoju i wyrzeczeń w nieprzyjaznym dla każdego europołudniowca pejzażu Premiership - markę na drobne.
Widziałem mnóstwo meczów Fàbregasa, bo jak każdy Cule byłbym skazany na bycie „Kanonierem” gdyby Barça raczyła nie istnieć. Postawa Cesca na Camp Nou wiosną tego roku była mi tak ogromnym zawodem, bo każdy, kto co tydzień ogladał go w Arsenalu, doskonale wiedział co ten chłopak potrafi, do czego jest zdolny. Czekał długo by znów pokazać to bordo-granatowych barwach - ale i przyczyn nie brakowało.
Dobre katastrofalnego początki
„Jest źle, a będzie jeszcze gorzej” odparła Dorota Masłowska w niedawnym wywiadzie na pytanie o głód kultury społeczeństw doby feja. Oglądając Cesca Fàbregasa w Arsenalu, w przedłużającą się wigilię jego transferu do Barcelony myślano wprost odwrotnie: Jest dobrze. Pięknie jest. Będzie jeszcze lepiej.
Podpisy podpisali, kasę wysłali, witanego powitali. Londyńskich argumentów - meczów, goli, asyst - było aż nadto. A tu zonk. Tym większy, że po paru tygodniach autentycznych delicji.
Gdy po imponującym wejściu w barceloński sezon karuzela formy stanęła - to na amen. Pewność gry zniknęła, oklapła dyspozycja fizyczna, a mierzona asystami i golami skuteczność udała się gdzieś w odległą podróż. Z wszechstronnego lidera trzeciej siły Premiership poczęły po boisku biegać strzępy piłkarza.
Feerię boiskowych fajerwerków zastąpiły geniuszu salwy liche i odpalane z rzadka. Dobrze pamiętamy obraz gry Cesca zimą i wiosną, więc na potrzeby chwili ograniczmy się do suchych statystyk: jedno jedyne trafienie w LM, brak ligowego gola od 8 stycznia, następny (CdR) miesiąc później. Ostatni w sezonie. Zmizerniały w Nowym Roku asysty, aż i one wyłączyły się 11 marca. Mierne oceny od goal.com po fcbarca.com. Ledwie cztery porządne występy od Sylwestra do końca sezonu (Osasuna, Racing, rewanż z Bayerem i VCF). Finał dramatu w dwumeczu z Chelsea.
Gracz trafiający na jesieni regularnie i wielokrotnie współkreujący grę zespołu nagle udał się na wewnętrzną emigrację. W najważniejszej fazie sezonu Cesc grał jakby odłączyli mu prąd.
Alibi 1: Jest nas wielu
Latami był Fabs w Arsenalu lokomotywą całej drużyny. Rozprowadzał każdą akcję. Oczywiście zajęło mu jakiś czas zgranie się z Anglią i partnerami, ale i tak dojrzał piłkarsko w tempie błyskawicznym. Choć ofiarowanie mu kapitańskiej opaski przez Wengera było przysłowiową marchewką na przedłużenie kontraktu - on tym kapitanem musiał się stać! Nawet jeśli z racji wieku nie zawsze był nim mentalnie, z pewnością okazał się nim piłkarsko. Miał największy wpływ na grę zespołu i - obok pewnego szklanego Holendra - na wyniki. FF, szybkie przewijanie. Jesteśmy w Barcelonie, wrzesień 2011. Drużyna z Valdésem, Puyolem, Piqué, Alvesem, Xavim, Iniestą, Villą, Sánchezem, Pedro, Messim... W takim towarzystwie już nie trzeba dziergać wszystkiego samemu. Tu, w tej Barcelonie odpowiedzialność za wynik rozkłada się na 11 piłkarzy. Trochę zmiana.
Oczywiście, zależnie od okoliczności, może to być albo motywujące, albo demotywujące. Późną jesienią okoliczności dla Fàbregasa sprzyjające być przestały. Problemy mięśniowe zatrzymały go poza boiskiem od 1 do 20 października. Odzyskiwał formę powoli. Patrząc z perspektywy czasu, tydzień po tygodniu Fàbregas coraz bardziej niknął w tłumie magów Barçy.
Alibi 2: Strategia Pepa
Pep miał plan. Podobnie jak na kilku piłkarzy przed nim i paru po nim. Pech Fàbregasa w tym, że w jego przypadku plan Pepa nie wypalił.
W Anglii praktycznie zawsze grał Fàbregas środkowego pomocnika. Rozgrywającego w starym - „archaicznym”, jak sam się wyraził we wrześniowym wywiadzie dla La Vanguardii - stylu. Takim piłkarzem w Barcelonie był i jest - naturallement - Xavi. Zamiast stosować częstszą rotację w pomocy pomiędzy trójką brylantów La Masíi, Pep postanowił upchnąć w jedenastce ich wszystkich. Na siłę. Kolanem - jak trzeba. I upchnął. Xavi i Iniesta byli w drużynie wcześniej, ich pozycja nie podlegała dyskusji. „Upchnąć” trzeba było Fàbregasa.
W Arsenalu nigdy nie grał skrzydłowego, ani lewego, ani prawego. To u Pepa został fałszywą dziewiątką. Zawsze ubezpieczany przez Songa, Denilsona lub Diaby’ego nigdy nie pełnił roli osamotnionego defensywnego pomocnika. Nie był też wysuniętym mediapuntą w czteroosobowej formacji „diamentu”. Wszystkie te koncepty, jeden po drugim, proponował Guardiola. Byle tylko zmieścić w składzie wychowanka za 35 milionów. Póki były siły i witalność, zdawało to jeszcze jakoś egzamin. Genialne momenty gry wzajemnej z Messim tłumiły fakt, że długimi fragmentami meczów Fabs nie potrafił znaleźć sobie na boisku miejsca. Z czasem, odbiło się to i na statystykach, i wynikach całej drużyny.
Alibi 3: Presezon 2011
Fàbregas trafił na Camp Nou bez okresu przygotowawczego. Od maja trenował sam. Zgrywał się z kolegami dopiero w trakcie meczów o stawkę.
Nie miało to jednak tak dużego wpływu na jego postawę w schyłkowej fazie sezonu jak to, że wczesną wiosną jego forma fizyczna praktycznie przestała istnieć.
Alibi 4: Bez wytchnienia
Zamiast wzmacniać drużynę, Cesc coraz mocniej jej ciążył. Zazwyczaj w takich przypadkach wkracza trener. Świetnym - bo dotyczy tego samego coacha - przykładem jest tu casus Ibry. Zaczął grać słabo, wylądował na ławce. Proste. Tylko, że manewru z pyskatym Szwedem nie da się powtórzyć z wychowankiem, który po długiej odysei właśnie „wrócił do domu”. Camp Nou ma swoje wartości. Skutek był taki, że Cesc grał dalej. Jego metka też dawała do myślenia. Miernie, biernie, ale grał.
A przecież był to piłkarz, któremu 2-3 mecze odpoczynku w newralgicznym momencie sezonu były potrzebne najbardziej z całej drużyny!
Alibi 5: Każdy może, proszę Ciebie, spekulować
To, co dla większości grajków sufitem, dla piłkarzy takich jak Cesc jest ledwie podłogą. Jako piłkarz ambitny i świadom swej wartości, musiał być Fabs swoją pozycją w zespole co najmniej zawiedziony. Co rzekłszy, w jakim stopniu wiosenno marniejąca wydajność jego gry była wynikiem ustawienia taktycznego, ubogiego presezonu czy problemów zdrowotnych, a w jakim - samego piłkarza?
To pytanie zasadne nawet nie tyle ze względu na ziarenko prawdy, które tkwić ma w każdej plotce, lecz banalne łączenie faktów. Gdy nie idzie, ta czy inna forma rezygnacji zawsze jest jedną z opcji. Fàbregas lubi życie, wciąż jest jeszcze młody - być może reakcje piłkarza na słabnącą z miesiąca na miesiąc formę nie spodobały się Guardioli. Cała grupa piłkarzy (Hleb, Henry, Touré, Ibrahimović) może potwierdzić, że w przypadku pojawienia się problemu, Pep wolał go wyeliminować niż rozwiązać. Nie wiadomo czy z Fàbregasem było ponownie - fakt faktem, że w siedmiu ostatnich meczach sezonu rozegrał 197 minut, a od 14 lutego do końca rozgrywek tylko trzykrotnie spędzał na boisku pełne 90 minut. Na 19 okazji.
W tym kontekście, Fàbregasowi nie mogło przytrafić się nic lepszego niż objęcie sterów pierwszej drużyny Barçy przez jego trenera z Cadete A. Na ponowne zadomowienie się na swojej ulubionej kanapie też trzeba czasu, gdy mówimy o roku nieobecności. Od pierwszego meczu sezonu Tito stawiał na niego wytrwale. Wbrew meczom słabym, jeszcze słabszym i ogólnomedialnej panice.
Chyba doczekaliśmy właśnie efektów.
Fàbregas odzyskany
Cesc nie wrócił do Barcelony latem 2011. Wraca do dziś.
Dopiero Tito stawia go tam, gdzie grał przez całą swoją karierę - w środku pola. Nie zamiast Xaviego lub Iniesty czy samotrzeć, lecz w duecie, obok któregoś z nich, z normalną (czytaj: czteroosobową) obroną, z pełnowartościowym defensywnym pomocnikiem. I trybi.
Nie będę oryginalny wróżąc, że to potencjalny lider tego zespołu na lata, przyszły kapitan. Przywrócenie Cesca Fàbregasa byłoby największym osiągnięciem Tito Vilanovy jako trenera FC Barcelony. W moim odczuciu, perspektywa ta przebija wszystkie potencjalne i zdobyte tytuły - zapewnia klubowi przyszłość. Tym efektowniej, że przez calutki sezon nie udało się to jego poprzednikowi.
Szczerze uwielbiałem Cesca w wersji z Arsenalu. Obecny sezon wraca mi nadzieję, że w Barcelonie może grać lepiej. Oby jeszcze było przepięknie.
Komentarze (85)