W ciszy stadionu. Nic nie zdarza się dwa razy? (cz. 2)

Karol Chowański 'Challenger'

17 czerwca 2012, 18:12

33 komentarze


Cz. 1 tutaj [KLIK!]

Nielinearna powtórka z historii


Trudność i wielkie ryzyko w decyzji Laporty o powierzeniu pierwszego zespołu Pepowi nie polegały wyłącznie na nieprzewidywalności przekazania trenerowi bez doświadczenia zespołu tej klasy. Chodziło o dany moment, aktualny okres. Lato 2008/2009 było jednym z najbardziej burzliwych (i decydujących; jak się później okazało) w historii klubu z Camp Nou.

Pozycje ligowego i kontynentalnego potentata Blaugrana właśnie malowniczo utraciła. Beznadzieja weszła Culés głęboko w krew, po zdobyciu drugiego w historii klubu Pucharu Europy zespół równał tylko w dół. Wcześniejsze o rok Tamudazo piecze do dziś żywym ogniem wszystkich, którzy byli jego świadkami. Rozczarowanie sezonem 2007/2008 było tym większe, bo Barça finiszowała w Lidze 18 punktów za Blancos, a w LM poległa w pamiętnym półfinałowym boju z MU, rozstrzygniętym jedną jedyną bramką Scholesa w całym dwumeczu. Morale w czerwcu 2008 leżało w gruzach i ani myślało stamtąd wypełzać. Wcześniejsze lata z Rijkaardem spodobały się kibicom, spadek z futbolowych Himalajów po ledwie przelotnej tam obecności, bolał tym bardziej. FC Barcelona na żadne miano nie zasłużyła wówczas równie mocno, co „drużyna przegrana”.

I nagle bomba – Zarząd wymyślił zatrudnienie Pepa. Problemy wychowawcze z Ronaldinho, Deco i Eto’o przerosły by niejednego, kto na futbolu zjadł zęby – a miał sobie z nimi poradzić zupełny żółtodziób! Owszem, charyzmatyczny i wielki piłkarz, ale trener-zagadka.

Używając terminologii z pokera, Laporta zagrał all-in, i biorąc pod uwagę ultrakryzys, w jaki mógł wpaść (!) kataloński Klub po niepowodzeniu projektu „Guardiola”, stawiał w tym rozdaniu nie tylko górę pieniędzy, ale także dom, nerkę i biżuterię żony. Prezes klubu wygrał i wygrało barcelonismo, ale atmosfera towarzysząca dwóm pierwszym ligowym wynikom Pepa stanowi jedynie promil tego, jak zareagowaliby fani, media i (zapewne) piłkarze gdyby sezon 2008/2009 podążył w stronę zaglądającej Culés w oczy po pierwszych dwóch grach wielkiej katastrofy.

Mówię o tym wyłącznie dlatego, by uświadomić, przypomnieć, jak pod wszystkimi tymi względami łatwiej ma Tito.

Piłkarsko – obecny skład to skarb, miazga, fenomen. Samograj, powie ktoś, i patrząc na wyniki kadry Hiszpanii, jest to teza do obronienia. Co więcej, po niepowodzeniach kampanii 2011/2012 chłopaki mają światu coś do udowodnienia. O motywację dotychczasowy asystent Pepa nie musi się martwić - Barça wygłodzona to Barça niebezpieczna. Zresztą, szatnia na Camp Nou wydaje się organizmem bardziej zżytym niż w jakimkolwiek innym klubie. To rodzina. Każdy zna swoje miejsce i pracy na rzecz kolektywu oddaje się bez reszty. W dodatku, klub przeżywa od paru lat okres największej prosperity w swojej historii, wielkie sukcesy sportowe pociągnęły za sobą globalny szał marketingowy. Liczby socis i sympatyków na całym świecie rosną w galopującym tempie, koszulki klubu są rozchwytywane bardziej niż kiedykolwiek, a sponsorzy pielgrzymują na Camp Nou jeden za drugim. Moda na Barçę ogarnia kolejne skraje globu.

Tito ma wszystko, co potrzebne do osiągnięcia sukcesu. I jeszcze więcej.

Zmartwienia dla klubu i fanów nie stanowi zatem pod żadnym względem poziom sportowy drużyny, kadrowy potencjał czy sprawy organizacyjne. Tylko z powodu zmiany trenera, drużyna nie przestanie być jedną z 3-4 najsilniejszych na świecie. Piłkarze nie zapomną nagle jak się gra w piłkę, Klub dalej będzie funkcjonował sprawnie. Znak zapytania jest jeden i tylko jeden: kompetencje Tito.

Trener Vilanova – niedoświadczony totumfacki bez charyzmy czy twórczy uczeń Pepa?

Pep obejmując pierwszą drużynę miał przetarcie w postaci trenowania przez rok drużyny B, notując z nią zresztą efektowny sukces. Tito samodzielnie nie trenował nawet juniorów i pod tym względem jego tożsamość jako trenera jest dla nas jeszcze większą zagadką niż miało to miejsce w przypadku Guardioli.

Swą dotychczasową rolę Vilanova znosił z tą samą skromnością i pokorą, co jego przełożony. Wielu kibiców i dziennikarzy mówiło o nim, że sprawia wręcz wrażenie ducha. Jest na ławce, przy radującej się drużynie, obok Pepa – a jakby go nie było. Świadomy wybór czy wycofany charakter? Od premierowej konferencji prasowej to się zmieniło i wszyscy poznaliśmy nowego Tito. W garniturze i świetle kamer. Jakim okaże się człowiekiem, jakim trenerem, czy z charakterem i charyzmą na miarę nowego mistera FC Barcelony?

Tito wywiadów co prawda udzielał, lecz niezmiernie rzadko. Dlatego o nowym trenerze Blaugrany wiemy bardzo niewiele. Nie było wielu chwil, gdy los uchylał szparę w dostępie do tego, kim ten facet w ogóle jest. Wiemy na pewno, że wartości Barçy sa dla niego niezwykle ważne, to kolejne w gwiazdozbiorze kluczowych dziś "ludzi Barcelony" dziecko La Masíi. Są to dla niego wartości tak ważne, że nie waha sie o nie walczyć (pamiętna scysja z Mou). To szczególnie dobra wiadomość dla barcelońskiej młodzieży, pukających do drzwi pierwszego zespołu kolejnych canteranos.

Przy analizie postaci Vilanovy ważny jest przywołany powyżej przypadek meczu z Valencią w marcu 2010, gdy na trenerskiej ławce zasiąść nie mógł Pep. Przykład ten daje pewne podstawy by sądzić, że uważany przez wielu za cień, wiernego giermka Guardioli, były asystent wcale nie musi podzielać wszystkich wizji i decyzji swego szefa. Mam tu na myśli totalne przemodelowanie taktyki w przerwie – dwie taktyczne eksplozje, których Pep przez 4 lata swojej trenerki 1-ego zespołu praktycznie nie stosował (!) wcale: zmiana gracza ofensywnego w przerwie i ustawienie Henry'ego na szpicy dłużej niż kwadrans, a nawet pełne 45 minut. Efekt: po bezpłciowej pierwszej połowie, Barça jednak zdobywa trzy punkty... Może skłania to do odważnego wniosku (podnoszonego już przez katalońskie i hiszpańskie media), że z Tito za sterami koniec z forsowaniem eksperymentu o kryptonimie "3-4-3"?

Wiele pytań pozostaje dziś bez odpowiedzi. Przyniesie je dopiero przyszłość, bo to, co wiemy po konferencji to w 95% gra w rebusy.

Pełnoprawny członek rodziny czy „wieczny asystent”?


Poza wszystkimi innymi czynnikami, kluczem do tosamości zespołu z Vilanovą na ławce i jej efektów mierzonych trofeami jest to, jak faktycznie postrzegany będzie dotychczasowy asystent Guardioli przez piłkarzy. Jeśli pozostanie dla nich na zawsze asystentem Pepa – Garnitur Pierwszego Trenera tego nie zmieni, a drużyna wkrótce po rozpoczęciu sezonu okaże się zgubiona i rozbita.

To, co powtarzają zawodnicy od tygodni, od ogłoszenia odejścia maga z Santpedor – olewka. Nic więcej jak PR’owa kurtuazja, słodka wata cukrowa ze słów. Owszem, na swój sposób wartościowa, świadcząca o klasie oddziału Guardioli z szacunkiem akceptującego decyzję swego generała o nastaniu nowego porządku, ale chodzi mi o to, co naprawdę siedzi w ich głowach na temat nowego trenera? Czy nie będą go postrzegać jak

„ciągle drugiego”, który z przypadku nagle został ich nowym przełożonym? Jak relacja pomiędzy Tito a drużyną wyglądała dotychczas, czy zmieni się pod wpływem nowych okoliczności? Wiele pytań, na które odpowiedź otrzymamy odłożoną w czasie. Dopiero pod postacią wyników pierwszych meczów nowego sezonu.

Entuzjazm i wyraźny optymizm graczy wywołuje fakt, że projekt przejmuje ktoś „z rodziny”. Fakt. Tylko, że w walce o najwyższe cele, jaka czeka Blaugranę w przyszłym sezonie, to nie wystarczy. Nie wiemy, jaką rolę w szatnianej familii zajmował dotychczas drugi trener, jak postrzegali go piłkarze – czy prawej ręki głowy rodziny, swoistego consigliere Pepa, czy może dalekiego kuzyna, który co prawda pojawia się na każdym rodzinnym spędzie, ale z jego zdaniem nikt się nie liczy? Jak zawodnicy zareagują na Tito w chwili próby? Gdy będzie źle, gdy przyjdą porażki, gdy drużyna stanie na rozdrożu obrócenia sezonu wniwecz albo kolejny sukces – czy pójdą za Tito jak poszliby za Pepem, czy wracając z meczu zakończonego rozczarowaniem założą tylko na uszy iPody, wnet przekazując swym agentom i Zarządowi prośby o transfer?

Mówię tu o szacunku, respekcie, solidarności, wierności, jakie Tito-trener u piłkarzy dopiero będzie musiał zdobyć. Nie twierdzę, że Francesc Vilanova nie cieszył się tymi cnotami dotychczas, być może od lat – jako asystent. Czas przyszły, bo dopiero przed nim wyrobienie sobie pełni autorytetu w charakterze trenera nr 1. Tu nic nikomu nie jest dane, a historia piłki nożnej zna multum przypadków, gdy zatrudnienie coacha w ten lub inny sposób "znanego" zawodnikom, kończyło się dla danego klubu katastrofą.

Chcę powiedzieć, że dla żadnego szkoleniowca nie ma innej okazji na weryfikację swoich kompetencji do zarządzania szatnią niż rytm meczowy. Ktokolwiek z bezpośredniego otoczenia zostałby następcą Pepa – Tito, Cristina czy Pere, kokon życzliwości drużyny przez wzgląd na polecającego potowarzyszy im tylko do pierwszego meczu. Potem już tylko ciężka praca na własny rachunek.

Nowy trener Barçy powinien o tym pamiętać.

W głowie u Vilanovy

Zostaje coś jeszcze. Rywalizacja z Realem i Mourinho. Choć po rewanżu SH rok temu, to Tito odepchnął Portugalczyka pierwszy, tamtą reakcję Mou i późniejsze pogardliwe słowa na „konfie” z dzisiejszego punktu widzenia wyboru Vilanovy na stanowisko trenera pierwszej drużyny, można – z całą powagą takiego postawienia rzeczy – rozpatrywać w kategorii swego rodzaju upokorzenia. W świecie José Mourinho nie ma litości. W szacunku dla kolegów po fachu, Portugalczyk wybredny jest szczególnie – wystarczy porównać komentarze Mou na temat SAF’a i Wengera; Capello bądź Van Gaala z „recenzją” osiągnięć Ranierego.

José Mourinho nigdzie się nie wybiera, niezależnie od ostatecznej obsady tegorocznego finału LM, nie powinno być wątpliwości, że duet hiszpańskich gigantów to na chwilę obecną dwie najlepsze klubowe drużyny świata. Jak Vilanova poradzi sobie z tym, że największym rywalem Barcelony na każdym możliwym froncie będą właśnie madrytczycy? Czy skrajnie agresywna retoryka Realu, brak szacunku Mou dla trenerów bez osiągnięć i medialna strategia oblężonej twierdzy stołecznych piłkarzy i działaczy podziała na Tito motywująco czy może onieśmielająco? Jak wpłynie na jego koncentrację, decyzje w meczu, zachowanie na boisku i poza nim? Czy po słownych atakach Portugalczyka Vilanova obierze taktykę ciszy i pokory a la Pep czy wręcz przeciwnie? Jaki to wszystko będzie miało wpływ na zespół, u którego atencję, respekt trener bez samodzielnego doświadczenia choćby w piątej lidze budował będzie sobie każdym gestem, decyzją i wypowiedzią?

Przekonamy się po 10-15 pierwszych oficjalnych meczach przyszłego sezonu. Kto wie, może już w sierpniu po dwumeczu Superpucharu... W przypadku braku powodzenia kandydatury Vilanovy, Klub nie będzie miał czasu by zwlekać z planem awaryjnym. Ani Real, ani inni konkurenci w LM nie będą zwlekać ani chwili by wykorzystać najmniejsze słabości absolutnego hegemona ostatnich lat.

Przed Tito lawina wielkich wyzwań. Z całego serca, lecz pełen obaw, życzę, by wyszedł z niej zwycięsko. Z ogromną niecierpliwością czekamy na efekty.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (33)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze