Wszystko jest względne. Zależne. Od podejścia, kontekstu, okoliczności... „Ekipę z NJ” można oglądać zupełnie na serio, albo w konwencji kabaretu. Identycznie z relacjami z Sejmu. Seriale – smutnym duszom wypełniają życie, kto inny oglądając w oryginale uczy się na nich języka. „Mądre głowy” na TVN24, CNN albo pewnej radiostacji z Turunia dają jednym prawdy objawione, innym – nieskończone źródło krotochwili. MTV Cribs części cyber- społeczeństwa daje okno na idoli i przepis na życiowe aspiracje, dla innych są tylko XXI-wieczną mutacją „Kamery wśród zwierząt” dostosowaną do swoich czasów i poziomu audiencji.
Na niebie ani jednej chmurki, słońce przebija się natrętnie, z mile widzianą stanowczością, przez każdą szparę w listowiu, przysiadłem na ławce w okolicznym parczku, gdy siadam do tych słów jest wpół do siódmej rano i mimo najszczerszych chęci nie mogę przestać myśleć o piątkowym gromie z katalońskiego nieba. Przed oczami stają wszystkie te względności... W tym przypadku szufladkowanie ocen, refleksji, przeczuć i odczuć wymyka się wszelkim prostym kategoryzacjom z pełną wdzięku skutecznością chomika dziecięcym dłoniom; podobnież zresztą jak próba wiernej estymacji ogółu konsekwencji.
Nie, nie mam tu na myśli samego faktu odejścia Pepa. Mówię o tym, kogo mianowano na jego następcę.
Jeden z możliwych scenariuszy a zaskoczenie totalne
Miesiące zwlekania. Bagatelizowany przez kibiców brak jednoznacznej deklaracji trenera. Heroldzi pesymistycznych pogłosek ze Sportu czy MD mający dostęp do bezpośredniego otoczenia Klubu. Po trochu bezsilna, po trosze trącąca rezygnacją mowa ciała Pepa w ostatnim Tygodniu Wielkich Porażek. Cristina, której Guardiola przez cztery ostatnie lata poświęcił mniej czasu niż któremukolwiek ze swych piłkarzy. Màrius (11), Maria (9) i Valentina (4) w wieku, który jest chyba ostatnią chwilą by w przyszłości zapamiętały Tatę bardziej z domu niż z telewizora.
Podczas gdy decyzja Pepa – m.in. ze względów, o których pisze Graham Hunter w swojej wybitnej książce „Barça - The Making of The Greatest Team in the World”, która wkrótce ukaże się w polskiej edycji zaprzyjaźnionego z naszą Redakcją Wydawnictwa Sine Qua Non – nie stanowiło dla mnie sensacji, lecz jedną z możliwych opcji. Bynajmniej nie mniej prawdopodobną od innych, ale też wcale nie bardziej. Powiedzenie, że spodziewałem się takiej decyzji Pepa byłoby przesadą, ale nie uważam jej pod żadnym względem za zaskoczenie. Bliżej niż dalej odejścia Pepa z ławki Blaugrany było od co najmniej roku. O długości cyklu drużyny (czytaj: długości kadencji trenera) w swoim przekonaniu i autorskim systemie, Pep mówił publicznie nie raz i nie dwa. Gazetowe plotki i spekulacje autorstwa ludzi, którzy byli i są zbyt blisko Klubu, by nie było w tym wszystkim choć ziarna prawdy. Podobnie jak piłkarze, decyzję mistera przyjąłem ze zrozumieniem i wyrozumiałością.
Bez emocjonalnego trzęsienia ziemi ani zbędnego defetyzmu, które efektem kuli śniegowej do dziś toczą się i autorstwa ludzi małej wiary toczyć będą jeszcze długo przez całą mediosferę. Coś się kończy, coś się zaczyna. Zamiast stawiać Pepowi pomniki trwalsze niż ze spiżu, dyskretnie przypominam, że ten klub nie był i nigdy nie będzie ponad jednostkami. Cruyff-piłkarz i Cruyff-trener; Robson, Ronaldo, Van Gaal, Rivaldo, Kluivert, Cocu, Ronaldinho, Deco, Eto’o i Guardiola. Oni przychodzą i odchodzą. Klub trwa ten sam.
Wracając do wątku sprzed dygresji – słów Pepa nie powitałem histerią odrzuconej kochanki, ale dalszy przebieg tej samej konferencji prasowej i ogłoszenie decyzji Klubu ustami Sandro Rosella zostawiły mnie na długą chwilę w próżni szoku. W pół kęsa drugiego śniadania i chwilowo bez zdolności do wyartykułowania z siebie czegokolwiek; jak napisałem jednemu z redakcyjnych przyjaciół w chwilę później w smsie: El szoq total.
Od tej kandydatury prasowa giełda nazwisk była zupełnie wolna. Nie będę ukrywał, że moim osobistym faworytem był „El Loco” Bielsa. Jeden z najbardziej charyzmatycznych szkoleniowców współczesnej piłki, w teorii wolny po tym sezonie, z doświadczeniem pracy z kilkoma kluczowymi piłkarzami obecnego składu (Messi, Mascherano, Sánchez), wielki strateg, wyznawca futbolowego piękna i ofensywy totalnej. Cudotwórca z San Mamés...
Tymczasem zaskok większy niż widok Micka Jaggera w klipie J.Lo i will.i.am’a. Słowa wypowiadane przez Rosella przypominały mi znaną na całym świecie formułkę z rozdania Oskarów. Ten sam ton: Vilanova. Tego nie spodziewał się nikt, być może nawet sam Tito. Oprócz Josépa Guardioli.
Namaszczony przez Pepa
To jasne, że rozwiązania z Tito nie wymyślił Rosell ani „Zubi”. Kierując się interesem klubu, pragnęli za wszelką cenę przekonać Pepa do zmiany decyzji. Do jeszcze jednego razu, do kolejnego sezonu, ostatniej akcji razem. Dni świeżo za nami w gabinetach Camp Nou musiały być niezwykle emocjonujące, napięte, intensywne. Rosell miał świadomość, że utrata Pepa może nadwyrężyć spełnienie jego własnych ambicji, by zostać najbardziej utytułowanym prezesem w historii Klubu.
Nocne spotkanie w domu Pepa było już tylko pożegnaniem. Decyzji motywowanej względami osobistymi, w głowie samego zainteresowanego gotowej już od grudnia – zmienić nie zdołał ani Prezes, ani nikt inny. Zawodowe wypalenie plus chęć poświęcenia się rodzinie to argumenty, z którymi wszelka polemika jest zbędna. Rosell mógł jednak dla „swojego” odchodzącego trenera, twórcy absolutnie historycznych sukcesów klubu, zrobić coś innego.
Wziął pod uwagę jego opinię na temat wyboru następcy. Skoro Prezes był gotów dać Guardioli „czek in blanco” polegający na pełnej swobodzie decyzji, polityki transferowej i sporządzeniu umowy od pierwszego do ostatniego paragrafu wedle własnych preferencji (!), prawdopodobnie był też gotów zaakceptować kandydaturę Pepa co do zastępcy – jakakolwiek by ona nie była. Relacje obu panów ponoć bywały szorstkie, ale nie ma wątpliwości, że Rosell w kwestiach sportowych darzył Pepa wielką estymą i rewerencją. Dawał temu wyraz w wielu publicznych wypowiedziach; nigdy nie podważył decyzji czy pozycji trenera w klubie.
Pep nie przyjął od Rosella prezentu „umowy na życzenie”, ale miał do swojego wkrótce-byłego Prezesa ostatnią z próśb. O zatrudnienie Tito. Rosell się zgodził. Zaufał temu, który zdobył więcej niż wszystko. Pytanie brzmi: czy tym razem słusznie?
Kto jest prezesem Klubu?
Nie lubię wchodzić w plenipotencje innych ludzi, bawić się w science-fiction czy gdybologię. W tym konkretnym przypadku, nie mogę jednak odgonić komara przeczucia, że dla dobra, konkurencyjności i rozwoju drużyny – niekoniecznie wprost: lepsza, ale z całą mą pewnością: bezpieczniejsza, byłaby inna decyzja.
Nigdy nie uważałem Pepa za trenera doskonałego, jak wielu wokół, za bezwzględnie najlepszego coacha w tym sporcie. Owszem, z pewnością jest najlepszy dla tego konkretnego klubu - lecz to nie czyni go nieomylnym. Od początku swej felietonistyki na tych łamach, nie wahałem się podejść krytycznie, wypunktować wad geniusza z Santpedor, złych decyzji. Dlatego osobiście liczyłem na to, że jeśli Pep faktycznie odejdzie – Klub zatrudni w jego miejsce osobę o jak najbogatszym trenerskim CV. Pepowi wielokrotnie zdarzało się z ławki przechytrzyć swych rywali - Pellegriniego, Fergusona, Wengera, nawet Mourinho. Niestety, Pep-trener miewał też chwile słabości, bierności, taktycznej bezsilności, bardzo rzadko potrafił zmianą zmienić oblicze gry, chyba za rzadko; wtedy Barça przegrywała, dotkliwie i niekiedy bardzo boleśnie. Problemem Pepa były też piłkarskie indywidualności - ego Ibry, niechęć do dialogu z Henrym czy sprawa Touré poniekąd przerastały tego, kto najlepiej dogadywał się z takimi jak on sam wychowankami La Masíi.Dlatego w mojej opinii, angaż trenera starszego wzbogaciłby to drużynę, jej konkurencyjność, zminimalizowało groźbę stagnacji i odcięło grubą kreską okres „rozpaczy po Guardioli”. Rozwinęło by piłkarzy, natchnęło nową jakość szatnię. Zainspirowałoby i zmotywowało wszystkich (od piłkarzy po fanów), że „wrócimy silniejsi”.
Ofensywna orientacja; różnorodne (w znaczeniu: międzynarodowe; w różnych ligach i krajach) i długie (wiek) doświadczenia trenerskie; taktyczna inteligencja; charyzma, respekt i uznanie świata piłki; doświadczenie w La Liga; brak bariery językowej; wymierne sukcesy na koncie; chętnie: były piłkarz – stanowiły w mojej opinii dla następcy Pepa wymogi bezdyskusyjne. Jest ktoś, kto oferuje wszystko to, a nawet więcej – wspomnienie pracy z kilkoma kluczowymi członkami bordowo-granatowego składu, sukcesy w Hiszpanii, prócz pracy klubowej może się poszczycić doświadczeniem w piłce reprezentacyjnej, od czerwca byłby „do wzięcia”. Marcelo Bielsa wydawał mi się kandydatem doskonałym, idealnym. Nie tym razem. Oby była jeszcze kiedyś okazja, bo główne obok C. L. Menottiego źródło inspiracji Guardioli pod żadnym względem nie może być wyborem złym.
Jako się tu już rzekło, Klub jest bezwzględnie ponad każdą jednostką. Tymczasem wydaje mi się, że wybór Vilanovy zwyczajnie temu przeczy. Jest ze strony Zarządu posunięciem na wskroś zachowawczym, by nie rzec: tchórzliwym. Może zabrzmi to nieprzyjemnie, ale to trochę tak, jakby po swoim odejściu Pep nadal kierował zespołem, poniekąd „zza grobu”; na (zapewne przejściowej, ale jednak) emeryturze, kanapie i w kapciach. Nie mogę wiedzieć i nie wiem, jaki wpływ na zespół odniesie Tito, jak z nim na ławce grać będzie drużyna i jakie osiągać wyniki, ale...
Rosell w moim odczuciu podjął tę decyzję bardziej z pozycji „przyjaciela” Guardioli, bezkrytycznie zapatrzonego w swojego profesora doktoranta – a nie chłodno-zdystansowanego prezesa instytucji biznesowo-sportowej. Takimi decyzjami zabito niejedną firmę. Kto jest prezesem Klubu, Rosell czy Guardiola? Trudno spekulować, czy piłkarze obdarzą dotychczasowego giermka szacunkiem choć w połowie takim, jakim darzyli Pepa – wydaje mi się jednak niewątpliwe, że dla Bielsy wyrobienie sobie w szatni posłuchu nie stanowiłoby żadnego problemu. Bielsa reputację już ma, Tito dopiero zacznie na nią pracować. W najtrudniejszym miejscu z możliwych: szatni najlepszej klubowej drużyny świata ostatnich 4 lat.
Argentyńczyk stanowił opcję bezpieczną, gwarantującą wiele; z dużą dozą prawdopodobieństwa: stabilizację, rozwój i w konsekwencji: sukcesy. Tito jest jednym wielkim znakiem zapytania. Naturalnie, ze wszystkich sił, będę trzymał za niego kciuki. Letnim przybyciem na Camp Nou dzisiejszego trenera Bilbao byłbym jednakże niewymownie bardziej spokojny niż nominacją dla Vilanovy. Na tym polega jednak piękno futbolu. Lubi zaskakiwać.
PS Część druga ukaże się w za parę dni, a w niej o tym, czym różni się nominacja Vilanovy od pozornie podobnej sprzed czterech lat, próba zarysu trenerskiej tożsamości nowego szkoleniowca Blaugrany i perspektywy przed zespołem na nowy sezon.
Komentarze (50)