Madryt był Wielki. Tylko na boisku

IceMan

26 stycznia 2012, 17:06

150 komentarzy

Takiego meczu, jak ten wczorajszy za czasów Pepa i Mou jeszcze nie było. Żadne spotkanie pomiędzy odwiecznymi rywalami nie było tak emocjonujące, jak te z 25 stycznia 2012 roku. Zapamiętajcie tę datę. Wczoraj było bowiem wszystko, co powinien mieć mecz idealny. Spektakularne akcje, wspaniałe gole, kontrowersyjne decyzje sędziowskie i emocje dosłownie od pierwszych do ostatnich minut. Szczęściarzem jest każdy ten, który miał przyjemność być widzem tegoż spektaklu.

Real był wczoraj Wielki. Wielka była też Barça, więc i same derby były Wielkie przez duże W. Madryt nie był faworytem wczorajszego rewanżu, ale zagrał doprawdy spektakularnie. Na Bernabeu widziałem Real, którego nie widziałem od lat. Słaby, przestraszony, kompletnie zdominowany, po prostu bezradny. W swojej świątyni. Od momentu przyjścia wodza Guardioli byli słabsi, ale żeby aż tak...? Posiadanie piłki według niektórych źródeł nie sięgało nawet 30%. Przez 90 minut, Madryt stworzył półtorej sytuacji, która wystarczyła do zdobycia bramki przez Cristiano Ronaldo. Blancos grali przez 11 minut. Później istniała już tylko Barcelona, a gospodarze statystowali i modlili się o najniższy wymiar kary, by podobnie jak przy 2:6 nie skompromitować się przed własną widownią.  

Któż by się spodziewał, że Real na magiczne Camp Nou przyjedzie walczyć o awans? Na pewno nie ja, naszego awansu byłem pewien, jak nigdy dotąd. Cóż bowiem musiałby zagrać Real na naszym terenie, by się skutecznie przeciwstawić?

Przyjezdni doskonale rozpoczęli, Barça z kolei grała bardzo nerwowo, tylko dzięki szczęściu i niefrasobliwości napastników Realu na tablicy wyników przez długi czas widniał wynik bezbramkowy. Katastrofalne błędy Pinto czy Pique mogły wiele kosztować, ale ten u góry ubrał wczoraj trykot barwach blaugrana i czuwał nad nami. Z czasem wszystko wracało do normalności, gracze Guardioli zaczęli zyskiwać inicjatywę i przejmować kontrolę nad spotkaniem. Madryt się nie poddawał i dzielnie dotrzymywał kroku. Nadeszła jednak 43. minuta, kiedy to fenomenalną akcję indywidualną przeprowadził Leo Messi, wspaniale dograł do będącego na wolnej pozycji Pedro i było 1:0. Kilka chwil później kapitalnym golazo popisał się Alves i na przerwę schodziliśmy z dwubramkowym prowadzeniem. Zasłużonym? Nie wiem. Real nie był gorszy, ale nie wykorzystał swoich sytuacji i przegrywał.

Chciałem więcej. Liczyłem, że mój ukochany zespół znów zleje chłopców Mourinho, w stylu równie wielkim, jak 29 listopada 2010 roku. Czy znajdzie się wśród Was choć jeden, kto spodziewał się, że druga połowa będzie tak niesamowita? Że do ostatnich sekund będziemy drżeć o wynik?

Ja byłem pewien awansu i wielkiej wygranej. Zlekceważyłem Madryt, który za czasów Mou psychicznie silny nie był. Nie mogę przejść obojętnie obok postawy Realu, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Pamiętacie drugi taki mecz na Camp Nou za kadencji Pepa, gdzie Barça tak bardzo cierpiała? Blancos postawili wszystko na jedną kartę, heroicznie atakowali spychając Katalończyków do głębokiej defensywy. 67. minuta, Cristiano gubi Puyola, z dziecinną łatwością radzi sobie z Pinto i mamy 1:2. Nie mijają cztery minuty, a Benzema wyrównuje. Barcelona była w szoku. W szoku byli kibice, trenerzy, piłkarze. Nawet zimny Heineken smakował jak najtańszy szajs. Widząc, jak z każdą kolejną minutą Madryt napiera coraz bardziej, chciałem by ten mecz się już skończył, obojętnie jakim wynikiem, ważne byśmy awansowali. Po raz pierwszy w pojedynku z Realem czułem strach. Widziałem wojowników w bordowo-granatowych barwach, którzy nie wiedzieli, co się dzieje. Wyglądali tak, jakby tuż przed rozpoczęciem drugiej części gry zamieniono się koszulkami, jakby Madryt skradł katalońską magię, która była klątwą dla każdego, kto przyjeżdżał na stadion Blaugrany. Wiedziałem, że trzeba zrobić wszystko, by nie dopuścić do straty kolejnego gola, bo po kolejnym ciosie i tak dysponowanym rywalu, Blaugrana chyba by się już nie podniosła. Niecierpliwie zerkałem na zegar ukazujący upływające sekundy i marzyłem, by usłyszeć ostatni gwizdek Teixeiry Vitienesa. W końcu się doczekałem i mogłem odetchnąć z ulgą. Koniec, awans jest nasz. Uff... Co za dzień. Najpierw kolejny horror zgotował nam Wenta team, a później nadeszły Gran Derbi...

Madryt był Wielki. Tylko na boisku

No właśnie... Real na boisku był wczoraj naprawdę Wielki. Większy niż Barça, bądźmy obiektywni i doceńmy postawę Cristiano i spółki. Walczył od pierwszej do ostatniej minuty. O dumę, honor i wygraną, która dałaby awans. Szczerze mówiąc nie zdziwiłbym się, gdyby ponad 95 tysięcy Culés spektakularnym standing ovation podziękowało za więcej niż równorzędną walkę z zespołem przez wielu uważanym za najlepszy w historii futbolu. Z pewnością wielu z Was pamięta reakcję socios Królewskich na dwa niesamowite gole Ronaldinho, co zaowocowało zwycięstwem 3:0, na Bernabeu. Wczoraj Real zasłużył na oklaski ze strony Culés. Madryt na zielonej murawie Camp Nou zostawił swoje białe serce, które biło jeszcze na długo po zakończeniu tego wspaniałego widowiska.  I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, do czego zdążyliśmy się już dawno przyzwyczaić...

 Mourinho jak pajac skakał przy linii bocznej, co chwila komentując decyzje, które mu nie odpowiadały, a do jego osoby po zakończonym spotkaniu dostosowali się jego podopieczni.  Nie mogło zabraknąć również kontrowersyjnych słów pod adresem arbitra, które według Mundo Deportivo padły w pobliżu pomieszczenia dla sędziów. O tym, że Jose po prostu nie ma jaj, wspominałem już nie raz, ale wspomnę po raz kolejny. Po ostatnim gwizdku nie miał nawet odwagi podać ręki Guardioli, pogratulować Barcelonie awansu, nie zrobił tego również na konferencji prasowej. Szczerze? Nie mogę się doczekać dnia, kiedy wreszcie odejdzie i wszystko wróci do normalności. Co zrobili jego gracze? Niektórzy więcej mówili o sędziach aniżeli swojej wspaniałej, heroicznej postawie. Madrycie, nie byłeś gorszy. Na Camp Nou byłeś Wielki, byłeś lepszy od naszej Barcelony, a to w Świątyni Futbolu nie zdarza się często. Widział to cały świat. Szkoda, że znów zabrakło Ci odwagi by pogratulować przeciwnikowi ‘wygranej'. Pretensje zamiast do siebie, za pierwszy mecz na Bernabeu i niewykorzystane sytuacje znów masz do sędziów i całego świata. Villarato, villarato. Kiedy wreszcie dorośniesz? Zamiast dumy w Madrycie znów zaśmierdziało lamentem. Madrycie, byłeś Wielki na boisku. Pozostań taki również poza nim.

PS. Nie mogę się doczekać kolejnego El Clásico. Oby było równie wspaniałe jak to wczorajsze. Visca el Barça y... Hala Madrid.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (150)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze