Przed rewanżem z Arsenalem Londyn

Blazeq

5 kwietnia 2010, 22:15

294 komentarze
Dwie drużyny, o których mówi się, że grają najpiękniejszy futbol na świecie, ponownie staną naprzeciw siebie. Obie bez kapitanów, obie bez kluczowych defensorów. Zmieniły się sytuacje kadrowe, ale nie zmieniła się stawka rywalizacji. Jest nią nadal półfinał Ligi Mistrzów. W pierwszym pojedynku nie zabrakło dramaturgii, tym razem może być podobnie.

Pierwsza runda tego pojedynku zakończyła się remisem, choć po dwóch zadanych ze szwedzką precyzją ciosach wydawało się, że do drugiej Barcelona przystąpi z przewagą. Niewielu culés przyjęło ten rezultat z uśmiechem na ustach, ponieważ kiedy przeciwnik leży na deskach to należy go wykończyć, a nie wyciągać pomocną dłoń (widać logo UNICEF-u zobowiązuje). Czy jednak po tym, jak emocje już opadły, nie należałoby się z takiego wyniku cieszyć? Wszak teraz, zamiast dogrywania dwumeczu, czeka nas walka. Poważnie zraniony rywal powstał i choć został pozbawiony kilku atutów, na pewno łatwo się nie podda. Przygotujmy się zatem na kolejne wielkie starcie.

Sytuacje kadrowe, czyli kapitanowie na trybunach

Oba zespoły na murawę Camp Nou wyjdą poważnie osłabione. Przede wszystkim zabraknie kapitanów, którzy mecz będą przeżywać z perspektywy widza. Tym razem Fábregas i Puyol nie będą dowodzić swoimi drużynami. Tym razem ich obowiązki będą musieli przejąć inni. Niestety obok dwóch przyjaciół z reprezentacji Hiszpanii, zabraknie także kilku innych zawodników. W przypadku Barcelony na pewno nie zagrają Gerard Piqué oraz Zlatan Ibrahimović. Bez względu na ewentualne sympatie czy antypatie należy oba osłabienia uznać za znaczące.

Kibice w Londynie również nie mają powodów do radości, ponieważ do kontuzjowanego kapitana dołączyli jeszcze Gallas, Arszawin oraz Song. Jeśli dodamy do tego nieobecnych od dłuższego czasu Robina van Persiego oraz Ramseya, to skład The Gunners należy uznać za daleki od optymalnego. Która ekipa jest bardziej osłabiona? Nazwiska wskazują na Arsenal, ale jak to jest faktycznie, przekonamy się we wtorkowy wieczór.

Arsenal na wyjazdach nie straszy, Barcelona u siebie gościnna nie bywa

Pomijając sytuację kadrową obu zespołów można uznać, że Arsenal nie potrafi się dobrze rozgościć na innych stadionach, zwłaszcza w Lidze Mistrzów. Ostatnio chłopcy Wengera polegli na Estadio do Dragao z FC Porto (2:1), a wcześniej przegrali jeszcze w Pireusie (1:0) i zremisowali z AZ Alkmaar (1:1). Wyniki te na pewno nie napawają optymizmem kibiców The Gunners i nie zmieni tego nawet wymienienie zwycięstwa ze Standardem Liege (2:3).

A co robi ostatnimi czasy z rywalami Barcelona na Camp Nou, na tym etapie rozgrywek? Zwykle odprawia z bagażem kilku bramek, o czym boleśnie przekonały się ekipy ze Stuttgartu (4:0), Monachium (4:0) oraz Lyonu (5:2). Biorąc te statystyki pod uwagę, należałoby się spodziewać widowiskowej strzelaniny oraz widoku Almunii kręcącego z niezadowoleniem głową. Problem w tym, że statystyki jeszcze żadnej drużynie same meczu nie wygrały. Statystyki tworzą piłkarze i trzeba się bardzo postarać, aby te wyżej wymienione nagle nie straciły na wartości.

Round 2. Ready? Fight!

Zostawmy jednak w spokoju statystyki. Przestańmy analizować sytuacje kadrowe obu ćwierćfinalistów. Nie rozważajmy wpływu wyniku konfrontacji z Arsenalem na nadchodzące Gran Derbi. Skupmy się na najbliższym widowisku, które jest kolejnym przystankiem na drodze do finału, finału wyjątkowego, bo rozgrywanego w twierdzy największego wroga - na Estadio Santiago Bernabéu. Realu Madryt w Lidze Mistrzów już nie ma, Real dla Barcelony nie istnieje. Żeby wygrać, taki sposób myślenia trzeba zachować do środy.

Jak to było tydzień temu:


REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (294)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze