Jeden z ciekawszych pojedynków Barçy w tym sezonie oraz zdecydowanie najważniejszy mecz w moim życiu wydaje się nie wzruszać mieszkańców Barcelony.
Stolica Katalonii przyzwyczaiła się już do wielkich spotkań. Rozgrywane są tak często, że w samym mieście trudno doszukać się jakiejkolwiek wzmianki na temat dzisiejszego starcia Barçy z Manchesterem City. Rano miasto przywitało mnie chłodną, choć wbrew prognozom dość słoneczną pogodą, tłumem ludzi na ulicach i… zupełnym brakiem kibiców. Nie mówię tutaj o turystach z całego świata, którym zdarza się chodzić po ulicach w koszulce Barcelony, a o prawdziwych fanach, spotykających się na piwo czy tapas, śpiewających i czekających na mecz.
W całym mieście próżno też szukać plakatów czy billboardów reklamujących dzisiejsze wydarzenie. Myślałam, że mimo wszystko wieczorem coś się zmieni. Nic bardziej mylnego. W zapełnionym do granic możliwości (albo i bardziej) metrze to kibice z Wielkiej Brytanii wywarli na mnie świetne wrażenie. Uśmiechnięci, z piosenką na ustach i typowym dla angielskich kibiców zachowaniem (trzeba tu zaznaczyć, że byli trzeźwi).
Czy oznacza to, że mecz Barçy to dla culés już chleb powszedni? Myślę, że nie. Mamy środek tygodnia, mecz mimo swojego prestiżu grany jest o przysłowiową pietruszkę, a pod stadionem samych kibiców jest bardzo wielu, ubranych oczywiście w klubowe koszulki. Przed wejściem rozdawane są malutkie papierowe estelady i rzeczywiście można już zauważyć rosnące emocje. Wszystko na szczęście odbywa się pokojowo – to w końcu Hiszpania.
Czego oczekiwać od dzisiejszego meczu? Zwycięstwa oczywiście. A że w życiu różnie bywa, szczęściu trzeba trochę pomóc, zedrzeć gardło, klaskać ile sił w dłoniach i napawać się widokiem najlepszej drużyny świata w akcji. To właśnie zamierzam zrobić.
Komentarze (2)