La Otra Liga: Prawa ręka Florentino Péreza

Marika Zimna

1 kwietnia 2016, 20:13

5 komentarzy

Cykl „La Otra Liga” tworzymy we współpracy z portalem Ole Magazyn, na którym znajdziecie jeszcze więcej informacji dla fanów La Liga.

Wielu kibiców Realu Madryt za ostatnie niepowodzenia w klubie w pełni obwinia obecnego prezydenta – Florentino Péreza. Czy aby na pewno zasłużenie?

José Ángel Sánchez Periáñez urodził się 49 lat temu w Segovii. Z zawodu jest filozofem, dyplom odbierał na Uniwersytecie Complutense w Madrycie. Swoją pracę zawodową rozpoczynał jako promotor sprzedaży w El Corte Inglés, następnie został dyrektorem handlowym w firmie SEGA, a do Realu Madryt trafił mając 33 lata. Sánchez został zatrudniony przez Florentino Péreza w 2000 roku, początkowo jako dyrektor do spraw marketingu. Szybko uczył się pracy w środowisku wcześniej zupełnie mu obcym. Szczególnie dobrze spisywał się jako negocjator, a próbką jego umiejętności był transfer Davida Beckhama w 2003 roku.

Orzeszki ziemne

„Chcą pieniędzy jak za orzeszki!” – to były słowa, które jako pierwsze przeszły przez myśl Sánchezowi, kiedy usłyszał cenę za Davida Beckhama z ust Petera Kenyona, dyrektora generalnego Manchesteru United. W końcu Becks był ikoną tamtej epoki, jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób na świecie. Być może nawet bardziej od ówczesnego papieża czy prezydenta Stanów Zjednoczonych, albo niektórych gwiazd Hollywood? Sława Davida była jednak bardziej rozległa niż Brada Pitta czy Julii Roberts. Stąd cena, którą usłyszał Hiszpan od dyrektora United wprawiła go w osłupienie.

Sánchez w tamtym momencie euforii chciał krzyczeć z radości, bo sam wartość marketingową Beckhama oceniał na 500 milionów euro, ale nie mógł tego uczynić. Kenyon siedział na przeciw niego, a jedli wówczas lunch w jednej z sardyńskich restauracji. Obaj panowie znaleźli się na cichej wyspie na Morzu Śródziemnym nieprzypadkowo, wierząc że w ten sposób negocjacje przeprowadzą w cztery oczy, bez udziału mediów.

Sánchez na Sardynię przyleciał z samego rana myśląc, że czeka go długi dzień negocjacji. Stąd jego zaskoczenie słysząc cenę za Anglika było jeszcze większe. Najchętniej krzyknąłby: „Tak! Tak! Biorę go! Tak, dzięki!”, ale jako negocjator musiał zachować pokerową twarz. Poza tym nie rozmawiał jeszcze o tym z Florentino, a transferu na własną rękę przeprowadzić nie mógł. To do Péreza należało ostatnie słowo. Tak więc Sánchez, który poznał cenę podaną przez Kenyona skinął tylko twierdząco głową tłumiąc jednocześnie w swojej głowie euforię i szaleństwo.

Telefon do szefa

Obaj negocjatorzy zaczęli dokładnie omawiać szczegóły transakcji. Ile trzeba będzie zapłacić z góry? Czy Manchester coś otrzyma, gdy Beckham wygra trofeum? Kenyon zaproponował prosty podział – 30 milionów euro od razu i pięć milionów euro zmiennych. Cena była już teraz śmiesznie niska, a spadła jeszcze bardziej… 25 milionów euro + 10 milionów euro zmiennych. Na zegarku wybijała czwarta popołudniu. Sánchez uznał, że to odpowiednia pora, aby skontaktować się z Pérezem.

    – Orzeszki ziemne, oni proszą o pieniądze jak na orzeszki! – zaczął dyrektor.
    – Czy po to pojechałeś na Sardynię? Chyba sobie żartujesz!
    – Co?
    – To znaczy, że jeszcze na nich naciskaj.
    – Co ty mówisz „jeszcze na nich naciskaj”? Czy ty nie widzisz, co się tutaj dzieje, na litość boską!

To był pierwszy i jedyny raz, kiedy Sánchez zdenerwował się na Florentino. Po chwili Pérez lepiej niż ktokolwiek inny wartość marki Beckhama. Zakup tego zawodnika to był jego pomysł. Tak samo jak Luisa Figo, Zidane’a czy Ronaldo.

Prezydenci się zmieniali, Sánchez pozostał

W 2006 roku, kiedy to Florentino Pérez podał się do dymisji, w klubie nadszedł czas zmian. Ramón Calderón, nowy prezydent Realu Madryt, pozostawił Sáncheza w klubie… Ba! Przydzielił mu jeszcze więcej obowiązków, niż miało to miejsce za prezydentury Florentino. Awansował bowiem na stanowisko dyrektora generalnego Realu Madryt, stając się tym samym osobą numer dwa w klubowej hierarchii. Dzięki José Sánchezowi klubowa kasa miała się niezwykle dobrze. Był to czas, w którym Hiszpan zaczął brać coraz większy udział w polityce transferowej klubu, za którą niby odpowiadał Predrag Mijatović – ówczesny dyrektor sportowy. Pomimo afery jaka wyrosła wokół Calderóna odnośnie sfałszowanych wyników Walnego Zgromadzenia, finanse klubu miały się nadzwyczaj dobrze. Presja otoczenia zmusiła ówczesnego prezydenta do dymisji, a do Realu powrócił Pérez.

José Ángel Sánchez, który wcześniej pracował już z Florentino, pozostał na swoim stanowisku. W końcu jego rola przy transferach Beckhama, Owena, Van Nisterlooya, czy odejścia Robinho za 42 miliony do Manchesteru City była nieoceniona. Nie miał więc problemów z przyzwyczajeniem się do „starej-nowej” władzy. Pomimo fali krytyki, która wciąż zalewała Real Madryt, szef całkowicie mu ufał. Wspólnie z Florentino pracowali chociażby nad transferem Cristiano Ronaldo czy Kaki.

Cicha woda brzegi rwie

Sánchez dopiero po ośmiu latach pracy w Realu Madryt zdecydował się na wywiad. Nie lubi być w centrum uwagi i pracować w blasku fleszy oraz dookoła mikrofonów. W rozmowie z klubową telewizją wyznał, że Real Madryt przypomina system naczyń połączonych – jedna decyzja wpływa na kolejną. Podczas wielkiego kryzysu, który w 2008 roku ogarnął cały świat, Real Madryt miał się wyjątkowo dobrze. Budżet na kampanię 2008/09 wynosił 400 milionów euro, co było ówcześnie swoistym ewenementem na skalę światową. – Nie jest to żaden cud. Wszystko oparte jest na ciężkiej pracy, ogromnym wysiłku, podejmowaniu odpowiednich decyzji, odpowiedniej administracji i zdrowym podejściu do rywalizacji. – tak sytuację w kasie komentował José Sánchez.

Od kiedy z klubu odszedł Jorge Valdano, w Realu Madryt nie ma dyrektora sportowego. Odpowiedzialność za wszelkie decyzje odnośnie transferów i roszad w drużynie spadła zatem na głównych włodarzy – Florentino Péreza i właśnie José Sáncheza. To ten ostatni wpadł na pomysł zatrudnienia Rafy Beníteza na Bernabéu, a prezydent Królewskich go tylko przyklepał. Hiszpan, który jest silnie związany z Realem, miał poprowadzić klub do trofeów, a przede wszystkim zdobyć mistrzostwo kraju. Jak wyszło, to wszyscy wiedzą.

Transfery, transfery...

„Zawodnicy muszą na siebie zarabiać.” – to motto przewodnie przy wyborze potencjalnych wzmocnień w Realu Madryt. Owe warunku spełnia z pewnością jest James, który zastąpił w drużynie mniej medialnego Di Maríę. Pozyskanie Kolumbijczyka to również pomysł Sáncheza. Talent zawodnika był tylko jednym z czynników, dla których José Ángel tak bardzo naciskał na ten transfer. Wiele mówiło się wówczas o możliwym pozyskaniu Falcao, ale za Jamesem przemówił wiek. Poza tym Real Madryt dzięki sprowadzeniu go otworzył się na rynek Ameryki Południowej, a konkretniej Kolumbii. Jest to kraj, który zajmuje na świecie 29. miejsce pod względem liczby ludności, a uwielbienie piłki stale rośnie. Zatem co się dziwić kibicom, gdy ich rodak jako pierwszy założył koszulkę Realu – wielu z nich pojawiło się na prezentacji, ponoć aż 15 tysięcy!

Czy ten zakup był trafiony? Jeśli zadalibyśmy to pytanie w sezonie 2014/15 – nikt nie miałby żadnej wątpliwości co do odpowiedzi. Obecnie jednak James jest daleki od formy, jaką prezentował za kadencji Ancelottiego i wiele mówi się o jego możliwym odejściu.

José Sánchez grał pierwsze skrzypce także przy transferze Davida De Gei do Realu Madryt. Negocjacje trwały aż osiem godzin, a na koniec kompromitacja – wysłanie dokumentów kilka chwil za późno, zrzucanie odpowiedzialności z jednej strony na drugą, konferencja za konferencją, a De Gea i tak pozostał w Manchesterze, Navas z kolei w Madrycie. Florentino Pérez tym razem nie krył swojego współpracownika i w rozmowie z mediami wyraźnie powiedział, że „to José Sánchez odpowiadał za całą operację.”

Rdza na łańcuchu

Sprawa z De Geą to nie jedyna rzecz, która Sánchezowi w Madrycie się nie udała. Oprócz kompromitacji w Pucharze Króla, w jego kontekście można też wspomnieć o sprawie Bettoniego, który zasiadł na ławce trenerskiej bez odpowiedniej licencji.

O istotnej roli Sáncheza w Realu mogliśmy się przekonać również, gdy na klub został nałożony zakaz transferowy, swoją drogą na tę chwilę uchylony. José Ángel wziął wówczas udział w specjalnie zwołanej konferencji prasowej, na której odpowiadał na pytania dziennikarzy odnośnie zakazu. Z błędów nie tłumaczył się Florentino, lecz właśnie dyrektor generalny Realu Madryt, który przecież jak tylko może stroni od wywiadów i rozmów z mediami.

Po wszystkich powyższych wpadkach na Santiago Bernabéu mówiło się, że obecny dyrektor generalny klubu jest na cenzurowanym przez Péreza i niebawem może pożegnać się ze stanowiskiem. Mijają jednak miesiące, a nie zmienia się nic. Hiszpan wciąż pozostaje prawą ręką Florentino. Czy ten tandem, kiedyś sprawnie funkcjonujący, a dziś z ewidentnie zardzewiałym łańcuchem jest jeszcze w stanie pozytywnie napędzić Real?

Cóż, wątpliwa sprawa…

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (5)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze