Hunter: Mistrzostwo Barcelony to więcej niż Messi

Challenger

29 maja 2015, 09:00

ESPN

69 komentarzy

Graham Hunter jest autorem książki "Barca..." i naszym rozmówcą w cyklu "Wywiad FCBarca.com". Poniżej jego felieton.

To część ludzkiej natury żeby nadawać szyldy. Klasyfikować różne zdarzenia, „metkować” je. Lubimy porządek, lubimy łatwe skojarzenia. Dlatego, tak myślę, tytuł zdobyty właśnie przez FC Barcelonę zostanie zaraz przechrzczony, niezależnie od tego czy jest to potrzebne, czy nie.

Znamy to miano i moim zdaniem będzie błędne. Nazwą ją „Ligą Messiego”. To mam do was prośbę: powstrzymajcie się od używania tego hasła, promowania go, popierania w dyskusjach. To nie jest odpowiednia metka – nawet uwzględniwszy, że to mały argentyński geniusz złożył zamaszysty podpis pod certyfikatem zdobycia ligi sporządzonym w tamten niedzielny wieczór na Vicente Calderón.

Messi zasadził w poprzeczkę z wolnego, doskoczył do Godína – tak, że prawie zetknęli się podbródkami – w obronie swojego partnera z zespołu i kumpla Neymara. No i rozegrał tę cudowną „klepkę” z Pedro zanim zdobył jedyną bramkę meczu, bramkę na wagę tytułu. Czterdziestą pierwszą w lidze, pięćdziesiątą czwartą we wszystkich rozgrywkach.

Pięć miesięcy zajęło Lionelowi Messiemu bezsporne odzyskanie miana najlepszego piłkarza na planecie odkąd Cristiano Ronaldo wznosił Złotą Piłkę. Osiągnięcie takiego efektu, w tak krótkim czasie, jest zdumiewające. Dla tych z nas, którzy patrzą na to bezstronnie, jest uśmiechem losu, że ten wyścig „raz jeden, raz drugi” mogą podziwiać bez przerwy.

Bez zamiaru kwestionowania mojej własnej tezy, muszę ujawnić, że kilka miesięcy temu gdy sezon był w powijakach jeden z najbardziej doświadczonych piłkarzy w składzie Barcelony zwierzył się mojemu przyjacielowi: „To pewne, że w tym sezonie coś wygramy. Messi jest enfuchado.” [pl. wzbudzony – przyp. tłum.]

To ciekawe słowo w hiszpańskim, enfuchado. Dosłownie oznacza: podłączony do prądu. W tym kontekście niesie inne znaczenia: „nakręcony”, „w gazie” albo jeśli wolicie paletę słów zamiast jednego: „pobudzony, rozjuszony, ambitny, głodny, gotowy”. Dla tego gościa, który zna Messiego odkąd był dzieckiem, tak śmiała, stanowcza deklaracja pomaga zrozumieć to, czemu poświęca się tak niewiele miejsca. Podczas gdy inni widzą ten sportowy fenomen w formie, najwyższej koncentracji i skupieniu – oni po prostu wierzą. Zyskują pewność w grze, dokładają podwójny i poczwórny wysiłek, a na połowie rywala wyglądają na chronionych kevlarowym pancerzem.

Nie uznaję tego za „zależność od Messiego”. Po prostu poza wkładem własnym – ruchliwością, otwieraniem przestrzeni, asystom, bramkom – Messi w szczycie formy czyni swoich kolegów lepszymi. Zatem jeśli chcecie powiedzieć, że to jego najlepsza wersja, że Messi miał w tym tytule największy udział odkąd na ławce siedział Pep Guardiola, jego najdojrzalszy sezon, odpowiednia reakcja na rolę wicekapitana – zgoda. Ale rozejrzyjcie się dookoła…

Jest bramkarz Claudio Bravo – pierwszy rok w nowym klubie, wystawiany tylko w jednych rozgrywkach z trzech. Wcześniej, przez ośmioletnią karierę w Hiszpanii nigdy nie pokonał Realu, „doręczając” absurdalną masę traconych goli, porażka po porażce… Nie tylko wygrał Zamorę dla najpewniejszego golkipera w Hiszpanii i uzyskał jedną z najniższych w historii klubu średnią traconych goli, zakończył sezon z kolejną oszałamiającą interwencją. Zatrzymał idealne uderzenie Gimeneza, a dorobek bramkowy Atlético na zerze, w meczu decydującym o mistrzostwie.

Podobnie jak Messiego, podpis Bravo był konieczny do zapewnienia sobie tytułu zdobytego ofensywnym rozmachem i ciężką harówą pod własną bramką. Gdy pięć lat temu Bravo wygrał z Sociedad drugą ligę, stracił 37 goli. W tym sezonie przepuścił tylko 19. Imponujące. Czy to tylko jego liga, bramkarza z Chile? Nie. Oczywiście, że nie.

Marc-André ter Stegen – młody, niedoświadczony Niemiec, któremu zabrano dyrektora sportowego co go zatrudnił. Bez możliwości stabilizowania formy i zgrywania z kolegami co tydzień w lidze, poprowadził Barcelonę do finałów obu turniejów, w których brał udział. „Chapeau”, czapki z głów przed José Ramonem de la Fuente, trenerem bramkarzy. Co za spektakularny wyczyn!

Kolej na Rakiticia. Ivan, ksywka „Chorwat”. W zeszłym sezonie w opasce kapitana dowodził Sevillą w drodze po triumf w Lidze Europy. Uśmiechał się do niego Real Madryt, ale on chciał na Camp Nou. Ufał, że wniesie pracowitość, skuteczność, nieustępliwość, walory defensywne (wślizgi), otwierające podania i wsparcie, dzięki któremu „trójka potworów” (jak nazywa ich Andrés Iniesta) z przodu będzie bardziej wydajna i bardziej decydująca.

Gdy robiłem wywiad z Rakiticiem, powiedział mi, że decydując się na przyjście do Barcelony miał konkretny cel. Chodzi o zdobycie Ligi Mistrzów w uzupełnieniu do jej młodszego brata, Ligi Europy. W odróżnieniu do wielu, których widziałem przybywających na Camp Nou podczas mojego pobytu w Hiszpanii, na wejściu miał to podejście Johna F. Kennedy’ego wyryte w sercu: Nie pytaj co nowy klub może zrobić dla ciebie, ale co sam możesz zrobić dla twojego nowego klubu. W swoim przekonaniu Rakitić nie osiągnął niczego przejściem do Barcelony. Trafił tu żeby coś osiągnąć.

Teraz jest mistrzem Hiszpanii i ma dwie kolejne okazje do świętowania zanim skończy się sezon.

Gerard Piqué? Widziałem go ewakuującego się z Mistrzostw Świata po meczu w Kurytybie, szczerze wściekłego na to, co się stało. Był pokonany, winny i świadomy, że jest częścią reprezentacji przegranych po raz pierwszy w swoim życiu.

Był taki moment w październiku - najbardziej zapamiętany z tego niezgrabnego karnego na Bernabéu - kiedy Barça prowadziła i nastraszyła Real, że znów jest gotowa wyrządzić im dużą krzywdę. Po meczu krytycy byli gotowi rozszarpać tego brawurowego, lekkomyślnego chojraka. Przypominając jego niektóre zachowania pozaboiskowe i wyglądające na pozbawione logiki zagranie z Bernabéu, snajperzy wzięli go na cel. Tymczasem, wszystko czego potrzebował to regularna gra i stały partner na środku obrony. Potrzebował zaufania trenera, a od kolegów – stabilizacji i mobilizacji.

Chelsea w osobie José Mourinho chce go u siebie. Założę się, że to potwierdzona informacja, Piqué orientuje się w sytuacji, bo w tej szatni jest jego najlepszy przyjaciel, Cesc Fàbregas. Nie chodzi jednak o to, zresztą krytykanci i tak nie zmienili zdania. Moim zdaniem za odbudowanie jego formy odpowiada to, że praca znów jest dla niego miejscem dyscypliny, wysiłku, posłuszeństwa, ale i spełnienia. Takim, które wymaga milimetrowej precyzji w codziennym podejściu do obowiązków.

To zaciekłe, bojowe stworzenie, prawdziwe zwierzę na boisku. Od kilku miesięcy prezentuję formę, że patrzyć i podziwiać. To nie tylko jego najlepszy futbol od lat. Nie widziałem w tym sezonie nigdzie stopera w lepszej dyspozycji od niego. Jak dla mnie: zero porównania - Piqué jest w tym momencie najlepszy na swojej pozycji na świecie.

Cofinijcie się wspomnieniami do Monachium gdzie Barça zaklepała sobie przepustkę do finału LM. Decyzja Piqué aby w pełnym biegu zaatakować szarżującego Thiago - tworzy koło jakie zatoczyła gra obrońcy od meczu na Bernabéu. Pod formą - bam, karny, przegrane derby. Ta sama sytuacja w optymalnej dyspozycji - zablokowany strzał, wybita piłka, finał w rezultacie. Subtelna różnica.

Na Calderón pełne koło zatoczyła cała ekipa. Nie przeszkadza mi, że to stara śpiewka. Piłka nożna to rodzaj jambicznego pentametru. Ma swój rytm. Wyznaczany przez kalendarz, autorów grafików spotkań, procesory komputerów. Tik-tak, tik-tak, tik-tak - kręci się w kółko swoim tempem gdy nie patrzymy i nie słuchamy. Zwróćcie uwagę, że dokładnie 365 dni wcześniej Atlético zapewniło sobie tytuł na stadionie Barcelony. Przypływ, odpływ.

Minął rok. I tak Barcelona odzyskała koronę od obrońcy tytułu. Wracając do pytania sprzed kilku akapitów – kogo uznać ojcem sukcesu? Messi dokonał tego sam? Messi przede wszystkim? To gdzie wpływ Luisa Enrique?

Warto poświęcić chwilę byście się nad tym zastanowili. Tak, wiem, że część jego piłkarzy sądzi coś w stylu: "No dobra, przyda się ktoś kto otworzy bramę przed treningiem i zamknie jak skończymy." Lucho nie jest ulubieńcem mediów. Prawdę mówiąc, to nic dziwnego. Bywa upierdliwy, wredny i dosadnie sarkastyczny.

Nie chodzi wyłącznie o to, że Luis Enrique nie toleruje ignorancji, chodzi raczej o to, że wielu uważa, że trener Barcelony uznaje dziennikarzy za bandę kretynów. Z czasem nabrałem przekonania, że prawdziwe nie jest żadne z tych stwierdzeń.

Wiecie, gdy byłem dzieckiem nie mogłem zrozumieć jak można nakładać koniom wyścigowym klapki na oczy. To znaczy na początku myślałem, że przez nie nic nie widzą. Gdy dowiadujesz się, że to dla zawężenia im pola widzenia, ograniczenia bodźców – może łatwiej to przyjąć (choć nadal wydaje się sprzeczne z intuicją). W każdym razie uważam, że Luis Enrique był w tym sezonie takimi klapkami dla piłkarzy Barcelony. Mają go za kogoś nadmiernie pesado – ciągle siedzącego na głowie. Jest konkretny, wymagający. Rzeczywiście objął nową funkcję z bardzo rygorystycznym podejściem, świadomie lub nie przekazując swoim piłkarzom postawę „Ja im pokażę!”

Niemniej, wykazał się co najmniej dwiema ważnymi rzeczami. Po pierwsze, słuchał. Słuchał Xaviego, Iniesty, swojego sztabu technicznego i z miesiąca na miesiąc poluzowywał smycz. W styczniu dał Messiemu trochę więcej swobody na boisku po tym jak starli się policzek przy policzku (z powodu tak trywialnego jak faul podczas treningowej gierki) w Ciutat Esportiva.

Posłuchał swoich kapitanów w kwestii uprzedzania, jeśli to możliwe, części piłkarzy o tym, że będą mieli wolny weekend jeśli miało dla nich zabraknąć miejsca w składzie. W efekcie, nie musieli już przyjeżdżać na przedmeczowe zgrupowanie – spakowani jak wszyscy – tylko po to aby zobaczyć listę powołanych bez swojego nazwiska i wrócić z podkulonym ogonem do domu.

Słuchał próśb najbardziej doświadczonych ludzi w szatni o trochę więcej czasu wolnego. Możesz być pewny, że dla ludzi z rodzinami i dziećmi liczy się on podwójnie, więc gdy rozdzielasz go z wyczuciem, oni się odwdzięczą. Na pewnym etapie sezonu zmienił nastawienie, dostosował się i postawił na ustabilizowaną (ale nie stabilną) wyjściową jedenastkę, którą wystawiał regularnie z okazjonalnymi rotacjami – zamiast odwrotnie.

[Po drugie] To Luis Enrique przekonał Xaviego do pozostania w klubie. Xavi wykazał w tym sezonie cechy przywódcy, dyplomaty, stanowił wspaniały przykład na boisku i w szatni, mediując na rzecz pokoju pomiędzy Messim i Lucho wtedy w styczniu.

Luis Enrique zasługuje na wiele słów uznania za rotacje na wczesnym etapie sezonu. To one zadecydowały, że wiosną skład był świeższy i bardziej decydujący niż kiedykolwiek w tej fazie sezonu od 2011. Wszyscy pamiętamy jak wtedy się skończyło... To Luis Enrique odpowiada za zestrojenie się Suáreza na środku ataku i schodzącego ze skrzydła Messiego. I efekty jakie niesie ta współpraca dla zespołu.

Sięgnę znów po porównanie. Nie mogę być jedynym naiwnym zadającym sobie pytanie: "Po co dyrygent orkiestrze, która gra tylko z nut leżących im przed nosem?" A jednak wszyscy wiemy, że jeśli zostawimy muzyków bez ich Herberta von Karajana to usłyszymy fałszywe nuty, fagot i kotły wnet zgubią równe tempo, a talerze - o Boże, talerze! - przestaną uderzać gdy trzeba, a zaczną na siebie wpadać.

To tu na pierwszy plan wysuwa się rola Luisa Enrique. Rola zasługująca na porównanie do kunsztu Messiego, goli Suáreza, świeżo odzyskanej regularności Neymara, brawury Bravo, Piqué pikującego rywalom pod nogi. Pośród tych wszystkich osobistości Luis Enrique ze swoim asystentem Juan Carlosem Unzué po cichu zaprowadzili ład i porządek, wspólny rytm, przygotowanie i wprawę w wypracowaniu wszystkiego: od rozegrania rzutów rożnych do bronienia przy stałych fragmentach gry; od ustawienia Messiego do rotowania bramkarzami; od kondycji fizycznej całego składu do morale rezerwowych - zachowując spokój niezależnie od okoliczności, także wtedy gdy były zwolnienia (Zubizarreta) i porażki (na Bernabéu i Anoeta).

Dlatego proszę nie pakujcie tego zwycięstwa pod etykietkę "Mistrzostwo Messiego". Jeśli mówilibyśmy tu o filmie, nie byłby jednym z tych "autorskich" dzieł Scorsese, Truffauta, Kubricka, Coenów - z osobowością reżysera dominującą nad wszystkimi innymi. Poza tym, że ta produkcja miała swojego aktora pierwszoplanowego (prosimy na scenę, panie Messi, pan Messi na scenę!), zasługuje na osobne nagrody za reżyserię, role drugoplanowe, montaż i scenariusz. W dodatku, aplauz widowni jest powszechny.

A wiecie, co jest w tym najlepsze? Jeszcze się nie skończyło! To spektakl w trzech aktach. Czekajcie na części drugą i trzecią przeciwko Bilbao i Juve.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (69)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze