Strefa mieszana, po katalońsku zona mixta - przestrzeń, w której, tuż po meczu, dziennikarze mogą nawiązać bezpośredni kontakt z zawodnikami. Pod tym właśnie tytułem rozpoczynamy na FCBarca.com nowy cykl felietonów dotyczących najbardziej aktualnych kwestii związanych z katalońskim klubem i jego otoczeniem. Nasza Zona mixta to przestrzeń, w której na gorąco będziemy spotykać, analizować i przyglądać się życiu FC Barcelony.
Od momentu gdy Pep opuścił ławkę trenerską klubu z Camp Nou, a nawet wcześniej, rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania jego następcy. Czy może raczej jego kopii – trenera o podobnej charakterystyce, który uzyskiwałby zbliżone rezultaty, jednak był człowiekiem znacznie wygodniejszym dla obecnego zarządu. Krótko mówiąc: nie był odkryciem Laporty. Kolejnym podejściem do poszukiwań został Luis Enrique. Gdy sezon wielkimi krokami zbliża się ku końcowi i już wiemy, że był on dla Barcelony dobry, a może być jeszcze lepszy, można stwierdzić z całą pewnością – Lucho nie jest drugim Guardiolą. Na szczęście.
Idea kryjąca się za poszukiwaniami trenera w typie Guardioli przez zarząd Sandro Rosella, poźniej zaś José Marii Bartomeu, była o tyle zrozumiała, co niemal nierealna. Skoro Laporta mógł wyciągnąć z rękawa człowieka, by z marszu skonstruował drużynę, która sięgnęła po pierwszy w historii hiszpański tryplet, to dlaczego my nie możemy? Warunki? Zrozumienie specyfiki katalońskiego klubu, wierność ugruntowanemu przez Guardiolę stylowi i brak wyrobionego na europejskiej scenie nazwiska. To w skrócie przepis na trenera idealnego, przynajmniej dla Barcelony. Czyli takiego, który byłby kopią Pepa. W czym więc problem? Głównie w tym, że z trenerami, jak z zawodnikami – jeden na kilkuset spośród młodych osiągnie najwyższy światowy poziom, a w końcu o takim mówimy. Jednak w chwili gdy Barcelona, pod wodzą Luisa Enrique, znajduje się o krok – całkiem duży krok, ale jednak – od zdobycia trypletu w pierwszym sezonie jego pracy, trudno nie doznać deja vu.
Lucho, przynajmniej na pierwszy rzut oka, spełnia wszystkie warunki, by zostać nowym Guardiolą. Jest młodym trenerem z ledwie nieznacznym doświadczeniem pracy w najwyższej klasie rozgrywkowej. Ma za sobą wiele lat w klubie, którego specyfika i styl są dla niego naturalne. Choć postawienie na niego nie było aż tak rozpaczliwie odważną decyzją, jak ta, którą podjął zarząd Laporty, powierzając Barcelonę Guardioli, to jednak należy je zaliczyć do kategorii wysoce ryzykownych. Wszystko wygląda na to, że historia ma szansę się powtórzyć, a były kolega Pepa z boiska może pójść w jego ślady.
Wyjść z cienia
Czy jednak za sukcesem Luisa Enrique kryje się to, że jest nowym Guardiolą czy też raczej to, że wcale nim nie jest? Granica pomiędzy jednym a drugim wydaje się płynna. Z jednej strony idea zatrudnienia trenera, który wykaże się zrozumieniem dla sposobu gry Barcelony, wywodzącego się jeszcze z czasów Rinusa Míchelsa, doprowadzonego zaś do perfekcji przez ekipę Guardioli, z pewnością była dobra. Nie mam wątpliwości, że powierzenie klubu szkoleniowcowi o zupełnie innej wizji nie wchodziłoby w grę. Z drugiej jednak tym, czego Barcelonie brakowało w poprzednich sezonach – do pewnego stopnia także w ostatniej kampanii ligowej Pepa – była świeżość i motywacja. Utrzymanie w rytmie ekipy, która wygrała już wszystko nie jest sprawą łatwą a bezrefleksyjne powielanie starych schematów, nawet jeśli były to genialne schematy, nie mogło zapewnić sukcesu. Wydaje się, że Lucho udało się odnaleźć balans pomiędzy byciem a nie byciem nowym Guardiolą. Z jednej strony Asturyjczyk nie stara się na siłę zostać kopią Pepa, z drugiej nie jest także jego antytezą. Taktyczna baza leżąca u podstaw sukcesu Pep Teamu nie została odrzucona – Barcelona wciąż gra ustawieniem oscylującym wokół 4-3-3, wiąż notuje bardzo wysokie posiadanie piłki: najwyższe w Hiszpanii i drugie w Europie, tuż po... Bayernie Pepa Guardioli. Jednocześnie jednak styl Barçy został przebudowany, by dać jak największe korzyści wypływające z możliwości aktualnego składu. Piłki coraz częściej przechodzą z obrony wprost do ataku, nie tyle omijając, co minimalizując czas przetrzymania w środku pola. Akcent z linii pomocy przeniesiony został na atak, co jest w pełni logiczne, biorąc pod uwagę klasę tridente MNS. Te zmiany podkreślił także Pep, przy okazji dwumeczu w półfinale Ligi Mistrzów mówiąc, że jego zdaniem Barcelona Lucho jest aktualnie najlepiej grającą z kontrataków drużyną w Europie. Luis Enrique dość długo szukał taktycznego pomysłu na drużynę, który pozwoli uzyskać zarówno wyniki, jak i efektowną grę. W końcu w Barcelonie wymaga się i jednego, i drugiego. W ostateczności cel udało się osiągnąć, ekipa Lucho gra imponująco. Czy bardziej niż Pep Team w pierwszym sezonie? To już kwestia indywidualnych odczuć, jedno jest jednak pewne – z pewnością gra inaczej. I prawdopodobnie to leży u podstaw jej sukcesu.
W obliczu entorno
Johan Cruyff stworzył swego czasu określenie entorno, oznaczające dosłownie otoczenie. Cruyffowskie entorno to w rzeczywistości cały bulgoczący kocioł emocji, wzajemnych powiązań, wymagań, oczekiwań i ocen, gotujący się wokół katalońskiego klubu. Entorno to zjawisko dobrze znane Luisowi Enrique. Trudno się spodziewać, by było ono obce człowiekowi, który grał zarówno w Realu Madryt, jak i w Barcelonie. Trudno się też spodziewać by okazał się on szczególnie wrażliwy na medialne burze i ataki. Zaprocentowało to w styczniu, gdy porażki Barcelony wywołały zmasowany atak katalońskiej prasy na klub. Publiczne pranie brudów zostało rozpoczęte i fakt, że przerwała je świetna passa drużyny nie oznacza, że odeszło w przeszłość. Medialna atmosfera wokół Barcelony ma to do siebie, że zaognia się przy najmniejszych problemach i kto, jak kto, ale Lucho doskonale o tym wie. Mimo wszystkich błędów przygoda w Romie zahartowała go jako trenera. Barcelona to klub będący ostateczną próbą charakteru szkoleniowca i jak na razie Luis Enrique wyszedł z niej obronną ręką.
Czy próba znalezienia nowego Guardioli udała się ostatecznie, czy też nie? Wygląda na to, że i jedna, i druga odpowiedź może być poprawna. Z pewnością powiodła się o tyle, że pomysł zatrudnienia Luisa Enrique odpalił, a takie cechy jak znajomość specyfiki klubu czy zbliżona wizja trenerska zaprocentowały. Z drugiej strony sukces, który Lucho osiągnął do tej pory w zaczącym stopniu przyszedł dzięki jego odmienności względem Guardioli. Odmienności w wielu aspektach: czysto sportowym, w kontakcie z zawodnikami i z mediami. Każdy z tych dwóch trenerów napisał w swoim pierwszym sezonie zupełnie inną historię, budując inną drużynę. Z pewnością jednak nie obrazimy się jeśli efekt w trofeach będzie taki sam.
Komentarze (71)