Takimi meczami wygrywa się mistrzostwo. W kontekście spotkania z Córdobą trudno nie pokusić się u użycie tej, czasami nadużywanej, frazy. Zwykle jednak jest tak, że gdy już uda się zakończyć sezon pomyślnie, mało kto o taki meczach pamięta. Wielu zaś przywołuje w pamięci pojedynki, którymi mistrzostwo się przegrywa – takie jak ostatnie spotkanie z Getafe. Dlatego w meczu z Córdobą ważne jest jedno: nie zaliczyć kolejnego potknięcia.
W pogoni
Znów znaleźliśmy się w sytuacji, w której Barcelona musi gonić lidera tabeli. Bezpośrednim efektem tego jest fakt, że sama nie ma marginesu błędu. Po wpadce, którą podopieczni Luisa Enrique zaliczyli w spotkaniu z Los Azulones, dystans dzielący FC Barcelonę od Realu Madryt zwiększył się do czterech punktów. Wiele czy niewiele? Jednoznaczna odpowiedź na to pytanie chyba nie istnieje. Biorąc pod uwagę fakt, że przed nami jeszcze cała runda wiosenna, różnica czterech oczek z pewnością nie jest dystansem nie do odrobienia. Z drugiej strony jednak, na własne życzenie barceloniści znaleźli się w sytuacji, w której samo zwycięstwo w wiosennym Klasyku nie wystarczy, trzeba liczyć na to, że Real Madryt potknie się w starciu z inną drużyną. Nie ulega wątpliwości, że tak wcześniej czy później się stanie, problem w tym, że Barça potknąć się już nie może. Przynajmniej nie częściej niż Los Blancos. Podobno lepiej gonić niż być ściganym, ale czy w przypadku tego konkretnego wyścigu także tak jest? Los Barcelony nie zależy już tylko od niej samej, a to z pewnością nie jest komfortowa psychicznie okoliczność.
Pocieszający może być fakt, że według słów Luisa Enrique szczyt formy drużyny dopiero przyjdzie. Czy faktycznie tak będzie? Czas pokaże. Na razie na spotkanie z Córdobą może szykować się Neymar, który po opuszczeniu meczów z Getafe i Huescą z powodu urazu znów jest gotowy do gry. Zielonego światła od sztabu medycznego nie otrzymał z kolei Dani Alves.
Zawiłe ścieżki do Primera
Bez wątpienia Córdoba jest kopciuszkiem i to nie tylko w starciu z takim potentatem jak Barcelona. Piłkarze z Nuevo Arcángel do najwyższej klasy rozgrywkowej w Hiszpanii trafili rzutem na taśmę, w ostatnich minutach w fazie play-off pokonując ekipę Las Palmas. Sensacją było, że drużyna z siódmej lokaty w Segunda zdołała wygrać w barażach, jednak jeszcze większą sensacją był fakt, że Córdoba w ogóle znalazła się na siódmym miejscu w tabeli. Autorem tego sukcesu był Albert Ferrer, Chapi, były zawodnik Barçy z czasów cruyffowskiego Dream Teamu. Córdoba, która w zeszłym sezonie była niemalże poczekalnią dla kolejnych trenerów, cudem uratowała się przed spadkiem do Segunda B. Zatrudnienie Ferrera okazało się strzałem w dziesiątkę, choć przez kilka kolejek pod jego wodzą Andaluzyjczycy nadal tułali się w okolicach strefy spadkowej. Chapi był kolejnym szkoleniowcem bliskim wylotu z klubu. Sytuacja jak za dotknięciem magicznej różdżki zmieniła się po sensacyjnym zwycięstwie Córdoby nad Sportingiem Gijón. Od tego czasu na Estadio Nuevo Arcángel rozpoczął się piękny sen, który zakończył się w Primera División.
Trudno przyszło, łatwo poszło
Wraz z awansem Córdoby do fazy play-off kontrakt Chapiego Ferrera przedłużony został automatycznie. To właśnie były piłkarz Barçy miał być człowiekiem, który poprowadzi Blanquiverdes przez trudną rzeczywistość. Wszystko okazało się jednak bardziej skomplikowane dla andaluzyjskiego beniaminka niż mogłoby się z początku wydawać. Choć zarówno klub, jak i kibice zdawali sobie sprawę, że Córdoba finansowo i kadrowo odstaje od standardów Primera División, po rewelacyjnej wiośnie, którą rozegrali piłkarz Ferrera, trudno było uniknąć choć odrobiny entuzjazmu. Wiele funduszy wpompowano w przystosowanie Nuevo Arcángel do realiów pierwszej ligi, skład załatano, wypożyczając doświadczonych w Primera zawodników lub też wyszukując tych, którym skończyły się kontrakty. Córdobie nie można nic zarzucić w kwestii przygotowania do sezonu po awansie. Szybko okazało się jednak, że Primera to najprawdopodobniej, przynajmniej w tym momencie, za wysokie progi dla cordobesistas. 42 lata absencji w najwyższej klasie rozgrywkowej trudno jest od razu przeskoczyć.
Chapi Ferrer szybko stracił posadę trenera na rzecz Miroslava Djukicia. Włodarzom klubu, po tym, jak Córdoba ulokowała się w strefie spadkowej bez wielkiej nadziei na szybkie odbicie się od dna, zabrakło cierpliwości na kontynuację pracy ze szkoleniowcem o niewielkim doświadczeniu w swoim fachu. Na jego następcę wybrano Serba z bogatym doświadczeniem trenerskim, któremu nieobce są realia Primera División. Osoba Djukicia pasuje do Córdoby wręcz ironicznie: trener z doświadczeniem acz bez sukcesów, którego kariera w wielu klubach kończyła się zwolnieniem. Ekipa bez doświadczenia, której aspiracją jest utrzymanie w La Liga. Cóż, na tyle właśnie może sobie pozwolić Córdoba.
„Nie będziemy ofiarami”
Wypowiedzi Djukicia przed starciem z Barçą, biorąc pod uwagę sytuację Córdoby, ocierają się niemal o butę. „Nie będziemy ofiarami” - deklaruje Serb. „Pokazaliśmy już, że jesteśmy w stanie nawiązać walkę z każdą drużyną. Ten mecz będzie jednak dobrą próbą dla nas samych, by sprawdzić, do czego jesteśmy zdolni”. Trudno nie zauważyć nawiązania do ostatniego, niespodziewanego zwycięstwa z Athletikiem. Córdoba wciąż znajduje się w strefie spadkowej (18. lokata), jednak mecz z Baskami mógł dać kibicom iskierkę nadziei. Jak na razie to jednak jedna jaskółka, która bynajmniej nie czyni wiosny na Estadio Nuevo Arcángel. Trudno spodziewać się, by cordobesistas byli w stanie urwać choć jeden punkt na Camp Nou, mimo to nie sposób nie przyznać racji Djukicowi – z pewnością będzie to dla nich sprawdzian, który pokaże, na co stać tę drużynę.
„Wszyscy marzymy o tym, by pokonać Barcelonę lub Real. Jeśli zapytamy piłkarzy Barçy o Córdobę, okaże się, że będą znali trzech, może czterech zawodników z naszego składu. […] Teraz wielu z naszych piłkarzy ma szansę, by przestać być anonimowymi” - podkreślił Djukić.
Szanse na to, że Córdoba urwie punkty Barcelonie, są znikome, jednak dla piłkarzy Djukicia to nie jest mecz z „ich ligi”. Dlatego, wbrew pozorom, zbliżające się spotkanie może się okazać znacznie ważniejsze dla podopiecznych Luisa Enrique. To Barcelona musi, Córdoba – może.
Komentarze (382)