Carlo Ancelotti musiał poradzi sobie bez Cristiano Ronaldo, co oznaczało, że do składu Realu Madryt automatycznie wskoczył Isco. Na murawie zobaczyliśmy także Ikera Casillasa, który u włoskiego szkoleniowca pełni rolę bramkarza broniącego między innymi w rozgrywkach Pucharu Króla. Gerardo Martino powtórnie skorzystał z ustawienia, jakie mogliśmy oglądać w obu meczach Ligi Mistrzów przeciwko Atlético Madryt. Na lewej stronie pomocy zagrał Iniesta, zaś w środku operował Cesc Fàbregas. Swoją kolejną szansę otrzymał także Neymar.
Real szybko reagował na wydarzenia boiskowe dzięki systemowi gry opartemu na kontratakach. Oznaczało to, że piłkarze Carlo Ancelottiego musieli wytrzymać długie okresy gry, podczas których Barcelona zakładała im pressing, jednak w chwilach, gdy tylko udało im się od niego uwolnić, kreowali sobie najgroźniejsze szanse bramkowe.
Real Madryt - formacja i ustawienie
Najbardziej zaskakująca w wyjściowej jedenastce Realu Madryt była formacja. Królewscy grali raczej systemem 4-4-2 niż 4-3-3, z którego Carlo Ancelotti korzystał najczęściej podczas bieżącego sezonu. Formacja, którą zagrali w ostatnim El Clásico, gdy ulegli Barcelonie 3:4, zmieniała się w ustawienie zbliżone do 4-4-2 w chwilach, gdy Cristiano Ronaldo schodził do środka, zaś Angel di María ustawiał się szerzej. Początek sezonu Real pod wodzą nowego trenera także rozpoczął, grając systemem 4-4-2.
Takie ustawienie Realu prawdopodobnie zaskoczyło Barcelonę. Według wszelkich oczekiwań Bale powinien grać na lewym skrzydle, tymczasem Walijczyk pełnił rolę drugiego snajpera, który z lewej strony zbiegał do środka. Angel di María, grający na prawej flance, był najbardziej energetycznym graczem Realu; Argentyńczyk był efektywny w grze bez piłki w środkowej strefie boiska, zaś w chwilach, gdy Real przejmował posiadanie, stawał się napastnikiem - wybiegał do przodu, dając początek błyskotliwym kontratakom Królewskich.
Mimo to w systemie gry Realu Madryt najbardziej uderzający był fakt, że ustawianie Los Blancos znacząco przypominało to Atlético z ostatnich meczów, podczas których podopieczni Simeone skutecznie radzili sobie z Barçą. Piłkarze Ancelottiego także zagrali dwoma, głęboko cofniętymi liniami obrony i pomocy złożonymi z czterech zawodników każda. Szeroko ustawieni boczni pomocnicy mieli za zadanie wspomaganie ataku. Isco, który zwykle pełni rolę playmakera, tym razem skumulował w sobie agresję obu zewnętrznych pomocników Atlético Madryt. Mimo faktu, że zgarnął żółty kartonik już w trzeciej minucie, były piłkarz Málagi aż dziewięciokrotnie skutecznie atakował przeciwnika z piłką przy nodze, co oznacza, że zaliczył o trzy takie zagrania więcej niż ktokolwiek inny. Wydaje się, że Ancelotti dobrze odrobił swoją pracę domową, przyglądając się sposobowi gry Atlético i odtwarzając go tak dokładnie, jak tylko było to możliwe.
Alves kiepski w utrzymaniu posiadania piłki
Kontratak Realu rozpoczął się od błędu Daniego Alvesa, znajdującego się na pozycji skrzydłowego. Nie był to jedyny przypadek, gdy Brazylijczyk stracił piłkę w prostej sytuacji, pozwalając rywalowi na natychmiastowe rozpoczęcie kontry. Z kolei w linii obrony, gdzie stoperzy Barçy (raczej niezbyt przekonująco) grali dwóch na dwóch, każda strata posiadania piłki oznaczała, że Barcelona momentalnie znajdowała się pod pressingiem.
Gra Alvesa przypominała tę z meczów z Atlético. Brazylijczyk miał najwięcej kontaktów z piłką spośród wszystkich obecnych na boisku - 126, jednak znów powtórzyła się sytuacja z ćwierćfinałów Ligi Mistrzów: Alves nie miał jasno zdefiniowanego partnera w środku ataku, do którego powinien adresować piłkę. Barcelona zetknęła się ze starym, dobrze znanym problemem - Neymar grał na prawej flance, na której jego pozycję dublował Dani, więc odegranie piłki do młodego Brazylijczyka nie było żadnym rozwiązaniem. Leo Messi znajdował się głębiej, bliżej środka pola, zaś prawdziwy lewoskrzydłowy operował zbyt daleko od drugiej flanki. O dziwo, dośrodkowania Alvesa najczęściej trafiały do Jordiego Alby, który starał się aktywnie grać w ataku. Piłki przyjęte po krosie Katalończyk odgrywał głową do Iniesty, którego strzały na bramkę były jednak blokowane. Mimo to, w efekcie tego, że zarówno Alves, jak i Alba często wychodzili do przodu, Barcelona cierpiała na nieuniknione braki na bokach obrony.
Busquets
Co zaskakujące, piłkarzem, który napotkał największe problemy w pozycjonowaniu się na boisku, był Sergio Busquets. Katalończyk bez zarzutu wykonywał swoje obowiązki defensywnego pomocnika, wspaniale interpretował przebieg gry oraz inteligentnie reagował na ataki rywala, ustawiając się odpowiednio, gdy Real przejmował piłkę.
Mimo to Sergio Busquets sprawiał wrażenie, jakby nie rozumiał formacji Realu, przeciwko której przyszło mu grać. Wyglądało na to, że defensywny pomocnik Barçy spodziewał się, że będzie musiał sobie radzić z Królewskimi w systemie 4-3-3 lub 4-2-3-1, wtedy jego zadaniem powinno być wywieranie presji na środkowym pomocniku rywala, co utrudniłoby Realowi utrzymanie się przy piłce. Busquets cały czas starał się zakładać pressing przeciwnikom, jednak Xabi Alonso i Luka Modrić byli ustawieni bardzo głęboko, w strefie, która nie jest naturalnym obszarem gry Katalończyka.
Wraz z upływem czasu Busquets stawał się coraz bardziej ruchliwy i aktywny w grze bez piłki, jednak jego obecność potrzebna była także bliżej linii obrony Barçy. Blaugrana często grała w defensywie dwóch na dwóch, co oznaczało, że stoperom drużyny Martino potrzebne było wsparcie. Wsparcia jednak brakowało i niejednokrotnie przed linią własnej defensywy Katalończycy pozostawiali zbyt dużo wolnej przestrzeni, którą wykorzystywał Karim Benzema.
W trzech ostatnich sytuacjach, które miały miejsce w pierwszej połowie gry, Busquets dał się zaskoczyć i pozostawił obronę bez wsparcia. Najbardziej klarowny przykład mogliśmy zobaczyć w 35. minucie, kiedy Sergio Busquets dał się wyciągnąć Di Maríi wyjątkowo wysoko, w kierunku strefy obronnej Realu. Wtedy wystarczyła jedna prosta piłka Argentyńczyka posłana do Isco, który operował między liniami. W tej sytuacji Busquets znajdował się w tej samej linii, na tej samej wysokości boiska co Fàbregas i Xavi, jego dwaj partnerzy z linii pomocy. Oznaczało to, że Isco miał do dyspozycji ponad dwadzieścia metrów wolnej przestrzeni. Hiszpan rozpoczął rajd z piłką, którą spokojnie mógł dograć do Benzemy lub Bale'a i jedynie błyskotliwy blok Alby przeszkodził Isco w podwyższeniu prowadzenia Realu na 2:0.
Cała drużyna Barcelony borykała się z problemami z ustawieniem. Piłkarze Gerardo Martino nie współpracowali odpowiednio przy zakładaniu pressingu, nie pokrywali efektywnie całej przestrzeni boiska, zaś ich obrońcy obawiali się odważniejszej gry. Nie można doszukiwać się w Busquetsie przyczyny wszystkich tych problemów, jednak jego niezdolność do kompensacji słabości całej drużyny dzięki jego inteligentnej grze w defensywie, do której już przywykliśmy, tym razem była zaskakująca. W drugiej połowie Sergio grał głębiej, jednak nawet w tej strefie boiska nie ustrzegł się błędów - w pewnym fragmencie gry tak skupił się na asekuracji Javiera Mascherano, że pozwolił Garethowi Bale'owi na przyjęcie zdecydowanie zbyt dogodnej pozycji do strzału.
Barcelona i 4-3-3
Upłynęła niemal godzina gry nim Martino przestawił swoją drużynę na właściwy system gry - 4-3-3. Gdy tylko to uczynił, Barça natychmiast zaczęła wywierać bardziej skuteczny pressing na defensywie Realu. Neymar w swojej ulubionej roli lewoskrzydłowego od razu stał się żywszy. Brazylijczyk wyciągał Pepe z jego nominalnej pozycji, zmuszając go do schodzenia bliżej skrzydła. To pozwalało Pedro, którego pojawianie się na boisku zamiast Cesca Fàbregasa było nieuchronne, wprowadzić nieco ożywienia na prawej flance, nawet jeśli zwykle otrzymywał on piłkę nieco głębiej i był dość niezdarny w utrzymaniu się przy niej.
Gdy Marc Bartra doprowadził do wyrównania, zdobywając bramkę strzałem głową po rzucie rożnym, Barça przez najbliższy kwadrans czuła się tak swobodnie w pressingu, że wydawało się, iż to faktycznie Katalończycy będą drużyną, która zdobędzie trzeciego, kluczowego dla losów tego spotkania gola. Po raz kolejny jednak trudno zrozumieć decyzję Martino, w sytuacji, gdy wielokrotnie potwierdziło się już, że Fàbregas na boku pomocy oraz „zmodyfikowane" 4-3-3 nie sprawdzają się w ważnych meczach z silnymi przeciwnikami. Klasyczne 4-3-3 z trzema nominalnymi napastnikami było właściwym wyjściem w tym spotkaniu, zaś Martino pozwolił swojej drużynie zagrać w tym, najlepszym dla niej, systemie zaledwie przez pół godziny.
Bale wygrywa mecz
Niebezpieczeństwem wynikającym ze zbyt długiego utrzymywania się w posiadaniu piłki było oczywiście stworzenie Realowi częstszych okazji do kontrataków. Taka właśnie wspaniała bramka po kontrze dała w 85. minucie zwycięstwo ekipie z Madrytu. O ile pierwszy gol Realu był klasycznym trafieniem po kontrataku drużynowym, o tyle druga bramka to podręcznikowy przykład kontrataku indywidualnego, w którym Bale po prostu wyminął Bartrę, otwierając sobie czystą drogę do bramki.
Po raz kolejny bramka ta padła w sytuacji, gdy Barça straciła piłkę, grając wysoko na prawym skrzydle. Alves był wysunięty ze swojej pozycji, Busquetsa łatwo dało się ominąć, co nie oznacza jednak, że któryś z tych piłkarzy jest głównym winowajcą bramki Bale'a. Warto zwrócić uwagę, że Real, tak samo jak Atlético, nie zadawał sobie trudu rozgrywania piłki w obrębie własnej połowy. Królewscy szybkim podaniem wyprowadzali futbolówkę do przodu, zmieniając sytuację defensywną w szansę na atak.
Gol na 2:1 był przebłyskiem magii Bale'a, której Real z pewnością oczekiwał, płacąc za Walijczyka tak wygórowaną kwotę w letnim okienku transferowym. Po dobrym debiutanckim sezonie w Madrycie Bale wydawał się potrzebować bramki takiej jak ta - zdobytej w ważnym momencie, postrzeganej jako prawdziwy sukces. Walijczyk tego wieczora z powodzeniem pełnił rolę głównej broni zaczepnej Realu, co potwierdziło teorie na temat tego, że Bale radzi sobie najlepiej, gdy na boisku nie ma Cristiano Ronaldo, zaś on może pełnić rolę podobną do tej, jaka zwykle przypada Portugalczykowi.
Ancelotti szybko zdecydował się na zmienienie Di Maríi, Isco i Benzemy, wprowadzając na plac gry Raphaëla Varane'a, Casemiro oraz Asiera Illarramendiego. Oznaczało to, że Real kończył grę, mając na boisku pięciu obrońców, czterech cofniętych pomocników oraz osamotnionego w ataku Garetha Bale'a. Ciekawie byłoby zobaczyć, jak Królewscy poradziliby sobie, grając takim składem w dogrywce, a warto zaznaczyć, że od rozegrania dodatkowych trzydziestu minut gry nie było daleko, gdy piłka po strzale Neymara w ostatnich minutach obiła słupek.
Konkluzja
Zwycięstwo Realowi dał błysk indywidualnej magii, jednak generalnie to taktyka Ancelottiego funkcjonowała lepiej. Real radził sobie z pressingiem Barçy i dobrze chronił przed przedzieraniem się rywali w ich szeregi obronne. Królewscy wykorzystali także swoją przewagę wynikającą z dobrych kontrataków i odpowiednio wywierali presję na stoperach Blaugrany. Ostatecznie losy meczu rozstrzygnęła przewaga szybkościowa Garetha Bale'a nad obrońcami Barcelony.
Największym zmartwieniem Barçy w tej chwili powinien być fakt, że Martino wydaje się niezdolny do wyciągnięcia wniosków z poprzednich porażek. Argentyńczyk kurczowo trzyma się swojego pomysłu: z Iniestą i Neymarem wyrzuconymi poza ich naturalne pozycje jedynie po to, by wcisnąć do składu Fàbregasa, który w ogóle nie powinien się znaleźć w wyjściowej jedenastce. Trudno nie zauważyć, że takie zastawienie składu nie ma najmniejszego sensu. Trzy porażki w trzech meczach z kolei, rozgrywanych w ramach trzech różnych rozgrywek - trudno, by takie wyniki mogły być dobrą wróżbą.
Komentarze (91)