To był ponury czas. Zaczęło się niewinnie, od stosunkowo zadowalającego 1:1 na Mestalla. Był to drugi remis z rzędu. Uprzednio Barcelona strzeliła i straciła jedną bramkę w pucharowym boju z Realem Madryt. Choć omeny złego nadeszły już w trakcie przegranego 2:3 meczu z Realem Sociedad, nikt nie przypuszczał, że za chwilę w okolicach Les Corts sportowe niepowodzenie zagości na dobre. Z Getafe było świetnie (6:1), z Granadą już mniej (2:1), z Milanem bardzo źle.
Mecz 1/8 finału Champions League 2012/2013. Barça zjechała do Mediolanu 20 lutego 2013 roku z silnym postanowieniem odniesienia zwycięstwa dla Tito Vilanovy. Trener opuścił drużynę, aby zadbać o swoje nadwątlone przez nowotwór zdrowie. Jordi Roura nie natchnął jednak drużyny, bo też każdy, kto sądził, że skromny, nieco wycofany asystent asystenta nagle wcieli się w rolę demonicznego znachora - wykazywał daleko posuniętą naiwność. „Blaugrana" poległa w Mediolanie nie tylko z powodów mentalnych, ale i sportowych, obie sfery łączą się ze sobą w sposób nierozerwalny.
Po murawie San Siro Leo Messi snuł się bezproduktywnie. Ustawiony na lewym skrzydle Andrés Iniesta zatracił swoje walory konstrukcyjne. Kolejne słabe zawody zanotowali Alexis Sánchez oraz Pedro. Powracający po kontuzji Xavi zadziwiająco łatwo odbijał się od mediolańskich rozbójników środka pola, tracąc piłkę niebezpiecznie blisko własnej strefy obronnej. Sergio Busquets w niczym nie przypominał mistrza odbiorów i przechwytów; nie wspominając o formacji defensywnej, która wyglądała tego dnia na wyjątkowo rozdygotaną. Barça cierpiała, bo nie posiadała piłki, utknęła w tym meczu przy własnym polu karnym. „Duma Katalonii" została uwięziona i zamknięta, a armia Massimiliano Allegriego zadręczyła i zabiegała barcelońskich mikrusów niemal „oscarowo".
Ekipa z Katalonii wymieniała podania wszerz boiska, co z oczywistych względów nie mogło zrodzić istotnego na poziomie „Champions League" elementu zaskoczenia. Strzał „don Andrésa" z 76. minuty był istnym aktem rozpaczy. Skończyło się na przygnębiającym 2:0 dla gospodarzy.
W weekend „po" Barça wygrała z Sevillą 2:1. Jedenaste spotkanie z kolei, w którym Katalończycy stracili bramkę. W tamtym okresie momentami wygrywali w okolicznościach bardzo szczęśliwych, grając zrywami. Raz po oraz przybierając postać chimery, którą pierwszego dnia pracy na Camp Nou przepędził Pep Guardiola.
Na błędy w kryciu i odbiorze można byłoby przymknąć oko, gdyby nie fakt, że ofensywne działania Barcelony zaczęły zależeć od pojedynczych dotknięć. Piłką „Duma Katalonii" grała głównie na własnej połowie. Element przyspieszenia pojawiał się w chwilach słabości rywala. Za mało było akcji rozegranych z rozmachem, a obiegnięcia skrajnych obrońców kończyły się topornym wstrzeleniem piłki na wysokość piątego rzędu trybuny za atakowaną bramką. Obgryzaliśmy paznokcie gdy w końcówkach mało pasjonujących meczów przy jednobramkowym prowadzeniu Blaugrany, rywal bombardował bramkę strzeżoną przecież przez gościa, który właśnie ogłosił chęć opuszczenia klubu.
Pod koniec lutego duma barcelonismo została ugodzona prosto w serce. Po raz pierwszy od kilku lat, w trakcie których Barça Guardioli zachwycała piłką z kosmosu, Real Madryt z łatwością zdobył Camp Nou. Wbił gospodarzom trzy gole i wyjechał z poczuciem dobrze wykonanej misji. „Królewscy" nielubianego José Mourinho obnażyli wszystkie braki Barçy, z jej apatią w napadzie, bezsilnością w pomocy, zużyciem liderów rozegrania czy regresem w grze obronnej. Ligowe 1:2 na Bernabéu, które nastąpiło „chwilę" później, było niemal powtórką z przykrego dla każdego culé dramatu mediolańskiego, a było bolesne tym bardziej z racji na wpół rezerwowego składu Realu.
W tamtych derbach Barcelona szybko straciła bramkę, a po wyrównaniu Messiego sprawiała wrażenie, jakby chciała czym prędzej wrócić do domu z ocalonym punktem. Wstydliwy, bojaźliwy minimalizm niewidziany na Les Corts od początku złotej ery Guardioli. Wygrana z Deportivo A Coruńa nie przyniosła powodów do optymizmu. Barça znów nie zachwyciła, na mocnym kacu po Madrycie wykonała plan minimum.
Obaw przed rewanżem z Milanem było bez liku. W historyczną remontadę wierzyli tylko nieliczni, którzy śmiali dopominać się o spektakularne odwrócenie losów meczu. Katalońscy dziennikarze prześcigali się w wyliczeniach wielkich spotkań, pamiętanych głównie przez kibiców z najdłuższym stażem... 7 grudnia 1977 roku i wygrany 3:0 mecz z Ipswich Town. Rok później i identycznych rozmiarów zwycięstwo z Anderlechtem. 16 kwietnia 1986 r., 29 września 1993 r. czy wreszcie 18 kwietnia 2000 r. „Remontada es posible" - wył z okładki w dniu meczu kataloński „Sport". W środku poinformowano, że kartoniada stworzona przez kibiców ułoży się w romantyczne: „Jesteśmy drużyną". Piłkarze zapowiadali walkę do samego końca, choć w ich wypowiedziach nie brakowało wstrzemięźliwości.
Dobrze pamiętamy ten mecz. To była Barca, w której znów można było zakochać się po uszy. Gospodarze od początku zaatakowali ze wściekłością i szaleńczą pasją. Messi szybko trafił na 1:0, a Barçy nie zbił z pantałyku nawet błąd Javiera Mascherano i uderzenie w słupek Mbaye Nianga. 67 sekund później magiczne podanie Iniesty zwieńczył drugi gol „Atomowej Pchły". Messi nie tylko strzelał. Jego katorżnicza harówka w pressingu i umiejętność zrobienia miejsca dla Davida Villi były czymś niespotykanym na przestrzeni ostatnich niepowodzeń. Zresztą, „El Guaje" również zachwycił. Tak, to był wieczór powtórnych narodzin, wielkich powrotów tych, którzy wybitnymi zagraniami strzepali z siebie pył ulatującej magii. Kluczem do sukcesu było władcze posiadanie piłki, które oscylowało wokół 75%. Drużyna przemieszczała się po boisku zjednoczona i silna, dzięki czemu przechwytywanie futbolówki okazało się dziecinnie łatwe. Efektem aż 13 odbiorów Sergio Busquetsa. I nawet gdyby goście z Mediolanu choćby przez chwilę dopuścili do umysłów zamiar awansu do 1/4 finału, szyki pokrzyżowałoby im rozkrzyczane, wierzące w swoich pupili Camp Nou, które tego dnia przypominało twierdzę nie do zdobycia. Zaśpiewany a capella hymn klubu poniósł po malowniczych uliczkach miasta ciepły powiew znad Barcelonety. Presja nie spętała piłkarzom Barçy nóg, oni po prostu wyszli na plac i zrobili swoje. Co charakterystyczne dla tej grupy w optymalnej formie, nie wszyscy byli w pełni zadowoleni.
- Jest mi przykro z powodu tej akcji, po której Niang trafił w słupek. To był mój wielki błąd, który mógł zmienić historię. Grając w Barcelonie nie możesz pozwolić sobie na takie błędy. Bez względu na wynik, wracam do domu rozczarowany - powiedział Javier Mascherano.
Valdés zagrał w Lidze Mistrzów po raz setny, zaś Xavi stał się trzecim zawodnikiem z największą liczbą występów w tych rozgrywkach. „Generał" i Carles Puyol zagrali 95-te wspólne spotkanie w elitarnej Champions League, a Messi stał się drugim graczem w historii tych rozgrywek, który strzelił najwięcej bramek Milanowi (5). Trafienie na 3:0 było pierwszym w Lidze Mistrzów 2012/2013 zdobytym przez Davida Villę. Przy okazji czwartego gola Jordi Alba przebiegł 78 metrów w zaledwie 11 sekund, a Gerard Piqué zaliczył 10 odbiorów, dorzucając do tego blok przy groźnym strzale Kevina Prince'a Boatenga. Ponadto, Dani Alves zgubił tylko 6 piłek, a Xavi wykonał 125 podań, zachowując przy tym 90-procentową celność zagrań.
I choć po remontadzie z Milanem Barcelona nadal nie zachwycała (m.in. mało udany ćwierćfinał z PSG czy klęska w półfinale z Bayernem Monachium), to jednak magiczny wieczór z 12 marca 2013 roku, zwłaszcza w przededniu kolejnej batalii z mediolańczykami, nabiera znaczenia symbolicznego. To był wielki wyczyn, który stał się hołdem piłkarzy Barcelony dla miasta i wierzących kibiców. Barça zaprezentowała pokaz siły, kwestionowanej w tamtym czasie przez autorów haseł w stylu „koniec cyklu" czy „śmierć tiki-taki". Piłkarze udowodnili głód sukcesów, wielkie umiejętności oraz charakter potrzebny do odwracania kolei losu. Kiedy niemal wszyscy wątpili, Katalończycy pokazali, że warto ufać im bezgranicznie. Zaufajmy im i dziś, gdy jest o to znacznie łatwiej niż wiosną.
* W poniedziałek, 7 października 1929 roku w Barcelonie ukazał się pierwszy numer tygodnika sportowego „La nau dels esports". Jego wydawcą i właścicielem był Josep Suñol, deputowany z ramienia Republikańskiej Lewicy Katalonii, soci i prezydent Barcelony. Jedną z wyróżniających się rubryk była „Przy Canaletes mówią... ", która przetrwała późniejszą zmianę tytułu periodyku na „La Rambla". W dniu 6 sierpnia 1936 roku Suñol, od ponad roku prezydent klubu, został zatrzymany, a następnie rozstrzelany przez frankistowskie władze. Tytuł cyklu to skromny hołd autora wobec Postaci będącej symbolem Klubu w najtrudniejszych dla niego czasach.
** Mateusz Bystrzycki - od 12 lat wykonuje zawód dziennikarza sportowego. W 2009 roku trafił do stacji Sportklub Polska, gdzie pracuje do dziś. Na przestrzeni ostatnich lat skomentował blisko 400 meczów z udziałem najlepszych drużyn świata.
Komentarze (14)