Zmiana warty?

Eoren

25 kwietnia 2013, 22:36

Guardian

107 komentarzy

I tak właśnie to pokolenie Barcelony zatoczyło koło. Taka konkluzja pojawiła się zaraz po tej zdumiewającej porażce. Dla wielu stanowi ona koniec pewnej epoki. Konkluzja ta jest przedwczesna, jednak jest w niej pewna kusząca logika. Tylko nieliczne drużyny były tak świadome swojego miejsca w klubowej historii jak ta i, nawet w tak bolesnym momencie, mamy do czynienia z pewnym symbolizmem, swoistą symetrią.

Barcelona wyrównała swój najgorszy wynik w europejskich rozgrywkach, najgorszy rezultat od ponad dekady. Podopieczni Vialnovy wyrównali także wynik, którego kibice Barcelony nigdy nie zapomną, wynik z 18 maja 1994 roku. Dream Team, który wedle słów Pepa Guardioli był wzorem i odniesieniem, do którego dążyły wszystkie późniejsze składy. Temu pokoleniu pod każdym względem udało się odwzorowanie Dream Teamu Cruyffa; być może pozostało im już tylko powtórzenie jego upadku.

Najsławniejszą wiktorią Dream Teamu, meczem, który zdefiniował tę drużynę, było zwycięstwo 5:0 nad Realem Madryt; jego najbardziej dotkliwą porażką, od której rozpoczął się upadek drużyny, było rozbicie 0:4 przez Milan w finale Pucharu Europy w Atenach. Dla dzisiejszego pokolenia Barçy najsłynniejszym zwycięstwem, tym, w którym według słów Xaviego Hernándeza zagrali lepiej niż kiedykolwiek, pozostaje manita, zwycięstwo nad Realem Madryt w wymiarze 5:0; czy przegrana 0:4 będzie początkiem upadku?

Na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdem. Barça wciąż ma w składzie Lionela Messiego, Andrésa Iniestę, Sergio Busquetsa, Gerarda Piqué i Xaviego Hernendeza. Ci zawodnicy nie staną się nagle złymi graczami. W ten weekend Barça może przypieczętować zwycięstwo w lidze, która ma szanse stać się w tym sezonie rekordową kampanią. Trzynaście punktów przewagi dzieli ją od okupującego pozycję wicelidera Realu Madryt.

Jednak, jak sarkastycznie stwierdził w tym tygodniu dyrektor sportowy Barcelony, Andoni Zubizarreta, można odnieść wrażenie, że liga nie ma już znaczenia. „Tajemniczy turniej rozgrywany między dwoma rundami Ligi Mistrzów" - tak nazwał rozgrywki La Liga Zubizarreta. Real Madryt w tym sezonie poddał ligę dość wcześnie. Zaś Barcelona w roku 1994 także sięgnęła po tytuł ligowy - na kilka dni przed wyjazdem do Aten.

Barcelona była wtedy faworytem, właśnie zdobyła czwarty tytuł mistrzowski Primera División z rzędu. Jednak niektórzy gracze przyznają, że było to tylko zatuszowanie prawdziwej pustki. Ta sytuacja zdaje się dziś rezonować. W 1994 roku Barça została rozbita, tym razem było tak samo, nie ma tu nic dyskusyjnego. „Sprawili nam prawdziwe lanie" - przyznaje Gerard Piqué. - „Byli szybsi niż my i lepsi niż my. Nie ma żadnych wymówek".

Barcelona niemal nie strzelała na bramkę przeciwnika, rzadko kiedy udawało jej się wydostać z własnej połowy i nawet jeśli Katalończycy mają powody do niezadowolenia z pracy sędziego to nie można zapominać, że mieliśmy do czynienia z trzema rękami w polu karnym Barçy, które nie zostały odgwizdane a mogłyby stać się przyczyną podyktowania rzutu karnego.

Mimo całego zmęczenia porażka w 1994 roku - w finale, nie w półfinale - była przyczyną ogromnego zaskoczenia. Tym razem tak nie było. Mało kto przewidywał przegraną w takim wymiarze bramkowym jednak po raz pierwszy od 2008 roku Barça przed rozpoczęciem meczu nie była uważana za faworyta. Przed spotkaniem w Monachium Xavi przyznał, że Bayern gra w tym momencie najlepszy futbol w Europie. „Zostaliśmy pokonani przez wielki zespół" - oświadczył Víctor Valdés.

Bayern zaprezentował się imponująco, a ich występ był wspaniały. Jeśli Barça rzeczywiście zaczyna staczać się ze szczytu po równi pochyłej, to najlepszą drużyną do przejęcia po niej pałeczki wydają się mistrzowie Niemiec. To, czego cały świat był świadkiem w Monachium, wyglądało jak zmiana warty.

Trzeba pamiętać, że Bayern, który już w zeszłym sezonie mógł wygrać Ligę Mistrzów, zostanie wzmocniony w lecie transferem Mario Götzego, zaś z ławki trenerskiej będzie nim dowodzić nie kto inny jak Pep Guardiola.

To nie przypadek, że Bawarczycy rozegrają trzeci finał Ligi Mistrzów na przestrzeni czterech ostatnich lat. Bayern rządzi i dzieli w Bundeslidze, dwa ostatnie mecze ligowe wygrał strzelając po pół tuzina bramek w każdym. Przed mistrzami Niemiec wciąż pozostaje jeszcze finał krajowego pucharu do rozegrania. Być może każdy inny zespół zostałby tak samo nabity na bawarską klingę we wtorkowy wieczór, nie tylko Barcelona.

Jednak mimo to sami Katalończycy również przyczynili się do swojego upadku, nie ma co do tego wątpliwości. Porażka musiała nadejść, poprzedzały ją złowróżbne znaki. Pokonani w Glasgow, pokonani w Mediolanie, dwa razy szczęśliwie zremisowali z Paris Saint-Germain. Pokonani także przez Real, dwukrotnie na przestrzeni jednego tygodnia, w tym raz na własnym terenie, a kolejny - przez rezerwowy skład Madrytu.

Z pewnością pojawią się wezwania do zmiany tożsamości i stylu. Tożsamość niekoniecznie musi być problemem, choć w tym sezonie uległa ona pewnej modyfikacji. Muszą się także pojawić pytania o planowość i znaczenie odejścia Guardioli: zarówno pod względem ich wypływu, jak też ich przyczyn. Sugerowano już, że Pep mógł dostrzegać pierwsze oznaki upadku.

Niektóre z tych problemów mają charakter strukturalny, inne - przypadkowy. Były błędy, był pech, a potem jeszcze gorszy pech. Trener, Tito Vilanova, oraz lewy obrońca, Éric Abidal, zachorowali na nowotwór. Barcelona została bez stoperów - Carles Puyol, Javier Mascherano i Adriano nie mogli zagrać, choć i tak dwóch ostatnich nie jest nominalnymi środkowymi obrońcami. Barça kupiła Alexa Songa i zaprezentowała go jako stopera, jednak ten eksperyment okazał się daleki od sukcesu.

Słabość obrony wręcz krzyczała w ostatnich miesiącach. Barça piętnastokrotnie w tym sezonie z powodzeniem goniła wynik. To fakt mówiący wiele o ich charakterze i jakości, jednak także o tym, do czego byli zmuszeni. Skład jest wąski i oczywisty: we wtorkową noc Vilanova nie widział na swojej ławce wiele opcji, które byłby w stanie zmienić przebieg meczu. Jego pasywność była porażająca. Nie było nikogo, kto mógłby dać drużynie tyle, co Samuel Eto'o czy Thierry Henry.

Barcelona wyglądała na zmęczoną. Być może każda drużyna wyglądałaby tak na tle szybkości i intensywności Bayernu, jednak dało się to zauważyć już od jakiegoś czasu. Segio Busquets nie był w stanie kontrolować takiego obszaru gry, co zwykle. Nawet Iniesta, człowiek, który próbował otworzyć zasieki Bayernu, wyglądał jakby brakowało mu świeżości. Niektórzy sprawiali wrażenie zmęczonych, jak Messi, człowiek, wokół którego została zbudowana ta drużyna: brakowało mu przyspieszenia, brakowało inwencji, mecz przepłynął obok niego. Statystyki pokazują, że Leo przebiegł cztery i pół kilometra mniej od Xaviego. I nie był w stanie przebiec ani metra więcej.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (107)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze