Od Di Stéfano do Messiego

Eoren

15 marca 2013, 20:46

El Pais

32 komentarze

Poniższy artykuł powstał w związku południowoamerykańską edycją dziennika El País i jest hołdem dla wszystkich graczy z Ameryki Łacińskiej, którzy zapisali się w annałach hiszpańskiego futbolu.

Gol. Podstawowy wkład Ameryki Południowej w futbol hiszpański mieści się w tych trzech literach. Niezwykły talent do umieszczania piłki w siatce napływał zza oceanu wprost na Półwysep Iberyjski przez całych osiemdziesiąt dwa lata funkcjonowania La Liga.

Od 1929 roku piętnastu południowoamerykańskich snajperów aż dwadzieścia siedem razy zdobyło trofeum Pichichi, na przestrzeni osiemdziesięciu jeden rozegranych sezonów. Sprawia to, że stanowią oni ponad jedną trzecią wszystkich zwycięzców tej klasyfikacji. Jeśli rozpatrzymy w tym kontekście poszczególne narodowości najwyraźniejszy jest wkład Brazylii, która ma na swoim koncie pięciu najlepszych strzelców sezonu. Na drugim miejscu znajduje się Argentyna (czterech), podium zamyka Urugwaj (dwóch). Wspomnianej piętnastki dopełnia czterech zawodników, każdy z innego kraju, reprezentujących Meksyk, Chile, Paragwaj oraz Peru. Pod tym względem najbardziej utytułowani są Di Stéfano i Hugo Sánchez - każdy z nich został pichichi La Liga aż pięciokrotnie. Wszystkich tych piętnastu zawodników, w sezonach, w których zapewnili sobie miano najlepszych strzelców Primera División, uzbierało w sumie 729 roli. Zakaz podpisywania kontraktów z obcokrajowcami obowiązujący w latach 1962-1968, w następstwie bardzo słabego występu Hiszpanii na Mundialu w Chile, w '62 roku, wymusił nacjonalizację takich zawodników jak Eulogio Martínez, Santamaría, Di Stéfano czy Puskas.

Wszystko zaczęło się od przeprowadzki z San Lorenzo de Almagro w Buenos Aires do Europy w latach 1947-1948. Na igrzyskach olimpijskich w Antwerpii w 1920 roku narodziła się La Furia Roja, wraz z rozdzierającym serce krzykiem Belauste: „Do mnie, Sabino, ja ich zmiażdżę!". Później odkryto argentyńskie krótkie podania, radosną grę i nadzieję na to, że akcja narodzi się sama. Wpływ na grę tamtych zawodników był ogromny. „Niech przychodzą, jeśli grają jak Panizo" - powiedziała legenda San Mames, porównując argentyńskich techników do jednego ze swoich piłkarzy.

Zawodnicy, którzy przypływali z Ameryki spotykali się entuzjastycznym przyjęciem europejskich kibiców. To były czasy La Máquiny River Plate. Niebawem rozmnożyły się letnie trofea, które były wyjątkową szansą dla wszystkich dzieciaków, które marzyły o grze w Europie. Takie towarzyskie spotkania mogły pociągnąć za sobą poważne skutki. Chociażby w trakcie meczu o Trofeo Carranza, które to letnie rozgrywki organizował klub Cádiz, Atlético Madryt wyłowiło w 1975 roku Luiza Pereirę oraz Leivinhę, mistrzów Brazylii z Palmeiras.

Przed drugą wojną światową bardzo niewielu Latynosów grało w La Liga. Franco zezwolił na przybieranie podwójnego obywatelstwa w 1954 roku. Terminem „rodzimy" ochrzczono zawodników, których przodkowie byli hiszpańskimi emigrantami, obchodząc w ten sposób limity obcokrajowców, mogących grać w lidze, których niekiedy pilnowano wyjątkowo skrupulatnie. W latach siedemdziesiątych zarządy klubów próbowały się doszukiwać hiszpańskich korzeni u niemalże każdego utalentowanego zawodnika. Anzarda (Real Madryt oraz Betis), Adorno (Valencia i Alavés) oraz Valdez (Valencia) zostali oskarżeni o fałszowanie dokumentów. Adorno został skazany na siedem miesięcy więzienia. W 1975 roku ostatecznie uzyskał ułaskawienie.

Południowoamerykańskie dziedzictwo jest ogromne, pozostawiło swój ślad we wszystkich formacjach i na wszystkich murawach. Dotyczy ono także oczywiście pracy trenerów. Latem 1969 roku Néstor El Pipo Rossi został przedstawiony na Los Cármenes jako nowy trener Granady. Jego zadaniem było walczyć o utrzymanie się w pierwszej lidze klubu, który dopiero awansował z Segunda. Podczas jednego z pierwszych treningów siedział na trybunach przypatrując się zawodnikom rozgrywającym mecz. Nagle wstał i kazał im przerwać grę. Przywołał do siebie Barrenecheę, który pełnił podówczas obowiązki defensywnego pomocnika.

- Na jakiej pozycji pan gra? - zapytał go Rossi.

- Ja? Jestem pivotem - odpowiedział chłopak.

- I co to jest? Nigdy nie słyszałem tego słowa. Dlaczego zostaje pan cały czas w defensywie? Słuchaj, mój drogi, to o co gramy znajduje się w innej strefie boiska, więc bądź łaskaw i idź do przodu razem z całą linią - warknął trener.

W trakcie rundy jesiennej Granada wspięła się na trzecią pozycję w tabeli. Dziesiątki takich trenerów odcisnęło swoje piętno na lidze hiszpańskiej. César Luis Menotti wprowadził na wyższy poziom estetykę gry Barçy i Atlético. Pacho Maturana zębami i pazurami bronił drużyn z Estadio José Zorrilla i Vicente Calderón przed spadkiem z ligi. Jorge Valdano zapisał się w historii Realu Madryt oraz Tenerife. W tym samym czasie Carlos Bilardo utrudniał życie przeciwnikom Sevilli. Manuel Pellegrini zastosował swoją inżynierię na Villarrealu i Máladze, podczas gdy Marcelo Bielsa zrewolucjonizował kolektywny atak Athelticu. I w końcu Simeone przeszczepił swoje piłkarskie DNA zawodnikom znad Manzanares.

El Pipo Rossi był jednym z trybików La Máquiny River, gdzie grał na pozycji pomocnika. Jego profil gry nigdy do końca nie wykrystalizował się w Hiszpanii, chyba, że w osobie

target="_blank">Fernando Redondo grającego dla Tenerife i Realu, lub wszechobecnego na Riazor Mauro Silvy. Rossi przez wiele lat, najpierw w River, później zaś w Millonarios, był kolegą z zespołu Alfredo Di Stéfano, który w 1953 przeniósł się do Chamartín. Zaś kiedy to uczynił odmienił La Ligę na zawsze.
target="_blank">Urodził się jako futbolista totalny i niepojęty dla zwykłych śmiertelników.

Jeśli chodzi o bramkarzy Latynosi przynieśli ze sobą ideę świetnej gry nogami i cudownych interwencji. Carnevali (Las Palmas), Fillol (Atlético) i Fenoy (Valladolid) wskazali drogę. Choć tylko czterokrotnie gracze z Ameryki Południowej sięgali po Trofeo Zamora to warto zaznaczyć, że żaden z nich nie bronił barw potentata ligi: Carlos Roa strzegł bramki Mallorki, Martín Herrera - Deportivo Alavés, Pablo Cavallero - Celty Vigo, zaś Roberto Abbondanzieri - Getafe. Największe kluby ściągały prawie wyłącznie napastników. Albo charakternych obrońców. Urugwajczyk José Santamaría dyrygował defensywą Realu Madryt w latach pięćdziesiątych. Na Calderón czynił to samo Griffa zaledwie dekadę później. W latach siedemdziesiątych pałeczkę przejął po nim Ovejero. Niektórzy wyrobili sobie łatkę boiskowych kryminalistów, jak Aguirre Suárez i Fernández, którzy grali w Granadzie. Ayala powiódł Valencię do triumfów na początku tego milenium, zaś Javier Mascherano na Camp Nou z pomocnika przedzierzgnął się w defensora.

Lecz nadal w całej tej opowieści najważniejsza jest radość, jaką niesie gol. I nie ma znaczenia jakim z tysięcy możliwych sposobów go zdobyto. Na El Madrigal taki właśnie ślad pozostawił Juan Roman Riquelme. W Barcelonie gol przybrał postać Ronaldinho, którego sława przelała się daleko poza trybuny Camp Nou.

target="_blank"> Jeszcze wcześniej 10 Barçy był Maradona, ścigał go jednak pech, który ostatecznie przegnał El Pelusę z Hiszpanii po brutalnym faulu Goikoetxei. Nieuchwytna magia Djalminhi olśniewała El Riazor. Dopełniała jej dokładność wykończenia Bebeto. Królem ostatniego dotknięcia był Hugo Sánchez. Minimalistyczna gra Zamorano obdzieliła Sevillę i Real Madryt. Precyzję prowadzenia piłki Romario można było podziwiać na Camp Nou. Jedynie trzech zdobywców Pichichi sięgnęło po to trofeum w barwach dwóch hiszpańskich klubów. Byli to Ronaldo (wybuchowy w Barcelonie, dojrzały w Madrycie), Hugo Sánchez (początkujący w Atlético, ukształtowany w Realu) oraz Diego Forlán (wszechstronny zarówno na El Madrigal, jak i Calderón). Wszystkie te umiejętności i zdolności spotykały się w jednej postaci, Alfredo Di Stéfano, zaś wiele, wiele lat później znów uległy połączeniu, tym razem w osobie Leo Messiego.
target="_blank">Piłkarza, który nie bije rekordów z odległej przeszłości, tylko roznosi je w pył. Leo jest symboeml ciągłej obecności południowoamerykańskiego futbolu w Hiszpanii, a także integracji tych dwóch kultur. Jest esencją ponad ośmiu dekad wielkiego dziedzictwa.