W ciszy stadionu. Xavi, czas zamilknąć

Karol Chowański 'Challenger'

14 czerwca 2012, 18:49

171 komentarzy

Relacje po niedzielnym starciu w Gdańsku stroniły od zachwytów nad piłkarskimi delicjami, bo też zachwycać nie bardzo się było czym. Zapowiadane od losowania jako absolutny turniejowy hit, starcie Mistrzów Świata z 2010 roku ze zwycięzcami Mundialu niemieckiego 2006, dwóch odmiennych szkół futbolu – wzięło i zawiodło.

Pewien nawiedzony publicysta posunął się do otwartej sugestii o „ustawce” południowców, mi wystarczy recenzja pierwszego meczu dwóch drużyn celujących w finał banałem zachowawczości. Punktów stracić na turniejowe „dzień dobry” nie chciała żadna z nich, w konsekwencji mieliśmy przez większość meczu (zieeew) piłkarskie (zieeew) szachy.

Nawet jeśli ktoś raczy ignorować kunszt uderzenia Antonio Di Natale (gdzie byłeś, Święty Ikerze?) czy piękno zagrania Davida Silvy i całej akcji Hiszpanów przez kontekst rozczarowania obrazem 90 minut gry – fascynujące pozostaje kreślenie scenariuszy dalszego ciągu rywalizacji w grupie C. Remis Hiszpanów z Włochami zapowiada przecież ich fascynujący wyścig o bramki, które przy optymistycznym dla duetu faworytów przebiegu pozostałych spotkań zadecydują o kolejności w tabeli!

Takimi kwestiami światowi dziennikarze nie zajmowali się po niedzielnym spotkaniu albo wcale, albo gdzieś na wąskim marginesie względem głównego wątku. A tym znowu (!) był „płacz” barcelonistów na stan murawy. Nieprzypadkowo nie piszę per „hiszpańscy kadrowicze”, bo mówimy o tych samych piłkarzach. W minionym sezonie klubowym identyczne narzekania słyszeliśmy z ich strony aż za często. W tak wyrównanej rywalizacji jak Barçy z Realem, czy czołowych reprezentacji kontynentu, nie ma miejsca na tłumaczenia równie tandetne i de facto ośmieszające. Gdy na takie artykuły pozwala sobie stonowane, bezstronne El Mundo, a piłkarze Blaugrany ciągną ten wątek przez wszystkie ostatnie niepowodzenia klubowe i zaczynają od niego Mistrzostwa Europy – chyba już tego za dużo.

Nikt nie zmieni nic, zostaje tylko niesmak

Na co liczą piłkarze uzewnętrzniając się mediom z żalem, że Blatter nie ułatwia im życia? Platini już odpowiedział Balotellemu, że jak zejdzie z boiska w reakcji na przypadki rasizmu – w uznaniu za szlachetną postawę dostanie z miejsca kartkę. Hiszpanie z powodu urągającej ich geniuszowi kondycji boiska też mogą obrażeni ulotnić się z boiska i nic to nie da. Po co fundować sobie negatywny PR, skoro można po prostu zagryźć zęby i grać? Grać i wygrać, jeszcze do niedawna wychodziło im to całkiem skutecznie.

Tymczasem dziś Fàbregas nazywa murawę „okropną”, Iniesta mówi o „katastrofie dla spektaklu”, ale jak zwykle od paru miesięcy najbardziej elokwentny w takich sprawach okazuje się Xavi. Jako wieloletniego fana Barçy – a żaden piłkarz nie przestaje reprezentować swojego klubu tylko dlatego, że wakacje spędza w koszulce narodowej kadry – dziwi mnie to, martwi i cholernie irytuje. W świecie, w którym media nie szukają intencji mówcy, a wypowiedzi interpretują wyłącznie „po łebkach”, zerojedynkowo, z gotową tezą by największe matoły nie miały problemów ze zrozumieniem tekstu, takie hasła to pożywna pożywka dla ludzkiej ignorancji. Xavi narzeka na jakość murawy w Gdańsku, a okładkom, pismakom, zawsze skłonnej do egzaltacji blogosferze i „życzliwym” sympatykom rywala – tylko w to graj!

Po co w ogóle się nad tym tematem rozczulam? Bolą mnie teksty dzieciaków, krytyka ze strony męskich inkarnacji blond-stereotypu, frustru ze strony dziennikarskich durni? Nie no, oczywiście, nie mogę przez to spać… Mówiąc poważnie, chodzi tu o wizerunek Klubu. Kreowaną takimi wypowiedziami nieprzychylną atmosferę wokół niego, wizerunek piłkarzy, globalną sympatię fanów. Mówimy tu o mądrych, szanowanych osobistościach świata piłki, ikonach tej dyscypliny – po co rozmydlać swój wizerunek na bajanie przed kamerami z żarem w oczach, że sucha trawa nie dała wygrać?

Lol lolów

Słysząc takie słowa, reakcja jest oczywista. Zamiast artykułów o piłkarzach w skupieniu i ciszy przygotowujących się do kolejnego meczu po (w ich mniemaniu) nieudanym początku turnieju, mamy śmiech i kpiny jak piłkarski świat długi i szeroki. Efekt inny być nie może! Po piątkowym meczu nikt nie mówi o futbolu, za to wszyscy mają ostrą pompę z tego, jak aktualni Mistrzowie Świata i Europy, a na co dzień – podobno – najlepszego klubu świata, narzekają jak małe dzieci, że „trawa była za sucha”. I po czym? Po odpadnięciu z turnieju? Po przegraniu grupy z kopciuchami z Irlandii? Po straceniu bramki w finale ze spalonego? Żenada. Warunki były równe dla wszystkich, a bramki jak zwykle dwie. Wystarczyło, by Torres wykorzystał choć jedną z trzech setek jakie miał w kwadrans (a w innym meczu: Messi karnego), ale o tym Xavi z Iniestą już tak obszernie się przed fleszami nie wypowiadają.

Poza tym, Włosi to żadni kelnerzy! Podobnie jak w minionym sezonie klubowym kadry Realu czy Chelsea. W konfrontacji z czołowymi (można Özila, Buffona, Terry’ego, Van Persie’ego, Cristiano, Čecha, Meirelesa czy Cassano nie lubić, ale fakt faktem) futbolistami świata, obwinianie za porażkę stanu boiska przez ich kolegów z tego piłkarskiego Olimpu, nabiera formy obrazy, obelgi, despektu. Nie jest to honorne ni miłe, nie brzmi też nazbyt poważnie.

„Jesteśmy od Was lepsi, ale przegraliśmy dlatego, że nie polaliście nam boiska” – że co?! Dla kibiców Arsenalu, Liverpoolu czy Realu upokorzenie może smakuje ostatnio znajomo (mrug), ale słysząc takie teksty z ust barcelonistów po porażkach z Osasuną, Chelsea czy Blancos, zwyczajnie przecierałem ze zdumienia uszy. Takiego marudzenia, dziecinady na najwyższym szczeblu sportowej rywalizacji ani się nie szanuje, ani nie lubi… Nic zatem dziwnego, że gdy czołowi piłkarze Barçy częściej dają ostatnio pseudonaukowe wykłady o długości trawy i technikach nawadniania gleby, niż wznoszą trofea – chwały w środowisku im to nie przynosi.

Uderzyć się w pierś i powiedzieć tak: „Zagraliśmy słabiej niż oczekiwaliśmy bla bla bla, ale gratulujemy rywalom świetnego występu. Remis w pierwszym meczu bla bla bla, jednak nie zmienia to naszych planów o osiągnięciu sukcesu w całym turnieju” – tego mi brakuje. A o czym sobie Xavi et concortes pobiadolą w przerwie, przy obiedzie czy pod prysznicem, to już Culés serdecznie nie obchodzi.

Czy Barça bardziej zwycięska = Barça bardziej buńczuczna?

Mówimy tu o sytuacji głośnej, ale akurat związanej z kadrą. To tylko pretekst by mówić o klubie. Rok 2012 zaczął się styczniową aferą ze spoilerami z wywiadu Xaviego dla Barça TV – myśląc, że jest poza anteną, „Generał” pozwolił sobie na porównanie Lassa do „zwierza” i komentarz, że Real „nie potrafi przegrywać”. Czy musi się nad tym pochylać jeden z kapitanów drużyny? Kibice, dziennikarze mają oczy. Takie rzeczy winna oceniać publiczność, podobnie jak to, co sądzić o piłkarzu, który sam sobie przyzne Złotą Piłkę w czerwcu. To normalne, gdy w ten sposób ujmuje to kibic w pubie czy felietonista; gdy to samo mówi jedna ze stron, symbol klubu – trąci to arogancją. Zdaniem wielu, błazenadą również.

Innych, „kosmatych” wypowiedzi Hernándeza mieliśmy w tym sezonie więcej. Zaskakujące było dla mnie, jak często w tym sezonie krytykował on arbitrów – wpisując się zresztą w szeroki pejzaż licznych takich wypowiedzi innych członków składu. Na wyjazdach często przeszkadzała Xaviemu ta nieSzczęsna murawa, podczas gdy w opinii większości fanów głównym powodem słabej postawy Azulgrany poza domem były brak determinacji i skuteczności pod bramką rywala. Gdy tak wspaniały piłkarz mówi o rywalach, że prezentowali „żałosną grę” lub uzurpuje swemu Klubowi wyłączność na sytuacje, w których „wygrywa futbol” (czyli: kontry dające Realowi gole, to wg Xaviego nie jest futbol?). Czyż nie brzmi to ambarasująco, czy to przystoi idei "więcej niż klubu"? Najbardziej nawet kontrowersyjne teksty nie sprawią, że procesja Pérez-Mou-Cristiano pochyli mu się po kolejnej wielkiej porażce w pas. Ha, a tym bardziej po swym zwycięstwie!

Na koniec, z posezonowych wywiadów dowiedzieliśmy się od Xaviego, że Mourinho nie przejdzie do historii (ciekawa teza, skoro przeszedł już dawno temu…), a od Realu drugi kapitan nie doczekał się stosownej dawki szacunku. Pardon bardzo, ale trudno domagać się pochwał od klubu, który przez ostatnie dwa-trzy lata posunął się do każdej możliwej zagrywki na granicy przepisów i daleko poza nimi byle tylko zdestabilizować sytuację w Barçy lub publicznie zohydzić jej dokonania. Kontekst ten nadaje podobnym wypowiedziom formę groteski – a rozbawienie publiczności raczej nie było tym razem zamiarem wychowanka Blaugrany. Coś tam mi się pałęta w głowie o perfumerii czy szambie, ale już nie pamiętam jak to dokładnie brzmiało.

Dochodzą do tego wypowiedzi zwyczajnie buńczuczne, aroganckie. „Chelsea wygrała w tym roku Ligę Mistrzów, ale to wciąż Barcelona pozostaje punktem odniesienia w światowym futbolu”. Jako kibic MU, Ajaksu czy Bayernu za takie wypowiedzi Xaviego bardziej bym chyba nie polubił. Poza tym Xavi wiosenne starcia z CFC w niedawnym wywiadzie dla Sportu skomentował słowem: „niesprawiedliwość”, które wcześniej upodobali już sobie Iniesta, Busi i Messi. Oczywiście, że wynik tego dwumeczu był rozczarowujący, bolesny nawet, ale… kiedy piłka była sprawiedliwa?! Na Stamford w 2009, z Estudiantes, na pięć minut przed końcem zeszłorocznej Supercopy czy może w tegorocznym ćwierćfinale Pucharu Króla? Nikt nie ma monopolu na triumfy, piękno piłki polega też na jej nieprzewidywalności, a niewykorzystane sytuacje lubią się mścić.

Wystarczyło zabić mecz (cna umiejętność Realu z rozgrywek ligowych) i nie byłoby nad czym płakać; tym razem jednak Barça tego nie potrafiła. Pamiętając o niewykorzystanych sytuacjach na boisku, przykro się słucha takich wypowiedzi z własnego obozu, bo ostatnio brylował w nich Madryt. W całym barcelonismo napotykały zazwyczaj skrajne oburzenie, a tymczasem piłkarze Barçy słuchali tego tak długo, że jak przyszły gorsze chwile – sami przejęli retorykę urażonej primabaleriny. To jest w tym wszystkim najsmutniejsze.

Ja chcę, jak ja chcę i tak ma być, bo ja tak chcę!

Radykalna krytyka FIFA za stan boiska nie zdarza się Xaviemu na wielkim turnieju po raz pierwszy. Latem 2010 pomocnik Barçy zbeształ za to samo wysłannika światowej federacji w RPA, trąbiąc, że „jeśli Blatter chce mieć piękny turniej, powiedz mu, żeby podlewał murawę!” Blatter nie posłuchał, Szwajcaria wygrała, ale czy istnieje przykaz, by każdy grał na tę samą modłę?

Nie, i z gwarantującego tę swobodę zapisu w przepisach skorzystali Włosi, którzy przed meczem nie zgodzili się na dodatkowe zroszenie boiska. O tym, jak głośnym echem odbiły się niedzielne narzekania barcelonistów w eterze, niech będzie, że nawet dzisiejsza „Rzeczpospolita” zaczyna zapowiedź wieczornego meczu Hiszpanów tematem nawodnienia murawy. Do połowy drugiej kolumny próżno szukać słowa o futbolu. Wylewność jednego z kapitanów Barçy i kadry koreluje z jego największymi sukcesami ostatnich lat: Euro 2008, pierwszy tryplet z Pepem i cały rok Sześciu Pucharów, Mundial, podium Złotej Piłki. Nad karierą „Machiny” rozbłysły światła, a on stał się bardziej gadatliwy niż kiedykolwiek. Uwielbiam go słuchać, gdy mówi o futbolu, taktyce, życiu sportowca i innych sprawach obiektywnych. To ciekawy, inteligentny facet (określenia te pasują zresztą do wielu byłych i obecnych piłkarzy FCB, canteranos i nie tylko). Jednak gdy Creus tak zapalczywie zabiera głos na tematy wobec boiska satelickie, komentuje to i owo w sposób nie uznający racji drugiej strony – robi mi się po prostu przykro. Gdy praca tylu ludzi polega na spijaniu z Twoich ust każdej sensacji albo choćby materiału na sensację – czasem po prostu lepiej trochę pomilczeć. Takie zachowania nie stawiają wychowanka i symbol Barçy daleko od kogoś, kto tłumaczy porażkę sędziowskim spiskiem na rzecz promowania UNICEF-u.

FC Barcelona, klub płaczków

Jeśli ktoś nie potrafi się zdystansować od własnego środowiska i spojrzeć na nie z zewnątrz – wpisze sobie powyższy śródtytuł na prywatną listę hańby, a autora uzna za bluźniercę. Droga wolna, ale ani trochę nie zmieni to faktu, że kibice Chelsea, Bayernu, Sevilli, Arsenalu czy (a jak!) Realu Madryt nadali Blaugranie takie miano już dawno temu. Coś to mówi o próbach kaznodziejstwa piłkarzy Barçy, który model piłkarskiej filozofii lepszym i dlaczego ten barceloński; dzielenia przez nich samych (sic!) zwycięstw na zasłużone i niezasłużone (wg wielu Culés, gdy robi to pewien Portugalczyk, zakrawa to co najmniej na zbrodnię przeciwko piłkarskiej ludzkości); relatywizowania boiskowych zdarzeń. Z jakiej okazji? Real czy Chelsea grają sobie kontratakiem i barcelońskim specom od boiskowej geometrii chyba nic do tego, skoro wyniki w ostatnim sezonie ligowym i europejskim argumentują raczej za rywalami.

Barça w formie jest piłkarskim bytem doskonałym i boleśnie przekonali się o tym m.in. Sir Alex czy Arsène'al, ale porażki są dla każdego. Xavi jakby o tym zapomina, bo po latach tłustych wypadałoby znieść jedną czy drugą wpadkę z większym opanowaniem i godnością.

Wiadomo, że z perspektywy piłkarza trudno mówić dyplomatycznie o sytuacjach subiektywnie niesprawiedliwych, ale zawsze można trochę sobie pomilczeć. Jak zbytnio zagadasz partnerkę podczas wieczoru, to straci ochotę nie tylko na kolację, ale i na śniadanie. Identycznie jest z kibicami. Świat powoli zapomina, czemu zachwycał się tiki-taką i to wcale nie z powodu faktu porażek Barçy w lidze i PE (swego czasu usłyszałem: brakowało niewiele, wrócą mocniejsi), lecz właśnie ze względu na retorykę podopiecznych Guardioli post factum. Znużenie tyradami barcelonistów o właściwościach boiskowej roślinności sprawia, że nieprzychylne Klubowi i jego piłkarzom komentarze na facebooku, youtube’ie i forach mnożą się ostatnio jak po deszczu huby. Tego chcesz, Barcelono?

A można by inaczej...

Żeby uświadomić sobie, że na wszystkie tematy, które tak okropnie bolą ostatnio barcelonistów, można mówić z klasą, spokojem i bezwzględnym szacunkiem dla rywala – wystarczy posłuchać Javiera Mascherano. Argentyńczyk potrafi powiedzieć dokładnie to samo, co Xavi, Piqué, Iniesta lub Fabs. Ale jakże innymi słowami…

Z każdym takim stwierdzeniem jak chłopaków po meczu z Włochami kiełkuje we mnie podejrzenie, że ktoś tu obrasta w piórka. Nie idź tą drogą, Xavierze Creusie! Nie zwiastuje to rychłej wycieczki wizerunku Blaugrany w PR’owe dno dna na spotkanie z wizerunkiem madryckiego sąsiada, ale może zwiastować rychłe kłopoty na boisku. Część z nich wyszła z szafy barcelońskiej szatni już tej wiosny, jeśli nic się nie zmieni w mentalności barcelońskich magów – jesienią tylko ich przybędzie.

Liczę zatem na to, że coś się jednak zmieni. Trochę głupio, jak świat podziwia Xaviego za jego grę na boisku, ale zgodnie wykpiwa to, co powiedział zaraz po jego opuszczeniu.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (171)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze