Dzisiejszy mecz na Estadio Manuel Luiz de Lopera był doskonałą okazją do godnego pożegnania ligowego Pepa Guardioli. To właśnie w Sevilli Mister po raz ostatni w rozgrywkach ligowych poprowadził drużynę Dumy Katalonii. Przez czteroletnią karierę szkoleniowca z Santpedor, Barcelonie z Verdiblancos na wyjeździe wygrać się nie udało, nie inaczej było i dziś. Po niezbyt imponującym widowisku Barça zremisowała z miejscowym Betisem 2:2, a gola na wagę remisu dopiero w doliczonym czasie gry uratował Seydou Keita.
Zdecydowanym faworytem pojedynku była tradycyjnie Barcelona, która chciała godnie pożegnać swojego szkoleniowca. Od początku do piłki agresywnie ruszyli gospodarze, ale to przyjezdni jako pierwsi groźnie zaatakowali bramkę przeciwnika. Już w 3. minucie po składnej akcji piłka powędrowała na prawą flankę do Daniego Alvesa, który dośrodkował bardziej w stylu Sebastiana Janikowskiego, a że w ataku Blaugrany próżno szukać wież wzrostu Marcina Możdżonka toteż z akcji nic dobrego nie wyszło. Chwilę później ładną akcją indywidualną popisał się Pedro, który po minięciu rywala uderzył z dystansu, niestety zbyt lekko by zagrozić Casto.
W 7. minucie błysnąć asystą mógł Leo Messi, jednak jego doskonałe podanie do Afellaya świetnie rozczytał portero Verdiblancos, który uprzedził wbiegającego na czystą pozycję w pole karne Holendra. Co się odwlecze, to nie uciecze. Nie minęło 60 sekund, a Barça prowadziła 1:0. Z rzutu rożnego świetnie dośrodkował Xavi, do piłki najwyżej wyskoczył Busquets, który świetnym uderzeniem głową umieścił piłkę w siatce. Trzeba przyznać, że pierwsze 10 minut mogło się podobać, niestety z każdą kolejną minutą dzisiejszy pojedynek był coraz bardziej nudny…
W 17. minucie z dystansu uderzał Messi, jednak jego strzał minął prawy słupek bramki Casto. Na kolejną godną uwagi akcję musieliśmy czekać do 31. minuty, kiedy to ładną akcją indywidualną i kapitalnym uderzeniem z około 16 metrów popisał się Adriano. Jeszcze lepiej zachował się bramkarz miejscowych, który efektownie sparował futbolówkę na rzut rożny. Kibice zgromadzeni na Estadio Manuel Luiz de Lopera nie oglądali ciekawego spotkania, Betis nie potrafił przedrzeć się przez defensywę Barcelony na której niepodzielnie dzielił i rządził Javier Mascherano, szef katalońskiej obrony. Ataki zawodników Guardioli ograniczały się do gry skrzydłami, jednak wrzutki Daniego Alvesa pozostawiały sporo do życzenia (nie pamiętam jego żadnego celnego dośrodkowania). Po niezbyt ciekawiej pierwszej części gry Blaugrana prowadziła 1:0, a wyróżnić po pierwszych 45 minutach można było chyba tylko Mascherano i Adriano. Więcej emocji aniżeli ostatni mecz ligowy Barcelony przyniosła walka Michała Materli i późniejsza Mameda Khalidowa, ale tego można było się spodziewać.
Druga połowa rozpoczęła się bardzo dynamicznie. Po rozegraniu rzutu rożnego błysnął Pedro, który doskonale dograł do Keity, jednak strzał Malijczyka skutecznie wybronił dobrze dysponowany Casto. Chwilę później kontrą odpowiedzieli gospodarze, ale po dobrym podaniu Castro, Perreira uderzył tak, jakby chciał, a nie mógł. W 53. minucie to już najlepszy snajper Betisu w obecnym sezonie stanął przed szansą doprowadzenia do remisu, jednak z sytuacji sam na sam zwycięsko wyszedł Víctor Valdés. Niestety począwszy od 54. minuty Barcelona grała w osłabieniu. Zdecydowanie najsłabszy na boisku Dani Alves pod własnym polem karnym w niezbyt inteligentny sposób sfaulował rywala za co obejrzał jak najbardziej zasłużoną drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę. To wydarzenie było najlepszym podsumowaniem fatalnego występu Brazylijczyka w pożegnalnym, ligowym meczu Guardioli. Szkoda, że w tak brzydkim stylu, bo jednak osoba Daniego w czteroletniej karierze Mistera była jedną z kluczowych.
Betis zwietrzył swoją szansą i szukał okazji do wyrównania. Udało się w 70. minucie, kiedy to Castro okazał się zdecydowanie szybszy od katalońskiej defensywy i w sytuacji sam na sam tym razem bez najmniejszych problemów poradził sobie z Valdésem. Nie minęły cztery minuty, a było już 2:1 dla gospodarzy. Verdiblancos przepięknie rozklepali defensywę Barcelony, a do siatki po raz drugi trafił Castro. Reakcja Pepa zwróconego w stronę piłkarzy i pukającego się w czoło była bardzo wymowna. Gdy wydawało się, iż jedno bramkowe prowadzenie gospodarzy utrzyma się do końca, w 90. minucie świetnie rzut wolny wykonał Leo Messi. Argentyńczyka nie zatrzymał Casto, zatrzymał jednak słupek. Już w doliczonym czasie gry remis uratował Seydou Keita, który precyzyjnym uderzeniem głową wykorzystał ładne dośrodkowanie Martina Montoi.
Cóż, wybitnego spotkania na pewno się nie spodziewałem, Barça na mistrzowski tytuł nie miała już szans, tak samo jak Betis na spadek. Liczyłem jednak na wygraną, która byłaby doskonałym podsumowaniem czteroletniej kariery Pepa Guardioli na ławce Klubu z Camp Nou. Bardzo szczęśliwie udało się zremisować, ale po cichu każdy z nas liczył na więcej, dlatego pozostaje pewien niedosyt.
Real Betis Casto; Chica (Isidoro, m.72), Paulao, Dorado, Nacho; Beñat, Cañas; Jonathan Pereira, Pozuelo (Nono, m.64), Jefferson Montero (Santa Cruz, m.57); Rubén Castro.
FC Barcelona Valdés, Alves, Piqué, Mascherano, Adriano; Busquets, Xavi (Iniesta, m.82) , Keita, Pedro (Tello, m.77), Messi, Afellay (Montoya, m.52).
Bramki:
0:1. m.8, Busquets. 1:1. M.70, Ruben Castro, 2:1. m.73, Rubén Castro. 2:2: m.91+ Keita.
Komentarze (865)