Ibrahimović, Henry, Touré, Hleb... By odnieść sukces w Barcelonie, nie wystarczy być piłkarzem świetnym, wybitnym na swojej pozycji. W danym momencie można należeć do światowej czołówki w swoim fachu, mieć status gwiazdy zagranicznej ligi* - a na Camp Nou ponieść klęskę spektakularną (Hleb), pękać z poczucia niedopasowania (Ibra), tak do końca nigdy się nie sprawdzić (Henry) lub decyzją trenera doczekać statusu rezerwowego (Touré).
To nie świadczy negatywnie o żadnym zawodniku. Nie dyskredytuje jego futbolowej jakości. Oznacza jedynie, jak specyficznym zespołem jest Blaugrana, jak nietypowej doczekała sportowej tożsamości. Bo co innego można powiedzieć o takiej drużynie? Drużynie, dla której bramkarzem idealnym jest Víctor Valdés, najlepszym defensywnym pomocnikiem świata: żylasty Sergio Busquets, a Thierry’ego Henry sprzedano by po roku jeśli nie przebranżowiłby się nagle na lewoskrzydłowego. Do przebranżowienia się na jednego z wielu - jedenastu, dla dokładności - nie był zdolny pewien Szwed i do końca swej kariery na murawę Camp Nou wchodził będzie wyłącznie z szatni gości.
Sukcesy wymagają ofiar?
Josep Guardiola, od chwili objęcia stanowiska trenera pierwszej drużyny, nie zamierzał iść ścieżką użyźnianą dekadami doświadczenia jego kolegów po fachu. Grać tym, co na daną chwilę jest w szatni - nie, to nie dla Pepa. Mister szkolił, ufał na kredyt, motywował, kupował, wymieniał, poszukiwał. Wyniki przyszły względnie szybko, ale stojąca za nimi idea wykrystalizuje się później. Poświęcając jednostki, szkoleniowiec z Santpedor tworzył drużynę własną. Możliwie najpełniej się uzupełniającą. Do której nowy piłkarz dostosować się musi absolutnie, w pełni i bez reszty; do jej stylu gry, piłkarskiego DNA, sposobu poruszania po boisku, pressingu, topografii zawiązywania akcji.
Obraz gry Barçy Guardioli nigdy nie dostosowuje się do piłkarzy tworzących danego dnia jedenastkę. Jest dokładnie na odwrót.
W takim systemie żadna jednostka nie jest ważna na tyle, by kolektyw nie był od niej ważniejszy. Wszyscy czterej wspomniani na wstępie piłkarze spokojnie zasługują na miana ofiar tej bezkompromisowej, trwającej już czwarty rok polityki kadrowej Mistera. Zdobywane na pęczki trofea, wyniki, spektakularne statystyki pomimo grania pod 70 meczów w sezonie świadczą jednak, że zwycięzca takiego stanu rzeczy jest oczywisty. To drużyna.
Wizja
Henry po wygraniu Ligi Mistrzów i paru innych trofeów stracił motywację do wysiłku na lewym skrzydle - i musiał odejść. Klubowi nawet nie przeszkadzało zbytnio, że za darmo. Z drugiej strony jest Mascherano, który przez 3,5 roku nie wygrał w Liverpoolu nic, a karierę w Europie zaczynał od szorującego dno Premier League WHU. Argentyńczyk odkąd tylko zameldował się na Camp Nou, zasuwał na treningach jak dziki, z pocałowaniem ręki brał zarówno meczowe ogryzki, jak i „zsyłkę” na środek obrony – i dziś bez tego zadziory nikt nie wyobraża sobie FC Barcelony. Tourinho miał ambicje na zostanie liderem gdzieś indziej i w Dumie Katalonii nie ma go od dwóch lat. Keita tymczasem, jak Homer Wells, jest tu „tylko” przydatny – zadowolony ze swej roli w PepTeamie malijski 32-latek gra w nim po dziś dzień… To zresztą przypadek szczególny: Seydou Keita z godnością akceptuje liczbę minut otrzymywanych w najbardziej utytułowanej drużynie ostatnich lat, za co trener darzy go szacunkiem totalnym i publicznie obsypuje komplementami częściej niż wszystkich innych swoich piłkarzy razem wziętych. Sytuacja Malijczyka w FCB stanowi tym samym swoisty system naczyń połączonych, gdzie to pierwsze wynika z drugiego, drugie z pierwszego, a trzecim czy czwartym są wiek zawodnika oraz częstotliwość wznoszenia na Camp Nou trofeów wszelakich. Keicie to wystarcza, zaś aspiracje Touré sięgały miejsca, gdzie odgrywałby rolę większą, ważniejszą niż miało to miejsce w sezonie 2009/2010.
Jakaś „lepszość” czy „gorszość”? W przypadku któregokolwiek z przywołanych piłkarzy nie ma tu znaczenia, bo ich losy rozstrzygnęły kwestie wychodzące daleko poza te dwa proste słowa.
Może dlatego szatnia Barcelony - mówił ostatnio o tym Dani Alves, to samo systematycznie powtarzają inni - jest szatnią przyjaciół, muszkieterów, szatnią przede wszystkim egalitarną. Nie wiem tego. Wiedzieć nie mogę. Jasne, że nie. Tak tylko mi się wydaje.
Jedyny klub na świecie, który sprzedałby Yaya Touré
Liczba komentarzy i dywersyfikacja opinii pod ostatnim felietonem o byłym piłkarzu Barçy, który reprezentuje dziś barwy Manchesteru City, ukazuje dobitnie, jak żywym tematem pozostaje wśród nas, kibiców Barçy, odejście tego piłkarza i jego okoliczności. Nawet dziś, po blisko dwóch latach. Kwestie komplementarności drużyny, spójności jej gry, personaliów warunkujących jej sukcesy, cech niezbędnych krojczemu Guardioli - wymieniane są obok nazwiska Touré jednym tchem. Tym samym, to nie tylko dyskusja o reprezentancie Wybrzeża Kości Słoniowej i jego rywalu do miejsca w składzie. To dyskusja fundamentalna dla uchwycenia czynników sukcesu dzisiejszej FC Barcelony.
Być może nie wszystkie moje zachwyty i komplementy nad piłkarskim profilem Yaya Touré udało mi sie zawrzeć w poprzednim tekście – inna sprawa, że nie zawsze na wszystko jest miejsce. Oczywiście, że dostrzegam wielką, wiodącą rolę, jaką Yayazo pełni dziś w City. Stąd nieprzypadkowe hasło na „dzień dobry” całego tekstu: „Touré, lider”. Lider w Manchesterze City, ale też: lider dopiero tam, lider nie-w-Barcelonie. Nie znalazłem bardziej eksponowanego miejsca na podkreślenie obecnego statusu Yaya w jego drużynie niż tytuł, sam początek tekstu; toteż myślę, że kwestia domniemanego kwestionowania jego piłkarskiej wielkości może tu pozostać poza wszelkimi wątpliwościami.
Touré jest dziś motorem napędowym obu swych drużyn - klubowej i narodowej. Albowiem ma ku temu oczywiste predyspozycje, hipotetycznie wszystkich innych na świecie też. Poza jedną. Rzecz w tym, że właśnie ona była jego poprzednim pracodawcą.
Statusu, który zaoferował by mu każdy inny trener świata, reprezentant WKS nigdy nie doczekałby u Guardioli. Nie w Barcelonie – i tak, jestem tego pewien. Skoro się okazało, że z zostania zmiennikiem Busquetsa Touré zadowolony nie był, to stał się dla Guardioli byłym zawodnikiem Barçy na długo przed końcem sezonu 2009/2010. Otwartego konfliktu udało się uniknąć, ale ważne mecze rundy wiosennej z udziałem Tourinho można policzyć na palcach jednej ręki, zresztą niemal wyłącznie z ławki... Marzenie piłkarza o większej roli w innym zespole było styczne z interesem do zrobienia przez klub, toteż ze sprzedażą Touré nie zwlekano. Rzeczy poszły szybko, sprawnie i wkrótce po zakończeniu sezonu Yaya przeniósł się do Anglii.
Wyjeżdżał z żalem, ale i motywacją do podbicia Premiership. W tym samym okresie Busquets też powoli się pakował, ale do wyjazdu na Mistrzostwa Świata. Wiemy doskonale, jak ten turniej minął dla młodego wychowanka Barcy.
„Lepszy”, „gorszy” - a co to znaczy?
Czy dla wszystkich innych szatni świata tym „lepszym” - w znaczeniu: wszechstronnie efektywniejszym jako gracz pierwszego składu - byłby Yaya Touré? No pewnie. Fachura w branży, chłop jak dąb, w dodatku ze zrywnością do dębu zupełnie nieprzystającą. Gdzie tu go porównywać do chudzielca kładącego się od podmuchów wiatru?!
Rzecz w tym, że tu nie mówimy o wszystkich klubach świata, lecz drużynie konkretnej, tej, katalońskiej. Jakże specyficznym miejscu na piłkarskiej mapie świata, gdzie środkowym napastnikiem - będąc z pozoru antytezą totalną (!) profilu piłkarza na tej pozycji - może być to chuchro z Rosario. Gdzie środkowym obrońcą zostaje od-urodzenia-pomocnik Mascherano. Gdzie alternatywę na lewą obronę robi się ze skrzydłowego Adriano. Gdzie na środku ataku grywa nawet rozgrywający Fàbregas. No i wreszcie takiej, która na żadnego bramkarza świata nie zamieniłaby Víctora Valdésa.
Jeśli komuś wszystko to nie mieści się w głowie, chyba powinien się zastanowić czy kibicuje właściwemu klubowi.
„Toura” nie potrzebujemy
Nie, ta Barça nie potrzebuje gracza z abonamentem na wygrywanie pojedynków główkowych w środkowej strefie boiska. Od wślizgów, strzałów z dystansu i kilkudziesięciometrowych rajdów z piłką są inni. Tura w składzie może by i potrzebowała, ale coś za coś. Ta Barça bardziej potrzebuje tego, co swoją grą nagle zaczął jej dawać, zapewniać, gwarantować Sergio Busquets. Pełnej harmonii w dostarczaniu piłek spod własnego pola karnego ku graczom ofensywnym. W tym Busi niedoścignionym jest bardziej niż w piłkarskim aktorzeniu, i powinni umieć to przyznać nawet najwięksi jego krytycy.
Nie idzie tu o to, który z duetu Busi-Tourinho jest obiektywnie lepszy. To bez znaczenia. Podejmując próby dowiedzenia, ze uniwersalnie wartościowszym jest jeden czy drugi - tylko wylądujesz w basenie straty czasu. Do Blaugrany Busquets pasuje bardziej ze względu na wszystko, co dała mu La Masia. Wzrostu dać nie mogła, boiskową pozycję wybrał za chłopaka los. Chciał być pewnie w swoim czasie „nowym Xavim” zamiast Thiago, albo „drugim Overmarsem” jak Tello, no ale trudno... Tymczasem swoje zrobiła ewolucja i Busquets znalazł swoje miejsce w drużynie klepiących non stop futbolówkę mikrusów jako ich wyższy kolega. Umie klepać w pewnym stopniu zupełnie jak oni, a od czasu do czasu machnie długaśnymi odnóżami, uruchomi jakiś kontratak. I to jak!
Wybitny nawet defensywny pomocnik innego, bardziej tradycyjnego sortu, stał się na Camp Nou zupełnie zbędny. Ta wytrenowana w La Masii umiejętność „klepania”, gry z pierwszej piłki, zrozumienie bez słów z kolegami – czynią Busquetsa najlepszą partią dla Barçy spośród wszystkich graczy świata na pozycji. Jak inni komentujący, polecam oglądnąć jakiś mecz obserwując przez 90 minut tego jednego zawodnika. Jak na dłoni ujrzy się wtedy wartość dodaną do wszystkiego, czym mogą się legitymować jego potencjalni konkurenci. Tej lekkości gry z Messim, Xavim, Iniestą, Puyolem nie ma nikt inny na tej pozycji.
OK, Busi musiał do tego wszystkiego dorosnąć; drużyna przegrała czy zremisowała przez niego parę meczów. Przełknąć to dziś łatwiej, skoro do roli „trzeciego pomocnika” mamy w zamian defensora wszechstronnie dopasowanego do ofensywnych partnerów z drużyny; mówiącego tym samym piłkarskim językiem. Ze stylem gry tej drużyny wpajanym od dzieciaka, Busi jest wyczerpującą odpowiedzią na kadrowe potrzeby – nie wszystkie, ale wystarczająco wiele – środka pola Barçy. Własnym wykopaliskiem z cantery i autorskim projektem Guardioli.
Barça dokonała wyboru. Mus z doskonałości panowania nad piłką à la La Masia w opakowaniu z mierzącego 189 centymetrów wzrostu 23-latka. Można z odejściem lubianego Yayazo polemizować, krytykować, dzielić na czworo włos. Można jednak od czasu do czasu uwierzyć Pepowi na słowo.
Warunek wszystkiego
Spójność z drużyną, to nadużywane „DNA Barçy” – w tym klubie jest jak dogmat, warunek wszystkiego: wyników drużyny, płynności gry, jej długofalowego rozwoju, a także przyszłości danej jednostki w klubie. Zawodnik X może być najznakomitszym solistą w swej futbolowej specjalizacji, lecz poniesie klęskę jeśli nie poświęci się drużynie lub gdy w klubie znajdzie się ktoś bardziej odpowiadający jej potrzebom.
Gdyby Touré był zawodnikiem o mentalności Keity, to w Blaugranie grałby do dziś. Nierealne. Pozycja zmiennika nie zaspokajała jego ambicji, nawet w najlepszej drużynie świata, i nic dziwnego. Chciał być tym, kim jest teraz w City. W wieku 27 lat nie miał na co czekać. Ławka – choćby nawet barcelońska – na dłuższą metę byłaby obelgą dla jego fenomenalnych umiejętności. Marnotrawstwem. Piłkarz o jego klasie, umiejętnościach powinien grać tak często jak tylko może. Cieszyć kibiców, liderować drużynie, kontentować trenera. Barcelona to jedyny klub na świecie, gdzie nie miał na to szans. Potrzebom tej konkretnej drużyny lepiej odpowiadał ktoś inny.
Pech. Piłkarza, ale nas, kibiców, też - że klub poświęcił wspaniałego piłkarza, by mógł rozwijać się Busquets. Na tym ogniu dwóch pieczeni upichcić się nie dało.
Nic nie jest czarno-białe
Jasne, mi tez nie podoba się tendencja Busquetsa do potykania się o niewidzialne krecie kopce. Jednakże, gdy ktokolwiek dostrzega w grze syna sami-wiecie-kogo wyłącznie tendencję do symulanctwa, to mi go szkoda. Pewnie, Touré na boisku kłania się każdy, jak ktoś doskonale ujął to wcześniej. Szacunek, respekt, siła – pod tym względem Busiemu do Touré daleko. Jednak pod wszystkimi innymi względami wybór Busquetsa broni się sam: wynikami Barçy, zdobytymi po 2010 r. tytułami, płynnością jej gry, pozycją Sergio w kadrze.
A Touré? Z powodów osobistych (pragnienie zostania zawodnikiem podstawowego składu, ważniejsza rola w drużynie, brat) i finansowych (czysty zysk klubu), obie strony zdecydowały się rozstać. Szkoda, ale za czas spędzony w Barcelonie szanował go będę już zawsze i po cichu kibicował każdemu klubowi, w którym zagra do końca kariery.
Zjawisko szersze niż barki Y. Touré
Na pierwszym miejscu zawsze i bezwarunkowo jest u Guardioli zespół. Przypadek środkowego pomocnika „The Citizens”, który momentalnie stał się wyróżniającą postacią całej Premiership, omawiam zatem tak obszernie wyłącznie dlatego, że stanowi doskonały przykład szerszego zjawiska. Polega ono na tym, że predyspozycje do wielkiej piłki wcale nie gwarantują sukcesu na Camp Nou. To tu nie wystarczy, bo każdy, kto nie zaakceptuje swojej roli w drużynie, kto nie dostosuje się do barcelońskiego porządku rzeczy, zostanie odstawiony na boczny tor. Zławkowany i w końcu pożegnany.
Z większym żalem, mniejszym, niekiedy bez. Zawsze równie stanowczo. Ktoś, kto kibicuje danemu piłkarzowi, obruszyłby się na takie stawianie sprawy: jakież to bezwzględne! Hleb, Ibra czy Cáceres zgodzą się z iskierkami w oczach. Cóż poradzić, taka już w FC Barcelonie kolej rzeczy. Piłkarze przychodzą i odchodzą. Tu nigdy jednostka nie liczy się najbardziej. Darzyć sympatią, nostalgią, słabością wręcz, można te spośród nich na to zasługujące – do końca ich karier, gdziekolwiek by nie były kontynuowane. Camp Nou może tęsknić i niekiedy tęskni bardzo boleśnie, ale kibicuje i będzie kibicować przede wszystkim drużynie.
* Choć niektórym cules nawet nie przeszło by to teraz przez myśl, swego czasu określenia te opisywały także Aleksandra Hleba.
Komentarze (132)