W ciszy stadionu. Yaya Touré, lider

Karol Chowański 'Challenger'

22 marca 2012, 23:41

219 komentarzy

Pisząc te słowa, oglądam powtórkę wczorajszego meczu Manchesteru City z Chelsea FC. To dobra okazja na tekst, który chciałem popełnić od bardzo dawna.

Z pełną świadomością byłem daleki od pośpiechu. Ponad półtora roku jakie upłynęło od opuszczenia Camp Nou przez Yaya Touré, dostarcza już chyba odpowiedniej ilości materiału poglądowego.

Dlaczego?

Stwierdzenie, że reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej wybrał ofertę szejków wyłącznie dla kasy, jest wytłumaczeniem najprostszym i najgłupszym jednocześnie. Każdy, kto śledził karierę młodszego z braci Touré od chwili jego przyjazdu w wieku 18 lat do Europy i z uwagą wsłuchiwał się w jego wypowiedzi gdy decyzjami Guardioli lądował na ławce, był i jest samodzielnie zdolny do wniosku, że przenosiny Iworyjczyka na Etihad Stadium spowodowała chęć częstszej gry w piłkę. Pomimo niewątpliwych zasług dla drużyny i niepodważalnej etyki pracy, u schyłku sezonu 2009/2010 Pep widział w nim wyłącznie dublera. Zastępcę. Ławkowicza. Ambitnemu wychowankowi akademii ASEC Abidżan nie wystarczało to po trzech latach ciężkiej pracy, oddania klubowi i współtworzenia jego największych sukcesów.


Świadomy swej wartości zawodnik doszedł do wniosku, że jak nie tu, to gdzie indziej. Regularna gra, dalszy piłkarski rozwój, status filaru drużyny i realizacja aspiracji, by w innym czołowym klubie świata trener pewnego dnia zaczynał od „24” Barçy ustalanie składu – wszystko to otrzymał Yaya w pakiecie po złożeniu podpisu pod umową z „The Citizens”. A że przy okazji doszlusował dzięki niej do czołówki najlepiej zarabiających piłkarzy świata? Skoro dają, to grzech nie wziąć. Każdy wie, nie każdy przyzna.

Dwa świetne sezony „nagrodzone” rolą zmiennika

Umiejętności defensywne i skuteczność w odbiorze pozwalały innym na swobodę w ataku. Po udanym sezonie 2007/2008, wielu Culés widziało w „Yayach” pewniaka do gry na lata. Kieszonkowe warunki fizyczne jego partnerów sprawiały, że były gracz Monaco miał co robić. Čechy własne – wzrost, gabaryty, skuteczna gra defensywna, umiejętność przewidywania poczynań rywala oraz odpowiedniego się doń ustawiania przy ujmującej mieszance pracowitości i poświęcenia dla zespołu – szybko pozwoliły afrykańskiemu pomocnikowi zdobyć status wartościowego wzmocnienia składu.

Przesadzam? Niech przemówią liczby. W debiutanckim sezonie piłkarz rodem z WKS rozegrał 38 spotkań w lidze, LM i CdR. Może samo w sobie nie robi to wielkiego wrażenia – przypomnijmy zatem, że 2008. był rokiem PNA. Mało tego, w całym sezonie klubowym świeży zakup Barçy wszedł z ławki tylko raz. Trudno o bardziej epicki początek kariery w nowym klubie. Raz po raz Touré okazywał się skałą barcelońskiej formacji obronnej, o którą hurtowo rozbijali się ofensywni gracze rywali. Co nieczęste na tej pozycji, gracz rodem z WKS prezentował też atuty szczególnie cenione w Katalonii – zrywność, przegląd pola gry, odwagę w grze piłką (choć ta nie zawsze szła w parze z efektywnością) i mało pasujący do gracza o jego wzroście i wadze nietuzinkowy drybling. Defensywny pomocnik idealny? Nie dla nowego trenera.

Barcelońskiemu problemowi Touré na nazwisko: Busquets

Frank Rijkaard ustąpił miejsca Guardioli. Sezon 2008/2009 trwał. Decyzje Pepa na przestrzeni miesięcy stopniowo umniejszały pozycję Y. Touré w drużynie. Nim wielu kibiców zdążyło zauważyć, żelazny członek składu został zmiennikiem potykającego się juniora. Widząc brak Afrykanina w wyjściowej jedenastce, nieraz przecierano ze zdumienia oczy. Krytycy tej ryzykanckiej polityki kadrowej nie milkli. Pamiętam dobrze. Bardzo długo byłem jednym z nich.

Analizując tamten okres z dzisiejszej perspektywy, tak zaskakująca dla nas wtedy decyzja obroniła się sama. Z czasem. Sergio dojrzał szybciej niż ktokolwiek po jego pierwszych tygodniach w seniorskiej drużynie mógł się spodziewać  i stopniowo przekonywał do siebie fanów. Jednych szybciej, drugich oporniej. Zaufanie otrzymane od Guardioli zaprocentowało na Mundialu w RPA, gdzie Busi został Mistrzem Świata. Od pierwszego do ostatniego meczu grał turniej doskonały. Fani i prasa przestali kwestionować jego pozycję w Barcelonie. Za jego odchodzącym zmiennikiem nie zatęsknił nikt.

Świat żył Mundialem. Hiszpania świętowała. Ze sprzedażą afrykańskiego pomocnika z Camp Nou z dnia na dzień pogodzili się fani. Najbardziej przejął się tym faktem klubowy księgowy. Skrupulatnie sprawdził, czy na klubowe konto spłynęło każde z 30 milionów euro, jakie na rosłego pomocnika wyłożyli szejkowie z ManCity. Ucieszyłem się. Przynajmniej znalazł się ktoś, kto za tego wspaniałego piłkarza zapłacił tyle, ile był wart*. Niech sobie nawet nosi galabiję.

Bez porównania

Zmieniającą się pozycję w drużynie Iworyjczyk do pewnego momentu traktował jak wyzwanie. Gdy zdał sobie sprawę, że rywalizacji z Busquetsem nie wygra, kilkoma wypowiedziami dał upust temu zawodowi. Później jednak bez komplikacji dograł sezon do końca i spokojnie pożegnał się z Camp Nou. Owszem, forma Touré wiosną 2010 bywała różna, ale to już nie był ten sam zawodnik, co wcześniej. Zawiedziony, pogodzony ze statusem zmiennika. Motywacja w takich chwilach już nie ta... Nie godzi się mieć do zaskoczonego takim obrotem rzeczy pomocnika pretensji jakichkolwiek. Ta szatnia dla niego i Busquetsa okazała się zwyczajnie za ciasna, ale absolutnie nie z winy gracza rodem z Afryki. Robił wiele (przesadą nie będzie stwierdzić, że wszystko) by przekonać do siebie Guardiolę. Nie udało się, bo Pep już był przekonany. Wcześniej.

Yaya Touré nie mógł wygrać rywalizacji z Busquetsem. Minęło kilkanaście miesięcy i wiadro piłkarskich atutów syna byłego bramkarza klubu zdaje się nie mieć dna. To chyba ze względu na tę wszechstronność, uniwersalność, łączenie umiejętności powstrzymania akcji bramkowej i jej zainicjowania – chęć reinkarnacji w Sergio Busquetsa wszem ogłosił niegdyś Vicente del Bosque.

Touré jest graczem jednego wymiaru. Był na Camp Nou i jest nadal w City „tylko” znakomitym defensywnym pomocnikiem. Wychowany w La Masíi Sergio to ćwierć przeglądu pola Xaviego, szczypta dryblingu Iniesty i solidny haust puyolowej nieustępliwości upakowane razem w gabaryty defensywnego pomocnika. No i jest Katalończykiem, czyli wsadzi głowę tam gdzie kto inny dla Barçy nie wsadziłby nogi, w walce o zwycięstwo dla zespołu nie cofnie się przed niczym. Busquets już dawno zostawił za sobą łatkę canterowego pupilka trenera, przekonał fanów i ekspertów. W środku pola Barçy jest sterem, żeglarzem, mostem i kotwicą na ataki rywala.

Wpływ Busquetsa na grę Blaugrany nie byłby nigdy osiągalny dla Touré. Nieporównywalny. Boiskowa pozycja niby ta sama, ale to zawodnicy ulepieni z innej piłkarskiej gliny. Miał Guardiola nosa...

Waleczne serce i oddanie zespołowi

Mimo tych realiów, Touré nie raz pokazał, że dla barcelońskiej drużyny gotów jest na wiele poświęceń. Ilekroć wychodził na plac gry – zostawiał na nim pasję i oddanie. To się pamięta. Stale malejąca liczba występów w barwach blau i grana nie zmieniła faktu, że okazywanym zaangażowaniem defensywny pomocnik przez cały swój pobyt w Katalonii zdobył sobie ogromną sympatię kibiców. Bywał bohaterem Camp Nou, nie bezpodstawnie dorobił się przydomka Tourinho. Nawet jeśli jego osobiście zawodził trener, to on sam nigdy nie zawiódł ani trenera, ani zespołu, ani barcelonismo.

Także wtedy, gdy sytuacja kadrowa zmuszała do grania na nietypowym dla siebie, i chyba też nielubianym, środku obrony. Gdyby nie ta typowa dla wielkich piłkarzy umiejętność dostosowania się do sytuacji, Touré może nie wystąpiłby nigdy w finale Ligi Mistrzów? Afrykanin wygrał i ten mecz, przechodząc z kolegami do historii i rezerwując sobie miejsce w sercach wielu Culés po koniec świata.

A drużyna? Poradziła sobie. Jest dziś lepsza z Busquetsem niż kiedykolwiek byłaby z Touré. Pep rozstrzygnął tę rywalizację przedkładając interes drużyny nad interes jednostki. Historia przyznała mu rację. Busi jest dla Barçy tak samo najlepszą z możliwych opcji na swojej pozycji, jak Valdés w bramce. Defensywny pomocnik z WKS „przeniósł swe talenty” do Manchesteru. Akurat potrzebowano tam piłkarza dokładnie odpowiadającego jego charakterystyce.

Sny Touré już się spełniły i nie przestają trwać dalej

Piłkarz nie ukrywał wcześniej, że bardzo chciałby zagrać kiedyś w jednej drużynie ze swoim bratem, byłym obrońcą Arsenalu. Kolo już w 2009 roku trafił na „Emiraty” i pewnie nie raz zastanawiał się telefonicznie z bratem, co by było gdyby.

Wchodząc w 2010 roku w najlepszy wiek dla piłkarza, Touré nie chciał już być zmiennikiem. Nawet w najlepszej drużynie świata. Nawet graczem numer 12, tym pierwszym wchodzącym z ławki – co nie wprost sugerował mu wiosną 2010 Guardiola... Rozumiem takie podejście człowieka kierowanego ambicją. Rozumiem i bardzo, bardzo szanuję.

Podobne odczucia musiał mieć maestro Patrick Vieira, bo już po transferze starszego z braci Touré do Anglii powiedział: „Yaya jest jednym z najlepszych pomocników na świecie. Jego przybycie tutaj świadczy o tym, jak wielkie ten chłopak ma ambicje”. Dla każdego fana Premiership, takie słowa z ust Vieiry to najwyższy z możliwych komplementów pod adresem defensywnego pomocnika.

Mijały miesiące, City grało coraz lepiej. Touré doczekał się szacunku i statusu w drużynie, o jakich marzył opuszczając z nieskrywanym żalem Katalonię. Szybko zgrał się z nową drużyną. Jest dziś piłkarzem decydującym o obliczu swojego klubu, jego wynikach, wymienianym jednym tchem jako jeden z najlepszych na swej pozycji w Anglii i na świecie. Odszedł z Barcelony, ale sam na tym nie przegrał. Medale cieszą bardziej, gdy w ich zdobyciu odgrywasz czołową rolę.

Tym samym plan byłego gracza Barçy pięknie się ziścił. Znakomite występy w barwach „ The Citizens zapewniły mu tytuł „Piłkarza Roku Afryki 2011” – ciężko byłoby o to samo z barcelońskiej ławki. Roberto Mancini już od dawna nie wyobraża sobie składu swojej drużyny bez rosłego pomocnika z podtlenkiem azotu w nogach. Trybuny City of Manchester Stadium zyskały nowego idola.

Fakt, Manchester City utożsamia wiele patologii współczesnej piłki, sportu i globalnej rzeczywistości gospodarczej. Mimo to, ilekroć zabawka emirackich bogaczy odniesie sukces – zawsze sprawi mi to radość. Yaya Touré zasługuje, by odnosić sukcesy. Mimo wszystko szkoda, że już nie na Camp Nou.

* Manchester City i tak zrobił porządny interes. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej podbił Premier League i dziś wg serwisu transfermarkt wart jest 35 mln euro. To o 5 mln euro więcej niż w chwili, gdy odchodził z Camp Nou.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (219)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze