Pożegnanie Capello oczami kibica Barcelony
Zupełnie nie rozumiem, o co im w tym Madrycie chodzi, ale jakoś mnie to nie boli.
Chcieli po bardzo chudym okresie wywalczyć wreszcie jakieś trofeum. Wywalczyli, no i co dalej? Wywalają Capello ze względu na to, że chyba nie podoba im się styl gry zespołu. Ale chwileczkę, jakie były założenia? Grać pięknie, czy wygrać (cokolwiek)? Sprowadzono człowieka, którego drugim imieniem jest "Sukces", oczywiście głównie na boiskach krajowych. Ściągnięto wielkiego trenera, którego zespoły nigdy nie słynęły z olśniewającej gry, ale zawsze się z nimi liczono, a do tego były piekielnie skuteczne jeśli chodzi o umiejętność wywalczenia rokrocznie ważnego trofeum (zwycięstwa w lidze, lub pucharze). Capello to Włoch, czy typowy - na pewno nie, to wybitny szkoleniowiec - jedyny w swoim rodzaju. Ma charakter, doświadczenie, wiedzę taktyczną, a do tego sam był świetnym zawodnikiem i przez to na pewno budzi szacunek wśród podopiecznych - po prostu full serwis. Mógłbym się o nim jeszcze długo rozpisywać, ale zakończę tylko tę charakterystykę stwierdzeniem, że lista trofeów wywalczonych przez don Fabio jest równie długa, jak wielka jest charyzma byłego (już) trenera Realu.
Pozwolę sobie na małą dygresję: pamiętam, jak jeszcze na początku sezonu stwierdziłem, że pewnie Capello długo się nie utrzyma ze względu na zamiłowanie do wyników "binarnych" (zerojedynkowych), które osiąga poprzez ustawienie muru obrońców, ale porządek, jaki zrobi w zespole spowoduje, że człowiek, który przyjdzie po nim zostanie okrzyknięty mianem geniusza, bo zastanie wspaniały grunt do tego, żeby posadzić nowe drzewko.
Ale wróćmy do oceny pracy Capello w Realu. Wiadomo, że kluczem do sukcesu jest (jeśli trener ma odpowiednie podstawy taktyczne) umiejętność wpłynięcia na zespół (czyli graczy). To, w jaki sposób będzie przekazywał swoją wiedzę piłkarzom jest kluczowe. Jeśli zatem w Realu jest masa gwiazd, trzeba było wpoić im taką prawdę, że każdy jest tylko trybikiem w maszynie i tylko razem jako całość mogą coś osiągnąć, nikt nie jest ważniejszy a każdy musi znać swoje miejsce. I tak oto zaczęły się porządki:
Brazylijska robota:
Od dawna mówiło się o tym, ze w Realu jest silna grupa piłkarzy reprezentacji Canarinhos, która ze względu na swoją pozycję w klubie i światowej piłce nożnej jest nie do ruszenia. Roberto Carlos - od 10 lat w Los Blancos, Cicinho - kreowany na nowego Cafu, Baptista - ostatni wielki transfer, posąg finansowego sukcesu nad Barceloną (w końcu my też go chcieliśmy), Robinho - nowa ikona zespołu ze stolicy, oraz Ronaldo - legendarny napastnik. Gdy w lecie sprowadzono jeszcze Emersona wiele osób pukało się w czoło twierdząc, że teraz to dopiero zespół wejdzie na głowę trenerowi. Ale nie na darmo o Włochu mówi się, że ma "cojones" jak arbuzy i to się potwierdziło. A zatem prześledźmy jak było z poszczególnymi Brazylijczykami:
Baptista. Capello postanowił po prostu z nim nie pracować i sprowadził z Arsenalu Reyesa na miejsce Bestii. Serca piłkarzy z kraju samby troszkę zadrżały, ale prawdziwe trzęsienie Ziemi nastąpiło dopiero później.
Robinho. "10" Realu znajdowała się w bardzo wysokiej dyspozycji na początku sezonu, więc jeśli komuś Capello miał dać w pysk, to powinien zacząć od największego (oczywiście w przenośni). Myślałem, że don Fabio zwariował, ale częste sadzanie Brazylijczyka na ławce przyniosło spodziewany efekt. Oczywiście, młodemu piłkarzowi puszczały nerwy i przebąkiwał nawet o chęci odejścia z Madrytu, ale efekt końcowy był aż nadto zadowalający. Posadzony bowiem na ławce, gdy z niej wchodził gryzł trawę i biegał za dwóch, żeby wreszcie pokazać Capello, że warto na niego stawiać. Włoch był jednak nieugięty i to dało reszcie piłkarzy do myślenia. Bo skoro najlepszy piłkarz notorycznie sadzany jest na ławie, to każdy może się na niej znaleźć. Gdy w końcówce sezonu Robson grywał częściej, był tak z tego faktu zadowolony, że nie miał nawet pretensji, iż co jakiś czas musiał zaczynać mecz wśród graczy rezerwowych.
Ronaldo. Czy był gruby, czy był chudy, odkąd zawitał na Santiago Bernabeu był zawsze najlepszym strzelcem zespołu. Gdy wrócił po kontuzji nie dostał zbyt wielu okazji do zaprezentowania się i zimą sprzedano go za małe pieniądze do Milanu. Kibice rwali sobie włosy z głowy, inne gwiazdy wobec takiego potraktowania legendarnego gracza mało nie dostały zawału, a Capello dalej robił swoje. Na miejsce Ronaldo miał w końcu Ruuda, który z miesiąca na miesiąc coraz lepiej czuł się w Hiszpanii.
Roberto Carlos. Związany z Capello przez sentyment (w końcu to on sprowadził Brazylijczyka do Madrytu). Postanowiono nie przedłużać z nim umowy i w połowie sezonu sprowadzono już dla niego następcę. Mimo że Marcelo okazał się póki co niewypałem, to jednak trener wyraźnie zasygnalizował, że wolałby mieć w drużynie zawodników zdecydowanie młodszych.
Kilku pupilków:
Cassano. Wiele mówiło się o tym, że jest "synkiem" Capello i to jedyny trener, którego szanuje i z którym potrafi się porozumieć. Gdyby nie fakt, że don Fabio był już od dawna zaklepany dla Realu, niepokorny Włoch nie trafiłby 1,5 roku temu do stolicy Hiszpanii. Niestety Antonio uwierzył w to, że oto z nowym trenerem będzie mu łatwiej, a gdy okazało się, że nie ma dla niego taryfy ulgowej, po raz kolejny się zbuntował. "Synek" został potraktowany przez "tatusia", tak jak za dawnych lat w rodzinie - bez zbędnych tłumaczeń wymierzono mu surową karę. Podburzanie innych graczy i pyskowanie zostało "nagrodzone trybunami" do końca sezonu. Dla informacji - może nie wszyscy wiedzą, ale Cassano nadal jest piłkarzem Realu. Serio.
Emerson. Jesienią mówiło się, że będzie grał nawet jak w każdym meczu będzie potykał się o własne nogi. Zimowe okno transferowe zweryfikowało takie teorie. Młody Argentyńczyk Gago od razu wyparł ze składu Emersona i mogliśmy zaobserwować piękny system rotacji na 2 pozycjach defensywnych pomocników, które powierzono trzem piłkarzom (obok ww. był przecież jeszcze Diarra).
Galaktyczna rozprawa:
Podziękowanie kilku wysłużonym dziadkom i wyraźny sygnał do tego, że oto teraz będą grali młodsi (np. Higuain za Gutiego) spowodowały, że w klubie naprawdę zapanował porządek. Kilka osób spakowało walizki i czekało tylko na wyzwolenie się spod jarzma tego tyrana, jakim był ex-trener Juventusu. Ronaldo się pożegnał, Cassano został pożegnany, Roberto Carlos czekał już tylko na lipcową przeprowadzkę do Turcji, ale to nie wszyscy.
Guti: Mimo że grał bardzo dobrze, to musiał jednak pogodzić się na wiosnę z rolą rezerwowego. W efekcie zdeterminowany do tego, żeby utrzeć nosa takiemu młokosowi jakim jest Higuain każde jego wejście na boisko wnosiło coś do gry zespołu. To właśnie jego podania były kluczowe w wielu meczach tego sezonu. Jego, oraz ostatniego chyba z wielkich transferów Realu...
Beckham. Spice Boy również zrezygnowałby z gry w Hiszpanii i po podpisaniu pięcioletniego kontrakut z Los Angeles Galaxy opiewającego na 250 mln $ czekałby w spokoju na lato, ale jednak coś zmotywowało go do dalszych starań. Tym czynnikiem był, jakże by inaczej - Fabio Capello. Włoch zdenerwowany zachowaniem Becksa (nie poinformował o zamiarze opuszczenia klubu, a właściwie o zawarciu nowej umowy) z miejsca wysłał Anglika na trybuny. Krytykował go w mediach, powątpiewał w jego ambicję i profesjonalizm, a że za Beckhamem stały rzesze kibiców, on sam jednak postanowił zagrać na nosie Capello. Z miejsca wziął się do roboty, żeby przypomnieć ludziom na całym świecie, że co jak co, ale w piłkę grać potrafił. I gdy tylko łaskawie Capello pozwolił mu zagrać w kilku meczach, forma Becksa i determinacja zadziwiły wszystkich. W końcówce sezonu, to właśnie głównie on do spółki z van Nistelrooy'em ciągnęli za uszy Real, aż dociągnęli do tytułu mistrza. I w ten właśnie sposób zadrwił sobie z trenera, który chyba nie wściekał się z tego powodu, że Beckham udowodnił mu swoją rację.
Wiele osób narzekało na styl (zwłaszcza na początku), ale końcówka sezonu obfitowała w piękną grę i wysokie wyniki w meczach Królewskich, oraz pokazała niezwykłą determinację i wolę walki w spotkaniach, które Los Blancos rozstrzygali w samych końcówkach. Z Realu odeszła stara gwardia, ale pozostał trzon zespołu oparty na młodych graczach (Casillas, Torres, Ramos, Gago, Higuain, Robinho), wspomaganych przez weteranów (Raul, Guti, Ruud). Młode gwiazdki znają swoje miejsce i nikt nie czepia się, jeśli musi usiąść na ławce (nawet jeśli nosi koszulkę z numerem 10). Nie ma już silnej grupy Brazyliczyków, bo przyszli młodsi, którzy wcale nie są tacy pewni miejsca w składzie (Marcelo, Robinho, Baptista). Z tym zespołem naprawdę można coś zrobić.
I na szczęście w tym miejscu pojawia się osoba Schustera. Co tak zaimponowało Calderonowi, że jest zdeterminowany ściągnąć Niemca, nawet kosztem człowieka, który okazał się być czarodziejem i w magiczny sposób dał Realowi upragniony tytuł mistrzowski? Nie mam pojęcia. Może to, ze kiedyś był wielkim piłkarzem Realu (a Capello grał tylko we Włoszech), że odszedł z Barcelony, że tą samą Barcelonę pokonał w Pucharze Króla 4:0? Ale chyba każdy pamięta (albo przynajmniej słyszał) o słynnym laniu, jakie sprawili nam w 1994 roku w finale Ligi Mistrzów piłkarze Milanu właśnie pod wodzą don Fabio (również 4:0). Więc co takiego? Może piękny ofensywny styl gry Getafe tak urzekł Calderona? Tylko, że zespół z przedmieść Madrytu był chyba najbardziej murującą bramkę ekipą w tym sezonie w La Liga. Może tu zatem chodziło o doświadczenie Schustera (tylko, że Capello ma większe, tak samo jak i więcej sukcesów). Ciężko powiedzieć...
Jedno jest pewne, Schuster wchodzi teraz na plac budowy, gdzie stoi budynek, który należy wykończyć. Pewnie szybko zostanie okrzyknięty drugim del Bosque, a tak naprawdę będzie zbierał owoce pracy Capello.
Oczyszczony Real może naprawdę wiele zdziałać. Teraz czekamy, aż Schuster w swoim zwyczaju zacznie ustawiać zespół do zmasowanej obrony, piłkarze na nowo się zbuntują, ale nie będzie już nikogo, kto posprząta ten bałagan. Don Fabio już tu nie wróci. Przenigdy. I bardzo mnie to cieszy. Teraz trenerzy na całym świecie widzą, jak niepewnym gruntem jest posada szkoleniowca Realu Madryt. Wielu świetnych ekspertów zastanowi się 3 razy, zanim zechce ryzykować reputację ze względu na wymysły prezesa, któremu mając świetny zespół pozbawiony gwiazdek i egoistów marzą się teraz Robbeny, Kaki i inne...
Jedno jest pewne, po Capello nie uronię ani jednej łezki. No, chyba, że ze szczęścia.
Wyrazy szacunku dla Wielkiego Capello.
Chcieli po bardzo chudym okresie wywalczyć wreszcie jakieś trofeum. Wywalczyli, no i co dalej? Wywalają Capello ze względu na to, że chyba nie podoba im się styl gry zespołu. Ale chwileczkę, jakie były założenia? Grać pięknie, czy wygrać (cokolwiek)? Sprowadzono człowieka, którego drugim imieniem jest "Sukces", oczywiście głównie na boiskach krajowych. Ściągnięto wielkiego trenera, którego zespoły nigdy nie słynęły z olśniewającej gry, ale zawsze się z nimi liczono, a do tego były piekielnie skuteczne jeśli chodzi o umiejętność wywalczenia rokrocznie ważnego trofeum (zwycięstwa w lidze, lub pucharze). Capello to Włoch, czy typowy - na pewno nie, to wybitny szkoleniowiec - jedyny w swoim rodzaju. Ma charakter, doświadczenie, wiedzę taktyczną, a do tego sam był świetnym zawodnikiem i przez to na pewno budzi szacunek wśród podopiecznych - po prostu full serwis. Mógłbym się o nim jeszcze długo rozpisywać, ale zakończę tylko tę charakterystykę stwierdzeniem, że lista trofeów wywalczonych przez don Fabio jest równie długa, jak wielka jest charyzma byłego (już) trenera Realu.
Pozwolę sobie na małą dygresję: pamiętam, jak jeszcze na początku sezonu stwierdziłem, że pewnie Capello długo się nie utrzyma ze względu na zamiłowanie do wyników "binarnych" (zerojedynkowych), które osiąga poprzez ustawienie muru obrońców, ale porządek, jaki zrobi w zespole spowoduje, że człowiek, który przyjdzie po nim zostanie okrzyknięty mianem geniusza, bo zastanie wspaniały grunt do tego, żeby posadzić nowe drzewko.
Ale wróćmy do oceny pracy Capello w Realu. Wiadomo, że kluczem do sukcesu jest (jeśli trener ma odpowiednie podstawy taktyczne) umiejętność wpłynięcia na zespół (czyli graczy). To, w jaki sposób będzie przekazywał swoją wiedzę piłkarzom jest kluczowe. Jeśli zatem w Realu jest masa gwiazd, trzeba było wpoić im taką prawdę, że każdy jest tylko trybikiem w maszynie i tylko razem jako całość mogą coś osiągnąć, nikt nie jest ważniejszy a każdy musi znać swoje miejsce. I tak oto zaczęły się porządki:
Brazylijska robota:
Od dawna mówiło się o tym, ze w Realu jest silna grupa piłkarzy reprezentacji Canarinhos, która ze względu na swoją pozycję w klubie i światowej piłce nożnej jest nie do ruszenia. Roberto Carlos - od 10 lat w Los Blancos, Cicinho - kreowany na nowego Cafu, Baptista - ostatni wielki transfer, posąg finansowego sukcesu nad Barceloną (w końcu my też go chcieliśmy), Robinho - nowa ikona zespołu ze stolicy, oraz Ronaldo - legendarny napastnik. Gdy w lecie sprowadzono jeszcze Emersona wiele osób pukało się w czoło twierdząc, że teraz to dopiero zespół wejdzie na głowę trenerowi. Ale nie na darmo o Włochu mówi się, że ma "cojones" jak arbuzy i to się potwierdziło. A zatem prześledźmy jak było z poszczególnymi Brazylijczykami:
Baptista. Capello postanowił po prostu z nim nie pracować i sprowadził z Arsenalu Reyesa na miejsce Bestii. Serca piłkarzy z kraju samby troszkę zadrżały, ale prawdziwe trzęsienie Ziemi nastąpiło dopiero później.
Robinho. "10" Realu znajdowała się w bardzo wysokiej dyspozycji na początku sezonu, więc jeśli komuś Capello miał dać w pysk, to powinien zacząć od największego (oczywiście w przenośni). Myślałem, że don Fabio zwariował, ale częste sadzanie Brazylijczyka na ławce przyniosło spodziewany efekt. Oczywiście, młodemu piłkarzowi puszczały nerwy i przebąkiwał nawet o chęci odejścia z Madrytu, ale efekt końcowy był aż nadto zadowalający. Posadzony bowiem na ławce, gdy z niej wchodził gryzł trawę i biegał za dwóch, żeby wreszcie pokazać Capello, że warto na niego stawiać. Włoch był jednak nieugięty i to dało reszcie piłkarzy do myślenia. Bo skoro najlepszy piłkarz notorycznie sadzany jest na ławie, to każdy może się na niej znaleźć. Gdy w końcówce sezonu Robson grywał częściej, był tak z tego faktu zadowolony, że nie miał nawet pretensji, iż co jakiś czas musiał zaczynać mecz wśród graczy rezerwowych.
Ronaldo. Czy był gruby, czy był chudy, odkąd zawitał na Santiago Bernabeu był zawsze najlepszym strzelcem zespołu. Gdy wrócił po kontuzji nie dostał zbyt wielu okazji do zaprezentowania się i zimą sprzedano go za małe pieniądze do Milanu. Kibice rwali sobie włosy z głowy, inne gwiazdy wobec takiego potraktowania legendarnego gracza mało nie dostały zawału, a Capello dalej robił swoje. Na miejsce Ronaldo miał w końcu Ruuda, który z miesiąca na miesiąc coraz lepiej czuł się w Hiszpanii.
Roberto Carlos. Związany z Capello przez sentyment (w końcu to on sprowadził Brazylijczyka do Madrytu). Postanowiono nie przedłużać z nim umowy i w połowie sezonu sprowadzono już dla niego następcę. Mimo że Marcelo okazał się póki co niewypałem, to jednak trener wyraźnie zasygnalizował, że wolałby mieć w drużynie zawodników zdecydowanie młodszych.
Kilku pupilków:
Cassano. Wiele mówiło się o tym, że jest "synkiem" Capello i to jedyny trener, którego szanuje i z którym potrafi się porozumieć. Gdyby nie fakt, że don Fabio był już od dawna zaklepany dla Realu, niepokorny Włoch nie trafiłby 1,5 roku temu do stolicy Hiszpanii. Niestety Antonio uwierzył w to, że oto z nowym trenerem będzie mu łatwiej, a gdy okazało się, że nie ma dla niego taryfy ulgowej, po raz kolejny się zbuntował. "Synek" został potraktowany przez "tatusia", tak jak za dawnych lat w rodzinie - bez zbędnych tłumaczeń wymierzono mu surową karę. Podburzanie innych graczy i pyskowanie zostało "nagrodzone trybunami" do końca sezonu. Dla informacji - może nie wszyscy wiedzą, ale Cassano nadal jest piłkarzem Realu. Serio.
Emerson. Jesienią mówiło się, że będzie grał nawet jak w każdym meczu będzie potykał się o własne nogi. Zimowe okno transferowe zweryfikowało takie teorie. Młody Argentyńczyk Gago od razu wyparł ze składu Emersona i mogliśmy zaobserwować piękny system rotacji na 2 pozycjach defensywnych pomocników, które powierzono trzem piłkarzom (obok ww. był przecież jeszcze Diarra).
Galaktyczna rozprawa:
Podziękowanie kilku wysłużonym dziadkom i wyraźny sygnał do tego, że oto teraz będą grali młodsi (np. Higuain za Gutiego) spowodowały, że w klubie naprawdę zapanował porządek. Kilka osób spakowało walizki i czekało tylko na wyzwolenie się spod jarzma tego tyrana, jakim był ex-trener Juventusu. Ronaldo się pożegnał, Cassano został pożegnany, Roberto Carlos czekał już tylko na lipcową przeprowadzkę do Turcji, ale to nie wszyscy.
Guti: Mimo że grał bardzo dobrze, to musiał jednak pogodzić się na wiosnę z rolą rezerwowego. W efekcie zdeterminowany do tego, żeby utrzeć nosa takiemu młokosowi jakim jest Higuain każde jego wejście na boisko wnosiło coś do gry zespołu. To właśnie jego podania były kluczowe w wielu meczach tego sezonu. Jego, oraz ostatniego chyba z wielkich transferów Realu...
Beckham. Spice Boy również zrezygnowałby z gry w Hiszpanii i po podpisaniu pięcioletniego kontrakut z Los Angeles Galaxy opiewającego na 250 mln $ czekałby w spokoju na lato, ale jednak coś zmotywowało go do dalszych starań. Tym czynnikiem był, jakże by inaczej - Fabio Capello. Włoch zdenerwowany zachowaniem Becksa (nie poinformował o zamiarze opuszczenia klubu, a właściwie o zawarciu nowej umowy) z miejsca wysłał Anglika na trybuny. Krytykował go w mediach, powątpiewał w jego ambicję i profesjonalizm, a że za Beckhamem stały rzesze kibiców, on sam jednak postanowił zagrać na nosie Capello. Z miejsca wziął się do roboty, żeby przypomnieć ludziom na całym świecie, że co jak co, ale w piłkę grać potrafił. I gdy tylko łaskawie Capello pozwolił mu zagrać w kilku meczach, forma Becksa i determinacja zadziwiły wszystkich. W końcówce sezonu, to właśnie głównie on do spółki z van Nistelrooy'em ciągnęli za uszy Real, aż dociągnęli do tytułu mistrza. I w ten właśnie sposób zadrwił sobie z trenera, który chyba nie wściekał się z tego powodu, że Beckham udowodnił mu swoją rację.
Wiele osób narzekało na styl (zwłaszcza na początku), ale końcówka sezonu obfitowała w piękną grę i wysokie wyniki w meczach Królewskich, oraz pokazała niezwykłą determinację i wolę walki w spotkaniach, które Los Blancos rozstrzygali w samych końcówkach. Z Realu odeszła stara gwardia, ale pozostał trzon zespołu oparty na młodych graczach (Casillas, Torres, Ramos, Gago, Higuain, Robinho), wspomaganych przez weteranów (Raul, Guti, Ruud). Młode gwiazdki znają swoje miejsce i nikt nie czepia się, jeśli musi usiąść na ławce (nawet jeśli nosi koszulkę z numerem 10). Nie ma już silnej grupy Brazyliczyków, bo przyszli młodsi, którzy wcale nie są tacy pewni miejsca w składzie (Marcelo, Robinho, Baptista). Z tym zespołem naprawdę można coś zrobić.
I na szczęście w tym miejscu pojawia się osoba Schustera. Co tak zaimponowało Calderonowi, że jest zdeterminowany ściągnąć Niemca, nawet kosztem człowieka, który okazał się być czarodziejem i w magiczny sposób dał Realowi upragniony tytuł mistrzowski? Nie mam pojęcia. Może to, ze kiedyś był wielkim piłkarzem Realu (a Capello grał tylko we Włoszech), że odszedł z Barcelony, że tą samą Barcelonę pokonał w Pucharze Króla 4:0? Ale chyba każdy pamięta (albo przynajmniej słyszał) o słynnym laniu, jakie sprawili nam w 1994 roku w finale Ligi Mistrzów piłkarze Milanu właśnie pod wodzą don Fabio (również 4:0). Więc co takiego? Może piękny ofensywny styl gry Getafe tak urzekł Calderona? Tylko, że zespół z przedmieść Madrytu był chyba najbardziej murującą bramkę ekipą w tym sezonie w La Liga. Może tu zatem chodziło o doświadczenie Schustera (tylko, że Capello ma większe, tak samo jak i więcej sukcesów). Ciężko powiedzieć...
Jedno jest pewne, Schuster wchodzi teraz na plac budowy, gdzie stoi budynek, który należy wykończyć. Pewnie szybko zostanie okrzyknięty drugim del Bosque, a tak naprawdę będzie zbierał owoce pracy Capello.
Oczyszczony Real może naprawdę wiele zdziałać. Teraz czekamy, aż Schuster w swoim zwyczaju zacznie ustawiać zespół do zmasowanej obrony, piłkarze na nowo się zbuntują, ale nie będzie już nikogo, kto posprząta ten bałagan. Don Fabio już tu nie wróci. Przenigdy. I bardzo mnie to cieszy. Teraz trenerzy na całym świecie widzą, jak niepewnym gruntem jest posada szkoleniowca Realu Madryt. Wielu świetnych ekspertów zastanowi się 3 razy, zanim zechce ryzykować reputację ze względu na wymysły prezesa, któremu mając świetny zespół pozbawiony gwiazdek i egoistów marzą się teraz Robbeny, Kaki i inne...
Jedno jest pewne, po Capello nie uronię ani jednej łezki. No, chyba, że ze szczęścia.
Wyrazy szacunku dla Wielkiego Capello.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)