Henry: W Red Bulls chcemy iść w tym kierunku, co Barça (wywiad, cz. 3)
Były napastnik Arsenalu, Barcelony i reprezentacji Francji cieszy się swoim życiem w Stanach i liczy, że jego obecny klub, New York Red Bulls, po porażce już w pierwszej rundzie zeszłorocznych play offów, zajdzie znacznie wyżej w bieżącym sezonie ligi MLS.
Nie mieliśmy wielu okazji do poznania Henry'ego-barcelonisty, kilka miesięcy po jego odejściu nadarza się okazja, by choć trochę to nadrobić. Poniżej trzecia i ostatnia część obszernego wywiadu z jednym z najbardziej utytułowanych piłkarzy świata, który przeprowadził dziennikarz sekcji sportowej Reutersa, Simon Evans.
Choć niektóre słowa Francuza mogą dziwić cules - to niewątpliwie pozwalają lepiej rozumieć go jako człowieka. Titi mówi też o wspomnieniach z Barcelony, stylu gry Barçy i Arsenalu, swoich priorytetach w New York Red Bulls, karierze reprezentacyjnej i okolicznościach jej zakończenia, a także swoim codziennym życiu po drugiej stronie oceanu.
Pierwszą część znajdziesz tutaj [KLIK!]
Drugą część znajdziesz tutaj [KLIK!]
S.E.: Śledzisz poczynania swoich byłych klubów?
T.H.: O tak. Najbliższy jest mi Arsenal, jestem jego wielkim fanem... Gdy przychodziłem do Londynu, klub oczywiście nie był dla mnie anonimowy, tam chciałem grać, ale to raczej Arséne - z którym chciałem współpracować ponownie - był główną motywacją do tamtego transferu. O samym klubie nie wiedziałem wtedy wiele, miałem go dopiero poznać. W szatni spotkałem Tony'ego Adamsa, Davida Seamana, Martína Keowna, Lee Dixona, Nigela Winterburna, Ray'a Parloura - dziś legendy klubu - i to oni pokazali mi czym Arsenal Football Club jest. Co musisz robić, by godnie reprezentować ten klub, nosić tę koszulkę z dumą, kochać tę koszulkę. Trafiło to do mnie. No i wszystkie te lata w Londynie... Kocham ten klub.
Jak wiadomo, nadszedł czas, w którym niestety musiałem odejść z Ashburton Grove - z powodów, o których wspominałem już wiele razy - ale opuszczając taki klub jak Arsenal, gdy spędziłeś tam tyle czasu, nigdy tak naprawdę go nie opuszczasz. Zawsze gdy tam wracam, czuję się jak w domu. To wyjątkowe miejsce, jedna wielka rodzina. Staram się śledzić ich wyniki na bieżąco... Pobicie Manchesteru United, wymiar pojedynków z Tottenhamem - czułem to i szanowałem. Oczywiście, nie "łapiesz" całej tej otoczki w rok czy dwa. Musisz pobyć tam dłużej - żyć i oddychać tożsamością klubu, tym, co ważne dla jego fanów - by rozumieć takie rzeczy.
Cóż, trzeba stwierdzić, że nie wszyscy współcześni piłkarze mają do tego taki stosunek, zgodzisz się?
Trudno mówić mi za innych, poznawanie otoczenia to coś, co zawsze robię przychodząc w nowe miejsce, do nowego klubu. To leży w mojej naturze. Poznać kraj, jego kulturę, naturę ludzi, rozumieć klub i jego fanów. Tylko to pozwala Ci nosić tę koszulkę świadomie, znać jej wartość. Nie chciałbym nikogo urazić, ale to jasne, że w MLS nie masz tych historycznych rywalizacji, derbów, którymi żyją poszczególne ligi w Europie... Gdy tylko przyjechałem do Barcelony, bardzo szybko zrozumiałem czym jest gra przeciw Realowi Madryt. Zawsze gdy graliśmy z nimi - to było szaleństwo.
Uważam, że musisz być tego świadom, by jak najlepiej przygotować się do tego typu meczów, by dać z siebie wszystko tego szczególnego wieczora. Musisz rozumieć wszystko, co za tym stoi - w sferze sportowej i wychodzącej daleko poza nią.
Wracając jeszcze do Arsenalu - Wenger i klub stali się jednością, styl gry, system szkolenia młodzieży. Arsenal sprzed ery Wengera był kompletnie innym klubem, prawda?
Ludzie śpiewali o Arsenalu, że jest nudny (popularna niegdyś w całej Anglii i znana np. z "Futbolowej gorączki" Hornby'ego przyśpiewka "Boring, boring Arsenal" - przyp. challenger), jeśli już nawet wygrywał, to najczęściej 1:0, w dodatku golem po rzucie rożnym lub wolnym. Z kolei gdy już przegrywałeś z tamtym Arsenalem 1:0, wiedziałeś, że już jest po meczu, bo oni zawsze mieli fenomenalną obronę, całą czwórkę. Nie tracili bramek. W jednym z sezonów wpuścili 16 goli w całych rozgrywkach. Wygrywali, ale ciągle to 1:0.
Arséne to zmienił. Porozmawiaj dziś z jakimkolwiek fanem Arsenalu - nawet nie tylko Arsenalu - i powie Ci, że chętnie obejrzy dzisiejszy mecz, bo wie, że zobaczy dobry futbol. Z całym szacunkiem do innych angielskich klubów, ale ludzie lubią dziś oglądać Arsenal. To samo Johan Cruyff zrobił z Barceloną - postawił na atak, natchnął ich mentalnością zwycięzców, holenderskim stylem gry, taktyką opartą na skrzydłowych, grą piłką po ziemi.
To samo Arséne uczynił w Arsenalu... By z tak żmudnego procesu mieć efekty, władze klubu muszą zaufać menedżerowi, dać mu odpowiednią ilość czasu. Po roku czy dwóch trudno oczekiwać by trener odcisnął piętno na drużynie, by z marszu natchnął ją swoją wizją. Nie, wyniki nie przyjdą natychmiast. Arséne i Cruyff obaj mieli te warunki, obaj odnieśli sukcesy... Potrzeba tu inteligencji władz klubu, by dać trenerowi spokojnie tworzyć swój model drużyny i wizję jej gry. Dziś mówi się o stylu Barçy czy tożsamości Arsenalu jako najefektowniej grającej drużyny Premiership - i to nie jest przypadek. Arsenal zawdzięcza to Wengerowi.
Z drugiej strony, trenerzy przychodzą i odchodzą. Wielu fanów Barçy czy Arsenalu martwi się, gdzie znajdą się ich kluby po tym, jak odejdzie Guardiola czy Wenger... Miałeś okazję pracować z wieloma znakomitymi fachowcami, w klubach i reprezentacji - czy bierzesz pod uwagę karierę szkoleniową jako pomysł na przyszłość?
Tego nie wiem, wiesz, ciągle jeszcze gram (śmiech), ale nie mam wątpliwości, że w jakiejś roli chciałbym jeszcze wrócić do Londynu. Kocham ten klub, ma w moim sercu szczególne miejsce i chciałbym dać mu od siebie tak wiele, jak on dał mi.
Zdaję sobie sprawę, że chwila, z którą Arséne przestanie być trenerem Arsenalu - będzie trudną chwilą. Nie wiem, kto mógłby go zastąpić. Nikomu nie przyjdzie to łatwo. Nie mam na myśli wyłącznie aspektu wyników, jego niewątpliwych kwalifikacji jako trenera, ale także to, jakim jest człowiekiem, jaki jest dla piłkarzy, co daje szatni, co znaczy dla klubu, jak pomógł mu się rozwinąć. Mistrzostwa, "Niepokonani", wielkie mecze z historycznymi rywalami. Dennis Bergkamp, Patrick Vieira, Tony Adams - oni są tego częścią. Jeśli spytasz któregokolwiek z nich, czy chcieliby wrócić, cofnąć się w czasie i poczuć to wszystko jeszcze raz - jestem pewien, że każdy z nich krzyknie "Tak!". A jeśli chodzi o mnie: gdy nadejdzie odpowiedni dzień, a klub będzie mnie potrzebował - nawet w roli stewarda na stadionie czy chłopaka od podawania wody, nie ma dla mnie znaczenia - to zgodzę się natychmiast. W jakiejkolwiek roli, po prostu chciałbym pewnego dnia tam wrócić. Nie wiem tego kiedy, ale wiem, że tak, chcę wrócić.
Gdy jesteś teraz na treningu ze swoimi kolegami z Red Bulls, czy mogą oni liczyć na Twoje doświadczenie, jakie zyskałeś grając w Europie, rozmawiasz o tym z nimi?
Wiesz, nie zrozum mnie źle, wciąż uwielbiam strzelać bramki (w obecnym sezonie MLS Francuz zdobył 7 bramek w 11 meczach ligowych, m.in. w hitowym meczu z LA Galaxy Davida Beckhama, liderami Konferencji Zachodniej - przyp. challenger) i nienawidzę przegrywać - ale widzę dziś siebie także jako zawodnika próbującego pomagać rozwijać się kolegom z drużyny, czynić ich lepszymi zawodnikami. Zależy mi na tym. Czasem musisz skupiać się przede wszystkim na sobie, stale doskonalić swoją grę - i to wciąż jest we mnie, ale bardziej niż kiedyś staram się dawać od siebie jak najwięcej kolegom z drużyny, wspierać ich w stawaniu się dojrzałymi piłkarzami. To dla mnie nowa sytuacja i to nigdy nie jest łatwe, ludzie są różni. Ale traktuję to jako wyzwanie i zobaczymy co z tego wyjdzie z czasem.
Zauważyłeś już jakieś rezultaty w poprzednim sezonie?
Nie było na to za wiele czasu, przyszedłem w środku sezonu, trochę nie miałem do tego głowy - przyjazd i tak dalej. Robię to teraz. Chcemy stale rozwijać naszą grę, stawać się groźniejszym zespołem, na treningach próbujemy coraz szybciej grać piłką i nam się to udaje. To ważne, by nabierać z czasem własnej tożsamości na boisku, mieć swój styl jako drużyna. Móc powiedzieć, że Red Bulls grają tak i tak...
Gdy widzisz Barçę czy Arsenal, oni grają swoją piłkę co mecz. Niezależnie czy w domu, czy na wyjeździe - grają swoim stylem. Do tego dążymy - by nabrać stylu Red Bulls.
Który miałby polegać na... ?
Muszę powiedzieć, że jestem ogromnym zwolennikiem szybkiego przemieszczania się piłki po boisku. Mam na myśli dużą ilość podań po ziemi pomiędzy pomocnikami i napastnikami. Miałem szczęście grać w drużynach o takim pomyśle na grę - Monaco, reprezentacja Francji, Arsenal i wreszcie Barcelona. Można wygrywać na wiele sposobów, ale uważam, że tak powinno się grać w piłkę nożną. Mam nadzieję, że w Red Bulls wyrobimy wspólnie podobny styl - może nie na tym poziomie co w Arsenalu czy Barcelonie, ale to w tym kierunku chcemy zmierzać.
Oglądałeś mecz Arsenalu i Barcelony w Lidze Mistrzów? (wywiad toczył się przed rewanżem)
Nie, byliśmy wtedy w samolocie, wracaliśmy ze zgrupowania w Meksyku. Zaskoczyły mnie wyniki losowania... Ale nie oglądałem tego meczu, więc trudno mi o nim powiedzieć cokolwiek.
Osiągnąłeś wiele w piłce klubowej, ale miałeś też piękną karierę reprezentacyjną, zdobyłeś przecież Mistrzostwo Świata i Mistrzostwo Europy. Nie żal Ci, że ostatnim jej etapem był cały ten skandal, w atmosferze którego Francja pożegnała się z Mundialem w RPA, że sam wszedłeś tylko w 2 meczach z ławki i nie pokazałeś się z najlepszej strony?
Spójrzmy na to tak: miałem 123 występy w kadrze, strzeliłem 51 bramek i zdobyłem wszystko, co było do zdobycia. To wszystko, o czym mogę myśleć w kontekście kadry... Nasz wynik w RPA komentowali wszyscy we Francji, a przecież to nas, piłkarzy satysfakcjonował on nas najmniej. Poza tym nie zapominajmy, że każda drużyna ma swe górki i dołki, to część tego sportu. Ludzie bardzo szybko zapomnieli, co się stało na Mundialu w Korei i Japonii - byliśmy tam aktualnymi mistrzami świata i Europy, a nawet nie zdobyliśmy bramki?! Z takim zespołem, jaki wtedy mieliśmy? A jednak ponieśliśmy jeszcze większą klęskę niż w RPA. Tymczasem spróbuj porównać potencjały drużyn, jakie mieliśmy na obu turniejach, w 2002 i 2010 roku. Nikt tego nie robi - i to szokuje mnie najbardziej.
Tak to już jest, że każdy koncentruje się na ostatnich Mistrzostwach, to najświeższe wspomnienie, więc jest najżywsze. Owszem, to dwa złe wspomnienia, ale mam też inne. Jeden finał zakończyłem jako Mistrz Świata, dotarłem do drugiego w 2006 roku, więc chyba nie mogę specjalnie narzekać. Czasami zakończenia poszczególnych etapów w życiu nie są tak słodkie, jak byś chciał - no, może poza filmami z Hollywood. Miałem wiele szczęścia, że mogłem reprezentować swój kraj, za każdym razem gdy słyszałem "Marsyliankę" byłem bardziej niż dumny. W każdym razie, 4 Mundiale, bycie częścią tej wspaniałej generacji francuskich piłkarzy - myślę, że moje dzieci mogłyby się mocno zdenerwować, gdybym kiedyś chciał im pokazać te wszystkie taśmy...
Teraz jesteś tu, po drugiej stronie oceanu. Jak znajdujesz swoje codzienne życie w Stanach? Jest bardzo różne od tego w Europie, prawda?
Jest, to fakt. Ale uwielbiam je. Jestem bardziej niż dumny z bycia Europejczykiem. Kocham Europę, kocham Francję, ale mam amerykańską mentalność i nie wiem sam dlaczego. Sposób, w jaki pojmuję różne rzeczy, nastawienie do życia, mój sposób bycia, nawet to, co mówię. Jestem osobą, która nie ma problemu nazywać rzeczy po imieniu. Gdy chcę coś powiedzieć - mówię to wprost. Czasem w Europie to nie najlepszy pomysł.
Ta mentalność, o której mówisz - zawsze tak było, czy zauważyłeś to dopiero z biegiem lat? A może dopiero po przyjeździe tutaj?
Z Tonym Parkerem (francuski koszykarz NBA i słynny w USA celebryta, były mąż aktorki, Evy Longorii - przyp. challenger) jesteśmy od dawna dobrymi przyjaciółmi, rozmawiałem z nim o tym mnóstwo razy. On ma to samo odczucie, musisz go kiedyś o to zapytać. Nie chodzi mi o żadne lepiej-gorzej pomiędzy życiem w Europie, a tutaj. Po prostu jest inaczej i na tę chwilę życie w Nowym Jorku bardzo mi odpowiada. Zawsze uwielbiałem to miasto, wiesz, przyjeżdżam tu co roku od 1996. Ludzie nie interesują się tym, co robisz. Nie osądzają Cię na co drugim kroku. Na ulicy nikogo nie obchodzi, jak jesteś ubrany. Trudno to wytłumaczyć, myślę, że każdy Europejczyk, który spędził choć parę dni w USA dobrze wie, co mam na myśli.
Jest coś jeszcze - tutaj gdy ludzie dobrze wiedzą, że pracowałeś bardzo ciężko by coś osiągnąć, znaleźć się gdzieś, to będą to doceniali, szanowali Twój wysiłek. Napociłeś się - dobrze dla Ciebie, zostanie to zauważone... Tymczasem w Europie w wielu podobnych sytuacjach, w zamian otrzymujesz zawiść. Ludzie nie szanują Twojej pracy, prędzej zazdroszczą jeśli udało Ci się w życiu coś osiągnąć.
Mówisz to też w kontekście meczu z Irlandią, Twojego zagrania ręką i sposobu, w jaki zostałeś po tym potraktowany przez media?
Nie, trochę się tu pogubiłeś, fałszywy trop... Mówię tu zupełnie ogólnie i nie powinno być co do tego wątpliwości. Wiesz, odkąd byłem mały, czytałem i słyszałem to, co mówiono o sportowcach w moim kraju, jak traktowano ikony swoich dyscyplin i myślę, że w Europie zawsze tak będzie. Tymczasem w tak wielu aspektach to Twoja kariera przemawia za Ciebie, na pewnym etapie słowa są zbędne. Gdy patrzysz na puchary, na bramki, na statystyki - one nie kłamią.
NY Red Bulls prowadzą aktualnie w tabeli Konferencji Wschodniej MLS. W meczu ostatniej kolejki przeciwko New England Revolution (10.06.2011), dwie akcje Henry'ego dały jego drużynie cenne zwycięstwo 2:1:
[źródło: Reuters Soccer Blog]
Nie mieliśmy wielu okazji do poznania Henry'ego-barcelonisty, kilka miesięcy po jego odejściu nadarza się okazja, by choć trochę to nadrobić. Poniżej trzecia i ostatnia część obszernego wywiadu z jednym z najbardziej utytułowanych piłkarzy świata, który przeprowadził dziennikarz sekcji sportowej Reutersa, Simon Evans.
Choć niektóre słowa Francuza mogą dziwić cules - to niewątpliwie pozwalają lepiej rozumieć go jako człowieka. Titi mówi też o wspomnieniach z Barcelony, stylu gry Barçy i Arsenalu, swoich priorytetach w New York Red Bulls, karierze reprezentacyjnej i okolicznościach jej zakończenia, a także swoim codziennym życiu po drugiej stronie oceanu.
Pierwszą część znajdziesz tutaj [KLIK!]
Drugą część znajdziesz tutaj [KLIK!]
S.E.: Śledzisz poczynania swoich byłych klubów?
T.H.: O tak. Najbliższy jest mi Arsenal, jestem jego wielkim fanem... Gdy przychodziłem do Londynu, klub oczywiście nie był dla mnie anonimowy, tam chciałem grać, ale to raczej Arséne - z którym chciałem współpracować ponownie - był główną motywacją do tamtego transferu. O samym klubie nie wiedziałem wtedy wiele, miałem go dopiero poznać. W szatni spotkałem Tony'ego Adamsa, Davida Seamana, Martína Keowna, Lee Dixona, Nigela Winterburna, Ray'a Parloura - dziś legendy klubu - i to oni pokazali mi czym Arsenal Football Club jest. Co musisz robić, by godnie reprezentować ten klub, nosić tę koszulkę z dumą, kochać tę koszulkę. Trafiło to do mnie. No i wszystkie te lata w Londynie... Kocham ten klub.
Jak wiadomo, nadszedł czas, w którym niestety musiałem odejść z Ashburton Grove - z powodów, o których wspominałem już wiele razy - ale opuszczając taki klub jak Arsenal, gdy spędziłeś tam tyle czasu, nigdy tak naprawdę go nie opuszczasz. Zawsze gdy tam wracam, czuję się jak w domu. To wyjątkowe miejsce, jedna wielka rodzina. Staram się śledzić ich wyniki na bieżąco... Pobicie Manchesteru United, wymiar pojedynków z Tottenhamem - czułem to i szanowałem. Oczywiście, nie "łapiesz" całej tej otoczki w rok czy dwa. Musisz pobyć tam dłużej - żyć i oddychać tożsamością klubu, tym, co ważne dla jego fanów - by rozumieć takie rzeczy.
Cóż, trzeba stwierdzić, że nie wszyscy współcześni piłkarze mają do tego taki stosunek, zgodzisz się?
Trudno mówić mi za innych, poznawanie otoczenia to coś, co zawsze robię przychodząc w nowe miejsce, do nowego klubu. To leży w mojej naturze. Poznać kraj, jego kulturę, naturę ludzi, rozumieć klub i jego fanów. Tylko to pozwala Ci nosić tę koszulkę świadomie, znać jej wartość. Nie chciałbym nikogo urazić, ale to jasne, że w MLS nie masz tych historycznych rywalizacji, derbów, którymi żyją poszczególne ligi w Europie... Gdy tylko przyjechałem do Barcelony, bardzo szybko zrozumiałem czym jest gra przeciw Realowi Madryt. Zawsze gdy graliśmy z nimi - to było szaleństwo.
Uważam, że musisz być tego świadom, by jak najlepiej przygotować się do tego typu meczów, by dać z siebie wszystko tego szczególnego wieczora. Musisz rozumieć wszystko, co za tym stoi - w sferze sportowej i wychodzącej daleko poza nią.
Wracając jeszcze do Arsenalu - Wenger i klub stali się jednością, styl gry, system szkolenia młodzieży. Arsenal sprzed ery Wengera był kompletnie innym klubem, prawda?
Ludzie śpiewali o Arsenalu, że jest nudny (popularna niegdyś w całej Anglii i znana np. z "Futbolowej gorączki" Hornby'ego przyśpiewka "Boring, boring Arsenal" - przyp. challenger), jeśli już nawet wygrywał, to najczęściej 1:0, w dodatku golem po rzucie rożnym lub wolnym. Z kolei gdy już przegrywałeś z tamtym Arsenalem 1:0, wiedziałeś, że już jest po meczu, bo oni zawsze mieli fenomenalną obronę, całą czwórkę. Nie tracili bramek. W jednym z sezonów wpuścili 16 goli w całych rozgrywkach. Wygrywali, ale ciągle to 1:0.
Arséne to zmienił. Porozmawiaj dziś z jakimkolwiek fanem Arsenalu - nawet nie tylko Arsenalu - i powie Ci, że chętnie obejrzy dzisiejszy mecz, bo wie, że zobaczy dobry futbol. Z całym szacunkiem do innych angielskich klubów, ale ludzie lubią dziś oglądać Arsenal. To samo Johan Cruyff zrobił z Barceloną - postawił na atak, natchnął ich mentalnością zwycięzców, holenderskim stylem gry, taktyką opartą na skrzydłowych, grą piłką po ziemi.
To samo Arséne uczynił w Arsenalu... By z tak żmudnego procesu mieć efekty, władze klubu muszą zaufać menedżerowi, dać mu odpowiednią ilość czasu. Po roku czy dwóch trudno oczekiwać by trener odcisnął piętno na drużynie, by z marszu natchnął ją swoją wizją. Nie, wyniki nie przyjdą natychmiast. Arséne i Cruyff obaj mieli te warunki, obaj odnieśli sukcesy... Potrzeba tu inteligencji władz klubu, by dać trenerowi spokojnie tworzyć swój model drużyny i wizję jej gry. Dziś mówi się o stylu Barçy czy tożsamości Arsenalu jako najefektowniej grającej drużyny Premiership - i to nie jest przypadek. Arsenal zawdzięcza to Wengerowi.
Z drugiej strony, trenerzy przychodzą i odchodzą. Wielu fanów Barçy czy Arsenalu martwi się, gdzie znajdą się ich kluby po tym, jak odejdzie Guardiola czy Wenger... Miałeś okazję pracować z wieloma znakomitymi fachowcami, w klubach i reprezentacji - czy bierzesz pod uwagę karierę szkoleniową jako pomysł na przyszłość?
Tego nie wiem, wiesz, ciągle jeszcze gram (śmiech), ale nie mam wątpliwości, że w jakiejś roli chciałbym jeszcze wrócić do Londynu. Kocham ten klub, ma w moim sercu szczególne miejsce i chciałbym dać mu od siebie tak wiele, jak on dał mi.
Zdaję sobie sprawę, że chwila, z którą Arséne przestanie być trenerem Arsenalu - będzie trudną chwilą. Nie wiem, kto mógłby go zastąpić. Nikomu nie przyjdzie to łatwo. Nie mam na myśli wyłącznie aspektu wyników, jego niewątpliwych kwalifikacji jako trenera, ale także to, jakim jest człowiekiem, jaki jest dla piłkarzy, co daje szatni, co znaczy dla klubu, jak pomógł mu się rozwinąć. Mistrzostwa, "Niepokonani", wielkie mecze z historycznymi rywalami. Dennis Bergkamp, Patrick Vieira, Tony Adams - oni są tego częścią. Jeśli spytasz któregokolwiek z nich, czy chcieliby wrócić, cofnąć się w czasie i poczuć to wszystko jeszcze raz - jestem pewien, że każdy z nich krzyknie "Tak!". A jeśli chodzi o mnie: gdy nadejdzie odpowiedni dzień, a klub będzie mnie potrzebował - nawet w roli stewarda na stadionie czy chłopaka od podawania wody, nie ma dla mnie znaczenia - to zgodzę się natychmiast. W jakiejkolwiek roli, po prostu chciałbym pewnego dnia tam wrócić. Nie wiem tego kiedy, ale wiem, że tak, chcę wrócić.
Gdy jesteś teraz na treningu ze swoimi kolegami z Red Bulls, czy mogą oni liczyć na Twoje doświadczenie, jakie zyskałeś grając w Europie, rozmawiasz o tym z nimi?
Wiesz, nie zrozum mnie źle, wciąż uwielbiam strzelać bramki (w obecnym sezonie MLS Francuz zdobył 7 bramek w 11 meczach ligowych, m.in. w hitowym meczu z LA Galaxy Davida Beckhama, liderami Konferencji Zachodniej - przyp. challenger) i nienawidzę przegrywać - ale widzę dziś siebie także jako zawodnika próbującego pomagać rozwijać się kolegom z drużyny, czynić ich lepszymi zawodnikami. Zależy mi na tym. Czasem musisz skupiać się przede wszystkim na sobie, stale doskonalić swoją grę - i to wciąż jest we mnie, ale bardziej niż kiedyś staram się dawać od siebie jak najwięcej kolegom z drużyny, wspierać ich w stawaniu się dojrzałymi piłkarzami. To dla mnie nowa sytuacja i to nigdy nie jest łatwe, ludzie są różni. Ale traktuję to jako wyzwanie i zobaczymy co z tego wyjdzie z czasem.
Zauważyłeś już jakieś rezultaty w poprzednim sezonie?
Nie było na to za wiele czasu, przyszedłem w środku sezonu, trochę nie miałem do tego głowy - przyjazd i tak dalej. Robię to teraz. Chcemy stale rozwijać naszą grę, stawać się groźniejszym zespołem, na treningach próbujemy coraz szybciej grać piłką i nam się to udaje. To ważne, by nabierać z czasem własnej tożsamości na boisku, mieć swój styl jako drużyna. Móc powiedzieć, że Red Bulls grają tak i tak...
Gdy widzisz Barçę czy Arsenal, oni grają swoją piłkę co mecz. Niezależnie czy w domu, czy na wyjeździe - grają swoim stylem. Do tego dążymy - by nabrać stylu Red Bulls.
Który miałby polegać na... ?
Muszę powiedzieć, że jestem ogromnym zwolennikiem szybkiego przemieszczania się piłki po boisku. Mam na myśli dużą ilość podań po ziemi pomiędzy pomocnikami i napastnikami. Miałem szczęście grać w drużynach o takim pomyśle na grę - Monaco, reprezentacja Francji, Arsenal i wreszcie Barcelona. Można wygrywać na wiele sposobów, ale uważam, że tak powinno się grać w piłkę nożną. Mam nadzieję, że w Red Bulls wyrobimy wspólnie podobny styl - może nie na tym poziomie co w Arsenalu czy Barcelonie, ale to w tym kierunku chcemy zmierzać.
Oglądałeś mecz Arsenalu i Barcelony w Lidze Mistrzów? (wywiad toczył się przed rewanżem)
Nie, byliśmy wtedy w samolocie, wracaliśmy ze zgrupowania w Meksyku. Zaskoczyły mnie wyniki losowania... Ale nie oglądałem tego meczu, więc trudno mi o nim powiedzieć cokolwiek.
Osiągnąłeś wiele w piłce klubowej, ale miałeś też piękną karierę reprezentacyjną, zdobyłeś przecież Mistrzostwo Świata i Mistrzostwo Europy. Nie żal Ci, że ostatnim jej etapem był cały ten skandal, w atmosferze którego Francja pożegnała się z Mundialem w RPA, że sam wszedłeś tylko w 2 meczach z ławki i nie pokazałeś się z najlepszej strony?
Spójrzmy na to tak: miałem 123 występy w kadrze, strzeliłem 51 bramek i zdobyłem wszystko, co było do zdobycia. To wszystko, o czym mogę myśleć w kontekście kadry... Nasz wynik w RPA komentowali wszyscy we Francji, a przecież to nas, piłkarzy satysfakcjonował on nas najmniej. Poza tym nie zapominajmy, że każda drużyna ma swe górki i dołki, to część tego sportu. Ludzie bardzo szybko zapomnieli, co się stało na Mundialu w Korei i Japonii - byliśmy tam aktualnymi mistrzami świata i Europy, a nawet nie zdobyliśmy bramki?! Z takim zespołem, jaki wtedy mieliśmy? A jednak ponieśliśmy jeszcze większą klęskę niż w RPA. Tymczasem spróbuj porównać potencjały drużyn, jakie mieliśmy na obu turniejach, w 2002 i 2010 roku. Nikt tego nie robi - i to szokuje mnie najbardziej.
Tak to już jest, że każdy koncentruje się na ostatnich Mistrzostwach, to najświeższe wspomnienie, więc jest najżywsze. Owszem, to dwa złe wspomnienia, ale mam też inne. Jeden finał zakończyłem jako Mistrz Świata, dotarłem do drugiego w 2006 roku, więc chyba nie mogę specjalnie narzekać. Czasami zakończenia poszczególnych etapów w życiu nie są tak słodkie, jak byś chciał - no, może poza filmami z Hollywood. Miałem wiele szczęścia, że mogłem reprezentować swój kraj, za każdym razem gdy słyszałem "Marsyliankę" byłem bardziej niż dumny. W każdym razie, 4 Mundiale, bycie częścią tej wspaniałej generacji francuskich piłkarzy - myślę, że moje dzieci mogłyby się mocno zdenerwować, gdybym kiedyś chciał im pokazać te wszystkie taśmy...
Teraz jesteś tu, po drugiej stronie oceanu. Jak znajdujesz swoje codzienne życie w Stanach? Jest bardzo różne od tego w Europie, prawda?
Jest, to fakt. Ale uwielbiam je. Jestem bardziej niż dumny z bycia Europejczykiem. Kocham Europę, kocham Francję, ale mam amerykańską mentalność i nie wiem sam dlaczego. Sposób, w jaki pojmuję różne rzeczy, nastawienie do życia, mój sposób bycia, nawet to, co mówię. Jestem osobą, która nie ma problemu nazywać rzeczy po imieniu. Gdy chcę coś powiedzieć - mówię to wprost. Czasem w Europie to nie najlepszy pomysł.
Ta mentalność, o której mówisz - zawsze tak było, czy zauważyłeś to dopiero z biegiem lat? A może dopiero po przyjeździe tutaj?
Z Tonym Parkerem (francuski koszykarz NBA i słynny w USA celebryta, były mąż aktorki, Evy Longorii - przyp. challenger) jesteśmy od dawna dobrymi przyjaciółmi, rozmawiałem z nim o tym mnóstwo razy. On ma to samo odczucie, musisz go kiedyś o to zapytać. Nie chodzi mi o żadne lepiej-gorzej pomiędzy życiem w Europie, a tutaj. Po prostu jest inaczej i na tę chwilę życie w Nowym Jorku bardzo mi odpowiada. Zawsze uwielbiałem to miasto, wiesz, przyjeżdżam tu co roku od 1996. Ludzie nie interesują się tym, co robisz. Nie osądzają Cię na co drugim kroku. Na ulicy nikogo nie obchodzi, jak jesteś ubrany. Trudno to wytłumaczyć, myślę, że każdy Europejczyk, który spędził choć parę dni w USA dobrze wie, co mam na myśli.
Jest coś jeszcze - tutaj gdy ludzie dobrze wiedzą, że pracowałeś bardzo ciężko by coś osiągnąć, znaleźć się gdzieś, to będą to doceniali, szanowali Twój wysiłek. Napociłeś się - dobrze dla Ciebie, zostanie to zauważone... Tymczasem w Europie w wielu podobnych sytuacjach, w zamian otrzymujesz zawiść. Ludzie nie szanują Twojej pracy, prędzej zazdroszczą jeśli udało Ci się w życiu coś osiągnąć.
Mówisz to też w kontekście meczu z Irlandią, Twojego zagrania ręką i sposobu, w jaki zostałeś po tym potraktowany przez media?
Nie, trochę się tu pogubiłeś, fałszywy trop... Mówię tu zupełnie ogólnie i nie powinno być co do tego wątpliwości. Wiesz, odkąd byłem mały, czytałem i słyszałem to, co mówiono o sportowcach w moim kraju, jak traktowano ikony swoich dyscyplin i myślę, że w Europie zawsze tak będzie. Tymczasem w tak wielu aspektach to Twoja kariera przemawia za Ciebie, na pewnym etapie słowa są zbędne. Gdy patrzysz na puchary, na bramki, na statystyki - one nie kłamią.
NY Red Bulls prowadzą aktualnie w tabeli Konferencji Wschodniej MLS. W meczu ostatniej kolejki przeciwko New England Revolution (10.06.2011), dwie akcje Henry'ego dały jego drużynie cenne zwycięstwo 2:1:
[źródło: Reuters Soccer Blog]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (18)