Wenger: wróg numer jeden Barçy?
Menedżer Arsenalu zrobił to ponownie. I dokonał tego w najbardziej delikatnym momencie. Arséne Wenger wyciągnął z La Masíi kolejnego utalentowanego zawodnika, co wyszło na jaw w trakcie rywalizacji obu klubów o ćwierćfinał Ligi Mistrzów.
W 2003 roku Cesc Fábregas, w 2005 Fran Merida, teraz Jon Miquel Toral. Wenger, który powołuje się na fair play, ocenia pracę sędziów i chętnie krytykuje podejście innych drużyn do transferów, wpada we własne sidła. Jego moralizatorski i pouczający ton wypowiedzi wydaje się farsą, gdy przyjrzymy się temu, co robi.
W 2006 roku, po paryskim finale Ligi Mistrzów, gdy Barça pokonała Arsenal 2:1, Wenger stwierdził, że Katalończycy wygrali "przez błędną decyzję sędziego, który uznał gola ze spalonego" i że należy "coś z tym zrobić w przyszłości".
Już trzy lata wcześniej, gdy z La Masíi wyciągnął Ceska, powoływał się "na przepisy", które pozwalały mu na takie działania. Stwierdził też, że nie była to "kolejna wojna, jak ta, którą Arsenal stoczył z PSG o Anelkę". Co ciekawe w 2005 roku oskarżył Chelsea o arogancję, zarzucając, że przedstawiciele tego klubu "spotykają się z jego zawodnikiem Ashleyem Cole'm". "Działają ponad obowiązującymi przepisami", dodał.
W 2007 roku zarzucił Manchesterowi, że "zatrudnia zbyt wielu cudzoziemców". Dzisiaj takim klubem jest Arsenal. Zarzucał też "politykierstwo" hiszpańskim klubom, które jego zdaniem kuszą gwiazdy światowego futbolu, a te zamieniają Premier League na la Liga. "Nie sądzę, by ktoś, kto chce pozostać konkurencyjnym, odszedł do Hiszpanii", powiedział.
Później zaczęła się saga z Ceskiem w roli głównej. "To, co dzieje się ze strony Barçy, to tylko hałas, próba destabilizacji", grzmiał w lipcu 2010 roku.
"Arcydziełem" Wengera był jednak 16 lutego 2011 roku, gdy przed meczem z Barçą bronił swojej polityki transferowej na łamach oficjalnej strony internetowej Arsenalu, mówiąc że Barça poszła po Leo Messiego, gdy ten miał tylko 12 lat. Przygotowywał moralne alibi, wiedział że w garści ma już kolejny talent z La Masíi.
[źródło: Mundo Deportivo]
W 2003 roku Cesc Fábregas, w 2005 Fran Merida, teraz Jon Miquel Toral. Wenger, który powołuje się na fair play, ocenia pracę sędziów i chętnie krytykuje podejście innych drużyn do transferów, wpada we własne sidła. Jego moralizatorski i pouczający ton wypowiedzi wydaje się farsą, gdy przyjrzymy się temu, co robi.
W 2006 roku, po paryskim finale Ligi Mistrzów, gdy Barça pokonała Arsenal 2:1, Wenger stwierdził, że Katalończycy wygrali "przez błędną decyzję sędziego, który uznał gola ze spalonego" i że należy "coś z tym zrobić w przyszłości".
Już trzy lata wcześniej, gdy z La Masíi wyciągnął Ceska, powoływał się "na przepisy", które pozwalały mu na takie działania. Stwierdził też, że nie była to "kolejna wojna, jak ta, którą Arsenal stoczył z PSG o Anelkę". Co ciekawe w 2005 roku oskarżył Chelsea o arogancję, zarzucając, że przedstawiciele tego klubu "spotykają się z jego zawodnikiem Ashleyem Cole'm". "Działają ponad obowiązującymi przepisami", dodał.
W 2007 roku zarzucił Manchesterowi, że "zatrudnia zbyt wielu cudzoziemców". Dzisiaj takim klubem jest Arsenal. Zarzucał też "politykierstwo" hiszpańskim klubom, które jego zdaniem kuszą gwiazdy światowego futbolu, a te zamieniają Premier League na la Liga. "Nie sądzę, by ktoś, kto chce pozostać konkurencyjnym, odszedł do Hiszpanii", powiedział.
Później zaczęła się saga z Ceskiem w roli głównej. "To, co dzieje się ze strony Barçy, to tylko hałas, próba destabilizacji", grzmiał w lipcu 2010 roku.
"Arcydziełem" Wengera był jednak 16 lutego 2011 roku, gdy przed meczem z Barçą bronił swojej polityki transferowej na łamach oficjalnej strony internetowej Arsenalu, mówiąc że Barça poszła po Leo Messiego, gdy ten miał tylko 12 lat. Przygotowywał moralne alibi, wiedział że w garści ma już kolejny talent z La Masíi.
[źródło: Mundo Deportivo]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)