T'estimo Barca! FC Barcelona - Real Madryt 5:0

IceMan

29 listopada 2010, 20:16

2136 komentarzy
29 listopada 2010 roku. Tego dnia Barça napisała kolejną część swej wspaniałej historii. "W krainie zraszaczy i latających świńskich łbów" upokorzono odwiecznego rywala zwanego potocznie Realem rodem z Madrytu. Mourinho znów nie wygrał na Camp Nou, jeszcze długo nie wygra. Ba, uważany przez wielu za najlepszego trenera świata Portugalczyk jeszcze nigdy w swojej trenerskiej karierze nie doznał tak druzgocącej porażki.

936 - Tyle dni czekają Los Blancos na pokonanie nieskazitelnie cudownej Blaugrany. I poczekają jeszcze długo, bo dziś chłopcy w bieli nie mieli delikatnie mówiąc nic do powiedzenia. Armia rycerzy odzianych w bordowo-granatowe zbroje pod dowództwem generała Guardioli niczym walec przejechała się po zespole ze stolicy po raz kolejny udowadniając swoją wyższość. Swego czasu jeden z najbardziej znanych fanów Mistrzów Hiszpanii w naszym rodzimym kraju rzekł: "Piłkarze tego klubu (Realu - dop. red.) nadają się do pucowania barcelońskiej La Rambla. To też robi się na kolanach, czyli w ich ulubionej pozycji". Dziś dawni Królewscy (wyginęli wraz z odejściem Zidanów i Carlosów) znów byli na kolanach. Cristiano Ronaldo przed meczem nawiązując do kanonady z Almerią pytał czy drużynie z Madrytu Barcelona też strzeli osiem bramek. Ośmiu nie strzeliła. Nie zdążyła. Albo nie chciała.

Dzisiejsze derby zaczęły się (w kontekście meczu moje słowa mogą brzmieć śmiesznie) od dominacji faworyta i Mistrza Hiszpanii, FC Barcelony. Już w 6 minucie pojedynku Leo Messi stanął przed szansą otwarcia wyniku tego wspaniałego spektaklu. Na drodze piłki nie stanął żaden z obrońców Realu, na jej drodze nie stanął też Casillas. Lepszy od Leo okazał się słupek i na tablicy wynik nadal widniał bezbramkowy remis. Kilka chwil później Wielkiej Barcelony nie zatrzymał już nawet słupek. Prowadzenie dla Dumy Katalonii uzyskał Xavi, który sprytnym lobem uderzył nad interweniującym Casillasem wykorzystując tym samym kapitalne podanie Andrésa Iniesty. Camp Nou wpadło w euforię, Xavi przeżył kolejny piłkarski "orgazm" w swej bogatej karierze. Nie minęło osiem minut, a było już 2-0. Doskonałą akcję Barçy wykończył Pdero Rodriguez, który wykorzystał precyzyjne i mocne dogranie fantastycznego dziś Davida Villi. Zszokowany Madryt nie spodziewał się, że to dopiero początek kompromitacji drużyny prowadzonej przez krnąbrnego Jose. Katalończycy zdecydowanie przejęli inicjatywą prezentując efektowne i wszystkim znane tikitaka, rywalom pozostało bieganie za piłką rozgrywaną przez gospodarzy z łatwością podobną do noworocznego treningu po balowaniu na sylwestrze. W 27 minucie przed stratą trzeciego gola swój zespół uratował Casillas, który wyszedł zwycięsko z pojedynku z Pedro, który miał apetyt na kolejnego gola. Kilka chwil później po raz pierwszy i ostatni tej pięknej nocy "błysnął" Cristiano Ronaldo. Portugalczyk dał upust swojej frustracji i nieporadności odpychając Pepa Guardiolę. Na reakcję podopiecznych Pepa długo nie trzeba było czekać. Były piłkarz Manchesteru United tylko kolegom zawdzięcza zatrzymanie pędzącego w jego kierunku niczym francuskie TGV, Victora Valdésa, który sam chciał wymierzyć sprawiedliwość. Po chwili przerwy arbiter wznowił spotkanie, Camp Nou oglądało swoich spokojnie grających ulubieńców i kompletnie bezradnych, nie wiedzących, co się dzieje graczy rywali. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie i armia Guardioli na przerwę schodziła przy ogłuszającym dopingu zachwyconych Culés.

Wielkie rozczarowanie musiało spotkać wszystkich tych, którzy spodziewali się prawdziwego wstrząsu w szatni przyjezdnych autorstwa niejakiego Jose Mourinho. Wstrząs może i był, ale w szatni katalońskiej w najlepsze trwała transplantacja bordowo-granatowej krwi jednoczącej wybrańców Pepa. Na drugą połowę gracze Realu wyszli w atmosferze przeraźliwych gwizdów kibiców, którzy najwidoczniej jeszcze bardziej przestraszyli Sergio Ramosa i spółkę. Zupełnie inaczej wyglądała Barça idąca na wojnę na śmierć i życie, walcząca dla wyznawców stylu barcelonismo, który znów zachwyca cały piłkarski świat.

Kataloński spektakl trwał w najlepsze, Real nadal sprawiał wrażenie zagubionych turystów, którzy do deszczowej dziś Barcelony przyjechali zwiedzić Świątynię Futbolu i podziwiać grę najlepszego zespołu na planecie Ziemia. W 52 minucie swój popis zaczął Leo Messi, który niesamowitym podaniem obsłużył Xaviego. Hernandez znalazł się w sytuacji sam na sam z Ikerem Casillasem, ale tym razem górą był bramkarz Los Blancos, którzy zatrzymał uderzenie swojego rodaka. Dobitka Xaviego wylądowała na bocznej siatce. Koncert Messiego trwał i trwał, trzy minuty później było już "pozamiatane". Na 3-0 strzelił wszędobylski David Villa, który wykorzystał kosmiczne zagranie najlepszego piłkarza biegającego obecnie po światowych boiskach. W 57 minucie Real był już na kolanach, kolejnym fenomenalnym zagraniem popisał się Messi, znów zimną krwią wykazał się Villa i stadion ponownie oszalał. Może i Villa nie zawsze zachwycał swoją grą, ale warto było czekać na Davida grającego tak jak dziś. Niesamowicie waleczny wracał się po piłkę nawet w pole karne Valdésa, swoimi efektownymi zagraniami, co rusz ośmieszał Ramosa i spółkę, no i co najważniejsze - strzelał jak na wielkiego snajpera przystało. Illa Illa Illa, Villa maravilla!

Barcelona kontynuowała cudowną grę na którą zaczęło brakować słów. Grający na niesamowitym luzie Katalończycy każdym zagraniem starali się jak najbardziej upokorzyć odwiecznego rywala - ze wspaniałym skutkiem. Tej nocy grał jeden zespół, istniała tylko Barca. A Real? Real wyglądał jak samotna, niezbyt urodziwa dziewczyna śpiąca na krześle w remizie na wiejskiej imprezie. Rycerze Guardioli magią swojej gry zaczarowali wszystkie bordowo-granatowe dusze zgromadzone na trybunach wypełnionej po brzegi Świątyni Futbolu. Czas mijał coraz szybciej, ale każdy z nas chciał by ta chwila trwała wiecznie. W zupełnie innych nastrojach byli fani Realu, którzy siedzieli przed telewizorami tylko po to by podziwiać kolejne wspaniałe akcje Messiego i spółki. Ich idole marzyli tylko o końcowym gwizdku po którym będzie można wymienić się koszulkami z takimi znakomitościami jak Xavi, Iniesta, Messi czy Villa. Ten ostatni w 76 przy standing ovation opuszczał murawę. Zmienił go Bojan, który chwilę po wejściu mógł podwyższyć na 5-0. Najpierw okazał się zbyt szybki, nawet dla samego siebie, później na jego drodze stanął dobrze interweniujący Casillas. Oj, co by się dziś działo gdyby nie te kilka interwencji Ikera...

Podopieczni Mourinho, który cały mecz przesiedział pierwszy raz w karierze nie mając nic do powiedzenia byli kompletnie bezradni. Barcelony nie dało się powstrzymać w dozwolony sposób, powstrzymywano ją więc brzydkimi faulami, które świadczyły tylko i wyłącznie o rosnącej frustracji śnieżno białych graczy. Zabawa z piłką i odwiecznym rywalem trwała w najlepsze, wydawało się, że Barça poprzestanie na 4-0 nie chcąc jeszcze bardziej dobijać wicemistrza. Nic bardziej mylnego, w doliczonym czasie gry na 5-0 podwyższył Jeffren Suarez, który kilka chwil wcześniej pojawił się na boisku. Miny zawodników Realu mówiły wszystko. Smutek, wstyd, zażenowanie. Upust swojej frustracji dał w żałosnym stylu Sergio Ramos, który najpierw sfaulował ośmieszającego go Messiego, a później uderzył w twarz Carlesa Puyola. Schodzący przy przeraźliwych i jak najbardziej zasłużonych gwizdach Ramos na pożegnanie odepchnął jeszcze Xaviego.

Obraz sfrustrowanego długowłosego piłkarza był doskonałym podsumowaniem gry Realu Madryt w dzisiejszym spotkaniu. Barça zagrała wspaniale, magicznie. Mogło by się wydawać, iż po niesamowitym sezonie 08/09 ten zespół nie jest w stanie już niczym nas zaskoczyć. Zaskoczył i to jak... W 2009 roku cały świat mówił o sławetnym 2-6. Teraz Iniesta i spółka postanowili upokorzyć Real jeszcze bardziej. "Szanuję Mourinho, ale to Guardiola przejdzie do historii", mówił przed meczem Xavi. Jak powiedział tak się stało. Pep stworzył drużynę idealną, zdolną do dokonywania rzeczy powszechnie uznawanych za niemożliwe. Ale dla tej Barçy nie ma rzeczy niemożliwych. Bądźcie dumni drodzy Culés, żyjecie bowiem w czasach największej Barçy w historii tego zasłużonego klubu.

Jeszcze kilka dni temu byłem pewien, że tego wieczoru zmierzą się dwa najsilniejsze obecnie kluby na świecie. Myliłem się. Nie ma dwóch najsilniejszych klubów świata. Jest tylko Barca. Potem długo, długo nic. Nie ma dwóch najlepszych piłkarzy na świecie. "Messi jest bogiem, Cristiano Ronaldo bardzo dobrym piłkarzem". Tylko bardzo dobrym Panie Christo, choć dziś i tego nie pokazał. Najlepsi grają w bordowo-granatowych szatach z herbem z pasami senyery wyszywanym na lewej piersi. Takiego El Clasico świat dotąd nie widział. Szacuje się, iż dzisiejszy mecz oglądało ponad 400 milionów widzów na całym świecie. 400 milionów ludzi miało zaszczyt podziwiać największy zespół w historii futbolu. Zespół, który po raz kolejny upokorzył odwiecznego rywala... Visca el Barça y Visca Catalunya!

FC Barcelona:
Valdés, Alves, Piqué, Puyol, Abidal, Busquets, Xavi (87' Keita), Iniesta, Pedro (87' Jeffren), Villa (76' Bojan), Messi.

Trener:
Josep Guardiola

Real Madryt:
Casillas, Ramos, Carvalho, Pepe, Marcelo (60' Arbeloa), Xabi Alonso, Khedira, Di Maria, Ozil (46' L. Diarra), Ronaldo, Benzema.

Trener:
Jose Mourinho

Żółte kartki:
Valdés, Puyol, Xavi, Villa, Messi - Casillas, Ramos, Carvalho, Pepe, Alonso, Khedira, Ronaldo
Czerwona kartka: Sergio Ramos

Skrót meczu


REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (2136)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze