W ciszy stadionu. Barça odpada z honorem

Karol Chowański 'Challenger'

29 kwietnia 2010, 22:00

208 komentarzy

Sędzia gwizdnął, mecz się skończył. W prowokacyjny, w swoim stylu bezczelny i jakże inny od radości Guardioli rok temu w Londynie, tan po murawie ruszył Mourinho, zostawiając culés z gorzką dumą, że Barça walczyła o ten awans ze wszystkich sił. W innym miejscu boiska Bojan Krkić długo spoglądał błędnym wzrokiem w kierunku arbitra.

Zablokowana droga do finału
Awansowała drużyna w tym dwumeczu lepsza. Ta, która przez 180 minut bardziej na ten awans zasłużyła. Nie tyle stosunkiem bramek, lecz skutecznością swych poczynań na boisku. Na Camp Nou Inter nie zaparkował autobusu; to uproszczenie, w dodatku krzywdzące mediolańczyków. Mou postawił zasieki. Ustawiona długimi fragmentami meczu w formacji 8-2-0 (później 7-2-0) włoska drużyna perfekcyjnie zawężała pole gry Katalończyków. Mając 1,5 bramki (gdyby padły dwie, awansowałaby przecież Barca) przewagi Inter spokojnie mógł sobie na to pozwolić.

Równie idiotyczne, co sprowadzanie rewanżu do "tez autobusowych", jest nazywanie antyfutbolem(!) stylu, w jakim Inter zapewnił sobie obecność w madryckim finale. Przeciw barcelońskim geniuszom ofensywy przeciwstawić można się jedynie szczelną obroną. W erze Guardioli nie potrafił tego Real, MU Fergusona, zeszłoroczne Lyon i Bayern ani tegoroczny Arsenal. Mówiąc krótko, taktyka Interu na Barçę była bliska ideału. Szczególnie na Camp Nou, gdzie Barça zrobiła wszystko, co mogła, by przechylić szalę awansu na swoją korzyść. Nie udało się. Przewagi z domu Inter nie dał sobie wydrzeć.

Nasuwa się zatem pytanie: jakże inaczej wyglądałby ten mecz, gdyby starcie na San Siro zakończyło się innym rozstrzygnięciem? Można tylko pobujać sobie w obłokach gdybań. Faktem pozostaje, że słaba postawa piłkarzy (nieskuteczność; błędy indywidualne) i trenera (nazbyt ofensywna taktyka po golu Pedro; brak reakcji na wydarzenia w drugiej połowie) Barçy miały wpływ. Taktycznie "ustawiły" portugalskiemu trenerowi rewanż i istotnie przyczyniły się do awansu Włochów.

Nerazzurim w sukcesie nie przeszkodziła nawet w pełni zasłużona (sędzia był zbyt blisko, by zignorować ewidentne uderzenie w grdykę; pomeczowe komentarze w tej kwestii w "Marce" i "LGdS" zwyczajnie negują fakty) czerwona kartka. To niby zaskakujące, że Inter na braku Motty specjalnie nie stracił, ale przecież taktykę, którą nakreślił Mou na Camp Nou, mogło równie efektywnie realizować 9 graczy z pola, co 10. Potwierdziło się to na boisku.

Guardiola odrabia pracę domową
Przy całej świadomości znakomitego taktycznie spotkania Interu należy dodać, że bardzo dobry mecz zagrała też Blaugrana. Ustawienie Touré w obronie było genialnym posunięciem. Najbardziej fizycznie grający w Barçy piłkarz wspomagał grę Busiego i Keity w środku pola, ale przede wszystkim potrafił wymiernie wesprzeć partnerów w ofensywie. Często podłączał się pod akcje zaczepne, a po wejściu Maxwella był jednocześnie sterem i żeglarzem; grając nominalnie na pozycji środkowego obrońcy, prawie nie schodził z połowy Interu. Podobne zalecenia otrzymał później Piqué. Mając w pobliżu Touré prócz Busquetsa i Keity radził sobie swobodniej niż na San Siro.

Jestem również pełen podziwu dla Pepa za jego zmiany w tym meczu. Milito nie spisywał się źle, ale jego wyjścia ofensywne jednak niosły ryzyko straty i potencjalnie groźnego kontrataku. Ściągnięcie Argentyńczyka wcale nie było takie jednoznaczne, a jednak Guardiola się na to zdecydował. Wpuścił kogo miał, czyli Maxwella (który całkiem udanie wspomagał lewy korytarz). Ponadto, w optymalnym momencie zameldowali się na boisku Bojan i Jeffren. Istniała szansa, że obaj rozpędzą poczynania ofensywne Barcelony, bo znów przekonaliśmy się, że szybka gra kombinacyjna nie jest domeną Ibry. Stworzyli konkretne szanse (wywalczone rogi; dośrodkowania Jeffrena; główka Bojana po centrze Messiego; nieuznany gol), co potwierdza, że wprowadzenie obu było słuszną decyzją Guardioli.

Na Inter tego wieczora nie wystarczyły nawet dobre pomysły Pepa. Barça odpadła, ale Guardiola wyciągnął wnioski z Mediolanu i tym razem zrobił wszystko, by wygrać. Nie zawsze się udaje.

Nic do zarzucenia!
Po rewanżowym meczu z Interem, Barcelonie nie można zarzucić nic. Nie mówię tego wyłącznie jako kibic Barçy, ale kibic pięknej piłki, który na przestrzeni kilkunastu lat widział już niejeden mecz. Nie było chwili, w której ten zespół by się poddał, nie było momentu zwątpienia, ani zaniechania dalszych prób. Tego nie widzi się codziennie. Barça jednak odpadła. Ale po takim meczu, każdy culé musi być ze swojego klubu dumny.

Wszystko, co mogli, zrobili piłkarze. Wszystko zrobił Guardiola. Nie wszedł i nie powinien wejść Henry. Wyszedł w Jerez i piłkarz jego pokroju z taką drużyną powinien otrzeć się o hat-trick. Titi zdobył ledwie jedną bramkę; na pustą bramkę po wielce altruistycznym dograniu Ibrahimovicia. Henry musiał wiedzieć, że w sobotę gra o występ z Interem. I pozbawił siebie (i mnie także) złudzeń, że w nim wystąpi. Oczywiście z Xerez nie zagrał źle. Ba, rzekłbym, że był jednym z lepszych graczy Barçy w tym meczu. Ale to już ewidentnie nie ten sam piłkarz, co kiedyś. Po Xerez wreszcie wiem, dlaczego przestał na niego stawiać Pep. I nie dziwi mnie już wcale, że w kluczowym meczu sezonu wolał posłać w bój wszystkich ofensywnych graczy, jakich miał na ławce. Oprócz Francuza.

Ponadto, nic nigdy nie zarzucę sędziemu de Bleeckere. Profesjonalnie i bezstronnie prowadził to spotkanie. W 90+1' minucie stał blisko akcji. Nie było łatwo ją rozstrzygnąć, nawet powtórki nie są jednoznaczne. Nawet jeśli Touré jednak nie dotknął piłki ręką, to jakie to ma teraz znaczenie? Duzi chłopcy nie płaczą. Barça wciąż miała kilka minut, by rozstrzygnąć mecz na swoją korzyść.

Piękna gra Interu, ale to piękno z nie mojej bajki...
Defensywna gra podopiecznych Mourinho była bliska perfekcji. Powiem więcej: pod tym względem Inter grał pięknie i taki też był efekt. Aliści, jego metody fascynować mogą tylko miłośników Serie A, aktorstwa (Lucio powinien pracować w Hollywood, a nie w Mediolanie) i ciągłej gry na pograniczu przepisów, która nieprzypadkowo często zahacza o brutalność. Czemu nikt nie nazwał jeszcze skandalem tego, że Motta zamiast zejść z boiska, rottweilersko chwycił wstającego Busquetsa? Nie takich wartości szukam w piłce nożnej. Dlatego jestem szczerze dumny z odpadającej w ten sposób Barçy, a nie byłbym jako kibic klubu awansującego w takim stylu do finału. De gustibus non est disputandum albo jak mawiała moja ciotka: jeden lubi pomarańcze, a inny, jak mu śmierdzą skarpety.

Barcelonismo pełne dumy
Statystyka posiadania piłki nie przekłada się na bramki. Ale cyfry świadczą o tym, że w obu półfinałach i szczególnie (86%!) na Camp Nou piłkę przy nodze miała Blaugrana, co przytaczam jako koronny dowód na to, że Barça w żadnym momencie nie złożyła broni. Starała się nieprzerwanie i do ostatniej sekundy meczu. Do dumy z bliskiego memu sercu klubu, nie potrzebuję niczego więcej. Środową porażkę kwalifikuję zatem optymistycznie. Drużyna i trener wyciągną z niej wnioski, a za rok wrócą silniejsi - tak, jak dziś silniejszy i mądrzejszy po latach europejskich klęsk jest Inter Mediolan.

Europa zapamięta odpadnięcie Barcelony jako porażkę z podniesioną głową. Jakże inaczej żegna się z Ligą Mistrzów kataloński klub od ćwierćfinałowej klęski na życzenie, jaką swym fanom zaserwował Ferguson United; od biernego Milanu, zdominowanego totalnie Arsenalu, żenującego Liverpoolu czy wstydliwie przedłużającego historyczną passę Realu Madryt. Jakże inaczej czują się kibice Barcelony. Dlatego bądźmy gościnni dla zaślepionych schadenfreude "kibiców" Realu, Interu, MU, Arsenalu, Stuttgartu czy Chelsea tłumnie odwiedzających tego dnia portale fanów Barçy. Bo nie tylko ten klub przegrywa z godnością, uznaniem dla rywala i wnioskami na przyszłość. Takoż i jego kibice.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (208)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze